Szkoła Strachu - Gitty Daneshvari

-
Proszę czekać

KAŻDY SIĘ CZEGOŚ BOI:

Fa­smo­fo­bia to lęk przed du­cha­mi

Jak to: bab­cia nie żyje? Jak mo­głaś na to po­zwo­lić? - wył The­odo­re Bar­tho­lo­mew w kuch­ni za­ba­ła­ga­nio­ne­go miesz­ka­nia na Man­hat­ta­nie.

Kor­pu­lent­ny chło­piec miał ala­ba­stro­wą cerę i kasz­ta­no­we wło­sy, a jego oczy bar­wy mlecz­nej cze­ko­la­dy, oko­lo­ne ram­ka­mi oku­la­rów, pa­trzy­ły na mat­kę z prze­ra­że­niem.

- Bab­cia była sta­ra, taka jest ko­lej rze­czy. Sta­rzy lu­dzie w koń­cu umie­ra­ją - wy­ja­śni­ła mat­ka Theo, pani Da­ph­ne Bar­tho­lo­mew, ze współ­czu­ciem kła­dąc dłoń na dło­ni chłop­ca.

- Ale ty też je­steś sta­ra. Tyl­ko po­patrz na te zmarszcz­ki. Wkrót­ce umrzesz!

- Aż taka sta­ra nie je­stem.

- Wi­dzę u cie­bie tyl­ko zmarszcz­ki i pla­my wą­tro­bo­we - oznaj­mił Theo, któ­ry z prze­ję­cia za­czął się za­ty­kać po­wie­trzem. - Sła­bo mi. Szyb­ko, przy­nieś sole trzeź­wią­ce!

- Gdzie je trzy­masz? Za­po­mnia­łam! - za­wo­ła­ła zde­ner­wo­wa­na pani Bar­tho­lo­mew.

- Czy ja wszyst­ko mu­szę ro­bić sam?!

Theo wy­cią­gnął z kie­sze­ni ap­tecz­kę, chwy­cił bia­ły sztyft i pod­su­nął so­bie pod nos. Na­wet z od­le­gło­ści po­nad me­tra pani Bar­tho­lo­mew czu­ła dzia­ła­nie ostrych soli trzeź­wią­cych.

- Nic ci nie jest, skar­bie? - spy­ta­ła ła­god­nie.

- Moja bab­cia nie żyje, moja mat­ka nie­dłu­go do niej do­łą­czy, a ja zu­ży­łem reszt­kę soli trzeź­wią­cych! - jęk­nął Theo.

Dwu­na­sto­la­tek był naj­młod­szym z sied­mior­ga dzie­ci i zde­cy­do­wa­nie, cóż, "naj" pod każ­dym wzglę­dem. Na tym po­le­gał cały kło­pot z Theo: dość cięż­ko było go opi­sać, bo łą­czył tak wie­le cech. Bez dwóch zdań był naj­bar­dziej hi­ste­rycz­nym, neu­ro­tycz­nym i sko­rym do dra­ma­ty­zo­wa­nia chłop­cem na ca­łym Man­hat­ta­nie. Jed­no­cze­śnie miał jed­nak życz­li­wą, szcze­rą i uro­czo na­iw­ną na­tu­rę, a przy tym sta­no­wił skarb­ni­cę nie­ty­po­wej wie­dzy. Czę­sto dry­fo­wał my­śla­mi w mrocz­ne re­jo­ny, gdzie na­tra­fiał na ist­ne na­wał­ni­ce utra­pień i nie miał naj­mniej­szych opo­rów, by się nimi dzie­lić.

Co cie­ka­we, je­dy­nym zmar­twie­niem ro­dzeń­stwa Theo było to, kto pierw­szy zaj­mie ła­zien­kę. Dla­te­go trud­no się dzi­wić, że wła­śnie on naj­cię­żej zniósł śmierć bab­ci. Choć to z pew­no­ścią trosz­kę nie­czu­łe, resz­ta cie­szy­ła się z do­dat­ko­we­go miej­sca, któ­re zwol­ni­ło się wraz z jej odej­ściem. Za­nim osą­dzi­cie dzie­ci pań­stwa Bar­tho­lo­mew, pa­mię­taj­cie jed­nak, że miesz­ka­nia na Man­hat­ta­nie by­wa­ją nie­sa­mo­wi­cie cia­sne - do tego stop­nia, że wła­ści­cie­le wy­naj­mo­wa­nych lo­ka­li do­li­cza­ją schow­ki na szczot­ki do licz­by po­ko­jów.

Ja­ki­kol­wiek był­by po­wód za­in­te­re­so­wa­nia ro­dzeń­stwa po­ko­jem bab­ci, Theo czuł się obu­rzo­ny. Uwa­żał, że na­le­ży go za­cho­wać w nie­na­ru­szo­nym sta­nie jako sank­tu­arium bab­ci, włącz­nie z jej apa­ra­tem słu­cho­wym, sztucz­ną szczę­ką i prosz­ka­mi na ser­ce. Te rze­czy to ostat­ni ślad jej obec­no­ści w ży­ciu Theo, więc prze­nie­sie­nie ich za­kra­wa­ło na świę­to­kradz­two. Kon­cep­cja sank­tu­arium, któ­rej mia­ła to­wa­rzy­szyć pro­duk­cja ko­szu­lek z na­pi­sem "Tę­sk­ni­my za Bab­cią", zo­sta­ła za­we­to­wa­na pod­czas na­ra­dy ro­dzin­nej.

Roz­cza­ro­wa­nie chłop­ca po­sta­wą ro­dzeń­stwa na­si­li­ło się, kie­dy pod­czas po­grze­bu nikt z ca­łej szóst­ki nie po­szedł za jego przy­kła­dem i nie rzu­cił się na trum­nę. Jak przy­sta­ło na Theo, uwa­żał ten czyn za wy­raz mi­ło­ści i lo­jal­no­ści. Pod­czas gdy pan Bar­tho­lo­mew wy­gła­szał na cmen­ta­rzu Mor­ri­stown mowę po­że­gnal­ną, chło­piec wpa­try­wał się w dę­bo­wą trum­nę przy­kry­tą bia­ły­mi li­lia­mi. Głos ojca roz­brzmie­wał mu w uszach, gdy pu­ścił się bie­giem w jej kie­run­ku. Strą­cił kwia­ty, moc­no zła­pał trum­nę i przy­ci­snął twarz do gład­kie­go drew­na. Był prze­ko­na­ny, że gdy­by to on zmarł pierw­szy, bab­cia zro­bi­ła­by to samo. Uwa­żał, że w ten spo­sób po raz ostat­ni ją przy­tu­la, cho­ciaż tyl­ko przez trum­nę.

Łzy spły­wa­ły mu spod oku­la­rów po mięk­kich po­licz­kach na ob­ci­sły gar­ni­tur. Na ra­mie­niu po­czuł czy­jąś dłoń - to Jo­aqu­in, jego star­szy brat, któ­re­mu ka­za­no go stam­tąd za­brać. Theo pu­ścił trum­nę i po­zwo­lił się od­pro­wa­dzić na miej­sce. Kon­ty­nu­ował przy tym dra­ma­tycz­ne przed­sta­wie­nie, wy­krzy­ku­jąc: "Dla­cze­go?!" z gło­wą wznie­sio­ną ku nie­bu.

- Bo mia­ła dzie­więć­dzie­siąt pięć lat - spo­koj­nie od­rzekł Jo­aqu­in.

Theo spio­ru­no­wał bra­ta wzro­kiem, roz­złosz­czo­ny tak kon­kret­ną od­po­wie­dzią.

- Co? To było py­ta­nie re­to­rycz­ne?

Jo­aqu­in po pro­stu nic nie ro­zu­miał.

Wkrót­ce po po­grze­bie bab­ci i tak ner­wo­wy chło­piec na­ba­wił się jesz­cze więk­sze­go stra­chu przed śmier­cią i za­czął ob­se­syj­nie śle­dzić człon­ków ro­dzi­ny. Od każ­de­go wy­ma­gał kon­tak­tu co go­dzi­nę, by upew­nić się, że wszy­scy żyją. Wszyst­ko re­je­stro­wał w no­te­sie traf­nie za­ty­tu­ło­wa­nym Żywi lub mar­twi. Dość dra­stycz­ny ty­tuł, ale Theo rze­czy­wi­ście miał skłon­no­ści do dra­ma­ty­zo­wa­nia.

Chło­piec sie­dział wła­śnie w ciem­nym sa­lo­nie, któ­re­go ścia­ny po­kry­wa­ły pół­ki z książ­ka­mi i ob­ra­zy. Otwo­rzył no­tes i po­sta­no­wił za­cząć od naj­star­szej sio­stry, Nan­cy. Gdy ją ostat­nio wi­dział, wy­bie­ga­ła z domu ubra­na tyl­ko w cien­ki swe­te­rek. Theo mar­twił się, że mo­gła­by się za­zię­bić, osła­bić układ od­por­no­ścio­wy, zła­pać za­pa­le­nie opon mó­zgo­wych i za­ra­zić całą ro­dzi­nę. Roz­trop­nie wy­słał jej SMS-a z po­ra­dą, by wło­ży­ła kurt­kę i ma­secz­kę chi­rur­gicz­ną oraz wzię­ła tro­chę od­ka­ża­ją­ce­go pły­nu do rąk, ale go zi­gno­ro­wa­ła. Wy­brał jej nu­mer, krę­cąc gło­wą i ze zgro­zą my­śląc o tym, jak czę­sto jego ro­dzeń­stwo drwi so­bie ze środ­ków bez­pie­czeń­stwa.

- Nan­cy, mówi twój brat... - Za­wie­sił głos, ocze­ku­jąc go­rą­ce­go po­wi­ta­nia. - Przy­pusz­czam, że sko­ro masz czte­rech bra­ci, to po­wi­nie­nem się przed­sta­wić z imie­nia. Mówi Theo.

- Uwierz mi, Theo, wiem, kto mówi - od­par­ła wy­raź­nie po­iry­to­wa­na Nan­cy.

- Miło sły­szeć - rzekł chło­piec z bło­gim uśmie­chem. - Mu­szę spraw­dzić, czy je­steś bez­piecz­na i zdro­wa. Chcę cię rów­nież za­chę­cić do po­wro­tu do domu po gru­bą kurt­kę, ma­secz­kę chi­rur­gicz­ną i płyn od­ka­ża­ją­cy do rąk.

- Prze­stań do mnie wy­dzwa­niać, je­stem na rand­ce! - wrza­snę­ła wście­kła Nan­cy.

- Uznam to za po­twier­dze­nie, że ży­jesz i nic ci nie jest. Pa­mię­taj, że twój chło­pak musi umyć ręce, za­nim do­tknie two­ich. O tej po­rze roku krą­ży dużo za­raz­ków. Okej, baw się do­brze. Za­dzwo­nię za go­dzi­nę.

- Ani mi się waż! - krzyk­nę­ła Nan­cy, ale Theo zdą­żył się już roz­łą­czyć.

Na­wet su­ro­wy za­kaz uży­wa­nia ko­mó­rek w szko­le nie po­wstrzy­my­wał go przed kon­tro­lo­wa­niem ro­dzi­ny. Na czas lek­cji opra­co­wał sys­tem, zgod­nie z któ­rym każ­dy miał mu re­gu­lar­nie prze­sy­łać SMS-em swój sta­tus: żywy lub mar­twy. Nie był to z pew­no­ścią zbyt lo­gicz­ny sys­tem, po­nie­waż mar­twi nie są w sta­nie wy­sy­łać SMS-ów. Zresz­tą Jo­aqu­in i dwaj po­zo­sta­li bra­cia czę­sto dla żar­tu wy­sy­ła­li mu wia­do­mo­ści o tre­ści "mar­twy".

Theo nig­dy to nie ba­wi­ło. Cho­ciaż opra­co­wał skom­pli­ko­wa­ny i cza­so­chłon­ny sys­tem, i tak nę­ka­ły go my­śli o śmier­ci. Ro­dzeń­stwo za­czę­ło mó­wić na nie­go Theo Ta­na­to­fob - po­nie­waż ta­na­to­fo­bia to strach przed śmier­cią lub umie­ra­niem. Nie przyj­mo­wał tego prze­zwi­ska do wia­do­mo­ści. Po lek­tu­rze ar­ty­ku­łów pra­so­wych o zgo­nach wsku­tek wy­pad­ków sa­mo­cho­do­wych, cho­rób, prze­stęp­czo­ści oraz z in­nych ma­ka­brycz­nych przy­czyn uwa­żał, że jego za­cho­wa­nie jest w peł­ni uza­sad­nio­ne.

Ner­wi­ca Theo na­si­li­ła się jak nig­dy wcze­śniej, gdy ro­dzi­ce po­je­cha­li do par­ku na­ro­do­we­go Yose­mi­te w pół­noc­nej Ka­li­for­nii. Po­śród po­zo­sta­ło­ści pra­daw­nych lo­dow­ców oraz nie­bo­tycz­nych se­kwoi nie było za­się­gu, więc nie mo­gli się mel­do­wać. Ocza­mi roz­sza­la­łej wy­obraź­ni już wi­dział, jak uko­cha­nych ro­dzi­ców po­że­ra niedź­wiedź griz­zly.

Nie kon­sul­tu­jąc się z ro­dzeń­stwem, uznał, że je­śli nie zro­bi wszyst­kie­go, co w jego mocy, by chro­nić mamę i tatę, bę­dzie to skraj­na nie­od­po­wie­dzial­ność. Stwier­dził, że sko­ro oni nie mogą się do nie­go zgło­sić, sam ich od­naj­dzie, i to obo­jęt­ne w jaki spo­sób. Straż­ni­cy par­ko­wi otrzy­ma­li se­rię zgło­szeń o tym, że jego ro­dzi­ce od­nie­śli ob­ra­że­nia, zo­sta­li za­ata­ko­wa­ni, uwię­zie­ni w po­ża­rze albo się zgu­bi­li.

- Po­wie­dzia­łem: zgu­bi­li się! Cze­go pan nie ro­zu­mie? Pro­si­li mnie o po­moc! - pisz­czał Theo do słu­chaw­ki.

- Sko­ro nie mają ko­mór­ki, to jak ci o tym po­wie­dzie­li? - przy­tom­nie spy­tał straż­nik le­śny.

- Mam dar...

- Opo­wia­da­nia bred­ni - do­koń­czył za nie­go męż­czy­zna.

- Dar ja­sno­wi­dze­nia. Ro­bią o mnie film do­ku­men­tal­ny, je­sie­nią bę­dzie w te­le­wi­zji - skła­mał Theo. - Bła­gam, mu­si­cie ich od­na­leźć!

- Słu­chaj, mały. Wczo­raj stra­ci­łem osiem go­dzin, kie­dy zmy­śli­łeś so­bie po­żar. Nie dam się zno­wu na­brać.

Kie­dy straż­ni­cy za­gro­zi­li, że po­da­dzą Theo do sądu, pań­stwo Bar­tho­lo­mew zro­zu­mie­li, że pora szu­kać po­mo­cy. Po­nie­waż obo­je byli pro­fe­so­ra­mi teo­lo­gii na Uni­wer­sy­te­cie Co­lum­bia, na po­czą­tek po­sta­no­wi­li za­się­gnąć opi­nii in­nych wy­kła­dow­ców. Ze spo­ko­jem znie­śli kil­ka nie­grzecz­nych pro­po­zy­cji wy­sła­nia chłop­ca do szko­ły woj­sko­wej albo na obóz dla gru­ba­sów, aż w koń­cu do­tar­li do pro­fe­so­ra psy­cho­lo­gii, któ­re­go syn w pew­nej pry­wat­nej pla­ców­ce w No­wej An­glii zdo­łał prze­zwy­cię­żyć lęk przed ję­zy­ka­mi ob­cy­mi. Po­dob­no fo­bia była tak da­le­ce po­su­nię­ta, że chło­piec od­ma­wiał wy­cho­dze­nia z domu bez słu­cha­wek na uszach. Oczy­wi­ście za­nim pro­fe­sor zdra­dził pań­stwu Bar­tho­lo­mew na­zwę in­sty­tu­cji, ro­zej­rzał się po ko­ry­ta­rzu i za­mknął drzwi ga­bi­ne­tu. Po­dob­nie jak wszy­scy wta­jem­ni­cze­ni, o Szko­le Stra­chu wo­lał mó­wić szep­tem.

Ro­dzi­com aż się oczy za­świe­ci­ły na myśl o po­zby­ciu się ta­na­to­fo­bii Theo oraz jego po­zo­sta­łych ner­wic. Z ca­łej sió­dem­ki wła­śnie on za­bie­rał im zde­cy­do­wa­nie naj­wię­cej cza­su i przy­spa­rzał cią­głych trosk. Pań­stwo Bar­tho­lo­mew po­pro­si­li po­zo­sta­łe dzie­ci, żeby zo­sta­ły w po­ko­jach, pod­czas gdy sami wzię­li Theo na roz­mo­wę. Usie­dli przed nim na kasz­ta­no­wej ka­na­pie i opo­wie­dzie­li o pla­nach po­sła­nia go na lato do Szko­ły Stra­chu.

- Czy­ście osza­le­li? "Szko­ła Stra­chu"? To brzmi jak na­zwa ja­kiejś sek­ty. Może od razu wy­śle­cie mnie do Ko­rei Pół­noc­nej? - spy­tał sar­ka­stycz­nie Theo i po­krę­cił gło­wą z obrzy­dze­niem.

- Theo, to bę­dzie jak ko­lo­nie, a nie jak ko­mu­nizm - za­opo­no­wa­ła mat­ka.

- Jak mo­żesz w ogó­le o tym my­śleć? Tam nie wol­no mieć ko­mó­rek! Ko­bie­to, czy ty nie masz li­to­ści?

- Theo, skończ ten te­atr - prze­rwał pan Bar­tho­lo­mew, kie­dy chło­piec pa­dał wła­śnie na ko­la­na.

- Przyj­rzyj­cie się do­brze tej twa­rzy. Moż­li­we, że wi­dzi­cie ją po raz ostat­ni.

- Theo, oni ci po­mo­gą bar­dziej cie­szyć się ży­ciem i mniej się mar­twić. Czyż to nie brzmi do­brze? - spy­tał spo­koj­nie oj­ciec.

- Mar­twić? Ja? Ja się nie mar­twię. Ja je­stem je­dy­nie re­ali­stą i ob­ser­wa­to­rem ży­cia, wska­zu­ją­cym po­ten­cjal­ne za­gro­że­nia. Tego nie moż­na na­zwać mar­twie­niem się - od­parł Theo, na próż­no usi­łu­jąc prze­ko­nać ro­dzi­ców, że z nim wszyst­ko w po­rząd­ku.

- Theo! - po­wie­dzie­li chó­rem za­tro­ska­ni ro­dzi­ce.

- Co ta­kie­go?

- Nie jeź­dzisz me­trem... - za­czę­ła mat­ka.

- Mógł­by wy­buch­nąć po­żar albo ktoś mógł­by mnie we­pchnąć pod po­ciąg. Bur­mistrz wciąż igno­ru­je moje li­sty w spra­wie za­mon­to­wa­nia ba­rie­rek za­bez­pie­cza­ją­cych. Nie wspo­mi­nam już o tym, że lu­dzie wszyst­kie­go do­ty­ka­ją brud­ny­mi rę­ka­mi. Wie­lu wca­le nie uży­wa my­dła. Zna­cie ten typ: Jo­aqu­in. Wkła­da pal­ce pod wodę na trzy se­kun­dy i my­śli, że już ma czy­ste ręce.

- A spa­do­chron, któ­ry no­sisz w sa­mo­lo­tach? - spy­tał oj­ciec.

- Śro­dek za­po­bie­gaw­czy na wy­pa­dek awa­rii sil­ni­ków. Szcze­rze uwa­żam, że to bę­dzie trend przy­szło­ści.

- A ma­secz­ka chi­rur­gicz­na? - słod­kim to­nem za­py­ta­ła mat­ka.

- No­szę ją tyl­ko w se­zo­nie gry­po­wym. Jak po­wie wam każ­dy sza­nu­ją­cy się le­karz, dzie­ci są na tę cho­ro­bę bar­dziej po­dat­ne niż do­ro­śli. W dwa ty­sią­ce trze­cim roku za­no­to­wa­no dzie­więć­dzie­siąt trzy zgo­ny zwią­za­ne z za­cho­ro­wa­niem na gry­pę.

- Czy tego wła­śnie się bo­isz? Śmier­ci?

- Do­pó­ki ktoś nie wró­ci i nie opo­wie mi, jak to jest, nie je­stem pe­wien, czy mam na nią ocho­tę. Jak na ra­zie bab­cia do nas nie wpa­dła.

- Theo, po­zwól, że wy­ja­śnię ci parę rze­czy - rzekł pan Bar­tho­lo­mew, po czym za­czął wy­łusz­czać roz­licz­ne teo­rie na te­mat ży­cia po­za­gro­bo­we­go.

Theo grzecz­nie słu­chał, co miał do po­wie­dze­nia oj­ciec. Co ja­kiś czas ki­wał gło­wą albo ją prze­krzy­wiał, ale głów­nie przy­swa­jał in­for­ma­cje. W koń­cu, gdy oj­ciec skoń­czył, chło­piec po­tarł bro­dę i spoj­rzał na ro­dzi­ców.

- Le­piej ci? - spy­ta­ła z na­dzie­ją pani Bar­tho­lo­mew.

- Nie bar­dzo. Nie wy­da­je wam się to po­dej­rza­ne, że po śmier­ci ma się do wy­bo­ru wię­cej opcji niż w ba­rze sa­łat­ko­wym?

KAŻDY SIĘ CZEGOŚ BOI:

Mot­te­fo­bia to lęk przed ćma­mi

Dzwo­nek to nie dzwo­nek. Choć rze­czy­wi­ście zro­bio­ny z me­ta­lu i zna­ny z tego, że dzwo­ni, w rze­czy­wi­sto­ści dzwo­nek to znacz­nie wię­cej. To smak kieł­ba­ski z gril­la, pie­cze­nie spa­lo­nej słoń­cem skó­ry po ca­łym dniu za­ba­wy na po­wie­trzu i za­pach chlo­ru ze świe­żo czysz­czo­nych ba­se­nów. To obiet­ni­ca me­czów pił­ki noż­nej, nocy u ko­le­gów i tur­nie­jów gier kom­pu­te­ro­wych, a wszyst­ko nie­prze­ry­wa­ne od­ra­bia­niem lek­cji. Krót­ko mó­wiąc, dzwo­nek otwie­ra drzwi do lata.

W szko­le dla dziew­cząt Brun­swick w ele­ganc­kiej lon­dyń­skiej dziel­ni­cy Ken­sing­ton grup­ka dwu­dzie­stu uczen­nic w mun­dur­kach cze­ka­ła na osta­tecz­ny sy­gnał, że rok szkol­ny do­biegł koń­ca. Z de­spe­ra­cją w oczach wpa­try­wa­ły się w ze­gar i cze­ka­ły na dzwo­nek. Gra­na­to­we bu­ci­ki z nie­cier­pli­wo­ścią stu­ka­ły o nogi wy­słu­żo­nych krze­seł, za­głu­sza­jąc głos na­uczy­ciel­ki.

Nie­zwra­ca­nie uwa­gi na na­uczy­ciel­kę na­le­ża­ło do wy­pró­bo­wa­nych sztu­czek, ale tego dnia dziew­czę­ta osią­ga­ły bie­głość gwar­dzi­stów przed pa­ła­cem Buc­kin­gham - tych je­go­mo­ści w fu­trza­stych czap­kach, któ­rzy na nic nie re­agu­ją. Co­raz bar­dziej sfru­stro­wa­ne uczen­ni­ce za­sta­na­wia­ły się, czy dzwo­nek zro­bił so­bie wol­ne. Był z tego zna­ny, szcze­gól­nie pod­czas eg­za­mi­nów, od­py­ty­wa­nia przy ta­bli­cy i in­nych szkol­nych uciąż­li­wo­ści.

Dzie­więt­na­ście z dwu­dzie­stu dziew­cząt roz­my­śla­ło już o pso­tach, jed­nak w ostat­nim rzę­dzie sie­dzia­ła taka, któ­rej bar­dzo za­le­ża­ło na tym, by dzwo­nek nie za­dzwo­nił. Ma­de­le­ine Ma­ster­son o kru­czo­czar­nych wło­sach ce­lo­wo wy­bra­ła tę wła­śnie ław­kę, po­nie­waż nie było stam­tąd wi­dać ze­ga­ra ani dzwon­ka. Błę­kit­ne oczy Ma­de­le­ine strze­la­ły na boki, a ona po­wta­rza­ła pod no­sem dwa pro­ste sło­wa: "Nie dzwoń". Po raz pierw­szy w swym krót­kim ży­ciu ocze­ki­wa­ła po­cząt­ku wa­ka­cji z nie­po­ko­jem i trwo­gą.

Zwy­kle roz­ko­szo­wa­ła się spo­koj­ny­mi let­ni­mi po­po­łu­dnia­mi spę­dza­ny­mi w sa­lo­nie z książ­ką, krzy­żów­ką lub lap­to­pem z do­stę­pem do in­ter­ne­tu. Była dum­na ze swej po­nad­prze­cięt­nej zna­jo­mo­ści po­li­ty­ki mię­dzy­na­ro­do­wej. Więk­szość uczniów nie zna na­zwi­ska pre­mie­ra Nor­we­gii, Jen­sa Stol­ten­ber­ga, ale Ma­de­le­ine zna­ła. Zna­ła rów­nież - a co wię­cej, po­tra­fi­ła wy­mó­wić - na­zwi­ska pre­mie­ra Gren­lan­dii Han­sa Enok­se­na, pre­mier Is­lan­dii Jó­han­ny Si­gur­dar­dót­tir, pre­zy­den­ta Mau­re­ta­nii Mu­ham­ma­da uld Abd al-Azi­za, pre­zy­den­ta Be­ni­nu Tho­ma­sa Yayi Bo­nie­go i tak da­lej. Uwa­ża­ła, że każ­de ze stu dzie­więć­dzie­się­ciu dwóch państw człon­kow­skich Or­ga­ni­za­cji Na­ro­dów Zjed­no­czo­nych za­słu­gu­je na to, by cze­goś się o nim do­wie­dzieć.

Chęt­nie spę­dzi­ła­by całe wa­ka­cje w szko­le, gdy­by w ten spo­sób mia­ła unik­nąć tego, co za­pla­no­wa­li dla niej ro­dzi­ce. Ży­wi­ła­by się ba­to­ni­ka­mi z au­to­ma­tu i piła wodę z kra­nu. Waż­ne, żeby star­czy­ło jej mo­net. Po­mysł za­czy­nał na­bie­rać kształ­tów: Ma­de­le­ine mo­gła­by bu­szo­wać po bi­blio­te­ce, po­chła­niać książ­kę za książ­ką, ska­kać po ko­ry­ta­rzach i spać w nie­ska­zi­tel­nie czy­stym ga­bi­ne­cie le­kar­skim. Lato spę­dzo­ne w szko­le Brun­swick by­ło­by wprost roz­kosz­ne!

Nie­ste­ty, rów­no o go­dzi­nie pięt­na­stej bła­ga­nia Ma­de­le­ine, by dzwo­nek mil­czał, speł­zły na ni­czym. Prze­szy­wa­ją­cy dźwięk po­niósł się po prze­stron­nych ko­ry­ta­rzach szko­ły, da­jąc po­czą­tek ma­so­we­mu pę­do­wi dziew­cząt w gra­na­to­wo-bia­łych mun­dur­kach. Po­dob­nie jak go­ni­twa by­ków w Pam­pe­lu­nie, pęd ku drzwiom wyj­ścio­wym to coś bar­dzo nie­bez­piecz­ne­go. Na szczę­ście dwu­na­sto­let­nia Ma­de­le­ine nie mu­sia­ła się tym mar­twić. Od daw­na mia­ła w zwy­cza­ju cze­kać dzie­sięć mi­nut, aż uczen­ni­ce, opie­kun­ki oraz ro­dzi­ce od­da­lą się sprzed bu­dyn­ku, i do­pie­ro wte­dy opusz­cza­ła ław­kę.

Tego dnia tak bar­dzo pa­ra­li­żo­wał ją strach, że zo­sta­ła w kla­sie trzy kwa­dran­se dłu­żej niż zwy­kle. Dla za­bi­cia cza­su uło­ży­ła w pa­mię­ci al­fa­be­tycz­ną li­stę de­le­ga­tów ONZ. Wie­dzia­ła, że cze­ka na nią mat­ka oraz szo­fer, ale mu­sia­ła ze­brać się w so­bie, by sta­wić czo­ła wa­ka­cjom. To smut­ne, że nie­wie­le osób po­tra­fi zdo­być się na mę­stwo rów­nie szyb­ko, jak po­tra­fią się prze­stra­szyć. Do­ty­czy­ło to rów­nież Ma­de­le­ine.

Pani Ma­ster­son, któ­ra do­brze zna­ła swo­ją cór­kę, prze­wi­dzia­ła to opóź­nie­nie, więc wzię­ła ze sobą nu­mer ga­ze­ty "He­rald Tri­bu­ne". Na szczę­ście w wy­ło­żo­nej plu­szo­wą ta­pi­cer­ką ka­bi­nie ran­ge ro­ve­ra znacz­nie ła­twiej o re­laks niż na ka­na­pie w sa­lo­nie. Prze­czy­taw­szy wszyst­kie in­te­re­su­ją­ce ar­ty­ku­ły, pani Ma­ster­son odło­ży­ła ga­ze­tę do­kład­nie w chwi­li, gdy Ma­de­le­ine zbli­ża­ła się do wik­to­riań­skiej bra­my szko­ły. Kie­dy wy­sia­dła z sa­mo­cho­du, jej cór­ka wy­ło­ni­ła się z cie­nia z siat­ko­wą wo­al­ką na twa­rzy i ze­sta­wem spre­jów owa­do­bój­czych przy pa­sku. Bie­gnąc ku mat­ce, dziew­czyn­ka za­cie­kle spry­ski­wa­ła po­wie­trze wo­kół sie­bie.

- Cześć, ko­cha­nie, jak szko­ła?

- Do­brze, ma­mu­siu. Dzię­ku­ję, że py­tasz. Pra­gnę­ła­bym się do­wie­dzieć, czy sa­mo­chód zo­stał dziś od­ka­żo­ny.

- Oczy­wi­ście, Mad­die.

- Li­czę, że mnie nie na­bie­rasz, ma­mu­siu. Po­tra­fię to od­róż­nić. Mam bar­dzo wy­czu­lo­ny nos.

- Na­bie­ram? To nie­do­rzecz­ne. Za­pew­niam cię, że dzi­siaj bar­dzo do­kład­nie od­ka­zi­li­śmy sa­mo­chód.

- Dzię­ku­ję, ma­mu­siu. Nie za­py­tasz, cze­mu się spóź­ni­łam?

- Nie, ko­cha­nie.

- No do­brze. A te­raz, je­śli nie masz nic prze­ciw­ko temu, pro­si­ła­bym o awan­tu­rę oraz szla­ban. Moż­li­we, że na całe lato, a w ra­zie po­trze­by jesz­cze dłu­żej.

- Nie bój się, Mad­die. Tam bę­dzie jak na obo­zie - po­wie­dzia­ła ra­do­snym to­nem pani Ma­ster­son.

- Ma­mu­siu, ja cho­dzę do kina! Na obo­zach mają kiep­sko uszczel­nio­ne dom­ki peł­ne pa­ją­ków, kro­cio­no­gów i ka­ra­lu­chów, któ­re będą po mnie ła­zić. Wy­klu­czo­ne, że­bym spę­dzi­ła wa­ka­cje w ta­kich wa­run­kach!

Ro­dzi­ców dziew­czyn­ki bar­dzo mar­twił jej pa­nicz­ny strach przed pa­ją­ka­mi, in­sek­ta­mi i wszel­kim ro­bac­twem. Wpły­wał na każ­dą sfe­rę jej ży­cia, od szko­ły po sen. Wie­czo­ra­mi Ma­de­le­ine mo­dli­ła się o noc wol­ną od pa­ją­ków, po czym wpeł­za­ła pod gę­stą mo­ski­tie­rę. Z na­tu­ry była nie­śmia­ła, a strach przed owa­da­mi stwo­rzył do­dat­ko­wą ba­rie­rę w kon­tak­tach to­wa­rzy­skich.

Rzad­ko wy­cho­dzi­ła z domu, po­nie­waż nie chcia­ła prze­by­wać w żad­nych nie­pod­da­nych de­zyn­sek­cji bu­dyn­kach. Wi­dok pa­sia­ste­go na­mio­tu spe­ca od de­zyn­sek­cji na­pa­wał ją taką ra­do­ścią, jaką in­nym dzie­ciom da­wa­ły pre­zen­ty uro­dzi­no­we i gwiazd­ko­we. Nie­ste­ty tyl­ko nie­licz­ni ro­dzi­ce uczen­nic szko­ły Brun­swick go­dzi­li się na kosz­tow­ne i cza­so­chłon­ne wy­ma­ga­nia dziew­czyn­ki ukry­tej za siat­ko­wą wo­al­ką.

Żeby usta­lić źró­dło stra­chu có­recz­ki, Ma­ster­so­no­wie za­cho­dzi­li w gło­wę, chcąc przy­po­mnieć so­bie ja­kieś trau­ma­tycz­ne wy­da­rze­nie z udzia­łem pa­ją­ków czy in­ne­go ro­bac­twa. Bez skut­ku. Pa­mię­ta­li, że już kie­dy Ma­de­le­ine mia­ła ro­czek, ry­cza­ła na wi­dok pa­ją­ka kor­sa­rza. Z cza­sem jej strach się po­głę­bił i przy­brał bar­dziej hi­ste­rycz­ne for­my, aż wresz­cie Ma­ster­so­no­wie nie mo­gli da­lej tłu­ma­czyć so­bie, że to zwy­kły etap dzie­cię­ce­go roz­wo­ju.

W wie­ku sze­ściu lat Ma­de­le­ine wpa­dła w pa­ni­kę po­łą­czo­ną z pal­pi­ta­cją ser­ca na wi­dok ko­ni­ka po­lne­go na drzwiach fron­to­wych. Na­bra­ła ob­se­syj­ne­go prze­ko­na­nia, że uzdol­nio­ny mu­zycz­nie owad we śnie bę­dzie jej cho­dził po twa­rzy. Na samą myśl o tym dziew­czyn­ce, któ­ra i tak mia­ła wraż­li­wy żo­łą­dek, ro­bi­ło się nie­do­brze. Po kil­ku mi­nu­tach po­sta­wi­ła ro­dzi­com ul­ti­ma­tum: albo się prze­pro­wa­dzą, albo we­zwą Wil­bu­ra, nie­za­wod­ne­go spe­ca od de­zyn­sek­cji.

Wil­bur spę­dził już w domu Ma­ster­so­nów tyle nocy, że nie tyl­ko do­da­li jego nu­mer do szyb­kie­go wy­bie­ra­nia, ale tak­że wy­sy­ła­li mu kart­ki na świę­ta. Stał się jesz­cze jed­nym człon­kiem ro­dzi­ny i był je­dy­ną oso­bą na świe­cie, któ­rą cie­szył strach Ma­de­le­ine. Gdy­by nie ona, ra­czej nie by­ło­by go stać na co­rocz­ny urlop na Bora-Bora. Kie­dy więc Ma­ster­so­no­wie za­dzwo­ni­li w spra­wie ko­ni­ka po­lne­go, Wil­bur z chę­cią przy­je­chał. Po­zby­cie się jed­ne­go mar­ne­go in­sek­ta to pie­kiel­nie dro­ga ro­bo­ta, ale Ma­de­le­ine na­le­ga­ła.

 

*

 

Przed szko­łą Brun­swick Ma­de­le­ine przy­go­to­wa­ła się do wej­ścia do auta, kie­dy na­gle po ple­cach prze­biegł jej dreszcz. Od­ru­cho­wo chwy­ci­ła ae­ro­zol i już chcia­ła spry­ski­wać.

- Nie strze­laj! - za­wo­ła­ła jej prze­ra­żo­na ko­le­żan­ka z kla­sy, uno­sząc ręce nad gło­wą w ge­ście ka­pi­tu­la­cji.

- Prze­pra­szam, Sa­man­tho, nie by­łam pew­na, co mam za ple­ca­mi - od­rze­kła Ma­de­le­ine, opusz­cza­jąc pusz­kę.

- Czy ja­kiś pa­jąk kie­dy­kol­wiek kle­pał cię w ra­mię? Daj spo­kój, Ma­de­le­ine - po­wie­dzia­ła Sa­man­tha ze zło­ścią. - Ju­tro po po­łu­dniu ro­bię im­pre­zę. Przyj­dziesz?

- Czy bar­dzo by ci prze­szka­dza­ło, gdy­by urzą­dzić ją u mnie?

- Co pro­szę?

- Im­pre­zę. Mo­że­my ją zro­bić u mnie w domu?

- Wte­dy wszy­scy po­my­ślą, że to two­ja im­pre­za.

- Chy­ba masz ra­cję. Czy w two­im domu była ostat­nio de­zyn­sek­cja?

- Nie­ste­ty, mama za­po­wie­dzia­ła, że już nig­dy wię­cej tego nie zro­bi. To może cho­ciaż wpad­niesz na piz­zę?

- Przy­kro mi, to by­ło­by nie­roz­waż­ne. Poza tym two­ja mama nie gu­stu­je w za­pa­chu środ­ków owa­do­bój­czych.

Pani Ma­ster­son słu­cha­ła tej roz­mo­wy z cięż­kim ser­cem. Mia­ła na­dzie­ję, że po wa­ka­cjach "kło­pot" Ma­de­le­ine znik­nie. Dziew­czyn­ka, ską­di­nąd in­te­li­gent­na, uprzej­ma i ła­god­na, ro­bi­ła się hi­ste­rycz­na, gdy w grę wcho­dzi­ły pa­ją­ki lub owa­dy. Przed kil­ko­ma mie­sią­ca­mi, gdy cór­ka po­pro­si­ła ją o zwol­nie­nie z WF-u, pani Ma­ster­son mu­sia­ła w koń­cu sta­wić czo­ła pro­ble­mo­wi.

- Ma­mu­siu, pro­szę, na­pisz do pani An­der­son, że nie mogę ćwi­czyć na dwo­rze ze wzglę­du na mię­so­żer­ny wi­rus, któ­re­go się ostat­nio na­ba­wi­łam.

- Wi­rus nie prze­szka­dza ci w bu­dyn­ku? Tyl­ko na ze­wnątrz? - spy­ta­ła z roz­ba­wie­niem pani Ma­ster­son.

- On po­trze­bu­je sło­necz­ne­go pro­mie­nio­wa­nia ul­tra­fio­le­to­we­go.

- Chy­ba nie mu­sisz wy­my­ślać tak eks­tre­mal­nej cho­ro­by, żeby wy­krę­cić się od ćwi­cze­nia na po­wie­trzu. A może coś pro­ste­go, na przy­kład prze­zię­bie­nie? Nie chcę, żeby szko­ła znów dzwo­ni­ła do Cen­trum Kon­tro­li Cho­rób Za­kaź­nych.

- Mu­si­my do tego wra­cać? Nie mia­łam po­ję­cia, że na­praw­dę jest coś ta­kie­go jak cho­ro­ba py­ska i ra­cic. Zo­sta­łam przy­par­ta do muru i to było pierw­sze, co przy­szło mi do gło­wy.

- Wi­ru­sy zże­ra­ją­ce cia­ło też są praw­dzi­we, Mad­die.

- To praw­da, ale pani An­der­son nie zo­sta­wi­ła mi wy­bo­ru. Po­wie­dzia­ła, że tyl­ko taki wi­rus mógł­by mnie zwol­nić z ćwi­cze­nia na dwo­rze.

Aby prze­zwy­cię­żyć na­ra­sta­ją­ce oba­wy cór­ki, pań­stwo Ma­ster­son pró­bo­wa­li zwy­kłej te­ra­pii, a tak­że hip­no­zy, lecz bez skut­ku. Te­ra­peu­ta oraz hip­no­ty­zer byli zda­nia, że strach przed pa­ją­ka­mi zmie­nił się u Ma­de­le­ine w fo­bię - arach­no­fo­bię. Oczy­wi­ście na­zwa­nie pro­ble­mu nie po­pra­wia­ło sy­tu­acji. Gdy pani An­der­son ka­za­ła Ma­de­le­ine przyjść do szko­ły bez siat­ko­wej wo­al­ki i pu­szek z ae­ro­zo­lem, dziew­czyn­ka za­aran­żo­wa­ła wła­sne po­rwa­nie.

Pani Ma­ster­son zna­la­zła w kuch­ni list z żą­da­niem oku­pu, a po go­dzi­nie na­tra­fi­ła na Ma­de­le­ine owi­nię­tą w mo­ski­tie­rę na dnie sza­fy.

- Ma­de­le­ine, co ty tu ro­bisz?

- Ma­mu­siu, zo­sta­łam po­rwa­na. Mo­gła­byś przyjść póź­niej?

- A któż taki cię po­rwał, ko­cha­nie?

- Nie było chęt­nych, więc mu­sia­łam sama.

Pani Ma­ster­son po­ki­wa­ła gło­wą, a po­tem spy­ta­ła:

- A mia­łaś ja­kiś szcze­gól­ny po­wód?

- Szur­nię­ta pani An­der­son zmu­sza mnie, że­bym cho­dzi­ła do szko­ły bez wo­al­ki i spre­ju. To dziw­na i okrut­na kara. Uwa­żam, że po­win­nam po­roz­ma­wiać z praw­ni­kiem.

- Ma­de­le­ine, w ca­łej An­glii na­praw­dę nie ma ani jed­ne­go praw­ni­ka, któ­ry zgo­dził­by się za­jąć two­ją spra­wą. To tak na wy­pa­dek, gdy­byś rze­czy­wi­ście roz­wa­ża­ła dro­gę są­do­wą.

- Ma­mu­siu, nie mam te­raz cza­su na dys­ku­sję. Zo­sta­łam po­rwa­na.

- Czy je­śli po­roz­ma­wiam z pa­nią An­der­son i prze­ko­nam ją, żeby zgo­dzi­ła się na wo­al­kę i sprej, to od­wo­łasz po­rwa­nie?

- No cóż, chy­ba tak. Ale i tak bę­dziesz mu­sia­ła za­pła­cić okup. Pięć fun­tów.

- Nie mam przy so­bie, ale mogę iść na dół i po­ży­czyć od ojca. Wyj­dziesz po do­bro­ci?

Wkrót­ce po zaj­ściu z po­rwa­niem szkol­na psy­cho­log, pani Kle­iner, za­pro­si­ła Ma­ster­so­nów na spo­tka­nie. Jej ga­bi­net za­wiódł ocze­ki­wa­nia pana Ma­ster­so­na, po­nie­waż za­miast wy­god­nej ka­na­py sta­ły tam dwa bar­dzo nie­wy­god­ne ba­ro­ko­we krze­sła. Pani Kle­iner prze­krę­ci­ła klucz w zam­ku, a szpa­rę pod drzwia­mi za­tka­ła ręcz­ni­kiem. Do tej pory pani Ma­ster­son wi­dzia­ła coś ta­kie­go tyl­ko pod­czas po­ża­ru - w ten spo­sób moż­na po­wstrzy­mać prze­do­sta­wa­nie się dymu. Wła­śnie mia­ła za­py­tać, po co ten ręcz­nik, gdy pani Kle­iner włą­czy­ła ra­dio. Si­wo­wło­sa psy­cho­log zdję­ła owal­ne oku­la­ry i otar­ła pot z gór­nej war­gi, po czym wresz­cie się ode­zwa­ła:

- Ogrom­nie pań­stwu dzię­ku­ję za przy­by­cie. Mu­szę wam opo­wie­dzieć coś waż­ne­go - po­wie­dzia­ła ci­cho.

- Bar­dzo się cie­szy­my, że trosz­czy się pani o Mad­die - od­rze­kła pani Ma­ster­son.

Pani Kle­iner ner­wo­wo po­ki­wa­ła gło­wą, a na­stęp­nie roz­po­czę­ła opo­wieść.

- Mniej wię­cej dwa­dzie­ścia lat temu zgło­si­łam moją sio­strze­ni­cę Eu­ge­nię do nie­ty­po­we­go pro­gra­mu, po­nie­waż pa­nicz­nie bała się psów. Gdy tyl­ko ja­kie­goś zo­ba­czy­ła, na­tych­miast mdla­ła. Mo­gła na przy­kład prze­cho­dzić przez uli­cę i trach! Pa­da­ła na as­falt, wprost pod koła tak­só­wek i wo­zów cię­ża­ro­wych. A wszyst­ko przez to, że ki­lo­metr da­lej szedł ja­kiś pu­de­lek.

- Prze­ra­ża­ją­ce! - za­wo­ła­ła pani Ma­ster­son.

- Nig­dy nie prze­pa­da­łem za pu­dla­mi - rzekł pan Ma­ster­son z roz­tar­gnie­niem.

Obie pa­nie po­sta­no­wi­ły zlek­ce­wa­żyć tę uwa­gę i kon­ty­nu­ować roz­mo­wę.

- Po­trze­bo­wa­li­śmy ja­kie­goś sku­tecz­ne­go, ale przy tym spraw­dzo­ne­go spo­so­bu na fo­bię Eu­ge­nii, a to rzad­kie po­łą­cze­nie. Jed­nak po wie­lu po­szu­ki­wa­niach wła­śnie coś ta­kie­go zna­leź­li­śmy.

- Miło sły­szeć. Jak się na­zy­wa? - spy­ta­ła pani Ma­ster­son.

Pani Kle­iner obej­rza­ła się na boki, po czym szep­nę­ła:

- Szko­ła... Stra­chu.

- Szko­ła cze­go? - za­py­tał pan Ma­ster­son.

- Sza! Nie wol­no afi­szo­wać się z tą na­zwą. Nie mogą pań­stwo ni­ko­mu po­wtó­rzyć tego, co wam za­raz zdra­dzę. Jest nie­sły­cha­nie waż­ne, by szcze­gó­ły pro­gra­mu po­zo­sta­ły nie­zna­ne, aby za­pew­nić uczniom jak naj­więk­szą szan­sę wy­le­cze­nia.

- Pro­szę pani, to szko­ła czy Sco­tland Yard? - za­py­tał żar­to­bli­wie pan Ma­ster­son.

- Sza­now­ny pa­nie, to szko­ła nie­po­dob­na do in­nych i dla­te­go nie­zbęd­na jest ab­so­lut­na dys­kre­cja. Czy są pań­stwo go­to­wi w ten spo­sób po­świę­cić się dla Ma­de­le­ine? - spy­ta­ła sta­now­czo pani Kle­iner. - Bo je­śli nie, wy­łą­czę ra­dio, wyj­mę ręcz­nik spod drzwi i prze­sta­nę szep­tać. I tak już się spóź­ni­łam na par­tyj­kę tryk­tra­ka. Je­że­li nie pod­cho­dzą pań­stwo po­waż­nie do pro­ble­mu cór­ki, pro­szę mi o tym po­wie­dzieć te­raz.

- Oczy­wi­ście, trak­tu­je­my go bar­dzo po­waż­nie - od­par­ła pani Ma­ster­son, pio­ru­nu­jąc męża wzro­kiem. - Nie wy­obra­ża so­bie pani, jak bar­dzo mar­twi­my się cho­ciaż­by o jej płu­ca. Te ilo­ści środ­ków owa­do­bój­czych mu­szą się od­bić na zdro­wiu. Każ­dej nocy bu­dzi się od trzech do pię­ciu razy, żeby pro­fi­lak­tycz­nie spry­skać sy­pial­nię.

- Czy są pań­stwo ab­so­lut­nie prze­ko­na­ni, że da­dzą radę? - spy­ta­ła pani Kle­iner, pa­trząc im w oczy lo­do­wa­tym wzro­kiem.

- Tak - od­po­wie­dzie­li obo­je.

Pani Kle­iner wy­ja­śni­ła, że Szko­ła Stra­chu to nie­zwy­kle eks­klu­zyw­ny pro­gram pro­wa­dzo­ny przez ta­jem­ni­czą pa­nią Wel­ling­ton. Tak bar­dzo eks­klu­zyw­ny, że wie o nim za­le­d­wie garst­ka osób. Gdy­by o Szko­łę Stra­chu za­py­tać li­sto­no­sza, te­le­fo­nist­kę, sprze­daw­cę czy sę­dzie­go, nie mie­li­by po­ję­cia, o co cho­dzi. Więk­szość lu­dzi nie wie o ist­nie­niu ta­kie­go miej­sca, po­nie­waż sta­ran­nie wy­se­lek­cjo­no­wa­na gru­pa ro­dzi­ców, le­ka­rzy i na­uczy­cie­li stoi na stra­ży ano­ni­mo­wo­ści tej pla­ców­ki. Wła­śnie ta gru­pa wy­bie­ra kan­dy­da­tów, po­nie­waż aby roz­wa­żyć przy­ję­cie ja­kie­goś ucznia, pani Wel­ling­ton wy­ma­ga li­stu po­le­ca­ją­ce­go. Na­stęp­nie, ze wzglę­du na taj­ny cha­rak­ter szko­ły, sta­ran­nie spraw­dza się za­rów­no kan­dy­da­tów, jak rów­nież ich ro­dzi­ny. Tak do­kład­nie, że pani Wel­ling­ton nie­raz do­wia­du­je się nie­wy­obra­żal­nych rze­czy: po­cząw­szy od tego, że ktoś w przed­szko­lu zja­dał pa­stę do zę­bów, a koń­cząc na tym, że w dru­giej kla­sie ro­bił błę­dy we wła­snym na­zwi­sku. Po zdo­by­ciu tych in­for­ma­cji dy­rek­tor­ka szko­ły żąda wy­pra­co­wa­nia o dłu­go­ści co naj­mniej ty­sią­ca słów, w szcze­gó­łach opi­su­ją­ce­go lęki dziec­ka oraz tra­dy­cyj­ne me­to­dy, któ­re nie przy­nio­sły skut­ku. Za błę­dy gra­ma­tycz­ne i or­to­gra­ficz­ne oraz nie­sta­ran­ne pi­smo odej­mu­je się punk­ty. W for­mu­la­rzu po­da­nia wy­raź­nie za­zna­czo­no, że wszyst­kie wy­pra­co­wa­nia na­le­ży na­pi­sać od­ręcz­nie, po­nie­waż pani Wel­ling­ton nie uzna­je wąt­pli­wych zdo­by­czy tech­no­lo­gii ta­kich jak ma­szy­ny do pi­sa­nia i kom­pu­te­ry.

 

*

 

Ma­ster­so­no­wie ostat­ni raz ze­tknę­li się z pro­ce­du­rą wy­ma­ga­ją­cą po­dob­ne­go stop­nia biu­ro­kra­cji, kie­dy zmie­nia­li ubez­pie­cze­nie zdro­wot­ne. Trze­ba było zło­żyć od­ci­ski pal­ców oraz przejść szcze­gó­ło­we te­sty o dziw­nych na­zwach, na przy­kład Ujed­no­li­co­ny Test Nie­po­czy­tal­no­ści Dziec­ka oraz Oce­nę De­fek­tów Oso­bo­wo­ści. Zło­że­nie po­da­nia sta­no­wi­ło w ca­ło­ści nie lada wy­czyn, bio­rąc pod uwa­gę, że wszyst­ko od­by­wa­ło się dro­gą pocz­to­wą. Przed przy­ję­ciem ucznia do szko­ły pani Wel­ling­ton nie chcia­ła zdra­dzać toż­sa­mo­ści swych pra­cow­ni­ków. Kan­dy­da­ci nic o niej nie wie­dzie­li, pry­wat­ni de­tek­ty­wi dba­li zaś o to, by nie umknął jej ża­den szcze­gół.

Je­śli do­wia­dy­wa­ła się o ja­kim­kol­wiek prze­cie­ku in­for­ma­cji pod­czas pro­ce­su re­kru­ta­cyj­ne­go, kan­dy­dat zo­sta­wał na­tych­miast zdys­kwa­li­fi­ko­wa­ny i otrzy­my­wał su­ro­we upo­mnie­nie od praw­ni­ka z fir­my Mun­chau­ser i Syn. Każ­dy wie­dział, że nie wol­no za­dzie­rać z Mun­chau­se­rem se­nio­rem. Wie­lu ab­sol­wen­tów osią­ga­ło wy­so­kie sta­no­wi­ska, nie na­po­mknąw­szy ani sło­wem o po­by­cie w Szko­le Stra­chu. Przy­rze­ka­li mil­cze­nie z dwóch po­wo­dów: po pierw­sze, ze wzglę­du na ogrom­ną lo­jal­ność wo­bec pani Wel­ling­ton, a po dru­gie, ze stra­chu przed le­gen­dar­nym gnie­wem Mun­chau­se­ra.

Leon Mun­chau­ser star­szy zna­ny był z wred­ne­go uspo­so­bie­nia, bez­względ­nej na­tu­ry i ka­mien­ne­go ser­ca - i to wo­bec wła­snej ro­dzi­ny. Mó­wio­no, że nie­gdyś wło­sek po wło­sku wy­rwał sy­no­wi brwi, żeby go uka­rać za roz­la­nie mle­ka. Naj­gor­sze, że brwi Le­onar­da Mun­chau­se­ra ju­nio­ra zo­sta­ły trwa­le uszko­dzo­ne; ro­sły te­raz nie­rów­ny­mi kęp­ka­mi. Choć ta­kie trak­to­wa­nie wy­da­wa­ło się strasz­ne, ble­dło w po­rów­na­niu z tak­ty­ka­mi, ja­kie Mun­chau­ser se­nior sto­so­wał dla ochro­ny swych klien­tów. A nie było waż­niej­sze­go klien­ta nad pa­nią Wel­ling­ton oraz Szko­łę Stra­chu.