Szkoła Strachu - Gitty Daneshvari

Reflow text when sidebars are open.
Fasmofobia to lęk przed duchami
Jak to: babcia nie żyje? Jak mogłaś na to pozwolić? - wył Theodore Bartholomew w kuchni zabałaganionego mieszkania na Manhattanie.
Korpulentny chłopiec miał alabastrową cerę i kasztanowe włosy, a jego oczy barwy mlecznej czekolady, okolone ramkami okularów, patrzyły na matkę z przerażeniem.
- Babcia była stara, taka jest kolej rzeczy. Starzy ludzie w końcu umierają - wyjaśniła matka Theo, pani Daphne Bartholomew, ze współczuciem kładąc dłoń na dłoni chłopca.
- Ale ty też jesteś stara. Tylko popatrz na te zmarszczki. Wkrótce umrzesz!
- Aż taka stara nie jestem.
- Widzę u ciebie tylko zmarszczki i plamy wątrobowe - oznajmił Theo, który z przejęcia zaczął się zatykać powietrzem. - Słabo mi. Szybko, przynieś sole trzeźwiące!
- Gdzie je trzymasz? Zapomniałam! - zawołała zdenerwowana pani Bartholomew.
- Czy ja wszystko muszę robić sam?!
Theo wyciągnął z kieszeni apteczkę, chwycił biały sztyft i podsunął sobie pod nos. Nawet z odległości ponad metra pani Bartholomew czuła działanie ostrych soli trzeźwiących.
- Nic ci nie jest, skarbie? - spytała łagodnie.
- Moja babcia nie żyje, moja matka niedługo do niej dołączy, a ja zużyłem resztkę soli trzeźwiących! - jęknął Theo.
Dwunastolatek był najmłodszym z siedmiorga dzieci i zdecydowanie, cóż, "naj" pod każdym względem. Na tym polegał cały kłopot z Theo: dość ciężko było go opisać, bo łączył tak wiele cech. Bez dwóch zdań był najbardziej histerycznym, neurotycznym i skorym do dramatyzowania chłopcem na całym Manhattanie. Jednocześnie miał jednak życzliwą, szczerą i uroczo naiwną naturę, a przy tym stanowił skarbnicę nietypowej wiedzy. Często dryfował myślami w mroczne rejony, gdzie natrafiał na istne nawałnice utrapień i nie miał najmniejszych oporów, by się nimi dzielić.
Co ciekawe, jedynym zmartwieniem rodzeństwa Theo było to, kto pierwszy zajmie łazienkę. Dlatego trudno się dziwić, że właśnie on najciężej zniósł śmierć babci. Choć to z pewnością troszkę nieczułe, reszta cieszyła się z dodatkowego miejsca, które zwolniło się wraz z jej odejściem. Zanim osądzicie dzieci państwa Bartholomew, pamiętajcie jednak, że mieszkania na Manhattanie bywają niesamowicie ciasne - do tego stopnia, że właściciele wynajmowanych lokali doliczają schowki na szczotki do liczby pokojów.
Jakikolwiek byłby powód zainteresowania rodzeństwa pokojem babci, Theo czuł się oburzony. Uważał, że należy go zachować w nienaruszonym stanie jako sanktuarium babci, włącznie z jej aparatem słuchowym, sztuczną szczęką i proszkami na serce. Te rzeczy to ostatni ślad jej obecności w życiu Theo, więc przeniesienie ich zakrawało na świętokradztwo. Koncepcja sanktuarium, której miała towarzyszyć produkcja koszulek z napisem "Tęsknimy za Babcią", została zawetowana podczas narady rodzinnej.
Rozczarowanie chłopca postawą rodzeństwa nasiliło się, kiedy podczas pogrzebu nikt z całej szóstki nie poszedł za jego przykładem i nie rzucił się na trumnę. Jak przystało na Theo, uważał ten czyn za wyraz miłości i lojalności. Podczas gdy pan Bartholomew wygłaszał na cmentarzu Morristown mowę pożegnalną, chłopiec wpatrywał się w dębową trumnę przykrytą białymi liliami. Głos ojca rozbrzmiewał mu w uszach, gdy puścił się biegiem w jej kierunku. Strącił kwiaty, mocno złapał trumnę i przycisnął twarz do gładkiego drewna. Był przekonany, że gdyby to on zmarł pierwszy, babcia zrobiłaby to samo. Uważał, że w ten sposób po raz ostatni ją przytula, chociaż tylko przez trumnę.
Łzy spływały mu spod okularów po miękkich policzkach na obcisły garnitur. Na ramieniu poczuł czyjąś dłoń - to Joaquin, jego starszy brat, któremu kazano go stamtąd zabrać. Theo puścił trumnę i pozwolił się odprowadzić na miejsce. Kontynuował przy tym dramatyczne przedstawienie, wykrzykując: "Dlaczego?!" z głową wzniesioną ku niebu.
- Bo miała dziewięćdziesiąt pięć lat - spokojnie odrzekł Joaquin.
Theo spiorunował brata wzrokiem, rozzłoszczony tak konkretną odpowiedzią.
- Co? To było pytanie retoryczne?
Joaquin po prostu nic nie rozumiał.
Wkrótce po pogrzebie babci i tak nerwowy chłopiec nabawił się jeszcze większego strachu przed śmiercią i zaczął obsesyjnie śledzić członków rodziny. Od każdego wymagał kontaktu co godzinę, by upewnić się, że wszyscy żyją. Wszystko rejestrował w notesie trafnie zatytułowanym Żywi lub martwi. Dość drastyczny tytuł, ale Theo rzeczywiście miał skłonności do dramatyzowania.
Chłopiec siedział właśnie w ciemnym salonie, którego ściany pokrywały półki z książkami i obrazy. Otworzył notes i postanowił zacząć od najstarszej siostry, Nancy. Gdy ją ostatnio widział, wybiegała z domu ubrana tylko w cienki sweterek. Theo martwił się, że mogłaby się zaziębić, osłabić układ odpornościowy, złapać zapalenie opon mózgowych i zarazić całą rodzinę. Roztropnie wysłał jej SMS-a z poradą, by włożyła kurtkę i maseczkę chirurgiczną oraz wzięła trochę odkażającego płynu do rąk, ale go zignorowała. Wybrał jej numer, kręcąc głową i ze zgrozą myśląc o tym, jak często jego rodzeństwo drwi sobie ze środków bezpieczeństwa.
- Nancy, mówi twój brat... - Zawiesił głos, oczekując gorącego powitania. - Przypuszczam, że skoro masz czterech braci, to powinienem się przedstawić z imienia. Mówi Theo.
- Uwierz mi, Theo, wiem, kto mówi - odparła wyraźnie poirytowana Nancy.
- Miło słyszeć - rzekł chłopiec z błogim uśmiechem. - Muszę sprawdzić, czy jesteś bezpieczna i zdrowa. Chcę cię również zachęcić do powrotu do domu po grubą kurtkę, maseczkę chirurgiczną i płyn odkażający do rąk.
- Przestań do mnie wydzwaniać, jestem na randce! - wrzasnęła wściekła Nancy.
- Uznam to za potwierdzenie, że żyjesz i nic ci nie jest. Pamiętaj, że twój chłopak musi umyć ręce, zanim dotknie twoich. O tej porze roku krąży dużo zarazków. Okej, baw się dobrze. Zadzwonię za godzinę.
- Ani mi się waż! - krzyknęła Nancy, ale Theo zdążył się już rozłączyć.
Nawet surowy zakaz używania komórek w szkole nie powstrzymywał go przed kontrolowaniem rodziny. Na czas lekcji opracował system, zgodnie z którym każdy miał mu regularnie przesyłać SMS-em swój status: żywy lub martwy. Nie był to z pewnością zbyt logiczny system, ponieważ martwi nie są w stanie wysyłać SMS-ów. Zresztą Joaquin i dwaj pozostali bracia często dla żartu wysyłali mu wiadomości o treści "martwy".
Theo nigdy to nie bawiło. Chociaż opracował skomplikowany i czasochłonny system, i tak nękały go myśli o śmierci. Rodzeństwo zaczęło mówić na niego Theo Tanatofob - ponieważ tanatofobia to strach przed śmiercią lub umieraniem. Nie przyjmował tego przezwiska do wiadomości. Po lekturze artykułów prasowych o zgonach wskutek wypadków samochodowych, chorób, przestępczości oraz z innych makabrycznych przyczyn uważał, że jego zachowanie jest w pełni uzasadnione.
Nerwica Theo nasiliła się jak nigdy wcześniej, gdy rodzice pojechali do parku narodowego Yosemite w północnej Kalifornii. Pośród pozostałości pradawnych lodowców oraz niebotycznych sekwoi nie było zasięgu, więc nie mogli się meldować. Oczami rozszalałej wyobraźni już widział, jak ukochanych rodziców pożera niedźwiedź grizzly.
Nie konsultując się z rodzeństwem, uznał, że jeśli nie zrobi wszystkiego, co w jego mocy, by chronić mamę i tatę, będzie to skrajna nieodpowiedzialność. Stwierdził, że skoro oni nie mogą się do niego zgłosić, sam ich odnajdzie, i to obojętne w jaki sposób. Strażnicy parkowi otrzymali serię zgłoszeń o tym, że jego rodzice odnieśli obrażenia, zostali zaatakowani, uwięzieni w pożarze albo się zgubili.
- Powiedziałem: zgubili się! Czego pan nie rozumie? Prosili mnie o pomoc! - piszczał Theo do słuchawki.
- Skoro nie mają komórki, to jak ci o tym powiedzieli? - przytomnie spytał strażnik leśny.
- Mam dar...
- Opowiadania bredni - dokończył za niego mężczyzna.
- Dar jasnowidzenia. Robią o mnie film dokumentalny, jesienią będzie w telewizji - skłamał Theo. - Błagam, musicie ich odnaleźć!
- Słuchaj, mały. Wczoraj straciłem osiem godzin, kiedy zmyśliłeś sobie pożar. Nie dam się znowu nabrać.
Kiedy strażnicy zagrozili, że podadzą Theo do sądu, państwo Bartholomew zrozumieli, że pora szukać pomocy. Ponieważ oboje byli profesorami teologii na Uniwersytecie Columbia, na początek postanowili zasięgnąć opinii innych wykładowców. Ze spokojem znieśli kilka niegrzecznych propozycji wysłania chłopca do szkoły wojskowej albo na obóz dla grubasów, aż w końcu dotarli do profesora psychologii, którego syn w pewnej prywatnej placówce w Nowej Anglii zdołał przezwyciężyć lęk przed językami obcymi. Podobno fobia była tak dalece posunięta, że chłopiec odmawiał wychodzenia z domu bez słuchawek na uszach. Oczywiście zanim profesor zdradził państwu Bartholomew nazwę instytucji, rozejrzał się po korytarzu i zamknął drzwi gabinetu. Podobnie jak wszyscy wtajemniczeni, o Szkole Strachu wolał mówić szeptem.
Rodzicom aż się oczy zaświeciły na myśl o pozbyciu się tanatofobii Theo oraz jego pozostałych nerwic. Z całej siódemki właśnie on zabierał im zdecydowanie najwięcej czasu i przysparzał ciągłych trosk. Państwo Bartholomew poprosili pozostałe dzieci, żeby zostały w pokojach, podczas gdy sami wzięli Theo na rozmowę. Usiedli przed nim na kasztanowej kanapie i opowiedzieli o planach posłania go na lato do Szkoły Strachu.
- Czyście oszaleli? "Szkoła Strachu"? To brzmi jak nazwa jakiejś sekty. Może od razu wyślecie mnie do Korei Północnej? - spytał sarkastycznie Theo i pokręcił głową z obrzydzeniem.
- Theo, to będzie jak kolonie, a nie jak komunizm - zaoponowała matka.
- Jak możesz w ogóle o tym myśleć? Tam nie wolno mieć komórek! Kobieto, czy ty nie masz litości?
- Theo, skończ ten teatr - przerwał pan Bartholomew, kiedy chłopiec padał właśnie na kolana.
- Przyjrzyjcie się dobrze tej twarzy. Możliwe, że widzicie ją po raz ostatni.
- Theo, oni ci pomogą bardziej cieszyć się życiem i mniej się martwić. Czyż to nie brzmi dobrze? - spytał spokojnie ojciec.
- Martwić? Ja? Ja się nie martwię. Ja jestem jedynie realistą i obserwatorem życia, wskazującym potencjalne zagrożenia. Tego nie można nazwać martwieniem się - odparł Theo, na próżno usiłując przekonać rodziców, że z nim wszystko w porządku.
- Theo! - powiedzieli chórem zatroskani rodzice.
- Co takiego?
- Nie jeździsz metrem... - zaczęła matka.
- Mógłby wybuchnąć pożar albo ktoś mógłby mnie wepchnąć pod pociąg. Burmistrz wciąż ignoruje moje listy w sprawie zamontowania barierek zabezpieczających. Nie wspominam już o tym, że ludzie wszystkiego dotykają brudnymi rękami. Wielu wcale nie używa mydła. Znacie ten typ: Joaquin. Wkłada palce pod wodę na trzy sekundy i myśli, że już ma czyste ręce.
- A spadochron, który nosisz w samolotach? - spytał ojciec.
- Środek zapobiegawczy na wypadek awarii silników. Szczerze uważam, że to będzie trend przyszłości.
- A maseczka chirurgiczna? - słodkim tonem zapytała matka.
- Noszę ją tylko w sezonie grypowym. Jak powie wam każdy szanujący się lekarz, dzieci są na tę chorobę bardziej podatne niż dorośli. W dwa tysiące trzecim roku zanotowano dziewięćdziesiąt trzy zgony związane z zachorowaniem na grypę.
- Czy tego właśnie się boisz? Śmierci?
- Dopóki ktoś nie wróci i nie opowie mi, jak to jest, nie jestem pewien, czy mam na nią ochotę. Jak na razie babcia do nas nie wpadła.
- Theo, pozwól, że wyjaśnię ci parę rzeczy - rzekł pan Bartholomew, po czym zaczął wyłuszczać rozliczne teorie na temat życia pozagrobowego.
Theo grzecznie słuchał, co miał do powiedzenia ojciec. Co jakiś czas kiwał głową albo ją przekrzywiał, ale głównie przyswajał informacje. W końcu, gdy ojciec skończył, chłopiec potarł brodę i spojrzał na rodziców.
- Lepiej ci? - spytała z nadzieją pani Bartholomew.
- Nie bardzo. Nie wydaje wam się to podejrzane, że po śmierci ma się do wyboru więcej opcji niż w barze sałatkowym?
Mottefobia to lęk przed ćmami
Dzwonek to nie dzwonek. Choć rzeczywiście zrobiony z metalu i znany z tego, że dzwoni, w rzeczywistości dzwonek to znacznie więcej. To smak kiełbaski z grilla, pieczenie spalonej słońcem skóry po całym dniu zabawy na powietrzu i zapach chloru ze świeżo czyszczonych basenów. To obietnica meczów piłki nożnej, nocy u kolegów i turniejów gier komputerowych, a wszystko nieprzerywane odrabianiem lekcji. Krótko mówiąc, dzwonek otwiera drzwi do lata.
W szkole dla dziewcząt Brunswick w eleganckiej londyńskiej dzielnicy Kensington grupka dwudziestu uczennic w mundurkach czekała na ostateczny sygnał, że rok szkolny dobiegł końca. Z desperacją w oczach wpatrywały się w zegar i czekały na dzwonek. Granatowe buciki z niecierpliwością stukały o nogi wysłużonych krzeseł, zagłuszając głos nauczycielki.
Niezwracanie uwagi na nauczycielkę należało do wypróbowanych sztuczek, ale tego dnia dziewczęta osiągały biegłość gwardzistów przed pałacem Buckingham - tych jegomości w futrzastych czapkach, którzy na nic nie reagują. Coraz bardziej sfrustrowane uczennice zastanawiały się, czy dzwonek zrobił sobie wolne. Był z tego znany, szczególnie podczas egzaminów, odpytywania przy tablicy i innych szkolnych uciążliwości.
Dziewiętnaście z dwudziestu dziewcząt rozmyślało już o psotach, jednak w ostatnim rzędzie siedziała taka, której bardzo zależało na tym, by dzwonek nie zadzwonił. Madeleine Masterson o kruczoczarnych włosach celowo wybrała tę właśnie ławkę, ponieważ nie było stamtąd widać zegara ani dzwonka. Błękitne oczy Madeleine strzelały na boki, a ona powtarzała pod nosem dwa proste słowa: "Nie dzwoń". Po raz pierwszy w swym krótkim życiu oczekiwała początku wakacji z niepokojem i trwogą.
Zwykle rozkoszowała się spokojnymi letnimi popołudniami spędzanymi w salonie z książką, krzyżówką lub laptopem z dostępem do internetu. Była dumna ze swej ponadprzeciętnej znajomości polityki międzynarodowej. Większość uczniów nie zna nazwiska premiera Norwegii, Jensa Stoltenberga, ale Madeleine znała. Znała również - a co więcej, potrafiła wymówić - nazwiska premiera Grenlandii Hansa Enoksena, premier Islandii Jóhanny Sigurdardóttir, prezydenta Mauretanii Muhammada uld Abd al-Aziza, prezydenta Beninu Thomasa Yayi Boniego i tak dalej. Uważała, że każde ze stu dziewięćdziesięciu dwóch państw członkowskich Organizacji Narodów Zjednoczonych zasługuje na to, by czegoś się o nim dowiedzieć.
Chętnie spędziłaby całe wakacje w szkole, gdyby w ten sposób miała uniknąć tego, co zaplanowali dla niej rodzice. Żywiłaby się batonikami z automatu i piła wodę z kranu. Ważne, żeby starczyło jej monet. Pomysł zaczynał nabierać kształtów: Madeleine mogłaby buszować po bibliotece, pochłaniać książkę za książką, skakać po korytarzach i spać w nieskazitelnie czystym gabinecie lekarskim. Lato spędzone w szkole Brunswick byłoby wprost rozkoszne!
Niestety, równo o godzinie piętnastej błagania Madeleine, by dzwonek milczał, spełzły na niczym. Przeszywający dźwięk poniósł się po przestronnych korytarzach szkoły, dając początek masowemu pędowi dziewcząt w granatowo-białych mundurkach. Podobnie jak gonitwa byków w Pampelunie, pęd ku drzwiom wyjściowym to coś bardzo niebezpiecznego. Na szczęście dwunastoletnia Madeleine nie musiała się tym martwić. Od dawna miała w zwyczaju czekać dziesięć minut, aż uczennice, opiekunki oraz rodzice oddalą się sprzed budynku, i dopiero wtedy opuszczała ławkę.
Tego dnia tak bardzo paraliżował ją strach, że została w klasie trzy kwadranse dłużej niż zwykle. Dla zabicia czasu ułożyła w pamięci alfabetyczną listę delegatów ONZ. Wiedziała, że czeka na nią matka oraz szofer, ale musiała zebrać się w sobie, by stawić czoła wakacjom. To smutne, że niewiele osób potrafi zdobyć się na męstwo równie szybko, jak potrafią się przestraszyć. Dotyczyło to również Madeleine.
Pani Masterson, która dobrze znała swoją córkę, przewidziała to opóźnienie, więc wzięła ze sobą numer gazety "Herald Tribune". Na szczęście w wyłożonej pluszową tapicerką kabinie range rovera znacznie łatwiej o relaks niż na kanapie w salonie. Przeczytawszy wszystkie interesujące artykuły, pani Masterson odłożyła gazetę dokładnie w chwili, gdy Madeleine zbliżała się do wiktoriańskiej bramy szkoły. Kiedy wysiadła z samochodu, jej córka wyłoniła się z cienia z siatkową woalką na twarzy i zestawem sprejów owadobójczych przy pasku. Biegnąc ku matce, dziewczynka zaciekle spryskiwała powietrze wokół siebie.
- Cześć, kochanie, jak szkoła?
- Dobrze, mamusiu. Dziękuję, że pytasz. Pragnęłabym się dowiedzieć, czy samochód został dziś odkażony.
- Oczywiście, Maddie.
- Liczę, że mnie nie nabierasz, mamusiu. Potrafię to odróżnić. Mam bardzo wyczulony nos.
- Nabieram? To niedorzeczne. Zapewniam cię, że dzisiaj bardzo dokładnie odkaziliśmy samochód.
- Dziękuję, mamusiu. Nie zapytasz, czemu się spóźniłam?
- Nie, kochanie.
- No dobrze. A teraz, jeśli nie masz nic przeciwko temu, prosiłabym o awanturę oraz szlaban. Możliwe, że na całe lato, a w razie potrzeby jeszcze dłużej.
- Nie bój się, Maddie. Tam będzie jak na obozie - powiedziała radosnym tonem pani Masterson.
- Mamusiu, ja chodzę do kina! Na obozach mają kiepsko uszczelnione domki pełne pająków, krocionogów i karaluchów, które będą po mnie łazić. Wykluczone, żebym spędziła wakacje w takich warunkach!
Rodziców dziewczynki bardzo martwił jej paniczny strach przed pająkami, insektami i wszelkim robactwem. Wpływał na każdą sferę jej życia, od szkoły po sen. Wieczorami Madeleine modliła się o noc wolną od pająków, po czym wpełzała pod gęstą moskitierę. Z natury była nieśmiała, a strach przed owadami stworzył dodatkową barierę w kontaktach towarzyskich.
Rzadko wychodziła z domu, ponieważ nie chciała przebywać w żadnych niepoddanych dezynsekcji budynkach. Widok pasiastego namiotu speca od dezynsekcji napawał ją taką radością, jaką innym dzieciom dawały prezenty urodzinowe i gwiazdkowe. Niestety tylko nieliczni rodzice uczennic szkoły Brunswick godzili się na kosztowne i czasochłonne wymagania dziewczynki ukrytej za siatkową woalką.
Żeby ustalić źródło strachu córeczki, Mastersonowie zachodzili w głowę, chcąc przypomnieć sobie jakieś traumatyczne wydarzenie z udziałem pająków czy innego robactwa. Bez skutku. Pamiętali, że już kiedy Madeleine miała roczek, ryczała na widok pająka korsarza. Z czasem jej strach się pogłębił i przybrał bardziej histeryczne formy, aż wreszcie Mastersonowie nie mogli dalej tłumaczyć sobie, że to zwykły etap dziecięcego rozwoju.
W wieku sześciu lat Madeleine wpadła w panikę połączoną z palpitacją serca na widok konika polnego na drzwiach frontowych. Nabrała obsesyjnego przekonania, że uzdolniony muzycznie owad we śnie będzie jej chodził po twarzy. Na samą myśl o tym dziewczynce, która i tak miała wrażliwy żołądek, robiło się niedobrze. Po kilku minutach postawiła rodzicom ultimatum: albo się przeprowadzą, albo wezwą Wilbura, niezawodnego speca od dezynsekcji.
Wilbur spędził już w domu Mastersonów tyle nocy, że nie tylko dodali jego numer do szybkiego wybierania, ale także wysyłali mu kartki na święta. Stał się jeszcze jednym członkiem rodziny i był jedyną osobą na świecie, którą cieszył strach Madeleine. Gdyby nie ona, raczej nie byłoby go stać na coroczny urlop na Bora-Bora. Kiedy więc Mastersonowie zadzwonili w sprawie konika polnego, Wilbur z chęcią przyjechał. Pozbycie się jednego marnego insekta to piekielnie droga robota, ale Madeleine nalegała.
*
Przed szkołą Brunswick Madeleine przygotowała się do wejścia do auta, kiedy nagle po plecach przebiegł jej dreszcz. Odruchowo chwyciła aerozol i już chciała spryskiwać.
- Nie strzelaj! - zawołała jej przerażona koleżanka z klasy, unosząc ręce nad głową w geście kapitulacji.
- Przepraszam, Samantho, nie byłam pewna, co mam za plecami - odrzekła Madeleine, opuszczając puszkę.
- Czy jakiś pająk kiedykolwiek klepał cię w ramię? Daj spokój, Madeleine - powiedziała Samantha ze złością. - Jutro po południu robię imprezę. Przyjdziesz?
- Czy bardzo by ci przeszkadzało, gdyby urządzić ją u mnie?
- Co proszę?
- Imprezę. Możemy ją zrobić u mnie w domu?
- Wtedy wszyscy pomyślą, że to twoja impreza.
- Chyba masz rację. Czy w twoim domu była ostatnio dezynsekcja?
- Niestety, mama zapowiedziała, że już nigdy więcej tego nie zrobi. To może chociaż wpadniesz na pizzę?
- Przykro mi, to byłoby nierozważne. Poza tym twoja mama nie gustuje w zapachu środków owadobójczych.
Pani Masterson słuchała tej rozmowy z ciężkim sercem. Miała nadzieję, że po wakacjach "kłopot" Madeleine zniknie. Dziewczynka, skądinąd inteligentna, uprzejma i łagodna, robiła się histeryczna, gdy w grę wchodziły pająki lub owady. Przed kilkoma miesiącami, gdy córka poprosiła ją o zwolnienie z WF-u, pani Masterson musiała w końcu stawić czoła problemowi.
- Mamusiu, proszę, napisz do pani Anderson, że nie mogę ćwiczyć na dworze ze względu na mięsożerny wirus, którego się ostatnio nabawiłam.
- Wirus nie przeszkadza ci w budynku? Tylko na zewnątrz? - spytała z rozbawieniem pani Masterson.
- On potrzebuje słonecznego promieniowania ultrafioletowego.
- Chyba nie musisz wymyślać tak ekstremalnej choroby, żeby wykręcić się od ćwiczenia na powietrzu. A może coś prostego, na przykład przeziębienie? Nie chcę, żeby szkoła znów dzwoniła do Centrum Kontroli Chorób Zakaźnych.
- Musimy do tego wracać? Nie miałam pojęcia, że naprawdę jest coś takiego jak choroba pyska i racic. Zostałam przyparta do muru i to było pierwsze, co przyszło mi do głowy.
- Wirusy zżerające ciało też są prawdziwe, Maddie.
- To prawda, ale pani Anderson nie zostawiła mi wyboru. Powiedziała, że tylko taki wirus mógłby mnie zwolnić z ćwiczenia na dworze.
Aby przezwyciężyć narastające obawy córki, państwo Masterson próbowali zwykłej terapii, a także hipnozy, lecz bez skutku. Terapeuta oraz hipnotyzer byli zdania, że strach przed pająkami zmienił się u Madeleine w fobię - arachnofobię. Oczywiście nazwanie problemu nie poprawiało sytuacji. Gdy pani Anderson kazała Madeleine przyjść do szkoły bez siatkowej woalki i puszek z aerozolem, dziewczynka zaaranżowała własne porwanie.
Pani Masterson znalazła w kuchni list z żądaniem okupu, a po godzinie natrafiła na Madeleine owiniętą w moskitierę na dnie szafy.
- Madeleine, co ty tu robisz?
- Mamusiu, zostałam porwana. Mogłabyś przyjść później?
- A któż taki cię porwał, kochanie?
- Nie było chętnych, więc musiałam sama.
Pani Masterson pokiwała głową, a potem spytała:
- A miałaś jakiś szczególny powód?
- Szurnięta pani Anderson zmusza mnie, żebym chodziła do szkoły bez woalki i spreju. To dziwna i okrutna kara. Uważam, że powinnam porozmawiać z prawnikiem.
- Madeleine, w całej Anglii naprawdę nie ma ani jednego prawnika, który zgodziłby się zająć twoją sprawą. To tak na wypadek, gdybyś rzeczywiście rozważała drogę sądową.
- Mamusiu, nie mam teraz czasu na dyskusję. Zostałam porwana.
- Czy jeśli porozmawiam z panią Anderson i przekonam ją, żeby zgodziła się na woalkę i sprej, to odwołasz porwanie?
- No cóż, chyba tak. Ale i tak będziesz musiała zapłacić okup. Pięć funtów.
- Nie mam przy sobie, ale mogę iść na dół i pożyczyć od ojca. Wyjdziesz po dobroci?
Wkrótce po zajściu z porwaniem szkolna psycholog, pani Kleiner, zaprosiła Mastersonów na spotkanie. Jej gabinet zawiódł oczekiwania pana Mastersona, ponieważ zamiast wygodnej kanapy stały tam dwa bardzo niewygodne barokowe krzesła. Pani Kleiner przekręciła klucz w zamku, a szparę pod drzwiami zatkała ręcznikiem. Do tej pory pani Masterson widziała coś takiego tylko podczas pożaru - w ten sposób można powstrzymać przedostawanie się dymu. Właśnie miała zapytać, po co ten ręcznik, gdy pani Kleiner włączyła radio. Siwowłosa psycholog zdjęła owalne okulary i otarła pot z górnej wargi, po czym wreszcie się odezwała:
- Ogromnie państwu dziękuję za przybycie. Muszę wam opowiedzieć coś ważnego - powiedziała cicho.
- Bardzo się cieszymy, że troszczy się pani o Maddie - odrzekła pani Masterson.
Pani Kleiner nerwowo pokiwała głową, a następnie rozpoczęła opowieść.
- Mniej więcej dwadzieścia lat temu zgłosiłam moją siostrzenicę Eugenię do nietypowego programu, ponieważ panicznie bała się psów. Gdy tylko jakiegoś zobaczyła, natychmiast mdlała. Mogła na przykład przechodzić przez ulicę i trach! Padała na asfalt, wprost pod koła taksówek i wozów ciężarowych. A wszystko przez to, że kilometr dalej szedł jakiś pudelek.
- Przerażające! - zawołała pani Masterson.
- Nigdy nie przepadałem za pudlami - rzekł pan Masterson z roztargnieniem.
Obie panie postanowiły zlekceważyć tę uwagę i kontynuować rozmowę.
- Potrzebowaliśmy jakiegoś skutecznego, ale przy tym sprawdzonego sposobu na fobię Eugenii, a to rzadkie połączenie. Jednak po wielu poszukiwaniach właśnie coś takiego znaleźliśmy.
- Miło słyszeć. Jak się nazywa? - spytała pani Masterson.
Pani Kleiner obejrzała się na boki, po czym szepnęła:
- Szkoła... Strachu.
- Szkoła czego? - zapytał pan Masterson.
- Sza! Nie wolno afiszować się z tą nazwą. Nie mogą państwo nikomu powtórzyć tego, co wam zaraz zdradzę. Jest niesłychanie ważne, by szczegóły programu pozostały nieznane, aby zapewnić uczniom jak największą szansę wyleczenia.
- Proszę pani, to szkoła czy Scotland Yard? - zapytał żartobliwie pan Masterson.
- Szanowny panie, to szkoła niepodobna do innych i dlatego niezbędna jest absolutna dyskrecja. Czy są państwo gotowi w ten sposób poświęcić się dla Madeleine? - spytała stanowczo pani Kleiner. - Bo jeśli nie, wyłączę radio, wyjmę ręcznik spod drzwi i przestanę szeptać. I tak już się spóźniłam na partyjkę tryktraka. Jeżeli nie podchodzą państwo poważnie do problemu córki, proszę mi o tym powiedzieć teraz.
- Oczywiście, traktujemy go bardzo poważnie - odparła pani Masterson, piorunując męża wzrokiem. - Nie wyobraża sobie pani, jak bardzo martwimy się chociażby o jej płuca. Te ilości środków owadobójczych muszą się odbić na zdrowiu. Każdej nocy budzi się od trzech do pięciu razy, żeby profilaktycznie spryskać sypialnię.
- Czy są państwo absolutnie przekonani, że dadzą radę? - spytała pani Kleiner, patrząc im w oczy lodowatym wzrokiem.
- Tak - odpowiedzieli oboje.
Pani Kleiner wyjaśniła, że Szkoła Strachu to niezwykle ekskluzywny program prowadzony przez tajemniczą panią Wellington. Tak bardzo ekskluzywny, że wie o nim zaledwie garstka osób. Gdyby o Szkołę Strachu zapytać listonosza, telefonistkę, sprzedawcę czy sędziego, nie mieliby pojęcia, o co chodzi. Większość ludzi nie wie o istnieniu takiego miejsca, ponieważ starannie wyselekcjonowana grupa rodziców, lekarzy i nauczycieli stoi na straży anonimowości tej placówki. Właśnie ta grupa wybiera kandydatów, ponieważ aby rozważyć przyjęcie jakiegoś ucznia, pani Wellington wymaga listu polecającego. Następnie, ze względu na tajny charakter szkoły, starannie sprawdza się zarówno kandydatów, jak również ich rodziny. Tak dokładnie, że pani Wellington nieraz dowiaduje się niewyobrażalnych rzeczy: począwszy od tego, że ktoś w przedszkolu zjadał pastę do zębów, a kończąc na tym, że w drugiej klasie robił błędy we własnym nazwisku. Po zdobyciu tych informacji dyrektorka szkoły żąda wypracowania o długości co najmniej tysiąca słów, w szczegółach opisującego lęki dziecka oraz tradycyjne metody, które nie przyniosły skutku. Za błędy gramatyczne i ortograficzne oraz niestaranne pismo odejmuje się punkty. W formularzu podania wyraźnie zaznaczono, że wszystkie wypracowania należy napisać odręcznie, ponieważ pani Wellington nie uznaje wątpliwych zdobyczy technologii takich jak maszyny do pisania i komputery.
*
Mastersonowie ostatni raz zetknęli się z procedurą wymagającą podobnego stopnia biurokracji, kiedy zmieniali ubezpieczenie zdrowotne. Trzeba było złożyć odciski palców oraz przejść szczegółowe testy o dziwnych nazwach, na przykład Ujednolicony Test Niepoczytalności Dziecka oraz Ocenę Defektów Osobowości. Złożenie podania stanowiło w całości nie lada wyczyn, biorąc pod uwagę, że wszystko odbywało się drogą pocztową. Przed przyjęciem ucznia do szkoły pani Wellington nie chciała zdradzać tożsamości swych pracowników. Kandydaci nic o niej nie wiedzieli, prywatni detektywi dbali zaś o to, by nie umknął jej żaden szczegół.
Jeśli dowiadywała się o jakimkolwiek przecieku informacji podczas procesu rekrutacyjnego, kandydat zostawał natychmiast zdyskwalifikowany i otrzymywał surowe upomnienie od prawnika z firmy Munchauser i Syn. Każdy wiedział, że nie wolno zadzierać z Munchauserem seniorem. Wielu absolwentów osiągało wysokie stanowiska, nie napomknąwszy ani słowem o pobycie w Szkole Strachu. Przyrzekali milczenie z dwóch powodów: po pierwsze, ze względu na ogromną lojalność wobec pani Wellington, a po drugie, ze strachu przed legendarnym gniewem Munchausera.
Leon Munchauser starszy znany był z wrednego usposobienia, bezwzględnej natury i kamiennego serca - i to wobec własnej rodziny. Mówiono, że niegdyś włosek po włosku wyrwał synowi brwi, żeby go ukarać za rozlanie mleka. Najgorsze, że brwi Leonarda Munchausera juniora zostały trwale uszkodzone; rosły teraz nierównymi kępkami. Choć takie traktowanie wydawało się straszne, bledło w porównaniu z taktykami, jakie Munchauser senior stosował dla ochrony swych klientów. A nie było ważniejszego klienta nad panią Wellington oraz Szkołę Strachu.