Rozdział III
Czyli rozmowa Phiny Hollaney i Godfreya Morgana przy akompaniamencie fortepianu
William W. Kolderup wrócił do swego pałacu przy Montgomery Street. Ta ulica była dla San Francisco tym samym, czym Regent Street dla Londynu, Broadway dla Nowego Jorku i Boulevard des Italiens dla Paryża. Na całej długości wielkiej arterii, przecinającej miasto równolegle do nabrzeży, panuje ożywiony ruch i toczy się zgiełkliwe życie: niezliczone tramwaje, pojazdy zaprzężone w konie lub muły, spieszący się przechodnie, którzy podążają kamiennymi chodnikami wzdłuż bogato zaopatrzonych sklepów i magazynów oraz jeszcze liczniejsi amatorzy barów, w których sprzedaje się prawdziwie kalifornijskie napoje - oto obraz ulicy Montgomery.
Zbyteczne byłoby opisywanie pałacu nababa z Frisco. Rozporządzając nadmiarem milionów, roztoczył w swej siedzibie nadmiar przepychu. Większy nacisk kładziono tu na komfort niż na estetykę, a względy praktyczne przeważały nad artystycznymi. Wszystkiego było zresztą pod dostatkiem.
Wystarczy jednak powiedzieć czytelnikowi, że był tu wspaniały salon przyjęć, a w tym salonie stał fortepian. W chwili gdy bogacz Kolderup wchodził do swego pałacu, poprzez cieplarnianą atmosferę wnętrza dobiegły go dźwięki instrumentu.
- Dobrze! - rzekł do siebie. - Oboje są tutaj! Zamienię tylko słówko z kasjerem i zaraz będziemy mogli porozmawiać!
Wszedł do swego gabinetu, by załatwić tę drobnostkę, czyli zakup Wyspy Spencera, i więcej o tym nie myśleć. Aby załatwić sprawę, trzeba było tylko zrealizować kilka papierów wartościowych, które miał w portfelu - starczały na całą zapłatę. Jeszcze tylko cztery linijki skreślone do maklera giełdowego, po czym William W. Kolderup miał się zająć inną "kombinacją", która bardzo leżała mu na sercu.
Tak! Oboje byli w salonie. Ona przy fortepianie, on w pozycji na wpół leżącej na sofie, rozmarzony i zasłuchany w perliste arpeggia24, wybiegające spod palców tej uroczej istoty.
- Słuchasz mnie? - spytała.
- Naturalnie!
- Zgoda, ale czy rozumiesz, co mówię?
- Czy ciebie rozumiem, Phino? Nigdy jeszcze tak znakomicie nie zagrałaś wariacji z Auld Robin Gray25.
- Ależ Godfreyu, ja wcale nie grałam Auld Robin Gray, to był Happy moment26.
- Och... zdawało mi się... - odparł Godfrey obojętnym tonem, po którym trudno było sądzić, czy się pomylił.
Młoda dziewczyna podniosła ręce i przez chwilę trzymała palce rozpostarte nad klawiaturą, jakby miała zamiar je opuścić i wydobyć akord. Następnie odwróciła nieco swój taboret i przez chwilę przyglądała się Godfreyowi, który starał się uniknąć jej spojrzenia.
Phina Hollaney, sierota, była chrześniaczką Williama W. Kolderupa. Wychował ją, darząc prawem uważania się za jego córkę oraz obowiązkiem kochania go jak ojca. Wywiązywała się z tego należycie.
Phina była młodą osóbką, "ładną na swój sposób", jak powiadano, niewątpliwie miłą, szesnastoletnią blondynką, z poglądami dużo starszej kobiety, jak to można było wyczytać z jej kryształowych, ciemnoniebieskich oczu. Nie pominiemy też okazji, aby przyrównać ją do lilii, gdyż w lepszym towarzystwie często używa się tego słowa na określenie amerykańskich piękności. Była więc lilią, jeśli podoba się wam to określenie, lecz lilią zaszczepioną na silnym i wytrzymałym krzaku dzikiej róży. Niewątpliwie ta młoda miss miała wielkie serce, ale obok serca posiadała także dużo zdrowego rozsądku, była praktyczna i nieco samolubna. Nie ulegała więcej, niż sama tego chciała, czarowi złudzeń i marzeń, właściwych jej płci i wiekowi.
Marzenia są dobre wtedy, kiedy się śpi, ale nie na jawie. Otóż w tej chwili Phina nie spała ani nawet nie miała takiego zamiaru.
- Godfreyu? - rzekła.
- Słucham, Phino - odparł młody człowiek.
- Gdzie jesteś w tej chwili?
- Przy tobie... w salonie.
- Nie, nie jesteś przy mnie, Godfreyu! Nie w tym salonie... lecz daleko, bardzo daleko... po drugiej stronie oceanu, prawda?
Ręka Phiny, mechanicznie błądząc po klawiaturze, wydobywała szereg akordów septymowych, których melancholijne brzmienie wiele zdradzało. Jednak siostrzeniec Williama W. Kolderupa prawdopodobnie tego nie rozumiał.
Taki był bowiem stosunek pokrewieństwa młodego człowieka do bogatego gospodarza domu. Jako syn siostry nabywcy wyspy, wcześnie osierocony Godfrey Morgan od wielu lat wychowywał się, tak samo jak Phina, w domu wuja. William W. Kolderup był kawalerem; w nieustannej gorączce interesów nigdy nie miał czasu pomyśleć o ożenku.
Godfrey liczył w tej chwili dwadzieścia dwa lata. Niedawno ukończył studia i teraz oddawał się zupełnej bezczynności. Mimo dyplomu uniwersyteckiego nie był ani odrobinę rozsądniejszy. Wszystkie drogi życia stały przed nim otworem, mógł pójść na prawo lub na lewo, jak mu się żywnie podobało. Którąkolwiek z dróg by poszedł, zawsze sprzyjało mu szczęście i dopomagał los.
Poza tym młodzieniec prezentował się bardzo elegancko i wytwornie. Nigdy nie spinał swego krawata pierścieniem i nigdy też nie ozdabiał palców, mankietów i gorsu koszuli owymi fantastycznymi klejnotami, które miały takie powodzenie u jego rodaków.
Nikogo nie zaskoczę, mówiąc, że Godfrey Morgan i Phina Hollaney mieli się pobrać. Czy mogło być inaczej? Wszystkie obyczaje i formy towarzyskie zostały dochowane. Przede wszystkim jednak to William W. Kolderup życzył sobie tego małżeństwa. W ten sposób zapewniał swój majątek dwojgu ludziom, których kochał najbardziej na świecie. Nie można naturalnie pomijać faktu, że Phina rzeczywiście podobała się Godfreyowi, a i Godfrey nie był obojętny Phinie. Małżeństwo uprościłoby także prowadzenie księgowości domu handlowego. Zaraz po ich urodzeniu otworzono bowiem dwa osobne konta - jedno dla chłopca, drugie dla dziewczynki. Wystarczyło teraz zamknąć oba rachunki i cały ich stan przenieść na nowe konto pary małżeńskiej. Czcigodny handlowiec miał nadzieję, że to wszystko uda się ostatecznie przeprowadzić i załatwić bez żadnego błędu i przeoczenia.
A jednak, jak się zaraz okaże, przeoczenie, czy może nawet błąd, niestety się zdarzyły.
Błąd ten polegał na tym, że Godfrey nie czuł się jeszcze dojrzały do tak poważnego przedsięwzięcia, jakim jest małżeństwo, a przeoczenie wiązało się z tym, że tego nie przewidziano.
Rzeczywiście, po ukończeniu studiów Godfrey uległ przedwczesnemu przesytowi światem i życiem. Życiem, w którym niczego mu nie brakowało, w którym nie mógł żywić żadnego pragnienia, w którym w ogóle nie miał nic do roboty. Wtedy opanowała go myśl o podróżowaniu po świecie. Powiedział sobie, że wszystkiego już zaznał, prócz podróży. Faktycznie tak było, ze Starego i Nowego Świata znał bowiem, prawdę mówiąc, zaledwie San Francisco, w którym się urodził i którego nigdy nie opuszczał, chyba że w sennych marzeniach. Pytam was zatem, czytelnicy, kim byłby młody człowiek, zwłaszcza jeśli był to Amerykanin, gdyby nie odbył parokrotnej podróży dookoła świata? Czy umiałby dobrze postępować w dalszym życiu? Czy wiedziałby, jak się zachować w różnych okolicznościach, gdyby na dłuższą metę odkładał podróż? Czy gdyby nie zakosztował nieco awanturniczego życia, mógłby być choć trochę odpowiedzialny? A poza tym, czyż nie należało do dobrego wychowania młodego człowieka, aby przebył kilka tysięcy lig po to, by coś zobaczyć na świecie i czegoś się nauczyć?
Pod wpływem tych myśli Godfrey od roku rozczytywał się w tak licznych w naszych czasach opisach podróży, a lektura ta wprawiała go w zachwyt. Odkrywał więc Niebiańskie Cesarstwo27 w towarzystwie Marca Polo, Amerykę z Kolumbem, Ocean Spokojny z Cookiem, biegun południowy z Dumontem d'Urvillem28. Postanowił pójść w ślady tych sławnych podróżników. Jego zdaniem warto było kilkuletnią podróż badawczą opłacić paroma napadami malajskich piratów, zatonięciem statku na pełnym morzu i znalezieniem się na jakimś opuszczonym wybrzeżu, gdzie trzeba byłoby wieść życie Selkirka29 lub Robinsona Crusoe!
Och, Robinson! Zostać Robinsonem! Któryż młodzieniec nie oddawał się marzeniom, czytając - jak może zbyt często czynił to Godfrey - o przygodach, jakich doświadczyli wyimaginowani bohaterowie Daniela Defoe30 czy Wyssa31?
W takim oto stanie ducha był siostrzeniec Williama W. Kolderupa w chwili, kiedy jego wuj postanowił, jak powiadają, uwiązać go na łańcuchu poprzez nałożenie więzów małżeńskich. Podróżowanie z Phiną, która wtedy nazywałaby się panią Morgan - nie, to było niemożliwe! Należało odbyć taką podróż samotnie lub jej zaniechać. Czyż zresztą po urzeczywistnieniu swych marzeń Godfrey nie byłby w bardziej odpowiednim nastroju do wstąpienia w związek małżeński? Czy kobieta mogłaby być szczęśliwa z człowiekiem, który nie zwiedził ani Chin, ani Japonii, nie mówiąc już o Europie? Na pewno nie!
Dlatego właśnie Godfrey był taki roztargniony, słuchał obojętnie, co mówiła Phina, i nie ukrywał rozdrażnienia, gdy grała melodie, które zwykle wprawiały go w zachwyt.
Phina, dziewczyna poważna i bystra, od razu to zauważyła. Gdyby ktoś powiedział, że nie była z tego powodu choć trochę przygnębiona i zirytowana, skłamałby niepotrzebnie. Ponieważ jednak przyzwyczaiła się patrzeć na sprawy od ich pozytywnej strony, powiedziała sobie:
"Skoro koniecznie musi odbyć podróż, to lepiej, by uczynił to przed ślubem!".
Dlatego wypowiedziała do Godfreya te słowa proste, a tak bardzo znaczące:
"Nie...! W tej chwili nie jesteś przy mnie, lecz po drugiej stronie oceanu".
Godfrey wstał. Nie patrząc na Phinę, podszedł parę kroków, a jego palec wskazujący bezwiednie uderzył w klawisz fortepianu. Zabrzmiało niskie "des", ton poniżej oktawy; ton żałosny, odpowiadający jego nastrojowi.
Phina zrozumiała i bez zbędnej dyskusji przyparła narzeczonego do muru, chcąc pomóc mu uczynić wyłom, którym mógłby wyfrunąć tam, dokąd go niosła fantazja - gdy w tej właśnie chwili otworzyły się drzwi salonu.
Wszedł William W. Kolderup, jak zwykle trochę zajęty swoimi myślami. Zakończył właśnie jeden kupiecki interes, a już zabierał się do następnego.
- A zatem chodzi już tylko o ustalenie ostatecznej daty - oświadczył.
- Daty? - powtórzył Godfrey, lekko zadrżawszy. - Jakiej daty, wuju, jeśli wolno spytać?
- Daty waszego ślubu! - odparł William W. Kolderup. - Przypuszczam, że nie chodzi o datę mojego ślubu!
- Być może on byłby pilniejszy! - zauważyła Phina.
- Co...!? Jak to!? - zawołał wuj. - Co to ma znaczyć? Mówimy przecież o końcu bieżącego miesiąca, nieprawdaż?
- Kochany ojcze chrzestny - odezwała się dziewczyna - teraz nie chodzi o ustalenie daty ślubu, lecz daty wyjazdu!
- Wyjazdu...?
- Tak, wyjazdu Godfreya - potwierdziła miss Phina. - Godfreya, który przed zawarciem związku małżeńskiego chciałby zobaczyć trochę świata!
- Ty chcesz wyjechać... ty?! - wykrzyknął William W. Kolderup, podchodząc do młodego człowieka i chwytając go za ramię, jak gdyby obawiał się, że "ten szelma siostrzeniec" gotów mu drapnąć z miejsca.
- Tak, wuju Willu! - dzielnie potwierdził Godfrey.
- Na jak długo?
- Na osiemnaście miesięcy, najwyżej na dwa lata, jeżeli...
- Jeżeli...?
- Jeżeli ty, wuju, na to pozwolisz, a Phina zechce na mnie tak długo czekać!
- Czekać na ciebie! Patrzcie na tego narzeczonego, któremu zachciewa się czmychnąć! - zawołał William W. Kolderup.
- Należy pozwolić Godfreyowi wyjechać - stanęła w obronie narzeczonego Phina. - Kochany ojcze chrzestny, wszystko już dokładnie rozważyłam. Jestem młoda, ale w istocie Godfrey jest jeszcze młodszy ode mnie! W podróży szybko dojrzeje, dlatego myślę, że nie powinniśmy przeciwstawiać się jego upodobaniom. Skoro chce podróżować, to niech podróżuje! Później poczuje potrzebę odpoczynku i powróci, żeby się ze mną spotkać.
- Co?! - krzyknął William W. Kolderup. - Zgadzasz na wypuszczenie tego lekkoducha?
- Tak, na dwa lata, jak tego żąda.
- I będziesz na niego czekać...?
- Wuju Willu, gdybym nie potrafiła na niego czekać, to by znaczyło, że go nie kocham!
To powiedziawszy, Phina ponownie usiadła do fortepianu, i czy zrobiła to rozmyślnie, czy też nie - spod jej palców dobiegła cichutka melodia modnego wówczas utworu Pożegnanie narzeczonego, który niezmiernie pasował do okoliczności. Phina jednak - być może nie zdając sobie nawet z tego sprawy - grała go w tonacji a-moll, podczas gdy utwór napisano w tonacji A-dur. Nastrój melodii zmienił się w związku z tym radykalnie, a jej żałosne zabarwienie dobrze oddawało głębokie uczucia dziewczyny.
Tymczasem Godfrey stał zmieszany i milczał. Wuj ujął jego głowę w obie ręce, obrócił ją do światła i przez chwilę uważnie mu się przyglądał. W ten sposób, bez słów, zadał mu pytanie, a Godfrey równie milcząco na nie odpowiedział.
Wciąż brzmiały jeszcze melancholijne dźwięki Pożegnania narzeczonego. W końcu William W. Kolderup obszedł dookoła salon i zatrzymał się przed Godfreyem, który stał przed nim niby winowajca przed sędzią. Następnie, podnosząc głos, zapytał:
- Czy chcesz tego całkiem poważnie?
- Bardzo poważnie - odpowiedziała miss Phina, a Godfrey tylko potakująco skinął głową.
- All right32! - rzekł William W. Kolderup, obrzuciwszy siostrzeńca dziwnym spojrzeniem. Potem dodał przez zaciśnięte zęby: - Ach, chcesz zakosztować podróży przed poślubieniem Phiny! W porządku! Już ty jej popróbujesz, drogi siostrzeńcze!
Zrobił jeszcze kilka kroków, zatrzymał się przed Godfreyem i skrzyżowawszy ramiona, zapytał:
- Dokąd chcesz jechać?
- W świat!
- A kiedy zamierzasz wyruszyć?
- Kiedy wuj zechce.
- Zgoda! - odparł William W. Kolderup. - Zatem możliwie jak najszybciej!
Przy tych ostatnich słowach Phina nagle przestała grać. Mały palec jej lewej ręki dotknął właśnie "gis", a czwarty palec jeszcze nie zadecydował, jakim tonem podnieść napięcie. Przystanęła na półtonie, tej "tkliwej nucie", podobnie jak Raoul w Hugenotach, kiedy przy końcu duetu ucieka z Valentine33.
Serce Phiny zapewne ścisnęło się żalem, lecz mimo to postanowiła nie odzywać się ani słowem.
Wówczas William W. Kolderup, nie patrząc na Godfreya, zbliżył się do fortepianu.
- Phino - rzekł poważnym głosem - nigdy nie powinnaś kończyć "tkliwą nutą"! - I swoim grubym palcem uderzył mocno w jeden z klawiszy, wydobywając naturalne "la".
24 Arpeggio - wykonanie akordu w ten sposób, że poszczególne jego dźwięki bierze się kolejno po sobie w szybkim tempie.
25 Auld Robin Cray ("Stary Robin Gray") - ballada napisana w roku 1772 przez lady Annę Barnard (1754-1825), szkocką poetkę, do której muzykę napisał pastor William Leeves; tytuł pochodzi od nazwiska starego, dobrego człowieka, który poślubił młodą dziewczynę, ponieważ jej kochanka uważano za zmarłego, ale ten miesiąc po ślubie zgłosił roszczenia do młodej kobiety.
26 Happy moment ("Szczęśliwa chwila") - prawdopodobnie utwór Richarda Schlepegrella (1825-1906), napisany w roku 1877.
27 Niebiańskie Imperium - Chińczycy nazywali swój kraj m.in. terminem Tianxia, czyli "To, co znajduje się pod niebem", a cesarza nazywali Synem Nieba; stąd w Europie używano niekiedy nazwy "Niebiańskie Cesarstwo", a jego mieszkańców zwano Niebiańczykami.
28 Marco Polo (1254-1324) - wenecki podróżnik i kupiec, najwybitniejszy podróżnik europejski okresu średniowiecza; Krzysztof Kolumb (1451-1506) - genueński żeglarz w służbie hiszpańskiej, jedna z najwybitniejszych postaci w dziejach odkryć geograficznych i żeglugi, odkrywca Ameryki; James Cook (1728-1779) - angielski żeglarz i odkrywca; jedna z najwybitniejszych postaci w historii żeglugi i odkryć geograficznych; Jules Sébastien César Dumont d'Urville (1790-1842) - francuski żeglarz, jeden z najwybitniejszych badaczy Oceanii; w latach 1826-1829 i 1837-1840 odkrył wiele wysp w Polinezji oraz Wybrzeże Ludwika Filipa, Wybrzeże Adeli i Wybrzeże Klary na Antarktydzie.
29 Alexander Selkirk (1676-1721) - szkocki marynarz, w latach 1704-1709 przebywał na bezludnej wyspie w archipelagu Juan Fernández; pierwowzór bohatera powieści Daniela Defoe Przypadki Robinsona Crusoe.
30 Daniel Defoe (właściwie Daniel Foe, 1660-1731) - u J. Verne'a: Daniel de Foë, angielski pisarz i publicysta, wybitny przedstawiciel oświecenia, prekursor powieści realistycznej; autor m.in. powieści Przypadki Robinsona Crusoe oraz Dola i niedola sławnej Moll Flanders.
31 Johann David Wyss (1743-1818) - szwajcarski pisarz tworzący w języku niemieckim, autor powieści przygodowo-pedagogicznej Robinson szwajcarski (czasami pojawia się błędny tytuł wzięty z języka angielskiego: Szwajcarscy Robinsonowie).
32 All right (ang.) - dobrze, w porządku.
33 Raoul, Valentine - Raoul de Nangis i Valentine de Saint Bris, bohaterowie opery Hugenoci Giacoma Meyerbeera (1791-1864).