Wstęp
Po paru ostatnich książkach stanowiących opisy własnych żeglarskich przeżyć postanowiłem odstąpić od tej zasady Jako kapitan prowadzący "Pogorię" ze "Szkołą pod żaglami" powinienem być zadowolony z udanego eksperymentu, ważniejszą jednak sprawą wydał mi się odbiór wrażeń przez młodych ludzi, którzy na tę wyprawę się zgłosili.
Akcja miała charakter masowy i dawała szansę około stu tysiącom uczniów pierwszych klas licealnych. Zainteresowało się nią około dwóch tysięcy, czterystu wytrwało do końca eliminacji. Cztery setki dziewcząt i chłopców pełnych dobrej woli zostało nagrodzonych rejsami wakacyjnymi po morzu i kursami żeglarskimi na śródlądziu, trzydziestka popłynęła dalej - do Indii, Sri Lanki i na Malediwy.
Autorzy relacji są postaciami fikcyjnymi: Adaś z Głębinowa. Bartek z Wrocławia i Charlie z Melbourne nie istnieją. Niemniej jednak wydarzenia, które opisują, działy się w rzeczywistości. Odtwarzając je korzystałem z dzienników Darka Rudzińskiego z Gdyni. Wojtka Szczygielskiego z Rzeszowa. Marka Tokarskiego ze Świnoujścia. Tomka Podoby ze Szczawna-Zdroju. Karola Krzystolika ze Szczecina i Szymka Masłowskiego z Płocka. Jestem im wdzięczny za okazane zaufanie i wgląd w ich intymne światy.
Po napisaniu książki wymienieni powyżej "dawcy" swoich przeżyć zjechali się do Woli Grzybowskiej na pierwsze czytanie gotowego tekstu i wnieśli szereg uwag, sugerując inne naświetlenie taktów bądź poprawienie nieścisłości. Zastosowałem się do prawie wszystkich sugestii łącznie z wycofaniem jednego rozdziału.
Monologi Charliego przeczytała też bawiąca w Polsce Mira Meysztowicz z Melbourne, matka naszego Kangura czyli Szymka, i potwierdziła prawdopodobieństwo przedstawionej wersji.
Tak więc oddaję do rąk Czytelnika relację z rejsu, opowiedzianą przez trzech narratorów oznaczonych odpowiednio inicjałami. Przy okazji pragnę gorąco podziękować wszystkim instytucjom i osobom prywatnym, które przyczyniły się do szczęśliwego startu i równie szczęśliwego zakończenia pierwszego roku działalności "Szkoły pod żaglami".
Krzysztof Baranowski
Wola Grzybowska
1986
W Głębinowie, Wrocławiu i Melbourne
Nasz fizyk Pipul jest równocześnie naszym wychowawcą. Dziś rano na lekcji wychowawczej jak zwykle przyczepił się do mnie, choć uśmiech miał podejrzanie inny niż normalnie.
- Adaśku! - jego ręka trzymała jakiś papier niczym atutową kartę, którą zaraz wyrżnie o ławkę, przebijając nasze blotkowe zeszyty. - Ponieważ ty jesteś największy wariat, Adaśku, to ty czytaj te wariactwa głośno, a potem wywiesisz list na korytarzu.
Pipul ma chyba pięćdziesiątkę, rude włosy i dziki sposób prowadzenia lekcji. Nosi najczęściej flanelowe koszule i zupełnie nie przejmuje się uwagami dyrektora. Chodzi szerokim zamaszystym krokiem i ruchy ma takie, jakby chciał rękami zamieść całą klasę. Nie wiem, która klasa nazwała go Pi-pół - czyli jedna druga liczby "pi", ale zgodziliśmy się, że wartość fizyka na pewne przekracza jedność. Potem Pi-pół spospoliciał, nie tracąc wszakże swojej wartości, ale "ó" wymieniło się na "u".
List przeczytałem. Wszyscy słuchali, a nawet przestali grać w okręty.
"Drodzy Koledzy! Przygotowuję dla Was rejs żaglowcem...". Tak zaczynał się list, a potem biegły nieprawdopodobne nazwy geograficzne: Morze Czerwone, Indie, Sri Lanka.
Dopiero po lekcji, na korytarzu, uważnie przeczytałem to powtórnie. W uszach miałem jeszcze wrzask klasy na koniec mojego czytania. Wszyscy chcieli od razu płynąć, najbardziej dziewczyny. Jedni mówili, że podpucha, inni umawiali się, że tego Baranowskiego przekonają, żeby zabrał całą klasę...
Na pierwszej przerwie płynęli wszyscy, pod koniec lekcji już tylko połowa. Potem każdy spieszył się do domu i o rejsie nie wspominał.
Mam na imię Bartek i chodzę do Liceum Ogólnokształcącego we Wrocławiu. Mój ojciec jest lekarzem, a matka nauczycielką. Dawno już marzyłem o tym, żeby wyruszyć na jakąś daleką wyprawę. Niewątpliwie jest to trudne, kiedy ma się piętnaście lat i chodzi się do pierwszej klasy, ale pojawiła się pewna niezwykła dość okazja.
Dzwoniła do mnie parę dni temu Anka z Głębinowa, koleżanka z ostatnich wakacji, i pytała, czy czytałem list kapitana Baranowskiego. Nic o tym nie słyszałem, bo w mojej szkole żadnego listu nie odczytywano. Spytałem Ankę, czy Krzysztof Baranowski zaprosił na rejs szkołę w Głębinowie, a ta, głupia, oczywiście odpowiedziała, że tak i że na końcu listu były specjalne pozdrowienia dla niej.
Rozmowa ta przypomniała mi się dzisiaj, kiedy zobaczyłem w gazecie małą notatkę, a w niej to samo, co mówiła Anka. Tylko o pozdrowieniach dla Anki z Głębinowa nic nie było.
Zacząłem obliczać, ile szkół ogólnokształcących takich jak moja może być w tę akcję zaangażowanych. Pół tysiąca czy tysiąc? W każdej szkole są co najmniej dwie klasy pierwsze.
Do mojej klasy chodzi dwadzieścia osiem osób, w równoległej trzydzieści, a w matematyczno-fizycznej dwadzieścia pięć. Jeśli ten list dotarł do wszystkich szkół z wyjątkiem naszej, to kandydatów na rejs powinno być sporo.
Powiedzmy, że każdy chciałby popłynąć... O. Wielki Marabucie! To jasne, że każdy, będzie chciał płynąć. No więc, jeśli każdy będzie chciał płynąć i każdy się zgłosi, to z mojej szkoły będzie około stu kandydatów, a z całej Polski około stu tysięcy!
Tylko spokojnie, Bartuś, jak mówi tata. Tata jest nerwus i próbuje uspokajać i mamę i mnie, kiedy sam się trzęsie z emocji. Ale jeśli w mojej szkole nic o żadnym liście nie wiadomo, to pewnie takich szkół jest więcej. Coś się pokręciło, poczta nawaliła, jak zwykle w naszym kraju, albo dyrektor schował do biurka, jak zwykle w naszej szkole.
Jedna dziesiąta szkół otrzymała list, tak sobie załóżmy. Też niewąska liczba - dziesięć tysięcy żywego luda. Jeśli pan Baranowski ma otrzymać dziesięć tysięcy listów, to co mu powie listonosz przy kolejnym obrocie? A może pod tym adresem jest całe biuro albo część ministerstwa? Czy też ma to być prywatna szkółka kapitana Baranowskiego. Dzwonię do Anki po szczegóły!
To jest pierwszorzędna wiadomość, mamo! Nic nie wiedziałem na ten temat, a ty też nie mówiłaś, że Polska ma żaglowce. Z chęcią cisnąłbym w kąt moją budę i zamustrował się na żagle, żeby tak płynąć i płynąć, i płynąć. Niech się wypcha pan Collins, który zawsze marudzi, matematykę mogę robić bez niego, ale co będzie z innymi przedmiotami? Czy to w ogóle możliwe, żebym machnął ręką na wszystkie lekcje? I kto takie rejsy sponsoruje w komunistycznym kraju? Czy nie będą mnie nakłaniali do jakiejś przynależności, no wiesz, jak to bywa w filmach szpiegowskich? Przecież my w gruncie rzeczy nie bardzo wiemy, jak tam jest. Ty stamtąd pochodzisz i czasem tam bywasz, ale ja po prostu nie mogę sobie tego kraju wyobrazić. Jeżeli to wszystko o tych żaglowcach, rejsie i szkole jest prawda to... hurrraa!!
Pierwsze trudności
Romek jest-faja. Zaczął od Polskiego Komitetu Pomocy Społecznej. A oni mu na to, że jest za młody. Poza tym o żadnym rejsie nie wiedzą. Romek już czwarty raz jeździ do województwa.
Umówiliśmy się, że razem będziemy startować. Romek jest poważny koleś. Nie rzuca słów na wiatr. Trochę ospały w ruchach. Ale solidny w myśleniu.
Dowiedzieliśmy się, że Anka też się przygotowuje. Ta gruba Anka z kitką jasnych włosów. W ramach pomocy harcerskiej od dawna opiekuje się jakąś staruszką.
Ja poszedłem od razu do pana Floriana. Mieszka na ulicy Grunwaldzkiej, na piętrze. Trudno mu się ruszać. Jest za stary. Na głowie ma olbrzymią ilość siwych włosów. Wygląda jak lew albinos.
Przychodzę do pana Floriana dwa razy w tygodniu. Sprawdzam, czy ma zapas węgla. Pytam, czy trzeba napalić. Biorę kartki i biegnę po zakupy. Pierwszy raz pan Florian przyjął mnie ze zdziwieniem. Wysłuchał, co mu opowiedziałem o rejsie. Taki człowiek, który pływał w konwojach, rozumie, co to jest morze.
- Warunek wstępny spełniasz - powiedział pan Florian. - Napiszę do Polskiego Komitetu Pomocy Społecznej o twojej działalności i dostaniesz zaświadczenie.
Przychodzę regularnie. Z pochylenia siwej głowy już wiem, jak się pan Florian czuje. Lubię go widzieć z podniesioną głową. Wiem, że wtedy opowie mi o konwojach, lodowatym oceanie i twardych ludziach. Też chciałbym tak trwać na posterunku do ostatniej chwili.
Co jakiś czas w szkole Pipul przypomina sobie o rejsie. Zwraca się do mnie per "Adaśku" i szydzi. Postanowiłem nic więcej nie mówić. Czekam na numer zgłoszenia od Baranowskiego. Anka już dostała. Dumna, jak nie wiem co.
W grudniowe poranki jest zimno i ciemno, wstawać się nie chce zupełnie, a ja powtarzam sobie: Bartek trzymaj się i trenuj! No i wstaję, wkładam dres, zbiegam po schodach i jestem na ulicy, gdzie jeszcze palą się latarnie, a ludzie skuleni z zimna biegną do pracy. Wrocław się budzi i nie może się rozbudzić, choć wrony nad Odrą kraczą na pobudkę. Wiem, że i tak nic z tego nie będzie.
Biegnę ulicą Wyspiańskiego wzdłuż politechniki, a potem skręcam w Norwida, gdzie lekkie pochylenie przyspiesza mój krok. Przy skręcie w Skłodowskiej nie mam już sił. Teraz długa prosta wygięta pod czarne niebo i zwieńczona mostem Zwierzynieckim. W pierwszych dniach całą tę trasę wzdłuż Skłodowskiej szedłem spacerem i myślałem, że chyba zbyt ambitnie wystartowałem. Nie minęło jednak wiele czasu, a już truchtam ze spokojniejszym oddechem.
Na matematyce Bednarski nie zauważył moich wysiłków czynionych desperacko w celu zdobycia lepszego stopnia. Po prostu wlepił mi dwóję za ściąganie, co jest oczywistym nieporozumieniem, bo wszystko robiłem sam, tylko chciałem sprawdzić, czy Jurek, którego nazywamy Anatol, stosuje ten sam wzór. Bednarskiemu trudno to było wszystko wytłumaczyć, ponieważ on nawet nie wie, że Jurek to Anatol.
Znalezienie staruszki okazało się gehenną. W komitecie wojewódzkim powiedzieli mi, że staruszkami w mojej dzielnicy zajmuje się komitet miejski. W komitecie miejskim nic nie wiedzieli i dzwonili do komitetu wojewódzkiego, żeby wyjaśnić, o co chodzi. Na szczęście trafili na tę samą osobę, z którą wcześniej rozmawiałem, a ona dzwoniła do Warszawy. Centrala rozesłała odpowiednie informacje i okólniki, ale pewnie poginęły w biurkach jak wiele innych spraw w różnych instytucjach. U nas wszystko ginie.
Kiedy wreszcie wyjaśniło się, że taka akcja rzeczywiście jest prowadzona i została zaakceptowana przez Polski Komitet Pomocy Społecznej w Warszawie, a moja obecność w komitecie miejskim jest wytłumaczona, urzędnik kazał mi przyjść innego dnia, to wtedy dostanę adres.
Przyszedłem tego innego dnia i,oczywiście - nikogo nie było. O Wielki Marabucie! Trzymajcie mnie ludzie! Urzędasa zastałem za czwartym razem. Gdyby przychodził tu jakiś inwalida po pomoc dla siebie, to pewnie by już skonał.
Przyjęcie nie było zachęcające, chociaż facet przypomniał sobie, o co chodzi. Wydawało mi się jednak, że on nie wierzy, żeby podobna akcja miała jakikolwiek sens. Nie wierzył również, by jakakolwiek pomoc była potrzebna ludziom starym. Parę razy spytał, czy rzeczywiście chodzi mi o adres i czy potrafię zająć się taką robotą, a ja zapewniłem go, że oczywiście wszystko potrafię. Niech mnie skieruje tak. żebym potem mógł od niego otrzymać odpowiednie zaświadczenie.
- Będzie, będzie - mruczał niechętnie i dał mi adres na Nowowiejskiej. Pierwsza wizyta była fatalna. Pobiegłem po szkole pod wskazany adres.
Dzwoniłem przez dłuższą chwilę, po czym uchyliły się drzwi zamknięte na łańcuch i pokazała się siwa głowa o przestraszonych oczach. Byłem tak zaskoczony różowym kolorem na końcach włosów, że nim zdążyłem z siebie wydobyć głos, drzwi już się zatrzasnęły. Wiedźma stojąca za nimi nie odpowiadała na moje wyjaśnienia. Miałem ochotę rozpędzić się i wywalić te drzwi, a następnie zapytać uprzejmie:
- Czym mogę służyć, babciu?!
Idąc kolejny raz do komitetu spotkałem dziewczynę, która przyszła z takim samym zamiarem. Powiedziała, że ma na imię Kasia, a potem spytała, jak ma zwracać się do mnie: Bartku czy Bartoszu. Poznaliśmy się dosłownie w drzwiach i od razu ustaliliśmy, że pod następny adres pójdziemy razem. Kasia z długimi blond warkoczami i smagłą cerą budziła zaufanie. Liczyła też pewnie na to, że przy ciężkiej pracy potrzebna będzie moja pomoc.
Urzędnik ucieszył się z naszego spotkania, za jednym zamachem załatwił dwóch kłopotliwych petentów.
Tym razem mieliśmy szczęście, myślę, że to szczęście przyniosła Kasia i jej warkocze. Dwie siostry Zasadzińskie przyjęły nas, jak gdyby były naszymi babciami. Poczęstowały herbatą i ciastem, wypytały o wszystko z wyjątkową bystrością, a tak delikatnie i grzecznie, że nie było co motać.
- Kochanieńkie, co wy nam chcecie pomóc. Przecież takie młode i ładne, co wy potraficie robić.
Zapewniliśmy zgodnie, że wszystko zrobimy.
- Taż my sobie dajemy radę jakoś przy boskiej pomocy. Wam trzeba się uczyć, na mądrych ludzi wyrastać, a nie u starych sprzątać. Ale pogadać miło, kochaneczki. Przyjdźcie za parę dni, to herbaty znowu zrobimy. Przyjdźcie, kochaneczki, to i ciasto kupimy.
I tak zaczęła się nasza opieka. Wysłaliśmy z Kasią wspólnie zgłoszenie i otrzymaliśmy sąsiednie numery 250 i 251.
Przeczytałem Alana Villiersa o żegludze wokół przylądka Horn i bardzo żałuję, że tamtędy nie będziemy płynąć. Rozumiem, że trasa ustalona i nic nie można zmienić. Ale miło pomyśleć, żeby tak z Oceanu Indyjskiego zrobić zwrot i ruszyć na Australię. Dopiero by się Justyn zdziwił, gdyby w zatoce pojawiły się białe żagle, a po chwili ja zszedłbym na ląd i pomaszerował do szkoły. Otwieram drzwi i mówię: "Cześć, panie Collins, właśnie przerobiłem logarytmy!" Wyobrażasz sobie jego minę...? Szkoda, że Justyn zdaje maturę, we dwóch byłoby nam raźniej. Rzeczywiście zapomniałem o stronie finansowej - udział w takim rejsie musi być bardzo kosztowny, skoro u nas za szkołę też się płaci... U Villiersa było fajnie, bo nic nie płacili, jeszcze zarabiali za wykonaną pracę. Trochę smutno, że nie ma już żaglowców handlowych, które wożą towary na dalekich trasach.
Koniec wersji demonstracyjnej.