Szkoła Magii Panny Preston - Gabriela Feliksik

Kup ebooka

44.90 zł
35.92 zł (24,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PROLOG

Są na świecie miejsca, które muszą zostać ukryte przed zwykłymi śmiertelnikami. Ochrania je magia, a Czarodziejska Rada pilnuje, by nikt niepowołany ich nie odnalazł. Jedno z takich miejsc stało się moim domem, azylem i dało mi wiele prawdziwych przyjaźni, a nawet miłość...

Z czułością spojrzałam na stojącą na biurku fotografię męża i rozejrzałam się po swoim gabinecie. Naprawdę cudownie było móc nazwać go "swoim". Na ścianach były zawieszone fotografie z moich czasów szkolnych. Ja, Barbe, Mel i Cleo obejmujące się, śmiejące do obiektywu albo uważnie studiujące książki. Nasza nierozerwalna czwórka, której relacja nawiązała się w tych murach. I przyjaźń, która przetrwała lata. Nie spodziewałam się jako młoda dziewczyna, tak silnej więzi i tego, że będzie ona trwać latami. Ale w dzieciństwie człowiek ogólnie niewiele myśli o przyszłości. Raczej chciałam po prostu nauczyć się dobrze czarować i coś tam w życiu robić, nawet niekoniecznie jako czarodziejka, ale może jako lekarz czy policjantka. Dorosłam i teraz ja zarządzam szkołą, w której kiedyś się uczyłyśmy. Barbe i jej mąż przewodniczą Czarodziejskiej Radzie i są uznawani za jednych z najlepszych przewodniczących w dziejach. Mel jest nadwornym opiekunem istot magicznych, zna się na każdym stworzeniu i posiada ogromną wiedzę na temat ich życia, ale też umie leczyć. A Cleo odniosła ogromny sukces jako piosenkarka, zarówno w świecie czarodziei, jak i śmiertelników. Plakaty z jej podobizną wiszą właściwie wszędzie, a muzyka rozbrzmiewa w co drugim domu. Czasami Cleo przebiera się w nauczycielski strój i prowadzi zajęcia z zielarstwa w szkole, jest znakomitą specjalistką w tej dziedzinie. Chociaż nigdy jej o to nie podejrzewałyśmy w czasach, kiedy byłyśmy uczennicami. Odnoszę nawet wrażenie, że wykłady na temat ziół sprawiają jej więcej frajdy niż kariera piosenkarki. Ja też nie zamierzałam uczyć, ale chęć zostania nauczycielem odkryłam w sobie w momencie rozdawania dyplomów, kiedy miałam na zawsze opuścić mury szkoły. I wtedy postanowiłam, że wrócę tu jako wykładowca. Nie marzyłam wcale o zasiadaniu w fotelu dyrektorskim. Ale jakoś tak samo wyszło, że zajęłam miejsce osoby, którą podziwiałam. Kochałam to miejsce. Gabinet był jasny, przytulny. Lubiłam go, gdy należał do panny Preston, dlatego też chciałam, żeby mi przypominał okres jej królowania w szkole. Siedziałam więc przy biurku należącym do poprzedniej dyrektorki, a otaczały mnie regały uginające się od woluminów zbieranych przez lata. A wśród nich było najwięcej ksiąg zgromadzonych przez moją poprzedniczkę, kochała książki, tak samo jak ja. Jedynym moim wkładem w wystrój gabinetu był wygodny fotel przy kominku. Panna Preston miała kanapę, ja jednak zdecydowałam się ją usunąć. Była dla mnie za duża, zbyt toporna, nigdy za nią nie przepadałam. Chciałam usiąść wygodnie przy palących się polanach z dobrą opowieścią w ręce. Uwielbiałam czasami robić sobie przerwy, by poczytać jakąś dobrą książkę lub po prostu w ciszy delektować się magią tego miejsca. A najlepiej mi się odpoczywało właśnie w fotelu, pamiątce po mojej ukochanej ciotce Adelajdzie. Poza tym fotelem i kilkoma zdjęciami gabinet wyglądał jak wtedy, kiedy urzędowała w nim panna Preston. Było w nim coś takiego, co sprawiało, że naprawdę cudownie się czułam. Może to resztki energii poprzedniczek zostały w jego ścianach? W ciągu lat mojego dyrektorowania miałam wrażenie, że ktoś mnie obserwuje, a nawet wspiera. No i było to na pewno realne, bo przecież w świecie magii wszystko jest możliwe. Mój mąż również pracował jako nauczyciel w szkole. Uczył młodych czarodziei, jak porozumiewać się ze zwierzętami. Do tego został zatrudniony w Czarodziejskiej Radzie, gdzie odpowiadał za tajne misje zlecane mu przez przełożonych. Oboje uwielbialiśmy więc szkołę, ale mieliśmy też nasze drugie miejsce na ziemi, zamek w pobliżu Pas-de-Calais - kolejny spadek po mojej cudownej Adelajdzie. Lubiliśmy tam przebywać w czasie wolnym od zajęć. A czasami uciekaliśmy tam nawet i w tygodniu, żeby tylko w jego murach naładować się pozytywną energią. To miejsce było świadkiem różnych historii, a ja czułam, że wielu z nich jeszcze nie zdołaliśmy poznać. Jakby zamek odkrywał swoje sekrety przed mieszkańcami stopniowo, niespiesznie.

Co tu dużo mówić, wszyscy byliśmy szczęśliwi i spełnieni, aczkolwiek nigdy bym się nie spodziewała, że gabinet panny Preston będzie kiedyś należał do mnie. Kiedy wylądowałam z mamą na miotle na dziedzińcu szkoły prawie trzydzieści lat temu, kompletnie nie myślałam o swojej przyszłości. Trudno jednak wymagać od nastoletniej dziewczyny, żeby miała już plany na dorosłe życie. Jedyne, co pamiętam, to przerażenie, ale też ogromną ciekawość i szczęście, że mogę rozpocząć długo wyczekiwaną naukę. Dużo później zamarzyłam o uczeniu i nieskromnie przyznam, naprawdę nieźle sobie radziłam. Pewnie więc dlatego teraz, mając czterdziestkę na karku, zostałam wybrana dyrektorem Szkoły Magii Panny Preston. Coś niebywałego, ale kiedy panna Preston postanowiła udać się na zasłużoną emeryturę, to mnie wskazała jako swoją następczynię. Owszem, przez lata dobrze przygotowywałam kolejne pokolenia młodzieży do życia w świecie czarodziei, wykładając im historię magii, a czasami prowadziłam lekcje o stworzeniach magicznych, mogłam wszak nawet się pochwalić znajomością z kilkoma z nich. Nie liczyłam jednak nigdy na to, że zostanę uznana za godną następczynię samej Priscilli Preston. To był dla mnie prawdziwy zaszczyt. Zwłaszcza że w murach tej szkoły tak wiele przeżyłam. Otarłam łzy wzruszenia spływające mi po policzkach, usiadłam w ulubionym fotelu, upiłam łyk gorącej herbaty, zamknęłam oczy i wróciłam pamięcią do tych dni, które ukształtowały moje przyszłe życie. Znowu byłam dziewczynką, wkraczającą w nastoletni wiek, lekko zestresowaną, ale też pełną wiary i podekscytowaną czekającymi ją zmianami. Magia wspomnień zadziałała...

Rozdział 1

Nie ma chyba nic bardziej ekscytującego niż rozpoczęcie nowego rozdziału w życiu, a tym niewątpliwie jest pójście do szkoły. Każde dziecko wyczekuje tego dnia, czasami z lekką obawą, ale w większości przypadków z podekscytowaniem. I ja też nie mogłam się już doczekać, bałam się też trochę, tylko postanowiłam nie przyznawać się do tego strachu. Wprawdzie miałam już za sobą rozpoczęcie roku w mojej zwykłej szkole, ale skończyłam piętnaście lat, a to w naszym świecie oznaczało, że jestem już gotowa na zgłębianie tajników magii. Osoba rodząca się z darem magii, musiała nauczyć się nią posługiwać, więc konieczne było pójście do odpowiedniej placówki edukacyjnej. Dotyczyło to wszystkich czarodziei. Niektórzy z nas się izolowali, tworząc magiczne enklawy, niewidoczne dla ludzi bez daru, inni natomiast wtapiali się w społeczeństwo i wiedli życie jak każdy zwyczajny człowiek. Cieszyli się kontaktami ze śmiertelnikami, ale nie dzielili się z nimi swoimi wyjątkowymi zdolnościami. Zwyczajni ludzie bowiem nigdy magii nie rozumieli. Dlatego nie wolno nam się było ujawniać. Czarodziejska Rada czuwała nad zapewnieniem równowagi w świecie, dlatego chociaż dawali nam wybór, co do miejsca zamieszkania, to uczęszczanie do magicznej szkoły stanowiło wymóg konieczny. Członkowie Rady wierzyli, że tylko w ten sposób wychwycą osoby z predyspozycjami do czynienia zła, mogącymi zaszkodzić ludzkości. Oczywiście nie zawsze się to udawało, wielu skrzętnie potrafiło takowe skłonności ukrywać, ale jeżeli już taka sztuka się udała, można było spróbować naprowadzić danego osobnika na właściwą drogę albo pozbawić magicznej mocy. Rzucano wtedy na taką osobę zaklęcie zapomnienia i odbierano dar.

Przynajmniej tak nam mówiono.

Ponieważ moi rodzice zdecydowali się żyć w świecie ludzi, to od kilku lat uczęszczałam do zwykłej "ludzkiej" podstawówki w Paryżu, przy 20 Rue Cardinal i bardzo lubiłam swoją szkołę. Miałam fajne koleżanki, ale musiałam uważać, żeby się przed nimi nie zdradzić. I czasami to mnie męczyło. Każde dziecko chce się chwalić swoimi talentami przed rówieśnikami, więc i ja tego pragnęłam. Nie mogłam jednak tego zrobić. Codziennie mi o tym przypominano. Jak powszechnie wiadomo, ludzie od wieków nie przepadają za czarownicami czy czarownikami. Mama opowiadała mi o prześladowaniach naszych przodków. Wiedziałam dostatecznie dużo o polowaniu na czarownice, paleniu na stosie kobiet i mężczyzn, żeby przeszła mi ochota, by ujawniać swoje zdolności magiczne. Wprawdzie czasy się zmieniły, nikt nikogo nie palił już na stosie, ale kto wie, lepiej być ostrożnym i uważnym, niż płacić potem za głupotę i niepotrzebne popisywanie się magią.

Ojej, bo z tego wszystkiego się nie przedstawiłam. Wybaczcie. Nazywam się Henriette Lescote i w dzień Święta Mabon, znanego jako święto plonów lub święto równonocy jesiennej, jakże ważna data dla nas czarownic, miałam zacząć naukę w szkole magii panny Priscilli Preston, w najbardziej znanej i w najstarszej magicznej szkole na całym świecie.

Nie dziwcie się więc mojemu podekscytowaniu. Znałam parę zaklęć, rodzice czegoś tam mnie nauczyli, ale prawdziwa magia była dla mnie jak nieznana księga, nie mogłam się więc doczekać, aż dane mi będzie odkrywanie jej kart. Kochałam książki od małego, lubiłam się uczyć w szkole ludzkiej, oceny miałam dobre, ale to nauka magii fascynowała mnie najbardziej, dlatego bywałam niecierpliwa. Chciałam już być prawdziwą czarownicą.

- Mamo, ile jeszcze dni zostało do dwudziestego trzeciego września? - ciągle pytałam swoją rodzicielkę, a ona ze stoickim spokojem odpowiadała mi, żebym sobie zerknęła na kalendarz w kuchni i policzyła. I tak mijał mi ten czas w oczekiwaniu na jesienne przesilenie.

Zastanawiałam się też, jakim cudem pogodzę naukę w szkole podstawowej i w szkole magii, ale mama powiedziała, żebym się nie martwiła. U panny Preston zajęcia miały się odbywać tylko w weekendy, więc w tygodniu powinnam znaleźć czas na normalną podstawówkę. Uspokoiła mnie tym trochę, ale z drugiej strony trochę przerażał mnie brak wolnego czasu. Jednakże stwierdziłam, że wszystko okaże się już wkrótce, teraz najważniejsze były dla mnie przygotowania związane z gromadzeniem pomocy szkolnych, garderobą czy podręcznikami.

Najważniejsze, co musiałyśmy zrobić, to zorganizować moją wyprawkę. Czarownice nie noszą przecież plecaków, nie używają długopisów ani nie chodzą na zajęcia w dżinsach. Oczywiście dowiedziałam się tego dopiero od mamy, wydawało mi się wcześniej, że szkoła magii nie różni się zbytnio od szkoły zwykłej, ale jak się okazało, myliłam się trochę.

Wreszcie nadszedł moment na kompletowanie rzeczy.

- Dzisiaj przygotujemy twoją wyprawkę - oznajmiła mama pewnego niedzielnego poranka, a ja skakałam z radości.

- Ale dzisiaj sklepy są zamknięte - przypomniałam sobie szybko, mama wskazała jednak laptopa, przy którym usiadła.

- W dobie Internetu sprawa jest znacznie prostsza niż kiedyś. - Uśmiechnęła się i wpisała adres sklepiku, znany tylko czarodziejom.

Patrzyłam na nią zafascynowana, niecierpliwie czekając, co chce mi pokazać.

- Ta strona zabezpieczona jest specjalnymi magicznymi zaklęciami - powiedziała mama, kiedy uruchomiła się witryna. - Więc zwykły śmiertelnik nigdy na nią nie trafi - dodała, a moim oczom ukazało się cudne logo firmy Czarownicy, to coś dla was. Stronka była przepiękna, pełna kolorów, migoczących, zdobionych czcionek różnej wielkości, z wyskakującymi zakładkami, na których można było odczytać, czego należy tam szukać: przedmioty magiczne, księgi, przepisy na eliksiry i mikstury, miotły itp. Każdy z napisów tworzyły piękne litery układające się w zawijasy, których absolutnie nie umiałabym skopiować, no ale muszę się przyznać, talent plastyczny nigdy się u mnie jakoś szczególnie nie rozwinął. Nie lubiłam też malować czy rysować, a na zajęcia plastyczne chodziłam z dużą niechęcią. Rodzice byli jednak zdania, że nie muszę być najlepsza we wszystkim, więc nie przejmowałam się jakoś szczególnie swoim beztalenciem. No i stronka przybierała taki kolor, o jakim sobie w danym momencie pomyślałam. Odkryłam to przez przypadek i skakałam po różnych barwach, by sprawdzić, czy faktycznie zdoła trafić w to, co sobie wykoncypowałam.

- Ależ to jest fajne! - wykrzyknęłam podekscytowana do mamy.

- Ja widzę jeden kolor - odparła moja rodzicielka - ale znam jej właściwości. Głowa by mnie rozbolała od ciągłych zmian, więc pamiętam o tym, by myśleć o jednym kolorze. Zwłaszcza że często z niej korzystam, bo w tym sklepie możesz kupić naprawdę wszystko, nie tylko rzeczy do szkoły.

- Wszystko? To co na przykład?

- No wiesz, zioła, kociołki, mapy, czegokolwiek czarodziej potrzebuje, to znajdzie w tym sklepie. Jak będziesz starsza, to sama się o tym przekonasz. No ale skupmy się na naszych zakupach. Najważniejsze to dobrze zaopatrzyć się na początek. Panna Preston nie lubi uczniów nieprzygotowanych, więc jeżeli czegoś ci zabraknie na lekcjach, to może się denerwować. Masz, kochanie, tę listę?

Oczywiście, że miałam. Jak tylko ją dostałam, to zaglądałam do niej codziennie, aż kartka wyglądała, jakby ją ktoś przeżuł. Tak naprawdę to znałam ją na pamięć, ale posłusznie rozłożyłam ją po raz kolejny. Kiwnęłam głową, więc mama weszła w zakładkę "wyprawka szkolna" i zaczęła wrzucać do wirtualnego koszyka wszystkie potrzebne przedmioty. Kurczę, jakie to było proste. Ja tylko od czasu do czasu podpowiadałam jej, jaki kolor lubię albo jaki kształt naczyń magicznych czy słoiczków przeznaczonych do przechowywani magicznych eliksirów podoba mi się najbardziej.

Worek dla czarownicy wybrałyśmy taki piękny, kolorowy, z fikuśnymi sznureczkami i frędzelkami, w końcu jako dziewczynka lubiłam ozdoby. Do tego dorzuciłam parę gęsich piór do pisania, atrament w różnych kolorach, kałamarze, różnego rodzaju małe woreczki i słoiczki do przetrzymywania ziół, bruliony do zapisywania zaklęć i robienia notatek, flakoniki na mikstury, no i książki rekomendowane przez szkołę panny Preston. Podręczniki także były wyszczególnione na liście. Sprawdziłam, czy rzeczywiście mama wrzuciła do koszyka Przegląd zwierząt magicznych, Historię czarodziejów z Północy i z Południa, Jak uwarzyć czarowne napoje i mikstury, Pierwsi czarodzieje i czarodziejki i jeszcze kilka innych, zapisanych w starodawnym języku magów. Na sam koniec zostawiłyśmy sobie różdżkę. Dopóki nie znalazła właściciela, była normalnym kijkiem, ładnie przyozdobionym i wyprofilowanym. Dopiero kiedy trafiła w ręce czarodzieja, stawała się jakby jego przedłużeniem i nikt inny nie mógł jej użyć, chyba że na prośbę albo za jego zgodą.

- Został nam jeszcze strój szkolny - powiedziała mama z powagą w głosie. - Strój czarodziejki jest niezbędny, dzięki niemu poczujesz jedność z pozostałymi czarownicami i czarodziejami. Noś go dumnie, zakładaj nie tylko na specjalne okazje, ale także na co dzień, kochanie. Nauczyciele to docenią.

Skinęłam głową, udając, że rozumiem, dlaczego strój jest taki ważny i zaczęłyśmy przeglądać propozycje w sklepie. Ależ oni mieli wybór! Nie mogłam się zdecydować, przebierając w różnych stylistykach.

Każda młoda czarownica powinna mieć długą szatę w stonowanym kolorze, najlepiej w szarym albo brązie, prostą i skromną. To powinno zdecydowanie ograniczyć wybór, jednak nie w tym sklepie. Okazało się, że jest tu mnóstwo różnych fasonów do wyboru, a od zróżnicowania odcieni szarości, brązu czy czerni aż kręciło się w głowie. W końcu znalazłyśmy całkiem ładną szatę odpowiadającą wymogom szkoły. I od razu mama wrzuciła do koszyka trzy wersje.

- Pod nią zakładasz już, co chcesz - dodała, co mnie ucieszyło, bo nikt nie chce paradować w samym worku, nie oszukujmy się. Odetchnęłam więc z ulgą, że będę mogła nosić swoją ulubioną garderobę, do której należały ukochane dżinsy i podkoszulek.

- No i nakrycie głowy, zaraz coś dopasujemy - oznajmiła moja rodzicielka, a ja widziałam jej radość z naszych wirtualnych zakupów, więc pozwoliłam jej dobrać kapelusz pasujący do wizerunku małej czarownicy. Mnie nakrycie głowy było zupełnie obojętne, zwłaszcza że lubiłam, jak moje długie blond włosy powiewały rozpuszczone, ewentualnie zaplecione w warkocz. Nieskromnie uważałam, że są naprawdę ładne i dbałam o nie, codziennie je wyczesując po pół godziny i nakładając różnego rodzaju maski i odżywki, by lśniły i błyszczały. Nie malowałam się, nie używałam zbyt często kremów ani balsamów na poprawienie wyglądu skóry twarzy czy ciała, ale na włosy zawsze miałam czas. Od razu postanowiłam, że nie będę tego nakrycia głowy zakładać, jeżeli nie będzie to konieczne.

- Kurier wieczorem wszystko dostarczy - powiedziała mama na sam koniec, wciskając przycisk "dostarcz" i zamknęła laptopa.

Podziękowałam jej bardzo za pomoc i pobiegłam do swojego pokoju, żeby sobie coś poczytać i odwrócić myśli od rozpoczęcia roku szkolnego. Nawet mi się to udało, bo zrobiło się już ciemno na dworze, nastał wieczór, a ja usłyszałam wołającą mamę:

- Henriette, paczka przyszła! Twoja wyprawka dotarła, chcesz zobaczyć?

- Dziwne - pomyślałam schodząc, bo nie słyszałam dzwonka do drzwi, ale posłusznie zeszłam do salonu. Często, kiedy czytałam, odpływałam w inny świat, tracąc kontakt z rzeczywistością.

- Wszystko jest w kominku - powiedziała mama.

Faktycznie leżała w nim paczka. A ja doznałam olśnienia i przypomniałam sobie, że przecież przesyłki kurierskie dla czarodziei odbywały się przez kominki. Rodzice jednak z reguły korzystali ze standardowych firm, więc zwykle były dostarczane albo pod drzwi, albo do paczkomatów. Jednak wiedziałam, że każdy czarodziej powinien mieć kominek w domu, a więc i u nas takowy się znajdował. Tata lubił w nim rozpalać ogień w chłodniejsze wieczory i wtedy siadywaliśmy wspólnie w salonie, grając w karty czy w scrabble, grę, którą uwielbialiśmy. Kiedy zobaczyłam ten pakunek, to od razu pomyślałam sobie, że dobrze, że nikt nie rozpalił ognia, bo byłoby po mojej wyprawce.

Uradowana zabrałam paczkę do swojego pokoju i do późnego wieczora przeglądałam rzeczy. Wszystko mi się podobało. Nawet szata założona na koszulkę i dżinsy prezentowała się wytwornie. Dzięki niej poczułam się jak prawdziwa czarownica. Jedynie ten kapelusz kiepsko wypadł w mojej ocenie, ale wiedziałam, że będę go musiała zakładać tylko przy wyjątkowych uroczystościach, więc było to do przeżycia.

W końcu się umyłam, założyłam piżamę i zasnęłam, myśląc o tym, jak bardzo nie mogę się doczekać kolejnej soboty. Śniłam, że zapomniałam swoich rzeczy i wszyscy w szkole się ze mnie śmiali, ale nawet ten koszmar nie przeraził mnie zbytnio i nie zmniejszył mojej radości. Odliczałam dni do wielkiego wydarzenia.