Był chłodny, jesienny, poniedziałkowy poranek. Dochodziło wpół do ósmej.
Benni stał przy furtce prowadzącej do ogrodu i rozglądał się z zaciekawieniem. Jeszcze nigdy nie był u Eddiego.
- Ale odlot - mruknął pod nosem. Furtka, pomalowana na czerwono, zielono i niebiesko, wisiała krzywo na zawiasach. Skrzynka pocztowa z napisem "Petersen" wprost pękała od nadmiaru ulotek i listów. Żwirowa ścieżka okolona paprociami wiła się przez zdziczały ogród. Dwumetrowej wysokości słoneczniki dawno już przekwitły. W ogrodzie stał wielki niebieski plastikowy koń i gapił się na nich.
W domu panowała kompletna cisza. Czy ktoś tu w ogóle jest?
- On jeszcze pewnie kima - rzuciła mała żółwica wyglądająca z plecaka Benniego. Henrietta była magicznym zwierzęciem Benniego, co znaczyło, że tylko on mógł z nią rozmawiać. Od kiedy spotkali się w klasie panny Cornfield, w zasadzie się nie rozstawali.
Żółwica zachichotała.
- Moim zdaniem pan Morrison powinien przywieźć Eddiemu magicznego koguta, żeby codziennie o siódmej rano budził go pianiem!
Pan Morrison był właścicielem sklepu z magicznymi zwierzętami. Od czasu do czasu odwiedzał klasę panny Cornfield, a wtedy wszyscy uczniowie wstrzymywali oddech: kto tym razem dostanie swoje magiczne zwierzę?
Wszystko zaczęło się od Idy i Benniego. Ida dostała lisa o imieniu Rabbat, a Benni - cudowną żółwicę Henriettę. Benni wiedział, jakie miał szczęście: każdy uczeń z klasy chętnie znalazłby się na jego miejscu. Czy teraz przyjdzie pora na Eddiego? Nauczycielka, panna Cornfield, kazała Benniemu pójść po chłopca. Po śpiocha Eddiego. W zeszłym tygodniu spóźnił się do szkoły aż trzy razy i panna Cornfield uznała, że tak dalej być nie może.
- Masz rację, Henrietto - westchnął Benni. - Eddie potrzebuje koguta. Ale czy w sklepie z magicznymi zwierzętami w ogóle jest kogut?
- Na pewno - powiedziała Henrietta. - Dobra, Benni, wchodzimy do środka.
Benni ostrożnie nacisnął klamkę i podreptał żwirową ścieżką w stronę domu.
Dom Eddiego był pomalowany na żółto, miał zielone okiennice i w pewien sposób kojarzył się Benniemu z Włochami. Gęsty bluszcz porastał całą fasadę. Nad drzwiami wisiał stary czerwony rower bez opon.
- Obudź się, Eddie! - zawołał niepewnie Benni. Po chwili powtórzył odrobinę głośniej: - Hej, Eddie, musimy iść do szkoły!
Zasłona nareszcie się poruszyła i za jedną z szyb ukazała się rozwichrzona czupryna. Okno się otworzyło i wyjrzał z niego zaspany Eddie.
- Szkoła? - mruknął zdezorientowany. - Już idę.
Benni usiadł na kamiennym stopniu, ale natychmiast wstał. Schody były strasznie zimne! Ostry powiew wiatru przeszył wilgotne powietrze.
Benni spojrzał na zegarek. Już za dwadzieścia ósma! Koniec końców obaj się spóźnią!
W tym momencie Eddie wybiegł na dwór. Koszulę miał wyciągniętą ze spodni, sznurowadła ciągnęły się za nim po ziemi, a włosy były tak samo rozczochrane jak przed chwilą.
- Dobra, możemy iść - powiedział i pokiwał Henrietcie. - Hejo, Henrietta.
Benni wskazał ręką plecy Eddiego.
- A twój plecak?
Eddie klepnął się otwartą dłonią w czoło i wbiegł z powrotem do domu.
- I pamiętaj o stroju na wf! - zawołał za nim jeszcze Benni.
Był pewien, że Eddie zapomni połowy zeszytów. Bo z Eddiego była taka ciamajda...
W drodze do szkoły Benni zatrzymał się przed tabliczką z nazwą ulicy. Sekundę później wpadł na niego zaspany Eddie.
- Ups!
Benni zwrócił się do Henrietty:
- Małe ćwiczenie czytania - powiedział, wskazując na tabliczkę.
Żółwica Henrietta, która niejedno widziała w swoim długim życiu, odznaczała się nadzwyczajną pamięcią, ale nie potrafiła czytać. Benni koniecznie chciał ją tego nauczyć.
- Eddie mieszka... zaraz, zaraz ci powiem. - Rozpromieniła się, patrząc na Benniego. - Przy ulicy Mięsnej!
Benni się roześmiał.
- To jest ulica Miejska!
Przyjaciele szli dalej ulicą Kolejową ("Kolorową", jak przeczytała Henrietta), a potem Lipową (Henrietta uznała, że "Lipcową") i po chwili ich oczom ukazała się szkoła Winterstone - staromodny budynek z dwiema wieżami, po lewej i po prawej stronie.
Przed szkołą stała Anna-Lena i do nich machała. Na jej ramieniu siedział kameleon Caspar.
- Anna-Lena jest jakby odmieniona, od kiedy ma Caspara. Kiedyś zawsze była taka nieśmiała - powiedział Eddie.
- Bo wszystko się zmienia, kiedy człowiek ma swoje magiczne zwierzę - odparł Benni. On też był znacznie szczęśliwszy, od kiedy była z nim Henrietta! Żółwica dodawała mu odwagi, kiedy oblatywał go strach i zawsze była u jego boku.
Klasa liczyła dwadzieścioro czworo uczniów. Pięcioro z nich miało już magicznego towarzysza: on, Ida, Anna-Lena, Jo i Czoko.
Byli prawdziwymi szczęściarzami! Jo, nim dostał pingwina o imieniu Juri, był kompletnym bałwanem, a noszący wełnianą czapeczkę Czoko od samego początku stanowił niezwykle dobraną parę z afrykańską świnką rzeczną o imieniu Pepperoni.
- A ty byś nie chciał mieć magicznego zwierzęcia? - spytał Benni, przytrzymując Eddiemu drzwi. - Mogłoby cię na przykład rano budzić i...
Ale Eddie nic z tego nie usłyszał, bo potknął się o próg.
- Ups! - zawołał, szczerząc zęby do Benniego.
- A ty byś nie chciał - powtórzył Benni, tym razem głośniej - mieć magicznego zwierzęcia?
- Jasne, że bym chciał - zawołał Eddie. - Każdy by chciał. Wyobraź sobie na przykład żyrafę! Ale by było mega!
W tłumie weszli po schodach na pierwsze piętro. Żadne z pozostałych dzieci nie widziało Henrietty wystawiającej głowę z plecaka Benniego. Pan Morrison wszystko im wytłumaczył. Działo się tak, bo większość ludzi po prostu nie zauważa magii, która ich otacza. Są zbyt zajęci, by ją dostrzegać.
Ale aby sekret magicznych zwierząt był naprawdę bezpieczny, pan Morrison wymyślił jeszcze pewną sztuczkę. Na wszelki wypadek zwierzęta zawsze mogły "obrócić się w kamień". Wyglądały wtedy jak zwykłe pluszaki!
Gdy weszli do klasy, Benni opadł na krzesło i umieścił Henriettę w pudełku po butach, gdzie najbardziej lubiła spędzać przedpołudnia. W obecności panny Cornfield magiczne zwierzęta nie musiały oczywiście udawać pluszaków i każde z nich miało swoje stałe miejsce. Lis Rabbat najczęściej układał się wygodnie pod ławką Idy, kameleon Caspar siedział na blacie obok Anny-Leny, a pingwin Juri lubił się chować za wieszakiem na ubrania.
Świnka Pepperoni, która była właściwie dzikanem rzecznym, biegała wokół, węsząc i próbując wyżebrać tu i ówdzie jakieś jabłko czy batonik. Gdy skończyła obchód, przysiadła na drewnianej podłodze i uważnie śledziła przebieg lekcji. Tak jak wszystkie magiczne zwierzęta rozumiała ludzką mowę.
Kiedy chwilkę przed ósmą panna Cornfield weszła do klasy swoim charakterystycznym zamaszystym krokiem, jej spojrzenie od razu padło na miejsce Eddiego. Gdy zauważyła, że chłopiec siedzi w ławce, na jej twarzy wyraźnie odmalowała się ulga. Kiwnęła ręką w stronę Benniego.
- Dobra robota, dzięki, Benni. A jutro już dasz radę sam, prawda, Eddie?
Eddie jej nie usłyszał, bo głowę wetknął właśnie pod stół w poszukiwaniu gumki do ścierania, która potoczyła się gdzieś po podłodze. Panna Cornfield westchnęła i zaczęła lekcję.
- Wyjmujemy zeszyty do matematyki. Będziemy rozwiązywać zadania.
Eddie, którego czerwona jak burak twarz ledwo co wychynęła spod ławki, znowu się schylił i zaczął grzebać w plecaku. Ale znalazł tam tylko zeszyty do języka angielskiego, przyrody i muzyki.
- Cały Eddie! - zachichotała Henrietta.
Gdyby Eddie porządnie spakował swoje rzeczy, nie miałby teraz przykrej niespodzianki. Mógłby też przeczytać magiczną wiadomość, która właśnie w tej chwili migotała w jednym z zeszytów. A brzmiała ona tak:
Ale ten zeszyt leżał w domu, w pokoju na pierwszym piętrze żółtej wilii w stylu włoskim, na biurku Eddiego. Jaskrawozielone litery wyraźnie odbijały się od okładki: Bądź gotów! Bądź gotów!
Zapalały się i gasły, i tak przez cały czas. Nikt tego nie zauważył.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki