- Nie pamiętam, kiedy ostatnio spotkaliśmy jakieś magiczne zwierzę - zaskrzeczała Pinkie, wskakując na pokrywę silnika. - Tak dawno nigdzie nie wyjeżdżaliśmy...
- Już nie przesadzaj - wymamrotał Mortimer. - Przecież dopiero co wróciliśmy z gór. Kid Early jest u Olivera od niedawna. - Pan Morrison wyciągnął rękę, żeby Pinkie mogła na niej usiąść.
Właściciel sklepu z magicznymi zwierzętami wyglądał teraz jak sokolnik spacerujący ze swoim skrzydlatym drapieżcą. A przecież Pinkie była tylko zwykłą sroką. Co prawda bardzo miłą. Wdrapywali się właśnie na niewielki pagórek. Autobus zaparkowali za miastem.
- Faktycznie, dawno tu nie byliśmy. - Mortimer rozejrzał się wokół. Jesienią szczególnie trudno było mu przychodzić w to miejsce. - Mam nadzieję, że Mary zadbała o grób - powiedział cicho, patrząc na żelazną bramę prowadzącą na cmentarz.
- Owszem, nawet wczoraj tu była - odparła Pinkie.
- Co? - Mortimer zatrzymał się gwałtownie. - Wczoraj? - Przełknął ślinę.
- Tak, widziałam ją przy grobie waszej mamy - odparła Pinkie. - Nadłożyłam trochę drogi i przeleciałam nad cmentarzem, kiedy wybierałam się do Leonarda, żeby mu przypomnieć o wieczorze gier i zabaw. Czy możesz mi powiedzieć, dlaczego właściwie pręgowce nie potrafią zapamiętać, kiedy jest poniedziałek? To przecież takie proste! Poniedziałek to ten dzień, w którym Ida i Rabbat po weekendzie znowu idą do szkoły! - Pinkie odchyliła głowę do tyłu i przespacerowała się po przedramieniu Mortimera. Jak uczeń, który punktualnie o ósmej jest już w klasie. Potem sroka rozpostarła błyszczące skrzydła i odfrunęła.
Mortimer szedł dalej jakby nigdy nic. Przedwieczorna cisza sprawiała właścicielowi sklepu z magicznymi zwierzętami dużą przyjemność.
Pinkie czekała na niego na najbliższej ławce.
- Jaki prześliczny zachód słońca - rozmarzyła się i przytuliła się do Mortimera, który zajął miejsce obok towarzyszki.
Przed nimi rozciągała się cudowna panorama miasta. Widać było wieżę ratusza, miejski park z mnóstwem krętych ścieżek, dach szkoły Winterstone, a całkiem niedaleko także cmentarz.
Nagrobki wyglądały jak pierniki, które ktoś powtykał w ziemię. Za parkową ławką rósł las, a przez jego środek przepływał strumyk. Wszystko spowijał złoty blask zachodzącego słońca.
- Położyła kwiaty na grobie Catherine. Stokrotki. - Pinkie przysunęła się do Mortimera jeszcze bliżej. - I troszkę płakała.
Mortimer w milczeniu patrzył w dal.
- Fajnie, że pooglądałeś tamte stare zdjęcia. - Pinkie dziobnęła go lekko w bok. - Ale mogłeś na mnie poczekać! - Pokręciła głową z dezaprobatą. - A powiedz mi, było wśród nich to zdjęcie twojego taty, jak mu wycięliśmy ten numer z majtkami? Pamiętasz? Wyciągnęłam mu pasek ze szlufek i nagle opadły mu spodnie! Mała Mary zrobiła mu wtedy zdjęcie w samych majtkach!
Wybuchnęli śmiechem. Oboje pamiętali tamten moment - jakby to było wczoraj.
Po chwili Mortimer spoważniał.
- Mama byłaby szczęśliwa, gdyby mogła nas zobaczyć. - Posadził sobie Pinkie na kolanach i ją pogłaskał. - No dobra, ta historia z Mary i Jamesem mogłaby jej się nie spodobać. Ale to, że Mary uczy w szkole, do której chodziła jako mała dziewczynka, i że ja przywożę tam dzieciom magiczne zwierzęta - z tego na pewno by się cieszyła!
Pinkie skwapliwie pokiwała głową.
- Catherine byłaby z was bardzo dumna! I ja też jestem dumna. - Sroka zeskoczyła z kolan Mortimera i wzbiła się w ozłocone słońcem wieczorne niebo.
Mortimer ruszył za nią.
Podążali skrajem lasu, słuchając szmeru wody w strumyku. Drzewa rzucały długie cienie.
- Och! - Pinkie wylądowała Mortimerowi na rondzie kapelusza. - Ty też to słyszysz? - Sroka uniosła dziób. - Ho, ho!
Przystanęli na drewnianym moście i nasłuchiwali.
- Co takiego? - spytał Mortimer. - Szum?
Pod mostkiem chlupotał strumyk. Czekali.
- Coś gada! - wyszeptała Pinkie.
Nie ruszali się z miejsca.
- Kurczaki, teraz przestało! - Pinkie gapiła się na las jak sroka w kość. A potem ich uszu znowu dobiegło to samo: przekleństwa, chlupot, krzyk.
- Nie mam ochoty sama sobie łapać ryb - pomstował ktoś. -Jestem inna niż wy! Nie jestem zwykłym leśnym zwierzątkiem! Czy ktoś to wreszcie zrozumie?
Coś zabulgotało i zachlupotało. Potem rozległo się ciche mlaskanie.
- Ości, wiecznie te okropne ości!Mortimer i Pinkie uśmiechnęli się do siebie. Oboje czuli, że zaraz się coś wydarzy.
- Chciałabym raz zjeść coś innego, a nie zawsze tylko pstrągi! - Złorzeczenia nie ustawały. - Chlebek bananowy! Chipsy! Serek! - Niewielkie zwierzątko z ogonem w czarno-szare prążki przedzierało się przez poszycie lasu. Miało biały pyszczek i czarną maskę - to był szop pracz! Zwierzątko, zobaczywszy Mortimera, wzięło się pod boki. - A cóż wy się tak na mnie gapicie, durne szczyle? Szopa pracza nie widzieliście? Szapoklap!
Durne szczyle wybuchnęły śmiechem.
Szop pracz wystraszył się nie na żarty.
- Wwwy... wwwy... rozumiecie, co mówię? - wyjąkał zdumiony. - Och... prze... przepraszam! - A potem, ledwie trzy sekundy później, przygaszone dotąd oczy leśnego zwierzątka rozbłysły. - Rozumiecie, co mówię? - Zwierzątko powtórzyło z niedowierzaniem. - Marzyłam o tym przez całe życie! Że spotkam kogoś, z kim będę mogła porozmawiać! - Spojrzała na Pinkie. - Mam na imię Annabell.
- Dzieńdoberek! - zaświergotała Pinkie. - Jakie masz ładne łapki!
Jedna była biała, druga czarna.
- Dziękuję! - roześmiała się Annabell.
Pan Morrison się ukłonił.
- Państwo pozwolą, Morrison. Mortimer Morrison, właściciel sklepu z magicznymi zwierzętami. Rozumiem, co mówisz, moja towarzyszka Pinkie również - powiedział, zdejmując sobie Pinkie z kapelusza.
- No więc - Annabell odkaszlnęła - z tym łowieniem ryb to nie do końca tak. Oczywiście, że potrafię się super o siebie zatroszczyć, jestem dzielną dziewczynką, bardzo zaradną, nikt mi niczego nie... - Annabell nagle zaczęła mówić znacznie szybciej niż przedtem.
Mortimer Morrison ukląkł i pociągnął nosem. Samiczka szopa pracza pachniała igłami jodły.
- Przecież my to wszystko wiemy! - Pan Morrison puścił oko do Annabell. - Oczywiście, że świetnie sobie radzisz. A mimo to czasami ci się wydaje, że znalazłaś się w niewłaściwym miejscu, prawda?
Annabell skwapliwie pokiwała głową.
- Te drętwe sarny - wyrwało jej się. - Jak tylko chcę z nimi pogadać, uciekają. A ptaki! Jaki one robią hałas! - Zwróciła się w stronę gęstego lasu. - Dramat!
Mortimer się uśmiechnął.
- Chcesz dołączyć do nas? Wracamy do mojego sklepu z magicznymi zwierzętami. Mieszka tam wiele innych zwierząt, z którymi będziesz mogła porozmawiać. W spiżarni mam owoce, a w zamrażarce paluszki rybne. A wieczorem czytam zwierzętom bajki na dobranoc!
- Oooooooch! - Annabell uśmiechnęła się od ucha do ucha. W jej czarnych oczach igrały małe, złote iskierki. - To brzmi superancko, oczywiście, że chcę z wami iść! Ilu was tam jest? Ja wcale nie potrzebuję dużo miejsca!
W trójkę ruszyli w drogę powrotną. Byli przeszczęśliwi!
Annabell kicała obok Mortimera. Pinkie ponownie zasiadła na rondzie kapelusza.
- No więc tak: jest niedźwiedź polarny Murphy - zaskrzeczała sroka. - Smaży pyszne naleśniki. Jest dwanaście surykatek. To prawdziwe ancymony. Lubią się gimnastykować i wszędzie kopią dziury. - Pinkie zachichotała. - I są jeszcze piaskówki. Jak zaśpiewają, zatęsknisz za ptaszkami w lesie.
- Oj tam, oj tam - burknął Mortimer.
Dotarli do parkingu, gdzie stał czerwony autobus z napisem:
SKLEP Z MAGICZNYMI ZWIERZETAMI.
Zdziwiona Annabell przyglądała się świecącym literom, podrygującym to w górę, to w dół.
- Dlaczego nigdy o was nie słyszałam?
- Być może dlatego - zaczęła Pinkie - że do tej pory nie byłaś przy ulicy Pod Wieżą? I... bo nic o nas nie piszą w gazetach? Bo sklep z magicznymi zwierzętami to wielka tajemnica?
- Tajemnica... - wyszeptała z zachwytem Annabell. - To coś dla mnie!
- W takim razie się pakuj! - zawołał Mortimer Morrison i otworzył drzwi od strony pasażera.
Annabell jednym susem znalazła się na wytartym skórzanym fotelu. Mortimer przypiął ją pasem.
Gdy autobus, terkocząc, zmierzał w stronę domu, Annabell bombardowała swoich gospodarzy pytaniami:
- Gdzie będę spała? Co robicie przez cały dzień? Mogę pomagać surykatkom kopać dziury? Macie w ogrodzie strumyk? Mogłabym poprowadzić? - Stukała w deskę rozdzielczą, kręciła wszystkimi gałkami radia, otwierała i zamykała schowek.
- W życiu cię nie wpuszczę za kierownicę! - roześmiał się Mortimer. - Do tego trzeba mieć prawo jazdy! A tak na marginesie, u nas woda płynie z kranu, nie ze strumyka.
- Szapoklap! - zdziwiła się Annabell. - Muszę to zobaczyć! - Kręcąc korbką, opuściła szybę. - Ho, ho! To ja, Annabell! - Wystawiła głowę na zewnątrz i pomachała do jakiegoś rowerzysty, który tak się zdziwił, że aż stracił panowanie nad kierownicą. - Niedługo zrobię prawo jazdy!
Pinkie chichotała na cały głos i o mało nie fiknęła koziołka z zagłówka fotela.
- Wszystko po kolei, Annabell!
Mortimer zahamował na czerwonym świetle.
- Świat ludzi działa inaczej niż świat leśnych zwierząt. Najpierw musisz przyswoić sobie kilka zasad. Ale nic się nie martw, wszystkiego cię nauczymy.
Zapaliło się zielone, więc ruszyli. Mortimer i Pinkie opowiadali o szkole Winterstone, o pannie Cornfield i o klasie, w której uczyła.
- Jeśli będziesz miała szczęście, trafisz do jednego z dzieci. Wiele dzieciaków ma tam magiczne zwierzęta. Są dla nich najlepszymi przyjaciółmi na świecie!
Annabell ze zdumienia aż otworzyła pyszczek.
- Serio?
Pinkie z przekonaniem pokiwała głową.
- Jest tam Ida, która mieszka ze swoim lisem Rabbatem. Benni ma żółwicę, która nazywa się Henrietta. Potrafią ze sobą rozmawiać!
- Naprawdę? - Podekscytowana Annabell skubała pas bezpieczeństwa.
- Stopniowo poznasz ich wszystkich - obiecał Mortimer Morrison, włączył kierunkowskaz i skręcił w ulicę Pod Wieżą.
- A kto wie, może niedługo któreś dziecko będzie potrzebowało twojej pomocy! - zaskrzeczała Pinkie.
- Być może - potwierdził Mortimer. - Ale powoli, wszystko po kolei.
Właściciel sklepu z magicznymi zwierzętami zatrzymał się przed szarym budynkiem z czerwonymi okiennicami.
Annabell czym prędzej rozpięła pas, mimo że silnik jeszcze nie zgasł, otworzyła drzwi i wyskoczyła na zewnątrz.
Powoli? Wszystko po kolei? Coś takiego nie leżało w jej naturze!