Mortimerze, Mortimerze!
Właściciel sklepu z magicznymi zwierzętami rozejrzał się dookoła. Skąd dobiegał ten głos? Pan Morrison wracał właśnie z zakupów na swoim pomarańczowym składanym rowerze. Na bagażniku miał skrzynkę wypełnioną paczkami makaronu, cebulą i selerem. Magiczna sroka Pinkie wyfrunęła daleko do przodu. Pewnie urządziła sobie w przestworzach wyścigi z jastrzębiem. Ciekawe, kto będzie szybszy.
- Mortimerze! Mortimerze! Pomocy!
Na boisku, kawałek dalej, zebrała się spora grupa ludzi. Mężczyźni i kobiety mieli na sobie sportowe stroje, wymachiwali rękami i klęli na czym świat stoi:
- Jak tu grać, do diaska?!
- Można sobie zwichnąć nogę!
- Łachudry!
Łachudry? Istniały takie słowa, których Mortimer Morrison wprost nie znosił. "Łachudry" bez wątpienia do nich należały. Mortimer skręcił w dochodzącą do boiska szutrową drogę. Za chwilę się dowie, co się tutaj dzieje.
Ludzie w sportowych strojach zgromadzili się wokół bramki. Wszyscy pokazywali na murawę. Pan Morrison od razu pojął, co doprowadziło ich do białej gorączki: całe boisko było usiane kopcami kretów! Mortimer uśmiechnął się mimo woli, ale gdy po chwili usłyszał dźwięk zbliżającej się kosiarki, uśmiech zamarł mu na ustach.
- Wrrrrrr...
To był jeden z tych pojazdów, które przypominają małe traktory. Na siodełku siedział mężczyzna o czerwonych policzkach, z rozdziawionymi ustami.
- Zaraz je przemielę na drobny mak! - ryknął i dodał gazu.
- Pomocy! - Mortimer znów usłyszał ten krzyk. Tym razem był nieco cichszy.
Pan Morrison oparł rower o słupek przy furtce, co ani trochę się nie spodobało sportowcom.
- Czerwona kartka! - zawołał ktoś.
- Spadaj stąd! - wrzasnął ktoś inny.
Właściciel sklepu z magicznymi zwierzętami nie dał się jednak zbyć.
Warkot kosiarki stawał się coraz głośniejszy.
- Wrrrrrr...
Kosiarka pędziła wprost na jeden z krecich kopczyków!
- Odcięli mi drogę ucieczki! - pisnął głosik, w którym coraz wyraźniej pobrzmiewała rozpacz. - SOS!
Mortimer Morrison się zawahał. Strasznie nie lubił spotykać magicznych zwierząt przy świadkach. Jeśli teraz weźmie na ręce to bezbronne zwierzątko i zacznie do niego przemawiać, uznają go za wariata.
Nie miał jednak wyboru.
- Wrrrrr...
Jeszcze tylko metr dzielił kosiarkę od kopczyka. Mortimer rzucił się do przodu niczym bramkarz broniący rzutu karnego. Kierowca traktorka zahamował gwałtownie.
- Co to ma znaczyć?! - ryknął mężczyzna, a twarz poczerwieniała mu jeszcze bardziej.
Mortimer Morrison wstał.
- Czy pan wie, że krety podlegają ochronie? - spytał, strzepując grudki ziemi ze spodni.
- Mam to w nosie! - Mężczyzna w odpowiedzi mocniej podkręcił gaz w kosiarce, aż głośno zawyła.
Właściciel sklepu z magicznymi zwierzętami szeroko rozłożył ręce.
- Stop! - krzyknął.
Gracze rozpierzchli się po boisku i zaczęli udeptywać kopczyki. Operator kosiarki, który nie cierpiał, kiedy ktoś przerywał mu wykonywanie zadania, okrążył bramkę.
- Nie powstrzymasz mnie! - ryknął. - Zejdź mi z drogi, ty oszołomie!
I wtedy nagle na niebie ukazał się ptak o piórach połyskujących na zielono, błękitnie i fioletowo.
- Dzieńdoberek! - zaświergotał i wypuścił z siebie coś mokrego i bardzo brzydko pachnącego.
Balast wylądował wprost na głowie operatora kosiarki.
- Niech to wszyscy diabli! - zaklął mężczyzna.
Silnik kosiarki zgasł. Mortimer uśmiechnął się z nieskrywaną satysfakcją.
Kobiety i mężczyźni w sportowych strojach podbiegli do traktorka. Białe ptasie łajno spływało mężczyźnie po obu policzkach. Pinkie zafundowała mu jeszcze dokładkę.
- Biedny Erwin! - zawołał ktoś.
Podczas gdy sportowcy tłoczyli się wokół Erwina, Mortimer ukląkł na ziemi.
- Ej, ty tam - powiedział cicho. - Możesz wychodzić!
Najpierw ukazał się różowy pyszczek. Potem dołączyły do niego dwie łapki, które przypominały malutkie szufelki.
- Ufff! - pisnęło zwierzątko. - Ratunek przyszedł w ostatniej chwili!
Z kopczyka ziemi wyłonił się mały kret, który natychmiast wtulił się w dłoń Mortimera. W dotyku był mięciutki jak aksamit.
- Skrobiszums! Mam na imię Kliczko! - przedstawił się. - Tak właściwie to lubię swoją łąkę. Tylko ostatnio zrobiło się jakoś niefajnie... - Kret wskazał łapką mężczyznę, który nadal siedział na kosiarce. - On wtyka pręty w moje korytarze i kradnie mi dżdżownice!
Głowiąc się nad tym, do czego człowiek od kosiarki może potrzebować dżdżownic, Mortimer wrócił do swojego roweru.
- Skąd wiedziałeś, jak się nazywam? - spytał.
- Przecież często tędy spacerujesz i gadasz z tą swoją sroką! - odparł Kliczko. - Zapamiętałem twoje imię. I to, że jesteś przyjacielem zwierząt.
Mortimer się uśmiechnął.
- Lubisz makaron z sosem warzywnym, Kliczko? - zapytał. - Zapraszam cię serdecznie!
Kret z zapałem pokiwał głową, wciąż jeszcze drżąc ze strachu. Mortimer umieścił go w drewnianej skrzynce i ruszyli w drogę do domu. Mortimer pedałował, a prowadzenie rozmowy wzięła na siebie Pinkie. Sama siebie pochwaliła za genialny "manewr rozpraszający" i oznajmiła, że w wyścigu z jastrzębiem zajęła "zaszczytne miejsce na podium". Mortimer opowiedział kretowi o innych stworzeniach w sklepie z magicznymi zwierzętami i o tym, jak wszyscy się cieszą, gdy dołącza do nich nowy towarzysz. Mortimer i Pinkie mówili, Kliczko słuchał ich uważnie. Ciekawe, czy obok sklepu jest ogród, w którym żyją dżdżownice... I czy będzie mógł sobie posypać makaron kilkoma pysznymi pędrakami. Z pewnością tak!
Rozdział 1Niespodziewany gość
Matteo był całkowicie pochłonięty grą i nie zauważył, że ktoś obserwuje go przez okno.
Normals Tinto zbliżał się właśnie do wrót świątyni. Teraz musiał jakoś dostać się do środka. Wszystkie drzwi i okna zabito na głucho dechami. Nagle dostrzegł obluzowaną deskę i gestem wezwał do siebie pozostałych członków oddziału.
- Tinto znalazł wejście - pochwaliła go ViviGold.
Normals Tinto to był Matteo. Gra, która tak bardzo go wciągnęła, nosiła tytuł Normalsi i półbogowie. Prócz Tinta i ViviGold brali w niej udział jeszcze Milkman i Cattgirl. Wspólnie tworzyli Oddział Niepokonanych.
Czwórka przyjaciół zmniejszyła swoje awatary i skryła się w mroku. Cattgirl włączyła świetlny promień. Nagle pojawił się złoty rozbłysk. Tuż obok, w zasięgu ręki, stał puchar. Tinto się do niego zbliżył.
Nagle jakby znikąd zobaczyli dłoń. Dłoń należącą do greckiego półboga. Auć! Złoty puchar spadł na ziemię. Dziesięć talarów rozpłynęło się w powietrzu.
- Kurka blaszka! - zdenerwował się Normals Milkman.
Czworo członków Oddziału Niepokonanych kontaktowało się ze sobą na czacie grupowym. Mieli też awatary, które potrafiły mówić. Wspólnie stawiali czoła innym drużynom - i półbogom. Właśnie stracili jedno z trofeów.
Matteo przeczesał włosy, podniósł wzrok i gwałtownie się wzdrygnął. Na parapecie okna garażu siedział czarny cień. Mniejszy od kota, większy od gołębia.
Cień zastukał w szybę. Matteo nie mógł nic zrobić - okna w garażu nie dało się otworzyć. Garaż stanowiła niewielka przybudówka domu rodziny Martinezów. Matteo urządził sobie tam małą pracownię komputerową. Jeśli ktoś chciał odwiedzić Mattea w garażu, musiał przejść przez dom albo przez ogród.
Matteo wyciągnął szyję, żeby sprawdzić, kto siedzi na parapecie: to był Salim, sokół wędrowny. Salim należał do Luny. Chłopiec aż przetarł oczy ze zdumienia. Czego sokół mógł od niego chcieć?
Luna była dawną koleżanką Mattea z klasy panny Cornfield. Od Mortimera Morrisona, właściciela sklepu z magicznymi zwierzętami, jako towarzysza dostała sokoła wędrownego. Oboje, Salim i Luna, byli tak samo nierozłączni jak wszystkie pozostałe pary, które już się wzajemnie odnalazły. Ida i lis Rabbat, Benni i żółwica Henrietta, Jo i pingwin Juri - wszyscy oni byli jak połówki jednego jabłka. Matteo codziennie obserwował, jak się razem śmieją i ze sobą rozmawiają. Nie czuł się jednak wykluczony - wiedział, że i na niego przyjdzie w końcu czas!