Rozdział 1
Mario nie chciał jeszcze wracać do domu. Rodzice pewnie czekali na niego z kolacją. Kolacją pełną białka, zgodnie ze wszystkimi i każdą z osobna wskazówką dietetyka. Siłownia stała się sensem jego życia. Jedynym zajęciem, czymś, co pozwalało mu nie myśleć i wsłuchać się w siebie. Mario nie czuł pociągu do mistycznych tematów, nigdy go to nie interesowało, ale jak łatwo pojąć, po sporze z Janine w zeszłym roku szkolnym, w oczekiwaniu na datę rozprawy, wciąż analizował samego siebie, swoje życie, przyszłość, a nade wszystko przeszłość. Mario mógł się wydawać dupkiem bez skrupułów, beztroskim głupkiem rodem z Mujeres y Hombres y Viceversa1... i może nawet nim był, jednak wyrafinowane wykształcenie oraz kosztowne upodobania i przywileje, którymi cieszył się z uwagi na swój status, obudziły w nim pewne niepokoje. Nie był umysłowym leniem, nie, nie był obibokiem, po prostu miał w życiu inne priorytety i w rezultacie nigdy nie musiał poważnie się zastanawiać nad swoim postępowaniem. Aż do tej pory.
1 Mujeres y Hombres y Viceversa - hiszpański program telewizyjny z elementami reality show, podczas którego uczestnicy wybierają sobie partnera spośród grupy kandydatów zabiegających o ich względy (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).
Wieczorem po treningu, gdy wyładował gniew na worku bokserskim, przed powrotem do domu lubił trochę pospacerować. Nie zawsze szedł tą samą drogą. Nastawiał na maksa słuchawki bezprzewodowe i pozwalał, by muzyka prowadziła go w tej włóczędze od ósmej do dziesiątej. Dwie godziny na rozmyślania, wyrzuty sumienia i cieszenie się drobnymi i nic nie kosztującymi rzeczami, których nigdy dotąd nie spróbował, jak na przykład usiąść na ławce ot tak, na nic nie czekając, lub pójść nad jezioro i patrzeć na zmierzch. Stał się samotnikiem. O ile wcześniej był liderem swojej grupy, królem imprezy, a jego nazwisko stanowiło żelazną pozycję na wszystkich listach dyskotekowych na sobotę wieczorem, teraz stał się zwykłym człowiekiem, jednym więcej, a nawet gorzej - nikim. Kimś, kto rzadko się odzywa, nigdzie nie wychodzi i próbuje znaleźć rozrywkę we własnych rozterkach i samotności.
Godzina 21.47. Mario rozsiadł się na trawie nad jeziorem. Było mu zimno w tyłek. Choć wiedział, że jest już późno, wolał jeszcze trochę poczekać. Można powiedzieć, że jego rodzice przestrzegali swego rodzaju protokołu w kwestii pory kolacji: jeśli o wpół do dziesiątej nie zjawił się przy stole, jedli bez niego, i wolał, żeby tak właśnie się stało. Męczyło go siedzenie naprzeciw nich, co oznaczało wystawianie się na ich rozczarowane spojrzenia, od których czuł się jeszcze gorzej. Dlatego zawsze starał się przychodzić później, by nie załapać tuż przed snem jeszcze większej deprechy niż ta, która już i tak go gnębiła.
A więc Mario był zdołowany? No pewnie. Jednak ani on, ani jego rodzina nie zdawali sobie z tego w pełni sprawy. W ostatnią wrześniową niedzielę zapadł zmrok i bryza przestała nieść łagodną świeżość, zmieniając się w powiew przenikający do szpiku kości, którego nikt nie lubi. Mario czuł się smutniejszy niż zwykle. Dlaczego? Łatwo się domyślić. Była niedziela, ostatnia niedziela przed początkiem roku w Las Encinas, przed wystrzałem startera, który zapoczątkuje nowy semestr. Nie potrafił uwolnić się od wspomnienia emocji, jakie wcześniej wywoływała w nim ostatnia niedziela wakacji... Byłby gotów zapłacić, żeby znów się tak poczuć. Jednak teraz wszystko było inaczej, on oczywiście nigdy już nie zacznie żadnego roku szkolnego, a gorycz oczywiście na zawsze zabarwi wszystkie jego uczucia.
Zimny tyłek doskwierał mu coraz bardziej. Wilgoć przeniknęła przez gruby bawełniany dres, więc wstał. Ciemność spowiła wszystko i choć doskonale znał drogę, nie chciał wdepnąć w jakąś kałużę lub błoto, zapalił więc latarkę w komórce, ale nie starczyła mu na długo. Tyle muzyki na maksa i tyle 4G sprawiło, że jego bateria niemal natychmiast padła. Wszystko wokół skryła ciemność. Wszystko wokół czarne; bynajmniej nie w przenośni, noc była pochmurna.
Trzask! Odgłos złamanej gałęzi zaskoczył chłopaka, który obrócił się zaniepokojony. Nie udało mu się niczego dostrzec w gęstej roślinności. Zdjął słuchawki - bez sensu było w nich chodzić, skoro niczego nie słuchał - chciał je schować, kiedy usłyszał odgłos, który przestraszył go jeszcze bardziej i w efekcie jedna ze słuchawek upadła mu na ziemię. Cholera! - mruknął pod nosem.
Myślałem, że to jakiś pieprzony zwierzak psuje mi humor, ale zaraz mnie zmroziło, bo przypomniałem sobie, że w okolicy nie ma dużych zwierząt, a polna mysz przecież nie złamałaby gałęzi. Nigdy nie byłem specjalnie strachliwy, zawsze miałem jaja na swoim miejscu, ale kiedy zobaczyłem, że coś się porusza w ciemności, obleciał mnie strach. Pamiętam niewiele. Jak przez mgłę. Ktoś szedł w moją stronę.
Ktoś szedł w jego stronę. Mario tego nie zauważył, ale osoba ta miała na sobie szkolny mundurek z Las Encinas. Ciemności całkiem to skrywały, ale skąpe promienie księżycowego światła w pierwszej kwadrze odbiły się w haftowanym E z godła. Czy zobaczył twarz? Nie, twarz była całkiem zasłonięta kominiarką. Mario nic nie powiedział, nie krzyknął ani nie zapytał: "kto tu chodzi?". Scena wydała mu się tak dziwna, że uczynił jedynie to, co dyktowały mu serce i nogi: zmył się stamtąd. Rzucił się do ucieczki, ale trudno, i to bardzo, biec po mokrej ziemi obok jeziora. Błoto, gałęzie i kałuże utrudniają wszystko, tym bardziej kiedy nie masz przy sobie latarki, więc Mario wkrótce upadł na ziemię i pobrudził swój markowy dres.
To było straszne. Wiele razy śnił mi się ten koszmar, że ściga mnie ktoś, kto chce mi zrobić krzywdę, a ja jestem wolniejszy niż zwykle, no ale to dlatego, że kiedy przyszedłem nad wodę, nie zauważyłem, że wszędzie jest pełno błota. Spróbowałem się poderwać, ale zanim zdążyłem oprzeć się na rękach, coś bardzo mocno uderzyło mnie w plecy. Nie widziałem, kto... poczułem tylko cios i znów upadłem. Ta osoba siadła mi na plecach i nie mogłem nic zrobić, chciałem się wyrwać i wtedy już faktycznie zacząłem krzyczeć, wzywać pomocy, ale usta wypełniły mi się ziemią i błotem, więc niewiele zdziałałem. Poczułem, że coś robi, a potem ten dziwny zapach, po którym straciłem przytomność...
Kiedy się ocknąłem, było już za późno, na wszystko, na cokolwiek. Nie miałem ani krzyny siły, najmniejszej woli walki ani nadziei, które skłoniłyby mnie do próby oporu. Było zimno, czułem ciężar błota na sobie. Ktoś wlekł mnie po ziemi. Ale nie za ramiona czy nogi, nie, za sznur, który miałem na szyi. Nie mogłem się poruszyć i choć mój mózg się budził, ciało nie odbierało rozkazów, które wysyłał. Wiem, że płakałem, może jęczałem, pamiętam też, że na tym etapie już się poddałem. Kamienie po drodze raniły mi plecy. Obróciłem głowę, próbując zobaczyć tego skurwiela, który mnie ciągnął. Dostrzegłem ciemną postać, być może kurtkę od szkolnego mundurka, sam nie wiem... nic nie wiem. Zamknąłem oczy i przestałem się opierać. Starałem się ważyć więcej niż w rzeczywistości, wyobraziłem sobie kowadła u swoich stóp, kotwice uniemożliwiające tej osobie, czy cokolwiek to było, przeciągnięcie mnie tam, gdzie sobie zaplanowała. Zatrzymał się. Zatrzymałem się. Przez chwilę pomyślałem, że to koniec udręki i poczułem ulgę, ale nie... tragedia dopiero się zaczynała. Chciałem znów krzyknąć, ale usta mnie nie słuchały, nie mogłem wydobyć głosu, chciałem przeprosić, jeżeli zrobiłem coś, co mu się nie spodobało, chciałem błagać i powiedzieć mu, że jestem bardzo młody i mam przed sobą całe życie, ale nie zdołałem wydusić z siebie żadnego dźwięku. Nic nie widziałem, ale wszystko słyszałem. Usłyszałem, jak zarzuca na gałąź drzewa drugi koniec liny, którą miałem zaciśniętą na szyi. I jak napina ją z całej siły. Napastnik nie był zbyt silny. Pociągnął, zaszlochał, pociągnął i niemal podniósł mnie z ziemi, ale upadłem i grzmotnąłem o glebę. Nie zabolał mnie ten upadek, nie panowałem nad własnym ciałem, co dawało mi także dziwną moc, bo nie czułem bólu, byłem jakby odrętwiały... Spróbował jeszcze raz, tym razem z większą siłą. Szarpnął za linę i mnie podniósł. Pomyślałem o mamie. Szarpnął za linę i mnie powiesił, pomyślałem o tacie. Zdołał przywiązać do czegoś koniec liny, a wtedy to faktycznie był już koniec. Tak. Zostawił mnie tam wiszącego. Sznur natychmiast zacisnął mi się na szyi, zgniatając ją niczym gąbkę. Pomyślałem o babci. Usłyszałem trzask, jakby coś we mnie pękło, może kark, może życie... i tam, pewnej wrześniowej niedzieli, cały ubłocony, nie wiedząc nawet, kto mi to zrobił... tam właśnie umarłem.
Pozbawione życia ciało Maria kołysało się powoli, bardzo powoli, obracając się w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara. Czubki jego tenisówek niemal dotykały ziemi, dzieliło je od niej ledwie kilka milimetrów, co robiło wrażenie, jakby próbował stopami sięgnąć podłoża, ale było to jedynie złudzenie. Mario niczego już nie czuł i niczego nie mógł próbować. Życie całkiem z niego uszło. Rowerzystka, która znalazła go o szóstej rano, opisała chłopaka w słowach przejmujących dreszczem przerażenia. Mario przyzwyczaił się, że dziewczyny miały go za Adonisa o wydatnej szczęce i nieodpartym spojrzeniu, ale ta użyła jedynie dramatycznych i odrażających przymiotników, by opisać jego zwłoki. Otwarte usta, oczy wychodzące z orbit, jakby zaraz miały wystrzelić, twarz sina i zapuchnięta.
Nie można powiedzieć, że miejscowa policja była mało skuteczna lub leniwa, trzeba przyznać, że wszystko wskazywało na samobójstwo. Na Mariu ciążyło oskarżenie o przemoc i czekał go proces, co zrujnowało mu reputację i pozycję towarzyską. Jego rodzice przychylili się do teorii samobójstwa, mówiąc, że choć odsuwali od siebie te myśli, obawiali się, że ich syn może popełnić jakieś szaleństwo, bo nie był już sobą. Włóczył się bez celu z domu do siłowni i z siłowni do domu, nie wychodził na miasto, z nikim nie gadał. Śmierć Mariny była mocnym ciosem dla ich społeczności i nie mogli pozwolić sobie na dalsze pranie brudów, więc taka hipoteza była dla wszystkich wygodniejsza, bo śmierć Maria stawała się po prostu kolejnym samobójstwem nastolatka. Jego matka nie miała wątpliwości.
Z moim chłopcem było niedobrze. Wiedziałam, że to się może zdarzyć w każdej chwili. Próbowałam go chronić, naprawdę, ale to było jak próba podpierania ściany. Nie da się. Nie mogę przez cały czas trzymać warty pod ścianą... On już nie żył, był żywy, ale jakby całkiem nieobecny... zupełnie zgaszony, przykro było na to patrzeć. Starałam się podnieść go na duchu, myślałam, że to jedynie trudny okres i... przykro mi, nie chcę więcej o tym mówić. Naprawdę nie chcę mówić nic więcej...
Nie myśl, że wiadomość o samobójstwie Maria awansowała w Las Encinas do rangi wielkiego, tragicznego wydarzenia roku, nie. Ludzie - pomijając Janine i Wendy, byłą zmarłego - nie pamiętali za dobrze o konflikcie i przemocy ani o tym, że Mario porzucił szkołę przed końcem roku, bo chłopak wypadł już ze śmietanki towarzyskiej w Las Encinas, już się nie liczył. Dlatego owszem, ktoś tam usłyszał, że umarł i temat pojawił się w rozmowach dwóch czy trzech jego niby-przyjaciół, ale dramat stopniał równie szybko jak pianka na piwie latem w kawiarnianym ogródku. W okamgnieniu.
Janine wstała pełna energii. Dosyć już miała użalania się nad sobą i bycia nudną ofiarą, która spędza całe dnie w swojej prywatnej jaskini. Z werwą wyszczotkowała włosy i wypróbowała trzy czy cztery fryzury. Odrzuciła koński ogon, dwa warkoczyki z fikuśnymi gumkami z postaciami z Pora na przygodę! i to, co sama nazywała fryzurą na elfa, czyli dwa cieniutkie warkoczyki zaczynające się na skroniach i sczepione na karku z pomocą spinki w kształcie figowego listka. No dobra, dziwnie się z tym czuła i postanowiła rozpuścić włosy i założyć opaskę, taką najzwyklejszą, bo te w formie diademu albo wysadzane perełkami były zarezerwowane dla Lu. Nie spisano tej zasady na piśmie, ale wszyscy uważali to za oczywiste i wolała oszczędzić sobie jej groźnego spojrzenia. Zresztą faktycznie wydawało się, że Meksykanka ma głowę jakby stworzoną do noszenia takich ozdób i nikt nie mógł usunąć jej w cień.
Z rozpuszczonymi włosami i w nieskazitelnym mundurku Janine przekroczyła drzwi prowadzące na ten długi, szary korytarz, gdzie wydawało się, że czas stoi w miejscu. Była pełna dobrych chęci i niemal się uśmiechnęła, czując, że odzyskała anonimowość, za którą tak tęskniła.
Nigdy bym nie pomyślała, że zapragnę znów być przegrywem, z tych, co siedzą w głębi klasy, ale tak właśnie jest... Popularność to megasprawa, ale bycie niewidzialną niesie ze sobą pewne korzyści w kwestiach towarzyskich.
Wszystko szło dobrze, różne elementy ułożyły się na nowo w dogodnych miejscach i wyglądało na to, że Janine na powrót staje się niewidzialna.
Wtedy, gdy już mam wejść do klasy, w momencie, gdy czuję się jedną osobą więcej w tłumie, fajnym przegrywem, w tej właśnie cennej chwili ktoś - i mówię ktoś, bo nawet nie mam pojęcia, kto to był - mówi mi, że Mario nie żyje, że zszedł ze sceny, tak, zdaje się, że właśnie takiego sformułowania użył: "zszedł ze sceny". Zejść ze sceny, myślę sobie. To znaczy z tej głównej, najważniejszej sceny, z życia. Łup. Czuję, że serce mi pęka, ale kości też. Chyba nie ustoję na nogach, chyba nie, przerywam nagle rozmowę i zostawiam tego kogoś w pół słowa. Muszę uciec, biec, oddychać, ale nie jestem w stanie zrobić dwóch kroków, siadam na schodach, a tymczasem tłum uczniów, pierwszoroczniaków przetacza się obok mnie niczym lawina, która nawet mnie nie muska. Mario nie żyje. Tak, chłopak, z którym zrobiłam to pierwszy raz na pościeli w zwierzątka uprawiające sport, pierwszy, który mnie... wszystko, ten właśnie, nie żyje. Już nie oddycha, nigdy się nie uśmiechnie ani nie otworzy oczu, by spojrzeć bezczelnie, pewien, że to on jest królem życia...
Oddech Janine stał się dziwny, podobnie jak ten pierwszy poranek nowego roku szkolnego. Wstała z trudem i wspierając się o ścianę, ruszyła do łazienki. Uczniowie weszli do sal, została sama. Cisza wypełniła wszystko, choć w jej głowie dudniły jakieś głosy. Głosy zaczerpnięte z różnych rozmów, rzeczywistych lub zmyślonych, które odbyła z Mariem. Jak gdyby ktoś włączył im wszystkim jednocześnie play, wywołując nieznośny jazgot, hałas zmieszanych słów i wspomnień, prawdziwych bądź fałszywych. Chciało jej się płakać i rozpłakała się z dłonią na klamce od drzwi łazienki, jak gdyby wiedziała, że wchodząc do środka, przestanie dbać o wszelkie pozory i to, co teraz było kilkoma łzami, utoruje drogę dla tsunami rozszalałych emocji. Nie myliła się. Gdybyś podejrzał przez jakąś dziurkę wybuch płaczu i usłyszał wrzaski, które wydobyły się z ust Janine, gdybyś zobaczył, jak zawodzi, kopie, przemywa twarz wodą, płucze usta, by się przekonać, czy uda jej się wypluć z siebie część bólu, płacze i szlocha, dosłownie rwie sobie włosy z głowy i wymierza kopniaki, jak gdyby ściany i szafki mogły je poczuć, gdybyś ją zobaczył, pomyślałbyś, że na całym bożym świecie nie ma osoby w większej rozpaczy. Obiektywnie rzecz biorąc, mogło się to wydać przesadzoną reakcją, ale Mario symbolizował wiele rzeczy w świecie Janine, był jednym z najmocniejszych filarów jej historii, był jednym z protagonistów jej losu. To tak jak gdyby strasznie ci się podobał czarny charakter z jakiegoś serialu i nagle z dnia na dzień go nie ma. Ten zły bohater jest konieczny, żeby ci dobrzy byli dobrzy. No i ona trochę tak właśnie się czuła. Teraz, gdy zniknął jeden z najistotniejszych bohaterów jej biografii, miała wrażenie, że wszystko to stało się okropnie nijakie. Ostatni spóźnialscy docierali do swoich klas, a tymczasem zdruzgotana Janine ruszyła w przeciwnym kierunku niż wszyscy. Miała już dosyć na dzisiaj, wolała wrócić do domu, zamówić cabify2, położyć się do łóżka i marzyć o tym, by mogła cofnąć się do niedzieli poprzedzającej ten fatalny poranek.
2 Hiszpański odpowiednik Ubera.
Andrea i Gorka siedli w osobnych ławkach. Chodzili do tej samej klasy i nie chcieli być typową parką zakochanych gołąbków, która flirtuje, gdy nauczyciele przynudzają. Nie zamierzali trzymać się za rączki. Ona miała silne postanowienie, żeby się uczyć i rozwijać, za cel postawiła sobie osiągnięcie dobrych wyników. Nie chciała, żeby wyszło na to, że rację mieli wszyscy ci dorośli idioci, którzy powtarzali, że miłość w wieku szesnastu lat może odwrócić twoją uwagę od rzeczy naprawdę istotnych. Gorka czuł się trochę dziwnie, ale z drugiej strony było mu na rękę, że jego związek pozostanie po części tajemnicą. Andrea była nowa w Las Encinas, a on nie miał, powiedzmy sobie, specjalnie dobrej reputacji i wolał, żeby nie wiedziała, że w szkole prawie się nie liczy. Obawiał się, że ktoś z najstarszej klasy podejdzie do jego najdroższej i rzuci coś w rodzaju: "po co się zadajesz z tym frajerem?". Tak, trochę się tego obawiał, więc pasowało mu, że każde z nich będzie sobie radziło na własną rękę, chociaż, i to już była bardziej osobista kwestia, wkurzało go, że nie może się pochwalić swoją dziewczyną... bo była bardzo ładna, jemu wydawała się bardzo ładna, mało tego... była naprawdę super.
Rok szkolny nie mógł zacząć się spokojnie. Guzmán pobił się z Samuelem na korytarzu i Azucena weszła do nich, żeby wygłosić nieodzowny speech, że nie będzie tolerować takich zachowań i tak dalej. Wszyscy trzymali stronę Guzmána. Wystarczyło tylko zobaczyć jego nabiegłe krwią i cierpieniem oczy, by pojąć, że chłopak nie uporał się jeszcze ze śmiercią Mariny no i, wiadomo, nikt w stu procentach nie był pewien, że to Nano ją zabił, ale na razie to on siedział za kratkami, przez co pozycja towarzyska Samuela sytuowała się gdzieś na samym dnie pośród szlamu i mułu. Biedny Samuel... Pod ostrzałem, w tragicznej sytuacji, niezbyt typowej dla nastolatka... Co by się stało, gdyby Paula zakochana w nim od zawsze, zobaczyła to poranne starcie na korytarzu? Zapewne nic, bo Paula zupełnie nie zwracała na Samuela uwagi. Ciąża sprawiła, że wydoroślała i nie interesowały jej już głupie szkolne romanse. Jej nowa szkoła była... dość szczególna, przynajmniej jeśli porównać ją do elitarnego Las Encinas. Zacznijmy od tego, że uczniowie nie nosili mundurków, dzięki czemu dziewczyna mogła z łatwością wszystkich ocenić. Wcale nie była snobką. Może parę lat wcześniej, ale teraz już nie. Ale nie da się ukryć, że w wieku szesnastu lat wygląd mówi wiele o wewnętrznym bigosie.
Sala była w opłakanym stanie. Poczułam się trochę jak Michelle Pfeiffer na tym filmie z lat dziewięćdziesiątych, gdzie jest nauczycielką, która przychodzi do pracy w jakiejś okropnej szkole, nie pamiętam już tytułu, bo byłam bardzo mała... ale szkolne meble wyglądały jak przywleczone wprost ze śmietnika. Nie było mundurków, więc faktycznie od razu mogłeś się zorientować, przed kim trzeba się mieć na baczności. Chciałam uniknąć klimatu Legalnej blondynki z dobrego domu, która przybywa do szkoły dla ubogich, więc ubrałam się bardzo prosto, zbyt prosto. Gdyby zobaczyła mnie Carla albo Lu, zapytałyby, czy wszystko dobrze u mnie w domu, choć wcale się nie przyjaźnimy, ale zapytałyby o to...
Z jednej strony było paru emo, kilku podejrzanych typków wyglądających na niedorobionych skinów, jakieś blachary, no dobra, mnóstwo blachar, kilka bardziej "normalnych" osób w ciuchach z Inditexu sprzed trzech czy czterech sezonów i niewiele poza tym. Nikt nie zwrócił na mnie uwagi, nikt się ze mnie nie nabijał, ale też nikt mi niczego nie ułatwiał. Wcale nie o to chodzi, że czułam się od nich lepsza, no ale powiedzmy sobie szczerze, fakt, że zrobiłaś sobie skrobankę, chcesz czy nie, czyni cię nieco dojrzalszą od innych. Na przerwie usłyszałam głupie i banalne rozmowy o Operación Triunfo i innych reality show, ale takie rzeczy nigdy mnie nie interesowały, więc nawet gdybym bardzo chciała, i tak nie mogłabym się włączyć do rozmowy... ale w sumie to bez znaczenia, bo nie chciałam. Lekcje w pierwszym dniu były serią prościutkich prezentacji, podczas których szereg znudzonych nauczycieli wyjaśnił nam, jaki ekscytujący rok szkolny nas czeka, pełen tematów, które znałam już na pamięć. Moje życie towarzyskie nie musiało się pogrążyć w wyniku tego zejścia na niższy poziom, ale jeśli chodzi o naukę, roztoczyła się przede mną mocno jałowa panorama. Nie chcę iść na studia, no dobra, może nie tyle nie chcę, co widzę, że system nauczania, ten system, nie jest dla mnie. Postanowiłam zmienić szkołę z wielu powodów, ale teraz, gdy jestem już z dala od Las Encinas, uświadamiam sobie, że to także nie moja droga.
Co Paula chciała przez to powiedzieć? Coś bardzo prostego. Była jeszcze niepełnoletnia, ale czuła się bardzo dojrzała i miała wrażenie, że jej życie jest puste. Cały poprzedni rok szkolny zszedł jej na flirtach, zakochiwaniu się i odkochiwaniu, nie zastanawiała się nad sobą, nad tym, dokąd właściwie zmierza... Pewnie, że wolała nie mieć dziecka, nie mogła go mieć, ale nie mogła też ukryć, że jej życie utknęło na mieliźnie ani udawać, że nic się nie stało. Miała co do tego jasność, całkowitą jasność. Posadziła rodziców na bujanej ławce ogrodowej na werandzie, nawet nie zrzucając plecaka, jak najszybciej.
Gdybym nie zrobiła tego szybko, być może nigdy bym tego nie powiedziała, być może pozwoliłabym, żeby pociąg mi uciekł i zachowała dla siebie te słowa, nie wyjaśniła moich odczuć: "Mamo, tato... nie chcę... nie chcę się dalej uczyć. Wiem, że to was zszokuje i wiem, że od jakiegoś czasu oddalam się coraz bardziej od wizerunku przykładnej córki, ale czuję się pewna, spokojna i zdolna podejmować własne decyzje".
Rodzice spojrzeli po sobie pewni, że zaraz wybuchnie bomba w rodzaju:
a) Chcę wstąpić do zakonu, Pan mnie wzywa.
b) Chcę pojechać do Formentery i sprzedawać tam klapki.
c) Wychodzę za mąż za pięćdziesięciolatka.
W sumie opcja b) nie była aż tak daleka od prawdy.
Sądzę, że dobrze mnie wychowaliście, żebym wierzyła w siebie, żebym była odpowiedzialną dorosłą osobą i wiem, że może się wydawać, że wcale taka nie jestem albo nie byłam, ale chcę rzucić szkołę... nie chcę się więcej uczyć. Czuję, że już niczego istotnego się nie nauczę, a to, czego mogę się nauczyć, mnie nie interesuje. Czuję... i bardzo proszę nie przerywajcie mi, że tak bardzo mnie chroniliście, że nie jestem na nic przygotowana w życiu i muszę się tego nauczyć, popełnić błędy, dojrzeć... No więc sądzę, że znalazłam się w martwym punkcie. To nie przez szkołę, naprawdę nie, to przeze mnie. Chcę mieć jakieś niepokoje, mieć cele i marzenia, a ich nie mam... Gdybym wybierała teraz kierunek studiów, zwyczajnie nie wiedziałabym, co zrobić, na co się zdecydować, czego tak na prawdę chcę w życiu, a nie chcę podejmować takich decyzji pod presją. To wcale nie znaczy, że w przyszłym roku nie będę chciała wrócić do szkoły, ale teraz chcę się uczyć innych rzeczy, czegoś, co będzie dla mnie ważne... Chcę się dowiedzieć wreszcie, kim, do cholery, jestem. Wybaczcie brzydkie słowo...
Rodzice odetchnęli głęboko i nie musieli na siebie patrzeć, by wiedzieć, co powinni odpowiedzieć. Nie byli rodzicami kastrującymi, a gdzież tam, raczej dość postępowymi i fajnymi, uważali za oczywiste, że tłamszenie wolności córki może jedynie wpędzić ich w jeszcze większe tarapaty. Ojciec pochylił się do przodu, zatarł dłonie i odpowiedział jej tonem pewnym i dobitnym, mówił jak dorosły z dorosłym, równy z równym.
- Paula, jeśli jesteś tego pewna, możesz liczyć na nasze wsparcie. Nie chcielibyśmy, żebyś robiła coś, co cię unieszczęśliwi, więc skoro uważasz, że to nie jest dobry moment na dalszą naukę, przekonamy się, co życie trzyma dla ciebie w zanadrzu.
Matka kiwaniem głowy potwierdzała każde słowo, a wreszcie wtrąciła:
- Bardzo cię kochamy, córeczko. Nie chcę, to znaczy nie chcemy, żebyś myślała, że ta historia z abor... - Ugryzła się w język. - Nie było to łatwe, ale najważniejsze, żebyś czuła się dobrze i o wszystkim nam mówiła. Jesteśmy tu po to, by ci pomóc, by być z tobą... A jeśli sama jeszcze nie wiesz, co dalej robić, to nie rób nic. Tylko ostrożnie, nie musisz zaraz łapać pierwszej lepszej pracy, jaka wpadnie ci w ręce... nie potrzebujemy pieniędzy, kochanie, i jeśli chcesz się czegoś nauczyć lub zobaczyć, jak to jest w pracy...
- Ale mnie wcale na tym nie zależy, mamo - przerwała jej dziewczyna. - Ani na jednym, ani na drugim... Jestem wam mega wdzięczna za wykształcenie, jakie otrzymałam, za wszystkie moje kaprysy, które spełniliście, ale chcę poradzić sobie bez tego, przekonać się, kim jestem bez waszej opieki. Wiem, że tu jesteście, niczym miękki materac, a ja jak ta akrobatka na trapezie... No ale właśnie, jestem akrobatką i chcę spróbować, OK?
- OK - odparli rodzice.
W tym właśnie momencie relacji rodzice-córka Paula oficjalnie przestała być siedemnastoletnią uczennicą, by przemienić się w... siedemnastoletnią bezrobotną, ale za to taką, która ma wielką potrzebę odnaleźć swoją życiową ścieżkę.
Po lekcjach Gorka poszedł do Andrei na obiad, ostatnio stało się to zwyczajem. Jej rodziców nie było w domu, a kucharka nie przejmowała się zanadto głodem na świecie - gotowała jak dla oddziału wojska. Dom Andrei był imponujący: obszerny, jasny, z mnóstwem wielkich okien i dwoma basenami, ale z przytulnym wystrojem. Mieszanka koncepcji dość nietypowa u dekoratora wnętrz. Sofa była stara, ale bardzo wygodna i wydarzyło się na niej tyle rzeczy, że rodzice nie chcieli jej wyrzucać. Po obiedzie najczęściej Andrea prowadziła do niej swojego chłopaka, popychała go na nią i wtulała się w niego, a potem całowali się, jak gdyby nic innego w życiu się nie liczyło. Dom był praktycznie pusty, nie musieli więc się hamować, gdy folgowali swoim językom. Całowali się całymi godzinami, przerywali czasem, ale tylko po to, żeby zaczerpnąć powietrza i wrócić do wcześniejszego zajęcia. Ich języki pasowały do siebie nadzwyczaj dobrze. To nie takie oczywiste, kiedy jesteś bardzo młody, no w sumie potem też nie. Usta Andrei zawsze były wilgotne i świeże, ale nie jak mięta, tylko jak przed chwilą zerwana w ogrodzie truskawka, a językiem poruszała, jakby sprawdzała wszelkie możliwości, jakie dawał ten mięsień. Teraz go obrócę, teraz wsunę głębiej, teraz tylko musnę nim twoje wargi... A Gorka dotrzymywał jej kroku. On też umiał się całować - Paula może to potwierdzić - a wielkiego specjalistę w tej kwestii czyniła zeń umiejętność dostosowania się do poruszeń partnerki, to zawsze się sprawdzało. Całuski, cmoknięcia, głębokie pocałunki z języczkiem czy bezlitosne ukąszenia, byli gotowi spędzać całe godziny przyssani do siebie. Czuł się szczęśliwy, potem wychodził z genitaliami nabrzmiałymi od miłości, tak to już jest, ale radził sobie z tym na własną rękę w domu. Jednak tamtego dnia coś się stało i wszystko poszło inaczej...
Andrea wzięła go za rękę i położyła ją sobie między nogami, niemal odruchowo, jakby wypełniając nakazy abecadła nastoletnich związków. Poczuł ciepło bijące od jej krocza i gwałtownie się odsunął; nie był szorstki, w żadnym razie, ale przerwanie w tak namiętnym momencie, w chwili gdy ona przejawiła inicjatywę, było jak wtargnięcie z krzykiem i włączonym na full reggaetonem do kościoła. Bardzo deprymujące. Spojrzała na niego, on na nią i po chwili milczenia trwającej ledwie trzy sekundy, które im wydały się nadzwyczaj długie, wstał, włożył rękę do spodni, żeby lepiej ułożyć swoją uwięzioną erekcję i powiedział:
- Idę.
- Co? - zapytała całkiem zbita z tropu.
- No... muszę już iść.
- Tak?
- Tak...
- Aha.
Gorka się zawahał, wydawało się, że chce coś jeszcze powiedzieć, ale ostatecznie rozejrzał się wokół, pocałował dziewczynę w policzek i wyszedł, jakby nagle sobie przypomniał, że zostawił włączony gaz i jego dom lada chwila może wylecieć w powietrze.
CO SIĘ STAŁO? Zastanówmy się... może i nie mam za wielkiego doświadczenia z chłopakami, ale nie widzę wielkiej różnicy pomiędzy macaniem się, obściskiwaniem i dotykaniem wszędzie, a kiedy mówię WSZĘDZIE, to znaczy WSZĘDZIE, i tym, co zaproponowałam... No w końcu przecież nie zachęcałam go do niczego dziwnego, chciałam tylko posunąć się o kroczek dalej. Och, Boże, pewnie pomyślał sobie, że jestem jakąś napaloną laską i się przestraszył. Gorka rzeczywiście nie przejawia przy mnie zbyt wielkiej inicjatywy, ale zawsze myślałam, że to dlatego, bo mnie szanuje. Rozumiem, że a priori, biorąc pod uwagę mój image, nie wyglądam zbyt zmysłowo... ale to przecież nie znaczy, że nie mam ochoty się z nim przespać. WŁAŚNIE, ŻE MAM NA TO WIELKĄ OCHOTĘ, naprawdę wielką. Podoba mi się. Chodzimy ze sobą. A ja nie jestem żadną świętą, w dodatku jedną z tych nielicznych rzeczy, które wiem o jego wcześniejszych związkach jest to, że on też nie żył dotychczas w celibacie... Ale w takim razie DLACZEGO ZWIAŁ? Jestem paranoiczką, więc zaraz pomyślałam, że to moja wina, że może śmierdzę albo tusz mi się rozmazał i wyglądam jak panda, ale nie... Czasem, wszystko, co ma jakiś związek z... z moim ciałem, wpędza mnie w lekką obsesję. Czekaj, jak by ci to wyjaśnić, żeby nie wyjść na wariatkę... Ciało dziewcząt, nagie ciało dziewczyny... ma specyficzny zapach, no dobra, o tym akurat wszyscy wiedzą, raczej nie odczytałam w tym momencie kamienia z Rosetty. To normalne, że jeśli bierzesz rano prysznic, a potem idziesz do szkoły i masz WF i nie wykąpiesz się znowu, to twój... twoja osoba będzie wydzielała charakterystyczny zapaszek. Tak, dostawałam już totalnej paranoi na myśl, że zapach moich miejsc intymnych mógł go wystraszyć, ale to kompletna bzdura, bo potem poszłam do łazienki wziąć prysznic i wszystko było... w porządku. No to o co chodziło? Podobam mu się, ale... A może mu się nie podobam? Nie? Ależ tak... patrzy na mnie z miłością, dotyka mnie z czułością... no to... dlaczego nie dotknął mnie tam, gdzie chciałam? Jestem całkiem skołowana, wyślę mu wiadomość. Bardzo ostrożną i nie wprost, bo nie chciałabym też doprowadzić do kłótni albo żeby poczuł się dziwnie.
Hej, misiaczku, wszystko w porządku?Pisze...Pisze...Tak, już w drodze na siłkę.
No OK, unika tematu, zachowuje się jak gdyby nigdy nic... To ja też. Na pewno byłoby dojrzalej i lepiej, gdybym ośmieliła się zapytać go wprost: "dlaczego nie chciałeś mnie tam dotknąć?" albo "dlaczego wybiegłeś ode mnie z domu, jakby coś cię ugryzło?". Ale ponieważ obawiam się kłótni, a między nami jest bardzo dobrze, lepiej to przemilczę, nic nie powiem i przekuję całą moją dezorientację w wiadomość na WhatsAppie takiej treści:
Świetnie, misiaczku! Daj czadu.
I dodam jeszcze emotikonkę z bicepsem i buźkę puszczającą oczko i jeszcze jedną z uśmiechem, który w ogóle nie oddaje mojego nastroju, bo zupełnie mi nie do śmiechu, ale to zupełnie. Chociaż to też prawda, że gadanie o takich rzeczach w wiadomościach jest głupie, lepiej osobiście. Jutro na przerwie z zaskoczenia przycisnę go do muru i lekkim tonem powiem, że chciałabym posunąć się dalej. Tak, tak będzie dojrzalej. Nie będę mu robić wyrzutów: NIE DOTKNĄŁEŚ MNIE! Załagodzę temat, zagaję po cichutku, kusząco: "Chcę, żebyśmy to zrobili, Gorka".
Kawiarnia Meleny była miejscem, które najłatwiej dałoby się opisać odrażającym słowem "słitaśna". Nie ja tak mówię, tylko opinie na Tripadvisorze:
"Słitaśne miejsce, dobre, żeby wpaść na kawę albo umówić się z przyjaciółmi. Tort marchewkowy jest dość suchy, ale kelnerki bardzo się starają i są miłe".
"Przytulnie i rodzinnie. Po południu zatłoczone, ale jeśli przyjdziesz na koniec, jest OK".
"Mają zarąbisty wybór kawy i chociaż czasem trzeba długo czekać, bo są tylko dwie kelnerki, lokal jest wporzo".
"Tort marchewkowy przypomina podeszwę".
"Mają wi-fi i dobrą kawę".
Co możemy wywnioskować z tych opinii? Prawdę. Kawiarnia była fajna, interes szedł dobrze i często zarówno Melena, jak i jej matka Amanda nie nadążały ze wszystkim. Lokal miał miły klimat i kiepski tort marchewkowy, który oczywiście szybko wycofały ze sprzedaży.
W tamten poniedziałek, pierwszy w roku szkolnym, Melena wyszła chwilę przed zamknięciem, bo chciała wypróbować na kolację przepis, który znalazła w Internecie. Amanda była sama. Ostatni klient wyszedł i właścicielka lokalu ustawiała na stolikach krzesła, każde z inną tapicerką, żeby umyć podłogę. W kawiarni nadal pachniało świeżo zaparzoną kawą, chociaż ekspres już odpoczywał, wyłączony od dłuższej chwili. Azucena, dyrektorka szkoły, obserwowała ten obrazek z zewnątrz, niczym duch minionych świąt Bożego Narodzenia. Dziwnie było patrzeć na tę elegancką panią, smukłą i bardzo atrakcyjną, jak ubrana w fartuch wymachuje mopem. Wyraz jej twarzy różnił się bardzo od tego, co Azucena pamiętała z prasy, malował się na niej spokój i... choćby zabrzmiało to pretensjonalnie - jakaś harmonia i ukojenie. Amanda przerwała na chwilę, by poprawić sobie kitkę, w którą zebrała burzę włosów ze złotymi refleksami, gdy odezwał się dzwoneczek przy drzwiach.
- Już zamknięte - powiedziała miękko.
- Wiem - odparła Azucena. - Przyszłam, żeby z panią porozmawiać.
- Mam nadzieję, że nie chodzi o zdjęcia i tak dalej, proszę...
- Nie, nie, nie...
- No bo ludzie nie dają mi spokoju, chyba nie mogą zrozumieć, że teraz tu pracuję - wyjaśniła, wracając do przerwanego zajęcia.
- Pewnie ich to dziwi.
Amanda spojrzała na nią, czekając, aż powie coś więcej i tak właśnie się stało:
- Widzę, że mnie pani nie pamięta. Nie szkodzi, trochę się zmieniłam, do tego fryzura...
- Och, nie przypominam sobie.
- Jestem Azucena, dyrektorka Las Encinas.
Amanda lekko się zdenerwowała i odstawiła mop, opierając go o ladę.
- Moja córka już się tam nie uczy, zdaje się, że nie mam żadnych zaległości w czesnym, prawda?
- Nie, nie, niech się pani nie martwi... Przyszłam, bo... byłoby dobrze, gdyby pani córka wróciła do Las Encinas. Pewnie uzna to pani za szaloną propozycję, wiem, że ona tu pracuje, ale wystarczy przejrzeć jej teczkę, żeby się przekonać, że María Elena jest bardzo zdolną uczennicą.
Amanda nie chciała przechodzić do obrony, ale odebrała to jako zawoalowany atak.
- Uważa pani, że to źle, że moja córka tu pracuje? Sądzi pani, że kawiarnia to nie najlepsze miejsce dla siedemnastoletniej dziewczyny... Mnie w sumie też się tak wydaje.
- Skąd, nie o to chodzi. Mogę być z panią szczera?
- Tak, proszę...
Amanda gestem zaprosiła dyrektorkę, by...
.
.
.
...(fragment)...
Całość dostępna w wersji pełnej