Szkoła bohaterek i bohaterów, czyli jak radzić sobie z życiem - Przemek Staroń


Reflow text when sidebars are open.
RODZINIE I BLISKIM
Szczęście można odnaleźć nawet w najmroczniejszych czasach.
Trzeba tylko pamiętać o tym, aby zapalić światło.
Albus Dumbledore,
Harry Potter i więzień Azkabanu, film
DROGI CZYTELNIKU, DROGA CZYTELNICZKO!
Trzymasz w ręku książkę, którą spokojnie możesz zacząć czytać od pierwszego rozdziału. Jednakże zachęcam cię, żebyś w którymkolwiek momencie ten wstęp przeczytał(a).
Zamieszczam go dlatego, że zawsze, kiedy coś komuś opowiadam, kiedy pokazuję różne sposoby spojrzenia na jakąś sprawę, kiedy proponuję nowe rozwiązania, kiedy zachęcam do podejmowania jednych działań, a niepodejmowania innych, żądam od samego siebie uzasadnienia.
Dlaczego więc napisałem książkę o tym, jak sobie radzić z życiowymi wyzwaniami za pomocą książek i filmów, a właściwie ich bohaterek i bohaterów?
Oto najbardziej fundamentalny powód, nazwijmy go powodem zero: sens istnienia szkoły polega na tym, żeby nauczyć nas radzenia sobie z wyzwaniami, jakie niesie życie. Ale system tego nie uczy. (Owszem, jest bezsensowny). Wobec tego trzeba zrobić to za niego. Należy tylko znaleźć latarnie, które mogą oświetlić wszystkich ludzi. Tych, którzy szkolną edukację mają już za sobą, i tych, którzy wciąż są jej częścią. I to niezależnie od tego, gdzie na co dzień żyją. Latarnie ponadczasowe i uniwersalne. Latarnie wielkich, wybitnych narracji. A że jestem nauczycielem, chcę Wam w tym szukaniu latarni pomóc.
PO PIERWSZE, od zawsze byłem fanem opowieści. Na studiach dowiedziałem się, że człowiek jest homo narrator, czyli istotą opowiadającą historie. Potem byłem świadkiem tego, jak w Polsce zaczął rozwijać się storytelling, jak marki uczyły się wykorzystywać w biznesie siłę opowieści. Widząc to, za każdym razem utwierdzałem się w przekonaniu, że historie mają dużo większą moc niż suche wykłady okraszone liczbami.
PO DRUGIE, na studiach zainteresowałem się tym, jak niezwykle opowieść potrafi działać na człowieka. Zmniejszyć napięcie emocjonalne. Dodać otuchy. Dać mu poczuć, że nie jest sam. Umożliwić mu rozpoznanie w czyjejś historii swojej własnej. Pozwolić mu zobaczyć, że z każdej sytuacji jest jakieś wyjście. Zdobyłem gruntowną wiedzę o tym, jak metafora wpływa na naszą psychikę. Biblioterapia i jej córka bajkoterapia czynią cuda.
PO TRZECIE, metafory z różnych znanych opowieści, z Harrym Potterem na czele, wykorzystuję w każdym aspekcie mojego życia zawodowego. Jeden dobrze zastosowany cytat Dumbledore'a z Harry'ego Pottera, Gandalfa z Władcy Pierścieni czy Babci Wierzby z Pocahontas potrafi otworzyć człowiekowi w głowie takie szufladki, o których istnieniu nie wiedział. Uwielbiam wykorzystywać opowieści tkwiące we wszystkich możliwych tekstach kultury: w książkach, filmach, animacjach, serialach, grach komputerowych. (Tak, grach komputerowych też. Kiedyś zadałem zadanie domowe z etyki: proszę przejść grę To the Moon. To był hit dla moich uczniów i uczennic. Nie dość, że gra jest megaturbo, to jeszcze ich radość, kiedy opowiadali znajomym, że nauczyciel zadaje im granie w grę komputerową...).
PO CZWARTE, natrafiłem kiedyś na słowa brytyjskiego pisarza, G.K. Chestertona, które w elegancką parafrazę spiął Neil Gaiman, i ta parafraza stała się jednym z moich najważniejszych mott. "Baśnie są bardziej niż prawdziwe nie dlatego, iż mówią nam, że istnieją smoki, ale że uświadamiają, iż smoki można pokonać". Ciarki mam nawet teraz, gdy to piszę. Te smoki mogą być wszystkim: także stanami emocjonalnymi, lękiem, smutkiem, wstydem, zwątpieniem.
PO PIĄTE, od zarania ludzkości opowiadamy sobie historie mające pomóc nam żyć. Mój mistrz Joseph Campbell, który poświęcił swoje życie badaniu mitów z całego świata, zauważył, że istnieje jakby mit wszystkich mitów. W każdej wielkiej baśniowej, fantastycznej czy mitycznej historii pojawia się ten sam schemat: bohater otrzymuje zadanie, spotyka mentora, przechodzi szereg prób, stacza walkę z czymś, czego boi się najbardziej, i odmieniony wraca ze zdobytym trofeum do swojego świata. Ta podróż bohatera - co dostrzega także psychologia - jest de facto opowieścią o dojrzewaniu. Jest wezwaniem i wyzwaniem dla każdego człowieka, a polega na wyjściu z kokonu niesamodzielności i przeistoczeniu się w dojrzałego, samodzielnego, a co najważniejsze - dobrego i mądrego dorosłego. Ta podróż to zatem prawzór prawdziwej edukacji. Tak, każdy z nas jest bohaterem, który odbywa swoją podróż. Często więcej niż raz w życiu.
Gdy odwiedziłem Muzeum Freuda w Londynie, zobaczyłem jego gabinet. W gablotach przechowywał mnóstwo figurek ze wszystkich kultur świata. Freud, cokolwiek by o nim nie myśleć i jakkolwiek by nie oceniać psychoanalizy, był geniuszem, wizjonerem, stał się najsłynniejszym psychologiem w historii. I to właśnie on potwierdził: wszystkim nam chodzi o życie, przeżycie go jak najlepiej, niezależnie od tego, z jakiej części świata pochodzimy. Każdy pragnie szczęścia i wiążącego się z nim poczucia sensu, ale dotarcie do ich istoty wymaga wyruszenia w podróż. W opowieściach, mitach, baśniach, filmach, serialach, książkach, a nawet w grach czy komiksach o superbohaterach widać to bardzo wyraźnie. Dlatego nie mam wątpliwości, że jako psycholog i jednocześnie piewca mitów, baśni i innych tym podobnych cudów mogę pomóc poprzez odwołanie się do opowieści o bohaterach.
PO SZÓSTE: spotkałem Karolinę Oponowicz, która napisała Bozie, czyli najlepszy podręcznik do religioznawstwa w Polsce, choć to wcale nie jest podręcznik. Karolina dała mi poczucie mocy. Zachwyciła się pomysłem na książkę, a wraz z nią całe wydawnictwo Agora.
PO SIÓDME: skonsultowałem to z wieloma osobami, moimi uczniami i uczennicami, oni konsultowali mój pomysł ze swoimi młodszymi i starszymi braćmi i siostrami, pytałem moich odbiorców na Instagramie, przeprowadziłem wiele rozmów z przyjaciółmi. Nie spodziewałem się aż takiego odzewu. Dostałem masowy dowód na to, że wiele osób czeka na taką książkę i wiele osób uważa, że właśnie ja powinienem ją napisać. Cieszę się, że mogłem w ten sposób połączyć moje pasje naukowe związane z fascynacją literaturą, kulturą, psychologią i filozofią.
PO ÓSME: napisałem, bo mogę. Dlaczego bowiem miałbym nie móc? Co się może stać? Najwyżej moja książka nie odniesie sukcesu. No i co wtedy? Przeżyję mądrze emocje z tym związane i będę żyć dalej. Zwłaszcza że wiem, że gdyby sukces był tym, czego najbardziej potrzebujemy do odczuwania sensu życia, nagrodzeni piosenkarze i aktorzy nie braliby narkotyków i nie popełniali samobójstw. Sukces jest fajny, gdy jest produktem ubocznym pasji, dobra i szczęścia. Jeśli Szkoła bohaterek i bohaterów odniesie sukces, czymkolwiek miałby on być, dla mnie najważniejsza w tym przedsięwzięciu i tak jest ta triada: pasja, dobro i szczęście.
Teraz kilka słów o tym, czym ta książka jest, a czym nie.
Nie jest i nigdy nie miała być podręcznikiem. Z moją skłonnością do rzetelności naukowej, analiz, przypisów itd. pisałbym ją latami. A wiedziałem, że jest ona potrzebna dużo szybciej.
Poradnikiem też nie miała być. Czym więc jest? Chyba najlepiej ujął to Oliver Burkeman, autor książki Szczęście. Poradnik dla pesymistów, jednej z najlepszych pozycji o szczęściu, z jakimi miałem do czynienia. Burkeman pisze: "antidotum to nie panaceum". Tak, moja książka jest antidotum. Antidotum na to wszystko, co nam zrobił i czego dla nas nie zrobił system edukacji. W tym na brak uczenia nas tego, co najnajnajistotniejsze - czyli że każdy z nas jest ważny i ma prawo być szczęśliwy, nie krzywdząc przy tym innych.
Książka ta nie jest jednak w żadnym wypadku panaceum. I absolutnie nie wyczerpuje tematu. Wręcz przeciwnie. Wielu bohaterów i bohaterek - także tych, których zaliczam do moich ulubionych - musiałem na razie pozostawić, gdyż moja opowieść rozrosłaby się do niebotycznych rozmiarów. Musiałem pozostawić Alicję w Krainie Czarów, Pippi, Shreka, bohaterów DC, Felixa, Neta i Nikę, Niezgodną, Anię z Zielonego Wzgórza, Wiedźmina, Diunę, Matrixa, Truman Show, Spirited Away i wiele innych. Małego Księcia, Muminki i Opowieści z Ziemiomorza przemyciłem, ale jeżeli Wam się spodoba, z radością uczynię ich bohaterami kolejnych rozdziałów drugiej części książki. Z chęcią opowiem także o Waszych bohaterach i bohaterkach. Tak, jestem gotów pisać dla Was do końca życia.
To ograniczenie ma swój wielki plus. Dzięki niemu ta książka jest tylko i aż wstępem do tego, co Wy możecie robić we własnym życiu. Słuchać opowieści w jakiejkolwiek formie i badać zawartą w nich mądrość, starając się przełożyć ją na własne życie. Szanując prawa nami rządzące, prawa, które ustala nauka, zderzając je z własną wyjątkowością, unikalnością i niezastępowalnością. To jest bowiem jedna z najważniejszych rzeczy, których się nauczyłem w życiu. Umiejętność odnalezienia złotego środka pomiędzy tym, co obiektywne, a tym, co subiektywne. Pomiędzy tym, co mówi o nas nauka, a czego my z dobrze rozumianą pokorą powinniśmy tego wysłuchać, a tym, co mówimy o sobie my sami, czego nie da się uogólnić ani oderwać od naszej unikalności, naszego własnego życia i naszych własnych doświadczeń.
W tej książce chcę być tym, kim staram się być od dawna, ale dopiero od niedawna wiem, jak to nazwać. Czułym narratorem. Słowa Olgi Tokarczuk są najlepszym dowodem na to, że nieustannie potrzebujemy szukać możliwości nazywania rzeczywistości. Nie ustawiam się w tej książce jako ktoś mądrzejszy od Was. Chcę po prostu być towarzyszem podróży, który ma w ręku latarkę pomagającą zobaczyć to, na co nie zwracaliście dotychczas uwagi. Za bardzo bowiem cenię sobie nauki Sokratesa, aby postępować inaczej. Nauki wyrażone w myśli:
"Nie uczymy tych, którzy wiedzą.
Nie uczymy także tych, którzy nie wiedzą.
Uczymy tych, którzy nie wiedzą, że wiedzą".
Dlatego wierzę, że choć jest to książka, którą kieruję do młodego człowieka, do tego, który może chciałby doświadczyć bycia uczniem Przemka, to jest to też książka dla każdego.
I tutaj prośba do wszystkich dorosłych, zarówno tych czytających tę książkę dla siebie, jak i tych sięgających po nią z myślą o wsparciu młodych. Wierzę, że wiele z tego, co robicie dla siebie i dla młodego pokolenia, czynicie z jak najlepszymi intencjami. Ale - jak mówi mądrość ludowa - dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane. Intencja to za mało, żeby się dogadać, nie tylko z młodym człowiekiem. Także z samym sobą. Dlatego proszę - jeśli to możliwe - powstrzymajcie się przed oceną. A przynajmniej zostawcie ją sobie na koniec. Starajcie się opisywać. Wyjaśniać zachowanie. Rozumieć motywy. Słuchać tego, co człowiek mówi, i tego, czego nie mówi. Oglądać to, co oglądają młodzi, i czytać to, co oni czytają. A gdy się da, robić to wspólnie z nimi. Pamiętać, że akceptacja osoby nie jest równoznaczna z aprobatą jej konkretnych czynów. Te czyny, które trudno zaaprobować, wynikają często z braku poczucia akceptacji. Te czyny są krzykiem. Krzykiem o miłość. Choćby zupełnie na to nie wyglądało. I nade wszystko kochajcie. Tak, kochajcie się wzajemnie. Ale najważniejsze: kochajcie siebie samych. Bo od prawdziwej, realnej, mądrej i dojrzałej miłości do siebie zaczyna się miłość do drugiego człowieka.
Pamiętajcie przy tym, że wszystko jest drogą. Nie osiągniemy perfekcji. Ale nie o osiągnięcie perfekcji chodzi. Chodzi o drogę, o ciągłe podnoszenie się, wyciąganie wniosków, przebaczanie sobie i innym i o świadomość, że to nam właśnie daje szczęście. Poczucie sensu wypływające z życia, które było, jest i będzie zawsze warte przeżycia.
Ściskam Cię, Czytelniku, ściskam Cię, Czytelniczko.
I życzę Ci szczęścia.
Przemek Staroń
Gdańsk, 6 stycznia 2020 roku
Jest wieczór. Klasówka z łaciny (kto w ogóle wymyślił taki przedmiot?!) już za dwanaście godzin, a on w żaden sposób nie może zapamiętać tych nieszczęsnych słówek. Widzi literki, ale one skaczą mu przed oczami i nie układają się w żaden logiczny ciąg. A przecież trzeba się ich nauczyć, a potem jeszcze poprawnie napisać. Znowu będzie niedostateczny, znowu będzie wstyd, znowu wtopa. Mimo że spotyka go to raz za razem, wciąż nie przyzwyczaił się do poczucia porażki, wstydu i zniechęcenia, jakie stale pojawiały się w nim w szkole.
Percy to bohater serii Percy Jackson i bogowie olimpijscy autorstwa Ricka Riordana. Ten nastolatek przypomina mi uczniów, jakich spotykam w mojej pracy.
Percy ma dysleksję, ADHD i kłopoty z koncentracją. Najwyższą oceną, jaką kiedykolwiek dostał, jest trójka. Nie jest w stanie zapamiętywać tego, czego wymaga od niego szkoła - ani imion, ani faktów. A poprawnie zapisać? W życiu. Pewnego wieczora przed egzaminem z łaciny był tak zniechęcony, że rzucił podręcznikiem przez całą sypialnię. "Słowa zaczęły wypływać spomiędzy kartek, krążyć wokół mojej głowy, a litery zataczały ósemki, jakby jeździły na łyżwach. Nijak nie byłem w stanie zapamiętać, czym różni się Chejron od Charona, a Polidektes od Polideukesa. A odmiana czasowników łacińskich? Masakra" - opowiada. A gdy wyszedł z egzaminu, przed oczami przepływały mu greckie i rzymskie imiona, w których oczywiście zrobił błędy. Niestety, to nie dotyczyło tylko szkoły. Życie także nie było przez to łatwiejsze. Percy któregoś razu zdołał odczytać napis na ciężarówce tylko dlatego, że był wymalowany w negatywie. "Białe litery na czarnym tle, dobra kombinacja dla dyslektyków" - podsumował.
Percy nie rozumie, co się z nim dzieje, a to, co proponują mu dorośli, nie pomaga. Psycholog szkolny powtarzał mu nieraz, że w trudnych chwilach powinien liczyć do dziesięciu, żeby "nie dać się ponieść nerwom". Ale on nie da rady tego zrobić, gdyż jest tak wściekły, że jego mózg po prostu się wyłącza. W uszach słyszy ryk fal. Jego mózgowi zdarza się też wyłączyć na moment, a po chwili ocknąć się i uświadomić sobie, że coś się w międzyczasie zdarzyło, czego on nie zauważył - jakby z wszechświata zniknął jakiś kawałek układanki, pozostawiając Percy'ego patrzącego w puste miejsce. Psycholog wytłumaczył mu, że to po prostu objaw ADHD wynikający z tego, że mózg błędnie interpretuje rzeczywistość. Żadne to pocieszenie.
"Przez większość czasu byłem marudny i poirytowany. Moje oceny spadły z dopuszczających na niedostateczne. Na prawie każdej lekcji wylatywałem na zewnątrz" - tłumaczył Percy.
Chłopiec przyznaje, że często nie jest w stanie wytrzymać reakcji nauczycieli na swoje zachowanie. Gdy nauczyciel angielskiego zapytał go kiedyś, dlaczego jest zbyt leniwy, żeby uczyć się do dyktand, impulsywny Percy nazwał go "starym opojem", przez co wyleciał z Yancy Academy. Trudno się dziwić, że Percy nie wierzył, by ktoś mógł go uznać za wartościową osobę. Jego mama Sally powiedziała mu któregoś dnia, że chciałaby, aby zobaczył go ojciec i że byłby z niego "taki dumny". Percy nie mógł tego pojąć. "Co było we mnie takiego wspaniałego? Dyslektyczny, nadpobudliwy chłopak z trójkowym świadectwem, wywalony ze szkoły po raz szósty w ciągu sześciu lat". Co nie znaczy, że tego nie pragnął.
Ci, którzy czytali tę książkę (lub widzieli film), już wiedzą, że Percy rzeczywiście jest inny, gdyż jest... synem boga. I to nie byle jakiego, bo samego Posejdona. Po serii dramatycznych wydarzeń trafia do Obozu Herosów, gdzie spotyka inne dzieci bogów olimpijskich. Jego rozmowa z jednym z nich, Annabeth, to dla niego przełomowy punkt.
"- Nic o mnie nie wiesz.
- Nie? - Uniosła jedną brew. - Założę się, że często zmieniałeś szkoły. Co więcej, zazwyczaj cię z nich wyrzucali.
- Skąd...
- Stwierdzili u ciebie dysleksję. Może także ADHD.
Usiłowałem jakoś zatuszować wstyd.
- A co to ma do rzeczy?
- Wszystko to razem stanowi niemal pewny znak. Litery jakby wypływają z kartek, kiedy czytasz? To dlatego, że twój umysł jest zaprogramowany na starożytną grekę. A ADHD - jesteś wybuchowy, nie potrafisz usiedzieć w klasie. To odruchy bitewne. Mogą ci uratować życie w prawdziwej walce. A jeśli chodzi o problemy z koncentracją, to po prostu dlatego, że widzisz za dużo, Percy, nie za mało. Masz bardziej wyczulone zmysły niż zwykły śmiertelnik. Oczywiście nauczyciele chcieliby to leczyć. (...)
- Mówisz, jakbyś... Ty też przez to przeszłaś?
- Większość dzieciaków tutaj przez to przeszła".
I rzeczywiście w późniejszych przygodach Percy'ego są sytuacje, w których słowa Annabeth się potwierdzają. Na przykład podczas walki z Aresem. "Moje zmysły pracowały na przyspieszonych obrotach. Zrozumiałem teraz, co miała na myśli Annabeth, mówiąc, że ADHD może uratować życie w walce" - relacjonował Percy.
Dla zwykłych śmiertelników Percy to trudny dzieciak z wieloma zaburzeniami, problem, którego najłatwiej się pozbyć. Tymczasem to, co jest odbierane jako słabość, tak naprawdę świadczy o wybitności Percy'ego - o tym, że jest synem boga.
Nie twierdzę, że nasze deficyty są spowodowane tym, że jesteśmy dziećmi olimpijskich bóstw. Obawiam się, że wtedy odłożylibyście książkę i zadzwonili po pogotowie. Chciałbym jednak, żeby ta koncepcja dała Wam do myślenia. Po pierwsze - czy nie jest tak, że to, co w nas genialne, jest zwykle odbierane jako problemowe? A po drugie - czy to, co w nas słabe, nie staje się często źródłem sukcesu?
Co do pierwszego nie ma żadnych wątpliwości. W ciągu wielu lat mojej pracy z młodymi ludźmi nieraz byłem świadkiem tego, jak wybitni sportowcy, wspaniali artyści, cudowni myśliciele byli obciążeniem dla systemu. Nie pasowali. Mało kto zachwycał się tym, że są świetnie pływającymi rybkami akwariowymi, skoro nie potrafią wspiąć się na drzewo. Robienie dramatu tym młodym osobom z powodu kiepskich ocen z przedmiotów wiodących albo kiepskiej frekwencji skutecznie zniechęcało ich do nauki. Światło, którym świecili, po prostu oślepiało tych, którzy woleli tkwić w półmroku panującym w zatęchłych jaskiniach.
Wiele takich osób zostaje poturbowanych przez system edukacji, a konkretnie szkołę. W efekcie porzuca to, co jest w nich najdrogocenniejszym skarbem, czyli ich własny potencjał, talent i tożsamość. Tymczasem okazuje się, że właśnie to, co system odbiera jako słabe, może być źródłem niesamowitej mocy.
Być może obiło wam się o uszy, że jeden z najwybitniejszych naukowców wszech czasów, Albert Einstein, nie był prymusem. Właśnie tak. Młody Albert nie chciał się uczyć na pamięć, nie szła mu biologia ani języki, w dodatku nie dogadywał się z nauczycielami. Jego geniusz objawił się dopiero podczas studiów. To wtedy młodzieńcza fascynacja matematyką przerodziła się w dojrzałą i wierną do końca jego dni miłość do fizyki.
Podobnych przykładów historia dostarcza mnóstwo. Wśród nich jest Thomas Alva Edison. Do szkoły trafił dopiero jako ośmiolatek. Nie odrabiał prac domowych, bo miał trudności z zapamiętywaniem tego, co było na lekcjach. Zadawał mnóstwo pytań, czym złościł nauczyciela. Był najgorszym uczniem w klasie. W końcu powiedział: dość. Pożegnał szkołę na zawsze. Uczył się sam. Fascynowała go nauka, fascynowały go eksperymenty. Stworzył w swoim pokoju laboratorium. Jako dziesięciolatek został ekspertem od telegrafu na stacji kolejowej w swoim miasteczku, a wkrótce - ekspertem na skalę kraju. Otworzył w końcu własną fabrykę wynalazków, z których wiele opatentował - m.in. żarówkę. Zyskał międzynarodową sławę i został jednym z najwybitniejszych wynalazców w historii.
Sięgnijmy po mniej znane historie. W roku 1795 pięcioletni Jean-François Champollion nauczył się czytać. Miał doskonałą pamięć oraz wielki talent do nauki języków. Nie znosił natomiast ortografii i matematyki. Szedł jednak za swoimi pasjami i za tym, w czym czuł się mocny. W wieku jedenastu lat dowiedział się, co to są hieroglify. Zafascynował się nimi i zaczął marzyć, że kiedyś je odczyta. Został przyjęty na Uniwersytet w Grenoble przed skończeniem 18 lat. Jako 32-latek odczytał hieroglify na Kamieniu z Rosetty, co stało się przełomem w badaniach starożytności. Wyobraźcie sobie, że operował szesnastoma językami! Jean-François zapewne nie zdałby w Polsce matury - ani z polskiego, ani z matematyki. Jak patrzę na nasze testy maturalne z języków obcych, nie mam też wcale pewności, że zdałby z angielskiego czy niemieckiego.
Wszyscy wyżej wymienieni to chłopcy. Ale dziewczyny przechodzą przez to samo. Isadora Duncan nie przepadała za szkołą, bo nie cierpiała siedzieć nieruchomo - jej ciało chciało skakać i wirować. Pragnęła tańczyć niczym fala oceanu, niczym drzewo na wietrze, po prostu czuła, że jest stworzona właśnie do tańca. I została tancerką, wywierając wielki wpływ na kolejne pokolenia tancerzy i sztukę taneczną w ogóle. Żyjąca do dziś Temple Grandin jest z kolei osobą z autyzmem. Bardzo późno zaczęła mówić, od dziecka doświadczała nadwrażliwości skóry i niechęci do przytulania. Nie boi się jednak o własnych doświadczeniach mówić i chętnie tłumaczy specyfikę funkcjonowania swojego mózgu, podkreślając, że nie myśli słowami, tylko obrazami - tak jak zwierzęta. I ponieważ całą sobą wyczuwała, jak zwierzęta odbierają świat, stała się znaną na całym świecie profesorką zootechniki, ekspertką ds. hodowli zwierząt, propagatorką ich humanitarnego traktowania. Na konferencji TED wygłosiła słynną przemowę pt. Światu potrzeba umysłów różnego rodzaju.
W porządku, ale to wciąż ludzie znani z książek. A czy takie historie dzieją się wśród zwykłych śmiertelników? Pomijając to, że nauczyciele pięciorga wyżej wymienionych też myśleli o swoich uczniach jak o zwykłych śmiertelnikach, bardzo chętnie wskażę historię, której nie ma w książkach. Chociaż teraz już właśnie jest!
Kilka lat temu na moje zajęcia w II LO w Sopocie trafił Antek. Był uczniem mat-fizu, zawsze trochę z boku, bo miał inne zainteresowania niż koledzy. Widziałem, że jest bardzo kreatywny i że fascynuje go sztuka. Pewnego razu jego klasa miała w ramach pracy domowej przynieść na lekcję wiedzy o kulturze pudełko z wybranymi symbolami polskiej kultury. Dzieciaki miały ze sobą mniejsze i większe pudełka wypełnione książkami Mickiewicza, symbolami religijnymi, pamiątkami rodzinnymi, widokówkami, płytami Chopina, a nawet ziemniakami. On go nie miał. Zapomniał. Powiedziałem więc, że daję mu do końca lekcji czas, żeby wybrnął z sytuacji. I Antek to pudełko... narysował. Jego praca była nie tylko znakomita pod względem graficznym, ale przede wszystkim pomysłowa. Postawiłem mu szóstkę bez wahania. Potem zapisał się do mnie na fakultet z historii sztuki. Bardzo chciał po maturze studiować architekturę w Londynie. Niestety, nie udało mu się tam dostać. Wyjechał zatem do Paryża, żeby zbierać nowe doświadczenia, pomyśleć nad przyszłością i swoją własną drogą. Poznał fantastyczną dziewczynę, Mathilde, zaczął realizować swoje pasje, tworzyć przepiękne wizualizacje w virtual reality i wystawiać swoje fotografie. Został dostrzeżony - m.in. francuskie "National Geographic" opublikowało jego zdjęcia. Obecnie jest studentem najlepszej uczelni artystycznej na świecie, Royal College of Art w Londynie. Robi projekty zwiększające empatię za pomocą virtual reality, która polega na multimedialnym kreowaniu komputerowej wizji przedmiotów, przestrzeni i zdarzeń. Przypominam wam, że dla systemu Antek jednakże był człowiekiem, który za słabo zdał maturę i nie dostał się na studia. Takich historii mógłbym przytoczyć jeszcze wiele.
Pamiętam w końcu swoje własne doświadczenia ze szkoły średniej. Na początku mojej nauki w liceum (uznawanym za prestiżowe) zasnąłem na lekcji matematyki u swojego wychowawcy. Obudził mnie i powiedział mi przy całej klasie, że ta szkoła nie jest dla wszystkich, że może warto pomyśleć o takiej, która ma mniejsze wymagania. Poczułem się upokorzony. Później nie było lepiej. W drugiej klasie zacząłem wystawiać sztuki teatralne, kierować samorządem uczniowskim, byłem bardzo aktywny, brałem udział w olimpiadach. Niektórzy nauczyciele czepiali się mnie, gdy tylko mogli. Torpedowali moje działania, bo przed premierami spektakli zwalniałem uczniów z ich lekcji na próby. Krytykowali mój sposób ubierania się - uwielbiałem wtedy nosić wygodne i luźne rzeczy, np. bojówki. Wicedyrektor zamknął na kilka dni radiowęzeł stworzony przeze mnie i moich kumpli - po tym jak włączyliśmy piosenkę Ich Troje, która nie przypadła mu do gustu. A gdy zacząłem nosić bródkę, jedna z moich nauczycielek zapytała, po co mi ona. Odpowiedziałem, że to na potrzeby teatru, a ta wyśmiała mnie (też przy całej klasie) i spytała, czy zamierzam być Leonardem DiCaprio, czy Robertem de Niro. Skończyłem to liceum jako olimpijczyk i stypendysta premiera. Kiedy potem wróciłem do tej szkoły w roli nauczyciela, na praktyki, któryś z pedagogów doniósł na mnie do dyrekcji, że używam slangu na lekcjach. Mimo to praktyki zakończyłem z takim ładunkiem pozytywnych informacji zwrotnych od uczniów i niektórych nauczycieli, że aż się rumieniłem na myśl o tym. Przypomniałem sobie wtedy, jak to na początku nauki sugerowano mi zmianę szkoły. Dobrze, że nie posłuchałem tych "dobrych rad", ale własnej intuicji.
Jeszcze jedno. Ludzie często pytają mnie, czy bycie gejem nie przeszkadza w byciu nauczycielem. Kiedyś rzeczywiście bardzo się bałem, że tak może być. Bałem się, że będą mnie wytykać palcami. Bałem się życia w ukryciu. Teraz już się tym nie martwię. Co więcej, widzę plusy tej sytuacji, bo jako przedstawiciel mniejszości mam ogromną wrażliwość na cierpienie innych istot. Może gdybym nie doświadczył bycia kimś, komu daje się do zrozumienia, że jest marginesem społecznym, nie byłbym tak wyczulony na łzy drugiego człowieka. A dzięki temu, że zaakceptowałem siebie, stałem się chodzącą akceptacją dla innych.
Wyobraź sobie, że jesteś nosiwodą, masz dwa wiadra, którymi nosisz wodę z wodopoju do swojej wioski. Jedno, które nosisz zawsze na lewym ramieniu, od dawna przecieka. Sprawdź, po jakimś czasie, jak wyglądają obie strony ścieżki.
Ścieżka po prawej to po prostu ścieżka. Udeptana ziemia, nic więcej. Po lewej natomiast ciągnie się pas zieleni. I nie tylko zieleni. Widać także wiele innych kolorów. Rosnące kwiaty, podlewane przez przeciekające wiadro, czynią ją pełną życia.