Z DZIEWCZYNAMI
Telefon jak zawsze zadzwonił nie w porę. Przymierzałam akurat obłędny
koronkowy biustonosz w odcieniu malinowej czerwieni. Uśmiechnęłam się,
kiedy na ekranie przeczytałam: Brzydki Łobuz.
- Co tam, Piotrula? Nie mogę rozmawiać, jestem w przymierzalni. Właśnie
wkładam cycuszki w coś, co bardzo ci się spodoba.
- Nie spodoba mi się absolutnie nic, co te twoje dwa skarby zasłania.
Antenki będzie chociaż troszkę widać?
- Oj tak. Stanęły na baczność, jak tylko usłyszały twój głos. Będziesz
musiał się nimi zająć. I cipeczką też, bo jest ostatnio bardzo
zaniedbana.
- Niczym się nie przejmuj, wymyjemy ją i ogolimy.
- Fuj! Świntuchu! - przez chwilę śmialiśmy się razem. - Zjesz na kolację
moje popisowe tagliatelle w sosie orzechowym?
- Nie. Zjem ciebie, a wcześniej to ja przygotuję kolację niespodziankę.
- Niby łobuz, ale coraz milszy.
- Do usług, moja wariatko.
- Dzwonisz w jakiejś konkretnej sprawie?
- Tak. W sprawie zżerającej mnie tęsknoty. Chciałem usłyszeć twój głos.
- Mmm... Obiecuję, że dziś w nocy tym głosem poszepczę ci do ucha,
pomruczę i pojęczę.
- Do tego czasu spłonę z pożądania.
- Płoń, kochanie. Kończę, pa.
Włożyłam telefon do torebki i szybko się ubrałam. Przed wyjściem z przymierzalni zerknęłam w lustro. Nadal się uśmiechałam. Tak jest
zawsze, gdy rozmawiam z Piotrem. Jego łobuzerski urok wciąż niesamowicie
na mnie działa.
- Wezmę ten biustonosz - powiedziałam do ekspedientki.
- Polecam do kompletu brazyliany. Na dzisiejszy wieczór będą jak
znalazł... - młoda kobieta mrugnęła do mnie znacząco.
- Przepraszam panią najmocniej, chyba nieco za głośno rozmawiałam -
zreflektowałam się, choć trochę nie w porę.
- Nic nie szkodzi, takich rozmów chętnie słucham - uśmiechnęła się
dziewczyna. - Zapakować te majteczki?
- Niech będą. Rozmiar 36 poproszę.
- Oczywiście.
Przyspieszyłam kroku, bo byłam odrobinę spóźniona. Dziewczyny na pewno
już czekały. Wchodząc do wybranej przez Zuzę restauracji, poczułam
intensywny zapach grzybów i rozmarynu. Już wiedziałam, co zamówię na
lunch.
- Przepraszam, dziewczyny, na moment straciłam rachubę czasu.
- Pioootruula dzwoooonił! - przedrzeźniły mnie zgodnym chórem.
- No tak, dzwonił, więc trochę się rozkojarzyłam. Jak zawsze przy nim,
wybaczcie.
- Och! Twoje wielkie szczęście jest obrzydliwie nieprzyzwoite i irytujące! - zawyrokowała Klara.
- I dobrze. Nie słuchaj, Olga, zazdrośnicy. Bardzo się, kochana,
cieszymy, że twój łobuz okazał się tym jedynym. Należy ci się coś od
życia po tylu rozczarowaniach - dodała Zuza.
- Po tylu zjebach, oszustach i prostakach. Rozumiem, że w twoim słodkim
raju nadal bezchmurne niebo? - spytała Monia.
- Cóż robić? - wzruszyłam ramionami. - To dla mnie pewna nowość, ale
jakoś dźwigam nudne szczęście dzień po dniu. Co zamawiamy?
- My już wybrałyśmy. Masz tu kartę. Znajdź coś dla siebie, bo idzie
kelner. - Zuza uśmiechnęła się do sympatycznego bruneta z brzuszkiem.
- Dzień dobry, czy panie już wybrały?
- Tak. Poprosimy raz sałatkę cezar i dwa razy gnocchi alla sorrentina.
Olga?
- Dla mnie spaghetti w sosie z leśnych grzybów.
- Coś do picia?
- Dużą karafkę wody niegazowanej z cytryną. Bez lodu. - Zuza nie musiała
nas o nic pytać. Taką wodę od lat piłyśmy litrami.
- A ja jeszcze poproszę whisky sour. Podwójne - dokończyła składanie
zamówienia Monia.
Po odejściu kelnera zapadła niezręczna cisza. W końcu zdecydowałam się
ją przerwać i powiedzieć to, co chyba wszystkie pomyślałyśmy.
- No, stara, grubo zaczynasz tydzień. Jest dopiero czternasta.
- Daj spokój, muszę złapać balans. Miałam tak imprezowy weekend, że nie
bardzo wiem, jak się nazywam. Uzupełnię poziom alkoholu we krwi i wrócę
do żywych.
- Monia... Czy nie zaczęłaś nieco przesadzać z imprezami i z alkoholem? -
odezwała się Klara.
- Już nie bądź taka świętojebliwa! Wszystko mam pod kontrolą.
- Chyba pod kontrolą tego didżeja, którego wyrwałaś na Tinderze.
Przypomnij, jak mu tam?
- Didżej Proust. Wiecznie w poszukiwaniu straconego czasu. - Monia
głośno roześmiała się z własnego literackiego dowcipu, ale żadnej z nas
to nie rozbawiło.
- Monia, to ćpun i alkoholik - nie odpuszczała Klara.
- Daj spokój, po prostu rozrywkowy facet i tyle. Zresztą to tylko na
jakiś czas, przecież się nie zakochałam, luz. Wiem, z kim tańczę. Nawet
sobie nie wyobrażacie, jaki seks jest zajebisty po pigule?
- Ja pierdolę! Nie wierzę, że wzięłaś to gówno! - tym razem nie
wytrzymała Zuza.
- Eksperymentalnie i incydentalnie! - Monia patrzyła nam oczy
wyzywająco. - No co? Nie musicie się o mnie bać. Chwilę się pobawię i znowu będę grzeczna. Ej, laski, przecież wiecie, że ja tak mam.
- Dotąd nigdy nie ćpałaś. Boimy się, że ten Proust ostro pociągnie cię w dół.
- Kurwa, Olga! Szybko zapomniałaś, jak się na nas wściekałaś, gdy
martwiłyśmy się twoim dawaniem dupy na prawo i lewo.
- A dziś wiem, że miałyście rację i żałuję, że nie posłuchałam was
wcześniej.
- A ja nie posłucham i nie zamierzam niczego żałować! I powiem wam
jeszcze coś. Idziemy z Proustem na swingers party, będziemy się pieprzyć
grupowo jak króliki. Kelner! - Monia gestem ręki przywołała chłopaka,
który nas obsługiwał. - Jeszcze raz whisky sour, proszę.
Spojrzałyśmy po sobie znacząco, ale tym razem żadna z nas się nie
odezwała. Przez chwilę wszystkie jadłyśmy w milczeniu.
- No już, wyluzujcie. Popatrzcie na tego gościa dwa stoliki obok. -
Monia wskazała faceta o raczej przeciętnej aparycji, z wielkimi, niezbyt
gustownie wytatuowanymi łapami. - Mam branie, bez dwóch zdań. Gdzieś go
już chyba widziałam... Koleś przez cały czas gapi się na mnie, oblizuje i teraz jeszcze, kurwa, zaczął cmokać. Chyba zaraz mu jebnę.
Monia ewidentnie szykowała się do starcia, a awantura w knajpie w biały
dzień nie była nam potrzebna.
- Niech się gapi, uspokój się. Nie będziesz wykłócać się z jakimś
prymitywem, nie rób wiochy. - Starałam się uspokoić nieco już
podchmieloną Monię. - Dziewczyny, za niecałe dwa tygodnie, w sobotę,
robimy imprezę powitalną dla Bruna.
To było dobre posunięcie. Wspominając swojego młodszego brata, udało mi
się odwrócić uwagę Moni od nachalnego adoratora. Kelner akurat postawił
przed nią szklankę z kolejnym drinkiem, którą natychmiast podniosła do
ust.
- To już? Kiedy twój nieziemsko przystojny i, z tego co rozumiem, znów
wolny braciszek przylatuje ze Stanów? - spytała.
- W najbliższy piątek, ale nie sądzę, żeby od razu rozglądał się za
kobietami. Wciąż liże rany i składa do kupy złamane serce.
- Musi się szybko wyleczyć z tej suki. Jak ona ma na imię?
- Jessica - odpowiedziałam.
- Dobrze pamiętam, że on wziął ją lata temu z małym bachorem? -
dopytywała coraz bardziej wstawiona Monia.
- Poznali się dziewięć czy dziesięć lat temu na zawodach snookerzystów w Waszyngtonie i od razu między nimi zaiskrzyło. Jessica istotnie była
wtedy samotną matką, a jej Kevin miał siedem lat. Bruno wychowywał go
jak własne dziecko. Dlatego teraz tak bardzo cierpi, stracił i ukochaną
kobietę, i syna.
- Wykorzystała go suka jebana. Jebana suka! - Monia mówiła zdecydowanie
za głośno i coraz bardziej bełkotliwie. - Naiwniak wychował jej
gówniarza, a ona puściła się z jakimś małolatem, tak?
- Tak, Monia. Zostaw już tego drinka. Dziewczyny, płacimy i wychodzimy,
chyba czas na nas.
Zuza i Klara zgodnie mi przytaknęły i poprosiłyśmy o rachunek.
Gdy tylko kelner oddalił się, do naszego stolika nieco chwiejnym krokiem
podszedł wytatuowany amant Moni.
- Widzę, lalka, że mnie nie poznajesz - zagadnął.
- A jednak mu przypierdolę, sam się prosi - skomentowała Monia patrząc
to na niego, to na nas.
- Może nie tak ostro - mięśniak pochylił się nad stolikiem tak nisko, że
czołem niemal dotykał czoła Moni. - Przedwczoraj w nocy byłaś dużo
milsza i to ty się prosiłaś o pierdolenie. Którego ci zresztą nie
pożałowałem, he, he! - ostatnie zdanie okrasił wulgarnym rechotem.
- Boże... - wyrwało się Klarze.
- Co ty... Co ty, kurwa, gadasz, gnoju? - Monia od razu przetrzeźwiała.
- Pieprzyłaś się jak rasowa kurwa, a teraz rżniesz damę!
Jakby tego było mało, obrzydliwy typ splunął do drinka Moni. Ta,
wściekła jak cholera, już się podnosiła. Na szczęście w porę
przytrzymałam ją na miejscu. W końcu oblech zrobił w tył zwrot i wyszedł
z restauracji.
Przez chwilę żadna z nas nie była w stanie nic powiedzieć. Zupełnie nas
zamurowało.
- To jakiś jebany świr! Pierwszy raz go na oczy widziałam! - Monia
rozpaczliwie szukała w nas zrozumienia. Jednak najwyraźniej go nie
znalazła. - Chyba nie myślicie, że mówił prawdę? - nie odpuszczała.
Ciężką ciszę przerwała Klara.
- Nie wiemy tego, Monia. Ale najgorsze, że ty chyba też tego nie wiesz.
Nie pamiętasz gościa, bo ostatnio często nie pamiętasz swoich ostrych
imprez.
- Jasne, zróbcie ze mnie kurwę! Mam to w dupie. Was też mam w dupie! -
Monia wyciągnęła z torebki zmiętolony stuzłotowy banknot i rzuciła go na
stół. - No to się ubawiłam z wami po pachy! Spadam.
- Monia! - krzyknęłam za nią.
- Daj spokój, musi wytrzeźwieć i dopiero wtedy przemyśli temat. Oby. Nie
jest z nią najlepiej - podsumowała Klara.
- Fakt, nie jest - potwierdziła smutno Zuza, podnosząc się z krzesła.
WIELKIE SZCZĘŚCIE I CHOCHLA DZIEGCIU
Naprawdę martwiłam się o Monię. Zawsze była trochę szalona i nieobliczalna, ale teraz to jednak coś więcej. Najwyraźniej traciła
kontrolę nad piciem i nad życiem. Czy ciągłe imprezowanie doprowadziło
ją w końcu do nałogu i wszystkich tych niebezpiecznych zachowań? A może
wcześniej wydarzyło się coś złego? Coś, co spowodowało, że Monia zaczęła
odcinać się od rzeczywistości wódą i narkotykami?
W zarządzaniu wielką, międzynarodową firmą jest ogarnięta, sprawnie
doprowadza do podpisywania milionowych kontraktów, a jednocześnie wydaje
się pogubiona. W dodatku zbudowała wokół siebie wysoki mur. Jak się
przez niego przebić? Uznałam, że muszę znaleźć sposób, by do niej
dotrzeć. Sytuacja wymagała poważnej narady z Klarą i Zuzą.
Po lunchu pracowałam jeszcze dobrych kilka godzin. Siedzieliśmy w redakcji nad projektem nowego formatu telewizyjnego z udziałem
rywalizujących ze sobą gwiazd. Nie mogłam się skupić. Czułam, że nie
wnoszę za wiele do burzy mózgów, bo wciąż krążyłam myślami wokół
problemów Moni. Wracając z pracy, nadal byłam mocno rozkojarzona. Cudem
uniknęłam zderzenia ze srebrnym volvo, które wyjechało z podporządkowanej. Na szczęście w porę nacisnęłam hamulec.
- Co robisz, idioto?!
Roztrzęsiona zarówno po niezbyt udanym lunchu jak i po nieprzyjemnym
incydencie drogowym, w końcu zaparkowałam pod domem Piotra. Miał
stumetrowe mieszkanie na trzecim piętrze pięknej kamienicy na Żoliborzu.
Już właściwie u niego mieszkałam, ale wciąż mnóstwo rzeczy zostawiłam u siebie. Męczyły mnie poranne poszukiwania jakiejś bluzy czy spódnicy,
których jeszcze do Piotra nie zabrałam. Chciałam to w końcu
uporządkować. Nigdy z żadnym facetem nie było mi tak dobrze, więc nie
miałam się nad czym zastanawiać. Powinnam przewieźć wszystkie swoje
rzeczy do niego, a swoje mieszkanie wynająć.
Gdy tylko otworzyłam ciężkie drzwi wejściowe, zobaczyłam przyklejoną do
ściany kopertę z napisem:
Dla najpiękniejszej kobiety na świecie.
Choć absolutnie się za taką nie uważałam, nie miałam najmniejszych
wątpliwości, że owa koperta przeznaczona jest właśnie dla mnie. "Ech, ty
wariacie!", uśmiechając się pod nosem, odkleiłam kopertę i wyjęłam z niej liścik z krótką instrukcją:
Zrób dwanaście kroków w górę. Szukaj w lewym rogu pod grzejnikiem.
Prościzna. Pokonałam dwanaście schodów i znalazłam się na okazałym
półpiętrze. W lewym rogu stał wielki grzejnik obudowany drewnianą
kratką. Kucnęłam, poświeciłam latarką z telefonu w kratkę i w środku
dostrzegłam czerwoną, papierową torebkę. "Hmm... ale jak się tam dostać?".
Przez chwilę mocowałam się z kratką, aż w końcu odkryłam, że jej
podstawa się rusza. Ostatecznie dała się wyjąć, dzięki czemu powstała
dziesięciocentymetrowa szczelina, przez którą najpiękniejsza kobieta na
świecie wyjęła papierową torebkę wraz z tajemniczą zawartością.
W środku był przystrojony kolorowymi cekinami i piórami kostium złożony
ze stanika oraz skąpo zabudowanych majteczek. Takie stroje mają na sobie
tancerki samby podczas słynnego karnawału w Rio de Janeiro. W torebce
znalazłam też liścik:
Ubierz się w ten kostium. Tak, teraz.
On oszalał! Jak teraz? Tu? W tym momencie przyszedł SMS. Oczywiście od
tego łobuza:
Nie wymiękaj, przebieraj się.
"A żebyś wiedział, że się przebiorę!".
Było to nieco karkołomne. Nie mogłam przecież rozebrać się do rosołu na
klatce schodowej. Wiłam się więc pod długim swetrem, ściągałam stanik
przez rękaw, a potem zdjęłam spódnicę, żeby zmienić gatki na cekinowe. W połowie tego przepoczwarzania się usłyszałam kroki z góry. Na szczęście,
gdy nałożyłam sobie sweter na głowę tyłem na przód, sięgał mi do połowy
ud. Zastygłam w bezruchu. Musiałam wyglądać jak złożony parasol
ogrodowy. Spod swetra wystawały gołe nogi z naciągniętymi do połowy
łydek cekinowymi majtami. Kroki stawały się coraz wyraźniejsze, nagle
ich odgłosy ustały.
- Halo? Jest tam kto? Halo? - zapytał, chyba nieco rozbawiony, męski
głos.
- Tak, jestem. A właściwie nie ma mnie tutaj. Niech pan nie zwraca na
mnie uwagi. Ja tylko... tak tu postoję i... pójdę sobie. - Och, jak dobrze,
że nie było widać mojej purpurowej twarzy.
- Ale nic pani nie jest? Wszystko w porządku?
- Tak, w porządku. Nic się nie dzieje, naprawdę.
- Może chociaż trochę wody pani przyniosę, bo sucho tak przy tym
grzejniku.
- Nieee... dziękuję, piłam...
- To wiele tłumaczy...
- Wodę już piłam i zaraz sobie pójdę, za chwileczkę dosłownie.
Troszeczkę jeszcze tylko tak... postoję sobie.
- No dobrze, to ja w takim razie idę. Tylko proszę za długo nie stać, bo
pewnie ciągnie od podłogi. Do widzenia.
- Do widzenia, dziękuję za troskę.
Uf... Poszedł sobie. Nie miałam pojęcia, kto i dobrze się złożyło. Nie
będę się czerwienić, mijając go potem na schodach czy na ulicy. Szybko
naciągnęłam majtki na tyłek, wzięłam swoje ciuchy pod pachę i ruszyłam w górę. Na kolejnym półpiętrze znów zobaczyłam liścik:
Dla najpiękniejszej i już ubranej w kostium do samby kobiety.
"Zabiję go!".
W środku była kolejna instrukcja:
Zapukaj do mieszkania numer 8 i poproś o koronę, którą podobno zostawił
dla ciebie posłaniec.
Kto tam mieszka? Za diabła nie pamiętałam. Nie kojarzyłam jeszcze
wszystkich lokatorów. No dobra, zaraz miałam się przekonać. A może
szczęście mi dopisze i nikogo nie będzie? Stanęłam pod ósemką. Zapukałam
nieśmiało. Usłyszałam charakterystyczne raczej dla starszych osób
szuranie kapciami po podłodze. Otworzyły się drzwi i stanął w nich
sympatyczny staruszek w drucianych okularach na nosie. Jego pomarszczoną
twarz rozpromienił uśmiech. Czułam, że natychmiast zrobiłam się
purpurowa.
- Dzień dobry, panie...
- Zygmuncie. Mów mi Zygi, panienko. Piotr uprzedzał, że będę miał gościa
i że to będą miłe odwiedziny. Ale nie sądziłem, że aż tak miłe!
- Przepraszam, panie Zygmuncie...
- Zygi.
- Panie Zygi...
- Zygi.
- Zygi, przepraszam za swój strój, długo by opowiadać... Podobno posłaniec
zostawił tu dla mnie... koronę.
- W rzeczy samej. Wejdziesz?
- Może innym razem, trochę się spieszę.
- Ech, wam młodym to spieszno do tych uciech, co? - i puścił oko. -
Zaczekaj w takim razie chwilkę, zaraz ją przyniosę.
Po istotnie krótkiej chwili Zygi pojawił się z koroną. Z koroniskiem! To
pozłacane szkaradztwo ozdobione dziesiątkiem różnokolorowych szkiełek
było wysokie na jakieś pół metra.
- Piotr prosił, żebyś od razu założyła koronę na głowę. Z radością
dokonam koronacji! - Zygi zbliżył się do mnie i wspiął na palce.
Był bardzo niskiego wzrostu, więc żeby mu pomóc, lekko się nachyliłam. W końcu nałożył mi to ciężkie, kiczowate żelastwo na głowę.
- No! Piękna jesteś! A jak ty, królewno, masz na imię?
- Olga.
- Królowa Olga, zacne imię dla koronowanej głowy. Idź już do swojego
króla Piotra, bo pewnie chciałby powywijać swoim berłem! - Zygi
roześmiał się, a ja mu zawtórowałam, bo starcom takie rubaszne żarciki
można wybaczyć.
Pożegnałam się i znowu ruszyłam w górę. Do pokonania zostało mi już
tylko jedno piętro, ale byłam pewna, że czeka mnie kolejne zadanie. Nie
pomyliłam się. Na ścianie ktoś przykleił liścik, niewątpliwie adresowany
do mnie:
Dla najpiękniejszej na świecie Królowej Samby.
No jasne! W liściku była oczywiście kolejna instrukcja:
Spójrz w górę.
Uniosłam głowę i dostrzegłam czerwone pudełko przyczepione do lampy.
"Jak je stamtąd ściągnąć, do cholery?", rozejrzałam się bezradnie
wokoło, szukając czegoś, na czym mogłabym stanąć. Półpiętro zdobiły
jednak wyłącznie doniczki z kwiatami. W tym momencie przyszedł SMS.
Oczywiście od tego łajdaka Piotra. "Czy ja jestem w ukrytej kamerze?
Skąd on wie co ja akurat teraz robię? Czy on mnie w tej chwili podgląda?
Byłam jednocześnie rozdrażniona i podekscytowana.
Użyj tego, co znajdziesz za kotarą.
Za kotarą znalazłam małą drabinę. Wspięłam się na nią, wyciągnęłam jak
struna i sięgnęłam po czerwone pudełko. Nagle usłyszałam:
- Co za wstyd! Zamknij oczy, ona litość boską! Nie patrz na tę
ladacznicę!
Gorzej być nie mogło, bo oto nadeszła babcia Pelagia ze swoim
dziesięcioletnim wnuczkiem Krystianem. Największa plotkara w kamienicy,
najbliższa sąsiadka Piotrka. Po tej akcji zrobi ze mnie dziwkę, jak nic.
- Dzień dobry, pani Pelagio. To nie jest tak, jak pani myśli... - zaczęłam
się głupio tłumaczyć, wciąż wypinając z wysokości drabiny niemal goły
tyłek.
- Zamilcz, bezwstydna! Głowa do dołu! Głowa do dołu, Krystianku! Tfu!
W pudełku z napisem Załóż je znalazłam złote sandałki na szpilkach. O dziwo, były nawet wygodne. Teraz mogłabym wejść na sambadrom i wtopić
się w tłum szalejących tancerzy. Jak na zawołanie do moich uszu zaczęły
dobiegać gorące rytmy samby. Od mieszkania Piotra dzieliło mnie tylko
dwanaście schodów. Z każdym krokiem samba stawała się coraz głośniejsza.
W końcu nacisnęłam klamkę. Wiedziałam, że Piotr nigdy nie zamyka drzwi,
tak było i tym razem. Poprawiłam piersi w strojnym biustonoszu i weszłam
do środka.
Znałam skądś ten kawałek. No oczywiście! Samba Brasilera! Nogi same
rwą się do tańca. Salon tonął w girlandach kwiatów, w ciemności błyskały
dyskotekowe światełka. Mój łobuz się postarał.
- Piotrula! Gdzie jesteś? Zrobiłam te wszystkie głupie rzeczy i jestem
cała rozpalona, cała twoja! Gdzie jesteś?
Wtedy objął mnie od tyłu w pasie i zaczęliśmy się kołysać w rytm samby.
Czułam jego silne ciało na plecach i na pośladkach. Obrócił mnie w tańcu
i zobaczyłam go w całej zaskakującej okazałości. Był właściwie nagi.
Miał na sobie jedynie fartuszek z nadrukiem męskiego stroju tancerza
samby. Fikuśny fatałaszek zawiązany z tyłu, nad gołymi i całkiem całkiem
jędrnymi pośladkami. Cudna i bardzo gorrrąca była ta nasza samba.
Piotrula świetnie prowadzi i ma w sobie latynoski ogień.
Tańczyliśmy, chichotaliśmy i całowaliśmy się przez dłuższą chwilę. W tańcu zaczął mnie rozbierać. Najpierw uwolnił mnie od korony, potem od
szpilek, wreszcie zdjął ze mnie biustonosz i majteczki... Myślałam, że
zaraz będziemy się kochać i moja mocno już wilgotna kobiecość bardzo na
to liczyła... Ale ten łobuz zawsze mnie zaskakiwał i działał według tylko
sobie znanego scenariusza.
Wziął mnie na ręce, jednak nie zaniósł do łóżka, a do ozdobionej
zapalonymi świecami łazienki. W wannie pełnej wody pływały purpurowe
płatki róż. Ułożył mnie pośród nich i pocałował czule w czoło.
- Zrelaksuj się, łobuzico, ja dokończę przygotowywanie kolacji. -
wskazał spojrzeniem na stojący wieszak łazienkowy. - Kupiłem ci sukienkę
i szpilki. Ubierz się w to, proszę.
- Te złote sandałki do samby też by pasowały.
- Te będą pasowały bardziej. Nie spiesz się. Będę czekał na ciebie w salonie, moja piękna.
Czy inne kobiety są przez swoich mężczyzn rozpieszczane jak ja przez
niego? Tak zaskakiwane? Czy na każdym kroku spotyka je tyle dowodów
oddania i uwielbienia? I to jeszcze okazywanych z taką fantazją i nonszalancją? Pewnie nie. Pewnie należę do malutkiej grupy szczęściar,
które trafiły na wyjątkowy, bardzo rzadko występujący w świecie
damsko-męskich relacji okaz. Zanurzona w płatkach róż rozpływałam się z rozczulenia, bo tyle było we mnie radości i wdzięczności za to, że w końcu spotkało mnie coś tak dobrego i pięknego. Zapragnęłam być dla
Piotra tą, za którą mnie uważa. Choć czułam, że on nieco mnie
idealizuje. Gdzieś na dnie serca tkwiła obawa, że któregoś dnia spojrzy
na mnie z rozczarowaniem w oczach. Odkryje, że pod płatkami róż i zwiewnymi sukienkami, w które mnie ubiera, jest zwyczajna, może nawet
pospolita dziewczyna...
Zganiłam się za to czarnowidztwo. Po prostu nie powinnam pozwolić sobie
na rozleniwienie, na ograniczanie się do roli zadowolonego biorcy.
Przecież też mam mnóstwo do zaoferowania, tyle jest we mnie pokładów
czułości, namiętności, fantazji. Chcę każdego dnia być bliżej Piotra,
poznawać jego najgłębsze potrzeby, zaspakajać je z miłością i w sposób,
który go zachwyci.
Suknia w kolorze fuksji, z głębokim dekoltem na plecach, leżała
świetnie. Opinała ciało, nie powodując najmniejszego dyskomfortu. Piotr
nie zostawił mi żadnej bielizny, więc pod sukienką wyraźnie zaznaczała
się wypukłość piersi, sterczące z podniecenia antenki. O krągłości
pozbawionych majteczek pośladków nawet nie wspomnę. Czułam się seksownie
jak diabli.
Weszłam do salonu, w którym zamiast dyskotekowych światełek pojawił się
dyskretny blask świec. Z głośników, choć znacznie ciszej, nadal sączyły
się latynoskie rytmy. Piotr nie miał już na sobie fikuśnego fartuszka, a idealnie skrojone spodnie i białą koszulę. Wstał od stołu, pocałował
mnie w policzek, na chwilę wtulił się w moje ramiona i włosy, a potem
podsunął mi krzesło i posadził za stołem.
Potrawy też były brazylijskie. Na przystawkę mój osobisty kucharz
zaserwował pao de queijo, czyli bułeczki z tapioką i białym serem. Potem
podał pastel. Niezbyt dietetyczne, ale przepyszne danie. Smażone na
głębokim tłuszczu cieniutkie ciasto, wypełnione egzotycznie
przyprawionym farszem mięsno-warzywnym. Chrupiące, tłuste i aromatyczne.
Naprawdę pycha. Byłam już najedzona, ale dałam się jeszcze namówić na
mały deser. Brazylijskie brigadeiro to taka południowoamerykańska wersja
naszej czekoladowej trufli, z dużą ilością kajmaku i kakao.
- Wiesz, że wygrałbyś Masterchefa?
- Wiem, ale wolę rozpieszczać twoje podniebienie niż podniebienia choćby
najlepszych kulinarnych jurorów na świecie.
- Kłamca i lizus!
- Co do lizania...
Piotrula podszedł i razem z krzesłem odsuną mnie od stołu. Wyciągnął z kieszeni jedwabną apaszkę, którą zawiązał mi oczy. Moje ręce przeniósł
za oparcie krzesła i skrępował je na wysokości nadgarstków. Potem
podciągnął mi sukienkę i szeroko rozstawił nogi. Przez chwilę nic się
nie działo, a ja niemal czułam jego wzrok utkwiony w mojej cipce.
Rosnące podniecenie natychmiast wywołało przyjemne pobolewanie
podbrzusza. W dodatku rytmy samby stawały się coraz cichsze, a ich
miejsce zajął jęk rozkoszy. Jakby nie dwóch, a wielu osób...
I się zaczęło.
Piotr długo pieścił i całował wewnętrzną stronę moich ud. Chyba
rozsmarował na nich coś lepkiego, by potem to zlizywać. Po chwili to
samo zrobił mojej cipce. Wciąż dochodziło do mnie wiele jęczących,
doświadczających rozkoszy głosów. Bardzo mnie to podnieciło. Moje ciche
pojękiwania mieszały się z tymi, które słyszałam wokół. Piotr zlizywał
kropelki rozkoszy z mojej coraz wilgotniejszej waginy. Trudno było mi
usiedzieć spokojnie na krześle, ale związana, z zawiązanymi oczami,
byłam zupełnie bezbronna wobec mojego mężczyzny i wobec narastającego we
mnie podniecenia.
W pewnym momencie Piotr przestał mnie pieścić ustami i włożył mi do
środka pulsujący wibrator. Zaczął mnie nim posuwać, początkowo bardzo
powoli, choć w równym tempie. Z czasem robił to coraz mocniej i głębiej.
Zaczęłam czuć lekki dyskomfort. Z jednej strony stawałam się coraz
bardziej podniecona, z drugiej jednak czułam, że jestem na granicy
akceptowania tego, co się dzieje. Wciąż rżnąc mnie wibratorem, Piotr
drugą ręką chwycił mnie mocno za włosy, odchylił moją głowę i wepchnął
mi w usta sztywnego penisa. Dociskał mocno. Dławiłam się, czując go w gardle coraz głębiej. To było już o wiele za dużo. Chciałam się uwolnić,
ale nie byłam w stanie się poruszyć. W tym momencie opaska zsunęła się z moich oczu i na wielkim ekranie zobaczyłam mnóstwo nagich, kotłujących
się ludzi, pogrążonych we wspólnej orgii. To nie były wysmakowane,
malarskie kadry z filmu "Oczy szeroko zamknięte", a brutalne, obrzydliwe
pieprzenie około dziesięciu młodych i starych, chudych i grubych ciał.
Czułam, że zbliża się atak paniki. Chciałam to zatrzymać, chciałam
krzyczeć, ale z powodu fiuta w ustach, wydobywał się ze mnie jedynie
gardłowy pomruk. Piotr wziął go chyba za odgłos rozkoszy i bardzo mocno,
w jakimś zapamiętaniu rżnął dalej moją cipkę wibratorem, a gardło
penisem. Zaczęłam wściekle rzucać się na krześle, co wreszcie go
otrzeźwiło. Odskoczył ode mnie gwałtownie.
- Nie! Nie! - darłam się jak opętana.
Piotr patrzył na mnie oszołomiony, jakby nie wiedząc, co zrobić. Na
ekranie wciąż wiły się i jęczały skotłowane, spocone ciała. Miałam
wrażenie, że zaraz oszaleję.
- Rozwiąż mnie, gnoju! Natychmiast!
Piotr ocknął się i rzucił się do moich nadgarstków. Wreszcie uwolniona,
poderwałam się z krzesła.
- Wyłącz, to kurwa! Wyłącz to!
Zatrzymał nagranie. Usiłował mnie przytulić.
- Kochanie, przepraszam, myślałem, że tego chcesz, że ci się podoba.
Wybacz mi proszę. Wiesz, że nigdy bym ciebie nie skrzywdził.
- Ale to zrobiłeś, skurwielu! - odpychałam go od siebie, a po moich
policzkach płynęły łzy.
- Jezu... Co ja zrobiłem? Wybacz mi, wybacz, Olga! Błagam, wybacz, bo
zwariuję!
Już nie miał śmiałości mnie dotykać. Stał naprzeciwko i tylko patrzył z bezmiarem przerażenia i rozpaczy w oczach. W tym momencie jednocześnie
kochałam go i nienawidziłam. Chciałam znaleźć ukojenie w jego ramionach,
ale też pragnęłam, by zniknął. Osunęłam się na kolana i zaczęłam
szlochać jak mała dziewczynka.
- Dlaczego? - chlipałam - Dlaczego mi to zrobiłeś?
- Olga... serce moje... nie chciałem cię skrzywdzić. Myślałem...
- Co myślałeś? Co sobie myślałeś?!
- Że spróbujemy inaczej, ostrzej, że... że może ci się spodoba...
- Nie spodobało mi się i nigdy już tego nie rób! Nigdy!
- Przysięgam, nie zrobię! Tylko mnie nie odtrącaj, błagam. Kocham cię
nad życie i każdego dnia będę ci wynagradzał to, co dziś się stało.
- Mam mętlik w głowie... Tak wielki mętlik... Skrzywdziłeś mnie, Piotr, i teraz jest mi bardzo źle.
Już nie płakałam. Czułam tylko pustkę i dojmujący smutek.
- Nie mam siły. Zanieś mnie, proszę, do łóżka i zostaw samą.