Szklarz - Tadeusz Czerniawski

Kup ebooka

40.38 zł
33.52 zł (40,38 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przedmowa

Są książki, które czyta się dla intrygi. Są takie, które czyta się dla języka. Są też takie, które zostają z czytelnikiem dlatego, że pod warstwą opowieści o konkretnych ludziach, konkretnym miejscu i konkretnym czasie dotykają spraw znacznie większych: naszej potrzeby sensu, lęku przed pustką, tęsknoty za znakiem, pragnienia, by ktoś albo coś potwierdziło, że świat nie kończy się na tym, co da się zważyć, sfotografować i opisać urzędowym językiem. "Szklarz" należy właśnie do tej ostatniej kategorii. To powieść, która zaczyna się jak historia lokalna, rozwija jak znakomity reportaż społeczny, a kończy jako przejmująca opowieść o człowieku, wspólnocie i tajemnicy, której nie sposób rozstrzygnąć raz na zawsze.

Największą siłą tej książki jest to, że nie ucieka ona ani w tanią sensację, ani w pusty moralitet. Autor nie traktuje swoich bohaterów jak pionków ustawionych pod z góry przygotowaną tezę. Przeciwnie - patrzy na nich z rzadką uważnością i czułością. W tej opowieści nie ma łatwych podziałów na "ciemny lud" i "światłych sceptyków", na "dobrych wierzących" i "złych urzędników", na "świętych" i "szaleńców". Są za to ludzie pełni sprzeczności: samotni, poranieni, uparci, śmieszni, wzruszający, czasem mali, czasem wielcy. Dzięki temu "Szklarz" jest nie tylko historią niezwykłego zjawiska, ale także przenikliwym studium zbiorowych emocji, lokalnej pamięci, mechanizmów plotki, społecznego napięcia i tego wszystkiego, co dzieje się z człowiekiem, gdy jego codzienność nagle zostaje naruszona przez coś, czego nie umie nazwać.

To również książka głęboko zakorzeniona w konkretnym miejscu. Inowrocław nie jest tu dekoracją ani tłem. Jest osobnym bohaterem - miastem z własnym rytmem, historią, językiem i temperamentem. Czuć tu osadzenie w polskiej prowincji, ale nie tej karykaturalnej, złożonej wyłącznie z klisz i ironii. Czuć miasto naprawdę zamieszkane: z jego drobnymi ambicjami, cichymi dramatami, pamięcią przemysłową, religijną wyobraźnią, przyzwyczajeniami i dumą. Dzięki temu opowieść zyskuje ciężar prawdopodobieństwa. Czytelnik szybko zaczyna wierzyć, że właśnie tak mogłoby się to wydarzyć: nie gdzieś abstrakcyjnie, ale tu, między osiedlem, kościołem, urzędem, lokalną redakcją i warsztatem rzemieślnika, który całe życie pracował rękami i nagle znalazł się w centrum zbiorowej burzy.

Warto zwrócić uwagę na język tej powieści. To język żywy, nasycony obserwacją, a zarazem niezwykle przystępny. Autor ma rzadką umiejętność łączenia socjologicznej przenikliwości z literacką sugestywnością. Potrafi pisać o emocjach tak, by nie popaść w egzaltację, o wierze tak, by nie popaść w drwinę, o zbiorowych mechanizmach tak, by nie zamienić powieści w wykład. Szczególne wrażenie robi sposób prowadzenia dialogów: naturalnych, osadzonych w lokalnym idiomie, wyraźnie różnicujących bohaterów. Każda postać mówi tu własnym głosem, a ten głos niesie jej pochodzenie, doświadczenie, klasę społeczną, temperament i lęki. To rzecz pozornie prosta, ale w istocie bardzo trudna do osiągnięcia. W "Szklarzu" została osiągnięta z imponującą konsekwencją.

To książka mądra również dlatego, że nie daje czytelnikowi komfortu definitywnego wyjaśnienia. W czasach, gdy wszystko musi być natychmiast skomentowane, sklasyfikowane i rozstrzygnięte, "Szklarz" upomina się o prawo do niejednoznaczności. Nie oznacza to taniej mglistości ani tchórzliwego uniku. Przeciwnie - jest to niejednoznaczność uczciwa, wynikająca z samej natury ludzkiego doświadczenia. Są rzeczy, które można badać, porównywać, analizować i mierzyć. Są też takie, które ujawniają się tylko na styku pamięci, bólu, wiary i spojrzenia. Ta książka bardzo dobrze rozumie, że człowiek nie jest istotą zbudowaną wyłącznie z faktów. Żyje także z interpretacji, przeczuć, wspomnień, projekcji, nadziei i strachu. I właśnie na tym styku - między tym, co materialne, a tym, co wewnętrzne - dzieje się tu najwięcej.

Czytelnik znajdzie tu wiele: tajemnicę, napięcie, dobrze rozpisane konflikty, sugestywną atmosferę, a także świetnie uchwycone mechanizmy działania mediów, instytucji i zbiorowych namiętności. Ale znajdzie też coś cenniejszego: opowieść o odpowiedzialności. O tym, że nawet najcichszy człowiek może stać się centrum cudzego pragnienia. O tym, że wspólnota potrafi zarówno unieść człowieka, jak i go zmiażdżyć. O tym, że każde spojrzenie w lustro jest w gruncie rzeczy próbą odpowiedzi na pytanie: kim jestem i co tak naprawdę widzę.

"Szklarz" to książka napisana z wyczuciem rytmu, z dużą wyobraźnią, ale i z dyscypliną właściwą najlepszym autorom literatury faktu. Nie epatuje efektem. Nie krzyczy. Nie szantażuje czytelnika grozą. Buduje napięcie cierpliwie, warstwa po warstwie, jakby sama przypominała proces pracy ze szkłem: najpierw surowiec, potem cięcie, potem szlif, potem światło. I właśnie dlatego działa tak mocno. Bo zamiast stawiać wszystko na jedną kartę, pozwala historii dojrzewać, a czytelnikowi - wejść w nią naprawdę.

Dobrze jest spotkać książkę, która ufa inteligencji odbiorcy. Która nie podsuwa gotowych odpowiedzi w każdym akapicie. Która wierzy, że czytelnik potrafi samodzielnie przejść przez cudze lęki i cudze pytania, a przy okazji rozpoznać własne. "Szklarz" właśnie taki jest. To powieść, którą czyta się z ciekawością, ale odkłada z lekkim niepokojem - tym dobrym niepokojem, który świadczy o tym, że literatura nie tylko opowiedziała historię, lecz także poruszyła coś w środku.

Jeśli więc otwierają Państwo tę książkę z nadzieją na mocną, wciągającą opowieść - nie zawiodą się. Jeśli szukają Państwo literatury, która łączy emocję z namysłem, lokalność z uniwersalnością, realistyczny konkret z cieniem metafizycznego pytania - tym bardziej trafili Państwo dobrze. A jeśli wierzą Państwo, że najlepsze książki nie tyle pokazują świat, ile zmieniają sposób, w jaki na niego patrzymy, to "Szklarz" ma wszelkie dane ku temu, by zostać w pamięci na długo.

Proszę tylko uważać. Po tej lekturze inaczej patrzy się nie tylko na lustra. Inaczej patrzy się także na ludzi.

Rozdział 5: TWARZ ZA SZKŁEM

Artykuł ukazał się w poniedziałek, trzeciego grudnia, na trzeciej stronie "Kuriera Inowrocławskiego", pod tytułem, o który Tomasz Grzelak kłócił się z Naskrętem przez dwadzieścia minut.

Tomasz chciał: "Lusterka z jarmarku - co widzą mieszkańcy Inowrocławia?"

Naskręt chciał: "DUCHY W LUSTERKACH Z INOWROCŁAWIA!"

Kompromis: "Lusterka Benedykta - co widzą mieszkańcy Inowrocławia?"

Imię szklarza w tytule - to był pomysł Naskręta. "Daj imię, daj twarz, daj człowieka. Ludzie nie czytają o zjawiskach, ludzie czytają o ludziach." Tomasz nie był przekonany, ale ustąpił, bo wiedział, że Naskręt ma rację - tę szczególną, dziennikarską rację, która polega na rozumieniu nie tego, co jest ważne, ale tego, co ludzie uznają za ważne, co w praktyce jest jedyną racją, która sprzedaje gazety.

Artykuł zajmował półtorej strony - dużo jak na "Kurier", który zwykle dawał reportażom pół strony, najwyżej trzy czwarte. Naskręt poświęcił na niego miejsce kosztem artykułu o budżecie obywatelskim (ta nieszczęsna ścieżka rowerowa na Toruńskiej poczeka) i reklamy zakładu pogrzebowego Siciński i Syn, która zjechała na stronę piątą, co pan Siciński junior skomentował telefonicznie: "Panie redaktorze, my se tu umieramy na piątej stronie, a pan tam jakieś duchy drukuje na trzeciej?".

Tekst Tomasza był dobry. Był dobry, bo Tomasz - mimo swoich wątpliwości, mimo ironicznego dystansu, który nosił jak zbroję, mimo strachu, który czuł, ale nie chciał nazwać - potrafił pisać. Pisał reportaże od piętnastu lat i wiedział, że dobry reportaż nie mówi czytelnikowi, co ma myśleć. Dobry reportaż pokazuje ludzi, ich słowa, ich twarze, ich milczenie - i pozwala czytelnikowi samemu dojść do wniosków.

Artykuł zaczynał się tak:

"Halina Wdowiak ma sześćdziesiąt dwa lata, uczy polskiego od trzydziestu pięciu lat (choć od czterech jest na emeryturze i "uczy" już tylko kota, który nie słucha) i nigdy w życiu nie widziała ducha. Do trzeciego tygodnia października."

Dalej - w kolejnych akapitach - Tomasz przedstawiał relacje świadków. Cytował ich słowa, opisywał okoliczności, zaznaczał wiek, zawód, stan cywilny. Nie komentował, nie oceniał, nie ironizował - choć kilka razy musiał usunąć złośliwe uwagi, które same cisnęły mu się pod klawisze. Przedstawiał fakty: czterdzieści trzy lusterka sprzedane na jarmarku, dwanaście przeprowadzonych rozmów, siedem relacji o "czymś dziwnym", pięć opisów postaci w ciemnym stroju, trzy niezależne identyfikacje "duchownego".

Kluczowy fragment artykułu - ten, który ludzie będą potem cytować, kopiować, wklejać, przekręcać i przekształcać na tysiąc sposobów - brzmiał:

"Można oczywiście powiedzieć, że siedem osób z dwunastu to za mało na wniosek. Można powiedzieć, że autosugestia jest potężną siłą i że ludzie widzą to, co chcą widzieć. Można powiedzieć, że pareidolia - zjawisko rozpoznawania twarzy w losowych wzorcach - tłumaczy wszystko. Ale powiedzieć to jedno, a siedzieć naprzeciwko Haliny Wdowiak, emerytowanej nauczycielki, która patrzy ci prosto w oczy i mówi: "Ja go widziałam, panie Grzelak, i niech mi pan nie tłumaczy, że nie widziałam" - to zupełnie co innego."

Pod artykułem - jedno zdjęcie. Stoisko Benedykta na jarmarku, robione przez fotografa "Kuriera" (czyli przez Naskręta, który tego dnia przypadkiem był na jarmarku i przypadkiem miał aparat, co w dziennikarstwie lokalnym jest standardem - wszyscy robią wszystko). Na zdjęciu: lusterka na czarnym aksamicie, ręka klienta sięgająca po jedno z nich, a w tle - nieostry, ale rozpoznawalny profil Benedykta Pściury, siedzącego na plastikowym krześle z rękami na kolanach.

Numer "Kuriera Inowrocławskiego" z trzeciego grudnia sprzedał się w nakładzie trzy tysiące czterysta egzemplarzy. Normalny nakład wynosił tysiąc dwieście, z czego trzysta wracało niesprzedanych. Tym razem nie wróciło nic. Naskręt musiał dodrukować tysiąc egzemplarzy, czego nie robił od premiery nowego parku wodnego w 2019 roku.

Ale to był dopiero początek.

Portal "Nasz Region" - regionalny serwis informacyjny, czytany głównie w Bydgoszczy i okolicach - przedrukował artykuł Tomasza tego samego dnia, z dopiskiem redakcyjnym: "Niepokojące doniesienia z Inowrocławia - mieszkańcy twierdzą, że w lusterkach ukazuje się postać duchownego." Artykuł na portalu uzyskał pięćdziesiąt tysięcy wyświetleń w ciągu dwudziestu czterech godzin, co jak na regionalny portal było wynikiem nie tyle dobrym, co absurdalnym.

Następnego dnia zadzwoniła dziennikarka z "Gazety Wyborczej" w Bydgoszczy. Potem stażystka z "Super Expressu". Potem producent programu "Uwaga!" w TVN. Potem ktoś z Radia Zet. Potem ktoś z Polsat News.

Tomasz Grzelak - dziennikarz lokalnej gazety, której utarg roczny był mniejszy od miesięcznego budżetu kawowego redakcji "Faktu" - stał się nagle człowiekiem, do którego dzwonili dziennikarze z całego kraju. I nie wiedział, czy się z tego cieszyć, czy bać.

Wybrał jedno i drugie.

W ciągu tygodnia od publikacji artykułu Inowrocław przeszedł transformację, której nikt nie planował i której nikt nie kontrolował.

Na facebookowej grupie "Inowrocław - nasze miasto" liczba członków skoczyła z trzech tysięcy do siedmiu tysięcy. Nowi - ludzie spoza Inowrocławia, z Bydgoszczy, Torunia, Poznania, Warszawy - dołączali, żeby śledzić "sprawę luster". Administrator grupy, informatyk Dariusz Czapla, który założył ją cztery lata temu, żeby ludzie mogli dyskutować o rozkładach autobusów i dziurach w jezdni, nie nadążał z moderowaniem.

Post Patrycji Kielar na Instagramie - ten z zamrożoną klatką - miał już dwa tysiące udostępnień. Patrycja, wyczuwszy moment, nagrała trzy kolejne filmy na temat lusterek, w których opowiadała historię swojego odkrycia, analizowała materiał klatka po klatce i - w trzecim filmie - próbowała odtworzyć zjawisko na żywo, filmując swoje lusterko z trzech kamer jednocześnie, przy różnym oświetleniu, o różnych porach dnia.

Wynik? W pierwszym nagraniu - nic. W drugim - nic. W trzecim - siedemnaście sekund materiału, w którym na jednej z trzech kamer, przy oświetleniu jedną świecą, w lusterku pojawia się coś, co Patrycja opisała drżącym głosem jako "cień, kształt, nie wiem, ludzie, coś tam jest, widzicie, tu, w lewym rogu, widzicie?!".

Widzowie widzieli. Albo nie widzieli. Albo widzieli to, co chcieli widzieć. Komentarze pod filmem stanowiły idealny przekrój psychologii zbiorowej:

"Wyraźnie widać postać! Ludzie, obudźcie się!"

"Nie widzę nic. Kompletnie nic. To cień od świecy."

"Ja widzę! Widzę twarz! Boże, to jest twarz!"

"To jest artefakt kompresji wideo, ludzie. MPEG-4 przy niskim oświetleniu zawsze generuje szumy."

"Módlcie się. To jest znak."

Film zdobył sto pięćdziesiąt tysięcy wyświetleń. Patrycja Kielar, dziewczyna z Inowrocławia, która marzyła o czterech tysiącach obserwatorów, obudziła się z dwudziestu trzema tysiącami. Nie wiedziała, co z nimi zrobić. Ale wiedziała, że jej życie się zmieniło.

A potem było zeznanie Haliny.

Stało się to w czwartek, szóstego grudnia, w dzień świętego Mikołaja - co niektórzy potem interpretowali jako zbieg okoliczności, a inni jako znak. Lokalna telewizja kablowa "TeleInowrocław" - kanał, który na co dzień emitował transmisje z sesji rady miasta, relacje z festynów osiedlowych i program kulinarny prowadzony przez żonę naczelnika wydziału kultury - wysłała reporterkę do Haliny Wdowiak.

Reporterka nazywała się Monika Kwaśniak, miała dwadzieścia siedem lat, pracowała w "TeleInowrocław" od roku i marzyła o tym samym, o czym marzy każdy dziennikarz w lokalnej telewizji kablowej: o wyrwaniu się z lokalnej telewizji kablowej. Kiedy jej szef - a właściwie jedyny inny pracownik redakcji, operator kamery i montażysta w jednej osobie, Darek - powiedział jej o lusterkach, Monika poczuła to, co reporterzy nazywają "mrowienie": sygnał wysyłany przez podświadomość, który mówi "tu jest coś, idź za tym".

Halina zgodziła się na rozmowę. Później sama nie potrafiła wyjaśnić dlaczego - ona, kobieta, która przez trzydzieści pięć lat uczyła dzieci, że "słowo pisane jest trwalsze od mówionego" i że "trzeba uważać, co się mówi, bo powiedzianego nie cofniesz". Może dlatego, że Monika była młoda i miała oczy, które przypominały Halinie jej dawne uczennice. Może dlatego, że milczenie - trzymane od ponad miesiąca, dzielone tylko z Krystyną, która i tak nie dotrzymała tajemnicy - stawało się coraz cięższe. A może dlatego, że Halina Wdowiak, emerytowana nauczycielka języka polskiego, wierzyła w prawdę. I czuła, że prawda domaga się wypowiedzenia.

Rozmowa odbyła się w salonie Haliny - pokoju urządzonym w stylu, który można by nazwać "polskim pensjonatem z lat dziewięćdziesiątych": meblościanka z wiśniowej płyty, telewizor na komodzie, zasłony w kwiaty, na ścianie reprodukcja "Damy z gronostajem" w złoconej ramie. Na stoliku pod oknem - wazonik z suszonymi kwiatami. Na fotelu - pluszowy kot, którego Halina trzymała od lat, bo prawdziwego kota nie miała (alergia) i bo pluszowy nie wymagał karmy.

Monika Kwaśniak włączyła kamerę. Darek ustawił światło. Halina siedziała w fotelu w swojej najlepszej bluzce - granatowej, z kołnierzykiem - z medalikiem na szyi i z różańcem w kieszeni spódnicy. Nie dlatego, że planowała go wyjmować, ale dlatego, że różaniec w kieszeni dawał jej poczucie bezpieczeństwa, jak dziecku daje je pluszowy miś schowany pod poduszką.

Monika zapytała: "Pani Halino, czy może pani opowiedzieć, co dokładnie widziała pani w lusterku?"

I Halina opowiedziała.

Nie tak, jak opowiadała Krystynie - szeptem, z lękiem, z zastrzeżeniem "nie mów nikomu". Opowiedziała tak, jak nauczycielka opowiada lekcję: wyraźnie, spokojnie, z dbałością o każdy szczegół. Opisała wieczorną modlitwę. Drogę do łazienki. Zerknięcie w lusterko. I - postać.

"Był tam ktoś" - powiedziała Halina, patrząc prosto w kamerę. Jej głos nie drżał. Ręce leżały spokojnie na kolanach. - "Za moimi plecami, w głębi lustra. Mężczyzna. W ciemnym stroju. Miał koloratkę - ten biały paseczek, co noszą księża. I miał stułę - taką tkaninę, co wisi na szyi. I twarz... twarz miał smutną. Bardzo smutną. Jakby go coś bolało. Albo jakby o coś prosił."

Monika: "Czy jest pani pewna, że to nie było złudzenie? Cień, refleks światła...?"