Szklany zamek - Jeannette Walls

-
Proszę czekać

 

Parę miesięcy później tata wrócił do domu w środku nocy i zerwał nas wszystkich z łóżek.

- Czas zwijać manatki i wyjeżdżać z tej zabitej dechami dziury! - wrzasnął.

Mieliśmy piętnaście minut na pozbieranie niezbędnych rzeczy i wrzucenie ich do samochodu.

- Czy coś się stało, tatusiu? - dociekałam. - Czy ktoś chce nas skrzywdzić?

- Nie przejmuj się - powiedział. - Zostaw to mnie. Czyż nie opiekuję się wami?

- Jasne, że tak - odparłam.

- Zuch dziewczynka! - pochwalił mnie tata i uściskał, po czym zaczął nas poganiać, wydając polecenia. Pozbierał najniezbędniejsze rzeczy - dużą żeliwną patelnię, kociołek, kilka aluminiowych wojskowych talerzy, parę noży, pistolet oraz łuk z kołczanem mamy - i wrzucił to wszystko do bagażnika Niebieskiej Gęsi. Nie pozwolił spakować więcej rzeczy. Mieliśmy zabrać tylko to, co potrzebne do życia. Mama wybiegła na dwór i przy świetle księżyca zaczęła kopać dołki, usiłując odnaleźć słoik z pieniędzmi. Zapomniała, gdzie go ukryła.

Upłynęła godzina, zanim wreszcie przytroczyliśmy obrazy mamy do dachu samochodu, upchaliśmy, co się dało, do bagażnika, a resztę rzeczy wrzuciliśmy na tylne siedzenie. Tata prowadził Niebieską Gęś przy zgaszonych światłach. Jechał powoli, żeby nie obudzić nikogo z mieszkańców parkingu dla przyczep, gdy - jak zwykł mawiać - dawaliśmy nogę. Pomstował, że nie rozumie, czemu tyle czasu zajęło nam pozbieranie paru rzeczy i posadzenie tyłków w samochodzie.

- Tato! - zawołałam. - Zapomniałam o Tinkerbell!

- Tinkerbell da sobie radę - odparł tata. - Ona jest podobna do mojej dzielnej małej dziewczynki. Jesteś dzielna i gotowa na przygody, prawda?

- No chyba - przytaknęłam.

Miałam nadzieję, że ten, kto znajdzie Tinkerbell, pokocha ją mimo stopionej buzi. Dla otuchy chciałam przytulić Don Kichota, naszego szarobiałego kota bez jednego ucha, ale miauknął i podrapał mi twarz.

- Bądź grzeczny, Don Kichocie - upomniałam go.

- Koty nie lubą podróżować - wyjaśniła mama.

- Nikt, kto nie lubi podróżować, nie jest mile widziany jako uczestnik naszej przygody - oznajmił tata. Zatrzymał samochód, złapał Don Kichota za kark i wyrzucił przez okno. Kot wylądował na ziemi z głuchym pacnięciem i z dramatycznym piskiem. Tata przyspieszył, a ja wybuchnęłam płaczem.

- Nie bądź sentymentalna - zganiła mnie mama.

Powiedziała, że zawsze możemy znaleźć sobie nowego kota, a Don Kichot stanie się teraz dzikim kotem i będzie wiódł o wiele zabawniejsze życie niż kot domowy. Brian trzymał Juju w objęciach, obawiając się, że tato może go też wyrzucić przez okno.

Żeby odwrócić naszą uwagę, mama namówiła nas na śpiewanie takich piosenek, jak Don't Fence Me In i This Land Is Your Land, a potem tata rzewnie zaintonował Old Man River oraz swoją ulubioną Swing Low, Sweet Chariot. Po chwili zapomniałam o Don Kichocie, Tinkerbell oraz przyjaciołach, którzy zostali na parkingu dla przyczep. Tata zaczął snuć opowieść o tym, jakie ekscytujące rzeczy będziemy robić i jak się wzbogacimy, gdy tylko dotrzemy na nowe miejsce.

- Tatusiu, a dokąd my jedziemy? - spytałam.

- Tam, gdzie dotrzemy - odpowiedział.

Później, tej nocy, tata zatrzymał się na środku pustyni i spaliśmy pod gołym niebem. Nie mieliśmy poduszek, ale tata oznajmił, że to część jego planu. Mamy ćwiczyć prawidłową postawę. Indianie nie używają poduszek - dodał - i patrzcie tylko, jak prosto się trzymają. Mieliśmy natomiast nasze szorstkie koce z demobilu, rozłożyliśmy je na ziemi i patrzyliśmy na morze gwiazd. Powiedziałam Lori, że mamy wielkie szczęście, skoro możemy spać pod gołym niebem jak Indianie.

- Moglibyśmy zawsze tak żyć - zauważyłam.

- Zdaje się, że tak będzie - odparła Lori.

 

Bez przerwy dawaliśmy nogę, zazwyczaj w środku nocy. Czasami słyszałam, jak mama i tata rozmawiają o ludziach, którzy nas ścigają. Tata nazywał ich pachołkami, krwiopijcami i gestapowcami, czyniąc niejasne aluzje do dyrektorów Standard Oil, którzy chcieli zawłaszczyć tereny w Teksasie, należące do rodziny mamy. Innym razem mówił o agentach FBI ścigających go za jakieś ciemne sprawki z przeszłości. O co konkretnie chodziło, nie chciał powiedzieć, żeby nas nie narażać na niebezpieczeństwo.

Tata był tak bardzo przekonany, że grupa agentów federalnych depcze nam po piętach, że palił papierosy bez filtra z drugiego końca. W ten sposób - tłumaczył - spalał nazwę marki i jeśli tropiący nas ludzie zajrzą do popielniczki, znajdą niezidentyfikowane pety zamiast niedopałków pall malli, które mogłyby ich naprowadzić na jego ślad. Natomiast mama wyjawiła nam, że federalni wcale taty nie szukają, on tylko tak mówi, bo to o wiele bardziej podniecające, gdy depcze ci po piętach FBI, a nie inkasenci.

Wędrowaliśmy jak nomadowie. Przemieszkiwaliśmy w małych, zakurzonych górniczych miasteczkach w Nevadzie, Arizonie i Kalifornii. Zazwyczaj w takich miejscach, poza niewielkim skupiskiem zapadających się ruder, znajdowały się jedynie stacja benzynowa, sklep wielobranżowy i bar, czasami dwa, o takich nazwach, jak Needles and Bouse, Pie, Goffs i Why. Leżały na ogół w pobliżu Superstition Mountains czy wyschniętego jeziora Soda Lake albo Old Woman Mountain. Im bardziej te miejscowości były zapuszczone i położone na uboczu, tym bardziej odpowiadały mamie i tacie.

Tata zatrudniał się jako elektryk lub inżynier w odkrywkach gipsu lub miedzi. Mama mówiła, że potrafi nieźle wciskać kit, snując opowieści o pracach, jakich w rzeczywistości nigdy nie wykonywał, i o stopniach uniwersyteckich, których nie zdobył. Mógł dostać każdą pracę, jaką tylko chciał, ale nie lubił za długo w niej tkwić. Czasami wygrywał jakieś pieniądze albo imał się dorywczych zajęć. Gdy praca mu się znudziła czy też go z niej wyrzucano, nagromadziło się dużo niezapłaconych rachunków, monterzy z elektrowni odkryli, że podłączył na dziko naszą przyczepę do linii elektrycznej - lub węszyli za nami agenci FBI - pakowaliśmy się w środku nocy i wyruszaliśmy w drogę, jadąc tak długo, aż tacie i mamie wpadło w oko jakieś inne małe miasteczko. Wtedy krążyliśmy po nim, szukając domu z tabliczką "Do wynajęcia".

Od czasu do czasu zatrzymywaliśmy się u babci Smith - matki mojej mamy - mieszkającej w dużym białym domu w Phoenix. Babcia Smith pochodziła z zachodniego Teksasu i w czasach swej młodości była tak zwaną chłopczycą, czyli uwielbiała taniec, konie i klęła jak szewc. Potrafiła okiełznać najdzikszego mustanga i pomagała dziadkowi prowadzić ranczo w pobliżu Fish Creek Canyon w Arizonie, na zachód od Bullhead City, niedaleko Wielkiego Kanionu. Według mnie babcia Smith była wspaniała. Niestety po kilku tygodniach zawsze dochodziło do okropnych awantur między babcią a tatą. Mogła je wywołać mama napomknięciem, że brakuje nam pieniędzy. Wtedy babcia czyniła zjadliwą uwagę na temat próżniactwa taty. On mówił coś o egoistycznych starych krowach, które mają więcej pieniędzy, niż potrafią wydać, i po chwili skakali sobie do oczu, prześcigając się w obelgach.

- Ty zapluty pijanico! - wrzeszczała babcia.

- Ty cholerna wiedźmo! - rewanżował się tata.

- Ty nic niewarty skurczybyku!

- Ty stara raszplo jedną nogą w grobie!

Tata miał bogatszy repertuar, ale babcia potrafiła go przekrzyczeć, a poza tym była u siebie. Nadchodził czas, kiedy tata miał tego dość i kazał nam, dzieciakom, wsiadać do samochodu. Babcia krzyczała na mamę, żeby nie pozwoliła tej nic niewartej końskiej dupie odbierać jej wnuków. Mama, wzruszając ramionami, mówiła, że nic nie może poradzić, bo przecież to jej mąż. Odjeżdżaliśmy, kierując się na pustynię w poszukiwaniu następnego domu do wynajęcia w kolejnym górniczym miasteczku.

Niektórzy ludzie mieszkali w takich miejscach całymi latami. Inni nie zapuszczali korzeni i tak jak my zatrzymywali się na jakiś czas. Kręcili się tam szulerzy, byli oszuści, weterani wojenni i - jak to określała mama - kobiety podejrzanego autoramentu. Trafiali się też starzy poszukiwacze złota o pomarszczonych, spalonych słońcem twarzach, które przywodziły na myśl suszone jabłka. Dzieciaki były chude i wymizerowane, miały stwardniałe dłonie i podeszwy stóp. Kolegowaliśmy się z nimi, ale nie nawiązywaliśmy przyjaźni, bo wiedzieliśmy, że prędzej czy później pojedziemy dalej.

Rodzicom zdarzało się zapisać nas do szkoły. Przeważnie jednak sami nas uczyli. Mama od piątego roku życia kazała nam wszystkim czytać książki bez obrazków, a tata dawał lekcje matematyki. Uczył nas również bardzo istotnych i pożytecznych rzeczy - na przykład alfabetu Morse'a - albo ostrzegał, żebyśmy pod żadnym pozorem nie jedli wątroby niedźwiedzia polarnego, bo ilość witaminy A, jaką zawierała, mogłaby nas zabić. Pokazywał, jak celować i strzelać z jego rewolweru i z łuku mamy lub też trzymając nóż za ostrze, tak nim rzucać, żeby się wbił w środek tarczy z efektownym trzaskiem. Zanim skończyłam cztery lata, całkiem nieźle strzelałam z tatowej broni, dużego sześciostrzałowego rewolweru - trafiałam w pięć na sześć butelek z odległości trzydziestu kroków. Celowałam, trzymając broń oburącz, i powoli, z równą siłą naciskałam na spust do chwili, gdy przy głośnym szczęknięciu następował odrzut i butelka rozpadała się w drobny mak. To było bardzo fajne. Tata powiedział, że moja umiejętność strzelania z ostrej broni może się przydać, gdyby kiedyś otoczyli nas federalni.

Mama dorastała na pustyni. Uwielbiała suchy skwar, niebo wyglądające o zachodzie jak płachta ognia oraz przytłaczającą pustkę i surowość tego bezmiaru otwartej przestrzeni, która kiedyś stanowiła dno wielkiego oceanu. Większość ludzi nie umiała przetrwać na pustyni, a mama tam rozkwitała. Wiedziała, jak przeżyć, mając bardzo niewiele. Pokazywała nam rośliny jadalne i trujące. Potrafiła znaleźć wodę, kiedy nikomu innemu to się nie udawało, i wiedziała, że tak naprawdę niewiele jej potrzeba. Pokazała nam, jak można umyć się do czysta, mając jeden kubeczek wody. Twierdziła, że picie nieoczyszczanej wody, nawet takiej z rowu, wychodzi na zdrowie, jeśli piją ją także zwierzęta. Chlorowana miejska woda jest dla mięczaków - mówiła. Woda z naturalnych źródeł pomaga wytworzyć przeciwciała. Uważała również, że pasty do zębów używają ciepłe kluchy. Przed pójściem spać wytrząsała na dłoń trochę sody, mieszała z odrobiną wody utlenionej, a my maczaliśmy palec w tej szumiącej papce i myliśmy nią zęby.

Ja też kochałam pustynię. Kiedy słońce stało na niebie, piasek był tak gorący, że poparzyłby stopy, gdybyśmy należeli do dzieci chodzących w butach, ale my zawsze biegaliśmy boso, więc podeszwy stóp mieliśmy grube i twarde jak wołowa skóra. Łapaliśmy skorpiony, węże i rogate jaszczurki. Szukaliśmy złota, a ponieważ go nie znajdowaliśmy, zbieraliśmy inne cenne minerały, takie jak turkusy i granaty. O zmierzchu pojawiał się chłód, powietrze robiło się gęste od moskitów, natomiast noce były tak zimne, iż zazwyczaj otulaliśmy się kocami.

Zdarzały się gwałtowne burze piaskowe. Czasami nadchodziły bez uprzedzenia, a czasem zapowiadały je tumany pyłu wirujące w diabelskim tańcu po pustyni. Kiedy wiatr zaczynał wzbijać piasek, widoczność spadała do trzydziestu centymetrów. Jeżeli nie umiało się odnaleźć domu, samochodu czy szopy, gdzie można by się było schować, należało przykucnąć, zacisnąć powieki i usta, zakryć uszy, wtulić głowę między kolana i tak przeczekać burzę, bo inaczej wszystkie otwory w twarzy zalepiłby piasek. Czasem kogoś uderzył ogromny szarłat, ale lekki i sprężysty, nie robił krzywdy. Jeżeli burza była naprawdę silna, przewracała człowieka i turlała po ziemi jak szarłata.

Gdy wreszcie nadchodziły deszcze, niebo ciemniało, a powietrze stawało się ciężkie. Z chmur leciały krople wielkości szklanych kulek. Niektórzy rodzice bali się o dzieci, że może je trafić piorun, ale nasi nie mieli takich obaw i pozwalali nam wychodzić na dwór i bawić się w wartkich strumykach ciepłej wody. Chlapaliśmy się, śpiewaliśmy i tańczyliśmy. Ogromne błyskawice rozrywały niskie chmury, pioruny waliły o ziemię. Z zachwytem witaliśmy najbardziej efektowne błyski, jakbyśmy oglądali pokaz fajerwerków. Po burzy tata zabierał nas nad rynny wyżłobione w piasku i patrzyliśmy, jak płyną w nich z hukiem potoki rwącej wody. Nazajutrz owoce kaktusów i opuncji były pękate od nadmiaru wypitej wody, bo wiedziały, że może upłynąć dużo czasu, zanim nadejdzie następny deszcz.

Kaktusy nam dość smakowały. Jadaliśmy nieregularnie, a kiedy trafiło się jakieś jedzenie, pochłanialiśmy je łapczywie. Raz, gdy mieszkaliśmy w Nevadzie, wykoleił się pociąg jadący na wschód, załadowany kantalupami. Nigdy wcześniej nie jadłam kantalupek, a teraz tata znosił je do domu całymi skrzynkami. Jedliśmy je surowe, duszone, a nawet smażone. Innym razem w Kalifornii zastrajkowali zbieracze winogron. Właściciele winnicy pozwolili ludziom zrywać je po pięć centów za funt. Pojechaliśmy do tej oddalonej o prawie dwieście kilometrów winnicy, gdzie owoce były już tak dojrzałe, że niemal pękały, zwisając w kiściach większych od mojej głowy. Załadowaliśmy cały samochód zielonymi winogronami - napakowaliśmy ich do bagażnika i nawet do schowka na dokumenty, a tata jeszcze nasypał ich nam na kolana i ledwo widzieliśmy cokolwiek sponad góry winogron. Potem jakiś czas na śniadanie, obiad i kolację jedliśmy winogrona.

- Całe to przenoszenie się z miejsca na miejsce jest sytuacją tymczasową - wyjaśnił tata. Miał plan. Zamierzał znaleźć złoto.

Wszyscy uważali go za geniusza. Nie było rzeczy, której nie umiałby skonstruować albo naprawić. Gdy u naszego sąsiada zepsuł się kiedyś telewizor, otworzył obudowę i makaronem zaizolował stykające się przewody. Sąsiad nie mógł wyjść z podziwu. Chodził po całym miasteczku i opowiadał, że Walls naprawdę ma łeb. Tata znał się na matematyce, fizyce i elektryczności. Studiował podręczniki do rachunku prawdopodobieństwa oraz algebry logarytmicznej i uwielbiał to, co nazywał poezją i symetrią matematyki. Opowiadał nam o magicznych właściwościach liczb i o tym, jak za ich pomocą można zgłębić sekrety wszechświata. Jednak najbardziej interesowała go energia - termiczna, jądrowa, słoneczna, elektryczna i ta wytwarzana przez wiatr. Mawiał, że skoro istnieje tyle różnych niewykorzystanych źródeł energii, idiotyzmem jest eksploatacja paliw kopalnych.

Konstruował również różne wynalazki. Jednym z najważniejszych było skomplikowane urządzenie, które nazwał Poszukiwaczem. Miało nam pomóc znaleźć złoto. Poszukiwacz był platformą o wymiarach mniej więcej metr dwadzieścia szerokości i półtora metra długości, skierowaną pod kątem do góry, a zbudowaną z poziomych listewek przedzielonych szparami. Miał podbierać piasek oraz kamyki i przesiewać je przez labirynt listewek, oceniając po wadze, które z bryłek są złotem. Odrzucałby śmieci, a samorodki układał na kupkę, więc idąc do sklepu, brałoby się z podwórka bryłkę złota. Tak przynajmniej miało to wyglądać, kiedy tata dokończy budowę.

Tata pozwalał mnie i Brianowi pomagać przy pracy nad Poszukiwaczem. Szliśmy razem za dom, ja przytrzymywałam gwoździe, a tata je przybijał. Czasami pozwalał mi wprowadzić gwóźdź, po czym wbijał go jednym zdecydowanym uderzeniem. Wirowały wiórki, a powietrze wypełniał zapach świeżo piłowanego drewna, odgłos uderzeń młotka i pogwizdywanie taty, który zawsze gwizdał w czasie pracy.

W moim mniemaniu tata był idealny, pomimo że - jak to mama ujmowała - miał problem alkoholowy. Zdarzały się takie okresy, które nazywała piwną fazą. Jakoś sobie z nimi wszyscy radziliśmy. Tata jechał szybko, śpiewał naprawdę głośno, pukle włosów opadały mu na czoło i było trochę strasznie, ale i zabawnie. Natomiast czasem wyciągał butelkę czegoś, co mama nazywała ciężkim kalibrem, i wtedy robiła się nerwowa, bo po kilku pociągnięciach tata zmieniał się w obcego o wściekłych oczach. Ciskał meblami i groził, że pobije mamę i każdego, kto wejdzie mu w drogę. Kiedy już się naklął, wykrzyczał i narozbijał sprzętów, padał jak kłoda. Na szczęście pił mocny alkohol tylko wtedy, gdy mieliśmy pieniądze, czyli raczej rzadko, więc nie było tak źle.

Każdego wieczoru, gdy Lori, Brian i ja układaliśmy się do snu, tata opowiadał nam historie na dobranoc. Zawsze coś o sobie samym. Leżeliśmy opatuleni w łóżku lub przykryci kocem na pustyni, a ciemności rozpraszała jedynie pomarańczowa poświata z papierosa taty. Kiedy się zaciągał, papieros rozżarzał się, oświetlając mu twarz.

- Tatusiu, opowiedz nam coś o sobie! - prosiliśmy.

- Och, nie chcecie chyba wysłuchiwać kolejnej opowieści o mnie - wykręcał się.

- Ależ tak! Chcemy! - nalegaliśmy.

- No dobrze - ustępował.

Milkł na chwilę i rechotał pod nosem, przywołując wspomnienie.

- Wasz staruszek popełnił wiele szaleństw, ale to było zupełne wariactwo, nawet jak na takiego stukniętego skubańca jak Rex Walls.

I opowiadał nam, jak kiedyś, gdy jeszcze latał na wojskowych samolotach, wysiadł mu silnik, więc wylądował awaryjnie na pastwisku, ratując siebie i całą załogę. Albo jak walczył z watahą dzikich psów, które okrążyły okulałego mustanga. Lub jak naprawił wrota śluzy na Hoover Dam, ratując życie tysiącom ludzi, którzy by zatonęli, gdyby tama puściła. Czy też jak wymknąwszy się z koszar na piwo do baru, złapał szaleńca, który chciał wysadzić bazę w powietrze, co dowodzi, że czasem warto łamać przepisy.

Tata miał niezwykły dar opowiadania. Zaczynał powoli, często zawieszając głos.

- No mów! Co było dalej? - ponaglaliśmy go, mimo że już wcześniej słyszeliśmy tę historię. Mama chichotała lub przewracała oczyma, kiedy tata snuł swoje opowieści, a on piorunował ją wzrokiem. Wściekał się, jeśli ktoś mu przerwał, i musieliśmy go błagać, żeby mówił dalej, obiecując, że więcej już nie będziemy przeszkadzać.

W swoich historiach zawsze walczył odważniej od innych, uciekał szybciej oraz lepiej kombinował przy grach hazardowych. Ratował z opresji kobiety i dzieci, a nawet mężczyzn, nie tak silnych i sprytnych jak on. Tata wprowadzał nas w tajniki swego bohaterstwa - instruował, jak powalić dzikiego psa, łamiąc mu kark, i w które miejsce na szyi należy celować, żeby zabić człowieka jednym silnym ciosem. Jednocześnie zapewniał nas, że dopóki jest przy nas, nie musimy się sami bronić, bo, na Boga, jeśli tylko ktokolwiek spróbuje tknąć któreś z dzieciaków Rexa Wallsa, to on tak mu skopie tyłek, że na półdupku zostanie odcisk buta.

Gdy nie opowiadał nam o swych wszystkich bohaterskich czynach, snuł wizje niezwykłych przyszłych dokonań. Na przykład budowy Szklanego Zamku. Wszystkie techniczne umiejętności i geniusz matematyczny taty zostaną wykorzystane w toku realizacji jednego szczególnego projektu - budowy wspaniałego, wielkiego domu na pustyni. Ze szklanym sufitem, grubymi szklanymi ścianami i nawet schodami ze szkła. Na Szklanym Zamku stanie bateria słoneczna, która będzie pochłaniać promienie słoneczne i zmieniać je w energię elektryczną potrzebną do ogrzewania, klimatyzacji i zasilania wszystkich domowych urządzeń. Będziemy mieli nawet własny system oczyszczania wody. Tata wymyślił już projekt, rozrysował go i prawie wszystko powyliczał. Gdziekolwiek szedł, zabierał ze sobą plany Szklanego Zamku, a czasami rozwijał je i pozwalał nam aranżować wnętrza naszych pokoi.

Musimy tylko znaleźć złoto - mówił tata - a jesteśmy już bardzo blisko celu. Kiedy tylko dokończy pracę nad Poszukiwaczem i staniemy się bogaci, rozpocznie budowę Szklanego Zamku.

 

Chociaż tata tak bardzo lubił opowiadać o sobie, z trudem udawało się wyciągnąć z niego jakiekolwiek informacje o rodzicach czy o tym, gdzie się urodził. Wiedzieliśmy, że pochodził z górniczego miasteczka o nazwie Welch w Wirginii Zachodniej i że było tam dużo węgla, a ojciec, urzędnik na kolei, siedział przez cały dzień na małej stacyjce i zapisywał na arkuszach papieru informacje, które unosząc na kiju, pokazywał maszynistom. Tacie nie odpowiadało takie życie, więc mając siedemnaście lat, wyjechał z Welch, zaciągnął się do lotnictwa i został pilotem.

Jedna z jego ulubionych historii, którą opowiedział nam chyba z setkę razy, była o tym, jak poznał naszą mamę i się w niej zakochał. Służył wtedy w lotnictwie, a mama w USO, służbie pomocniczej wojsk stacjonujących za granicą, ale spotkali się, kiedy przyjechała na urlop do rodziców na ranczo przy Fish Creek Canyon.

Tata wraz z paroma kumplami z wojska siedział na krawędzi kanionu. Zbierali się na odwagę, żeby skoczyć do jeziora, które leżało jakieś dwanaście metrów poniżej, kiedy zajechała tam mama z koleżanką. Miała na sobie biały kostium kąpielowy, który podkreślał jej figurę i śniadą skórę opaloną słońcem Arizony. Jej jasnobrązowe włosy latem płowiały do blond, a prócz karminowej szminki na ustach nigdy nie nakładała makijażu. Wyglądała jak gwiazda filmowa - opowiadał tata - i do diaska, chociaż poznał przedtem wiele pięknych kobiet, przy żadnej dotąd nie zmiękły mu kolana. Z mamą było inaczej. Od razu zauważył, że ma charakter. Zakochał się od pierwszego wejrzenia.

Mama podeszła do wojaków i oświadczyła, że skok z klifu to pikuś i że ona tu skacze od dziecka. Ponieważ jej nie uwierzyli, stanęła na klifie, rozpostarła ramiona i wykonała popisowy skok.

Tata skoczył za nią. W żadnym wypadku - mówił - nie mógł pozwolić, aby wymknęła mu się taka fajna babka.

- Tato, a ty jak skoczyłeś? - pytałam za każdym razem.

- Wykonałem skok spadochroniarza. Bez spadochronu - odpowiadał niezmiennie.

Tata popłynął za mamą i tam, w wodzie, od razu oznajmił jej, że się z nią ożeni.

- Dwudziestu trzech mężczyzn mi się oświadczyło - odparła mama - i wszystkich odesłałam z kwitkiem. Dlaczego sądzisz, że przyjmę twoje oświadczyny?

- Ja się tobie nie oświadczyłem - sprostował tato. - Powiedziałem, że się z tobą ożenię.

Pobrali się pół roku później. Zawsze uważałam, że to najbardziej romantyczna historia, jaką kiedykolwiek słyszałam, natomiast mama jej nie lubiła. Nie widziała w niej nic romantycznego.

- Musiałam powiedzieć "tak" - tłumaczyła się. - Wasz ojciec nie przyjąłby odmowy. Poza tym - mówiła - chciałam uwolnić się od matki, która o wszystkim za mnie decydowała. Nie miałam pojęcia, że wasz ojciec okaże się jeszcze gorszy.

Po ślubie tata zrezygnował ze służby wojskowej, ponieważ chciał zdobyć majątek na utrzymanie rodziny, a armia nie stwarzała takich możliwości. Po kilku miesiącach mama zaszła w ciążę. Lori do trzeciego roku życia była łysa jak kolano i nie wydała z siebie ani jednego dźwięku. A potem, ni stąd, ni zowąd, urosły jej loczki koloru miedzi i zaczęła wyrzucać z siebie potoki słów. Przypominały bełkot i wszyscy uważali, że jest niedorozwinięta, prócz mamy, która doskonale ją rozumiała i twierdziła, że ma bardzo bogate słownictwo.

W rok po narodzinach Lori przyszła na świat druga córka - Mary Charlene z kruczoczarnymi włosami i z oczyma koloru czekolady, takimi jak taty. Ale kiedy miała dziewięć miesięcy, nagle zmarła w nocy. Śmierć łóżeczkowa - powtarzała mama. Dwa lata później urodziłam się ja.

- Miałaś zastąpić Mary Charlene - oznajmiła mama. Powiedziała, że zamówiła drugą rudowłosą dziewczynkę, żeby Lori nie czuła się jak odmieniec. - Byłaś takim chudzielcem - wspominała. - Najdłuższym i najchudszym noworodkiem, jakiego kiedykolwiek widziały położne.

Brian pojawił się, gdy skończyłam rok. Mama mówiła, że był błękitnym dzieckiem. Kiedy się urodził, nie mógł chwycić oddechu i zesztywniał. Ilekroć o tym opowiadała, prostowała ręce, zaciskała szczęki i wybałuszała oczy, żeby pokazać, jak Brian wyglądał. Kiedy go takiego zobaczyła, pomyślała: ha, i ten też jest na straty. Jednak Brian przeżył. Ataki powtarzały się przez pierwszy rok, a potem nagle ustąpiły. Zmienił się w twardego, małego faceta, który nigdy nie zapiszczał ani nie zapłakał, nawet wtedy, gdy niechcący zepchnęłam go z górnego łóżka i złamał sobie nos.

Nasza mama zawsze uważała, że ludzie za bardzo się trzęsą nad dziećmi. Cierpienie w dzieciństwie wychodzi na dobre - mawiała. - Uodpornia ciało i duszę. Dlatego nie reagowała, kiedy płakaliśmy. Przejmowanie się płaczem dziecka jeszcze bardziej je do niego zachęca. To wzmocnienie negatywnego zachowania.

Mama nie wydawała się przeżywać śmierci Mary Charlene.

- Bóg wie, co czyni - mówiła. - Obdarzył mnie kilkorgiem udanych dzieci, ale dał mi też jedno nie do końca udane i powiedział: "Ups, lepiej zabiorę je z powrotem".

Tata natomiast nie chciał o niej rozmawiać. Jeżeli przypadkiem wypłynęło jej imię, twarz mu tężała i wychodził z pokoju. To on znalazł ją martwą w łóżeczku i mama nie mogła uwierzyć, że aż tak bardzo go to poruszyło.

- Kiedy ją znalazł, stał skamieniały, tuląc sztywne ciałko w ramionach, jakby był w szoku czy coś, a potem zawył jak ranne zwierzę - opowiadała. - W życiu nie słyszałam takiego potwornego krzyku.

Według mamy tata nigdy nie wrócił do siebie po śmierci Mary Charlene. Zaczął miewać napady złego humoru, przesiadywał poza domem, a potem wracał pijany wieczorem, no i tracił pracę za pracą. Krótko po narodzinach Briana brakowało nam pieniędzy i któregoś dnia zastawił pierścionek zaręczynowy mamy z dużym brylantem, za który zapłaciła babcia, czym bardzo mamę zdenerwował. Później, ilekroć się kłócili, mama wywlekała sprawę pierścionka. Wtedy tata kazał jej przestać biadolić. Obiecywał, że kupi jeszcze bardziej bajerancki pierścionek od tego, który zastawił. I dlatego musieliśmy znaleźć złoto. Żeby kupić mamie nowy pierścionek. No i żeby zbudować Szklany Zamek.

 

Kiedy tata z mamą wyszli z Baru None Baru, obdarzyli każdego z nas długim paskiem suszonej wołowiny i batonikiem. Najpierw zjadłam wołowinę, a mój batonik Mounds zmienił się w brunatną, lepką maź, zanim zdążyłam go rozwinąć. Postanowiłam zachować go na wieczór, żeby stwardniał, gdy na pustyni pochłodnieje.

Przejechaliśmy właśnie przez jakieś miasteczko. Tata prowadził, trzymając w palcach jednej ręki papierosa, a w drugiej brązową butelkę z piwem. Lori siedziała z przodu pomiędzy nim i mamą, a Brian, który jechał ze mną z tyłu, usiłował przehandlować połówkę swego batonika Trzej Muszkieterowie za połowę mojego Mounds. Nagle samochód zarzucił na jakimś przejeździe kolejowym, drzwi się otworzyły i wypadłam na drogę.

Sturlałam się kilka metrów z nasypu, a gdy się zatrzymałam, byłam zbyt zszokowana, żeby się rozpłakać, w dodatku nie mogłam złapać tchu, a w oczach i w ustach miałam piasek i drobne kamyki. Podniosłam głowę i patrzyłam, jak Zielony Wagon maleje z każdą sekundą, a potem znika za zakrętem.

Krew spływała mi po czole i leciała z nosa. Kolana i łokcie miałam obtarte do krwi i oblepione piachem. Nadal ściskałam w dłoni batonik. Rozgniótł się podczas upadku i spod podartego opakowania wyciekło białe kokosowe nadzienie, również uwalane w piachu.

Gdy tylko wrócił mi oddech, wdrapałam się po nasypie na drogę i usiadłam, żeby poczekać, aż wrócą tata z mamą. Wszystko mnie bolało. Mała tarcza słońca była rozpalona do białości. Zerwał się wiatr i toczył kurz po poboczu. Czekałam, jak mi się wydawało, bardzo długo, zanim uderzyła mnie myśl, że tata z mamą mogą po mnie nie wrócić. Mogli nie zauważyć, że zniknęłam. Mogą uznać, że nie warto po mnie wracać, bo tak jak Don Kichot byłam dla nich ciężarem, bez którego będzie im lżej.

W miasteczku za mną panowała martwa cisza, na drodze nie pojawił się ani jeden samochód. Rozpłakałam się, ale wtedy wszystko jeszcze bardziej zaczęło mnie boleć. W końcu podniosłam się i ruszyłam w stronę zabudowań, lecz po chwili zawróciłam i z powrotem usiadłam na torach, bo doszłam do wniosku, że jeśli mama i tata jednak po mnie wrócą, nie odnajdą mnie.

Kiedy zdrapywałam zaschniętą krew z kolan, podniosłam głowę i zobaczyłam Zielony Wagon wyłaniający się zza zakrętu. Pędził ku mnie, powiększając się coraz bardziej i na koniec zatrzymał się przede mną z piskiem hamulców. Tata wysiadł, przyklęknął i próbował mnie uściskać. Uchyliłam się.

- Myślałam, że mnie zostawiliście - powiedziałam.

- Och, nigdy bym tego nie zrobił - zapewnił mnie. - Twój brat usiłował nam wytłumaczyć, że wypadłaś, ale tak cholernie bełkotał, że nie rozumieliśmy ani słowa.

Tata zaczął strzepywać żwir z mojej twarzy. Część wbiła mi się w skórę i musiał sięgnąć do schowka po szczypczyki o cienkich końcach. Kiedy powyjmował wszystkie kamyki, chusteczką usiłował zatamować krew z nosa. Kapała jak z zepsutego kranu.

- A niech to, skarbie! - zawołał. - Nieźle rozwaliłaś tę swoją puszkę na smarki.

Zaniosłam się śmiechem na cały głos. "Puszka na smarki" była najśmieszniejszym określeniem na nos, jakie kiedykolwiek słyszałam. Kiedy tata mnie oczyścił i wsadził do samochodu, powtórzyłam to określenie Brianowi, Lori i mamie. Wszyscy zaczęli się śmiać tak samo głośno jak ja. Puszka na smarki. Strasznie zabawne.

 

Tata stwierdził, że musimy odjechać bardzo daleko od Las Vegas, bo ściga go mafia rządząca kasynami. Skierowaliśmy się na zachód, jadąc najpierw przez pustynię, a potem przez góry. Mama powiedziała, że chociaż raz w życiu powinniśmy pomieszkać w pobliżu Pacyfiku, więc obraliśmy kurs na San Francisco.

Mama nie chciała się zatrzymać w którymś z okupowanych przez turystów hoteli blisko Fisherman's Wharf, bo - jak to ujęła - są nieautentyczne i odcięte od prawdziwego życia miasta. Znaleźliśmy więc taki hotel, który miał więcej charakteru, w miejscu zwanym Tenderloin District. Mieszkali tam rybacy i mocno wymalowane panie. Tata stwierdził, że to noclegownia, ale według mamy było to TDSG. Kiedy spytałam, co to znaczy, wyjaśniła, że hotel przeznaczony jest tylko dla szczególnych gości.

Gdy mama z tatą wychodzili szukać funduszy na Poszukiwacza, my bawiliśmy się w hotelu. Pewnego dnia znalazłam do połowy wypełnione pudełko zapałek. Byłam zachwycona, ponieważ o wiele bardziej wolałam drewniane zapałki w pudełkach niż te giętkie w kartonikach. Poszłam z nimi na górę i zamknęłam się w łazience. Urwałam kawałek papieru toaletowego, podpaliłam i płonący wrzuciłam do toalety. Torturowałam ogień, dawałam mu życie, a potem je odbierałam. Później wpadłam na lepszy pomysł. Ułożyłam w muszli stos z papieru, podpaliłam go, a kiedy się zajął i płomienie bezgłośnie pięły się ponad muszlę, spuściłam wodę.

Kiedyś obudziłam się nagle w nocy. Powietrze było gorące i ciężkie. Poczułam dym, a w oknie zobaczyłam tańczące płomienie. Z początku nie mogłam się zorientować, czy pali się na zewnątrz, czy wewnątrz, dopóki nie zobaczyłam, że kilkanaście centymetrów od łóżka stoi w ogniu jedna zasłona.

Ani mamy, ani taty nie było w pokoju, a Lori i Brian nadal spali. Chciałam ostrzec ich krzykiem, ale żaden dźwięk nie wydobył mi się z gardła. Chciałam wyciągnąć rękę i nimi potrząsnąć, lecz nie mogłam się ruszyć. Ogień nasilał się, płonął coraz mocniej i gniewniej.

I wtedy drzwi otwarły się z impetem i ktoś zawołał nas po imieniu. To był tata. Lori i Brian obudzili się i pobiegli do niego, krztusząc się dymem. Ja ciągle nie byłam w stanie się ruszyć. Wpatrywałam się w ogień, pewna, że lada chwila płomienie dosięgną koca. Tata owinął mnie w pled, podniósł z łóżka i zbiegł po schodach, jedną ręką prowadząc Lori z Brianem, a drugą obejmując mnie.

Zaprowadził nas wszystkich do baru po przeciwnej stronie ulicy, a sam wrócił, żeby pomagać gasić pożar. Kelnerka z czerwonymi paznokciami i czarno-niebieskimi włosami zapytała, czy napijemy się coli albo, a niech tam, nawet piwa, bo tej nocy jesteśmy po ciężkich przeżyciach. Brian i Lori powiedzieli, że chcą coca-colę, a ja zapytałam, czy mogłabym dostać shirley temple, bo tata mi ją zawsze kupuje, ilekroć zabiera mnie do baru. Nie wiadomo dlaczego kelnerka się roześmiała.

Ludzie w barze żartowali z kobiet, które uciekały nago z płonącego hotelu. Ja też miałam na sobie tylko bieliznę, więc siedziałam szczelnie owinięta kocem. Gdy dopiłam moją shirley temple, chciałam wrócić na ulicę, ale kelnerka mnie zatrzymała, więc wdrapałam się na stołek i wyglądałam przez okno. Przyjechały wozy strażackie. Pulsowały światła, a strażacy w czarnych gumowych kurtkach trzymali parciane węże, z których lały się silne strumienie wody.

Zastanawiałam się, czy ten ogień przyszedł po mnie. Czy wszystkie ognie są spokrewnione, tak jak według taty ludzie, i czy ogień, który poparzył mnie tamtego dnia, gdy odgrzewałam parówki, jest jakoś powiązany z tym spłukiwanym w muszli i z płomieniami w hotelu. Nie znalazłam odpowiedzi na te pytania, ale jednego byłam pewna - świat, w którym żyłam, w każdej chwili mógł stanąć w ogniu. Taka wiedza każe się mieć na baczności.

 

Kiedy siedziałam w taksówce, zastanawiając się, czy nie ubrałam się przesadnie na tę okazję, spojrzałam przez okno i zobaczyłam matkę grzebiącą w śmietniku. Zapadł już zmrok. Porywisty marcowy wiatr miotał pasemkami pary sączącej się ze studzienek, przechodnie, z postawionymi kołnierzami, przemierzali ulicę szybkim krokiem. Utknęłam w korku dwie przecznice od miejsca, gdzie odbywało się przyjęcie, na które jechałam.

Mama stała niecałe pięć metrów ode mnie. Okutana w łachmany mające ją chronić przed wiosennym chłodem, grzebała w śmietniku, a jej pies, biało-czarny terier mieszaniec, baraszkował przy nogach. Zauważyłam dobrze znane mi gesty - sposób, w jaki przechylała głowę i wydymała dolną wargę, oglądając w skupieniu rzeczy wyciągnięte ze śmietnika, które ewentualnie mogły się przydać, błysk dziecięcej radości w szeroko otwartych oczach, gdy znalazła coś, co jej się spodobało. Długie, poprzetykane siwizną włosy były splątane i zmierzwione, oczy głęboko zapadnięte, lecz nadal przypominała mi tamtą mamę z dzieciństwa, która skakała z klifu z rozpostartymi ramionami, malowała na pustyni i czytała na głos Szekspira. Kości policzkowe miała wciąż mocno zarysowane, tylko cera zwiotczała i poczerwieniała po tych wszystkich latach i zimach spędzonych na dworze. Prawdopodobnie w oczach przechodniów wyglądała tak samo jak każdy z tysięcy bezdomnych w Nowym Jorku.

Nie widziałam jej od wielu miesięcy i kiedy podniosła wzrok, przestraszyłam się, że mnie zauważy i zawoła po imieniu, a ktoś, jadący na to samo przyjęcie, zobaczy nas razem, mama się przedstawi i mój sekret wyjdzie na jaw.

Osunęłam się niżej na siedzenie i poprosiłam taksówkarza, żeby zawrócił i zawiózł mnie do domu na Park Avenue.

Taksówka stanęła przed domem, odźwierny przytrzymał mi drzwi, windziarz zawiózł na moje piętro. Jak prawie każdego wieczoru mąż pracował do późna i ciszę w domu zakłócił jedynie stukot moich obcasów na wypolerowanej drewnianej podłodze. Nadal byłam roztrzęsiona niespodziewanym spotkaniem i widokiem mamy radośnie grzebiącej w śmietniku. Nastawiłam płytę z Vivaldim w nadziei, że muzyka mnie ukoi.

Rozejrzałam się po pokoju. Stały tu wazy z brązu i srebra z przełomu wieków, stare książki z podniszczonymi skórzanymi grzbietami, wyszukiwane na pchlich targach. A także mapy z czasów króla Jerzego, które dałam do oprawy, perskie kobierce oraz głęboki skórzany fotel, w który lubiłam się zagłębić pod koniec dnia. Usiłowałam stworzyć tu swój dom, przeobrazić go w takie miejsce, gdzie chciałabym mieszkać, ja, taka, jaką pragnęłam być. Nigdy jednak nie cieszyłam się w pełni swoim pokojem, bo martwiłam się o mamę i tatę przycupniętych gdzieś na chodnikowej kratce. Przejmowałam się nimi, a zarazem odczuwałam zażenowanie i wstyd, że noszę perły i mieszkam na Park Avenue, gdy moi rodzice szukają ciepłego kąta i pożywienia.

Co mogłam na to poradzić? Wiele razy próbowałam im pomóc, lecz tata twierdził z uporem, że niczego im nie potrzeba, a mama prosiła o coś tak absurdalnego jak perfumy w atomizerze albo karta członkowska klubu fitness. Twierdzili, że żyją tak, jak im się podoba.

Kiedy ukryłam się w taksówce przed mamą, poczułam do siebie nienawiść - nienawidziłam swoich antyków, ubrań i mieszkania. Musiałam coś zrobić, zadzwoniłam więc do znajomej mamy i zostawiłam wiadomość. Tak się kontaktowałyśmy. Zawsze upływało parę dni, zanim mama oddzwoniła, i tak jak zawsze rozmawiała ze mną pogodnym, swobodnym tonem, jakbyśmy dzień wcześniej zjadły razem lunch. Powiedziałam, że chcę się z nią zobaczyć, i zaprosiłam do mnie do domu, ale ona wolała spotkać się w jakimś lokalu. Uwielbiała jadać na mieście, więc umówiłyśmy się na lunch w jej ulubionej chińskiej restauracji.

Kiedy przyszłam, siedziała w boksie i studiowała menu. Zadała sobie trud, żeby się trochę ogarnąć. Była ubrana w obszerny, popielaty sweter z kilkoma jaśniejszymi plamami, a na nogach miała czarne męskie buty. Umyła twarz, ale szyja i skronie pozostały szare od brudu.

Pomachała radośnie na mój widok.

- Moja dziewczynka! - zawołała.

Pocałowałam ją w policzek. Już zdążyła zgarnąć ze stołu do torebki wszystkie saszetki z sosem sojowym i z pikantną musztardą. Teraz z drewnianej miseczki przesypała do niej suchy makaron.

- Mała przekąska na później - wyjaśniła.

Złożyłyśmy zamówienie. Mama wybrała seafood delight.

- Wiesz, jak uwielbiam owoce morza - powiedziała.

Zaczęła mówić o Picassie. Widziała jego wystawę i doszła do wniosku, że został przereklamowany. Jej zdaniem kubizm jest efekciarski. Po okresie różowym Picasso nie namalował już niczego godnego uwagi.

- Martwię się o ciebie - wyznałam. - Powiedz, jak mogę ci pomóc.

Jej uśmiech przygasł.

- Dlaczego sądzisz, że potrzebuję pomocy?

- Nie jestem bogata - zastrzegłam się. - Ale mam trochę pieniędzy. Powiedz, czego potrzebujesz.

Zastanawiała się przez chwilę.

- Przydałaby mi się wizyta u kosmetyczki.

- Bądź poważna.

- Mówię serio. Dobry wygląd poprawia kobiecie samopoczucie.

- No nie, mamo. - Poczułam charakterystyczne sztywnienie mięśni barków, co nieustannie powtarzało się w trakcie naszych rozmów. - Mam na myśli coś, co pomogłoby odmienić wasze życie, ułatwić je.

- Chcesz mi pomóc w odmianie życia? - zdziwiła się. - Jestem z niego zadowolona. To ty potrzebujesz pomocy. Masz pogmatwany system wartości.

- Mamo, parę dni temu widziałam, jak grzebałaś w śmietniku w East Village.

- Hm, ludzie w tym kraju są nadto rozrzutni. To mój sposób na recykling. - Wzięła do ust kęs seafood delight. - Dlaczego się ze mną nie przywitałaś?

- Bo się potwornie wstydziłam, mamo. Schowałam się.

- Widzisz? - wytknęła mi, celując we mnie pałeczką. - No właśnie. Dokładnie o tym mówię. Zbyt łatwo popadasz w zakłopotanie. Jesteśmy z ojcem tacy, jacy jesteśmy. I musisz się z tym pogodzić.

- A co mam powiedzieć ludziom o moich rodzicach?

- Powiedz im prawdę - zaproponowała. - To takie proste.

 

Paliłam się.

To moje najwcześniejsze wspomnienie. Miałam wtedy trzy lata. Mieszkaliśmy na parkingu dla przyczep w jakimś miasteczku w południowej Arizonie, którego nazwy nigdy nie poznałam. Stałam na krześle przy kuchence, ubrana w różową sukienkę od babci. Róż był moim ulubionym kolorem. Dół sukienki sterczał jak spódniczka baletnicy, dlatego ochoczo kręciłam w niej piruety przed lustrem, myśląc, że wyglądam jak balerina. Podgrzewałam parówki. W świetle południowego słońca, które sączyło się przez okienko mikroskopijnej kuchni w przyczepie, przyglądałam się, jak nabrzmiewają i podrygują we wrzątku.

Słyszałam śpiew mamy, pracującej nad obrazem w pokoju obok. Nasz czarny kundelek, Juju, nie spuszczał ze mnie oczu. Wbiłam jedną z parówek na widelec i pochyliłam się, żeby mu ją podać. Parówka była gorąca, więc Juju lizał ją ostrożnie, a kiedy się wyprostowałam i znowu zaczęłam mieszać w garnku, poczułam powiew gorąca po mojej prawej stronie. Gdy się obejrzałam, by sprawdzić, skąd pochodzi, zobaczyłam, że sukienka stanęła w ogniu. Odrętwiała z przerażenia, patrzyłam, jak różowy materiał zwija się i brązowieje lizany przez żółto-białe płomienie pełznące w stronę brzucha. W końcu płomienie wystrzeliły, sięgając twarzy.

Krzyknęłam przeraźliwie. Czułam zapach spalenizny i słyszałam trzaski, kiedy ogień palił mi włosy i rzęsy. Juju szczekał. Krzyknęłam jeszcze raz.

Mama wbiegła do kuchni.

- Mamo, ratuj! - krzyknęłam przerażona. Ciągle stojąc na krześle, machinalnie strzepywałam ogień widelcem, którym przed chwilą mieszałam w garnku z parówkami.

Mama pobiegła do pokoju i wróciła z wojskowym kocem, którego nie cierpiałam ze względu na drapiącą szorstką wełnę. Zarzuciła go na mnie, żeby zdusić płomienie. Tata zabrał samochód, więc szukając pomocy, mama chwyciła mnie oraz mojego młodszego brata Briana i pobiegła do sąsiedniej przyczepy. Kobieta, która tam mieszkała, rozwieszała akurat pranie. Klamerki trzymała w ustach. Mama nienaturalnie spokojnym głosem wyjaśniła, co się stało, i zapytała grzecznie, czy moglibyśmy pojechać do szpitala. Kobieta cisnęła klamerki i pranie na ziemię, a potem bez słowa pobiegła po samochód.

Kiedy dotarliśmy do szpitala, pielęgniarki ułożyły mnie na noszach. Porozumiewały się głośnym, niespokojnym szeptem, gdy połyskliwymi metalowymi nożycami rozcinały to, co zostało z mojej ślicznej różowej sukienki. A potem przeniosły mnie na duże metalowe łóżko zasypane kostkami lodu, ułożyły płasko i obłożyły lodem. Lekarz z siwymi włosami i w okularach o czarnych oprawkach wyprowadził mamę z sali. Gdy wyszli, usłyszałam, jak mówi, że mój stan jest bardzo poważny. Pielęgniarki zostały i krzątały się przy mnie nerwowo. Czułam, że narobiłam sporo zamieszania, więc leżałam cichutko. Jedna z nich uścisnęła mi rękę i powiedziała, że wszystko będzie dobrze.

- Wiem - odparłam. - A jeżeli nie będzie, to też w porządku.

Pielęgniarka jeszcze raz uścisnęła mi rączkę i przygryzła dolną wargę.

W niewielkim białym pokoju jaskrawo świeciły lampy i stały metalowe szafki. Wpatrywałam się przez chwilę w rzędy mikroskopijnych punktów na panelach sufitu. Kostki lodu zakrywały mi brzuch oraz żebra i uwierały w policzki. Kątem oka dostrzegłam, jak kilka centymetrów od mojej twarzy pojawia się mała, brudna rączka i porywa garść kostek. Usłyszałam głośne chrupanie i spojrzałam w dół. To Brian pałaszował lód.

Lekarz powiedział, że miałam szczęście, iż przeżyłam. Pobrali mi płaty skóry z ud i nanieśli na najciężej poparzone miejsca na brzuchu, żebrach i klatce piersiowej. Wyjaśnili, że to się nazywa przeszczep. Na koniec owinęli bandażem całą prawą stronę.

- Popatrz, jestem na wpół mumią - powiedziałam do jednej z pielęgniarek. Uśmiechnęła się i umieściła moją rękę na temblaku, po czym przymocowała go do zagłówka łóżka tak, abym nie mogła nią ruszać.

Lekarze i pielęgniarki zadawali mi mnóstwo pytań. Jak doszło do tego, że się poparzyłaś? Czy twoi rodzice kiedykolwiek cię bili? Skąd masz te wszystkie sińce i zadrapania? Moi rodzice nigdy mnie nie uderzyli - odparłam. Siniaki i zadrapania są od zabaw na dworze, a poparzyłam się, grzejąc parówki. Pytali, co mi przyszło do głowy, żeby w wieku trzech lat odgrzewać sobie parówki. To łatwe - oznajmiłam. Po prostu wkłada się je do wody i gotuje. To co innego niż te różne skomplikowane przepisy, które można zrozumieć dopiero wtedy, gdy się jest dużym. Garnek z wodą był dla mnie za ciężki, więc przysunęłam krzesło do zlewu, weszłam na nie i nalałam wody do szklanki, a potem przystawiłam krzesło do kuchenki i wlałam wodę do garnka. Tak długo powtarzałam tę czynność, aż w garnku było dość wody. Wtedy włączyłam kuchenkę i wrzuciłam parówki.

- Mama mówi, że jestem dojrzała jak na swój wiek i często pozwala mi samej gotować - pochwaliłam się.

Dwie pielęgniarki wymieniły spojrzenia, a jedna odnotowała coś w notatniku na podkładce z klipsem. Zapytałam, o co chodzi. O nic - odparły - zupełnie o nic.

Co kilka dni pielęgniarki zmieniały mi opatrunek. Odkładały na bok zużyte bandaże, poplamione krwią i czymś żółtym, z przylepionymi kawałeczkami spalonej skóry. A potem przykładały na oparzenia płachty gazy. W nocy przesuwałam lewą dłonią po szorstkiej, pokrytej strupami skórze, tam gdzie nie było opatrunku. Czasami zdrapywałam strupy. Siostry nie pozwalały mi tego robić, ale nie mogłam się powstrzymać, aby nie sprawdzić, jak duży strup uda mi się oderwać, jeśli będę go ściągać bardzo powoli. Raz uzbierałam ich kilka i udawałam, że rozmawiają między sobą piskliwymi głosikami.

Szpital był czysty i błyszczący. Ściany, pościel, mundurki pielęgniarek - wszystko było białe albo srebrne jak łóżka, tace czy instrumenty medyczne. Wszyscy mówili uprzejmym, stonowanym głosem. Cisza była taka, że z korytarza dochodził skrzyp gumowych podeszew butów pielęgniarek.

Podobało mi się również, że dostałam własny pokój, bo w przyczepie mieszkałam razem z bratem i z siostrą. W mojej sali był nawet telewizor na ścianie. W domu nie mieliśmy, więc teraz z przyjemnością oglądałam prawie wszystko. Najbardziej lubiłam Reda Buttonsa i Lucille Ball.

Pielęgniarki i lekarze zawsze mnie wypytywali, jak się czuję, czy chce mi się jeść i czy czegoś nie potrzebuję. Siostry trzy razy dziennie przynosiły mi pyszne posiłki z owocowym koktajlem albo z galaretką na deser i zmieniały mi pościel, mimo że wyglądała na czystą. Czasami czytałam im na głos, a one mówiły, że jestem bardzo bystra i potrafię czytać jak sześciolatka.

Któregoś dnia siostra z żółtymi falistymi włosami i z niebieskimi cieniami na powiekach coś żuła. Zapytałam ją, co trzyma w ustach, a ona odpowiedziała, że to guma. Nigdy nie słyszałam o gumie do żucia, więc poszła i przyniosła mi całą paczkę. Wyjęłam jeden paseczek, rozwinęłam z białego papierka, a następnie z połyskliwej srebrnej folii i oglądałam pudrową, beżowawą gumę. Kiedy wsunęłam ją do ust, zaskoczył mnie jej wyrazisty, słodki smak.

- Jest naprawdę dobra! - zawołałam.

- Tylko przypadkiem jej nie połknij - ostrzegła mnie uradowana.

Posłała mi szeroki uśmiech i sprowadziła inne siostry, żeby mogły sobie popatrzeć, jak pierwszy raz w życiu żuję gumę. Kiedy mi przyniosła obiad, wyjaśniła, że muszę wypluć gumę, ale mam się tym nie przejmować, bo po jedzeniu mogę wziąć nową. Jeśli skończy się ta paczka, kupi mi następną. To właśnie było dobre w szpitalu. Nigdy nie należało się martwić, że skończą się takie rzeczy jak jedzenie, lód, a nawet guma do żucia. Byłabym bardzo szczęśliwa, gdybym mogła tam zostać na zawsze.

Gdy odwiedzała mnie moja rodzina, jej sprzeczki, śmiechy, śpiewy i pokrzykiwania niosły się echem po cichych korytarzach. Siostry uciszały gości, lecz mama, tata, Lori i Brian tylko na kilka minut zniżali głos, a potem się zapominali. Wszyscy zawsze odprowadzali wzrokiem tatę. Nie potrafiłam zgadnąć, czy przyglądali mu się dlatego, że był taki przystojny, czy też dlatego, że zwracał się do ludzi per "chłopie" lub "brachu" i śmiejąc się, odrzucał głowę do tyłu.

Któregoś dnia tata pochylił się nade mną i zapytał, czy pielęgniarki i lekarze dobrze mnie traktują. Bo jeśli nie - powiedział - to skopie im tyłki. Opisałam, jak bardzo wszyscy są dobrzy i mili.

- Oczywiście, że są - odparł. - Wiedzą, że jesteś córką Rexa Wallsa.

Ponieważ mama chciała wiedzieć, co takiego miłego robią lekarze i pielęgniarki, powiedziałam jej o gumie do żucia.

- Fuj! - prychnęła, po czym dodała, że nie toleruje żucia gumy. To obrzydliwy nawyk pospólstwa i pielęgniarka powinna była najpierw się z nią skontaktować przed zachęceniem mnie do takiego prostackiego zachowania. Oznajmiła, że ją ochrzani, bo jest moją matką i ma prawo decydować o wychowaniu swojego dziecka.

- Tęsknicie za mną? - spytałam moją starszą siostrę Lori podczas którychś odwiedzin.

- Nie za bardzo - odpowiedziała. - Za dużo się dzieje.

- Na przykład co?

- No wiesz, jak zwykle.

- Kochanie, Lori może za tobą nie tęskni, ale ja tak - odezwał się tata. - Nie powinnaś tkwić w tej sterylnej norze.

Usiadł na łóżku i zaczął opowiadać, jak Lori ugryzł kiedyś jadowity skorpion. Słyszałam tę historię dziesiątki razy, ale podobał mi się sposób, w jaki tata ją opowiadał. Rodzice poszli przejść się po pustyni, a Lori, wtedy czteroletnia, odwróciła kamień i skorpion, który się pod nim ukrywał, ugryzł ją w nogę. Dostała drgawek, zesztywniała i pokryła się potem. Ponieważ tata nie ufał szpitalom, zaniósł ją do szamana ze szczepu Nawahów, który otworzył ranę, posmarował ją ciemnobrązowym mazidłem, wymruczał jakieś zaklęcia i Lori prawie natychmiast była jak nowa.

- Tamtego dnia, kiedy się poparzyłaś, matka powinna była cię zawieźć do szamana - powiedział - a nie do tych zarozumiałych dupków, konowałów.

Kiedy następnym razem mnie odwiedzili, Brian miał głowę owiniętą szarawym bandażem, poplamionym zaschniętą krwią. Mama wyjaśniła, że zleciał z kanapy i rozbił sobie głowę, ale razem z tatą postanowili nie zawozić go do szpitala.

- Wszystko było we krwi - mówiła - ale jeden dzieciak w szpitalu wystarczy.

- Poza tym - wtrącił tato - Brian ma twardą głowę, myślę, że podłoga bardziej na tym ucierpiała.

Brian uznał to za zabawne i dostał ataku śmiechu.

Mama powiedziała, że na loterii w wesołym miasteczku wylosowała na moje imię przejażdżkę helikopterem. Podnieciłam się. Nigdy jeszcze nie leciałam helikopterem ani samolotem.

- Kiedy się przelecę? - spytałam.

- Och, myśmy już to zrobili - odparła. - Było fajnie.

Tata wdał się w kłótnię z lekarzem. Według niego nie powinni mnie bandażować.

- Oparzeliny muszą oddychać - oznajmił.

Lekarz wyjaśnił, że bandaże są konieczne, aby zapobiec infekcji.

Tata wbił w niego wzrok.

- Do diabła z infekcją! - warknął.

Zarzucił lekarzowi, że przez niego pozostaną mi blizny na całe życie, ale, na Boga, nie ja jedna wyjdę stąd z bliznami. Uniósł pięści, jakby zamierzał uderzyć doktora. Ten jednak się cofnął, zasłaniając rękami. Zanim do czegokolwiek doszło, pojawił się umundurowany strażnik i kazał tacie, mamie, Lori i Brianowi opuścić szpital.

Później pielęgniarka zapytała mnie, czy dobrze się czuję.

- Jasne - zapewniłam ją.

Dodałam, że nie mam zamiaru się przejmować, jeśli zostanie mi parę głupich, starych blizn. Odpowiedziała, że to dobrze, bo jak widzi, czekają mnie inne kłopoty.

Jakiś czas potem, mniej więcej po sześciu tygodniach mojego pobytu w szpitalu, w drzwiach sali pojawił się sam tata. Oznajmił, że mnie stąd wypisze w stylu Rexa Wallsa.

- Jesteś pewien, że to w porządku? - spytałam.

- Po prostu zaufaj swemu staruszkowi - usłyszałam.

Oswobodził moje prawe ramię z temblaku przytwierdzonego nad głową. Kiedy trzymał mnie blisko, poczułam znajomy zapach vitalisu, whisky i papierosów. Przypomniał mi o domu.

Niosąc mnie na rękach, tata szedł prędko korytarzem. Pielęgniarka krzyknęła, żeby się zatrzymał, a on puścił się biegiem. Pchnął drzwi wiodące do wyjścia ewakuacyjnego, zbiegł po schodach i wypadł na ulicę. Nasz samochód, poobijany plymouth, który nazywaliśmy Niebieską Gęsią, stał zaparkowany za rogiem z silnikiem na jałowym biegu. Mama siedziała z przodu, a Lori, Brian i Juju z tyłu. Tata wsunął mnie na miejsce obok mamy i usiadł za kierownicą.

- Już się niczym nie musisz przejmować, maleńka - zapewnił. - Teraz jesteś bezpieczna.

 

Wydawca poleca

seria MOC KOBIET:

Nieokiełznane

Szklany zamek

Uwięziona w raju

Wyspa dusz

Nieokiełznane

Jeannette Walls

Wspomnienia Jeannette Walls, Szklany zamek, zostały nazwane przez Entertainment Weekly "książką spektakularną". W nowej powieści Walls przedstawia historię swojej babki, opowiedzianą w pierwszej osobie głosem prawdziwym, fascynującym i zwycięskim.

"Te stare krowy jeszcze przed nami wyczuły nadchodzące kłopoty..." Tak zaczyna się biograficzna powieść o Lily Casey Smith, przedsiębiorczej, dzielnej i niezwykłej kobiecie, żyjącej na początku XX wieku w Stanach. Lily w wieku sześciu lat pomagała ojcu ujeżdżać konie, kiedy miała lat piętnaście, opuściła dom, by uczyć się w miasteczku na prerii - żeby do niego dotrzeć, przejechała samotnie pięćset mil na kucyku. Nauczyła się prowadzić samochód ("Kochałam jazdę autem bardziej niż jazdę konną. Samochodów nie trzeba było karmić, jeśli nie pracowały, i nie trzeba było sprzątać po nich łajna") oraz pilotować samolot. Z mężem Jimem prowadziła ogromne ranczo w Arizonie. Wychowała dzieci - jednym z nich była matka autorki - Rose Mary Smith Walls, pięknie sportretowana w powieści Szklany zamek.

Lily przetrwała tornada, susze, powodzie, wielki kryzys i osobistą tragedię. Walczyła z wszelkimi uprzedzeniami - wobec kobiet, Indian i tych, którzy nie pasowali do społeczeństwa.

"Nieziemsko interesująca i zmuszająca do myślenia. Opowieść o zwycięstwie odważnej, postępowej kobiety, która nie dała się ujarzmić".

Donna Seaman, Booklist

"Kolejna niesamowita, realistyczna fabuła oparta na historii rodziny".

Jane Henderson, St. Louis Post-Dispatch

"Lily Casey Smith to niesamowita kobieta - sama była jak nieujarzmiony koń - i najwyraźniej przekazała najlepsze cechy swojej wnuczce. Historia opowiedziana prawdziwym, szczerym głosem, który oczarowuje czytelnika. Obowiązkowa lektura dla wszystkich miłośników dobrej prozy".

Library Journal

"Walls idealnie uchwyciła głos tej jakże mądrej kobiety... Pełna przygód i doskonałych opisów tamtego czasu książka... A wielbicielom Szklanego zamku pozwoli lepiej zrozumieć niezwykłą rodzinę Jeannette Walls".

Tom Beer, Newsday

"Jeannette Walls jako pisarka wykazuje się największym z możliwych talentem. Dysfunkcjonalna rodzina pełna ekscentryków - to nieprzerwane źródło opowiadania. Nieokiełznane zaś to historia o kolejnej z niezwykłych, wyjątkowych kobiet klanu - babce ze strony matki - Lily Casey Smith. Wyobraźcie sobie tylko ujeżdżającą konie Annie Oakley - ze strzelbą, w samolocie".

Craig Wilson, USA Today

 

Kilka dni po powrocie do domu znów odgrzewałam sobie parówki. Zgłodniałam, a mama była zajęta malowaniem i w domu nikt nie mógłby mi ich przygotować.

- Bardzo dobrze - pochwaliła mnie mama, kiedy zobaczyła, co robię. - Musisz się szybko wziąć w garść. Nie możesz żyć w ciągłym strachu przed czymś tak zwyczajnym jak ogień.

Nie żyłam w strachu. Wręcz uległam fascynacji ogniem. Tato też uważał, że powinnam stawić czoło mojemu wrogowi, i pokazał, jak przesuwać palec przez płomień świecy. Próbowałam wielokrotnie i robiąc to coraz wolniej, patrzyłam, jak palec wydaje się przecinać płomień na pół i jednocześnie sprawdzałam, jak długo wytrzymam, nie parząc się. Zawsze wypatrywałam większego ognia. Kiedykolwiek sąsiedzi palili śmieci, biegłam tam i przyglądałam się, jak płomienie próbują uwolnić się z kubła. Skradałam się coraz bliżej, czując na twarzy żar, a kiedy stawał się nie do zniesienia, odstępowałam na tyle, bym mogła wytrzymać.

Kobieta z sąsiedztwa, która zawiozła mnie do szpitala, była zdumiona, że na widok ognia nie rzucam się do ucieczki.

- A czemu niby miałaby uciekać?! - zagrzmiał tata z dumnym uśmiechem. - Ona już stoczyła walkę z ogniem i wyszła z niej zwycięsko.

Zaczęłam podkradać tacie zapałki. Szłam za przyczepę i tam je zapalałam. Uwielbiałam trzask zapałki pocieranej o pasek szorstkiego brunatnego papieru i widok płomieni strzelających z sykiem z czerwonego łebka. Napawałam się uczuciem gorąca na opuszkach palców, a potem triumfująco machałam zapałką. Podpalałam skrawki papieru oraz wiązki gałązek i wstrzymując oddech, czekałam, aż ogień zacznie wymykać się spod kontroli. Wtedy go zadeptywałam, miotając przekleństwa, jakich używał tata: "Ty głupi skurwysynu!", "Ty fiucie!".

Któregoś dnia poszłam za przyczepę z moją ulubioną zabawką, plastikową figurką Tinkerbell. Pięciocentymetrowa laleczka miała żółte włosy ściągnięte na czubku głowy w koński ogon i ręce wsparte na biodrach w taki dumny, zadziorny sposób. To wzbudzało mój podziw. Zapaliłam zapałkę i przybliżyłam ją do twarzy Tinkerbell, żeby zobaczyła, jakie to uczucie. W blasku ognia wydawała się jeszcze piękniejsza. Gdy zapałka zgasła, zapaliłam następną i tym razem przytrzymałam ją bardzo blisko głowy laleczki. Nagle jej oczy rozwarły się jakby pod wpływem strachu i ku memu przerażeniu zobaczyłam, że zaczyna się topić twarz. Zgasiłam zapałkę, ale było za późno. Zgrabny nosek Tinkerbell zniknął, a nadtopione, niegdyś zmysłowe usta spłynęły w dół w odrażającym grymasie. Próbowałam uformować jej rysy, chcąc przywrócić im normalny wygląd, ale tylko bardziej je odkształciłam. Niemal natychmiast twarz lalki ostygła i stwardniała. Owinęłam ją bandażem. Żałowałam, że nie mogę zrobić Tinkerbell przeszczepu, bo musiałabym ją pociąć na kawałki. Ale chociaż jej twarz się stopiła, i tak pozostała moją ulubioną zabawką.