Szklany ogród - Tatiana Tibuleac

Kup ebooka

32.00 zł
24.64 zł (25,60 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

2

Ta­mara Paw­łowna mó­wiła nań nasz męż­czy­zna i nie zda­rzyło się, by prze­cho­dząc obok, nie po­roz­ma­wiała z nim jak z ży­wym. Dłu­gie jak pieśń jest na­sze ogro­dze­nie, Ogro­dze­nie dużą li­terą. Na­sza siła, nasz go­łub­czik[2]. Jego się chwy­ta­ły­śmy, wra­ca­jąc do domu z obo­la­łymi ra­mio­nami i ośli­nio­nymi dłońmi. Obok niego ku­ca­ły­śmy spo­cone, żeby uspo­koić drże­nie ciała. Tu naj­czę­ściej pła­ka­ły­śmy. Albo śmia­ły­śmy się gło­śno, od serca, jak wrony zi­mową porą. "Ile du­szy w ta­kim że­la­stwie!", mó­wiła za każ­dym ra­zem, a ja jej wie­rzy­łam na słowo. Nie było bo­wiem na świe­cie rze­czy, któ­rej Ta­mara Paw­łowna nie wie­dzia­łaby naj­le­piej. Po la­tach, gdy za­sta­łam je prze­żarte rdzą, z prę­tami przy­po­mi­na­ją­cymi po­ła­mane że­bra, pła­ka­łam, jakby mi ktoś bli­ski umarł. Trudno jest za­bić że­lazo, ale je­śli bar­dzo tego chcesz, da się.

Z ma­łego wznie­sie­nia, które było na­szym Eve­re­stem, po­dwórko wi­dzia­ły­śmy jak na dłoni. Wi­dać było kasz­tan z ga­łę­ziami w kształ­cie okrętu i Puł­kow­nika wśród kwia­tów. Poza tym ra­kietę z błysz­czącą czer­woną iglicą i czte­ro­miej­scowy sa­mo­lot, w któ­rego okien­kach tkwiły cztery ja­sno­włose głowy i pu­co­ło­wate dzie­cięce twa­rze. I bia­ło­sine prze­ście­ra­dła po­wie­wa­jące na sznur­kach, ska­mie­niałe od kroch­malu. Wi­dać było Szu­roczkę na bal­ko­nie, jak dra­pie się po no­dze szczotką do czysz­cze­nia dy­wa­nów. I Paw­lika, który się nie ba­wił, tylko stał. Można też było do­strzec przez szyby w oknach ma­sywne syl­wetki ko­biet w su­kien­kach w pa­ski, obo­wiąz­kowo w pa­ski, które koń­czyły go­to­wać i sma­żyć. Bellę Iza­akownę i Rozę z bio­drami w kształ­cie gruszki sto­jące na środku ulicy i szep­czące so­bie coś do ucha. Se­krety, za­wsze se­krety. Za­chara An­to­no­wy­cza z jedną ręką, która mu zo­stała, tro­skli­wie do­ty­ka­jącą or­deru. Zgu­bić or­der straszna rzecz, a jaki wstyd! Wszy­scy, ab­so­lut­nie wszy­scy tam byli. Brzydka Ma­rina, pi­jany Lion­czik. I Eka­te­rina z twa­rzą jak tar­cza księ­życa. Wszyst­kie na­sze ludz­kie sprawy pod szklaną przy­krywką. W tych krót­kich jak mgnie­nie oka chwi­lach, ośle­pia­ją­cych ni­czym błysk lu­sterka, czu­ły­śmy się nad wy­raz szczę­śliwe. Z uwagi na nich wszyst­kich ra­zem wzię­tych i każ­dego z osobna. Z uwagi na nich, z uwagi na nas, z uwagi na jesz­cze je­den dzień, w któ­rym mia­ły­śmy do­kąd wra­cać. "Mieć swoje miej­sce wśród lu­dzi to nie­mała rzecz", mó­wiła Ta­mara Paw­łowna, która wie­działa. Wie­działa o rze­czach i lu­dziach, wie­działa wię­cej, niż mo­gła unieść.

Mię­dzy ogro­dze­niem a miesz­ka­niem była jesz­cze jedna do­lina do prze­by­cia. Dwa­dzie­ścia kro­ków doj­rza­łej ko­biety i trzy­dzie­ści dwa ma­łej ko­bietki. Sta­wia­łam je ostroż­nie i bez po­śpie­chu, zwłasz­cza bez po­śpie­chu, żeby ni­czego nie po­tłuc na ostat­nich me­trach. Po­tem wi­dzieli nas już wszy­scy. "Idą szklarki", szep­tały Ży­dówki, ale ten ich szept każdy sły­szał, bo u Ży­dów nie ma szeptu. I wszystko było ja­sne. Po tych sło­wach, które brzmiały jak wy­rok, nic już nie dało się zro­bić. Nasz drogi sercu dzień po­woli się koń­czył, cho­ciaż da­ły­by­śmy dużo pie­nię­dzy, żeby tro­chę się wy­dłu­żył, żeby nas jesz­cze nie wy­pusz­czał z ra­mion. Pa­trzy­ły­śmy na ostat­nie po­drygi jego jesz­cze cie­płego ciała, z tym wszyst­kim, co nam przy­niósł, czym się z nami po­dzie­lił, ma­jąc wra­że­nie, że sto­imy na za­cza­ro­wa­nym pe­ro­nie, skąd można je­dy­nie od­je­chać. "Idą szklarki!", to był ko­niec. My by­ły­śmy koń­cem.