2
Tamara Pawłowna mówiła nań nasz mężczyzna i nie zdarzyło się, by przechodząc obok, nie porozmawiała z nim jak z żywym. Długie jak pieśń jest nasze ogrodzenie, Ogrodzenie dużą literą. Nasza siła, nasz gołubczik[2]. Jego się chwytałyśmy, wracając do domu z obolałymi ramionami i oślinionymi dłońmi. Obok niego kucałyśmy spocone, żeby uspokoić drżenie ciała. Tu najczęściej płakałyśmy. Albo śmiałyśmy się głośno, od serca, jak wrony zimową porą. "Ile duszy w takim żelastwie!", mówiła za każdym razem, a ja jej wierzyłam na słowo. Nie było bowiem na świecie rzeczy, której Tamara Pawłowna nie wiedziałaby najlepiej. Po latach, gdy zastałam je przeżarte rdzą, z prętami przypominającymi połamane żebra, płakałam, jakby mi ktoś bliski umarł. Trudno jest zabić żelazo, ale jeśli bardzo tego chcesz, da się.
Z małego wzniesienia, które było naszym Everestem, podwórko widziałyśmy jak na dłoni. Widać było kasztan z gałęziami w kształcie okrętu i Pułkownika wśród kwiatów. Poza tym rakietę z błyszczącą czerwoną iglicą i czteromiejscowy samolot, w którego okienkach tkwiły cztery jasnowłose głowy i pucołowate dziecięce twarze. I białosine prześcieradła powiewające na sznurkach, skamieniałe od krochmalu. Widać było Szuroczkę na balkonie, jak drapie się po nodze szczotką do czyszczenia dywanów. I Pawlika, który się nie bawił, tylko stał. Można też było dostrzec przez szyby w oknach masywne sylwetki kobiet w sukienkach w paski, obowiązkowo w paski, które kończyły gotować i smażyć. Bellę Izaakownę i Rozę z biodrami w kształcie gruszki stojące na środku ulicy i szepczące sobie coś do ucha. Sekrety, zawsze sekrety. Zachara Antonowycza z jedną ręką, która mu została, troskliwie dotykającą orderu. Zgubić order straszna rzecz, a jaki wstyd! Wszyscy, absolutnie wszyscy tam byli. Brzydka Marina, pijany Lionczik. I Ekaterina z twarzą jak tarcza księżyca. Wszystkie nasze ludzkie sprawy pod szklaną przykrywką. W tych krótkich jak mgnienie oka chwilach, oślepiających niczym błysk lusterka, czułyśmy się nad wyraz szczęśliwe. Z uwagi na nich wszystkich razem wziętych i każdego z osobna. Z uwagi na nich, z uwagi na nas, z uwagi na jeszcze jeden dzień, w którym miałyśmy dokąd wracać. "Mieć swoje miejsce wśród ludzi to niemała rzecz", mówiła Tamara Pawłowna, która wiedziała. Wiedziała o rzeczach i ludziach, wiedziała więcej, niż mogła unieść.
Między ogrodzeniem a mieszkaniem była jeszcze jedna dolina do przebycia. Dwadzieścia kroków dojrzałej kobiety i trzydzieści dwa małej kobietki. Stawiałam je ostrożnie i bez pośpiechu, zwłaszcza bez pośpiechu, żeby niczego nie potłuc na ostatnich metrach. Potem widzieli nas już wszyscy. "Idą szklarki", szeptały Żydówki, ale ten ich szept każdy słyszał, bo u Żydów nie ma szeptu. I wszystko było jasne. Po tych słowach, które brzmiały jak wyrok, nic już nie dało się zrobić. Nasz drogi sercu dzień powoli się kończył, chociaż dałybyśmy dużo pieniędzy, żeby trochę się wydłużył, żeby nas jeszcze nie wypuszczał z ramion. Patrzyłyśmy na ostatnie podrygi jego jeszcze ciepłego ciała, z tym wszystkim, co nam przyniósł, czym się z nami podzielił, mając wrażenie, że stoimy na zaczarowanym peronie, skąd można jedynie odjechać. "Idą szklarki!", to był koniec. My byłyśmy końcem.