Rozdział pierwszy
Wzdrygam się. Szmatka, którą Farley mi podaje, jest czysta, ale wciąż
pachnie krwią. Nie powinnam się tym przejmować. Już całe ubranie mam nią
wybrudzone. Czerwona należy do mnie, rzecz jasna. Srebrna do wielu
innych - Evangeline, Ptolemusa, lorda wodnika, wszystkich tych, którzy
próbowali mnie zabić na arenie. Pewnie część należy także do Cala.
Stracił dużo krwi na piaskach, pokaleczony i posiniaczony przez
niedoszłych oprawców. Teraz siedzi naprzeciwko mnie, wbijając wzrok w stopy, i pozwala, żeby rany zaczęły się powoli goić w naturalny sposób.
Zerkam na jedno z licznych rozcięć na mojej ręce; to pewnie robota
Evangeline. Jest świeże i dostatecznie głębokie, żeby została po nim
blizna. Cząstka mnie cieszy się na samą myśl o tym. Ta nierówna szrama
nie zostanie magicznie zatarta przez chłodne ręce uzdrowiciela. Cal i ja
nie przebywamy już w świecie Srebrnych, gdzie ktoś może po prostu usunąć
ciężko zapracowane blizny. Uciekliśmy. A przynajmniej ja uciekłam.
Łańcuchy Cala w niezbity sposób przypominają o tym, że jest więźniem.
Farley szturcha mnie w rękę, a jej dotyk jest zaskakująco delikatny.
- Schowaj twarz, błyskawico. Właśnie jej szukają.
Chociaż raz robię to, co mi kazano. Inni idą za naszym przykładem i zawiązują czerwony materiał na ustach i nosach. Twarz Cala najdłużej
pozostaje odsłonięta, ale i to się zmienia. Nie stawia oporu, kiedy
Farley zawiązuje mu maskę. Teraz wygląda jak jeden z nas.
Gdyby tylko naprawdę był jednym z nas...
Elektryczny szum podpala mi krew, przypominając o pulsującym i zgrzytającym pociągu podziemnym. Niesie nas do miasta, które kiedyś było
schronieniem. Pędzi, przemykając z wrzaskiem po starożytnych szynach jak
chyży biegnący po otwartym terenie. Słucham jęku metalu i czuję go
głęboko w kościach, gdzie zadomawia się już zimny ból. Mój gniew, moja
siła, które czułam na arenie, wydają się odległymi wspomnieniami,
zostawiającymi po sobie tylko ból i strach. Ledwie potrafię sobie
wyobrazić, co musi myśleć Cal. Stracił wszystko. Wszystko, co
kiedykolwiek było mu drogie. Ojca, brata, królestwo. Nie mam pojęcia, w jaki sposób nadal się trzyma, trwa nieruchomy, jeśli pominąć kołysanie
pociągu.
Nikt nie musi wyjaśniać mi powodów naszego pośpiechu. Farley i jej
napięci jak cięciwy gwardziści są dla mnie wystarczającym wyjaśnieniem.
Wciąż uciekamy.
Maven pokonał już raz tę trasę i teraz zjawi się ponownie. Tym razem z całą siłą w postaci wojska, swojej matki i nowo zdobytej korony. Wczoraj
był księciem, dzisiaj jest królem. Myślałam, że jest moim przyjacielem,
moim narzeczonym, teraz znam prawdę.
Kiedyś mu ufałam. Teraz wiem, że trzeba go nienawidzić, że trzeba się go
bać. Dla korony pomógł zabić własnego ojca i wrobić brata w tę zbrodnię.
Zdaje sobie sprawę, że promieniowanie, które ma otaczać zniszczone
miasto, to kłamstwo, zwykły podstęp, i wie, dokąd jedzie pociąg. Azyl,
jaki stworzyła Farley, nie jest już dla nas bezpiecznym miejscem. Nie
dla mnie.
Możliwe, że pędzimy prosto w pułapkę.
Ktoś obejmuje mnie, wyczuwając mój niepokój. Shade. Nadal nie mogę
uwierzyć, że mój brat jest tutaj, cały i żywy, a co najdziwniejsze, że
jest taki sam jak ja. Czerwony i Srebrny. I silniejszy od obu.
- Nie pozwolę, żeby znowu cię zabrali - mruczy tak cicho, że ledwie go
słyszę. Pewnie lojalność wobec kogokolwiek innego niż Szkarłatna
Gwardia, nawet wobec własnej rodziny, jest niedozwolona. - Obiecuję ci.
Jego kojąca obecność sprawia, że wracam myślami do czasów, zanim
powołano go do wojska, do deszczowej wiosny, kiedy wciąż mogliśmy
udawać, że jesteśmy dziećmi. Nie było niczego poza błotem, wioską i naszym niemądrym nawykiem ignorowania przyszłości. Teraz przyszłość to
wszystko, o czym jestem w stanie myśleć, gdy zastanawiam się, na jaką
mroczną ścieżkę skierowały nas moje poczynania.
- Co teraz zrobimy? - pytam Farley, ale moje spojrzenie pada na Kilorna.
Stoi obok niej z zaciśniętymi zębami i zakrwawionymi bandażami jak
przystało na sumiennego strażnika. I pomyśleć, że jeszcze nie tak dawno
temu uczył się fachu u rybaka. Tak jak Shade, nie pasuje tu niczym duch
minionych czasów.
- Zawsze jest dokąd uciekać - odpowiada Farley, skupiona głównie na
Calu.
Spodziewa się, że Cal będzie walczył albo stawiał opór, ale on nie robi
żadnej z tych rzeczy.
- Nie spuszczaj jej z oka. - Farley zwraca się po długiej chwili do
Shade'a. Mój brat kiwa głową, jego ręka ciąży mi na ramieniu. - Nie
możemy jej stracić.
Nie jestem generałem ani taktykiem, ale jej rozumowanie jest dla mnie
jasne. Jestem małą błyskawicą, żywą elektrycznością, iskrą w ludzkiej
skórze. Ludzie znają moje imię, moją twarz, moje zdolności. Jestem
cenna, potężna i Maven zrobi wszystko, żeby uniemożliwić mi odwet. Nie
mam pojęcia, jak mój brat ma mnie uchronić przed tym nowym królem o wynaturzonym umyśle, nawet jeśli jest taki jak ja, nawet jeśli jest
szybszy od wszystkiego, co widziałam w swoim życiu. Muszę jednak w to
wierzyć, nawet jeżeli miałoby to graniczyć z cudem. W końcu widziałam
tak wiele niemożliwych rzeczy. Kolejnej ucieczce daleko do tych cudów.
Szczęk przeładowywanej broni niesie się po wagonie, kiedy Szkarłatna
Gwardia się przygotowuje. Kilorn staje obok mnie, kołysząc się lekko,
zaciska mocno rękę na karabinie przewieszonym przez pierś. Zerka w dół i jego twarz łagodnieje. Próbuje się uśmiechnąć, rozśmieszyć mnie, ale
jego zielone oczy są poważne i przestraszone.
W przeciwieństwie do Cala, który siedzi w milczeniu, niemal zupełnie
spokojny. Chociaż najbardziej ze wszystkich ma powody, żeby się bać -
jest zakuty w łańcuchy, otoczony przez wrogów, ścigany przez własnego
brata - sprawia wrażenie bez mała pogodnego. Nie jestem zdziwiona. Jest
urodzonym żołnierzem, którego wychowano na żołnierza. Wojna to coś, co
rozumie, a my z pewnością właśnie przystąpiliśmy do wojny.
- Mam nadzieję, że nie zamierzasz walczyć - odzywa się po raz pierwszy
od dłuższego czasu. Patrzy na mnie, ale jego słowa biją w Farley. - Mam
nadzieję, że zamierzasz uciekać.
- Nie marnuj oddechu, Srebrny. - Farley prostuje się. - Wiem, co musimy
zrobić.
Nie potrafię powstrzymać słów, które wyrywają mi się z ust.
- Tak samo jak on. - Jej wściekłe spojrzenie pada na mnie, ale miałam do
czynienia z gorszymi rzeczami. Nawet się nie wzdrygam. - Cal potrafi
walczyć i wie, na co tamci są gotowi, żeby nas powstrzymać. Posłuż się
nim.
"Jakie to uczucie zostać wykorzystaną?". Rzucił we mnie tymi słowami w więzieniu pod Misą Kości i sprawił, że zapragnęłam umrzeć. Teraz prawie
nie robią na mnie wrażenia.
Farley nic nie mówi i to wystarcza Calowi.
- Będę mieli smokowce - mówi ponuro.
Kilorn śmieje się w głos.
- Kwiatki doniczkowe?
- Odrzutowce - odpowiada Cal, a w jego oczach błyszczy niesmak. -
Pomarańczowe skrzydła, srebrne kadłuby, jeden pilot, zwrotne, idealne do
ataku w mieście. Każdy ma cztery pociski. Jedna eskadra to czterdzieści
osiem pocisków, przed którymi będziecie musieli uciec, plus lekka
amunicja. Dacie sobie z tym radę?
Odpowiada mu tylko milczenie.
Nie, nie damy sobie rady.
- A smoki to wasze najmniejsze zmartwienie. Będą tylko krążyć,
zabezpieczać teren, szachować nas, aż zjawi się piechota.
Spuszcza wzrok, namyślając się szybko. Zastanawia się, jak sam by
postąpił, gdyby stał po drugiej stronie barykady. Gdyby to on był
królem, a nie Maven.
- Otoczą nas i przedstawią warunki. Zażądają Mare i mnie w zamian za
waszą ucieczkę.
Kolejna ofiara do złożenia. Nabieram powoli powietrza w płuca. Tego
ranka, wczoraj, przed tym całym szaleństwem, z radością bym się
poświęciła, żeby uratować Kilorna i brata. Jednak teraz... Teraz wiem, że
jestem wyjątkowa. Teraz mam kogo chronić. Nie mogę siebie poświęcić.
- Nie możemy się na to zgodzić - mówię.
Gorzka prawda. Spojrzenie Kilorna ciąży na mnie, ale nie podnoszę
wzroku. Nie mam odwagi zmierzyć się z jego osądem.
Cal nie jest równie surowy. Kiwa głową, zgadza się ze mną.
- Król nie oczekuje, że się poddamy - odpowiada. - Odrzutowce zwalą nam
ruiny na głowy, a reszta sił zajmie się niedobitkami. To będzie na dobrą
sprawę masakra.
Farley to dumne stworzenie. Nawet teraz, kiedy właściwie dała się
zagonić w kozi róg.
- Co sugerujesz? - pyta, pochylając się nad nim. Jej słowa ociekają
pogardą. - Że mamy się poddać?
Coś na kształt niesmaku odmalowuje się przelotnie na twarzy Cala.
- Maven uderzy tak, żeby zabić. Czy to będzie cela więzienna, czy pole
bitwy, nie pozwoli, żeby ktokolwiek z nas ostał się przy życiu.
- To lepiej umrzeć w walce - mówi Kilorn z większym przekonaniem, niż
powinien, ale zdradza go drżenie palców.
Wygląda jak pozostali buntownicy: zrobi wszystko dla sprawy, a mimo to się boi. To wciąż jest chłopiec, ma nie więcej niż osiemnaście lat, mnóstwo powodów, żeby żyć, i za mało, żeby umierać. Cal prycha na dźwięk wymuszonej, ale zuchwałej deklaracji Kilorna. Mimo
to nie robi nic więcej. Wie, że bardziej obrazowy opis naszej
nieuniknionej śmierci nikomu nie pomoże.
Farley nie podziela jego opinii i zbywa obu machnięciem ręki. Siedzący
za mną mój brat podziela jej determinację.
Wiedzą coś, o czym my nie mamy pojęcia, o czym nam jeszcze nie chcą
powiedzieć. Maven nauczył nas, jaką cenę trzeba zapłacić, gdy zaufa się
niewłaściwej osobie.
- To nie my umrzemy dzisiaj - oznajmia Farley i maszeruje na przód
pociągu.
Uderzenia jej butów o metalową podłogę rozbrzmiewają jak młot, każdy
krok wyraża upartą determinację.
Wyczuwam, że pociąg zwalnia. Elektryczność słabnie, gdy wjeżdżamy na
podziemną stację. Nie wiem, co znajdziemy na niebie - białą mgłę czy
odrzutowce o pomarańczowych skrzydłach. Pozostałym najwyraźniej to nie
przeszkadza, wychodzą z podziemnego pociągu zdecydowanym krokiem. Kiedy
tak milczą, uzbrojeni i zamaskowani członkowie Szkarłatnej Gwardii
wyglądają jak prawdziwi żołnierze, ale ja wiem swoje. Nie mają szansy z tym, co po nich nadchodzi.
- Przygotuj się. - Głos Cala rozlega się sykiem w moim uchu i aż mnie
dreszcz przechodzi. Przypomina mi to dni, które dawno minęły, taniec w blasku księżyca. - Pamiętaj, jaka jesteś silna.
Kilorn przepycha się do mnie, rozdzielając nas, zanim mogę powiedzieć
Calowi, że moja siła i zdolność to jedyne, czego jestem teraz pewna.
Elektryczność w moich żyłach może być jedyną rzeczą, której ufam na tym
świecie.
Chcę wierzyć w Szkarłatną Gwardię, a już na pewno w Shade'a i Kilorna,
ale nie pozwalam na to sobie - nie po tym, w jaki bałagan wpakowało nas
moje zaufanie, moja ślepota na punkcie Mavena. A Cal zupełnie nie
wchodzi w grę. Jest więźniem, Srebrnym, wrogiem, który zdradziłby nas,
gdyby tylko mógł. Gdyby miał dokąd uciec.
Mimo to czuję, że mnie przyciąga. Pamiętam chłopca uginającego się pod
brzemieniem, który dał mi srebrną monetę, gdy byłam niczym. Tym jednym
gestem zmienił moją przyszłość i zniszczył własną.
Spaja nas sojusz, niepewny, wykuty we krwi i zdradzie. Coś nas łączy,
jednoczymy się przeciwko Mavenowi, przeciwko wszystkim, którzy nas
zwiedli, przeciwko światu, który jest o krok od tego, żeby roznieść
siebie na strzępy.
* * *
Czeka na nas cisza. Szara, wilgotna mgła wisi nad ruinami Naercey, przez
co niebo opada tak nisko, że mogłabym go dotknąć. Jest zimno; to chłód
jesieni, pory zmiany i śmierci. Na razie nic nie nawiedza nieba, nie ma
odrzutowców, które zalałyby zniszczeniem już i tak zdruzgotane miasto.
Farley rusza szybkim krokiem, prowadząc nas od torów do szerokiej,
opustoszałej alei. Ruiny tworzą niemal kanion i są bardziej szare i potrzaskane, niż to zapamiętałam.
Maszerujemy ulicą na wschód ku otulonemu mgłą nabrzeżu. Wysokie, na wpół
zawalone konstrukcje pochylają się nad nami, ich okna przypominają
obserwujące nas oczy. Srebrni mogą czekać w wyrwanych dziurach i ciemnych wnękach, gotowi zabić Szkarłatną Gwardię. Maven mógłby mnie
zmusić, żebym patrzyła, jak zabija jednego rebelianta za drugim. Nie
dałby mi luksusu szybkiej, czystej śmierci. Albo jeszcze gorzej, myślę
sobie: może w ogóle nie pozwoliłby mi umrzeć.
Na tę myśl krew ścina mi się lodem w żyłach, jak pod wpływem dotyku
Srebrnego dreszcza. Chociaż Maven okłamywał mnie na każdym kroku,
poznałam okruch jego serca. Pamiętam, jak złapał mnie przez pręty celi i trzymał drżącymi palcami. Pamiętam imię, jakie nosi ze sobą, imię, które
przypomina mi, że w jego piersi wciąż bije serce. "Nazywał się Thomas i patrzyłem, jak umiera". Nie mógł uratować tego chłopca. Może jednak na
swój pokrętny sposób uratować mnie.
Nie. Nigdy nie dam mu tej satysfakcji. Prędzej umrę.
Chociaż staram się, jak mogę, nie potrafię zapomnieć o cieniu, za który
brałam Mavena, o utraconym i zapomnianym księciu. Żałuję, że ta osoba
nie istnieje naprawdę. Żałuję, że żyje tylko w moich wspomnieniach.
Ruiny Naercey rozbrzmiewają dziwnym echem; panuje tu nienaturalna cisza.
Coś nagle do mnie dociera: brakuje uchodźców. Kobiety zmiatającej góry
popiołu, dzieci chowających się w kanałach, cieni moich Czerwonych braci
i sióstr: wszyscy uciekli. Zostaliśmy tylko my.
- Myśl, co chcesz, o Farley, ale wiedz, że nie jest głupia - mówi Shade,
odpowiadając na moje pytanie, zanim zdążę je zadać. - Dała rozkaz
ewakuacji zeszłej nocy, po tym, jak uciekła z Archeonu. Bała się, że ty
albo Maven wygadacie się podczas tortur.
Myliła się. Nie było potrzeby torturować Mavena. Oddał tę informację i swój umysł dobrowolnie. Otworzył głowę przed matką, pozwalając jej
grzebać we wszystkim, co tam ujrzała. Pociąg podziemny, tajemne miasto,
lista. Teraz to wszystko należy do niej, tak jak zawsze należał do niej
Maven.
Sznur Szkarłatnej Gwardii ciągnie się za nami, niezorganizowana
zbieranina uzbrojonych mężczyzn i kobiet. Kilorn maszeruje tuż za mną,
strzelając oczami na boki, a Farley nas prowadzi. Dwóch krzepkich
żołnierzy pilnuje, żeby Cal szedł tuż za nią, trzymając go mocno za
ręce. W czerwonych szalikach wyglądają jak żywcem wyjęci z koszmaru.
Teraz jednak jest nas bardzo niewielu, może ze trzydzieści osób. I wszyscy są ranni. Bardzo mało nas przeżyło.
- Jest nas za mało, żeby utrzymać tę rebelię przy życiu, nawet jeśli
znowu uciekniemy - szepczę do brata. Nisko wisząca mgła tłumi mój głos,
ale on i tak mnie słyszy.
Kącik ust mu drży, jakby chciał się uśmiechnąć.
- To nie twoje zmartwienie.
Zanim zdążę go przycisnąć, żołnierz przed nami zatrzymuje się. Nie on jeden. Farley na czele kolumny unosi pięść, piorunując wzrokiem szare jak łupek niebo. Pozostali idą za jej przykładem, rozglądając się za czymś, czego nie możemy zobaczyć. Tylko Cal nie podnosi wzroku. On już wie, jak wygląda koniec. Odległy, nieludzki wrzask dociera do nas przez mgłę. To mechaniczny,
stały dźwięk, krążący nad nami. Nie jest jedyny. Dwanaście cieni w kształcie strzał pędzi przez niebo, ich pomarańczowe skrzydła przecinają
chmury. Nigdy dotąd nie miałam okazji naprawdę przyjrzeć się
odrzutowcowi, nie z bliska i bez osłony nocy, więc wbrew sobie
rozdziawiam usta, kiedy w końcu się pojawiają. Farley wydaje rozkazy
Szkarłatnej Gwardii, ale ja jej nie słyszę. Za bardzo jestem zajęta
wpatrywaniem się w niebo, patrzeniem na skrzydlatą śmierć kreślącą łuki
na niebie. Tak jak motocykl Cala, latające maszyny są piękne -
niemożliwie powyginana stal i szkło. Podejrzewam, że magnetron pracował
przy ich konstrukcji, bo jakim innym cudem metal mógłby latać?!
Zabarwione na niebiesko silniki iskrzą pod skrzydłami, charakterystyczna
oznaka elektryczności. Ledwie wyczuwam jej ukłucie, jest jak oddech na
skórze, ale silniki znajdują się za daleko, żebym mogła na nie wpłynąć.
Mogę tylko patrzeć ze zgrozą.
Z wrzaskiem krążą wokół wyspy Naercey nieprzerwanym kręgiem. Mogę niemal
udawać, że są niegroźne, że to tylko ciekawskie ptaki, które nadleciały,
żeby popatrzeć na resztki praktycznie zrównanej z ziemią rebelii. A potem strzałka z szarego metalu szybuje przez niebo, ciągnąc za sobą
smugę dymu. Porusza się prawie za szybko, żeby ją spostrzec. Uderza w budynek przy ulicy, wpada do środka przez okno. Ułamek sekundy później
bucha pomarańczowo-czerwony pióropusz, niszcząc całe piętro już i tak
walącego się domu. Budynek zapada się w sobie, tysiącletnie podpory
pękają jak wykałaczki. Cała konstrukcja przechyla się i osuwa tak wolno,
że ten widok nie może być prawdziwy. Kiedy majestatycznie osuwa się na
ulicę, blokując przejście przed nami, czuję dudnienie głęboko w piersi.
Chmura dymu i pyłu uderza w nas, ale ja się nie chowam. Coś takiego nie
jest już w stanie mnie przestraszyć.
Cal staje obok mnie pośród szarobrązowych tumanów, chociaż jego
strażnicy przykucnęli. Patrzymy sobie przelotnie w oczy. Przez chwilę
garbi się lekko. To jedyna oznaka uczucia porażki, jaką pozwala sobie
okazać.
Farley łapie najbliższą osobę ze Szkarłatnej Gwardii - kobietę - i zmusza ją do wstania.
- Rozproszyć się! - krzyczy, wskazując na zaułki po obu naszych
stronach. - Na północ! Do tuneli! - Wskazuje swoich przybocznych, gdy
mówi, dokąd mają się kierować. - Shade, w stronę parku! - Mój brat kiwa
głową, wiedząc, co Farley ma na myśli.
Kolejny pocisk uderza w pobliski budynek, zagłuszając jej słowa, ale
łatwo odgadnąć, co wykrzykiwała.
"Uciekajcie!".
Pewna cząstka mnie nie chce uciekać, woli zostać i walczyć. Moja fioletowo-biała błyskawica z pewnością zrobiłaby ze mnie doskonały cel i odciągnęła odrzutowce od uciekającej Szkarłatnej Gwardii. Może przy okazji nawet zniszczyłabym jeden albo dwa statki powietrzne. Jednak nic z tego. Jestem warta więcej niż pozostali, więcej niż czerwone maski i bandaże. Shade i ja musimy przeżyć, jeśli nie dla sprawy, to dla pozostałych. Dla listy z setkami nam podobnych - hybryd, anomalii, dziwactw, Czerwono-Srebrnych niemożliwości - które z pewnością zginą, jeśli zawiedziemy. Shade wie to równie dobrze jak ja. Łapie mnie za rękę tak mocno, że
zostawia siniaki. Biegnięcie z nim krok w krok wydaje się aż zbyt łatwe.
Daję mu się wyprowadzić z szerokiej alei w szaro-zieloną plątaninę
wyrośniętych drzew wylewających się na ulicę. Im bardziej się pomiędzy
nie zagłębiamy, tym gęściej rosną, splątane ze sobą jak zdeformowane
palce. Tysiące lat zaniedbania zmieniły tę niewielką działkę w martwą
dżunglę. Osłania nas przed niebem, aż słyszymy tylko odrzutowce, które
coraz bardziej się zbliżają. Kilorn jest niedaleko za nami. Przez chwilę
mogę udawać, że wróciliśmy do domu, wędrujemy po Palach, szukamy
rozrywki i prosimy się o kłopoty.
I wygląda na to, że znajdujemy same kłopoty.
Kiedy Shade w końcu zatrzymuje się z takim poślizgiem, że żłobi piętami
ziemię, oglądam się. Kilorn zatrzymuje się obok nas, celuje w niebo z karabinu, który na nic mu się nie zda, ale nikt inny za nami nie
nadciąga. Nie widzę już ulicy ani czerwonych szmat znikających wśród
ruin.
Mój brat świdruje złym wzrokiem plątaninę konarów, czekając, aż
odrzutowce odlecą poza zasięg.
- Dokąd idziemy? - pytam go zadyszana.
Zamiast niego odpowiada mi Kilorn.
- Nad rzekę - mówi. - A potem nad ocean. Dasz radę nas zabrać?
Zerka na ręce Shade'a, jakby wyraźnie widział zdolności w jego ciele.
Jednak jego siła jest ukryta tak samo jak moja, pozostaje niewidzialna,
dopóki Shade nie zdecyduje się jej ujawnić.
Mój brat kręci głową.
- Nie za jednym skokiem, to za daleko. I wolę biec, oszczędzać energię.
- Oczy mu chmurnieją. - Dopóki naprawdę nie będziemy jej potrzebować.
Kiwam głową, zgadzam się z nim. Wiem z własnego doświadczenia, co to
znaczy nadużyć zdolności, znam to zmęczenie w kościach, kiedy człowiek
ledwie może się ruszyć, nie mówiąc już o walce.
- Dokąd zabierają Cala?
Kilorn krzywi się, słysząc moje pytanie.
- Mam to w nosie.
- A nie powinieneś - odgryzam się, chociaż głos mi drży, zdradzając
wahanie.
Powinien, myślę, i ja też powinnam mieć to w nosie. Jeśli książę
odejdzie, musisz mu na to pozwolić, mówię sobie.
- Może nam pomóc z tego wyjść. Może walczyć po naszej stronie.
- Ucieknie albo pozabija nas, kiedy tylko damy mu szansę - warczy
Kilorn, zrywając szalik z twarzy, którą wykrzywia gniew.
Oczami wyobraźni widzę ogień Cala, który spala wszystko na swojej
drodze: od metalu po ciało.
- Już mógł was zabić - mówię i nie przesadzam.
Kilorn dobrze wie, że to prawda.
- Nie wiem czemu, ale myślałem, że wy dwoje wyrośniecie z tych
złośliwostek - odzywa się Shade, stając między nami. - Ależ ja jestem
głupi.
Kilorn zmusza się do przeprosin, które cedzi przez zęby, ale ja nie
przepraszam. Skupiam się na odrzutowcach, ich elektryczne serca biją tuż
przy moim. Ich rytm z każdą sekundą jest coraz słabszy, coraz bardziej
się oddalają.
- Odlatują. Jeśli mamy ruszać, to teraz.
Mój brat i Kilorn patrzą na mnie dziwnie, ale się nie sprzeciwiają.
- Tędy. - Shade wskazuje wąziutką, prawie niewidzialną ścieżkę kluczącą
między drzewami, gdzie odgarnięto ziemię, odsłaniając kamień i asfalt.
Znowu łapie mnie za rękę, a Kilorn biegnie przodem, wyznaczając tempo.
Pochylające się nad wąską ścieżką gałęzie drapią nas, aż w końcu nie da
się biec obok siebie. Jednak zamiast mnie puścić, Shade łapie mnie
jeszcze mocniej. A potem nagle zdaję sobie sprawę, że on wcale mnie nie
ściska. To powietrze, to sam świat! Wszystko zaciska się w palącej,
czarnej sekundzie. Nagle w okamgnieniu znajdujemy się po drugiej stronie
drzew, odwracamy się i widzimy, że Kilorn dopiero wyłania się z szarego
zagajnika.
- Ale przecież biegł przed nami - mruczę, zerkając to na ścieżkę, to na
Shade'a. Wychodzimy na środek ulicy, nad nami wznosi się niebo i snuje
dym. - Ty...
Shade uśmiecha się szeroko. To zupełnie nie na miejscu, gdy w tle niesie
się ryk odrzutowców.
- Powiedzmy, że... skoczyłem. Dopóki się mnie trzymasz, możesz skoczyć
razem ze mną - wyjaśnia i prowadzi nas pośpiesznie do następnego zaułka.
Serce bije mi jak szalone, gdy uświadamiam sobie, że właśnie się
teleportowałam i niewiele brakuje, a prawie zapomniałabym o naszym
trudnym położeniu.
Odrzutowce szybko mi o tym przypominają. Kolejny pocisk wybucha na
północy, budynek wali się z hukiem, jakby to było trzęsienie ziemi. Fala
kurzu pędzi zaułkiem, pokrywając nas kolejną warstwą szarości. Dym i ogień są mi teraz tak znajome, że ledwie czuję ich zapach, nawet kiedy
popiół zaczyna sypać jak śnieg. Utrwalamy w nim nasze odciski stóp. Może
to ostatnie ślady, jakie po sobie zostawimy.
Shade wie, dokąd zmierzamy, i potrafi biegać. Kilorn bez problemu
nadąża, chociaż karabin mu ciąży. Zatoczyliśmy kółko i wróciliśmy do
alei. Na wschodzie światło przebija się przez kurz i pył, niosąc ze sobą
słony oddech morza. Na zachodzie pierwszy zniszczony budynek leży jak
powalony olbrzym, blokując powrót do pociągu. Otaczają nas żelazne
szkielety budynków, potłuczone szkło, dziwne płaty wyblakłych białych
ekranów. Pałac ruin.
Co to było? Julian by wiedział. Już sama myśl o nim sprawia mi ból.
Odpycham to uczucie.
Kilka innych czerwonych szmat miga w popiele wypełniającym powietrze.
Rozglądam się za znajomą sylwetką, ale Cala nigdzie nie widać, więc
zaczynam się potwornie bać.
- Nigdzie bez niego nie idę.
Shade nawet nie pyta, o kim mówię. Już wie.
- Książę idzie z nami. Daję ci słowo.
- Nie ufam ci. - Moja własna odpowiedź rani mnie jak nóż wbity w brzuch.
Shade jest żołnierzem. Nie miał łatwego życia i wie, co to ból. Mimo to
moje słowa głęboko go ranią. Widzę to na jego twarzy.
Później go przeproszę, obiecuję sobie.
O ile będzie jakieś później.
Kolejny pocisk leci nad nami, uderza parę ulic dalej. Odległy grzmot
eksplozji nie maskuje bardziej przerażającego dźwięku, który niesie się
wokół nas.
Huk tysiąca maszerujących stóp.
Rozdział drugi
Powietrze gęstnieje od popiołu, dzięki czemu mamy kilka sekund, żeby
popatrzeć na naszą nadciągającą zgubę. Sylwetki żołnierzy przesuwają się
ulicami z północy. Nie widzę na razie ich broni, ale armia Srebrnych nie
potrzebuje jej, żeby zabijać.
Pozostali gwardziści uciekają przed nami, z zapamiętaniem pędzą aleją.
Na razie wydaje się, że mogą uciec. Ale dokąd? Dalej jest tylko rzeka i ocean. Nie ma dokąd uciekać, nie ma gdzie się schować. Armia maszeruje
powoli, ich krok jest dziwnie ospały. Próbuję przebić wzrokiem pył,
zobaczyć ich. I wtedy dociera do mnie, co widzę. Co zrobił Maven. Szok
iskrzy we mnie, przepływa przeze mnie, aż Shade i Kilorn muszą ode mnie
odskoczyć.
- Mare! - krzyczy Shade, po części zaskoczony, po części rozgniewany.
Kilorn nic nie mówi, tylko patrzy, jak się chwieję.
Zaciskam dłoń na jego ręce, a on nawet się nie wzdryga. Iskry już
zniknęły i wiem, że nie zrobię mu krzywdy.
- Spójrz. - Wskazuję.
Wiedzieliśmy, że żołnierze nadejdą. Cal powiedział nam, ostrzegł nas, że
Maven przyśle legion w ślad za odrzutowcami. Jednak nawet Cal nie był w stanie przewidzieć czegoś takiego. Tylko ktoś o tak chorym sercu jak
Maven mógł wymyślić podobny koszmar.
Postaci z pierwszego szeregu nie noszą przykurzonych szarości
wyszkolonych przez Cala Srebrnych żołnierzy. To w ogóle nie są
żołnierze. To służący w czerwonych płaszczach, czerwonych szalach i tunikach, czerwonych spodniach, czerwonych butach. Tyle tej czerwieni,
że wyglądają, jakby krwawili. A wokół ich stóp podzwaniają o ziemię
żelazne łańcuchy. Ten dźwięk drażni moje nerwy, zagłuszając odrzutowce i pociski, a nawet wykrzykiwane ostrym tonem rozkazy Srebrnych oficerów,
którzy idą za murem z Czerwonych. Słyszę tylko brzęk łańcuchów.
Kilorn się jeży i warczy. Robi krok przed siebie, unosi karabin do
strzału, ale broń drży mu w rękach. Wojsko nadal jest po drugiej stronie
alei, za daleko dla snajpera, nawet gdyby żołnierze nie chowali się za
ludzką tarczą. Teraz strzał jest mniej niż niemożliwy.
- Nie możemy się zatrzymywać - mruczy Shade. Gniew rozbłyskuje mu w oczach, ale wie, co trzeba zrobić i co trzeba zignorować, żeby pozostać
przy życiu. - Kilornie, chodź z nami, bo inaczej cię tu zostawimy.
Słowa mojego brata tną, wyrywając mnie z oszołomienia i zgrozy. Kiedy
Kilorn nadal stoi nieruchomo, biorę go za rękę, szepcząc mu do ucha w nadziei, że zagłuszę brzęk łańcuchów.
- Kilornie. - Takim głosem mówiłam do mamy, kiedy moi bracia poszli na
wojnę; kiedy tata miał znowu atak i nie mógł oddychać; kiedy świat się
rozpadał. - Kilornie, nic nie możemy dla nich zrobić.
W odpowiedzi cedzi przez zęby:
- To nieprawda. - Ogląda się na mnie przez ramię. - Musisz coś zrobić.
Możesz ich uratować...
Z bezmiernym zawstydzeniem kręcę głową.
- Nie, nie mogę.
Uciekamy. Kilorn rusza za nami.
Kolejne pociski wybuchają coraz szybciej i coraz bliżej z każdą mijającą
sekundą. Ledwie cokolwiek słyszę z powodu dzwonienia w uszach. Stal i szkło kołyszą się na wietrze jak trzcina, uginają się i łamią, aż spada
na nas srebrny, kłujący deszcz. Wkrótce bieg jest zbyt niebezpieczny,
Shade łapie mnie mocniej. Chwyta też Kilorna i cała nasza trójka
przeskakuje, gdy świat się wali. Żołądek zaciska mi się za każdym razem,
kiedy ciemność zamyka się wokół mnie, i za każdym razem walące się
miasto jest coraz bliżej. Popiół i betonowy pył uniemożliwiają nam
widzenie, utrudniają oddychanie. Szkło pęka i sypie się lśniącym gradem,
znaczy płytkimi rozcięciami moją twarz i ręce, tnie na mnie ubranie.
Kilorn wygląda gorzej ode mnie, bandaże ma czerwone od świeżej krwi, ale
nie zwalnia i stara się nie zostawić nas w tyle. Mój brat nie przestaje
ani na chwilę ściskać mojej ręki, blednie przy każdym kolejnym skoku.
Nie jestem bezbronna, wykorzystuję iskry, żeby odpychać postrzępione
metalowe odłamki, przed którymi nawet Shade nie może uskoczyć. Jednak
nasze zdolności nie wystarczą nawet do tego, żeby uratować nas samych.
- Ile jeszcze? - Mój głos jest cichutki, fala wojny skutecznie go
zagłusza.
W tumanach kurzu nie widzę dalej niż na kilka stóp przed sobą, ale nadal
dużo wyczuwam. Skrzydła, silniki, elektryczność wrzeszczącą w górze,
krążącą coraz bliżej nas. Jesteśmy jak myszy, które tylko czekają, aż
sokół porwie nas z ziemi.
Shade zatrzymuje nas nagle, rozgląda się. Przez jedną przerażającą
sekundę boję się, że zabłądził.
- Czekajcie - mówi, wiedząc o czymś, o czym my nie mamy pojęcia.
Zerka w górę, na szkielet niegdyś wspaniałej konstrukcji. Jest potężna,
wyższa od najwyższych iglic Słonecznego Pałacu, szersza niż ogromny Plac
Caesara w Archeonie. Dreszcz przebiega mi po kręgosłupie, gdy zdaję
sobie sprawę, że to coś się porusza. W tył i w przód, na boki, kołysze
się na poskręcanych podporach już zniszczonych przez setki lat
zaniedbania. Gdy tak patrzymy, przechyla się, początkowo powoli niczym
starzec, który osuwa się na krzesło. A potem coraz szybciej, zwala się
nad nami i wokół nas.
- Trzymajcie się mnie! - Shade przekrzykuje zgiełk, łapiąc solidniej nas
oboje.
Obejmuje mnie za ramiona, miażdży w objęciach, aż prawie nie mogę
oddychać. Spodziewam się teraz tego nieprzyjemnego uczucia, jakie
towarzyszy skokowi, ale ono nie nadchodzi. Zamiast tego wita mnie
znajomy dźwięk.
Strzały.
Teraz to nie zdolność Shade'a mnie ratuje, ale jego ciało. Jeden
przeznaczony dla mnie pocisk trafia go w biceps, a drugi w nogę. Mój
brat ryczy z bólu, prawie pada na spękaną ziemię. Wyczuwam trafienie
poprzez jego ciało, ale nie mam czasu na ból. Kolejne pociski tną z wizgiem powietrze. Są zbyt szybkie i jest ich za dużo, żeby walczyć.
Możemy tylko biec, uciekać przed walącym się budynkiem i nadciagającym
wojskiem. Jedno zagrożenie anuluje drugie: poskręcana stal zwala się
pomiędzy nami a legionem. Przynajmniej tak właśnie powinno być, bo
wprawdzie grawitacja i ogień doprowadziły do tego, że konstrukcja się
zawaliła, ale potęga magnetronów sprawia, że nas nie osłania. Kiedy się
oglądam, widzę ich - mniej więcej tuzin srebrnowłosych ludzi w czarnych
zbrojach - jak zmiatają na bok każdą spadającą belkę i stalową podporę.
Nie jestem dość blisko, żeby dostrzec ich twarze, ale znam dostatecznie
dobrze dom Samos. Evangeline i Ptolemus kierują swoją rodziną,
oczyszczają ulicę, żeby legion mógł kontynuować natarcie. Żeby mogli
skończyć to, co zaczęli, i zabić nas wszystkich.
Gdyby tylko Cal zniszczył Ptolemusa na arenie. Gdyby tylko okazał
Evangeline tyle samo serdeczności, co mnie. Może wtedy mielibyśmy
szansę. Jednak nasza litość ma swoją cenę i możliwe, że zapłacimy za nią
własnym życiem.
Trzymam się brata, podpieram go najlepiej, jak się da. Kilorn bierze na
siebie większość ciężaru, na wpół wlekąc go w stronę wciąż dymiącego
krateru po trafieniu. Z radością dajemy tam nura, chowając się przed
gradem kul. Po części. I nie na długo.
Kilorn dyszy. Czoło ma zlane potem. Odrywa jeden z rękawów i bandażuje
Shade'owi nogę. Krew szybko przesiąka przez materiał.
- Dasz radę skoczyć?
Mój brat marszczy czoło, skupiając się nie na bólu, lecz na swojej sile.
Rozumiem to dostatecznie dobrze. Powoli kręci głową. Pochmurnieje.
- Jeszcze nie.
Kilorn klnie pod nosem.
- To co robimy?
Potrzebuję sekundy, żeby zrozumieć, że pyta mnie, a nie mojego starszego
brata. Nie żołnierza, który zna walkę lepiej niż nasza dwójka. Jednak
tak naprawdę to wcale nie mnie pyta. Nie pyta Mare Barrow z Palów,
złodziejki i przyjaciółki. Zwraca się do kogoś innego, kim stałam się w pałacowych salach i na piasku areny.
Zadaje pytanie błyskawicy.
- Mare, co teraz?
- Zostawicie mnie! To właśnie zrobicie! - Shade warczy przez zaciśnięte
zęby, uprzedzając moją odpowiedź. - Biegnijcie do rzeki, znajdźcie
Farley. Przeskoczę, gdy tylko będę mógł.
- Nie okłamuj kłamcy - mówię, starając się ze wszystkich sił powstrzymać
drżenie. Dopiero co odzyskałam brata, to duch, który powrócił z martwych. Za nic w świecie nie pozwolę, żeby znowu mi się wymknął. -
Wyjdziemy stąd razem. Cała trójka.
Niesie się grzmot maszerujących stóp. Zerkam ponad krawędzią krateru i widzę, że są już niecałe sto jardów od nas i szybko się zbliżają. Widzę
Srebrnych w lukach pomiędzy Czerwonymi. Piechota nosi szarobure mundury,
ale niektórzy mają też zbroje, płyty przyozdobione rodowymi barwami.
Wojownicy z Najwyższych Domów. Widzę błękit, żółć, czerń, brąz i inne
kolory. Wodniki i telekinetycy, jedwabie i siłacze, najpotężniejsi
wojownicy, jakich Srebrni mogą na nas rzucić. Myślą, że Cal zabił króla,
a ja jestem terrorystką, więc zniszczą całe miasto, byle nas dopaść.
Cal.
Tylko krew brata i nierówny oddech Kilorna powstrzymują mnie przed
wyskoczeniem z krateru. Muszę go znaleźć, muszę! Jeśli nie dla siebie,
to dla sprawy, żeby osłonić nasz odwrót. Jest wart setkę dobrych
żołnierzy. Jest złotą tarczą. On jednak pewnie uciekł, stopił łańcuchy i czmychnął, kiedy miasto zaczęło się walić w gruzy.
Nie, on by nie uciekł. Nigdy nie uciekłby przed wojskiem, przed Mavenem
ani ode mnie.
Mam nadzieję, że się nie mylę.
Mam nadzieję, że nadal żyje.
- Podnieś go, Kilorn. - W Słonecznym Pałacu nieżyjąca już lady Blonos
nauczyła mnie przemawiać tonem godnym księżniczki. Zimnym, nieugiętym,
nieznoszącym sprzeciwu.
Kilorn wykonuje posłusznie rozkaz, ale Shade nadal jest gotowy
protestować.
- Będę was tylko spowalniał.
- Później możesz za to przeprosić - odpowiadam, pomagając mu się
podnieść. Jednak prawie nie zwracam na nich dwóch uwagi, bo skupiam się
na czymś innym. - Ruszajcie.
- Mare, jeśli myślisz, że cię zostawimy...
Kiedy odwracam się do Kilorna, dłonie mi skrzą, a serce wypełnia
determinacja. Słowa zamierają mu na ustach. Zerka ponad moim ramieniem
na wojsko zbliżające się z każdą sekundą. Kinetycy i magnetrony odwalają
gruz z ulicy, tworząc przejście przy akompaniamencie zgrzytu metalu o kamień.
- Biegiem!
Znowu wypełnia rozkaz, a Shade nie ma innego wyjścia, jak pokuśtykać
razem z nim, zostawiając mnie za sobą. Kiedy wychodzą z krateru i brną
na zachód, ja ruszam miarowym krokiem na wschód. Wojsko zatrzyma się dla
mnie. Musi.
Po jednej przerażającej sekundzie Czerwoni zwalniają i przystają w brzęku łańcuchów. Srebrni za nimi opierają karabiny na ich ramionach,
jakby to w ogóle nie byli ludzie. Transportery na kołach z grubym
bieżnikiem zatrzymują się ze zgrzytem gdzieś za plecami żołnierzy. Czuję
ich moc wibrującą w moich żyłach.
Wojsko znajduje się dostatecznie blisko, żebym słyszała, jak oficerowie
wykrzykują rozkazy:
- To błyskawica!
- Trzymać szyk, nie cofać się!
- Cel!
- Wstrzymać ogień!
Najgorszy rozkaz pada ostatni, niesie się po nagle cichej ulicy.
Pulsujący nienawiścią i wściekłością głos Ptolemusa brzmi znajomo.
- Przejście dla króla!
Zataczam się do tyłu. Spodziewałam się wojsk Mavena, ale nie jego
samego. Nie jest żołnierzem jak jego brat, nie ma powodu by dowodzić
armią. Jest tu jednak, idzie przez rozstępujące się szeregi, a tuż za
nim maszerują Ptolemus i Evangeline. Kiedy wychodzi przed szereg
Czerwonych, kolana prawie się pode mną uginają. Nosi czarną wypolerowaną
zbroję i szkarłatną pelerynę. Jakimś cudem sprawia wrażenie wyższego,
niż był jeszcze rano. Nadal nosi ojcowską płomienistą koronę, chociaż
pole bitwy to nie miejsce na takie nakrycia głowy. Pewnie chce pokazać
światu, co zdobył za pomocą kłamstw, popisać się skradzioną zdobyczą.
Nawet z daleka czuję żar jego spojrzenia i kotłujący się w nim gniew.
Przepala mnie na wylot.
Tylko odrzutowce gwiżdżą w górze. To jedyny dźwięk na świecie. - Widzę, że wciąż jesteś odważna - mówi Maven, a jego głos niesie się
wyraźnie po alei. Odbija się echem, szydzi ze mnie. - I głupia.
Tak jak na arenie, nie daję mu tej satysfakcji, żeby okazać gniew lub
strach.
- Powinni nazwać cię małym milczkiem. - Śmieje się chłodno, a żołnierze
mu wtórują. Czerwoni milczą, wbijają wzrok w ziemię. Nie chcą patrzeć na
to, co zaraz się wydarzy. - Cóż, milcząca dziewczyno, powiedz swoim
zaprzyjaźnionym szczurom, że to koniec. Są otoczeni. Zawołaj ich, a ja
podaruję im dobrą śmierć.
Nawet gdybym mogła wydać taki rozkaz, nigdy bym tego nie zrobiła.
- Już uciekli.
Nie okłamuj kłamcy. A Maven to największy kłamca świata.
On jednak traci pewność siebie. Szkarłatna Gwardia wymknęła się już tyle
razy, nawet z Placu Caesara w Archeonie. Może znowu uciekła. Jaki to
byłby wstyd. Katastrofalny początek jego rządów.
- A zdrajca? - pyta ostrzej.
Evangeline przysuwa się do niego. Jej srebrne włosy błyszczą niczym
ostrze brzytwy, jaśniej niż jej złocona zbroja. On jednak odsuwa się,
odpycha ją na bok jak kot zabawkę.
- Co z moim nieszczęsnym bratem, upadłym księciem?
Nie usłyszy mojej odpowiedzi, bo jej nie mam.
Znowu się śmieje i tym razem trafia prosto w moje serce:
- Ciebie też porzucił? Uciekł? Tchórz zabija naszego ojca i próbuje
ukraść mój tron po to, żeby wymknąć się i ukryć?
Najeża się, gra ze względu na swoich arystokratów i żołnierzy. Przed
nimi musi wyglądać na tragicznego syna, króla, któremu nigdy nie była
pisana korona i który niczego tak nie pragnie, jak wymierzyć
sprawiedliwość w imię zabitych.
Unoszę wyzywająco podbródek.
- Myślisz, że Cal tak by postąpił?
Maven nie jest głupi. Jest występny, ale nie jest głupi i zna brata
lepiej niż ktokolwiek inny. Cal nie jest tchórzem i nigdy nim nie
będzie. Okłamywanie poddanych niczego tu nie zmieni. Oczy Mavena
zdradzają jego serce, gdy zerka w bok, na zaułki i uliczki odchodzące od
rozdartej wojną alei. Cal może gdzieś się tam chować, czekać na
możliwość ataku. Mogę być pułapką, przynętą mającą wywabić łasicę, którą
kiedyś nazywałam narzeczonym i przyjacielem. Kiedy odwraca głowę, korona
mu się zsuwa - jest dla niego za duża. Nawet metal wie, że nie należy do
Mavena.
- Myślę, że jesteś tu sama, Mare - mówi cicho. Mimo tego wszystkiego, co
mi zrobił, moje imię w jego ustach przyprawia mnie o drżenie i myślę o minionych dniach, kiedy jego słowa były serdeczne i czułe. Teraz
zabrzmiało jak przekleństwo. - Twoi przyjaciele przepadli. Przegrałaś. I jesteś wynaturzeniem, jedynym przedstawicielem nieszczęsnego rodzaju.
Wyświadczę ci łaskę, usuwając cię z tego świata.
Kolejne kłamstwa, o czym oboje wiemy. Odpowiadam zimnym śmiechem, takim
samym jak jego własny. Przez sekundę wyglądamy, jakbyśmy znowu byli
przyjaciółmi. Nic nie jest dalsze od prawdy.
Odrzutowiec przelatuje nad nami, jego skrzydła prawie ocierają się o szczyty pobliskich ruin. Tak blisko. Za blisko. Wyczuwam jego
elektryczne serce, wirujące silniki, które jakimś cudem utrzymują go w powietrzu. Sięgam ku nim najlepiej, jak potrafię, tak jak to robiłam
wiele razy. I tak jak w przypadku świateł, kamer, każdego kabla i obwodu, odkąd stałam się błyskawicą, łapię się elektryczności i... ją
odcinam.
Odrzutowiec nurkuje, przez chwilę szybuje na ciężkich skrzydłach.
Pierwotna trajektoria miała go prowadzić ponad aleją, wysoko nad
legionem, żeby chronił króla. Teraz spada prosto na nich, przelatuje nad
szeregiem Czerwonych i uderza w setki Srebrnych. Magnetrony Samosów i telekinetycy Provosów nie są dostatecznie szybcy, żeby zatrzymać
odrzutowiec, który uderza w ulicę. Asfalt i ciała sypią się na wszystkie
strony. Huk eksplozji prawie zwala mnie z nóg, odpycha do tyłu. Wybuch
jest ogłuszający, dezorientujący i bolesny. Nie ma czasu na ból - te
słowa wybrzmiewają raz po raz w mojej głowie. Nie patrzę na chaos, jaki
wybuchł wśród ludzi Mavena. Już biegnę, a razem ze mną biegnie moja
błyskawica.
Fioletowo-białe iskry osłaniają mój odwrót, chronią przed chyżymi,
którzy próbują mnie dogonić. Paru zderza się z moją błyskawicą, usiłując
się przez nią przebić. Odpadają, tworząc stosy dymiącego ciała i dygocących kości. Cieszę się, że nie widzę ich twarzy, bo inaczej
mogłyby mi się z czasem przyśnić. Potem nadlatują kule, ale uciekam
zygzakiem i trudno mnie trafić. Tych kilka pocisków, które jednak się
zbliżą, rozpada się z wizgiem na mojej tarczy, jak miało rozpaść się
moje ciało, kiedy spadłam na elektryczną sieć podczas Królewskiej Próby.
Wydaje się, że to wydarzyło się dawno temu. W górze znowu rozlega się
ryk odrzutowców, które tym razem są ostrożne, zachowują dystans. Ich
pociski nie są równie uprzejme.
Ruiny Naercey stały od tysięcy lat, ale nie przetrwają dzisiejszego
dnia. Budynki i ulice walą się niszczone przez moce Srebrnych i przez
pociski. Rzucono do ataku wszystkich i wszystko. Magnetrony wyginają i łamią stalowe podpory, kinetycy i siłacze ciskają gruzem w szare od
popiołu niebo. Woda wylewa się z kanałów ściekowych, kiedy wodnicy
próbują zatopić miasto i wypłoszyć niedobitki Szkarłatnej Gwardii
chowające się w tunelach. Wiatr wyje, porywisty jak huragan, dzięki
obecności tkaczy wiatru w wojsku. Woda i gruz szczypią mnie w oczy,
podmuchy są tak silne, że prawie mnie oślepiają. Niszczyciele rozsadzają
kamienie pod moimi nogami, potykam się, tracę orientację. Nigdy się nie
przewracałam, ale teraz szoruję twarzą o asfalt, zostawiając za sobą
ślad z własnej krwi. Kiedy się podnoszę, wrzask zdolny roztrzaskać szkło
powala mnie z powrotem i zmusza do zatkania uszu. Znowu krew - płynie
szybko gęstą strugą spomiędzy moich palców. Jednak atak banshee, który
mnie powalił, przypadkiem ratuje mi też życie. Kiedy upadam, kolejny
pocisk przelatuje nad moją głową - prawie czuję wzbudzony przez niego
podmuch powietrza.
Wybucha za blisko, żar pulsuje przez moją prowizoryczną tarczę z elektryczności. Zastanawiam się niezbyt przytomnie, czy zginę bez brwi.
Jednak zamiast mnie spalić, żar pozostaje stały, nieprzyjemny, ale
znośny. Silne ręce, które aż siniaczą mi ciało, podnoszą mnie, w świetle
ognia rozbłyskują blond włosy. Ledwie jestem w stanie zobaczyć jej twarz
w zawierusze. Farley. Straciła broń, ubranie ma podarte, mięśnie jej
dygocą, ale podtrzymuje mnie w pionie.
Za nią wysoka, znajoma postać rysuje się czarną sylwetką na tle
eksplozji. Wyciągniętą ręką powstrzymuje ogień. Zniknęły łańcuchy -
stopione, a może odrzucone. Kiedy się odwraca, płomienie rosną, liżą
niebo i zniszczoną ulicę, ale nas nie tykają. Cal doskonale wie, co
robi, kierując pożogą tak, żeby opłynęła nas jak woda skałę. Tak jak na
arenie, tworzy teraz płonący mur w poprzek alei, osłaniając nas przed
swoim bratem i jego legionem. Teraz jednak jego płomienie są silne,
karmione tlenem i gniewem. Skaczą w niebo tak gorące, że niemal
przybierają barwę widmowego błękitu.
Kolejne pociski spadają, ale Cal znowu neutralizuje eksplozje,
wykorzystując je do wzmocnienia swoich płomieni. To jest prawie piękne,
gdy jego długie ręce kreślą łuki i obracają się w stałym rytmie,
zmieniając zniszczenie w osłonę.
Farley próbuje mnie odciągnąć. Płomienie nas bronią, a ja odwracam się i widzę rzekę sto jardów dalej. Dostrzegam nawet zgarbione cienie Kilorna
i mojego brata kuśtykającego w kierunku rzekomo bezpiecznego azylu.
- Chodź, Mare - warczy Farley, na wpół wlekąc moje posiniaczone i słabe
ciało.
Przez sekundę pozwalam jej na to. Jasne myślenie za bardzo boli. Oglądam
się jednak i rozumiem, co robi, do czego próbuje mnie zmusić.
- Nigdzie bez niego nie idę! - krzyczę po raz drugi tego dnia.
- Myślę, że świetnie sobie radzi sam - odpowiada Farley, a w jej
niebieskich oczach odbija się ogień.
Kiedyś myślałam, że ją lubię. Uważała, że Srebrni są niezwyciężeni, że
bogowie żyjący na ziemi są zbyt potężni, by ich zniszczyć. Jednakże
zaledwie tego ranka zabiłam trzech z nich - Arvena, siłacza z Rhambosów
i wodnika, lorda Osanosa. Pewnie jeszcze więcej zgładziłam burzą
błyskawic. Fakt, że przy okazji prawie zabili mnie i Cala. Musieliśmy
wzajemnie ratować się na arenie. I teraz znowu musimy to zrobić.
Farley jest większa ode mnie, wyższa i silniejsza, ale ja jestem
zwinniejsza. Nawet kiedy jestem poobijana i na wpół głucha. Jeden ruch
stopy, dobrze wymierzone pchnięcie i Farley leci do tyłu, potyka się i mnie wypuszcza. Odwracam się, wyciągam dłonie, szukam tego, czego
potrzebuję. W Naercey jest o wiele mniej elektryczności niż w Archeonie
czy nawet w Palach, ale teraz nie potrzebuję wysysać z niczego mocy,
mogę tworzyć własną.
Pierwsze uderzenie wody kierowanej przez wodnika atakuje płomienie z siłą przypływu. Większość zamienia się w parę, ale reszta opada na ogień
i gasi potężne jęzory. Odpowiadam na wodę elektrycznością, celując w falę, która załamuje się w powietrzu. Za nią maszeruje Srebrny legion.
Przynajmniej skutych Czerwonych zabrali na tyły. To robota Mavena: nie
pozwoli, żeby spowalniali armię.
Tymczasem jego żołnierze natrafiają na moją błyskawicę, za którą już
ożywają z tlących się węgielków płomienie Cala.
- Cofaj się powoli - mówi Cal, wskazując kierunek dłonią.
Naśladuję jego miarowe kroki, nie odrywając oczu od nadciągającej zguby.
Zmieniamy się, nawzajem osłaniając swój odwrót. Gdy jego płomienie
słabną, pojawia się moja błyskawica i tak dalej, na przemian. Razem mamy
szansę.
Półgłosem wydaje krótkie polecenia - kiedy zrobić krok, kiedy podnieść
tarczę, kiedy dać jej opaść. Nigdy w życiu nie widziałam, żeby był tak
bardzo wyczerpany, żyły są niemal sinoczarne na tle jego bladej skóry,
szare sińce okalają mu oczy. Wiem, że sama muszę wyglądać jeszcze
gorzej. Jednak narzucony przez niego spokojny rytm sprawia, że nie
padamy całkiem, że odzyskujemy odrobinę siły, aby posłużyć się nią,
kiedy jest potrzebna.
- Jeszcze trochę! - woła Farley; jej głos rozbrzmiewa za naszymi
plecami. Nie ucieka. Zostaje z nami, chociaż jest zwykłym człowiekiem.
Jest dzielniejsza, niż myślałam.
- Jeszcze trochę dokąd? - warczę przez zaciśnięte zęby, zarzucając
kolejną sieć elektryczności. Mimo rozkazów Cala staję się coraz
wolniejsza i odrobinę gruzu przewala się przez moją tarczę. Kawałki
rozpadają się kilka metrów dalej w pył. Kończy nam się czas.
Ale nie tylko nam - Mavenowi także.
Czuję zapach rzeki i leżącego dalej oceanu. Przenikliwy i słony,
przyzywa, ale nie mam pojęcia do czego. Wiem tylko, że Farley i Shade
wierzą, że wyrwie nas z paszczy Mavena. Kiedy się oglądam, nie widzę
niczego poza aleją kończącą się ślepo nad rzeką. Farley stoi, czeka,
gorący wiatr rozwiewa jej krótkie włosy. "Skacz!" - mówią jej
poruszające się usta, zanim sama znika z krawędzi walącej się ulicy.
Co jest z tą kobietą? Zawsze musi skakać w przepaść?
- Chce, żebyśmy skoczyli - mówię Calowi i odwracam się w samą porę, żeby
zastąpić swoją tarczą jego płomienie.
Pomrukuje potakująco, zbyt skupiony, żeby coś powiedzieć. Tak jak moja
błyskawica, jego ogień też słabnie. Prawie widzimy poprzez płomienie
żołnierzy po drugiej stronie. Migoczący ogień zniekształca ich twarze,
zmienia oczy w płonące węgielki, usta w uśmiechnięte paszcze z kłami,
ludzi w demony.
Jeden z nich podchodzi do ściany ognia dość blisko, żeby się poparzyć.
Jednak nie płonie. Zamiast tego rozsuwa ją jak zasłonę.
Tylko jedna osoba to potrafi.
Maven strząsa węgielki ze swojej idiotycznej peleryny. Jedwab płonie,
ale zbroja wytrzymuje. Uśmiecha się. Co za tupet!
Jakimś cudem Cal znajduje dość siły, by się odwrócić. Zamiast rozerwać
Mavena gołymi rękami, łapie mnie za nadgarstek. Jego uścisk parzy.
Biegniemy, nie osłaniając już swojego odwrotu. Maven nie dorównuje
żadnemu z nas i dobrze o tym wie. Dlatego tylko krzyczy. Mimo korony i krwi na rękach jest wciąż bardzo młody.
- Uciekaj, morderco! Uciekaj, błyskawico! Uciekajcie szybko i daleko! -
Jego śmiech niesie się pośród walących się ruin, prześladuje mnie. -
Wszędzie was znajdę!
Jak przez mgłę zdaję sobie sprawę, że moja błyskawica słabnie, w miarę
jak się oddalam. Płomienie Cala też przygasają i jesteśmy odsłonięci
przed całym legionem, ale my już skaczemy, szybujemy w powietrzu do
rzeki, która płynie dziesięć stóp niżej.
Lądujemy, ale nie pośród plusku, lecz głośnego brzęku metalu. Muszę się
przeturlać, żeby nie połamać kostek, ale i tak czuję ból w kościach. Co
znowu?! Farley stoi po kolana w zimnej wodzie obok metalowego cylindra z otwartą klapą na górze. Bez słowa wchodzi do środka i znika w tym, co
znajduje się pod nami. Nie mamy czasu na kłótnie ani pytania, idziemy za
nią ślepo.
Cal ma przynajmniej dość rozsądku, żeby zatrzasnąć klapę za nami,
odcinając nas od rzeki i wojny w górze. Rozlega się syk, gdy klapa
zamyka się szczelnie. Jednak to nas nie osłoni zbyt długo przed
legionem.
- Kolejne tunele? - pytam zadyszana, odwracając się do Farley. Wzrok mi
się mgli i muszę oprzeć się o ścianę, bo moje nogi dygocą.
Tak jak wcześniej na ulicy, Farley obejmuje mnie za ramiona i podtrzymuje.
- Nie, to nie tunel - odpowiada z zagadkowym uśmiechem.
I wtedy to czuję. Gdzieś wibruje coś podobnego do baterii, ale dużo
większego. Silniejszego. Pulsuje wokół nas, wzdłuż dziwnego korytarza
wypełnionego migoczącymi lampkami i słabym żółtym światłem. Dostrzegam w głębi czerwone chustki skrywające twarze członków Szkarłatnej Gwardii.
Wyglądają jak zamglone szkarłatne cienie. Z jękiem korytarz drży i...
opada. W wodę.
- Łódź. Podwodna łódź - mówi Cal.
Jego głos dobiega z daleka, jest drżący i słaby. Tak samo ja się czuję.
Żadne z nas nie daje rady przejść więcej niż kilka kroków, zanim
osuniemy się pod zakrzywionymi ścianami.
Rozdział trzeci
W ciągu paru ostatnich dni najpierw obudziłam się w celi więziennej, a potem w pociągu. A teraz na łodzi podwodnej. Gdzie obudzę się jutro?
Zaczynam myśleć, że to wszystko jest snem albo halucynacją. A może czymś
gorszym. Tylko czy w snach czuje się zmęczenie? Bo ja z pewnością je
czuję. Wyczerpanie przenika mnie do szpiku kości, zalewa każdy mój
mięsień i nerw. Moje serce to całkiem inna rana: nadal krwawi z powodu
zdrady i porażki. Kiedy otwieram oczy, widzę ciasne szare ściany i wszystko, o czym chcę zapomnieć, powraca gwałtownie. Jakby królowa Elara
znowu weszła mi do głowy, zmuszając mnie do ponownego przeżycia
najgorszych wspomnień. Chociaż bardzo się staram, nie potrafię ich
powstrzymać.
Moje ciche pokojówki zostały stracone. W żaden sposób nie zawiniły,
malowały tylko moją skórę. Tristana nadziano jak prosiaka na rożen.
Walsh. Była w wieku mojego brata, służąca z Palów, moja przyjaciółka.
Była jedną z nas. Zginęła okrutną śmiercią z własnej ręki, żeby chronić
Szkarłatną Gwardię, naszą sprawę, mnie. Jeszcze więcej ludzi zginęło w tunelach pod Placem Caesara, gwardziści polegli z rąk żołnierzy Cala,
przez nasz głupi plan. Wspomnienie czerwonej krwi pali, ale tak samo
pali myśl o srebrnej. Lucas, przyjaciel, obrońca, Srebrny o dobrym
sercu, został stracony za to, do czego zmusiliśmy go z Julianem. Lady
Blonos - ścięta, ponieważ uczyła mnie, jak należy siedzieć. Pułkownik
Macanthos, Reynald Iral, Belicos Lerolan. Zostali poświęceni dla sprawy.
Prawie wymiotuję, kiedy przypominam sobie bliźnięta Lerolana,
czteroletnich chłopców zabitych w wybuchu, do którego doszło po
strzelaninie. Maven powiedział mi, że to był wypadek, przebity przewód
gazowy, ale teraz wiem swoje. Jest za bardzo przesiąknięty złem, żeby to
mógł być przypadek. Wątpię, żeby miał coś przeciwko dorzuceniu paru ciał
do pożogi, choćby po to, żeby przekonać świat, że Szkarłatna Gwardia
składa się z potworów. Zabije też Juliana i Sarę. Pewnie już nie żyją.
Nie mogę myśleć o nich wszystkich. To zbyt bolesne. Teraz moje myśli
kierują się do samego Mavena, jego zimnych, niebieskich oczu i chwili,
kiedy zdałam sobie sprawę, że jego czarujący uśmiech ukrywa bestię.
Koja pode mną jest twarda, koc cieniutki, nie mam poduszki, o której warto by wspominać, ale pewna cząstka mnie chce z powrotem się położyć. Już powraca ból głowy, tętni w rytm elektrycznego pulsu tej cudownej łodzi. To brutalne przypomnienie, że nie ma tu dla mnie spokoju. Na razie, dopóki pozostało tak wiele do zrobienia. Lista. Nazwiska. Muszę znaleźć tych ludzi. Muszę ich uratować przed Mavenem i jego matką. Żar rozpływa się po mojej twarzy, rumieniec oblewa mi skórę, gdy przypominam sobie książeczkę od Juliana z ciężko wywalczonymi sekretami. Rejestr takich ludzi jak ja, z dziwną mutacją, która daje nam Czerwoną krew i zdolności Srebrnych. Ta lista to spuścizna Juliana. I moja. Spuszczam nogi z pryczy, prawie uderzam głową w łóżko nade mną i znajduję na podłodze schludnie złożone ubrania. Czarne spodnie są za
długie, ciemnoczerwona koszula przeciera się na łokciach, a w butach nie
ma sznurówek. Daleko im do wspaniałych ubrań, które znalazłam w celi
Srebrnych, ale ich dotyk na skórze jest miły.
Ledwie zdążam wciągnąć koszulę przez głowę, kiedy drzwi do mojej kajuty
otwierają się z łomotem na wielkich żelaznych zawiasach. Kilorn stoi
wyczekująco po drugiej stronie. Jego uśmiech jest wymuszony i ponury.
Nie powinien się rumienić, bo już widział mnie w różnym stopniu
roznegliżowania w ciągu wielu minionych letnich miesięcy, ale policzki
mu pąsowieją.
- To nie w twoim stylu spać tak długo - mówi i słyszę troskę w jego
głosie.
Zbywam to wzruszeniem ramion i staję mimo słabych nóg.
- Chyba tego potrzebowałam.
Dzwoni mi dziwnie w uszach. Dźwięk jest przenikliwy, ale nie sprawia
bólu. Potrząsam głową, próbując się go pozbyć i wyglądam przy tym jak
otrząsający się mokry pies.
- To przez wrzask banshee. - Podchodzi i ujmuje delikatnie moją głowę w stwardniałe dłonie. Poddaję się temu badaniu, choć wzdycham z rozdrażnieniem. Obraca mnie w bok, zerka do uszu, z których niedawno
lała mi się krew. - Masz szczęście, że nie oberwałaś bezpośrednio.
- Dużo można o mnie powiedzieć, ale nie to, że mam szczęście.
- Żyjesz - odpowiada ostro i się odsuwa. - Wielu nie może powiedzieć
nawet tego.
Jego spojrzenie przypomina mi o Naercey, kiedy powiedziałam bratu, że
nie ufam jego słowu. W głębi serca wiem, że nadal mu nie wierzę.
- Przepraszam - mamroczę.
Oczywiście, wiem, że inni zginęli dla sprawy i dla mnie. Ale ja też
zginęłam. Mare z Palów umarła tego dnia, gdy spadła na elektryczną
tarczę. Mareena, zaginiona Srebrna księżniczka, umarła w Misie Kości.
Nie wiem, jaka nowa osoba otworzyła oczy w podziemnym pociągu. Wiem
tylko, czym była i co straciła. Brzemię tego prawie mnie przygniata.
- Powiesz mi, dokąd płyniemy, czy to kolejny sekret? - Staram się nie
mówić tego z goryczą, ale zupełnie mi się nie udaje.
Kilorn jest na tyle uprzejmy, żeby to zignorować. Opiera się o drzwi.
- Opuściliśmy Naercey pięć godzin temu i płyniemy na północny wschód. To
wszystko, co tak naprawdę wiem.
- I to w ogóle ci nie przeszkadza?
Wzrusza tylko ramionami.
- Dlaczego uważasz, że wyżej postawieni mi ufają? Albo tobie, skoro już
o tym mowa? Wiesz jak mało kto, jacy byliśmy głupi i jak wysoką cenę
zapłaciliśmy. - Znowu wracają bolesne wspomnienia. - Sama powiedziałaś,
że nie ufasz nawet Shade'owi. Wątpię, żeby ktokolwiek podzielił się tu
sekretami w przewidywalnej przyszłości.
Ten cios nie rani mnie tak bardzo, jak się spodziewałam.
- Jak on się ma?
Kilorn ruchem głowy wskazuje korytarz.
- Farley wykroiła tu całkiem znośny lazaret. Shade ma się lepiej niż
pozostali. Klnie jak szewc, ale bez wątpienia jest w lepszym stanie. -
Jego zielone oczy pochmurnieją. Odwraca twarz. - Jego noga...
Nabieram gwałtownie powietrza.
- To infekcja?
W domu, to znaczy w Palach, infekcja praktycznie równała się amputacji.
Nie mieliśmy za dużo leków, a kiedy krew się psuła, można było tylko
ciąć i mieć nadzieję, że wyprzedzi się gorączkę i czerniejące żyły.
Ku mojej uldze Kilorn kręci głową.
- Nie, Farley solidnie go naszprycowała, a Srebrni walczą czystymi
kulami. To bardzo wielkoduszne z ich strony. - Śmieje się ponuro,
spodziewając się, że mu zawtóruję. A ja tylko drżę. Zimno tu na dole. -
Ale na pewno przez jakiś czas będzie kuśtykał.
- Zabierzesz mnie do niego, czy sama muszę odkryć drogę?
Znowu śmieje się ponuro i wyciąga rękę. Ze zdumieniem stwierdzam, że
potrzebuję pomocy, żeby iść. Naercey i Misa Kości sporo mnie kosztowały.
* * *
Batyskaf. Tak Kilorn nazywa tę dziwną podwodną łódź. Oboje nie
pojmujemy, jak może żeglować pod powierzchnią oceanu, ale jestem pewna,
że Cal to rozgryzie. On jest następny na mojej liście. Znajdę go, gdy
się upewnię, że mój brat nadal oddycha. Przypominam sobie, że Cal był
ledwie przytomny, gdy uciekaliśmy, tak samo jak ja. Wątpię jednak, żeby
Farley umieściła go w izbie chorych razem z rannymi członkami
Szkarłatnej Gwardii. Za dużo złej krwi między nimi, a nikt nie życzy
sobie pożaru w zamkniętej metalowej rurze.
Wrzask banshee nadal dzwoni mi w głowie, przytłumiony jęk, który staram
się ignorować. Przy każdym kroku dowiaduję się o nowych siniakach i obolałych miejscach. Kilorn zauważa to za każdym razem, gdy się krzywię,
i zwalnia, żebym mogła wesprzeć się na jego ramieniu. Nie zwraca uwagi
na własne rany, głębokie rozcięcia ukryte pod kolejną warstwą świeżych
bandaży. Ręce zawsze miał poobijane, posiniaczone i poranione od
haczyków na ryby i lin, ale to były znajome rany. Oznaczały, że jest
bezpieczny, zatrudniony, wolny od poboru. Gdyby nie śmierć jego mistrza
rybactwa te drobne ranki byłyby jego jedynym brzemieniem.
Kiedyś smutniałam na tę myśl, teraz czuję tylko wściekłość.
Główny korytarz jest długi, ale wąski, podzielony metalowymi drzwiami o grubych zawiasach i hermetycznych zamknięciach. Pozwalają odciąć części
wnętrza, gdyby zaszła taka potrzeba, dzięki czemu całość nie zostanie
zalana i nie zatonie. Jednak te drzwi ani trochę mnie nie pocieszają.
Nie mogę przestać myśleć o śmierci na dnie oceanu w tej podwodnej
zamkniętej trumnie. Nawet Kilorn, chłopak, który wychował się na wodzie,
czuje się tu nieswojo. Słabe lampy w suficie, rzucając dziwne światło,
rzeźbią jego twarz cieniami, przez co wygląda staro i mizernie.
Na pozostałych członkach Szkarłatnej Gwardii łódź nie robi większego
wrażenia - kręcą się to w tę, to we w tę napędzani wzniosłym celem.
Opuścili czerwone szaliki i chustki, odkrywając zacięte, zdeterminowane
twarze. Noszą mapy, tace z medykamentami, bandażami, jedzeniem, a czasem
nawet karabiny. Zawsze się śpieszą i rozmawiają między sobą. Zatrzymują
się jednak na mój widok, przesuwają się pod ścianę, żeby zrobić mi jak
najwięcej miejsca w tej wąskiej przestrzeni. Ci śmielsi patrzą mi w oczy, gdy kuśtykam obok nich, ale większość gapi się pod nogi.
Niektórzy wyglądają, jakby się bali.
Jakby się bali mnie.
Chcę podziękować, wyrazić w jakiś sposób to, jak wielką dłużniczką
jestem każdego mężczyzny i kobiety na pokładzie tej dziwnej łodzi.
Prawie wyrywa mi się "dziękuję za waszą służbę", ale zaciskam zęby, żeby
powstrzymać te słowa. "Dziękujemy za waszą służbę". To właśnie drukuje
się w powiadomieniach, w listach wysyłanych do rodziców, żeby
poinformować ich, że ich dzieci zginęły w bezsensownej wojnie. Jak wielu
rodziców widziałam szlochających nad tymi słowami? Jak wielu jeszcze je
otrzyma, kiedy Dyrektywy poślą na front jeszcze młodsze dzieci?
Ani jeden, wmawiam sobie. Farley będzie miała jakiś plan, żeby temu
zapobiec, tak jak znajdziemy sposób, żeby odszukać tych ludzi o nowej
krwi, ludzi takich jak ja. Zrobimy coś. Musimy coś zrobić.
Gwardziści pod ścianami pomrukują między sobą, gdy ich mijam. Nawet ci,
którzy nie potrafią na mnie spojrzeć, szepczą, nawet nie próbując ukryć
słów. Pewnie myślą, że ich słowa to komplement.
"Błyskawica" - dobiega z ich ust. Słowo odbija się od metalowych ścian.
Otacza mnie jak przeklęte szepty Elary wkradające się do mojego mózgu.
Mała błyskawica. Tak mnie zwykła nazywać i teraz oni mnie tak nazywają.
Nie, to nieprawda.
Mimo bólu prostuję się tak bardzo, jak tylko mogę.
Już nie jestem mała.
Szepty podążają za nami aż do izby chorych, gdzie dwóch gwardzistów
strzeże zamkniętych drzwi. Obserwują także drabinę, ciężką i metalową,
wznoszącą się do sufitu. Jedyne wejście i jedyne wyjście z podwodnego
pocisku, jakim jest ta łódź. Jeden ze strażników ma ciemnorude włosy,
takie jak Tristan, chociaż nie jest nawet w przybliżeniu równie wysoki.
Drugi jest zbudowany jak głaz, ma brązową skórę, skośne oczy, szeroką
pierś, potężne ręce, które bardziej pasowałyby do siłacza. Na mój widok
pochylają głowy w ukłonie, ale ku mojej uldze prawie na mnie nie patrzą.
Zamiast tego skupiają się na Kilornie i szczerzą do niego zęby w uśmiechach jak szkolni koledzy.
- Tak szybko wróciłeś, Warren? - Rudzielec śmieje się i porusza znacząco
brwiami. - Lena już skończyła dyżur.
Lena? Kilorn sztywnieje pod moim ramieniem, ale nic nie mówi, by nie
zdradzić swojego skrępowania. Zamiast tego śmieje się tylko razem z nimi. I pomyśleć, że flirtował sobie, kiedy ja byłam nieprzytomna, a Shade leżał ranny i krwawił.
- Chłopak ma dość roboty i bez uganiania się za ładnymi pielęgniarkami -
mówi osiłek. Jego niski głos dudni w korytarzu, pewnie niesie się aż do
kajuty Leny. - Farley jest jeszcze na obchodzie, jeśli to jej szukasz -
dodaje, wskazując kciukiem drzwi.
- A mój brat? - odzywam się i wyplątuję z podtrzymującego mnie uścisku
Kilorna. Kolana nadal się pode mną uginają, ale stoję pewnie. - Shade
Barrow?
Uśmiechy rzedną, zastępuje je coś bardziej oficjalnego. Prawie jakbym
wróciła na dwór Srebrnych. Osiłek łapie drzwi, obraca potężne koło, żeby
na mnie nie patrzeć.
- Dochodzi do siebie szybko, panienko... ehm, moja pani.
Ściska mnie w żołądku na dźwięk tego tytułu. Myślałam, że mam już za
sobą takie rzeczy.
- Mów mi, proszę, Mare.
- Oczywiście - odpowiada bez najmniejszego przekonania.
Chociaż oboje należymy do Szkarłatnej Gwardii i jesteśmy żołnierzami
walczącymi za tę samą sprawę, nie jesteśmy tacy sami. Ten mężczyzna,
podobnie jak wielu innych, nigdy nie zwróci się do mnie po imieniu, bez
względu na to, jak bardzo będę tego chciała.
Otwiera drzwi z leciutkim skinieniem głowy, odsłaniając szeroką, ale
płytką komorę wypełnioną kojami. Kiedyś to była zbiorowa sypialnia, ale
teraz na łóżkach leżą pacjenci, a w pojedynczym przejściu między nimi
uwijają się mężczyźni i kobiety w białych strojach. Wielu ma ubrania
uwalane szkarłatną krwią i są zbyt zajęci nastawianiem nogi albo
podawaniem leków, żeby zauważyć, jak kuśtykam między nimi.
Ręka Kilorna unosi się w pobliżu mojej talii, jest gotowy złapać mnie,
gdybym znowu go potrzebowała, ale zamiast tego opieram się o łóżka.
Jeśli wszyscy mają się na mnie gapić, to równie dobrze mogę spróbować
iść o własnych siłach.
Shade leży na pojedynczej, cienkiej poduszce i opiera się głównie o zakrzywioną metalową ścianę. Na pewno nie jest mu wygodnie, ale oczy ma
zamknięte, a jego pierś unosi się i opada w spokojnym rytmie snu. Sądząc
po nodze podwieszonej na prowizorycznym wyciągu nad koją i po bandażu na
ramieniu, musiano mu podać leki, i to kilka razy. Jego widok w takim
stanie - chociaż jeszcze wczoraj myślałam, że nie żyje - to dla mnie
zbyt wielki szok.
- Powinniśmy dać mu pospać - mruczę nie wiadomo do kogo, nie oczekując
żadnej odpowiedzi.
- Tak, poproszę - odpowiada, nie otwierając oczu. Jednak krzywi usta w znajomym, szelmowskim uśmieszku. Nie potrafię powstrzymać śmiechu,
chociaż brat prezentuje się kiepsko.
To znajoma sztuczka. Shade często udawał, że śpi w szkole albo podczas
szeptanych rozmów naszych rodziców. Śmieję się na to wspomnienie,
przypominam sobie, ile sekretów poznał w ten właśnie sposób. Może ja
jestem urodzoną złodziejką, ale Shade to urodzony szpieg. Nic dziwnego,
że wylądował w Szkarłatnej Gwardii.
- Podsłuchujesz pielęgniarki? - Kolana mi trzeszczą, kiedy siadam na
brzegu jego łóżka, uważając, żeby go nie szturchnąć. - Dowiedziałeś się
już, ile bandaży zachomikowały?
Jednak zamiast zaśmiać się z mojego żartu, Shade otwiera oczy.
Przywołuje nas z Kilornem machnięciem ręki.
- Pielęgniarki wiedzą więcej, niż myślicie - odpowiada, zerkając na
drugi koniec kajuty.
Widzę, że Farley uwija się nad zajętym łóżkiem. Leży tam nieprzytomna
kobieta, pewnie uśpiona lekami, a Farley uważnie monitoruje jej puls. W tym świetle jej blizny wyraźnie się rysują: wykrzywiają kącik jej ust w grymasie, a potem zsuwają się na szyję i znikają pod kołnierzem. Rana
częściowo otworzyła się i została pośpiesznie zaszyta. Teraz jedyna
czerwień, jaką Farley nosi, to plama krwi na białym pielęgniarskim
stroju i na wpół sprane plamy sięgające aż po łokcie. Obok niej stoi
pielęgniarz, ale jego strój jest czysty; gorączkowo szepcze jej coś do
ucha. Farley kiwa czasem głową, ale krzywi się gniewnie.
- Co słyszałeś? - pyta Kilorn, przesuwając się tak, żeby całkiem
zasłonić Shade'a. Dla pozostałych wygląda to tak, jakbyśmy po prostu
poprawiali mu bandaże.
- Płyniemy do kolejnej bazy, tym razem kawałek od wybrzeża. Poza
terytorium Norty.
Próbuję przypomnieć sobie starą mapę Juliana, ale nie sięgam pamięcią
poza linię brzegową.
- To wyspa?
Shade kiwa głową.
- Nazywa się Tuck. To nie może być nic wielkiego, bo Srebrni nie mają
tam nawet placówki. Całkiem o niej zapomnieli.
Strach zalewa mi żołądek. Perspektywa odizolowania na wyspie, skąd nie
ma nawet jak uciec, przeraża mnie jeszcze bardziej niż łódź podwodna.
- Wiedzą jednak, że istnieje. Tyle wystarczy.
- Farley sprawia wrażenie pewnej, że ta baza to dobry pomysł.
Kilorn głośno prycha.
- Pamiętam, jak uważała, że Naercey jest bezpieczne.
- To nie jej wina, że straciliśmy Naercey - wtrącam się.
Nie jej. Moja.
- Maven wszystkich zwiódł - odpowiada Kilorn, szturchając mnie w ramię.
- Oszukał mnie, ciebie i nawet Farley. Wszyscy mu uwierzyliśmy.
Maven miał matkę, która go szkoliła, czytała nam w umysłach i kształtowała go zgodnie z naszymi nadziejami, więc nic dziwnego, że
daliśmy się oszukać. A teraz on jest królem. Teraz oszuka cały świat i będzie go kontrolował. Ale co to będzie za świat, mający za króla
potwora, którego trzyma na smyczy jego matka!
Odpycham jednak takie myśli. Mogą poczekać.
- Czy Farley powiedziała coś jeszcze? Co z listą? Nadal ją ma, prawda?
Shade zerka na nią ponad moim ramieniem i stara się mówić cicho.
- Ma, ale bardziej się martwi innymi, których spotkamy na Tuck, nie
wyłączając mamy i taty. - Zalewa mnie fala ciepła, ożywczy rozbłysk
szczęścia. Shade rozpromienia się na widok tego drobnego, ale szczerego
uśmiechu i bierze mnie za rękę. - Gisa też tam będzie. I te obiboki,
których nazywamy braćmi.
Część napięcia uchodzi z mojej piersi, ale zaraz pojawia się nowe.
Ściskam mocniej jego rękę, unoszę pytająco brew.
- Inni? To znaczy kto? Kto to może być?
Po masakrze na Placu Caesara i ewakuowaniu Naercey zwątpiłam, żeby ktoś
jeszcze istniał.
Jednak Kilorn i Shade nie są tak zdumieni jak ja i tylko spoglądają po
sobie ukradkiem. Znowu o niczym nie mam pojęcia i to mi się nie podoba.
Jednak tym razem to mój własny brat i najlepszy przyjaciel mają przede
mną sekrety, a nie zła królowa i podstępny książę.
Z jakiegoś powodu to bardziej mnie rani. Piorunuję ich wzrokiem
skrzywiona, aż zrozumieją, że czekam na wyjaśnienia.
Kilorn zgrzyta zębami i ma dość rozsądku, żeby posłać mi przepraszające
spojrzenie. Wskazuje Shade'a. Zrzuca na niego winę.
- Ty wiesz więcej niż ja.
- Szkarłatna Gwardia woli nie odkrywać swoich kart i ma rację. - Shade
poprawia się, siada nieco wyżej. Syczy z bólu, łapiąc się za ranne
ramię, ale zbywa mnie machnięciem ręki, zanim zdążę mu pomóc. - Chcemy
robić wrażenie organizacji małej, osłabionej, zdezorganizowanej...
Wbrew sobie prycham, patrząc na jego bandaże.
- I świetnie to wam wychodzi.
- Nie bądź okrutna - warczy Shade tonem naszej matki. - Próbuję ci
powiedzieć, że sytuacja nie jest taka zła, jak to wygląda. Naercey nie
było naszą jedyną twierdzą, a Farley nie jest naszym jedynym przywódcą.
Tak naprawdę to ona nawet nie należy do prawdziwego Dowództwa. Jest
tylko kapitanem. Są inni tacy jak ona, a jeszcze więcej jest takich,
którzy stoją wyżej od niej.
Sądząc po tym, jak rozkazywała swoim żołnierzom, pomyślałabym, że Farley
jest cesarzową. Kiedy mogę znowu na nią zerknąć, jest zajęta zakładaniem
świeżych bandaży, przez cały czas besztając pielęgniarza, który opatrzył
ranę wcześniej. Nie mogę jednak zignorować przekonania, z jakim mówi mój
brat. Wie o wiele więcej niż ja o Szkarłatnej Gwardii i jestem skłonna
uwierzyć, że mówi prawdę. W tej organizacji kryje się coś więcej, niż
widzę. To pocieszające... i przerażające zarazem.
- Srebrni myślą, że wyprzedzają nas o dwa kroki, ale nawet nie wiedzą,
gdzie stoimy - tłumaczy dalej Shade rozgorączkowanym tonem. - Sprawiamy
wrażenie słabych, bo tego właśnie chcemy.
Odwracam się szybko.
- Maven oszukał was, złapał w pułapkę i wymordował, a potem przepędził z waszego własnego domu. Czy może chcesz mi wmówić, że to część waszego
planu?
- Mare... - mamrocze Kilorn, opierając się o mnie ramieniem; jest wyraźnie
skrępowany.
Odpycham go jednak. On też musi to usłyszeć.
- Nie obchodzi mnie, ile tajnych tuneli, łodzi i baz macie. Nie wygracie
z nim. Nie w taki sposób.
Łzy, do których nawet nie wiedziałam, że jestem jeszcze zdolna, pieką
mnie w oczy na wspomnienie Mavena. Trudno zapomnieć, jaki był. Nie:
jakiego udawał. Życzliwego, zapomnianego chłopca. Cień płomienia.
- To co sugerujesz, błyskawico?
Głos Farley wywołuje we mnie podobny szok jak moje własne elektryczne
iskry, każda żyłka we mnie się trzęsie. Przez jedną krótką, okropną
sekundę gapię się na własne ręce, które zaciskam na prześcieradle
Shade'a. Może odejdzie, jeśli się nie odwrócę. Może da mi spokój.
Nie bądź głupia, Mare Barrow.
- Zwalczaj ogień ogniem - odpowiadam jej, wstając. Kiedyś jej wzrost
mnie onieśmielał. Teraz piorunowanie jej wzrokiem stało się dla mnie
naturalne i znajome.
- To jakiś żart Srebrnych? - szydzi, krzyżując ramiona na piersi.
- A wyglądam, jakbym żartowała?
Nie odpowiada i to wystarcza. Kiedy milczy, dociera do mnie, że wszyscy
w pomieszczeniu ucichli. Nawet ranni powstrzymują jęki. Patrzą, jak
błyskawica rzuca wyzwanie ich pani kapitan.
- Bazujecie na tym, że udajecie słabych i uderzacie mocno, tak? Oni zaś
robią wszystko, żeby wyglądać na silnych, niezwyciężonych. Ale na arenie
dowiodłam, że to nieprawda. - Powiedz to raz jeszcze, żeby wszyscy
usłyszeli, myślę sobie. Przywołuję stanowczy ton, którego nauczyła mnie
lady Blonos. - Oni nie są niezwyciężeni.
Farley nie jest głupia i z łatwością podąża za moim tokiem myślenia.
- Jesteś silniejsza od nich - oznajmia rzeczowo. Patrzy na Shade'a,
który leży na łóżku, cały spięty. - I nie ty jedna.
Kiwam zdecydowanie głową, zadowolona, że Farley już wie, czego chcę.
- Setki nazwisk, setki Czerwonych obdarzonych zdolnościami.
Silniejszych, szybszych, lepszych od nich i z krwią Czerwoną jak świt. -
Zatyka mnie, jakby moje własne płuca wiedziały, że staję na progu
przyszłości. - Maven spróbuje ich zabić, ale jeśli pierwsi do nich
dotrzemy, mogą...
- ...stworzyć najpotężniejszą armię w historii świata. - Wzrok Farley
staje się mglisty na samą myśl o tym wszystkim. - Armię nowokrwistych.
Kiedy się uśmiecha, szwy na bliźnie napinają się i grożą, że znowu
pękną. Ona jednak uśmiecha się jeszcze szerzej. Nie przeszkadza jej ból.
A mnie owszem. I to się pewnie nigdy nie zmieni.
Rozdział czwarty
Farley nie jest tak wysoka jak Kilorn, ale szybciej i z większym
zdecydowaniem stawia kroki, stąd trudniej za nią nadążyć. Staram się,
jak mogę, prawie truchtam, żeby nadążyć, gdy idziemy korytarzem.
Gwardziści tak jak wcześniej uskakują nam z drogi, ale teraz też
salutują, gdy Farley ich mija, przykładają ręce do piersi albo palce do
czoła. Muszę przyznać, że Farley to imponująca postać, nosi blizny i rany jak klejnoty. Nie przeszkadza jej krew na stroju pielęgniarskim,
bezwiednie ociera o niego ręce. Część tej krwi należy do Shade'a.
Wyciągnęła mu kulę z ramienia bez mrugnięcia okiem.
- Nie zamknęliśmy go, jeśli o tym myślisz - rzuca od niechcenia, prawie
jakbyśmy wymieniały się ploteczkami, a nie rozmawiały o uwięzieniu Cala.
Nie jestem na tyle głupia, żeby złapać się na tę przynętę, nie teraz.
Sprawdza mnie, bada moją reakcję, moją lojalność. Ja jednak nie jestem
już dziewczyną, która błagała o pomoc. Nie tak łatwo mnie teraz
odczytać. Żyłam na drucie kolczastym, żonglowałam kłamstwami jedno po
drugim, ukrywałam się. Teraz z łatwością robię to samo i ukrywam głęboko
swoje myśli.
Śmieję się więc tylko i posyłam jej uśmiech, który doprowadziłam do
perfekcji na dworze Elary.
- Widzę. Nic nie zostało stopione - odpowiadam, wskazując metalowe
ściany.
Czytam w jej myślach, kiedy ona próbuje czytać w moich. Dobrze się
kryje, ale zaskoczenie błyska w jej oczach. Zaskoczenie i zaciekawienie.
Nie zapomniałam, w jaki sposób traktowała Cala w pociągu - zakuła go w łańcuchy, postawiła uzbrojonych strażników, okazywała pogardę. A on
przyjął to jak skopany pies. Po zdradzie brata i zamordowaniu ojca
stracił chęć do walki. Nie winię go. Farley jednak nie zna jego serca
tak jak ja. Ani jego siły. Nie wie, jak bardzo niebezpieczny jest
naprawdę. Ani jak bardzo niebezpieczna jestem ja, skoro już o tym mowa.
Nawet teraz, mimo licznych obrażeń, czuję moc w głębi siebie, zew
pulsującej w łodzi elektryczności. Mogłabym przejąć nad nią kontrolę,
gdybym chciała. Mogłabym wszystko tu wyłączyć. Zatopić nas. Te mordercze
myśli sprawiają, że rumienię się ze wstydu. Mimo to niosą pocieszenie.
Jestem najgroźniejszą bronią na okręcie pełnym wojowników, a oni nawet o tym nie wiedzą.
"Sprawiamy wrażenie słabych, bo tego właśnie chcemy". Shade mówił wtedy
o Szkarłatnej Gwardii, wyjaśniał jej motywy. A teraz zastanawiam się,
czy nie próbował powiedzieć mi czegoś więcej. Tak jak wtedy, dawno temu,
kiedy ukrył pewne słowa w liście.
Kajuta Cala znajduje się na drugim końcu batyskafu, z dala od miejsc
tętniących życiem. Jej drzwi są prawie schowane za plątaniną rur i pustych skrzynek z pieczątkami z Archeonu, Przystani, Corvium, Zatoki
Portowej, Delphie, a nawet z Belleum w Piemoncie na południu. Nie mam
pojęcia, co znajdowało się w skrzynkach, ale nazwy miast Srebrnych
wywołują u mnie dreszcz. Kradzione, myślę. Farley zauważa, że gapię się
na skrzynki, ale nie zawraca sobie głowy wyjaśnieniami. Mimo naszego
niepewnego porozumienia w kwestii "nowokrwistych" nadal nie należę do
jej zaufanych ludzi. Pewnie ma to coś wspólnego z Calem.
Cokolwiek napędza statek - wyczuwam, że jest to ogromny generator -
dudni pod moimi stopami i wibruje mi w kościach. Marszczę nos z niesmakiem. Farley nie zamknęła Cala, ale też nie była dla niego
uprzejma. Przy tym hałasie i dygocie wątpię, żeby w ogóle był w stanie
się przespać.
- Rozumiem, że to jedyne miejsce, w którym mogłaś go umieścić? - pytam,
obrzucając złym wzrokiem ciasny kąt.
Farley wzrusza ramionami i wali pięścią w drzwi.
- Książę się nie skarżył.
Nie czekamy długo, chociaż przydałoby mi się trochę czasu, żeby wziąć
się w garść. Koło obraca się po paru sekundach, bardzo szybko, dźwięcząc
metalicznie. Żelazne zawiasy zgrzytają i Cal otwiera drzwi.
Nie dziwię się, że stoi wyprostowany, ignorując obolałe ciało. Całe
życie przygotowywał się do roli wojownika, przyzwyczaił się do zranień i siniaków. Nie potrafi jednak ukrywać wewnętrznych ran. Unika mojego
wzroku, skupia się na Farley, która albo tego nie zauważa, albo ma w nosie złamane serce księcia. Nagle moje własne rany wydają mi się nieco
łatwiejsze do zniesienia.
- Kapitan Farley - mówi, jakby przeszkodziła mu podczas kolacji.
Posługuje się rozdrażnieniem, żeby ukryć ból.
Farley nie pozwala na to, potrząsa krótkimi włosami, pociąga nosem.
Sięga nawet do drzwi, żeby je zamknąć.
- Och, nie życzysz sobie gości? Zachowałam się strasznie niegrzecznie.
Cieszę się w duchu, że nie pozwoliłam Kilornowi, żeby przyszedł z nami.
On potraktowałby Cala jeszcze gorzej, bo nienawidził go od ich
pierwszego spotkania w Palach.
- Farley... - cedzę przez zęby.
Przytrzymuję drzwi. Z zachwytem i niesmakiem zauważam, że wzdryga się
przed moim dotykiem. Rumieni się, potwornie zawstydzona sobą i swoim
strachem. Odgrywa twardą, ale jest taka sama jak jej żołnierze. Boi się
błyskawicy.
- Myślę, że teraz już sobie poradzimy - dodaję.
Jakiś grymas przebiega przez jej twarz, wyraz irytacji na siebie i na
mnie. Kiwa jednak głową, ciesząc się, że może opuścić moje towarzystwo.
Raz jeszcze zerka na Cala, jakby mogła go zabić wzrokiem, i znika z powrotem w korytarzu. Wykrzykiwane przez nią rozkazy dźwięczą przez
chwilę echem, niezrozumiałe, ale zdecydowane.
Cal i ja patrzymy w ślad za nią, potem na ściany, na podłogę, na własne
stopy, lękając się spojrzeć sobie w twarz. Boimy się przypomnieć sobie
kilka ostatnich dni. Ostatnim razem, kiedy patrzyliśmy na siebie przez
próg, nastąpiły potem lekcja tańca i pocałunek. Równie dobrze to mogło
wydarzyć się w innym życiu. Bo tak właśnie było, myślę sobie. Tańczył z Mareeną, zaginioną księżniczką, a Mareena nie żyje.
Jednak jej wspomnienia żyją. Kiedy przechodzę obok niego, ocieram się
ramieniem o jego silną rękę i przypominam sobie jego dotyk, jego smak.
Żar, zapach dymu z drewna, wschód słońca. To się zmieniło. Teraz pachnie
krwią, jego skóra mrozi jak lód. Mówię sobie, że nigdy więcej nie chcę
go posmakować.
- Dobrze cię traktują? - odzywam się pierwsza, sięgając po prosty temat.
Jedno spojrzenie na jego malutką, choć czystą celę wystarcza za
odpowiedź, ale równie dobrze można wypełnić czymś ciszę.
- Tak - odpowiada, nadal kręcąc się przy otwartych drzwiach. Zastanawia
się, czy je zamknąć.
Mój wzrok pada na panel sterowniczy w ścianie, który wyjęto, odsłaniając
plątaninę kabli i przełączników. Wbrew sobie uśmiecham się blado. Cal
przy nim grzebał.
- Myślisz, że to rozsądne? Jeden niewłaściwy kabel...
To wywołuje u niego słaby, ale pocieszający uśmiech.
- Majstruję przy obwodach przez pół życia. Nie martw się, wiem, co
robię.
W końcu postanawia zatrzasnąć drzwi, ale nie zamyka ich na zamek. Opiera
się ręką o metalową ścianę, palce ma szeroko rozłożone, szuka czegoś,
czego może się chwycić. Bransoleta zapalająca wciąż błyszczy mu na
nadgarstku - lśniące srebro na tle zmatowiałej, twardej szarości.
Zauważa moje spojrzenie, obciąga poplamiony rękaw. Nikt nie pomyślał,
żeby dać mu świeże ubranie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki