1
Nikt nie wiedział, gdzie się podziała rodzina, która wcześniej mieszkała
w tym domu. Latem zeszłego roku pewnego dnia zwyczajnie zebrali manatki
i wyjechali. Od tamtej pory dom stoi pusty.
- Zadzwonili do mnie w czerwcu - wyjaśnił mężczyzna, który oprowadzał
Billie i jej mamę. - Powiedzieli, że tata dostał nową pracę i dlatego
muszą się z dnia na dzień wyprowadzić. Potem poprosili, żebym im pomógł
w sprzedaży domu.
Potrząsnął głową, po czym ruszył przodem na schodki wiodące do wejścia.
Billie poczuła narastające wątpliwości. To tutaj mają zamieszkać? Mama
posłała jej uśmiech. Jeden z tych nowych uśmiechów, które pojawiły się w zeszłym roku, kiedy tata zachorował. Smutny uśmiech. Przywodził jej na
myśl cyrkowego klauna.
Mężczyzna otworzył drzwi i wszedł do środka. Ruszyły za nim.
- Oczywiście nie mogłem odmówić, kiedy mnie poprosili o pomoc - ciągnął.
- Nie jestem wprawdzie agentem nieruchomości, ale sprzedać dom każdy
głupi potrafi. Nie miałem czasu się tym zająć od razu po ich
wyprowadzce, a potem przyszła jesień i zima, więc zadzwoniłem i zaproponowałem, żeby poczekać do lata.
- Wiele osób już oglądało dom? - zapytała mama.
Mężczyzna zawahał się, zanim odparł:
- Ee - powiedział. - Niewiele, ale trochę było. I większość
zainteresowana.
Billie pomyślała, że kłamie. Umiała to wyczuć: po głosie zawsze słychać,
kiedy ktoś kręci. Jak wtedy, kiedy zapytała mamę, czy tata umrze, a mama
powiedziała, że oczywiście, że nie. Billie od razu wiedziała, że to
nieprawda.
Mężczyzna pokazał im cały dom. Na piętrze były dwie małe sypialnie ze
skosami. Na parterze kuchnia, salon, nieduży pokój gościnny i łazienka.
- Mała kuchnia - zauważyła Billie.
- Jak dla nas wystarczy - odparła mama.
Billie rozejrzała się dookoła. Dom był stary. Według kartki z informacją, którą wręczył im mężczyzna, wybudowano go prawie sto lat
temu. Drewniany dom pomalowany na niebiesko. Farba zaczynała pękać,
Billie zauważyła to już w ogrodzie.
- Ledwie kilka lat temu odmalowali chałupę - powiedział mężczyzna. -
Wcześniej była żółta.
Stali w jednej z sypialń na górze i Billie miała wrażenie, że powietrzem
w pokoju trudno się oddycha. W całym domu dziwnie pachniało, jakby od
dwudziestu lat nikt tam nie mieszkał. Miała w nosie, czy był kiedyś
zielony czy żółty, czy czarny, chciała tylko wreszcie stąd wyjść i pojechać do domu.
Do domu. Do domu w Kristianstad, gdzie przemieszkała całe swoje
dwunastoletnie życie i skąd nigdy nie chciała się wyprowadzić. Mamie
przywidziało się, że skoro zostały same, muszą się przeprowadzić. Do
?hus, małej miejscowości, gdzie mama spędziła dzieciństwo, niecałe
dwadzieścia kilometrów od miasta. Billie uważała, że jest dobrze, jak
jest. Taty przecież i tak nie odzyskają tylko dlatego, że zmienią dom.
- Bardzo ładnie jest na niebiesko - powiedziała mama. - Na żółto też
jest niebrzydko, ale rozumiem, że poprzedni właściciele woleli
niebieski. Jak długo tu mieszkali?
Wyszli z sypialni.
Mężczyzna odpowiedział wymijająco.
- Nie pamiętam dokładnie. Ze trzy, cztery lata? Jak już mówiłem,
wyprowadzili się prawie z dnia na dzień, bo mama dostała nową pracę.
- A to nie tata zmieniał pracę? - zapytała Billie.
Mężczyzna posłał jej surowe spojrzenie.
- Nie, mama.
Zapadło milczenie i Billie usłyszała jakiś odgłos dobiegający z sufitu.
Zupełnie jakby ktoś drobnymi kroczkami spacerował po dachówkach.
- To ptaki - wyjaśnił mężczyzna. - Z czasem człowiek się przyzwyczaja.
Billie przeszedł dreszcz. Dom był nieprzyjemny. Zimny i brudny.
W dodatku poprzedni mieszkańcy zostawili wszystkie meble. Mama
zauważyła, że Billie im się przygląda, i zapytała mężczyznę, kiedy
właściciele zamierzają je zabrać.
Odchrząknął.
- Znaczy się, o ile dobrze rozumiem, dom ma być sprzedany razem z meblami - powiedział. - Albo wcale.
Mama się zdziwiła.
- Chce pan powiedzieć, że jeśli nie kupię mebli, nie mogę też kupić
domu?
- Nie musi pani za nie płacić - wyjaśnił - ale nikt tu nie przyjedzie
się nimi zająć.
- Rozumiem - odparła mama, ale Billie widziała, że wcale nie rozumie.
No bo kto się wyprowadza, nie zabierając rzeczy?
- Poczekam w ogrodzie, a wy możecie się same porozglądać - powiedział
mężczyzna, po czym ruszył schodami w dół.
Usłyszały, jak zamyka drzwi wejściowe, i po chwili zobaczyły go przez
okno.
- No i co myślisz? - zapytała mama. - Oczywiście musisz to sobie
wyobrazić bez tych mebli, bo ich nie będzie. No i pamiętaj, że
przemalujemy i odnowimy tu wszystko, jak chcemy.
Billie ścisnęło w gardle. Trochę ponad pół roku temu przemalowywała swój
pokój w mieście. Pomagał jej tata i wszyscy się zastanawiali, dlaczego
tak szybko się męczy i dlaczego tak bardzo bolą go plecy.
- Ale ja nie chcę mieszkać w ?hus - powiedziała. - Nikogo tu nie znam,
wszyscy moi koledzy są w mieście. A tak w ogóle to ten dom mi się nie
podoba.
- Co ci się w nim nie podoba? - zapytała mama.
Billie nie wiedziała, od czego zacząć. Wszystko zakurzone, okna brudne.
Po dachu w tę i z powrotem maszerują ptaki, podłoga i ściany trzeszczą.
- Jest taki... stary - wydusiła w końcu.
- Ależ kochanie, przecież nasz dom w mieście też jest stary.
Billie zaszczypały oczy, otarła twarz rękawem bluzy.
Nie podobał jej się ten dom i tyle.
- Pójdę jeszcze raz na dół - powiedziała mama. - Zejdź, kiedy się
naoglądasz.
Pod stopami mamy zaskrzypiały schody, a po chwili Billie usłyszała, jak
otwiera i zamyka szafki w kuchni.
Billie weszła do drugiej sypialni, tej, którą ona by dostała, gdyby tam
zamieszkały. W pokoju pełno było różnych rzeczy, półek z książkami i innych mebli. Pod ścianą stało łóżko z zieloną narzutą, a w kącie
drewniane biurko, które ktoś pomalował na różowo. Na biurku leżał blok i kredki, a obok stosik rysunków. Naprawdę wyglądało to tak, jakby ten,
kto tu sobie rysował, nagle zwyczajnie wstał i wyszedł.
I nigdy nie wrócił.
2
Wprowadziły się dwa tygodnie później. Billie nawet nie bardzo wiedziała,
jak do tego doszło.
- Chcę tu zamieszkać - powiedziała mama.
I tak się stało.
Mama wychowała się w ?hus i ponoć zawsze marzyła, że kiedyś tam wróci.
Chciała, żeby zaczęły wszystko od nowa, gdzie indziej, choć niedaleko
Kristianstad.
Billie nie miała siły się z nią wykłócać. Przynajmniej wolno jej było
zostać w szkole w mieście, gdzie miała wszystkich kolegów.
- Przydałoby się tu posprzątać - zauważyła mama, kiedy wniosły kartony z rzeczami.
Billie w pełni się z nią zgadzała: sprzątanie naprawdę by się tu
przydało.
Był lipiec. Dobiegała połowa wakacji, ale Billie nie mogła sobie
przypomnieć, gdzie podziały się wszystkie te wolne dni od końca roku
szkolnego. Miała wrażenie, że koledzy cieszą się na wieść o jej
przeprowadzce do ?hus. Będą ją mogli odwiedzać, zanim zacznie się
szkoła: będą jeździć rowerem na plażę, kąpać się w morzu, zajadać lody w porcie. Billie próbowała okazywać taki sam entuzjazm, ale jakoś jej to
nie szło. Wyobrażała sobie tylko cały ten kurz i bałagan, całe te sterty
gratów, które zostawili po sobie poprzedni mieszkańcy.
Prawie tak, jakby nadal tam mieszkali.
Tydzień przed przeprowadzką pojechały z mamą do Lund odwiedzić dziadków
ze strony taty. Dziadek rozpalił grill, a babcia ugotowała młode
ziemniaczki. Im chyba też podobała się idea przenosin do ?hus.
- Odmiana dobrze wam zrobi - powiedziała babcia, gładząc Billie po
policzku.
Potem się rozpłakała, a dziadek zaczął niezręcznie kaszleć, mocno
mrugając oczami, i wyjaśnił, że gryzie go dym z grilla. Ale Billie
przecież i tak widziała, że jemu też jest smutno.
Po śmierci taty Billie tak dużo płakała, że nie sądziła, by zostały jej
jeszcze jakieś łzy. A jednak. Często pojawiały się w nocy, choć czasem
też w środku dnia. Nigdy wcześniej nie przeżyła tak potwornej zimy i wiosny.
Nadal posiadały dom w mieście, on jednak niebawem powinien zostać
wystawiony na sprzedaż. Billie miała cichą nadzieję, że nikt nie
przyjdzie go oglądać i będą zmuszone z powrotem się tam przeprowadzić.
Pośrednik twierdził, że łatwiej się sprzedaje umeblowane nieruchomości,
więc mama uznała, że równie dobrze mogą poczekać z przewożeniem swoich
rzeczy do nowego miejsca.
- Tam przecież jest już całe mnóstwo mebli, a samo wyrzucanie tego
wszystkiego zajmie nam sporo czasu - powiedziała.
Ale na to Billie stanęła okoniem.
- W życiu nie pójdę spać w czyimś starym, obrzydliwym łóżku! -
wykrzyknęła.
Mama się z nią zgodziła. Łóżka będą musiały wymienić, ale cała reszta
zostanie.
Był ciepły dzień, kiedy wnosiły rzeczy. W swoim pokoju Billie pozbierała
wszystko, co leżało na wierzchu, i powrzucała do dużych kartonów, które
mama przywiozła w tym celu. Zrobiła miejsce na różowym biurku, gdzie
ktoś jakby dopiero co przerwał rysowanie. Ostrożnie odłożyła na bok
obrazki. Nie była pewna, ale wydawało jej się, że zrobiła je
dziewczynka. Większość była czarno-biała, tylko kilka zostało
pokolorowanych.
Rysunki przedstawiały różne rzeczy: dużego kota siedzącego na kamieniu,
mnóstwo drzew, które, Billie odniosła wrażenie, miały wyobrażać las. Zza
jednego pnia wyglądał chłopiec. Na innym rysunku była strasznie
rozzłoszczona dziewczynka.
Billie położyła je na samym dnie kartonu i przykryła innymi rzeczami.
Nie podobało jej się, że obecność poprzednich mieszkańców nadal tak
silnie daje się odczuć. Mama powtarzała, że muszą zacząć wszystko od
nowa, ale jak cokolwiek może być "od nowa" w takim starym domu?
W drzwiach pokazała się mama.
- Pomyślałam, że pojadę po zakupy. Masz ochotę wybrać się ze mną?
Billie zastanowiła się. Nie, nie chciało jej się jechać do sklepu.
- OK - powiedziała mama. - Niedługo wrócę.
I tak Billie po raz pierwszy została sama w nowym domu.
3
Po wyjściu mamy w domu zapanowała absolutna cisza. Billie włożyła do
kartonu ostatnie rzeczy do wyniesienia, po czym zeszła na parter po
odkurzacz. Mama nie domknęła za sobą drzwi, więc Billie natychmiast
popędziła je zatrzasnąć i zamknąć na klucz.
Nagle usłyszała, że gdzieś stuka okno. Cicho podreptała do salonu, ale
tam wszystkie okna były zamknięte. Nasłuchiwała w kompletnym bezruchu.
Odgłos nadal się rozlegał, ale gdzie indziej.
I wtedy zobaczyła coś, co sprawiło, że na chwilę zapomniała o trzaskającym oknie.
Lampa pod sufitem w salonie... kiwała się. Powoli bujała się w tę i z powrotem niby wahadło starego zegara.
To na pewno przeciąg, pomyślała Billie. Ale w salonie wszystkie okna
były zamknięte. Jak w takim razie lampa może się huśtać?
Poszła do pokoju gościnnego. Prawie całą podłogę zajmowały kartony z rzeczami i śmieci. Billie poczuła ulgę, widząc, że okno jest otwarte na
oścież. Prędko je zamknęła. Wolała, żeby tak samo jak drzwi wejściowe
były zamknięte. Nie miała też odwagi pójść do salonu i sprawdzić, co z lampą. A jeśli nadal się huśta?
Billie znalazła odkurzacz w kącie za drzwiami. Zastanawiała się, czy
kiedykolwiek wcześniej przeżyła dziwniejsze wakacje. Wakacje zapełnione
przeprowadzką i sprzątaniem. Wakacje bez taty. Zmusiła się, żeby wziąć
głęboki wdech.
Kiedy sięgała po odkurzacz, zauważyła nieduży stolik: wysokości stolika
do herbaty, tyle że o wiele mniejszy. Ciekawe, do czego służy, może to
taki, na jakim babcia stawia kwiaty?
Mimo pokrywającej go grubej warstwy kurzu Billie zauważyła, że jest
kolorowy. Na metalowych nogach opierał się blat zrobiony z małych
gładkich kamyczków, niebieskich, czerwonych i złotawych. Ostrożnie
zrobiła palcem kreskę w kurzu i zobaczyła, jak kamyki połyskują. Była to
pierwsza ładna rzecz w tym domu. Postanowiła zapytać mamy, czy może
wziąć ją do swojego pokoju.
Wnosząc odkurzacz na piętro, przypomniała sobie o lampie huśtającej się
na haku pod sufitem. Z całą pewnością wprawił ją w ruch przeciąg z pokoju gościnnego. Bo co innego?
Słońce powoli chowało się za czubkami wysokich sosen rosnących po
przeciwnej stronie drogi. Billie z mamą zajadały na werandzie spaghetti
z sosem bolońskim.
- A może by tak podjechać rowerami na wieczorną kąpiel w morzu? -
zaproponowała mama i aż oczy jej rozbłysły. - Uważam, że należy nam się
coś miłego po całej tej mordędze.
Jazda rowerem nad morze i wieczorna kąpiel. Brzmiało to przemiło. Billie
jednym haustem dopiła mleko, po czym wyruszyły.
- Jak myślisz, mamusiu, co się stało z poprzednimi mieszkańcami tego
domu? - odezwała się Billie po chwili jazdy w milczeniu.
- Jak to: co się stało?
- No, nie wiem, ale czy to nie dziwne, że ot tak po prostu wyjechali,
zostawiając tyle rzeczy?
- Hm, to dosyć dziwne, że tak nagle się zwinęli. Ale czasem tak jest.
Życie potrafi nieoczekiwanie całkiem zmienić bieg.
Potem nic już nie mówiły aż do przyjazdu na plażę.
Woda była niebieska i chłodna. Najmniejszy nawet podmuch wiatru nie
marszczył gładkiej powierzchni. Billie weszła po kolana, mama tymczasem
minęła ją, wbiegając do pasa, a potem rzuciła się do przodu i zniknęła w błękicie. Po kilku sekundach wypłynęła.
- Och, jak cudownie! - wykrzyknęła. - Chodź, Billie!
Billie pobiegła do niej. Zapomniała, że woda w ?hus zawsze jest za
zimna. I że dno prawie nie opada. Dziadek mawiał, że jest tam tak długo
płytko, że można dojść w bród aż do Polski.
Plaża była wąska, ale długa. W oddali po prawej stronie majaczyła
latarnia morska u wejścia do portu. Billie postanowiła pojechać tam
rowerem, kiedy tylko będzie miała czas. Przyjemnie byłoby tam posiedzieć
z książką.
Zobaczyła go, kiedy wyszła z wody i zaczęła owijać się ręcznikiem:
ciemnowłosy chłopak o brązowych oczach. Siedział na piasku nieopodal w samych tylko czerwonych szortach. Dlaczego tak się na nie gapi?
Mama wyszła z wody i odrzuciła włosy do tyłu. Musiała podążyć wzrokiem
za spojrzeniem Billie, bo powiedziała:
- Z wyglądu bardzo sympatyczny.
Billie poczuła, że się czerwieni. Dlaczego rodzicom zawsze się wydaje,
że mogą mówić takie rzeczy? Sympatyczny. Czy tak się mówi o dzieciach?
- Wcale nie - odburknęła. - Głupi jakiś, tylko się gapi.
Posłała chłopakowi wściekłe spojrzenie, a ten powoli odwrócił głowę.
Kiedy jednak mijały go chwilę później, znowu na nie spojrzał. Billie
wyprostowała się, demonstracyjnie patrząc w przeciwną stronę. Miała
wrażenie, że chłopak podąża za nimi wzrokiem dopóty, dopóki nie wsiadły
na rowery i odjechały.
Kiedy dotarły do domu, zaczęło się już ściemniać. Mama wzięła ręczniki,
żeby je rozwiesić na sznurkach przy szopie za domem.
- Idź pierwsza, ja zaraz będę - powiedziała.
Billie szybkim krokiem okrążyła dom i weszła na taras. Sosnowy lasek za
drogą wydawał się teraz mroczny i wysoki. W sąsiednich domach paliły się
światła, ale ponieważ każdy miał duży ogród, do żadnego z nich nie było
blisko. Wiewiórka, która musiała schować się na tarasie, znienacka
smyrgnęła ze schodów i Billie aż podskoczyła.
Myślała o chłopcu na plaży. Ręka lekko jej drżała, kiedy wyjmowała klucz
z kieszeni i przekręcała go w zamku. Prędko weszła, zatrzaskując za sobą
drzwi. Stopy nadal miała całe w piasku, więc otrzepała je rękami. Drobne
żółte ziarenka posypały się na chodnik.
Lampa w przedpokoju zamrugała, kiedy Billie zapaliła światło.
Przypomniał jej się stoliczek w pokoju gościnnym. Może wytrze go i od
razu zaniesie do swojego pokoju?
W pokoju gościnnym nie było górnego światła, tylko mały kinkiet na
ścianie, którego matowe światło barwiło pomieszczenie na żółto. Billie
podeszła do stoliczka i pochyliła się, żeby go podnieść. Zamarła.
Musiało jej się zdawać. Ukucnęła, żeby lepiej się przyjrzeć. A więc
jednak nie, jednak się jej nie przywidziało. Im dłużej patrzyła na
zakurzony blat, tym większy ogarniał ją strach.
Nad kreską, którą sama zrobiła w kurzu, ktoś zostawił odcisk bardzo
małej dłoni. Jakby do domu weszło dziecko, kiedy się kąpały, położyło
rękę na zakurzonej powierzchni i wyszło.
4
Mimo wszelkich starań Billie nie mogła przestać myśleć o odcisku dłoni w kurzu. Ktoś musiał wejść do domu pod ich nieobecność. Mama jednak była
innego zdania. Twierdziła, że to Billie sama zrobiła ślad.
- Ale popatrz! - Billie wyciągnęła rękę nad odciskiem. - Moja dłoń jest
o wiele większa!
Nie pojmowała, jak mama może podejrzewać ją o kłamstwo.
- No to co się według ciebie stało? Do domu zakradło nam się małe
dziecko?
Billie sama nie wiedziała, co myśleć, więc zamilkła. Ale ogarnął ją
strach. Od tej pory miała problemy z zasypianiem, a w nocy budziło ją
bieganie ptaków po dachu i poskrzypujące ściany i podłogi.
- Tak to już jest ze starymi domami - tłumaczyła mama. - Nigdy nie jest
w nich kompletnie cicho.
Billie jednak nie czuła się w domu bezpiecznie i zaczęło się w niej
rodzić poczucie, że coś z nim jest nie tak. Czasami odnosiła wrażenie,
że nie mieszkają same.
Miała nadzieję, że za jakiś czas będzie lepiej. Była za duża, żeby
wierzyć w duchy, a mama oczywiście miała rację, że to niemożliwe, żeby
małe dziecko zakradło się do domu pod ich nieobecność. Tylko w takim
razie naprawdę można się zastanawiać, skąd wziął się ten odcisk w kurzu.
Zaczęło padać. Billie prawie cały czas spędzała w swoim pokoju, czytając
wyciągnięta na łóżku, podczas gdy krople deszczu bębniły o dachówki. Po
pięciu dniach nieustannej pluchy mama stwierdziła, że wreszcie udało im
się zaprowadzić w domu porządek. Jednocześnie wyszło słońce.
- A nie miałyśmy wyrzucić tych kartonów? - zapytała Billie, kiedy
wstawiły ostatnie pudła do pokoju gościnnego.
- Tak, ale przecież była brzydka pogoda. Poza tym Martin, wiesz, ten
pan, który pokazywał nam dom, obiecał się tym zająć, więc mamy te graty
po prostu zostawić, jak są, a on po nie przyjdzie.
Billie dobrze pamiętała tego faceta. Przypominała sobie też, że nie
podobał jej się tak samo jak dom. A więc ma na imię Martin.
- Kłamał jak najęty - burknęła.
- Billie, proszę cię.
Mama wydawała się zmęczona.
- Ale przecież tak właśnie było - upierała się Billie. - Najpierw
powiedział, że poprzedni mieszkańcy się wyprowadzili, bo tata dostał
nową pracę, a potem nagle to mama ją dostała.
- Pewnie nie pamiętał dokładnie - odparła mama. - Przestań już do tego
wracać.
Ale Billie pomyślała o odcisku dłoni w kurzu i nie pojmowała, jak to
możliwe, że mama nie odczuwa strachu.
Największą zaletą ?hus jest to, że jest małe. Wszędzie da się dojechać
rowerem. Billie nabrała nawyku, aby codziennie odbywać jakąś wycieczkę.
Jednym z miejsc, do których szczególnie lubiła zaglądać, była biblioteka
położona za dużym sklepem spożywczym przy porcie. Billie uwielbiała
książki. Postanowiła nawet nie pakować książek poprzednich mieszkańców
domu, tylko zostawiła je na półkach w swoim pokoju.
Bibliotekarka, która już rozpoznawała Billie, przywitała ją miło, kiedy
dziewczynka podeszła do kontuaru, żeby zapytać o złożone wcześniej
zamówienie.
- Masz szczęście - uśmiechnęła się bibliotekarka. - Książka dosłownie w tej chwili do nas wróciła.
Odwróciła się i zdjęła ją z regału za kontuarem. Książka była gruba, w brązowej okładce, opięta gumką przytrzymującą kartkę z nazwiskiem i adresem Billie.
- Dobrze... - Bibliotekarka zsunęła gumkę.
Billie wyjęła swoją kartę biblioteczną. Podając ją kobiecie, niechcący
zrzuciła na podłogę kartkę ze swoimi danymi. Już miała się po nią
schylić, kiedy raptem usłyszała czyjś głos:
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki