I
Historię Haliny zacząć można od początku, od środka lub od końca, jak każdą historię. W którym miejscu, w którym momencie da się najlepiej uchwycić ów kształt, w jaki zakrzepło niedługie jej życie?
Widziałam kiedyś chłopca, który narysował jednego z Trzech Króli, zaczynając od paznokcia bosej, czarnej stopy. Z tego wykwitły pierścienie na palcach nóg, potem płaszcz, turban, broda i szkatuła z darami. I wielbłąd, którego Baltazar trzymał za uździenicę.
To był król z Epifanii, uchwycony w geście, który go stwarza i zarazem reasumuje. Pokłon i dar - po tych atrybutach każdy go rozpozna. Reszta jego życia, przedtem i potem, gdyby ją chcieć dopowiedzieć czy dorysować, musiałaby ułożyć się koncentrycznie wokół tej sceny, przygotowywać ją lub z niej wynikać.
Tylko, właściwie, czy konieczne jest przedtem i potem króla Baltazara? Ledwo wstał z klęczek, ledwo dosiadł z powrotem wielbłąda, już go wchłania drgająca niepewność czasu. Wynurzył się z pustyni i znowu w nią zapada. Można by towarzyszyć mu na własne ryzyko, szukać jego śladów na piasku. Ale po co, skoro wiadomo o nim najważniejsze. Czy od paznokcia stopy zacząć czy od korony, jego postać umowna jak litera alfabetu, wszystkim zrozumiała, sama z siebie skłania się ku swej zasadniczej pozie.
Ale Halina? Nawet jeżeli przyjąć, że dar, że ofiara były gestem centralnym, gestem zwrotnym jej życia - stąd bardzo zuchwała w swym braku proporcjonalności analogia z osobą króla i maga - cóż o niej kto wiedzieć może, zanim ja nie spróbuję opowiedzieć jej historii od początku do końca? Skąd pewność, że ta historia ma swój własny kształt, linię, do której gdy się raz dopracuje którąś kolejną próbą, którymś domysłem, cała reszta okaże się zbyteczna? Tymczasem sypka jest jak piasek, gdy w niej przebieram palcami, gdy ją drążę, z rzadka natrafiam na grudkę jakąś, korzeń, łupinę, a i te strawione i zetlałe, jakby czas ze szczególną usilnością starał się przywrócić ją pierwotnej nieforemności.
Tym trudniej mi, że historia ta z konieczności swej składać się musi z elementów bardzo rozmaitych, może sprzecznych, o których nie wiem wcale teraz, gdy trzymam ołówek w dłoni i zataczam nim niezdecydowane koła w powietrzu, nad białą kartką papieru, czy uda mi się połączyć je w całość pełną i kulistą, stworzyć z nich czy raczej odtworzyć prawdziwy świat Haliny? Rozsypuje mi się on na razie w myślach i w palcach.
Z tego krnąbrnego piasku cóż może wyjść podobnego? Nie historia, zaledwie propozycja. Zaledwie wersja, moja własna, zaledwie moja własna nadzieja, cała oparta na jej ostatnim, szczęśliwym uśmiechu.
Od tego uśmiechu mam pokusę zacząć. Czyli, pozornie, zaczęłabym od końca.
Nikogo nie było przy tym, kiedy Halina otworzyła oczy. Była sama w pokoju zalanym kwaśnym, zielonkawym światłem nieokreślonej pory, na pograniczu zmierzchu albo świtu. Poprzez oczka pożółkłych, szydełkowych firanek, poprzez podwójne szyby zaklejone plastrami bibuły na krzyż, wnikało ono w puste przestrzenie, ślizgając się po materialnej wypukłości przedmiotów. Meble wypełniały pokój aż po sufit, był nie to że zastawiony, był nimi zabudowany. Wysiedlone z kolejnych domów Haliny, spiętrzone jedne na drugich, podopasowywane, powbijane w siebie na siłę, zrosły się w jedną rzecz, w jeden mebel niewiadomego użytku o dziesiątkach brzuchów, blatów, poręczy, nóg, mebel z pokładu arki Noego. Koło kaflowego pieca fikus rozczapierzał sflaczałe swe łapy. Szyby dzwoniły lekko, jakby ktoś sypał w nie garściami szklany piach, i gdzieś pod sufitem brzęczała zmartwychwstała nie wiadomo dlaczego mucha.
- To nieprawda - powiedziała Halina prawie na głos i otworzyła oczy.
Nad futryną okna ściana majaczyła słabo - cała, bez pęknięcia, bez skazy. Nigdy więc nie przebiegła tędy błyskawica, nigdy nie pękał i nie trzeszczał dom, rozgniatany w palcach olbrzyma.
Jakie szczęście, że to nie była prawda. Nic nie było prawdą z tego, co otaczało ją tak ściśle i tak nieustępliwie. Łóżko na samym spodzie, w samym jądrze tej drewnianej rzeczy także nie było prawdą, ani ciało, jego kształt wyżłobiony w wilgotnym sienniku, ani pot, ani bezwład tego ciała. Z prześcieradeł, bandaży, z bólu i odleżyn, z samej siebie Halina wysuwała się oto jednym śliskim ruchem narodzin z zadziwiającą łatwością.
Ulga, wdzięczna, szczęśliwa ulga przeniknęła ją na skroś. To wszystko nie było prawdą. To jej się zdawało, śniło, ale cóż pozostaje ze snu? Jeszcze moment, a jego fikcyjne, złudne trwanie będzie rzeczą do reszty odjętą i przekreśloną. Fizyczne uczucie błogości, lekkość, radość wypełniły ją ustokrotnionymi możliwościami. Mogła chodzić, skakać, biegać, mogłaby fruwać, gdyby zechciała.
Rozpostarła ramiona zuchwałym gestem. W tym momencie palce jej wykonały ledwo dostrzegalny ruch na kołdrze, ale cóż było prawdą? Naprawdę ramiona jej otwierały się posłusznie, prostowała głowę, plecy ze spokojną pewnością kontroli nad mięśniami. Powietrze wypełniło jej płuca, musując. To był pierwszy oddech nareszcie prawdziwego życia.
Mogła, wszystko mogła. Z owalnego okienka na strychu nad oborą wychylała się, smakując miły zawrót głowy. Liście lipy połyskiwały w dole przeczesywane przez wiatr. To było takie proste, zechcieć i zsunąć się, zakołować i zawrócić. Białe gołębie wzbijały się stadkami, furkocząc.
To było tylko zabawą, dziecinnym, czczym zachceniem i Halina wiedziała, że coś więcej, coś lepszego ją czeka. Ale nie było pośpiechu. Ta chwila miała wakacyjną niewymierność czasu. Miała go, ów czas, dowolny i niepodzielony, posiadała go w całości, naprzód i wstecz, jeszcze jeden atrybut wyzwolonego z koszmaru ciała. Wiedziała, że czegokolwiek tknie, zaraz grymas złego snu zsunie się z rzeczy i powrócą do niezakłóconej jawy.
Tymczasem w samym progu przebudzenia Halina ślizgała się w powietrzu, leżąc na wznak, z niefrasobliwym zapamiętaniem dziecka, które wie, że jest kochane.
Kiedyś, gdy była tak mała, że nawet wspinając się na palce, nie mogła dosięgnąć krawędzi babczynej komody, dawano jej czasem do ręki w nagrodę za grzeczność szklaną kulę, która tam leżała niedostępna, podwajając się w lustrze. Kula, ciężka i zimna jak bryła lodu, swym przezroczystym sklepieniem obejmowała osobny świat. Był tam domek wielkości ziarnka grochu pokryty makiem czerwonej dachówki, z oknem ozdobionym płatkiem firanki. Nad gankiem wisiała latarenka jak łebek od szpilki. Dokoła domku ogród odrobiony był wiernie, co do gałązki, co do listka, z bocianim gniazdem w rozwidleniu konarów topoli, ze sztachetami płotu, z kulkami jabłek na jabłoni, gruszek na gruszy.
Ścieżką ku temu domowi biegła dziewczynka z kokardą w jasnych włosach, w letniej sukience z falbankami.
Trzymając oburącz kulę, Halina czuła się olbrzymem, który poprzez jednostronną przezroczystość nieba podgląda niczego nieprzeczuwający świat. Jakżeby chciała skurczyć się, zlilipucieć, przeniknąć tam do wnętrza, znaleźć się na tej ścieżce, obok tej dziewczynki, być tą dziewczynką i żyć w tym ogrodzie, w którym zdawała się trwać wieczna pogoda, chociaż szklana kula nie zawierała własnego słońca.
Lecz równocześnie budziło się w niej zdradzieckie poczucie władzy. Tak bardzo nie chciała tego, tak się tego bała, tak uważała, żeby ani drgnąć, choć ręce drętwiały jej od ciężaru kuli, a przecież zawsze w końcu ulegała pokusie demiurga. Nie po to, żeby zniszczyć, nie, po to, żeby się przekonać. Może mały świat oprze się tym razem, może okaże się bardziej trwały?
Potrząsała kulą.
Nie trzeba było wiele. Jedno nieznaczne wygięcie dłoni i natychmiast kula mętniała. Wielki kataklizm targał jej wnętrzem. Nie było już lata ani pogody, nie było nawet żadnej przechodniej jesieni, żadnego przygotowania, stopniowania, zmierzchu, nic, tylko z miejsca chaos, nawałnica śnieżna, a potem, gdy to się ustało, gdy ścichło, brudnobiała pustynia i zgarbiona postać staruszki wlokącej się pomiędzy zaspami.
Jakże to było możliwe? Co stało się z domkiem i jego ścieżką, gdzie zapadły jabłonie i grusze? Jakim sposobem dziewczynka w letniej sukience, z kokardą w jasnych włosach, mogła w jednej chwili przemienić się w garbatą staruchę?
Szklana kula kryła w sobie wielką zagadkę. Nic nie ubyło z niej, niczego do niej nie przybyło. To samo szklane niebo obejmowało więc dwa sprzeczne światy. Który z nich był prawdziwy, to znaczy definitywny? Może zima? Może tak już zostanie, tak się to zatnie i nigdy więcej nie wróci do życia tamta ulubiona pogoda?
Halina wpadała w dziecinną rozpacz, w panikę. Potrząsała kulą z całych sił. Zimy i lata, ogrody i pustynie rozbijały się o siebie. Dziewczynki i staruszki migały w szaleńczych, niepełnych metamorfozach. Wreszcie wybuchała płaczem tak, że odbierano jej kulę i znowu musiała bardzo prosić, bardzo się starać, żeby zdjęto ją dla niej z komody.
Teraz, otwierając oczy, miała uczucie, że dzieje się coś podobnego. Wielka, niewidzialna dłoń potrząsnęła kulą, która zawierała jej świat, i wszystko się zmąciło. Ale to było tylko na chwilę, tylko na jedną, długą noc, która mijała właśnie. Halina była spokojna, miała obietnicę, miała gwarancję. Nareszcie było jej dane, i z naddatkiem, to, o co prosiła, gdy pełna zuchwałej ufności składała swój ślub w kościele Bernardynów pod trójkątnym okiem, obwiedzionym rzęsami promieni, które widziało ją ze stropu.
Oko patrzyło, ucho słuchało pochrząkiwań, pojękiwań, szurania stóp, pobrzękiwania różańcowych ziaren w kościele pustym o tej rannej porze, gdzie nie było widać nikogo. Może ludzie zostawiali tu raz na zawsze swoje intencje, żeby przemawiały za nich same? Organy szumiały cichym, pszczelim brzękiem, aby od czasu do czasu wybuchnąć grzmotem, burzą. To była odpowiedź z góry. Płomienie świec wydłużały się, kładły od potężnego, jawnego oddechu. A potem znowu organy cichły i pokorne, natrętne szepty wypełzały z kątów, powtarzając wiecznie ludzkie, wiecznie swoje.
- Niech mnie boli - powiedziała Halina.
Te słowa wyprzedziły jakąkolwiek decyzję, nawet intencję. Nie miała zamiaru, nie miała nawet chyba pojęcia, że za chwilę powie coś takiego. Były jak kamień, który nagle wymyka się z ręki i toczy, pociągając za sobą całe osypisko. Nie sposób cofnąć go czy zatrzymać i już tylko w jakimś bezsilnym osłupieniu patrzeć można na obnażające się aż do kości zbocze.
Tak powiedziała, wyraźnie, głośno: "Niech mnie boli" i już nie było sposobu sprawić, żeby te słowa nie zostały nigdy wypowiedziane, nieusłyszane.
Przeniknął ją dreszcz i na chwilę straciła poczucie tego, gdzie jest. Ale zaraz echa zadomowione w kościele ocknęły się i poparły ją, jakby wszyscy, obecni i nieobecni, przestraszeni jej wahaniem nie chcieli dopuścić do tego, by wycofała słowo. Nie mogła zawieść ich nadziei, od tego zależał ich wspólny los.
- Niech ten ból powróci - powtórzyła ze świadomą już solennością. - Jeśli inaczej nie można, zabierz mi zdrowie z powrotem. Nie będę o nie prosiła, nie będę czekała na nowy cud. Ale spraw, niech to się nie stanie. Uchroń wszystkich, uchroń nas...
Czujna, przychylna obecność otaczała ją, to był kontakt bezpośredni. Jej ofiara liczyła się, wiązała obustronnie, wpisana na zawsze w wielkie księgi.
Długo czekała, nie wstając z klęczek, pewna, że ból wróci i spiorunuje ją na miejscu. Ale to nie musiało się stać w ten sposób, tutaj, teraz. To może nie musi stać się wcale, może intencja sama się liczyła. Nic nie miało znaczenia oprócz pewności, że została usłyszana i wysłuchana.
Nie wiedziała, że płacze, i gdy poprzez rzęsy sklejone łzami zobaczyła na przeciwległej stronie nawy promień słońca rozszczepiony na siedem barw, wydało jej się, że to jest właśnie łuk przymierza, znak, że nie będzie potopu.