WRACAJĄC CIEPŁYM LUTOWYMPOPOŁUDNIEM Z CASSIS DO MARSYLII (SZKIC 1)
16.20
Moczyliśmy białe stopy we francuskim morzu, z daleka od imigranckich dzielnic Marsylii. Łagodność tafli wody wnikała pod nasze drżące powieki i wypływała powolną łzą. Gdzieś tam łodzie wypełnione marzeniami o europejskim życiu rozpruwały jej powierzchnię. W końcu zasnęliśmy na rozłożonych na piasku trenczach i przyśniła nam się para łabędzi z podciętymi lotkami. - Czy dochowamy sobie, jak one, wierności? - spytałam.
WRACAJĄC CIEPŁYM LUTOWYM POPOŁUDNIEM Z CASSIS DO MARSYLII (SZKIC 2)
16.40
I trzeba było wracać, ostatni bezpośredni autobus do portu, tej otwartej na oścież bramy Europy, niekiedy przymykanej nagłymi podmuchami niechęci, odjeżdżał o siedemnastej. Szliśmy powoli, z piaskiem między palcami stóp, z roztopionymi w słońcu niewypowiedzianymi słowami, agresywnością polskich spółgłosek w głowie. - Jak to jest myśleć po francusku? Inaczej niż po algiersku? - spytałeś.
WRACAJĄC CIEPŁYM LUTOWYM POPOŁUDNIEM Z CASSIS DO MARSYLII (SZKIC 3)
17.00
W autobusie był tłum, wycieczka emerytów. Pan siedzący przede mną cały czas mówił, sepleniąc, nic nie rozumiałam, śmiał się i bezwiednie co chwilę unosił szczękę ponad dziąsła, a następnie ją przygryzał.
Wspięliśmy się krętą drogą na wzgórza nad calanques. Widać było języki wody wcinające się w ląd. Zbłąkana mucha, która wsiadła razem z nami, bzyczała coraz słabiej, resztkami sił próbując znaleźć wyjście na przezroczystej tafli okna. Nic nie wskazywało na to, że zaraz zostanie rozbite i mucha wreszcie odnajdzie wolność. W centrum Marsylii trafił w okno kamień. Kamień nierozumiejący mowy polskiej, francuskiej i algierskiej. No man's stone.
WRACAJĄC CIEPŁYM LUTOWYMPOPOŁUDNIEM Z CASSIS DO MARSYLII (SZKIC 4)
23.30
Fidelité to tamto popołudnie: ja zmęczona, mucha zdezorientowana, wzbijająca się w powietrze, ty z zaschniętą na czole nieregularną, słabo widoczną linią soli z wody morskiej, dzielna pani kierowczyni, uciekająca od tłumu, zapach zupy bouillabaisse, brudna, pokryta sprejem ławka nad brzegiem zatoki, szczotka, którą próbowałam rozczesać najeżone, elektryzujące się myśli, a później nocne, słyszane jakby w oddali, ale jednak blisko, strzały z broni palnej.
Wczoraj w Sercątku Herty Müller znalazłam dwa francuskie bilety autobusowe, rachunek za mydło i niewyraźne KTG mojego rodzącego się wtedy uczucia.