Szkice wierszem: dwa światy - Jerzy Smoliński

Kup ebooka

5.05 zł
4.19 zł (4,29 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Poeta

Zaszczuty codziennością spuszczoną z łańcucha

biegnę za swym sercem niesiony nadzieją

tam, gdzie myśl rozległa i obca cierpieniom

w poetyckiej sztuce zapomnienia szuka

Wodzę cichą dłonią po gwiazd firmamencie

nurzam pióro łagodne w kałamarzu nocy

i patrzę jak wierszem moje słowo kroczy

umoczone szybko w myśli atramencie

I piszę, natchniony, co mi się zamarzy:

raz słodka woń kwiatów, to znów ścieżka kręta

symfonią obrazu wszystko wokół darzy

Odeszło zmartwienia, spłynęła kometa

złocistym ogonem gładząc mnie po twarzy

Chcę ją w sonet ująć... żałosny poeta...

(1974)

Ślepcy

Chłonąc ciszę światła błędnymi rękoma

tłum ślepców rozrzuca wygasłe spojrzenia

źrenicami strachu w krwawych oczodołach

parą białek spalonych bólem niespełnienia

Idą wichrom naprzeciw w korowodzie czerni

depcząc wiotkie kwiaty stopami nagimi

Zachrypnięte gardła rzucają obelgi

wyciągniętym wokół dłoniom litościwym

Obrzuceni fałszem, kamieniami wzgardy

szepcząc słowa modlitwy w ostatniej spowiedzi

wiążą na łachmanach żałobne kokardy

kończą pochód upiorny ku świetlistej śmierci

Ślepcy pełzną wolno rozpłaszczeni w smutku

potrząsając znakiem swojego kalectwa:

chorągwiami piersi, w których martwym środku

krzyczą łkaniem bezsilnym oślepione serca

*

Nie odnajdą ślepcy zagubionej wiary

Nikt im nie przywróci straconego wzroku

Dawno już zwątpili w krzywe lustra prawdy -

Tylko śmierć dać może upragniony spokój

Lecz zanim odejdą, chcą zwłoki obnażyć

wczoraj jeszcze pełne siły i młodości

zdolne żyć, pokochać, o szczęściu pomarzyć -

Dziś już nie ma dla nich prawdy ni miłości

Stójcie ślepcy! Dokąd?! Powstrzymajcie pochód!

Nie wszystko stracone, zawróćcie więc z drogi!

Odeszli I tylko pozostał niepokój

Jeszcze szemrzą w pustce ostatnie ich kroki...

(1974)

Collage

Zbyt ciężki jest ołów godzin pokonanych

wzlotów i upadków, mostów popalonych

pląsów, gestów, spojrzeń, lęków i nadziei

marzeń mgłą zasnutych, nigdy nie spełnionych -

Zbyt trudno jest światła uwolnić od cieni

Na murach obrazy jak surowość skały

a na nich anioły bez skrzydeł i twarzy -

te wspanialsze trwają, inne już umarły

a ponad tym wszystkim świat w bezruchu barwy...

Ktoś przyszedł po cichu i dzień za dnia zabił

ktoś wydeptał ścieżki w labiryncie czasu

komuś pod stopami rozpadła się droga

Ktoś komuś za życia obelisk postawił

Ktoś uczył się chodzić na złamanych nogach

niepomny przestrogom - i światło dlań zgasło...

Obrazy ponure, strzępy popalone

bezmiarów kalekich, które groza toczy

Obłoki i gwiazdy, postument bezkształtny

na którym spoczywa mrok w spiżu odlany:

pomnik cichych nocy i dni opieszałych

Słów kości już dawno zostały rzucone...

To pieśń przemijania na ustach milczenia,

cień nieposkromiony rządz niepowstrzymanych

to collage okrutny, co czerń rozpościera

odurzając spokój bezdennym koszmarem

niszcząc wątłe nadzieje na bezdrożach wiary

na przekór wszystkiemu, co życiem nazwane

Już pora uderzyć, zniszczyć cień natrętny

zagłuszyć jęk smutku pieśnią szczęśliwości

Lecz na to potrzeba dwu serc, nie jednego

Już pora uderzyć, słów rzucone kości

Daj mi dłoń pomocną, kształt nie zaznanego -

klęska wobec smutku rodzi collage śmierci...

(1974)

***

Czekam na sen który nadejdzie

być może

wraz z dnia narodzeniem

Czekam na pamięć i wzlot tęsknoty

co spłynie na mnie

snu nieobjawieniem

Czekam na każde słowo

każdą prawdziwość

chwil nieokreślonych -

i jeszcze na jeden uśmiech

krzyk dziecka

westchnienie ludzi po pracy zmęczonych

Czekam na życie i śmierć

na miłość -

i wszystko co smutkiem się zowie

Nie! Ja nie czekam:

ja żądam i wołam i...

Nic już więcej nikomu nie powiem.

(1974)

***

Ten list majowy szalony ze szczęścia

posyłam ci pocztą snów moich i marzeń

Tęsknota moja świeci we mgle zdarzeń

codziennych, jak po deszczu tęcza

Te słowa, co lecą ku tobie jak ptaki

piór trzepotem ledwie dotykając przestrzeń

utulą cię czule zanim zaśniesz jeszcze

i okryją do snu całunem skrzydlatym

Ta rozkosz wspomnienia, co przypływa ku mnie

z obrazem twym jasnym i cichym jak zorza

jest wiatrem z dnia na dzień wiejącym od morza

w miłości mej żagle dmuchającym dumnie

To wszystko co piszę odpędza noc brzydką

i chmurną jak noc konającej wiary -

wciąż widzę radości bogactwa bez miary:

ten list, te słowa, tę rozkosz, to wszystko...

(1974)

Moje anioły

Rozciągnąć chwilę w niemożliwość

znaczy: nieobecność zamknąć w czas

wytyczyć granice nieskończoności

Znajdujesz życie w śmierci oprócz swoich

codziennych narodzin i zgonów:

Szczęściem - rozpaczasz a cierpisz - rozkoszą

Niedosyt karmisz głodem

Kiedy poeta zbuduje dom z paru naiwnych

klocków - potrącisz, rozsypując cały ten

wiersz w stosy połamanych liter

Kiedy pająki palców wędrując po

klawiaturze jak czerń i biel absurdalnych

w symbiozie nut przeczą nieodegranym - muzyka

Masz siebie na własność i co

najwyżej jeszcze do tego myśl rozdwojoną o rzut

przyległego cienia czyli pogoń za snem o jawie

Schowaj głowę w ciemność Ukryj

twarz w lawinie gdy boisz się jej Odgłos pękających

dłoni rozdartych wspinaczką po śpiew

I znów oddech głęboki To pająki

palców wznoszące się po nutach z

klawiszy, a nie klawiszach z nut Jak dzień

Otwierać w zamykaniu

Budować w niszczeniu

Zapomnieć w pamiętaniu

Skryć w odnalezieniu

Zaśmiać się płaczem

Skonać narodzeniem

Upaść znów powstaniem

Krzyczeć w dal milczeniem

Moje anioły zagłuszają i ciszą Rwą kolej

rzeczy na części i składają chaos ze skrawków w

całość Raz po raz słychać chorały ich skrzydeł

(1974)

***

Jakże szybko lata dni upalne płoną

gasnąc każdym zmierzchem wschodzącej jesieni

Znaleźliśmy siebie nad wieczorną wodą

by je w szczęście naszą miłością odmienić

Chłoniemy swe usta pocałunków głodne

odkrywając wargami bogactwo rozkoszy

Oczy ślą spojrzenia czułe i łagodne

jak gwiazd srebrne oblicza w księżycowej nocy

Stworzyliśmy słowa niewypowiedziane

zrodziliśmy siebie tak niepostrzeżenie

iż chmury pełne deszczu zbłękitniały nagle

zatrzymując liści anioły jesienne

Zostańmy we dwoje w tym szaleństwie dłoni

wyjdźmy razem naprzeciw wschodzącej jesieni

Pora, aby smutki na zawsze przegonić

by je w szczęście naszą miłością odmienić...

(1974)

Bukiet

Zerwałem dziś dla ciebie kwiaty wilgotne rosą

uniosłem je ku niebu olśniony barwą lata

i czułem jak mnie oczy spojrzeniem rześkim niosą

znalazłszy ponad lasem lustrzany blask poranka

Wzleciałem wyżej, wyżej minąłem białe chmury

gdzieś w dole pozostała kraciasta ziemi suknia

Zachwytem upojony spojrzałem na nią z góry:

zagrała złotym tonem czerwcowych kwiatów lutnia

Już pieśnią roztańczona opadła z chmury deszczem

sfrunęła ponad lasem jaskółki lotem śmigłym

zabrzmiała śród zieleni tysięcznym rosy echem

strąciwszy z ramion sosny pachnące świeże igły

Jak cicho Uroczyście... Gdzieś dzwonek polny dzwoni

Czerwona tarcza słońca kogutów pianiem wschodzi -

i tylko kwiaty pachną ukryte w mojej dłoni

i tylko twoja postać wysoką trawą brodzi...

(15 czerwca 1974)

Niedomówienia

Dlaczego ja znów ciebie tworzę, skoro i tak

Zapomnieć łatwiej było może. lecz

To dziwne, znowu ja i ty - nie Tylko deszcz

w otwarte okno pada

Nie zamknę przed nim szklanych drzwi

Śpiewnie mi Prawie tak jak wtedy gdy

byliśmy jeszcze razem...

Drzew nas zdradziły piruety czy

tylko ktoś poruszył drogowskazem?

Może to słońce zgasiło nam spojrzenia

i wiatr wysuszył łzy?

Słowa? Też były Nie ma słów

Kto nas odkryje Kto nas znów

zobaczy wzrokiem znacząc ślad po którym

idziesz ze mną tylko we śnie?

Chciałbym w to wierzyć Jednocześnie

wiem że to żal pajęczyną na mnie spadł,

bo wszystkim ciągle jesteś dookoła:

Liśćmi szeleścisz Wiatrem gnasz

Znajomy głos mnie w lesie woła -

Nie To jakiegoś ptaka krzyk

Dlaczego ja znów ciebie tworzę

skoro i tak ty nie chcesz do mnie przyjść?

(1974)

Woskowy taniec

Spłynąłem na dno szeptów nocy

mackami mroku otulony

patrząc jak świeca woskiem broczy

rozgrzana w tańcu

Chwiejny płomyk

w krąg rzucał nieuchwytne cienie

Narkotyk snu ogarniał zmysły

jednocząc radość i cierpienie

w niepokój sprzętów

wydłużony gdzieś na powierzchni bladej ściany

Powieki miałem ciężkie jak dwa skrzydła bramy

poza którą świat jest naturą martwą

choć milionobarwną i nieskazitelną

Wraz ze mną blask

tak niespokojny chwiejny tak płochliwy

tańczącą świecą pląsał cel wędrówki

I byłem wnet, gdzie mnie nie było

choć chciałbym: tam niepojętą siłą

ludzie dźwigali radość życia

Wtem -

nagła czerń! Eksplozja mroku!

Tysiące szklanych oczu wokół

materię szarych dni przewierca!

Umarła

w tańcu

dumna świeca...

(Charzyno, 1974)

Dedukcja

Nie umiesz żyć

Bierzesz do ręki kwiat i mówisz: to jest kwiat

a światło wszystkich dni nazywasz słońcem

Kwiat na słońcu - jakież to dziecinne

Słońce jest światłem -

bez niego nie byłoby życia

Kwiat jest życiem -

bez słońca nie byłoby kwiatów

To oczywiste - słyszysz - fotosynteza

Zobacz jak skomplikowana i piękna jest natura

Na przykład las

Las to drzewa

Każde drzewo to większy kwiat -

Las też jest życiem

Popuszczasz wodze wyobraźni:

w pokoju zapach kory

a wszystkie sprzęty to drzewa

Otulony gałęziami sam stajesz się gałęzią -

obok sosny wyrosło drzewo genealogiczne

Odrywasz stopy...

...Przyjemnie jest w cieniu wykrzykników igieł

słuchać ptasich treli w majestacie wiatru

zawiesić w górze spojrzenie słowikiem

wdychać pełnym oddechem woń rozzieleniałą

w bujnej żywotności potężnego lasu...

Runął jastrząb - zajęcze istnienie skonało

Liryczny idiota: las to walka o byt

Nie umiesz żyć...

(1974)

Ślepcy II

W czarne ramy wpisany bez reszty,

w marmurowe oblicza litości

obraz ślepców W pejzażu kalekim

suną cicho ku niemej nicości

Ledwie wzgardą muśnięci, wstydliwi

skryli chromość swą w powiek zasłonach

zanim świt błysnął w oczy i chybił -

zanim noc spadła w krąg niewidoma

To nie ślepcy odkryją przed nami

kruchość słów, ciszę snu, lęk dziecinny

Kroki ich w mgle na zawsze zostały,

rozpacz ich toczy łzy w oczach innych

To nie ślepcy nauczą nas spojrzeń,

bo nasz wzrok stał się dawno za słaby -

oni przejdą rozwiani pokornie,

wiatr nam ramy kalekie zostawi...

(1975)

Rewers

Czy ktoś z was szczęście kiedyś kradł

szczęście co obce było mu

Czy miał odwagę żeby wstać

przegraną powalony z nóg?

Czy ktoś z was odkrył bezsens słów

lub słyszał śmiechu pusty dźwięk

i zadał cios - by słyszeć znów

bezgłośny samotności jęk?

Czy ktoś z was chciał już w chwili złej

położyć nóż na gardle dnia

i zabić w sobie życia sens

przyodziać sen w śmiertelny płaszcz?

*

Już czas był Słońce było mgłą

lub plamą mgły

To ono odmieniło krzyki wron

w zielone łzy

Już byłem snem Spokojnym snem

w poświcie gwiazd

już żyłem nieprzeżytym dniem

gdy nadszedł czas - i jest

Milkną latarnie głosząc świt

lecz ja wciąż trwam

W mętnych odbiciach bladych szyb

oglądam świat -

i siebie w nim...

(1974)

Uspokojenie

Kiedy rozejrzałem się wokół, było już po wszystkim.

Słońce całkiem zobojętniałe przestało świecić i ustąpiło

bladoszarej lepkości chmur, które tryumfująco

rozlały się ponad całością.

A kwiaty milczały wszystkimi płatkami naraz,

jakby w pokornym oczekiwaniu na smutek

spływający potokiem zwiędłych liści

na senne źdźbła trawy. Zaś drzewa pochylały się

nad złotoczerwonym okrucieństwem jesieni -

i wtedy...

...Ujrzałem wiatr jak usiłował uciec twoim włosom

tak dumny i niepowstrzymany - teraz uwięziony

Z włosami pełnymi wiatru było ci do twarzy

Choć szalał z rozpaczy tak upokorzony

rzucając się z dziką bezsilną wściekłością

Ujrzałem twoje usta wybiegłe ukradkiem

naprzeciw cichym drzewom - jakby w powitaniu

I stałem chwilę zdumiony zanim usłyszałem

jak deszcz zaczął padać wielkimi kroplami

I zagrał nam: z początku wolno cicho i nieśmiało

za chwilę przyspieszył Rytm udoskonalił

A gdy tak padał - wszystko wokół nas płakało

Nawet mój płaszcz Choć oczy nie płakały

Podczas gdy słońce świecić nam przestało

podczas gdy płatki kwiatów milczą wszystkie naraz

gdy drzewa nawet już nie pochylają ramion

gdy wszystkie źdźbła ukryła senna trawa

gdy martwe liście ciężko upadają

burząc porządek dotąd nie zmącony -

mimo że deszcz się wszystkimi chmurami rozpadał

stoję przemoknięty lecz uspokojony...

(1974)

Północ

Za chwilę oczy otworzę

i zobaczę ciebie

w snu lekkich ramionach

w bezruchu pościeli -

jak na skrzydłach nocy w spokojności biegniesz

z głową przytuloną do poduszki bieli

O czym śnisz?

Co mówią twoje rozsypane włosy?

Cóż znalazłaś, miła w zakamarkach mroku -

że tak zasłuchana

w cichy szept ciemności

czynisz każdym oddechem nieskończony spokój

Północ

Tam za oknem

dżdży deszczu muzyka

Bębni na klawiszach parapetu wrzesień

Jak natrętnie zegar niespokojny tyka -

jakby zignorował

ciebie

mnie

i jesień.

(1974)

Zwierzenie

Płonąc, nienawidzę żadnej takiej chwili

gdy wyrwę się z ziemi i lecę gdzieś ptakiem

poruszając wszystkie wokoło obrazy -

i już jestem marzeniem, i już jestem bez skazy

kiedy nagle ptak inny koło mnie zakwili

i nad martwym liściem zastyga okrakiem

Nie lubię, gdy rankiem skrzeczy świt pochmurny

gdy zagdera struną nieobecnych blasków

terkocząc z rozsądkiem o dnia przebudzeniu,

sycąc moją wściekłość głosem pełnym wrzasków

a przecież normalnym, a przecież wyraźnym -

choć zimnym w dotyku, śliskim w pochwyceniu

Potok dni ucieka, potok dni mnie goni

porządkiem ze zgrzytów i nut sfałszowanych

Nie chcę i nie będę wyciągał doń dłoni!

Wolę za to zrywać z ptaków szybkich sidła

i w miejsce kalekich wznieść ogromne skrzydła

z świateł nie wygasłych i z słów ocalałych.

(1974)

Arturowi Rimbaud

W oceanach - skrzydła

wielkich ptaków wiatru,

niewiadome dźwięki

z wzlotów fal nieznanych

Prowadziłeś okręt

w kleszczach huraganów,

kapitanie burzy

i statków pijanych

Prułeś brzegi spienione

swych morskich podbojów,

łamiąc gniewne siły

urwanym w mgle szlakiem

gdyś donikąd dążył -

dzierżąc ster szalony,

poddając los wiatrom

nieomylnym portów

Rzek wzburzone wełny

kołysań i dziwów

uniosłeś swym rejsem -

tryumfalnie wzięty

w ramiona obcych ludzi

i w barw pawich odmęty,

śród krzyków załogi

i natchnień porywów

Błękitów zaznałeś

pękających w gromy,

szukałeś szczęśliwych

wysp dla swego losu

pnąc swój okręt śmiały

we dnie i w wieczory,

mijając płycizny

i czerń gór lodowych

Ugościłeś gwiazdy

w baldachimie żagli

Roiłeś cień słońca

ponad wszystkie zorze

nim gorycz zdławiła

rejs twój opętany:

Cierpka miłość, potem

dzieciństwo ostrożne

Teraz skrzydeł nie brak,

choć nie z twoich lotów

brały siłę ptaki

niepotrzebnych żagli

Ster twój ponad wodą

jak latarnia nagli -

kapitanie serc śmiałych

ze statków pijanych.

(1975)

Ballada

Wzniosłem ołtarz z modlitwy zmartwychwstaniom i pieśniom

chwil ogniki błądzące rozpostarłem w zew światła

Słów wyrytych w kamieniu bladą różę niebieską

wydźwignąłem ku słońcu i zakwitła - ballada

Ja - w przedświtach ostrożnych, w pełniach błysków ginący

wszelkim głosom na przekór wobec pustki i zła

Ona - w łuskach motylich, ona - w słowach gorących

Tak złączeni kroczymy w błędnym tańcu przez świat

Pośród ścieżek dalekich ślad stóp czyichś nieśmiały -

postawionych raz kroków już zegary nie cofną

Wiatr szelestem okryty, w siwych włosach rozwiany

powykręcał gałęzie łamiąc czyjąś samotność

Ktoś szedł prosto i płakał, śmiał się idąc przed siebie

na przydrożnych kapliczkach wszystkie świeczki przestawił

Przegnał nagłą radością płaty czerni na niebie

światła w oknach wygasił, gwiazdy w górze zapalił

Uleciała ku górze moja róża błękitna

wątły kielich zaginął, rozpływając się w słońcu -

jeszcze chwilą rozchwiana raz zadrżała i znikła

W dłoniach ciepło wilgotne: krople krwi, ślady kolców

Wzniosłem ołtarz z modlitwy zmartwychwstaniom i pieśniom

chwil ogniki błądzące rozpostarłem w zew światła

Słów wyrytych w kamieniu bladą różę niebieską

wydźwignąłem ponownie i... ucichła, ballada

(1975)

Pytania

Pytasz

dlaczego cisza

z ksiąg skacze wprost ku oczom twoim

zaś słowa

rozmazane drukiem

- to pył zaledwie sponad stronnic

Dlaczego wiatr

w przypływie ciepła

mizdrzy się w wodzie u stóp lasu

podczas gdy

ty jak w sen utykasz,

jak w spokój - wątły bezruch wiatru

Pytasz

po co są

bzu zielone liście w kwiatów orgii

i czemu łzy

na szybie błyszczą

nad szklanym pląsem pelargonii

Dlaczego świt

i czemu zmierzchy

znikają płosząc się nawzajem

gdy dojrzysz

cień w otchłani mitu

gdzie pustkę nazywają rajem

Pytasz tak

błądzisz

plączesz znaki

w nie znanych skarbom nurtach rzeki

A może

dzień po dniu jednaki

i dzień po dniu co zbyt daleki

odpowiedź

przyśle lotnym

drzewem gdy padnie ptak?

Czekając -

nie wiesz...

(1975)

***

Nie będzie już wiersza o bladych przedświtach

nie będzie słów płynnych jak drzewa nad wodą -

ni zniczów strzelistych nie będzie na płytach

gdzie martwe oddechy nic zmienić nie mogą

Nie będzie już wiersza dla innych, dla ciebie

bo po cóż szeregi pisanych w rytm znaków

gdy chmur czarny kordon wypełza na niebie

by nagle zamienić się w deszcz martwych ptaków?

Nie będzie już chwili schylonej nad kartką

płochliwej jak płomień rozwiany na wodzie

co skrą nagle błyśnie, by wzruszyć myśl wartką

i spokój przywrócić znów - słowo po słowie

Nie zajrzysz więc dzisiaj w szyk zwrotek wieczorem

nie spojrzysz już w rymów błyszczące zapięcia

Najlepiej schyl głowę przed wierzby pokłonem

a wtedy zrozumiesz: nie będzie już wiersza...

(1975)

Nocne anioły

Nim ptaki znużone przemienią się w cienie

żeglujące sennie po niebie o zmierzchu

rozpalam w krąg nocnych aniołów płomienie

strzeliste wśród westchnień wieczornych szelestu

Chcąc rozświetlić ognia skry cichym szeptaniem

wśród chmur zanurzonych w cichości nieśmiałej

dotykam jak ślepiec w podartym łachmanie

bezgwiezdnej jasności w anioły odzianej

I dłonie otwieram by ująć je w locie

i piór lotki gładzę księżycem barwione

by cieszyć się więcej niż mogę w istocie

z radości promiennej wraz z snem przebudzonej

Lecz stale dalekie i wciąż niedosięgłe

skrzydeł szumem ledwie muskają swe cienie -

raz śmiałe, to znowu milcząco wylękłe

nim zgasną wracając po cichu na ziemię

Nie trzeba im jednak kryć skrzydeł przed chłodem

ni chronić się w gniazdach wysoko śród wiatru -

bo wkrótce się zerwą, by z rannym odlotem

wirować bezgłośnie jak cień w skrzydłach ptaków...

(1975)

***

Błękitem nieba upojeni

jeszcze wierzymy, jeszcze trwamy

choć oszalałe serce wali

galopem dni Nienasyceni

wciąż i niepowstrzymani,

gotowi spłonąć w ust zachwycie...

Miłością, słońcem uskrzydleni

przepadłszy w jednej szczęścia chwili

jedną rozkoszą - tysiąc innych

na nowo wciąż odnajdujemy

i polnej róży wdzięk niewinny:

dla nas to właśnie jest młodością

Poezjo! Daj mi ptasich skrzydeł lotu

i oczu daj mi moim oczom,

a wnet w pył zetrę łez niepokój -

łez, które martwe chwile toczą

Wysuszę je...

Pozwól mi śmiać się, pozwól płakać

pozwól przywrócić ciepło dłoniom

i z ich dotyku poukładać

tę pewność przeciw niepokojom

O, daj mi siłę Wyostrz czułość

połącz nas jednym swym oddechem

niechaj żar ciał rozświetli półmrok

a słowa niechaj zagrzmią echem -

słowa niech krzyczą!

Poezjo -

my jesteśmy młodzi

Nas jeszcze stać na gniew,

i miłość...

(1975)

Ulice

Po ulicach chodzą zjawy

Jacyś ludzie jakieś cienie

Z tyłu cudzy strach nieznany

spod asfaltu rwie kamienie

Po ulicach pełzną światła

Światła jasne Rozpaczliwe

Po ulicach tego miasta

Straszą ślepia migotliwe

Szare twarze nieme oczy -

Po ulicach chodzą zjawy

Lecz nie uda mi się zboczyć:

W te ulice JA wpisany.

(1975)

Smutna piosenka

Jak powoli

dzień się wspina

łącząc szczeble połamane -

Już nieważne

czyja wina

lub kto zamknął komu bramę

W bladoszarym chłodzie -

wieczór

senne oczy wybałusza

Dokąd

srebrne słońca lecą

wyrzucone ręką głupca?

Świt majaczy

pod powieką

Ptaków szczebiot uszy drażni -

Czy dzień wspiął się za daleko

czy sen

chorej wyobraźni?

(1975)

***

Znowu powiało

ponad ciemnym morzem

Znowu przycichło

nad ciężkim wezbraniem

niewylanych łez

i upuszczonych spojrzeń

Znowu padł rozkaz

iść w wartkim pośpiechu -

iść lub spać pospołu

rwącym ludzkim prądem

Znów nasze pragnienia

ułożone w sterty:

Zniszczyć lub Ocalić

Znów pewnie nam przyjdzie

wygasić ogniska

żeby je po chwili

na nowo rozpalić...

(1975)