Rozdział 3
Finn
Budzik nie zadzwonił. Samochód nie odpalił. Autobus się spóźnił. W połowie drogi na uniwersytet doszedłem do wniosku, że nie warto gonić na pierwszy wykład, bo i tak nie zdążę. Dlatego odbiłem z głównej ulicy w prawo i wszedłem na teren parku.
Rześkie powietrze łaskotało w płuca, zmuszało do tego, by wziąć głębszy oddech. Jesień dawała o sobie znać, ale nie w ten szary, ponury sposób. Po deszczu nie pozostało nawet śladu. Słońce wychylało się zza omszałych konarów. Poranna mgła osiadała powoli na ciemnozielonej trawie, gdzieniegdzie przykrytej kolorowymi liśćmi. Szedłem niespiesznie ścieżką wysypaną żwirem z rękami wciśniętymi w kieszenie lekkiego płaszcza. Torba z laptopem odbijała się rytmicznie od mojego biodra.
Mijałem biegaczy i właścicieli psów. Kilka jardów od wejścia znajdowała się budka z kawą i domowymi wypiekami. Prowadziła ją starsza pani, która od dawna powinna być na emeryturze, ale poprzedni tryb życia sprawił, że nie mogła usiedzieć w miejscu. Chętnie dzieliła się opowieściami z czasów, gdy była jeszcze młoda, a pracująca kobieta należała do rzadkich zjawisk.
Chciałem kawy. Możliwe, że chciałem też kupić jakiś wypiek, by przegryźć coś po zajęciach sportowych. Wszystkie te myśli uleciały z mojej głowy w chwili, w której zbliżyłem się do wysłużonej, drewnianej budki.
Chciałem, dopóki jej nie zobaczyłem.
Smutna koleżanka właśnie odbierała swoją dyniową latte. Starsza kobieta posłała jej ciepły uśmiech, niestety nie spotkał się z aprobatą dziewczyny. Wymamrotała szybkie podziękowania i ruszyła w głąb parku z głową wciśniętą między ramiona. Przez plecy, na skórzanym pasku, miała przewieszoną ciemną tubę niemal tej samej wysokości, co ona sama. Spod pachy wystawała czarna teczka, też całkiem pokaźnych rozmiarów.
Porzuciłem swoje plany i puściłem się biegiem za dziewczyną.
- Hej! - krzyknąłem. Przystanęła na chwilę, ale nie dlatego, że mnie usłyszała, bo nie zwróciła się w moim kierunku. Po prostu poszła dalej, jakbym w ogóle się nie odezwał. - Hej! Zaczekaj!
Przyspieszyłem, by ją dogonić. Jak na kogoś tak niepozornego, posuwała się do przodu całkiem szybko. Płuca zakłuły mnie przy ostatnich dwóch jardach.
Moja kondycja to jakieś nieporozumienie.
Dostrzegła mnie kątem oka. Spojrzała przez ramię i zlustrowała beznamiętnie. Przystanąłem i zgiąłem się wpół. Oparłem ręce o kolana, łapałem spazmatycznie hausty powietrza, by dotlenić organizm.
Spadek cukru murowany.
Wyprostowałem się i odchrząknąłem. Wtedy dziewczyna zwróciła się w moją stronę i wyciągnęła wolną ręką małą, białą słuchawkę z ucha. Przyglądała mi się z pytającym wyrazem twarzy, jakby lekko zdezorientowana.
- H-hej - wysapałem po raz kolejny. Chryste, co za dramatyczna sytuacja. Bieganie za randomową laską nie było w moim bingo na ten rok.
- Hej? - powtórzyła za mną. Głos jej lekko drżał, zrzuciłem to na karb chłodnego poranka. - Mogę w czymś pomóc?
- Wczoraj... wczoraj mi pomogłaś - jąkałem się jak jakiś nowicjusz w kontaktach z płcią przeciwną. Miałem ochotę dać sobie w twarz. - Chciałem ci podziękować. I jakoś się zrewanżować.
- Nie ma takiej potrzeby. - Posłała mi bliżej nieokreślony grymas, po czym pospiesznie odwróciła się na pięcie i ruszyła przed siebie. - Cieszę się, że ci lepiej.
Nie ze mną takie numery. Chciałem jej odkupić te żelki, poprzedniego wieczoru przejrzałem wszystkie strony internetowe okolicznych sklepów, ale nigdzie ich nie znalazłem. Dlatego też uznałem, że wypadałoby chociaż zaprosić ją na kawę albo zrobić cokolwiek w ramach podziękowań.
Chwyciłem za pasek teczki przewieszonej przez jej ramię. Wyraźnie się spięła. Widocznie nie lubiła, gdy ktoś naruszał jej przestrzeń osobistą, a ja nie do końca rozumiałem, dlaczego tak mi zależało na tym, by wejść z nią w jakąkolwiek interakcję.
- Chciałbym się jakoś odwdzięczyć - powtórzyłem. Poczułem gulę rosnącą w przełyku. Czym się tak stresowałem? - Więc jeśli mógłbym...
- Nie ma takiej potrzeby. To nic wielkiego - przerwała mi, nawet nie spojrzawszy w moją stronę. - Po prostu dbaj o siebie. A teraz, proszę, puść mnie. Bo się spóźnię.
Opuściłem rękę. W oszołomieniu patrzyłem, jak dziewczyna idzie w tylko sobie znanym kierunku, bo gdyby zamierzała pójść na uczelnię, skręciłaby w lewo. Ciemne włosy podskakiwały przy każdym kroku. Żwir chrzęścił pod ciężkim obuwiem coraz ciszej, aż w końcu karmelowy płaszcz zniknął za zakrętem, rozpływając się między drzewami.
A we mnie zakiełkowało przepotężne uczucie zawodu.
Chyba po raz pierwszy w życiu chciałem nawiązać z kimś kontakt z własnej, nieprzymuszonej woli. Możliwe, że miała rację. Możliwe, że jej gest to nic wielkiego. Zastanawiało mnie jednak, jak wiele osób oceniłoby tak trafnie sytuację tylko podczas kilkuminutowej obserwacji. Tak przynajmniej zakładałem, bo przecież mój atak nie trwał wystarczająco długo, by ktokolwiek go zauważył. Oprócz niej.
Jakbym dostał w twarz i to niezasłużenie. Nie sądziłem, by na świecie istnieli jeszcze ludzie, którzy robili coś dla innych bezinteresownie. Wszystko miało jakiś zalążek biznesowych podstaw i wymagało odpowiedniej reakcji, by w przyszłości nie mieć z tego powodu nieprzyjemności.
Może mnie znała? Wiedziała, kim jestem? Choć wydawała się całkowicie niezainteresowana moją osobą, może to tylko pozory? Nie uczęszczałem na tę uczelnię od wczoraj, doskonale znałem zagrywki innych studentów, szczególnie studentek z młodszych roczników. Sądziły, że kiedy będą dla mnie miłe, ugrają cokolwiek, gdy zostanę wykładowcą. Sęk w tym, że smutną koleżankę widziałem wczoraj po raz pierwszy i nie sądziłem, by wieści tak szybko się rozchodziły.
Po kilku nieznośnie długich minutach doszedłem do wniosku, że nic nie wiem. Z gorzkim poczuciem upokorzenia ruszyłem w stronę uniwersytetu. Ten dzień nie mógł zacząć się gorzej.
*
Usiadłem na murku przed wydziałem z papierowym kubkiem w ręce. Nowoczesny, przeszklony budynek spoglądał na mnie z niesmakiem. Ciepłe, jesienne promienie odbijały się od wysokich okien i raziły w oczy.
Rutherford Center ewoluowało, odkąd zacząłem uczęszczać na AIT. Każdego roku uczelnia otwierała kolejne sale wykładowe i pracownie. Studenci powoli przenosili się z The Quiet Tower i głównego budynku do nowoczesnego kompleksu zapewniającego przyszłym inżynierom odpowiednie warunki do nauki. Miałem przyjemność uczestniczyć w tym tylko podczas pierwszych dwóch semestrów.
Powiodłem spojrzeniem do starej, wysłużonej The Quiet Tower, w której rozpoczynałem naukę na wydziale robotyki. Ostatnie pięć lat stała pusta, samotna i widocznie władze uczelni uznały, że należy zrobić z nią coś sensownego. W moim mniemaniu otworzenie kierunku, który był wariacją sztuki i neurobiologii, nie miał z sensem nic wspólnego, lecz nie mnie to oceniać. Nie mój problem i nie mój zakres zainteresowań.
Nim zdążyłem zapaść się głębiej we własne rozmyślania, dźwięk przesuwanych drzwi przykuł moją uwagę. Fala studentów wylała się na skwer przed instytutem. Nic dziwnego, z każdą kolejną minutą robiło się coraz cieplej, jesienne słońce przyjemnie ogrzewało moje plecy.
Gdzieś kiedyś usłyszałem, że jesień w Vermont jest przepiękna. Że aura sprzyjała spacerom, a promienie centralnej gwiazdy w Układzie Słonecznym zachęcały do spędzania czasu na zewnątrz. Dla mnie wiązała się z niewyciąganiem zimowego płaszcza przed Świętem Dziękczynienia. Nie lubiłem romantyzowania pór roku, zasadniczo romantyzowania czegokolwiek. Rok dzielił się na semestry, jesień oznaczała wymianę ciuchów w szafie, nie pumpkin spice latte i milusie kocyki.
Biały niczym kartka Dean wyłonił się zza przyciemnionej szyby głównego wejścia. Przeszklone oczy niemal od razu wwierciły się w moją osobę. Ruszył ku mnie chwiejnym krokiem, a im bliżej był, tym wyraźniej widziałem ciemne sińce pod oczami i spierzchnięte usta.
- Kurwa, stary - jęknął, siadając ociężale tuż obok. - To była jakaś masakra.
- Wykład czy impreza? - Oparłem łokcie o uda. Mieszałem resztki kawy w kubku.
- Jedno i drugie. Dawaj to. - Sięgnął po napój i nim się obejrzałem, przechylał tekturowe opakowanie, by wlać zawartość do gardła. Ścisnął je między palcami, gdy pochłonął ostatnią kroplę, po czym westchnął z ulgą. - Nie wiem, jak do tego doszło, że się tak schlaliśmy.
- Też nie wiem, lecz się domyślam.
- Gdzie cię wcięło? Profesor Hamsword szukała swojego pupilka po sali i strasznie się zawiodła, kiedy zobaczyła puste miejsce obok mnie.
Wykrzywiłem usta w gorzkim uśmiechu. Amanda Hamsword wykładała język angielski na tej uczelni już od dwudziestu pięciu lat i co roku wybierała sobie studenta, w którym pokładała największe nadzieje odnośnie do swojego przedmiotu. Próbowała wpoić nam miłość do języka, przeplatała zajęcia z nazewnictwa branżowego z czytaniem Shakespeare'a i interpretacją wierszy Edgara Allana Poe. Imponował mi jej zapał i próba nauczenia blisko setki ścisłych umysłów interpretacji sztuki. Przynajmniej nie robiła z tego egzaminów.
- Zaspałem. A twój samochód nie odpalił.
- Pewnie się rozładował - dywagował Dean. - Pieprzone elektryki.
Skomentowałem to jedynie westchnięciem. Bez zbędnych dyskusji ruszyliśmy na kolejny wykład. W pierwszym tygodniu zwykle nie działo się nic spektakularnego, więcej organizacyjnego lania wody niż realnej nauki, ale wolałem mimo wszystko nie opuszczać więcej zajęć bez powodu. Przede wszystkim dlatego, że nie miałem nic innego do roboty.
Właściwie to miałem, ale od tygodni nie zaczepiałem swojego hobby i ciężko było do tego wrócić. Stół roboczy wciśnięty w kąt mojego pokoju patrzył na mnie codziennie z nieskrywanym niesmakiem. Ostatnio wszystko patrzyło na mnie ze sporą dawką niechęci.
Problem polegał na tym, że wciąż nie miałem chęci, żeby robić cokolwiek, jakby związek z Kriss wyssał ze mnie wszystkie siły witalne. Liczyłem na to, że w końcu wrócą, bo perspektywa uczenia się do egzaminów pod koniec semestru w takim stanie nie napawała optymizmem i nie gwarantowała odpowiednio wysokiej średniej.
Do pory lunchu słuchałem nudnych opisów procesów pracy, jaka czekała nas wszystkich w tym roku akademickim. Nie dowiedziałem się niczego zaskakującego, każdy rok nauki to nowe wyzwania i coraz trudniejsze zagadnienia do przyswojenia, bez względu na kierunek, jaki się studiowało. AIT wyjątkowo mocno kładł nacisk na jakość naszego wykształcenia, nie na liczbę pozyskanych studentów. Prestiżowa, prywatna uczelnia miała to do siebie, że nie liczyła na rządowe dofinansowania, bo kasę ciągnęła z kont rodziców swoich uczniów, a oni ochoczo się nią dzielili, byleby ich pociechy wyszły na tym jak najlepiej.
Razem z Deanem dotarliśmy do stołówki, kupiliśmy jedzenie i dosiedliśmy się do Connora i Garreta. Wyglądali równie źle, co przyjaciel. Wpatrywali się tępym wzrokiem w wielorazowe kubki, z których unosiła się para. Obok stały tace z kanapkami, ale wątpiłem, czy chłopaki cokolwiek ruszą. Dean po kawie prawie zwymiotował.
Posiłki zazwyczaj przynosiłem z domu. Zwykle robiłem je sam, na kilka dni. Zdarzało się, że Conrad okazał łaskę i przygotowywał mi coś naprawdę zajebistego. Wierzyłem w dobrą kuchnię tutejszych pracowników, mieli nawet sekcję dla osób z przeróżnymi schorzeniami, ale korzystałem z tej opcji tylko w skrajnych przypadkach. Tak jak dziś. Posiłki dla diabetyków były horrendalnie drogie - pewnie ze względu na "prestiż" osób, które się tu uczyły, na moje jednak to zdecydowanie za dużo. W domu Whitmanów się nie przepłacało, a wartości pieniądza ojciec uczył już od najmłodszych lat. Za to akurat byłem wdzięczny.
- Ja chyba odpadam, chłopaki - wymamrotał Garret, pociągnąwszy z kubka. Ręce trzęsły mu się, jakby chorował na Parkinsona. - Mam dość, muszę to przespać.
- Nie marudź, wytrzymasz. Jeszcze dwa wykłady. - Dean sięgnął do jego tacy z jedzeniem i bez skrępowania zgarnął kanapkę.
- Piekło. Tyle mam na ten temat do powiedzenia.
- Może jednak chcesz tabsa? - Connor podniósł głowę ze stołu. Automatycznie poprawił blond grzywkę. Conroy pokręcił głową. Przymknął powieki i ułożył się na stole, gotowy zapaść w regenerujący sen.
- Przeciwbólowe są dla słabych - wymamrotał Garret spomiędzy skrzyżowanych przedramion. Niespodziewanie dźwignął głowę i zlustrował mnie ciemnymi oczami. Tak uważnie, że jedzenie niemal stanęło mi w przełyku z dyskomfortu. - A ciebie czemu nie było u Hamsword?
- Zaspałem - odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
Musiałem odwrócić wzrok, spojrzenie Garreta strasznie mnie speszyło. W naszej ekipie był trochę jak surowy ojciec, który starał się nas okrzesać. Oprócz tych kilku razów w ciągu roku, gdy wypijał o jedno piwo za dużo i odchorowywał to przez następny tydzień.
- Kriss u ciebie była?
Uniosłem brwi. To pytanie nie wróżyło nic dobrego. Nie mogłem sobie przypomnieć, czy wspominałem im o naszym rozstaniu, dlatego postanowiłem dobitnie to podkreślić.
- Kriss nie bywa u mnie od blisko miesiąca. I nic nie wskazuje na to, bym zechciał to zmienić.
- Rozstaliście się? - dopytywał Dean. Pokiwałem jedynie głową. Jednak im nie wspominałem. - Kurwa, jak dobrze! Tępa była.
- Nicholson! - Connor posłał mu oburzone spojrzenie. Dean uśmiechnął się złośliwie.
Oni wszyscy mieli o Kriss takie samo zdanie, Dean jako jedyny się po prostu z nim nie krył. Za to go lubiłem, walił prosto z mostu i nie przejmował się tym, że zaboli. Wolał powiedzieć okrutną prawdę, niż kluczyć wokół tematu.
I to dzięki niemu przejrzałem na oczy. To on pokazał mi, że Kriss żeruje na kasie moich rodziców, trzymała się mnie tylko z tego powodu. W chwili, w której przestałem finansować każde wspólne wyjście, nagle zaczęła częściej do mnie dzwonić i pisać, szukać terminów na spotkania. Będę mu za to wdzięczny chyba do końca życia.
- Uspokój się, Miller - sarknął Dean, utrzymując złośliwy uśmieszek. Zarzucił rękę na moje ramię, drugą zmierzwił mi włosy. - Nasza gwiazdeczka zasługuje na kogoś, kto dorówna mu intelektem, nie sądzisz?
- Nie.
- Nie - powiedziałem niemal w tym samym czasie, co Connor. Garret przeskakiwał spojrzeniem między mną a Deanem. Odniosłem wrażenie, że nie było go z nami, że leżał już w wygodnym łóżku i leczył kaca.
- Co "nie"? - Nicholson zgiął rękę w łokciu, tym samym prawie miażdżąc mi przełyk.
- Mam nadzieję, że żaden z was nie był na tyle głupi, żeby powiedzieć jej, gdzie teraz mieszkam. - Sprawnie powróciłem do tematu. Zlustrowałem ich po kolei wzrokiem. Zgodnie jednak pokręcili głowami. Nigdy jej nie lubili, więc szansa, że zwyczajnie ją spławili, była ogromna.
Dean coś jeszcze powiedział. Connor mu odpowiedział, a Garret przytaknął. Nie wiedziałem, o czym mówili. Właściwie to przestało mnie to obchodzić. Kątem oka dostrzegłem dziewczynę od żelek. Mój wzrok natychmiast popłynął w tamtą stronę. Bezwiednie, nie miałem nad tym żadnej kontroli.
Wciąż miała na sobie karmelowy płaszcz. Czarny golf otulał jej ciało i niemal zlewał się z prostymi jeansami i butami w tym samym kolorze. Przytulała do piersi granatowy notatnik. Drewniany ołówek przytrzymywał kosmyki za uchem, w którym widniała niewielka, biała słuchawka.
Usiadła przy oknie wychodzącym na plac. Przez chwilę wpatrywała się w krajobraz za szybą, po czym otworzyła zeszyt, chwyciła ołówek i od razu zaczęła szkicować. Włosy opadły na blat, zakryły większość jej twarzy. Wyraźnie jednak widziałem jej oczy, całkowicie skupione na tym, co robiła.
Szturchnięcie w bok wyrwało mnie z letargu. Potrząsnąłem głową i spojrzałem na głupawy uśmiech Deana. Przelotnie zerknąłem na resztę, ich twarze również wyrażały rozbawienie.
- Co to za zawiecha, Finn? - Dean uniósł brew. Odwrócił się w kierunku dziewczyny i zmrużył oczy. - To nie ta laska, co poratowała cię w auli?
- Dokładnie ta - mruknąłem. Pochyliłem się nad swoim posiłkiem. Dźgnąłem kawałek pieczonego indyka. - Spotkałem ją w parku i chciałem podziękować, ale mnie olała.
- Ładna - oświadczył Garret. Wraz z Connorem bezczelnie zwrócili się w stronę okna. - Taka nie za bardzo w twoim typie.
Przechyliłem głowę w bok. Fakt, smutna koleżanka nie wpisywała się w mój kanon, ale nie zamierzałem jej podrywać. Chciałem jej po prostu podziękować. Po Kristine miałem dość związków. Poza tym drugi rok zawsze był najgorszy, bez względu na to, czy to licencjat, magistrat czy doktorat. Czas nie sprzyjał nawiązywaniu nowych znajomości.
- Prosisz się o strzała w mordę - warknąłem ostrzegawczo. Wymierzyłem palcem w kumpli siedzących naprzeciwko. - Radzę wam nic nie kombinować. Chcę jej tylko podziękować.
Pokiwali potulnie głowami. Znałem ich jednak na tyle dobrze, żeby im nie ufać. Wcale, w ogóle, nawet odrobinę. Utarło się, że programiści, inżynierzy i większość kierunków technicznych to lamusy bez powodzenia u kobiet, bez jakichkolwiek umiejętności w kontaktach interpersonalnych. Że to goście w kraciastych koszulach i połamanych okularach, z aparatem ortodontycznym na dolnych zębach i alergią na orzechy.
Ależ to było obłudne kłamstwo.
Stawało się jeszcze większe, gdy chodziło o bogatych geniuszy. Nie musieli nadrabiać wyglądem, bo mieli kasę. Na studiach chodziło głównie o zabawę, na poważniejsze rzeczy przychodził czas później, więc pieniądze stanowiły przepustkę do rozłożenia niemal każdych kobiecych nóg. A z racji tego, że nie byli głupi, wiedzieli, gdzie takich szukać. I zwykle się im udawało.
Sam niechlubnie należałem do tego grona, przynajmniej przez jakiś czas. Po trzech latach bawienie się z innymi zwyczajnie męczy i zaczyna nudzić. Mnie znudziło.
Dokończyłem purée i indyka, po czym bez słowa podniosłem się z miejsca, odstawiłem tacę i ruszyłem do wyjścia. Kumple prowadzili między sobą jakąś niezobowiązującą rozmowę, w której nie chciałem uczestniczyć. Byłem znużony, poimprezowe zmęczenie wciąż trzymało mnie w swoich szponach. Kiepski początek dnia tylko potęgował ten efekt.
W mojej głowie pojawiła się myśl, której nie miałem od dawna. Potrzebowałem się wyciszyć, a nic tak na mnie nie działało, jak naprawianie zegarków.