Aby módz wytłómaczyć niewykształconej publiczności, na czem polega
piękno obrazów większej ilości współczesnych artystów-malarzy (w
odróżnieniu do malarzy nie-artystów, t. j. tych, których dążeniem
jest imitacya zewnętrznego świata, lub używanie takowego dla
wyrażenia uczuć życiowych i wyobrażeń) obrazów, na których
"wymalowane" są "zdeformowane" postacie ludzi i zwierząt w
"nienaturalnych barwach", musimy pojęcie piękna
zróżniczkować.
Pojęcie to jest dwoistem w swojem znaczeniu i na
nieuświadomionej dwoistości tej polegają wszystkie nieporozumienia
w dyskusyach o za grubych nogach, zakrótkich ogonach, oczach na
brzuchu, zielonych nosach i błękitnych kokosowych orzechach.
Niezróżniczkowanie pojęcia piękna jest również powodem, że
objaśnienia w kwestyi nowych form w sztuce, które dali: Leon
Chwistek w swojej pracy p. t. "Wielość rzeczywistości w sztuce"
("Maski" 1, 2, 3 i 4 N. 1918 r.) i August Zamoyski w odczytach
swoich w Warszawie i Zakopanem w r. 1919, są niewystarczające, a
nawet mogą być powodem nowych nieporozumień. Jedno jedyne istotne
rozwiązanie problemu podał Zbigniew Pronaszko w pierwszej części
swego artykułu p. t. "O ekspresyoniźmie" (Maski 1 N. 1918 r.),
zaciemniając nieco kwestyę pod koniec.
Skutek niezanalizowania pojęcia piękna jest ten, że
teoretycy, którzy tego nie uczynili, wprowadzają do teoryi sztuki
pojęcie przedmiotu jako takiego (na razie wszystko jedno;
"zdeformowanego", czy "naturalnie przedstawionego"), pojęcie nic
nie wyjaśniające istoty rzeczy i uniemożliwiające zupełnie
wybrnięcie z problemu. Jakim bowiem sposobem, operując pojęciem
przedmiotu rozmaicie odtworzonego, jak to czyni Chwistek, można
wytłomaczyć widzowi, że n. p. nosorożec "zdeformowany" i złożony z
żółtych i zielonych trójkątów, piękniejszy jest od nosorożca
nie-zdeformowanego, naturalnego i szarego.
Jeśli chodzi o nosorożca jako takiego, żaden formista nie
potrafi udowodnić, że ma racyę malując nosorożca właśnie, w postaci
świecących kul, lub kwadratów, i że to, co tylko dzięki bardzo
ogólnym analogiom nosorożca przypomina (tam róg, czy dwa rogi, tam
coś w rodzaju kopyta, tam złośliwe oczko patrzące z pępka, tam
gdzieś w powietrzu gruby płat skóry), to "coś", w czem z trudem
tylko, oryentując się pewnemi detalami, można domyślić się
nosorożca, ma wyższość nad dokładnym rysunkiem, lub kolorową
fotografią. Nosorożec jest piękny jako bydlę trawożerne (oczywiście
nie jest piękny jako kobieta; to jest oczywisty nonsens, ale jak
często "znawcy sztuki" przeskakując nieznacznie z jednego znaczenia
pojęcia piękna na drugie, z piękna życiowego na artystyczne,
wyrokują w ten sposób o sztuce) jest piękny dla takiego osobnika,
któremu się podoba.
Ale dlaczego się podoba? Jeden lubi nogi krótkie, drugi
długie - dochodzimy tu do elementów podobania się, nie dających się
dalej analizować, do elementów prostych. Jeśli chodzi o kobietę
(względnie mężczyznę dla kobiet), możemy to jeszcze zrozumieć. Ale
jeśli chodzi o nosorożca, rzecz staje się całkiem niepojęta. Jak
wogóle nosorożec może się podobać?
Sprobujmy zanalizować nasz stosunek do tego dziwnego i z
niezrozumiałych przyczyn (przecież jest trawożerny!) nienawidzącego
nas stworzonka. W jednych osobnikach wzbudza uczucie wstrętu
(podobnie jak karaluch, lub ropucha), dla tych jest poprostu
brzydki. Dla drugich jest wstrętny, ale mogą oni właśnie dlatego
znajdować w patrzeniu nań upodobanie - będzie to tak zwane
"podobanie się perwersyjne czyli przewrotne". Różnice te
sprowadzają się do tego, czy suma wrażeń od danego przedmiotu
przyjemna jest, lub przykra, dla ich odbiorcy. Dlaczego jeden lubi
cebulę, a drugi jej nie znosi, nie da się psychologicznie
zanalizować - mamy tu również do czynienia z elementami prostymi.
Musimy jednak, w odniesieniu nie tylko do dzieł sztuki, ale do
przedmiotów, rozróżnić podobanie się wprost czyli, że suma
elementów przyjemnych jako takich daje wrażenie ogólne przyjemne i
podobanie się perwersyjne, w którem suma elementów, jako takich
nieprzyjemnych, daje jako całość również wrażenie przyjemne. Nie
będziemy tu mnożyć przykładów perwersyjnych upodobań - na zbyt
niebezpieczne manowce mogłoby to nas zaprowadzić. Trzeba jednak
odróżnić upodobanie w elementach ogólnie uznanych za nieprzyjemne.
W razie przyjemnego ogólnego wrażenia od kompleksu takich
elementów u osobnika, który je oddzielnie również za przyjemne
uważa, mamy do czynienia z podobaniem się wprost i uważamy go nie
za perwersyjnego, tylko za zupełnie inaczej od nas psychologicznie
skonstruowanego. Człowiek n. p., mający z gruntu inne od
przeciętnych kolorystyczne dyspozycje, będzie uznawał za przyjemną,
czyli harmonijną, kombinacyę barw dla ogółu przykrą jako taką,
nawet wtedy, gdy nie jest ona koniecznym dysonansem, potęgującym
jedność danej kompozycyi, gdy nie jest ona artystycznie
usprawiedliwiona.
Wracając do nosorożca, dla niektórych będzie on wyrażał
siłę, dzikość, brutalność; będzie dla nich groźny i niebezpieczny i
w uświadamianiu sobie tych jego właściwości, przy jednoczesnem nań
patrzeniu, będą oni odczuwali pewną specyficzną rozkosz. Będzie to
połączone z tem wszystkiem, co wiedzą oni o nosorożcu niezależnie
od jego formy i barwy i przez co czysto zewnętrzne jego właściwości
nabierają dla nich zupełnie innego znaczenia: róg łączy się z
obrazem rozprutego brzucha, kopyto, z rozgniecioną na miazgę głową,
a złośliwe oczko, z całą tajemniczą psychologją stworzenia. Dla
jeszcze innych osobników nosorożec będzie przedmiotem ich
artystycznego zachwytu. Czem jest artystyczny zachwyt i jakie są
jego przyczyny? Wyjaśnienie tego jest właśnie naszym celem.
Na razie, niezależnie od kolorów, będziemy tylko mówić o
kształtach tego stworu. Ludziom zachwycającym się nim artystycznie
nie będzie się nosorożec podobał jako wyraz dzikiej siły, nie z
powodu tego, co wiedzą oni o jego obyczajach i zwyczajach, nie jako
ciekawa i niebezpieczna zwierzyna dla polowania, on będzie się im
podobał jako pewna konstrukcya kształtów, posiadająca pewną logikę
budowy, wynikającą co prawda z celowości i przystosowania każdej
jego części i wszystkich razem jako całości do warunków otoczenia,
ale będzie się podobać niezależnie właśnie od wszystkich możliwych
przyczyn jej powstania, sama w sobie jako taka.
Każdy więc twór żywy, każden przedmiot oddzielny, lub
kompleks takowych, można rozpatrywać jako coś, czego widok sprawia
nam przyjemność (względnie przykrość) i jako taki podoba się nam,
czyli jest dla nas piękny z pewnych powodów, dających się
sprowadzić do elementów czysto życiowych (użyteczności, celowości,
strachu, który wzbudza, lub uspokojenia, które daje), albo też
podoba się nam niezależnie od wszelkich tego rodzaju przyczyn, sam
przez się, bez żadnych życiowych assocyacyi, przez samą swoją
czystą formę jako taką. Ten ostatni sposób podobania się nazywamy
podobaniem się artystycznem, a rzeczy, obdarzone zdolnością
wywoływania w nas tego rodzaju bezprzyczynowego z punktu widzenia
życia zachwytu, nazywamy artystycznie pięknemi. Pomijamy tu kwestyę
dźwięków, nie będącą naszą specyalnością, organiczając się jedynie
do wrażeń wzrokowych; pomijamy również zapachy i smaki, które nie
stały się i prawdopodobnie nie staną się nigdy elementami
artystycznymi. Dla wywołania bowiem artystycznego wrażenia nie
wystarcza nigdy jeden samotny element zmysłowy jako taki przyjemny
(jeden kolor, jeden dźwięk), tylko kompleks takich elementów,
związanych w pewną nierozerwalną całość. Nierozerwalną, ale nie w
tem znaczeniu, jak noga danego stworzenia związana jest
nierozerwalnie, z punktu widzenia życia, z jego kadłubem.
Jakkolwiek każdy stwór żywy, posiadać może dla nas tę cechę
nierozerwalności jego części, jednak tam przyczyny tej
nierozerwalności sprowadzić możemy do celowości budowy tego stworu
i funkcyi praktycznych jego części. W drugim wypadku nie możemy
przyczyny takiej podać, ani znaleźć objektywnego kryteryum dla
ocenienia konieczności takich, a nie innych związków: dla oceny
mamy jedynie nasze subjektywne odczucie i nic więcej.
Widzimy, że o ile przyjemne lub nieprzyjemne wrażenia w
życiu pochodzić mogą od samych elementów prostych (od jakości), jak
również od ich kompleksów, zadowolenie artystyczne może pochodzić
jedynie i tylko od kompleksów tych elementów, związanych w
nierozerwalne całości. Oczywiście jest pewna analogja między
koniecznością i logiką budowy danego stworzenia, a koniecznością i
logiką konstrukcyi czysto formalnej. Każden stwór żyjący i każdy
kompleks przedmiotów może posiadać dla nas (lub nie posiadać) oba
rodzaje piękna jednocześnie, Ale o ile w życiu, konstrukcya czysto
formalna jest wynikiem drugorzędnym, dającym się sprowadzić do
innych przyczyn, o tyle w dziele sztuki jest ona sama dla siebie i
do innych przyczyn sprowadzić się nie daje.
W odróżnieniu dzieł sztuki od innych kompleksów elementów
związanych w pewien sposób ze sobą i będących tworami człowieka,
możemy się kierować jedynie tem subjektywnem odczuciem na ile cecha
jedności w wielości jest wynikiem powiązań czysto formalnych, a na
ile jest ubocznym skutkiem innych przyczyn, n. p. przystosowania
tworów danych do ich celów czysto życiowych (maszyny, meble) dla
których zostały stworzone. Im mniej dany twór ludzki będzie
podlegać jakiemukolwiek wytłomaczeniu ubocznemu, co do wrażenia
jedności w wielości, jakie w nas wywołuje, tem bardziej będzie on
zbliżony do dzieła Sztuki Czystej, operującej tylko formalnemi
związkami jakości, na niekorzyść wszelkich innych połączeń,
dających się praktycznie wytłomaczyć.
Jedność dzieła sztuki jest formalna, niesprowadzalna i
subjektywna.
Przedmioty, o ile są zaakcentowane na obrazach jako takie,
występują dlatego, że dzieło sztuki nie powstaje jako coś
wymyślonego na zimno, tylko coś, w czem cała psychika danego
osobnika (wyobrażenia, uczucia życiowe) musi udział przyjąć. Chodzi
tylko o proporcyę tych danych, o to, aby treść życiowa nie wysuwała
się jako taka na plan pierwszy. Zwykle też naturalny rozwój artysty
idzie w ten sposób, że zaczynając od kopiowania natury i zdobywając
środki wyrażenia się, zaczyna wyrażać mięszaninę obu tych treści t.
j. życiowej i formalnej, a w miarę dalszego postępu, życiowe treści
ulegają systematycznej eliminacyi, na korzyść elementów czysto
formalnych.
Oprócz tego istotne znaczenie przedmiotów polega na tem, że
nadają one massom kompozycyjnym jednoznacznie określone i wolne od
oscylacyi napięcia kierunkowe. Zasadniczą bowiem własnością dzieła
sztuki malarskiej jest jego nieruchomość, a wszelka różnolitość
napięć kierunkowych, przy dłuższem wpatrywaniu się w obraz, może
tylko zachwiać jego jedność, o którą głównie chodzi.
Możliwem jest, że istnieje pewna kategorya ludzi, których
mogą specyalnie zainteresować zmiany zachodzące w poglądach na
przedmioty w zależności od najróżniejszych innych rzeczy (poglądów
filozoficznych, czy religijnych, środków komunikacyi, sposobów
odżywiania, warunków klimatycznych, narkotyków, pojęć o miłości czy
dyabli wiedzą wreszcie od czego) i związanych z temi zmianami
sposobów odtwarzania tych przedmiotów. Mogą to być rzeczy
niezmiernie ciekawe, á propos których można wypowiedzieć rzeczy
bardzo głębokie i interesujące. Twierdzimy tylko, że będzie się to
odnosić do sztuki jedynie pośrednio, w ten sposób, że nieistotną
treścią obrazów są tak lub inaczej przedstawione przedmioty. Z
badaniem istotnej treści sztuki, którą jest niezależna od niczego
konstrukcya elementów jakościowych, nie ma to nic wspólnego. Błędem
właśnie całej dotychczasowej estetyki było zajmowanie się związkami
między życiem a sztuką, przez co zawsze estetycy dalecy byli od
ujęcia jej istoty.
Do tego samego rodzaju błędów musimy zaliczyć ciekawą
skądinąd rozprawę o "wielości rzeczywistości w sztuce" Leona
Chwistka, jako traktującą o stosunku widzenia przedmiotów do ich
odtwarzania. Nie przeczymy, że mogą być osobniki znajdujące
satysfakcyę w różnolitem widzeniu przedmiotów świata zewnętrznego
jako takiem. Ale rozkosz ta nie jest estetycznem zadowoleniem
według naszej definicyi tego ostatniego. Prawdą jest, że niema
utworu abstrakcyjnego piękna, któryby nie miał w sobie
przedmiotowych, lub uczuciowych składników. Tylko w granicy możemy
wyobrazić sobie idealne dzieło sztuki wyprane ze wszystkich
nieistotnych dodatków. Ale byłoby to dziełem niepojętego dla nas
jakiegoś "czystego ducha", a nie człowieka z krwi i kości, ducha,
którego możemy założyć tylko jako granicę, ale którego istnienia
wyobrazić sobie nawet nie możemy.
W każdym więc dziele piękno przyjemnościowe lub użytkowe
(lub brzydota tego samego rodzaju) pewne miejsce zajmować będzie,
ale nie będzie ono (lub ona) istotą utworów sztuki, które
charakteryzuje piękno drugie, formalne, czyste, abstrakcyjne,
niezależne od życiowej treści utworu, jakkolwiek w procesie
twórczym artysty tak ściśle z niem związane. O tem to pięknie mówi
tak słusznie w swoim artykule "o ekspresyoniźmie" Zbigniew
Pronaszko. Problemem odtworzenia trzeciego wymiaru na płaszczyźnie,
á propos czego wprowadza Pronaszko pojęcie "odtworzenia wyrazu
przedmiotu", pojęcie według nas zbyteczne i mylące, zajmiemy się na
innem miejscu. W dziele sztuki chodzi o proporcyę danych: treści
życiowych i treści formalnej i od tej proporcyi zależeć będzie
wrażenie, które ono wywołuje.
Dla przeprowadzenia granicy faktycznej nie mamy żadnych
kryteryów i wszystko jest zależne od subjetywnego odczuwania,
szczególniej w tem miejscu szeregu (począwszy od tworów natury do
dzieł sztuki najbardziej abstrakcyjnie, czyli formalnie,
pięknych), w którem następuje przejście od jednego piękna do
drugiego. Ponieważ sztuka malarska od czasów Renesansu błądzi
przeważnie w sferze piękna życiowego i ponieważ dawniej nie
zajmowano się ogólną teoryą Sztuki w tem znaczeniu co dzisiaj, cała
ideologja nasza w sferze tej jest błędna i trzebaby całej generacyi
badaczy historyi sztuki i ludzi zdolnych do ścisłego badania
znaczeń pojęć będących w obiegu, aby nieporozumienia na ten temat
definitywnie usunąć. Na czem polega konieczność "deformowania"
świata zewnętrznego daleko bardziej rzucająca się w oczy u malarzy
dzisiejszych niż u dawnych mistrzów, postaramy się wyjaśnić na
innem miejscu
W każdym razie, tłómacząc publiczności, chcącej zrozumieć
współczesną sztukę, piękno obrazów, na których przedmioty są
"zdeformowane", musimy ukazać wyższe zasady niż prostą chętkę
wykrzywiania tego, co było, jest i będzie pięknem w życiu. Zasadą
tą jest konstrukcya formalna dzieł sztuki, ich kompozycya, która
jest czemś na tyle istotnem, że można dla niej poświęcić nietylko
cienkość łydki, ale nawet oko umieścić w pępku, co oczywiście w
pierwszej chwili u przeciętnego człowieka niczego oprócz ryku ze
śmiechu, wywołać nie może.
Analogicznym problemem do "deformacyi" w malarstwie jest
"brak sensu" w poezyi, który futuryści w literaturze zamało
usprawiedliwiają teoretycznie w innych, czysto formalnych
wymiarach. I z jednego i drugiego problemu niema wyjścia o ile stoi
się na stanowisku przetwarzania przedmiotów i wykoślawiania stanów
uczuciowych jako takich.
Konstrukcya formalna usprawiedliwia najdzikszą deformacyę i
bezsens jako taki, z punktu widzenia życia. Usprawiedliwia
oczywiście w bezwzględnie szczerych utworach, bezwzględnie
szczerych twórców, ale teoretycznie kwesya ta nie jest należycie
postawiona. Sądzimy, że teorya Czystej Formy w poezyi, którą
podaliśmy na innem miejscu i której zasadniczem twierdzeniem jest
to, że pojęcia są takimi samemi elementami artystycznemi jak
jakości, wyjaśni należycie kwestyę "bezsensu" w literaturze.
Jeśli zwrócimy uwagę "znawców sztuki" na problemy kompozycyi
(nie starając się dawać jakichkolwiek praw, które, przez
nierozumiejących, uznane być mogą za chęć narzucenia norm
objektywnych i wmawiania istnienia tychże), na problemy konstrukcyi
formy, niezależnej od żadnej rzeczywistości (nawet rzeczywistości
kokainisty, czy opiumnisty) możemy liczyć na zrozumienie przez nich
tego, że zdeformowany nosorożec, zajmujący odpowiednie miejsce,
jako massa kompozycyjna o pewnem napięciu kierunkowem (zaznaczonem
właśnie przez "nosorożcowatość" [ogólnie przez "przedmiotowość" czy
"przedmiotowatość"] tej masy) ma swoje prawo bytu jako element
konstrukcyi form, wzbudzającej artystyczne (estetyczne)
zadowolenie, przez pojmowanie bezpośrednie jedności w wielości,
będącej zasadniczem prawem Istnienia, jedności samej dla siebie,
nie będącej jednością żadnego stworu, lub przedmiotu realnego, ani
też czysto rozumową jednością pojęciowych powiązań. Cała dziwna
wartość dzieła sztuki polega na jego konkretności, jako kompleksu
jakości (barw, dźwięków), dającego zupełnie konkretne zadowolenie,
analogiczne w swej konkretności z zadowoleniem czysto zmysłowem,
przy jednoczesnem zupełnem oderwaniu od całości innych tworów
ludzkich i przedmiotów natury.
W ten sposób, nadając biednemu zdeformowanemu nosorożcowi
wyższą wartość w konstrukcyi kształtów na płaszczyźnie, sądzimy, że
niezależnie od teoryi samej deformacyi, którą zajmiemy się
później, usprawiedliwiliśmy ogólnie istnienie jego na obrazach w
tej postaci.
Patrzcie na obrazy nie jako na kawałki natury (oczywiście na
obrazy, które na to zasługują) ale jako na konstrukcyę Czystej
Formy, na oderwane piękno, a będziecie je rozumieli jak należy.
Wszystkie tłómaczenia z punktu widzenia przedmiotów nie mogą
dać żadnych rezultatów. Większa część ludzi (z wyjątkiem chyba
kilku zboczonych zupełnie indywiduów), będzie wolała (i zupełnie
słusznie zresztą) patrzeć na realistyczne obrazy i kolorowe
fotografie, ukazujące im świat mniej więcej taki, jaki znają z
codziennego życia. Wszystkie wysiłki krytyków, objaśniających całą
tę, skomplikowaną pozornie, a sprowadzalną do paru bardzo prostych
pojęć (kompozycyi, harmonji barw i ujęcia formy) historyę, wysiłki
polegające na objaśnianiu, że tamci "widzieli" wszystko w plamkach,
ci w "wężykach", a tamci znów w "kubach", a ci znowu "widzieli" 50
koni zamiast jednego w ruchu, zupełnie są bezowocne. Picasso
zapytany, czy widzi tak rzeczy jak je maluje, odrzekł podobno:
"ależ to byłoby okropne..." Krytycy piszący o wystawach formistów
popisywali się przeważnie ze swoją znajomością "kierunków na
Zachodzie", wyliczając różnych "istów", tak lub inaczej na
przedmioty patrzących i w ten sposób je odtwarzających. Powtarzali
znaną aż do znudzenia historyjkę o impresyonistach, kubistach i t.
p., z której przeciętny czytelnik mógł wywnioskować jedno: było
mnóstwo waryatów-malarzy we Francyi, którzy łączyli się w grupy
jednakowo po waryacku malujące, a teraz to samo zaczyna się w
Polsce według tamtej francuzkiej recepty. Co? Jak? Dlaczego? - nie
wiadomo. Było tak we Francyi, będzie i u nas i tyle. Ogólnej teoryi
nie podał nikt. Dlatego to, nie z powodu megalomanji, ani dla
auto-reklamy musimy odesłać czytelnika po bliższe wyjaśnienia do
wydanej już naszej pracy i do książki Karola Homolacsa o
ornamencie, książki jakiej dotąd nie było w żadnej literaturze,
zawierającej opisanie najprostszych elementów ornamentu i
kompozycyi i opatrzonej mnóstwem schematycznych rysunków.
Na wszelkie próby dotychczasowych objaśnień może zupełnie
słusznie odrzec "znawca sztuki": "co mnie u dyabła ciężkiego
obchodzi, że jakaś kupa szaleńców widzi wszystko w "kubach" i w
dodatku tak maluje. Ja widzę inaczej i mam swoją racyę, że uważam
to wszystko za blagę". Z tego punktu widzenia znawca ma racyę
zupełną i nic, oprócz teoryi Czystej Formy, żadne "widzenia" i
"poglądy na przedmiot" nie potrafią go zachwiać w jego mniemaniu.
Żadne przyzwyczajenie się publiczności do formistycznych obrazów,
na co liczy i o czem pisze Chwistek we wstępie do katalogu III-ciej
wystawy formistów, nie będzie, na równi z kupowaniem tych obrazów,
dowodem ich istotnego zrozumienia i podniesienia się niesłychanie
nizkiego poziomu artystycznego naszej publiczności. Nie będzie
dowodem zrozumienia nowej i dawnej sztuki. Będzie tylko dowodzić,
że ludzie nawet nic nie pojmując, mogą do wszystkiego się
przyzwyczaić przez swój barani instynkt. Problemy te trzeba
oświetlić tak, aby wytworzyć ciągłość pojmowania sztuki starej:
egipskiej, chińskiej, włoskiej czy murzyńskiej, ze sztuką nową;
podać system pojęć, któryby zawierał elementy całej Sztuki (przez
wielkie S.), a nie różne intelektualne sposoby wniknięcia w różne
sposoby widzenia przedmiotów. Wprawdzie wszystko zrozumieć, znaczy
wszystko przebaczyć i z chwilą gdy znawcy pojmą psychologję n. p.
kubistycznego "widzenia" przebaczą ją może, ale nie będzie to
dowodzić, że zaczęli rozumieć sztukę samą jak należy.
W świetle "widzeń" podać genezę danych kierunków
artystycznych jest niczem i nic nie może pomódz ludziom
nierozumiejącym istoty sztuki wogóle. A do zrozumienia ogólnego nie
dojdziemy nigdy, jeśli nie wyeliminujemy raz na zawsze z estetyki
pojęcia świata zewnętrznego i przedmiotu, które to pojęcia ciążą
nad nią oddawna jak dusząca wszelkie pojmowanie zmora i są
przyczyną wszystkich nieporozumień.
Do innych problemów: analizy pojęcia formy; "łatwości" i
"trudności"; tytułów i treści; kwestyi artystycznego nauczania w
związku zasadami Antoniego Buszka i artystycznym infantylizmem;
"deformacyi", kwestyi możliwości wielkich stylów w malarstwie
przyszłości, przejdziemy w rozdziałach następnych.