Szkice do trzeciego dziennika - Max Frisch

Reflow text when sidebars are open.
Nowy Jork jako wyzwanie - przez dziesiątki lat mogłem zdać się na to, że tam nie zapadam w drzemkę, że tam nie wypoczywam jak w Engadynie albo w Paryżu, że każdego dnia mnie trzęsie:
I HATE IT
I LOVE IT
I HATE IT
I DON'T KNOW
I LOVE IT
etc.
Nowy Jork przez trzy dziesięciolecia jako miejsce pielgrzymowania, by tak rzec (wiza INDEFINITELY) - a teraz posiadam tam tak zwany loft1, nareszcie dostatecznie urządzony, by móc w nim mieszkać, przysiadam na żelaznych schodkach przeciwpożarowych na piątym piętrze i nie mogę przed sobą ukryć: Jak mi się chce rzygać od tej Ameryki!
LOVE IT OR LEAVE!
A więc zmierzch życia na wsi -
CH-6611 BERZONA
Dom, stara murowanka, którą siedemnaście lat temu kazałem rozbudować, ma cztery pokoje i alkowę, loggię, za małą kuchnię, dwie łazienki, a w piwnicy jeszcze saunę; obok domu stoi budyneczek na inwentarz, trzykondygnacyjny, tak że wygląda jak mała wieża, przerobiony na pracownię; wszystkie pomieszczenia można ogrzewać.
Są supermocarstwem, które może nas wszystkich zniszczyć2. I byli już na Księżycu, o czym się nie pamięta; bo właściwie nie zapoczątkowało to nowej epoki w dziejach świata. Z czego natomiast żaden Amerykanin nie zdaje sobie sprawy: że amerykański dobrobyt (można tu mieszkać, nie oglądając na oczy slumsów) w znacznej mierze zasadza się na wyzysku innych narodów. Wyzysk to słowo, które tu nie pada, mają w zastępstwie inne: KNOW HOW. To właśnie przynoszą biedniejszym narodom, przy czym niekiedy natrafiają na brak zrozumienia; trzeba tu i ówdzie wesprzeć jakiś zamach wojskowy, aby zaprowadzić demokrację itd., KNOW HOW. Ich ulubione słówko: POWER. Nie spotykam się z wojskowymi; słowo, które słyszę w tym kraju najczęściej: POWER. Z tego są dumni: POWER. Nawet w handlu dziełami sztuki bez tego się nie obejdzie. MONEY? To mniej pretensjonalny synonim. Synonim etyczny: LIBERTY. I o to przecież chodzi: LIBERTY, to trafia do przekonania każdemu Amerykaninowi: POWER = LIBERTY. I nie ma tu żadnej dialektyki. Bo niby czemu. Mówienie o tym jest bezcelowe - czują się najlepszym rodzajem ludzi, jaki może istnieć, toteż krytyki pod adresem swego kraju nie tolerują nawet w obrębie sojuszu, ponieważ w tym sojuszu są niewątpliwie silniejszą stroną, więc wiedzą lepiej...
Kwitną tu pierwsze magnolie.
Zwraca mi na to uwagę któryś z gości!
Ale nadal trzeba włączać ogrzewanie.
Kiedy na zwykłe pytanie w rozmowie telefonicznej: A CO U CIEBIE? odpowiedział najpierw z lekkim śmieszkiem: NA RAZIE JESZCZE DOBRZE, a potem sucho: MAM RAKA, umówiliśmy się na kolację w Zurychu.
(To było w grudniu.)
Dowiedział się trzy dni temu. Wydaje mi się opanowany i w dobrej formie, jak człowiek, który ma jeszcze chęć do życia. Ale diagnoza medyczna jest jasna i nie pozostawia nadziei. Pół roku? Trzy miesiące? Orientuje się dokładnie, jak zaawansowany jest rak (pęcherza), i nie godzi się na operację, to też jest jasne. Jego decyzja. Nie chce umierać jako ubezwłasnowolniony obiekt w aparaturze medycznej. Więc jak to się umiera? Rozmawiamy też o dobrowolnej śmierci (w aspekcie technicznym) i o czynnej eutanazji (w aspekcie prawnym), a podczas kolacji, która mu smakuje, rozmawiamy także o innych sprawach, o których i tak byśmy mówili; żaden z nas nie uważa tego za unik. Uników nie ma. Dlaczego nie mielibyśmy się pośmiać. Jego sokratyczny spokój dopuszcza wszystko, tylko nie tanie pociechy. Potem, kiedy czekamy na rachunek i powstaje pauza w rozmowie, Peter3 wraca do swojej prośby, żebym wygłosił mowę żałobną w katedrze. MASZ JESZCZE TROCHĘ CZASU, śmieje się, patrząc mi w oczy. Kiedy rachunek jest już zapłacony i nie mogę dłużej zwlekać, obiecuję.