Szkic zbrodni - Małgorzata Niemtur

-
Proszę czekać

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ 1

 

 

 

 

 

Środa, 12 lipca 1820 roku

 

Tego letniego poranka we dworze w Radonicach sprawy biegły zwykłym torem. Służba krzątała się i przemykała korytarzami, trzepała, wietrzyła, nalewała i wylewała, aby przygotować dom na kolejny dzień. Kucharka w wielkim skupieniu rachowała na palcach, na jak długo jeszcze wystarczy cukru przy większej niż zwykle liczbie gąb do wykarmienia. Ochmistrzyni, panna Komarska, dumała w gotowalni, czy zdoła uporać się przed południem zarówno z reperacją sukni, jak i wyczyszczeniem sreber. Kamerdyner Mikołaj skończył porządkować pokój pana domu i zamykał właśnie okno, żeby zatrzymać wlewające się do środka gorące powietrze.

Stefania Ilnicka siedziała w altanie w ogrodzie ze szkicownikiem na kolanach. Za każdym razem, gdy przykładała ołówek do kartki, przypominały jej się słowa Teklusi. Stareńka niania nie pozwoliła jej się nigdy sportretować. Mówiła, że jeśli ktoś zbyt wiernie ukaże rysy przedstawianej osoby, zamknie w wizerunku odrobinę duszy portretowanego. Człowiek traci tę okruszynę, nawet o tym nie wiedząc. Wypuszcza ją w świat, żeby inni robili z nią, co im się żywnie spodoba. Nie, niech cię Pan Bóg broni, mówiła Teklusia, a Stefania z szacunku do niej nie rysowała jej nawet z pamięci.

Przesąd starowinki zakorzenił się w jej umyśle i choć od śmierci niani minęło wiele lat, wierzyła, że na kartkach szkicownika w istocie zamyka odległe odblaski myśli i uczuć ludzi. Czymże była zaś dusza, jeśli nie poruszeniami serca i umysłu? Jej spowiednik miałby pewnie odmienne zdanie, ale nie zamierzała zwierzać mu się z takich refleksji. Nie musiała nikomu się z tego zwierzać. Wystarczało jej, że kreśliła na kartce kolejną twarz, by potem studiować ją w ciszy swojego pokoju.

- Jak pani idzie, panno Ilnicka?

Stefania oderwała wzrok od papieru i spojrzała na narzeczonego. Znowu straciła poczucie czasu. Zanim zdążyła otworzyć usta, głos zabrała jej siostra.

- Czy nie wie pan, panie Szydłowski, że artysty nie należy popędzać? Może się to skończyć tragicznie.

- Nie to było moim zamiarem. - Artur uśmiechnął się lekko. - Chciałem tylko wspomnieć, że mój ojciec niedługo będzie się mnie spodziewał. Wybieramy się do sąsiedniego majątku obejrzeć najnowszy model młocarni.

- Jeszcze pięć minut, gdyby był pan tak cierpliwy - odparła Stefania.

Krysia wróciła do żłobienia czubkiem parasolki tajemniczych wzorów w piasku, którym wysypana była zacieniona ścieżka. Stefania jeszcze przez chwilę wpatrywała się bezkarnie w Artura. W półcieniu altany rysy jego twarzy stawały się łagodniejsze, a cienie pod oczami - mniej głębokie. Gdy przez dłuższą chwilę nie odrywała od niego wzroku, uśmiechnął się szerzej. Dziewczyna spuściła powieki, pewna, że wyczytał z jej oczu wszystkie uczucia, które tak skrzętnie starała się ukryć. Przez dłuższą chwilę żadne z nich się nie odzywało i ciszę zakłócały tylko przytłumione głosy pań Ilnickiej i Szydłowskiej, które przechadzały się nieopodal.

- Nie chcę zatrzymywać pana dłużej - odezwała się w końcu Stefania. - Na dzisiaj wystarczy.

- Czy zechce mi pani pokazać, co zdziałała do tej pory? - Głos Artura był przyciszony, tak że Krysia, która lekce sobie ważyła rolę przyzwoitki i była zajęta balansowaniem na wąskim murku okalającym klomb przed altaną, nie miała szansy go usłyszeć.

- Oczywiście. Chociaż nie ma jeszcze czego podziwiać.

Mężczyzna przeszedł na jej stronę i usiadł obok. Kiedy znajdował się blisko, powietrze wokół stawało się jakby gęstsze. Trudniej było napełnić nim płuca i pewnie dlatego lekko zaszumiało Stefanii w głowie.

- Obawiam się, że przedstawiła mnie pani w zbyt pochlebny sposób.

- Zawsze staram się oddawać w rysunku istotę oryginału. Nie zniżyłabym się do fałszowania rzeczywistości.

- Skoro tak, to mogę się tylko radować, że w taki sposób mnie pani postrzega.

Ujął delikatnie dłoń, którą przytrzymywała kartkę przed podmuchami wiatru. Stefania podniosła głowę, ale jej siostra wciąż nie poświęcała im uwagi. Spojrzała Arturowi prosto w oczy i była pewna, że gdyby potrafiła się rumienić, płonęłaby teraz pąsem. Mężczyzna uniósł jej dłoń do ust i pocałował.

- Cały czas mam wrażenie, że temu rysunkowi wiele brakuje do ideału - powiedziała, żeby ukryć zmieszanie.

- Będziesz miała sporo czasu, żeby go udoskonalić.

- To prawda - szepnęła Stefania i spuściła wzrok.

Nie miała pojęcia, co zrobić z zamieszaniem w sercu, tętnieniem w uszach i świadomością jego obecności tuż obok. Na szczęście w tym momencie rozległ się głos Krysi:

- Stefciu, trzeba już chyba wracać. Robi się bardzo gorąco.

Artur odsunął się i kiedy młodsza z panien Ilnickich wkroczyła do altany, stał już w przyzwoitej odległości od narzeczonej.

- Na mnie też już czas. - Skłonił się, po czym zostawił je same.

- Możemy iść? - zapytała Krysia.

Stefania nie odpowiedziała od razu. Odprowadzała wzrokiem oddalającą się męską postać. Nie powinna tracić rezonu w jego obecności, stawać się drżącą istotką, którą byle gest czy słowo przyprawiały o zawrót głowy. Nie mogła pozwolić, żeby uczucie zawładnęło nią do tego stopnia. To wszystko było przecież handlową transakcją, korzystnym dla obu stron interesem. Warto lubić swojego przyszłego męża, ale żeby aż tak? Stefania wiedziała z własnego doświadczenia, że to zazwyczaj nie kończy się dobrze.

Z rzadka przechodziło jej przez myśl, że byłoby lepiej, gdyby rodzice zaaranżowali jej małżeństwo. Zadowoliłaby się szacunkiem i życzliwością towarzysza życia, bez niepotrzebnych uczuć. Wiedziałaby przynajmniej, czego oczekiwać. Tymczasem zakochanie przypominało spacer po zdradliwym bagiennym terenie - nigdy nie można być pewnym, czy stawia się stopę na bezpiecznym gruncie, czy na podłożu, które wciągnie w głąb i pochłonie.

Postukiwanie parasolki siostry o deski podłogi przywołało ją do rzeczywistości.

- Daj mi jeszcze dwie minuty, dobrze?

- Jeszcze dwie minuty i zemdleję z gorąca. - Dziewczyna usiadła na ławce i wzniosła oczy ku niebu w wyrazie głębokiej rozpaczy.

- Gdybyś zajęła się lekturą, którą wyznaczyła ci na dzisiaj mama, mogłabyś oderwać myśli od niedogodności. - Stefania chwyciła tomik, który przez cały czas leżał obok niej na ławce, i wyciągnęła go ku siostrze.

- Nie da się czytać w takich warunkach. - Naburmuszona Krysia wzięła książkę i zaczęła przerzucać strony.

Stefania uśmiechnęła się do siebie z mieszaniną współczucia i pobłażania. Siostra od dzieciństwa nie znosiła przebywać na zewnątrz bez względu na porę roku, a brud, owady i słońce, które natychmiast znaczyło czerwienią jej delikatną skórę, napełniały ją odrazą.

Stefania popatrzyła na swój rysunek. Lekko skręcające się ciemne włosy tworzyły wdzięczną ramę dla proporcjonalnej męskiej twarzy, w której wzrok przyciągały przede wszystkim oczy - głęboko osadzone, ale jasne, patrzące wprost na widza. Wąskie usta o niemal idealnym kształcie narysowała w wyrazie powagi. Tak wyglądał, kiedy pierwszy raz do niej przemówił, i taki jego obraz wyrył się w jej umyśle. Z całego oblicza tchnęła jakaś determinacja, a jednocześnie coś budzącego zaufanie.

Jej brulion, obok setek twarzy znajomych i nieznajomych ludzi, wypełniały liczne podobizny narzeczonego. Chociaż kreski składały się na całkiem wierny obraz, miała wrażenie, że cały czas coś się jej wymyka. Dziewczyna westchnęła. Zanim zwiąże się z Arturem Szydłowskim do końca życia, bardzo chciałaby narysować jego portret, z którego będzie w pełni zadowolona.

Związała wstążki brulionu i schowała ołówki do futerału. Wytarła zabrudzone grafitem palce w chusteczkę, po czym się podniosła.

- Mama i pani Szydłowska poszły chyba w stronę strumienia. Poszukamy ich? - zaproponowała i dodała, uprzedzając protesty siostry: - Zaraz potem możemy wracać. Mama ucieszy się, że trochę się przeszłaś.

Krysia westchnęła, ale podążyła za nią bez słowa i po chwili szły ramię w ramię cienistą kasztanową aleją, która prowadziła w stronę stawu i płynącego niedaleko potoku. Park otaczający dwór w Radonicach nie był wielki, ale jego właściciele zrobili wszystko, żeby w pełni wykorzystać oferowane przez naturę uroki. Po dłuższej chwili, którą spędziła pochylona nad rysunkiem, Stefania rozkoszowała się powiewem ciepłego, pachnącego rozgrzaną łąką wiatru i podziwiała rozciągający się po prawej stronie alei widok na niewielką łąkę i brzozowy zagajnik w oddali. Zmiana otoczenia pozwoliła jej nabrać dystansu do Artura i czaru, jaki nad nią roztaczał.

- Mama i caryca Aleksandra z pewnością zdążyły już wrócić do dworu. Niepotrzebnie ich szukamy.

Stefania przerwała kontemplowanie przyrody i spojrzała na siostrę. Krysi wyjątkowo było do twarzy z wyrazem lekkiego nadąsania. Właściwie jakąkolwiek minę by zrobiła, jej oblicze o jasnej, nieskazitelnej cerze wyglądało nad wyraz korzystnie. Niewielkie, lecz pełne usta tak samo pięknie prezentowały się rozciągnięte w uśmiechu, jak ściągnięte w niezadowolony dzióbek. Choć skończyła niedawno siedemnaście lat, otrzymała już dwie propozycje małżeństwa. Po ślubie starszej siostry, gdy zacznie częściej bywać, będzie prawdopodobnie miała u swych stóp cały kwiat galicyjskiej młodzieży, zwłaszcza że do jej wdzięków można doliczyć pokaźny posag.

- Lepiej uważaj, żeby mama nie usłyszała, jak nazywasz panią Szydłowską. Nawet jeśli tak się stało, mała przechadzka nam nie zaszkodzi. - Stefania ujęła siostrę pod ramię.

- Nie jestem takim zapalonym piechurem jak ty. - Krysia potrząsnęła głową, a jasne loki zafalowały jej wokół głowy.

- Myślę, że tak naprawdę chcesz wracać, żeby dokuczać biednej pannie Komarskiej.

- Wcale jej nie dokuczam! Po prostu dbam o to, żeby się nie nudziła.

- Z pewnością nie ma o tym mowy, skoro nakłoniłaś ją, żeby sama uporała się z twoją częścią haftów do mojej wyprawy.

Krysia nie odpowiedziała od razu, więc siostra zerknęła na nią z ukosa. Na twarzy dziewczyny pojawił się lekki rumieniec.

- Nie martw się. Nie powiem o tym mamie. Ale wiedz, że uważam, że okrutnie wykorzystujesz tę kobietę. Powinnaś mieć więcej szacunku dla jej wieku.

Panna Komarska zajmowała szczególne miejsce w domu państwa Szydłowskich. Bez grosza przy duszy, choć szlacheckiego pochodzenia, była panną wyprawną[1] pani Szydłowskiej i towarzyszyła rodzinie od samego początku. Mimo że oficjalnie nie piastowała stanowiska gospodyni, sprawowała pieczę nad całym domem.

- Kiedy to niesprawiedliwe, że ja mam haftować monogramy na twojej wyprawie! Ciekawe, czy gdy sama będę wybierała się za mąż, ty mi pomożesz - odparła hardo Krysia, uznając najwyraźniej, że najlepszą obroną jest atak.

- Mam nadzieję, że tak. - Stefania uśmiechnęła się pod nosem na to marudzenie. - A ty, skoro już korzystasz z uprzejmości panny Komarskiej, okaż jej przynajmniej trochę dobrej woli i powściągnij uwagi rzucane pod jej adresem.

Nie dowiedziała się, co siostra myśli o jej pouczeniach, ponieważ w tym momencie dotarły na ścieżkę okalającą staw i odnalazły poszukiwane osoby. Panie Ilnicka i Szydłowska, przechadzające się w cieniu drzew, skierowały się w ich stronę. Kiedy szły obok siebie, kontrast między nimi uwidaczniał się w pełni. Matka Artura, słusznego wzrostu i proporcjonalnie zbudowana, trzymała głowę wysoko, a jej pociągła twarz zdawała się jeszcze dłuższa przez ciemne włosy zaczesane gładko w górę nad czołem. Towarzyszka sięgała jej zaledwie do ramienia i tak samo jak córki odznaczała się drobną budową. Jej filigranową, nieco lalczyną twarz okalała chmura jasnych włosów z rzadka przetykanych nitkami siwizny.

- Jak miło was spotkać! - odezwała się matka, gdy znalazły się naprzeciwko siebie. - Krysiu, popraw chusteczkę, słońce bardzo mocno świeci. Stefciu, wyglądasz na trochę zmęczoną. Czy nie sforsowałaś się za bardzo?

- Planowałyśmy okrążyć jeszcze staw, ale jeśli czuje się pani zmęczona, panno Ilnicka, możemy wszystkie wracać. - Pani Szydłowska miała zwyczaj przemawiać powoli i starała się przy tym jak najmniej poruszać ustami. Sprawiała przez to wrażenie, jakby każde słowo przychodziło jej z ogromnym trudem, który odbiorca powinien należycie docenić.

- W żadnym wypadku. - Stefania uśmiechnęła się do przyszłej teściowej w nadziei, że przebije się przez lodowatą powłokę jej uprzejmości. - Proszę nie zmieniać planów z mojego powodu. Chętnie dołączymy, prawda, Krysiu?

Pełne dramatyzmu westchnienie dziewczyny dotarło na szczęście tylko do uszu siostry i cała czwórka skierowała się w stronę okalającej staw ścieżki. Krysia wlokła się z tyłu, podczas gdy Stefania starała się trzymać blisko obu pań. Z takiej odległości bez problemu widziała zmyślnie naprawiony rąbek sukni pani Szydłowskiej i postrzępione frędzle u parasolki. Matka jej narzeczonego wspaniale zachowywała pozory dawnej świetności. Gdyby nie bliski związek pomiędzy dwiema rodzinami, Stefania nie zorientowałaby się, że majątek w Radonicach stoi na skraju bankructwa. Zaczęła się zastanawiać, czy haftowane jedwabiem buciki z cienkiej skórki, które miała na sobie, nie są zbyt strojne. Zawsze starała się wybierać jak najskromniejsze stroje, żeby nie kłuć innych w oczy swoim bogactwem, ale podczas wizyty w majątku Szydłowskich przywiązywała do tego jeszcze większą wagę.

Matka jakby na przekór zdawała się wcale nie przejmować niekorzystną sytuacją majątkową gospodyni. Stefania wyłapała kilka słów z rozmowy: dotyczyła przyszłych losów młodego małżeństwa. Zbliżyła się o krok do idących przodem kobiet i nadstawiła uszu. W zasadzie nie podsłuchiwała, skoro prowadziły rozmowę podczas spaceru, ze świadomością, że panny idą tuż za nimi.

- To nie powinno być nawet przedmiotem dyskusji - mówiła pani Szydłowska. - Artur jest dziedzicem Radonic i jego miejsce jest tutaj. Musi wdrażać się w obowiązki gospodarza, żeby mógł je przejąć, kiedy przyjdzie na to czas.

- Jednak w mieście mieliby znacznie lepsze warunki. Wszystkie rozrywki, sklepy, specjaliści na wyciągnięcie ręki. Kto nie chciałby mieszkać w Krakowie? Dlaczego mamy im to odbierać, skoro będzie ich stać? - Ton matki był niewinny, ale Stefania doskonale wiedziała, że te uwagi są obliczone na to, żeby pokazać pani Szydłowskiej, kto jest tutaj górą.

- Jesteśmy związani z tą ziemią od pokoleń. - Kobieta nie dała po sobie poznać wzburzenia. - Zaniedbanie jej, zwłaszcza w momencie, gdy w naszej pieczy znajduje się ten okrawek polskiego kraju, ściągnęłoby na nasze nazwisko hańbę. Myślałam, że mają państwo tego świadomość, wiążąc się z naszą rodziną.

Stefania była pewna, że przy ostatnich słowach pani Szydłowska uniosła podbródek i spojrzała w bok z wyrazem urażonej dumy. Matka z kolei wyglądała teraz zapewne jak wcielenie niewinności z szeroko otwartymi oczami i ustami ułożonymi w grymasie zaskoczenia. Dziewczyna widziała to tak wyraźnie, że mogłaby w tej chwili otworzyć szkicownik i odmalować tę scenkę.

- Dostrzegam pani racje - odezwała się matka po dłuższej chwili. - Na pewno jednak ucieszy panią wiadomość, że zawsze, kiedy moja córka z mężem zechcą odwiedzić Kraków, będzie czekał na nich apartament w jednej z kamienic należących do mojego męża. Pan Ilnicki zadba, żeby znalazło się to w umowie przedślubnej.

- Czy wybrały już panie strój dla panny młodej? - zmieniła po chwili temat pani Szydłowska. - Słyszałam, że w najbliższym sezonie szalenie modny ma być jasny błękit.

Stefania odetchnęła z ulgą, słysząc, że matka zaczęła rozwodzić się nad szczegółami ślubnej kreacji. Tym razem nie zanosiło się na nerwową wymianę zdań. Obejrzała się, ale Krysia musiała odłączyć się w którymś momencie, bo nie widziała jej ani na ścieżce, ani w cieniu drzew. Tymczasem trzy spacerowiczki przeszły przez mostek, który łączył brzegi strumienia, biorącego swój początek w stawie, i wyszły spomiędzy drzew na alejkę wiodącą do dworu. Posiadłość, zalana blaskiem lipcowego słońca, była jasną, płaską plamą na tle zieleni. Zygzaki ligustrowych żywopłotów otaczających stajnie układały się w kombinację interesujących linii na zboczu lekkiego wzniesienia, co Stefania zauważyła i doceniła.

Nagle malarską statyczność tego krajobrazu zakłócił ruch. Czarna figurka powiększała się i zbliżała coraz szybciej, aż w końcu przybrała postać kamerdynera, który zatrzymał się przed nimi i ukłonił. Wysoki i szczupły mężczyzna stał lekko przechylony w lewą stronę, jakby po biegu złapała go kolka, i przygładził zmierzwione jasne włosy.

Idące przodem panie zatrzymały się jak na komendę i Stefania zrównała się z nimi, stając obok matki.

- Mikołaj! Co się stało?

- Jaśnie pani wybaczy, że zakłócam przechadzkę. - Mężczyzna wciąż łapał oddech, a na jego czole perliły się krople potu. - Pan Szydłowski kazał panią odnaleźć. Prosi, żeby niezwłocznie wróciła pani do pałacu.

- Ale dlaczego? Na co taki gwałt? - Kobieta patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami, jakby zdumiona, że ktoś ma czelność czegoś od niej żądać. Nie czekała na odpowiedź, tylko zwróciła się do towarzyszek. - Obawiam się, że muszę panie opuścić. Proszę kontynuować spacer beze mnie.

Głośne chrząknięcie Mikołaja sprawiło, że kobiety ponownie zwróciły na niego wzrok.

- Tak? - W głosie gospodyni brzmiało zniecierpliwienie.

- Jaśnie pan prosił, żeby pani Ilnicka też przyszła. Gdyby były panie łaskawe udać się ze mną...

- Mówże jaśniej! O co chodzi?

Mężczyzna przestąpił z nogi na nogę, po czym jeszcze raz przygładził włosy. Spojrzał na swoją panią i zawahał się na ułamek sekundy. Stefania zacisnęła mocniej dłoń na szkicowniku, wyczuwając narastające w gorącym powietrzu napięcie.

- Zdarzył się wypadek...

- Artur...

To samo imię wydobyło się jednocześnie z ust Stefanii i pani Szydłowskiej. Dziewczyna spojrzała na przyszłą teściową, której twarz wreszcie coś poruszyło. Poczuła na ramieniu uścisk dłoni matki.

- Ależ nie, młody pan ma się jak najbardziej w porządku! Najmocniej przepraszam za nieporozumienie. To nie tak... to kto inny... - Patrzył bezradnie na trzy poruszone kobiety i plątał się coraz bardziej. - Najlepiej będzie, jeśli zechcą panie pójść ze mną. Jaśnie pan wszystko wytłumaczy.

Pani Szydłowska ujęła w dłoń fałdy spódnicy i bez słowa ruszyła w stronę pałacu. Stefania ocknęła się z osłupienia, które chwilowo ją ogarnęło, i szybko się z nią zrównała. Za sobą słyszała kroki usiłującej za nimi nadążyć matki i Mikołaja, zachowującego pełen rewerencji dystans.

Zapewne był to efekt szybkiego marszu, który pobudzał rytm krwi i zmuszał serce do galopu, ale nie opuszczał jej niepokój. Sama myśl, że Arturowi mogłoby się coś stać, sprawiała, że ziemia zdawała się usuwać jej spod nóg.

Zanim dotarły do pałacu, służący wysunął się naprzód i otworzył przed nimi ciężkie drzwi. W holu czekał już ojciec Artura. Na dźwięk ich kroków odwrócił się od obrazu, którego ramę zdawał się studiować. Dwa wyżły podniosły się i zamerdały na widok przybyłych.

- Moja droga, dziękuję, że przybyłaś tak szybko. Jeśli panie pozwolą... - Wskazał drzwi do bawialni.

Stefania podążyła za resztą towarzystwa. Chłód bijący od marmurowych ścian orzeźwił ją i patrzyła już znacznie przytomniej na wyraźnie zaniepokojonego gospodarza. Mężczyzna zajął miejsce w fotelu, a jego bokobrody sterczały na wszystkie strony, jakby i im udzieliło się wzburzenie właściciela. Wpatrywał się w dywan, ale spojrzenie miał nieobecne. Jeden z psów usiadł u jego stóp, a drugi kręcił się dookoła.

- Co się stało, Zenonie? Mikołaj wspominał o jakimś wypadku i wprost umieram z nerwów - odezwała się pani Szydłowska, która zasiadła naprzeciwko męża. - Wytłumacz nam, o co chodzi.

- W rzeczy samej, zdarzył się wypadek. - Mężczyzna położył dłonie na kolanach i spojrzał po kolei na wpatrzone w niego damy. - Jakiś czas temu służąca odkryła w jednym z pokoi... Cóż, nie da się tego ująć inaczej. Odkryła ciało.

 

 

 

[1] Panna wyprawna - służąca, która doglądała wyprawy panny młodej i często przechodziła z nią do nowego domu.

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ 2

 

 

 

 

 

Pani Szydłowska wciągnęła głośno powietrze i na chwilę zapadła cisza. Stefania wpatrywała się w dłonie gospodarza, który machinalnie głaskał łeb psa u swoich kolan. Skoro Arturowi nic się nie stało, mogła być spokojna, ale ogarnęła ją ta osobliwa trwoga, która spada na człowieka wraz ze świadomością, że śmierć przeszła tuż obok, nieledwie się o niego ocierając.

- Dobry Boże... - wykrztusiła w końcu gospodyni. - Kto to taki?

- Właśnie na tym polega trudność. Nie wiemy, duszko.

- Jak to?

- Przepytałem całą służbę, ale nikt nie zna tego człowieka. Ja oczywiście również nie. Pozwoliłem sobie poprosić o pomoc krewniaka pań - zwrócił się do Stefanii i jej matki - ale i on nie był w stanie mi pomóc.

- A Artur? Może on go zna?

- Jego akurat nie zdążyłem zapytać, bo musiał niespodziewanie wyjechać.

- Wyjechać...? - wyrwało się dziewczynie. Miała wrażenie, że dopóki sama nie zobaczy narzeczonego, nie uwierzy, że jest cały i zdrowy.

- Niech się panna nie alteruje. - Pan Szydłowski zwrócił się do niej z bladym uśmiechem. - Zapewne jakieś nagłe interesy.

- Może to włamywacz? - podsunęła pomysł pani Ilnicka.

- Możliwe... Gdyby jednak była pani tak uprzejma... Wiem, że proszę o wiele, ale chciałbym, żeby pani również zechciała rzucić na niego okiem. Zapewniam, że nie jest to drastyczny widok.

- Zenonie, jak możesz! - przerwała mu żona. - Pani Ilnicka jest naszym gościem! Dlaczego chcesz narażać ją na takie nieprzyjemności?

- Ponieważ ciało tego człowieka znaleziono w jej sypialni - odparł po chwili ciszy mężczyzna.

Stefania spojrzała na matkę, której wyraz twarzy nie uległ zmianie ani na jotę. Przez chwilę wpatrywała się twardo w gospodarza, po czym skinęła głową i wstała.

- Nie będzie to pierwszy martwy człowiek, którego widziałam w życiu.

- Dziękuję pani najmocniej. Oczywiście później przygotujemy dla pani inny pokój. Nie wyobrażam sobie, żeby chciała pani przebywać w dotychczasowym. Aleksandro - zwrócił się do żony - wydasz dyspozycje?

- A gdzie Krysia? - Pani Ilnicka nagle zdała sobie sprawę z nieobecności młodszej córki. - Czy wróciła do domu?

- Zamarudziła chyba w parku - odparła Stefania. - Nie wiem, kiedy się od nas odłączyła.

- Panie Szydłowski, niech pan będzie tak dobry i pośle służącą, żeby ją odnalazła. Nie chciałabym, żeby chodziła sama, kiedy dzieją się tu takie rzeczy.

- Oczywiście, natychmiast. Duszko - ponownie przemówił do żony - zajmiesz się tym?

Stefania nie słuchała odpowiedzi gospodyni, bo znalazła się już u boku matki, która zmierzała do drzwi. Ujęła ją pod ramię, a ta się zatrzymała.

- Wolałabym, żebyś została tutaj. Nie widzę powodu, dla którego miałabyś to oglądać.

Pani Ilnicka jak zwykle starała się chronić córkę przed wszelkimi nieprzyjemnościami. Był to jeden ze sposobów na pokazanie całemu światu, że choć dziewczyna pochodzi z niezbyt świetnej rodziny, jest delikatną panienką, która mdleje na samą wzmiankę o krwi i dostaje palpitacji z powodu zabrudzonych pantofelków. Stefania westchnęła.

- Niech mama pozwoli chociaż, że pójdę z nią na górę. Mogę poczekać na zewnątrz.

Pani Ilnicka nie oponowała i wraz z gospodarzem ruszyli szerokimi schodami na piętro. U drzwi do sypialni matki zastali Karola. Mężczyzna nie odezwał się, tylko skłonił głowę i po chwili Stefania została z nim sama na korytarzu.

- Co za niefortunna sytuacja - zaczął Karol. - Mam nadzieję, że twoja matka nie przeżyje zbyt wielkiego szoku.

- Czy moja matka wygląda na osobę, którą łatwo zszokować?

- Nigdy nie była w takim położeniu - rzucił kuzyn niemal z pretensją w głosie.

Jego przystojna twarz ściągnięta była wyrazem niepokoju. Stefania znała na pamięć każdą linię składającą się na jego oblicze, bo rysowała go nieraz, ale jeszcze nigdy nie widziała go tak poruszonego. Nawet gdy rok temu odrzuciła jego oświadczyny, zdawał się to mniej przeżywać. Zlustrowała wzrokiem jego sylwetkę. Miał rozluźniony halsztuk i pocierał nerwowo jedną dłonią o drugą. Stefania chwyciła go za rękę, żeby powstrzymać ów niespokojny gest, i pogładziła kciukiem jego kłykcie. Karol wyrwał się jej z syknięciem i dostrzegła, że kostki ma otarte do krwi.

- Przepraszam...

- To nic takiego. Zraniłem się o deski w stajni.

Stefania przeszła w stronę schodów i z powrotem. Matka powinna zaraz wrócić. Ciekawość nie dawała jej jednak spokoju.

- Widziałeś tego człowieka?

- Owszem.

- Czy było dużo krwi? - Dziewczyna nie potrafiła tego wyjaśnić, ale temat z jakiegoś powodu ją przyciągał.

- Ani trochę. Twoja utytułowana przyszła rodzina nie będzie musiała czyścić dywanu.

Stefania spojrzała na niego z ukosa, ale zanim zdążyła odpowiedzieć, drzwi sypialni się otwarły i pojawili się w nich pani Ilnicka i pan Szydłowski. Za nimi wymknął się Mikołaj, który pobiegł na dół.

Stefania spojrzała pytająco na matkę, ale ta jedynie pokręciła głową.

- Dziękuję i jeszcze raz przepraszam za tę ubolewania godną sytuację - kajał się gospodarz.

- Co teraz?

- Przede wszystkim musimy pozbyć się... hm... ciała. Posłałem Mikołaja po kogoś do pomocy. - Pocierał w zamyśleniu dłonią podbródek. - Zaraz potem może pani zabrać się do przeprowadzki. Proszę zwrócić uwagę, czy nie zginęło nic z pani rzeczy. Zmarły zawsze mógł mieć wspólnika, jeśli rzeczywiście chodziło o rabunek. A ja przy okazji przeszukam pokój na wypadek, gdyby morderca zostawił jakieś ślady.

- Czy wiadomo, co właściwie się stało? - ośmieliła się odezwać Stefania.

- Nie da się stwierdzić na pierwszy rzut oka. - Pan Szydłowski spojrzał na nią zamyślony. - Ale nie musi panna się tym kłopotać. Proszę o tym jak najszybciej zapomnieć.

- Czy istnieje możliwość, że ten człowiek... kimkolwiek był, zmarł z naturalnych przyczyn? - Dziewczyna się nie poddawała.

- Nie można tego wykluczyć. Nie jest to natomiast z pewnością temat odpowiedni...

Dalsze słowa mężczyzny przerwało przybycie czterech służących, którzy zniknęli w pokoju. Po chwili wyłonili się z niego ponownie, tym razem dźwigając owinięte białym płótnem ciało. Pani Ilnicka stanęła u boku córki i chwyciła ją mocno pod ramię.

- To zły znak - powiedziała tak cicho, że jedynie dziewczyna ją usłyszała.

Chwilę później pojawiła się służąca pani Ilnickiej, Helcia, która miała pomóc w przeniesieniu rzeczy, po czym cała czwórka udała się do sypialni. Stefania spodziewała się, że pokój spowity będzie nieuchwytną atmosferą zbrodni niczym czarnym woalem, ale kolorowe zasłony przy łóżku prezentowały się tak samo elegancko jak wcześniej, a róże w wazonie na konsolce roztaczały upojny zapach. Jedynym śladem po tym, co zaszło, był przewrócony fotel pod oknem i naderwana stora.

Matka natychmiast zaczęła wydawać dyspozycje, jakby chciała ruchem i gwarem przegnać martwą atmosferę, która zapanowała pomiędzy zgromadzonymi. Pokojówka posłusznie wyjmowała suknie i układała je na łóżku, a następnie zaczęła opróżniać szuflady komody, przekładając chusteczki, szale i pończochy do kuferka. Pan Szydłowski krążył po pokoju, a po chwili dołączył do niego Karol.

Stefanii nie pozostało nic innego, jak tylko nie wchodzić nikomu w drogę. Zajęła miejsce na wyściełanej ławie pod oknem i obserwowała poczynania pozostałych. Studiowanie ich twarzy - zaaferowanych, skupionych i poruszonych - stanowiło całkiem ciekawe zajęcie. Wkrótce jednak i to ją znudziło, a jej wzrok zaczął błądzić po pomieszczeniu. Właśnie wtedy to zauważyła - niewielki biały przedmiot pod znajdującym się po przeciwnej stronie pokoju meblem.

Wstała i podeszła do szafki, ale miała ona tak krótkie nóżki, że dziewczyna nie byłaby w stanie pod nią sięgnąć bez przyjmowania pozy, która nie przystawała dobrze wychowanej pannie w obecności przyszłego teścia.

- Karolu - odezwała się - czy byłbyś tak dobry i wydobył to, co leży pod tą szafką?

Kuzyn zmarszczył brwi, ale posłusznie padł na kolana. Po chwili podniósł się i wyciągnął dłoń w stronę Stefanii. Spoczywała na niej tabakierka pokryta białą emalią malowaną w liście paproci.

Dziewczyna przysięgłaby, że widziała już gdzieś ten przedmiot. Spojrzała na Karola, ten jednak nie patrzył na nią, tylko również wpatrywał się w tabakierkę.

- Co to takiego? - Pan Szydłowski podszedł i wziął od niego drobiazg. - Czy poznaje pani ten przedmiot, pani Ilnicka?

Kobieta podeszła i oznajmiła, że widzi go pierwszy raz na oczy.

- Być może zostawił go nasz morderca. A może należał do ofiary? Trudno stwierdzić...

- Proszę pani... - Znad toaletki dobiegł głos służącej. - Czy pozwoli pani na chwilę?

Pani Ilnicka oddaliła się, a pan Szydłowski w skupieniu obracał w palcach tabakierkę. Otworzył ją, ale w środku znajdowały się tylko resztki tabaki. Poruszył wargami, jakby chciał coś powiedzieć, ale zanim zdążył, uwagę wszystkich przyciągnął krzyk pani Ilnickiej.

Stefania podbiegła do matki, która osunęła się na fotel przed toaletką. Helcia stała z boku i wykręcała fartuszek w dłoniach, podczas gdy jej pani wpatrywała się tępo w rozłożone na blacie pudełeczka.

- Co się stało? Źle się mama czuje? - Dziewczyna sięgnęła po leżący nieopodal wachlarz i zaczęła nim energicznie poruszać.

- Moje szmaragdy... - powiedziała słabo kobieta. - Wszystko zniknęło.

Wachlarz zamarł w dłoni Stefanii. Garnitur biżuterii ze szmaragdów i brylantów, na który składały się kolia, kolczyki i brosza, wart był niewielką fortunę. Dziewczyna stanęła za matką i położyła dłoń na jej ramieniu, gdyż żadna inna forma wsparcia nie przychodziła jej w tej chwili do głowy.

- Jest pani pewna? - Pan Szydłowski, nagle pobladły, pochylił się nad kobietą. - Czy dokładnie pani sprawdziła?

Kobieta, której zaczął niebezpiecznie drżeć podbródek, machnęła ręką w stronę służącej. Dziewczyna spłoszyła się jeszcze bardziej, a fartuszek w jej dłoniach przypominał już bardziej wymiętą ścierkę niż element schludnego uniformu.

- Sprawdziłam wszędzie, proszę jaśnie pana - wyjąkała. - Pani Ilnicka trzymała to pudełeczko w szufladzie. A teraz jest puste, a biżuterii nigdzie nie ma.

- Zrobię wszystko, żeby wyjaśnić tę sprawę - powiedział mężczyzna po chwili ciszy, w której słychać było tylko ciężki oddech kobiety. - Nie potrafię wyrazić mego oburzenia na myśl o tym, że coś takiego spotkało panią pod moim dachem.

Matka odwróciła głowę w stronę okna i przyłożyła dłoń do ust. Stojąca za nią Stefania obserwowała w lustrze grę uczuć na jej twarzy. Jej brwi zmarszczyły się lekko, po czym podjechały nieco wyżej, żeby w końcu się rozluźnić. Pani Ilnicka spojrzała w końcu na gospodarza.

- Nie spodziewałabym się niczego innego. Nie chciałby pan na pewno, żeby jakakolwiek szkoda spotykała ludzi korzystających z pana gościny. Zwłaszcza takich, których mają z pana rodziną połączyć ścisłe więzy.

Stefania nie była pewna, czy w głosie matki dosłyszała zawoalowaną groźbę, czy tylko jej się zdawało.

- Nie mówiąc już o tym, że wuj nie będzie szczęśliwy z powodu takiej straty - wtrącił Karol, który ustawił się obok Stefanii z bojowym wyrazem twarzy.

Pan Szydłowski dla odmiany poczerwieniał i powiedział:

- Poruszę niebo i ziemię, żeby je odnaleźć.

- Cieszy mnie to bardzo. A jak dokładnie ma pan zamiar się do tego zabrać? - zapytała pani Ilnicka lodowatym tonem.

Nie było im dane się tego dowiedzieć, bo na korytarzu rozległy się kroki i do pokoju wpadła Krysia, a zaraz za nią pojawiła się panna Komarska.

- Mamo, czy wszystko dobrze? - Dziewczyna rzuciła kapelusz i parasolkę na pierwszy z brzegu fotel, po czym przypadła do matki i ją objęła. - Podobno przydarzył się jakiś wypadek. Nic ci nie jest?

- Jestem cała i zdrowa. - Kobieta oddała uścisk i pogłaskała jej włosy.

- Nie chciałam mówić zbyt wiele pannie Krystynie, bo to tak niecodzienne zdarzenie - zaczęła się tłumaczyć panna Komarska. - Nie byłam pewna, czy to stosowny temat dla młodej damy.

Wysoka i tęga, ale proporcjonalnie zbudowana kobieta zatrzymała się przy drzwiach z uniżoną miną i dłońmi złożonymi w pełnym wyczekiwania geście. Dobiegała pięćdziesiątki, a ciemnobrązowa suknia przydawała jej powagi, który to efekt psuły wyzierające spod czepka pojedyncze loczki nad czołem.

- Nie da się chyba tego długo ukrywać - odparła cierpko pani Ilnicka. - Ale możemy poczekać ze szczegółami. Będzie pani tak dobra i pomoże Helci z przeniesieniem moich rzeczy?

- Oczywiście. Pani Szydłowska zarządziła, żeby przenieść panią do wschodniego pokoju.

Kobieta zaczęła się krzątać i zbierać z pomocą Heleny drobiazgi pani Ilnickiej, podczas gdy pan Szydłowski krążył po pokoju z zamyśloną miną. Mikołaj, który pojawił się po chwili, pomagał kobietom w przenoszeniu ciężkich kufrów i pudeł. Krysia wypytywała matkę o szczegóły wydarzenia, a z każdym kolejnym usłyszanym zdaniem jej oczy błyszczały coraz bardziej. Stefania nie wątpiła, że siostra będzie żyła tymi emocjami przez najbliższych kilka dni.

Ona sama stała przy oknie i starała się nie zwracać na siebie uwagi. Oparła się o parapet i przymknęła oczy. Zaskoczenie w pierwszej chwili zagłuszyło ewentualność, która czaiła się na dnie słów matki. Myśl, że z powodu niedawnych zdarzeń jej związek z rodziną Szydłowskich stanął pod znakiem zapytania, wywoływała w niej tak sprzeczne uczucia, że niemal kręciło się jej w głowie.

Odwróciła się, dopiero kiedy odzyskała panowanie nad sobą. Panna Komarska, Mikołaj i Hela zniknęli, podobnie jak kuzyn Karol i Krysia. Matka wciąż siedziała przed toaletką i przyglądała się panu Szydłowskiemu, który jakby stracił kontakt z rzeczywistością. Dopiero poruszenie, które wywołała Stefania, gdy usiadła na fotelu obok matki, wyrwało go z zadumy. Podszedł do nich i oznajmił oficjalnym tonem:

- Mam pewien plan, jak zabrać się do rozwiązania tej zagadki. Proszę zostawić to w moich rękach.

- Pragnę wyjaśnienia tej nieprzyjemnej sprawy tak samo jak pan - odpowiedziała pani Ilnicka i wyciągnęła ku mężczyźnie dłoń, którą ten uścisnął.

- Zostawię panie same, bo moja dłuższa obecność w tej chwili na nic się nie zda. Zabiorę tylko... - Skierował się w stronę komody obok drzwi. - Gdzie się podziała tabakierka?

- Zupełnie o niej zapomniałam - powiedziała Stefania. - Gdzie ją pan odłożył?

- Kładłem ją tutaj zaraz po tym, jak odkryła pani kradzież.

- Jest pan pewien?

Pan Szydłowski sprawdził kieszenie surduta, ale zguba się nie odnalazła. Stefania przyglądała mu się uważnie, a w głowie miała coraz większy zamęt. Usiłowała przypomnieć sobie, gdzie wcześniej widziała ten drobiazg, ale wspomnienie pozostawało zamknięte jak w szkatułce.

- Jeśli zaginęła, to kiedyś się odnajdzie - powiedziała pani Ilnicka. - Poza tym nie jest powiedziane, że ma jakikolwiek związek z tą sprawą. Mogła leżeć tutaj od nie wiadomo jak dawna.

- Ma pani rację. Może niepotrzebnie przywiązuję do tego taką wagę.

Pan Szydłowski skłonił się, obrzucił pokój jeszcze jednym spojrzeniem, po czym zostawił je same.

Matka skierowała wzrok na Stefanię chyba po raz pierwszy, od kiedy weszły do sypialni, a jej twarz przybrała zdezorientowany i niepewny wyraz, który wcześniej musiała ukrywać.

- I co my teraz z tym wszystkim zrobimy, Stefciu? Muszę napisać do twojego ojca. Mam przeczucie, że nie będzie zachwycony. - Kobieta wykręciła palce, aż chrupnęły jej stawy.

- Trzeba mieć nadzieję, że ta sprawa się wyjaśni.

- O, możesz wierzyć, że tego dopilnuję. - Z twarzy pani Ilnickiej zniknął przestrach. Zacisnęła usta, a dłonie ułożyła na kolanach.

Stefanii zaschło w gardle. Przełknęła ślinę, starając się, żeby matka tego nie zauważyła.

- Co mama ma na myśli?

- Jeszcze nie wiem. - Kobieta podniosła się i skierowała do wyjścia. - Ale na pewno coś przyjdzie mi do głowy.

Gdy zamknęła za sobą drzwi, Stefania odważyła się odetchnąć głębiej. Jej klatka piersiowa poruszała się gwałtownie, jak po szybkim marszu. Matka miała rację. To wszystko było jak zły omen zasnuwający mrokiem jej przyszłość.