Szkatułki Newerlego - Jan Zieliński

-
Proszę czekać

Miejsce: Jabłonna

"W Jabłonnie skończyło się dzieciństwo". Tam matka wyszła powtórnie za mąż za pułkowego kolegę ojca, tam Igor stracił nogę, tam na dobre skończył się wiek dziewiętnasty.

W Zostało z uczty bogów czytamy, że pułk ojca i ojczyma "został przeniesiony z Samary do Jabłonny pod Warszawą". Wprawdzie w oficjalnych publikacjach jako miejsce postoju podawany jest Brześć, ale rzeczywiście przez kilka lat 8. Estoński Pułk Piechoty był oddelegowany do Samary, zapewne dla przeciwdziałania wystąpieniom rewolucyjnym w tym handlowym mieście. Do Jabłonny przeniesiono go w lipcu 1910 roku.

4 marca (19 lutego) 1911 roku w Jabłonnie obchodzono uroczyście dwustulecie pułku. Już poprzedniego dnia w pułkowej cerkwi odprawiono nabożeństwo za dusze carów, pod którymi służyła jednostka, oraz za poległych na polach bitew oficerów i żołnierzy pułku. Obok klubu oficerowie wznieśli łuk tryumfalny ozdobiony zielenią. Każdy żołnierz otrzymał z kasy pułkowej srebrnego rubla. Wieczorem w klubie oficerskim odbyło się uroczyste przekazanie pułkowi nowego sztandaru. Ówczesny dowódca, pułkownik Bratczikow, dziękował przybyłym delegacjom. Było to jedno z jego ostatnich wystąpień w Jabłonnie, 9 marca zakończył służbę w pułku, awansował, a na jego miejsce przybył niebawem z Dalekiego Wschodu słynny potem dowódca Korniłow, ten od korniłowszczyzny.17

Uroczystości 4 marca rozpoczęto od mszy i procesji. Następnie protojerej, czyli proboszcz katedry, Aleksandr Mitropolski (kaznodzieja zwalczający islam, później zamęczony okrutnie przez komunistów) dokonał poświęcenia nowego sztandaru.18

W godzinach popołudniowych odbyły się pokazy filmowe i występy iluzjonistów. A wieczorem, przed pokazem sztucznych ogni, wystawiono sztukę pt. Wasilij Riabow.

To ważny moment, nawet jeśli młody Newerly nie był jeszcze tego dnia w Jabłonnie - mógł słyszeć o tej sztuce od swych rówieśników albo od ojczyma. Wasilij Riabow był bowiem ojczyma krajanem, pochodził z guberni penzeńskiej.

Wczesną jesienią roku 1904, po bitwie pod Liaoyang podczas wojny rosyjsko-japońskiej, dowództwo rosyjskie desperacko poszukiwało wiadomości na temat ruchów wojsk nieprzyjaciela. Zgłosił się wówczas na ochotnika szeregowiec Riabow, który wprawdzie nie znał ani chińskiego, ani japońskiego, ale miał talent mimikry i dobre chęci. Przebrano go w chiński chałat, przywiązano warkoczyk i Riabow ruszył na teren nieprzyjacielski. Miał już wracać, nierozpoznany, kiedy japoński oficer kazał mu napoić konia. Riabow zrozumiał i wykonał polecenie, Japończykowi coś się jednak nie spodobało. W złości chwycił żołnierza za warkocz, a warkocz... został mu w dłoni.

Riabow został przesłuchany, skazany za szpiegostwo i rozstrzelany. Do Rosjan trafiło jednak podpisane przez japońskiego kapitana pismo następującej treści:

Żołnierz Wasilij Riabow, lat 33, z 84. Pułku Czembarskiego, ubrany jak chiński wieśniak, został ujęty przez naszych żołnierzy na pierwszej linii. Po rozpatrzeniu sprawy ustalonym porządkiem Riabowa skazano na karę śmierci, która została wykonana 17 września salwą ogniową. Nasza armia nie może nie wyrazić głębokiego pragnienia, by armia rosyjska wychowywała więcej tak do głębi pięknych i godnych szacunku żołnierzy. Zapytany, czy nie chciałby czegoś powiedzieć przed śmiercią, Riabow odparł: "Jestem gotów umrzeć za wiarę, cara i Ojczyznę". Na propozycję, że może chciałby coś przekazać do ojczyzny, odpowiedział: "Najpokorniej proszę, przekażcie, jak było..." - i nie mógł powstrzymać się od łez. Pomodliwszy się i przeżegnawszy na wszystkie cztery strony świata, sam spokojnie stanął na wyznaczonym miejscu. Współczucie dla dzielnego wojaka doszło najwyższego natężenia.19

Riabow stał się pośmiertnie przedmiotem swoistego kultu. W roku 1909 jego prochy sprowadzono i pochowano w rodzinnej wsi Lebiediewka, koło szkoły, której nadano jego imię. Oficer Gudim-Lewkowicz namalował wyczyn Riabowa. Powstała, jak wiemy, sztuka teatralna. W moskiewskiej katedrze Chrystusa Zbawiciela, zbudowanej dla upamiętnienia klęski Napoleona, jego nazwisko znalazło się wśród siedemnastu nazwisk bohaterskich żołnierzy, wyrytych złotymi literami na marmurowej tablicy. W Lebiediewce odbudowano kościół, w którym Riabow był chrzczony, a parę lat temu wystawiono mu pomnik.20 Do dziś ukazują się artykuły i książki o jego czynie.

Historia sztucznego warkocza szeregowca Riabowa, który został w ręce japońskiego oficera, musiała poruszyć wyobraźnię młodego Newerlego. Zwłaszcza że w domu miał dwie pamiątki przywiezione przez ojca, który "wprawdzie walczył z Japończykami, ale bardzo krótko i bardzo daleko, na ziemi chińskiej": szablę oraz "chiński album dla mamy o pięknej rzeźbionej w kości słoniowej okładce". Znając te fakty z dzieciństwa, łącznie z historią Riabowa, łatwiej zrozumieć, dlaczego akcję Leśnego Morza, powieści pisanej "w najgorszym okresie, pod koniec lat pięćdziesiątych", umieści Newerly na tamtych terenach, w północnych Chinach, w tajdze mandżurskiej.

Teresa Newerly przyjechała z synem Igorem i córką Heleną do Jabłonny zapewne w roku 1911 lub 1912. We wspomnieniu znad Wkry, włączonym do Żywego wiązania, a następnie umieszczonym jako osobne opowiadanie (Spojrzenie zza rzeki) w tomie Za Opiwardą, za siódmą rzeką..., Newerly powiada: "W końcu ileż mogłem mieć? Ósmy roczek?". Wynikałoby z tego, że przybył do Jabłonny przed 24 marca 1911 roku. W autobiograficznej powieści ogranicza pobyt w Jabłonnej do roku i informuje mimochodem, że stamtąd wrócili do Białowieży: "Gdy po roku wróciłem stamtąd, nie byłem już dzieckiem ani normalnym chłopcem. Znałem ból ciała, cierpienia duszy i stałem tu, w tym samym miejscu, przed Żelaznym Żubrem, nie wiedząc, co począć z sobą, jak dalej". Ale może "wróciłem" znaczy tu tylko: "przyjechałem do dziadków na wakacje"? W innym miejscu tej samej książki wspomina: "Przecież jeszcze w Jabłonnie obchodziło się jubileusz dynastii, trzechsetlecia domu Romanowych, jakie były uroczystości i parady! Majestatem i mocą tchnęły godła cesarskie i wszystkie dzwony biły na następne trzysta lat, a tu chuch-dmuch i nie ma domu!". Oficjalne obchody trzystulecia panowania domu Romanowych odbywały się 21 lutego 1913 roku. Lokalny historyk legionowski Jacek Szczepański, który zajmował się śladami pobytu przyszłego pisarza w tym miejscu i który pierwszy ustalił nazwisko jego ojczyma, datuje ten pobyt na lata 1912-1914.21

Sam Newerly pomija w książce autobiograficznej nazwisko ojczyma, raz tylko podaje jego imię i imię jego ojca: "Stał przygarbiony, rozcharakteryzowany, taki oto sobie Siergiej Wieniaminowicz". Porównując te dane ze spisami oficerów pułku, Jacek Szczepański ustalił, że był wśród nich tylko jeden Siergiej Wieniaminowicz: Siemieczkin, który w dodatku - tak jak ojczym Newerlego - miał rodzinę w Penzie. Siemieczkin służył najpierw w 5. Kijowskim Pułku Grenadierów w Moskwie, potem w pułku estlandzkim, gdzie 27 lutego 1902 roku został podporucznikiem. Oddelegowany do pułku strzelców, brał udział w wojnie rosyjsko-japońskiej (Szczepański z nim, a nie z rodzonym ojcem pisarza wiąże cytowane wyżej wspomnienie o egzotycznej szabli). 27 czerwca 1906 roku powrócił do pułku estlandzkiego i pozostał w nim do wybuchu pierwszej wojny. W Jabłonnie (w latach 1910-1914) w randze kapitana dowodził kompanią karabinów maszynowych. Ćwiczenia odbywano na poligonach w Kossewku i w Rembertowie. W Zostało z uczty bogów czytamy wzmiankę o walkach na terenie Prus Wschodnich: "A ojczym podobno dobrze się spisał, jego karabiny maszynowe odzywały się gdzie trzeba i grały czyściutko jak na poligonie w Rembertowie". Spotkany w latach trzydziestych na kajakowych wędrówkach Samol z Kossewka opowiadał Newerlemu na miejscu: "Pod lasem, tam oto, gdzie drogi się rozchodzą i sterczy krzyż, tam stała kompania karabinów maszynowych. Wszystkie na kółkach jak małe armatki, z tarczyczkami, szesnaście sztuk. Kapitana nawet znałem, ale więcej kapitanową" (Za Opiwardą, za siódmą rzeką...).

Gdzie odbył się ślub i wesele kapitana Siergieja Siemieczkina z Teresą Abramow z domu Newerly?

Jakąś reminiscencją ślubu matki z ojczymem jest pewnie ten fragment Chłopca z Salskich Stepów: "Kościół garnizonowy olśniewał blaskiem świateł i szlif, oszołamiał dźwiękami potężnych organów. Pod sklepieniem skrzyżowanych szabel przepuścili podoficerowie starego kamrata z małżonką - honor, jaki zwykle oficera spotyka!".

Cerkiew pod wezwaniem (jak w Białowieży) św. Mikołaja Cudotwórcy przy 8. Pułku Estońskim była dawniej cerkwią polową; od roku 1893 mieściła się w jednym z drewnianych budynków koszar, przerobionym na świątynię. Mieściła 250 osób. Chlubiła się ewangeliarzem w ozdobnej posrebrzanej oprawie z 1751 roku.

Jacek Szczepański twierdzi, że przyjęcie weselne odbyło się w budynku sztabu i klubu oficerskiego pułku i że kiedy w latach sześćdziesiątych biblioteka garnizonowa w Legionowie zaprosiła Newerlego na spotkanie autorskie, on jeden wiedział, że to ta sama sala. "Wtedy na froncie budynku wisiał żeliwny rosyjski napis: "8-oj Estljandskij Połk", powiększona odznaka pułkowa i daty "1711-1911", umieszczone z okazji 200-lecia jednostki. Zdjęto je tuż po odzyskaniu przez Polskę niepodległości". Budynek zburzono w roku 1990, bibliotekę przeniesiono w inne miejsce.

Z taką lokalizacją kłóci się wspomnienie z pierwszych dni po wybuchu wojny, zamieszczone w drugim rozdziale powieści autobiograficznej, zatytułowanym dramatycznie Ostatnie dni Pompei .22 Newerly pisze, że w tym miejscu "rok temu zaledwie, trochę więcej niż rok" przeżywał swój "szampański wielki dzień" - wesele matki. Tutaj, pisze, "przed rokiem podziwiałem ją w ślubnej sukni i pierwszy wypiłem szampana, nim wyszła do gości w amfiladzie kremowych pokoi". Orkiestra grała wówczas walca, co razem z szampanem spowodowało u chłopca słodki zawrót głowy: "Sufit pięknymi stiukami krążył nade mną w łagodnych wirach, gwiezdny blask prószył z kryształowych żyrandoli na ścienne lustra w złocistych ramach festonowych".

Opis ten nie odnosi się jednak do klubu w Jabłonnej, pożegnanie z "dyżurnym generałem" Onufrym Jewsiejewiczem (w Żywym wiązaniu występuje on pod nazwiskiem Maslennikow) ma niewątpliwie miejsce w Warszawie: "Jesienna plucha szemrze w koronach drzew Ogrodu Saskiego tuż za szybą, z nowego soboru naprzeciwko biją dzwony na molebień za gwardię, gwardia odchodzi z Warszawy na front" (molebień to prawosławne nabożeństwo dziękczynne).

Na tej podstawie można się pokusić o identyfikację budynku: to najpewniej dom oficerski (Onufry Jewsiejewicz przyjmował "u siebie"), zwany popularnie Kuźniami Saskimi - długi piętrowy budynek (pokoje "w amfiladzie") z szerokim portalem wspartym na kolumnach, obok komendy miasta. Na miejscu tej posesji, od strony Krakowskiego Przedmieścia, w latach trzydziestych wybudowano na potrzeby kwaterunku wojskowego tak zwany dom bez kantów (obecnie dowództwo Garnizonu Warszawa).

W autobiograficznym posłowiu do Wzgórza Błękitnego Snu Newerly wspomina, że w dzieciństwie właściwie się nie bawił, wszystko traktował serio: "Cały miesiąc budowałem z kolegami fortecę w Jabłonnie, gdzie stacjonował nasz pułk, miała fosę pełną wody i wał na wysokość dziesięciolatka" - ulokujemy zatem to wspomnienie gdzieś w roku 1913 - "a między wałem i fosą ćwiczyliśmy musztrę - feldfebel przychodził z rekrutami i pokazywał im, uczcie się od nich, patrzcie na nich!".

Wtedy też miał miejsce wypadek. Znany nam już Samol z Kossewka tak to zapamiętał, powołując się na relacje żołnierzy: "Przyniósł do kuchni flower, żeby się bawić w rekruta. Celuj, powiada, celuj mi w oko, a ja będę kapral, będę mówił: wyżej, niżej i pal! No, jak powiedział w końcu "pal!", to ordynans pociągnął. A broń była nabita, zabił. Dostał pięć lat, a chłopca pochowali, gdzie pułk kwaterował, w Jabłonnie". (Zanotowana w tymże opowiadaniu-reportażu wersja Newerlego jest dlań, i dla literatury polskiej, trochę mniej okrutna: "Istotnie zdarzył się w pułku podobny wypadek, ale z innym chłopcem i nie zabito go, tylko zraniono".)

A ze strzelaniem z flowera23 coś musiało być na rzeczy. Syn Igora Newerlego wspomina w książce Lwy mojego podwórka, że jeżdżąc z ojcem po Polsce w poszukiwaniu rodzinnych korzeni, pewnego dnia dotarli do Jabłonny i tam ojciec pokazywał mu "ślady kul po strzałach ze swego dziecięcego flowerka".

Samol, podsumowując ten dramatyczny epizod, powiada: "Ordynansa zmarnował i sam poszedł do grobu". Ordynansem kapitana Siemieczkina był niejaki Paszka, ognisty bałamut z guberni kurskiej, który odegrał istotną rolę w rozwoju emocjonalnym chłopca: to on w łaźni zdradził mu tajemnicę poczęcia. I jeszcze nauczył go wielu pożytecznych rzeczy, na przykład jak naśladować śpiew słowika (bo, jak wiadomo, "w kurskiej guberni są najcudniejsze w świecie słowiki"), a w ogóle to "było w nim za trzech", wielka szkoda, że zginął na początku wojny w Prusach Wschodnich.

W Jabłonnie Igor próbował też wędrówki w świat. Tenże Samol opowiada, jak pewnego dnia chłopiec "pozbierał z koleżką stare tarcze na strzelnicy, a w nocy zakradli się na przystań, co stała na wprost zakola". Zaś przystań była niebieska, dopowiada dorosły Newerly. "Tak, niebieska - potwierdza Samol. - Ucięli dachowego płótna na żagiel, tarcze powiązali w tratewkę i lu do morza". Na rzece tratwa się rozwaliła. Samol ich dojrzał, idąc brzegiem Wkry, jak tkwią po szyję w wodzie. "Jeden płacze, a drugi, ten kapitański syn, tłucze go po głowie, żeby był cicho, bo jeszcze kto posłyszy". Oczywiście wyciągnął rozbitków. W podziękowaniu kapitan Siemieczkin ofiarował mu zegarek z dewizką. Wiemy nawet dokładnie, jak wyglądała ta pamiątka (pamiątka, bo za uratowanie życia się nie płaci): "Zegarek z dewizką, co na końcu ma breloczek w kształcie polana. Z jednej strony polana siekiera, a z drugiej piła. Jak nacisnąć siekierkę, to breloczek otwiera się i wtedy widać w środku moją fotografię".

To spotkanie po latach z pamiątkowym zegarkiem budzi kolejne wspomnienia: "Gdzieś tu pod kossewskim młynem łowiłem pierwsze okonki i tą Wkrą popłynąłem za pierwszą tęsknotą do morza. [...] Powidok tego młyna i rzeki trwał pod powiekami dwadzieścia lat". A więc już w okresie pobytu w Jabłonnie trzeba umieścić początki miłości Newerlego do wody, do myślistwa i do wędrowania.

Samol jest kopalnią wspomnień i w gruncie rzeczy nie ma większego znaczenia, czy są to jego wspominki wiernie zanotowane przez Newerlego, czy własne wspomnienia Newerlego włożone w usta starego rybaka. Zatrzymajmy te strzępki, niech z nich składa się powoli obraz końca dzieciństwa.

Życie pułkowe: "Orkiestra wieczorami grała, a czasem w lesie przy kasynie zawieszali kolorowe latarki z papieru. Wesoły pułk, słowo daję...".

Matka: "Chodziła do naszego kościółka, w niedzielę on ją odprowadzał tą ścieżką, tak jak ja tu siedzę. Dalej przez groblę sama już szła do kościoła, a on do swojej cerkwi. We wsi też lubiła porozmawiać, bo z kim tam w pułku mogła po polsku?".

Z topografii terenu zdaje się wynikać, że małżonkowie Siemieczkin udawali się w niedziele do Pomiechowa, gdzie był i kościół katolicki, i cerkiew (w Jabłonnie w czasach carskich kościoła katolickiego nie było).

Ojczym wychowywał Igora na przyszłego żołnierza i oficera, przyzwyczajał go od małego do dyscypliny, służąc samemu za wzór ("Rozbierał się, pedantycznie składając ubranie w kostkę, czego mnie od początku uczył w Jabłonnie i nie zdołał nauczyć"). Nawet zabawy były militarne. Po latach, prowadząc z dziećmi w warszawskim domu sierot zajęcia z robót ręcznych, Newerly opowie im, jak w dzieciństwie pasjonował się "grą wojenno-morską". I spróbuje z uczniami taką grę odtworzyć.

Terenem batalii było Morze Karaibskie. Wyobraźmy sobie pośrodku tego morza "Wyspę Nadziei i Wyspę Rozpaczy z Czarną Cieśniną między nimi", a po bokach dwa brzegi, "każdy z portem i latarnią". Na pokratkowanym (dla celów strategicznych) obszarze morskim rozmieszczano mnóstwo "pancerników, krążowników, torpedowców, łodzi podwodnych, razem trzydzieści okrętów bojowych, dwie eskadry w dwóch kolorach" - tak to przynajmniej będzie pisarz wspominał w książce Rozmowa w sadzie piątego sierpnia.24

Kapitan Siemieczkin planował umieszczenie pasierba w elitarnym Suworowskim Korpusie Kadetów w Warszawie, do którego jako sierota po rosyjskim oficerze byłby przyjęty w pierwszej kolejności.

Wszystkie te plany rozbiły się o nieszczęśliwy wypadek, do jakiego doszło na terenie koszar. Chłopiec, ćwicząc na drążku, upadł i zranił się w nogę, ale ukrył ten fakt przed rodzicami. Wdała się gangrena i nic już nie mógł pomóc pułkowy lekarz nazwiskiem Popow. Igora przewieziono do Warszawy, do Szpitala Ujazdowskiego, gdzie przeszedł trzy operacje i amputowano mu prawą kończynę powyżej kolana. Bardzo to ciężko zniósł, myślał o samobójstwie. We wspomnieniach wracał niekiedy do tego pobytu w szpitalu, ale, o dziwo, zwykle w pastelowej tonacji. Złożyły się na to bodaj dwa czynniki: narkoza i obecność przyjaciółki z lat dziecinnych Oli, która leżała z nim na tym samym szpitalnym łóżku. I tak opisując później pierwsze doznanie cielesnej rozkoszy z kobietą, powiadał: "Przeżyłem ową rozkosz, na którą istnieje specjalne słowo, znałem je, nawiedzało mnie niekiedy przeczuciem najwyższego upojenia, teraz nie mogłem sobie przypomnieć, mętniało mi w głowie, wszystko, co było przedtem, było zamazane i obce jak po chloroformie w Szpitalu Ujazdowskim, gdy doktor pytał: A jak ci na imię, pamiętasz?". A wcześniej, po klęsce pułku estlandzkiego w Prusach Wschodnich w pierwszym roku wojny, pisał do Oli, przebywającej u dziadków na Kubaniu, serdeczny list, który był "niby szept jak dawniej, kiedyśmy leżeli obok siebie na jednym łóżku w Szpitalu Ujazdowskim". Był to "pierwszy intymny list z naszej korespondencji, w przyjaźni trwającej lata, aż do zgonu Oli". Potem, w Symbirsku, będzie roił, że się odnalazła "ta narzeczona ze Szpitala Ujazdowskiego" i że będą razem przeżywać coś "z tych rzeczy w sonetach i powieściach o dwojgu zakochanych". Znów to połączenie młodzieńczego, chłopięcego właściwie, uczucia i halucynacji. A może także zaszyfrowany sygnał zainteresowań zjawiskami nadprzyrodzonymi. Lekarzem naczelnym Szpitala Ujazdowskiego był przecież Ksawery Watraszewski (1853-1929), autor licznych publikacji na temat mediumizmu i spirytyzmu (pod pseudonimem Dr. Franciszek Habdank), w latach dwudziestych sponsor pisma "Zagadnienia Metapsychiczne"; na jego łamach zdawał sprawę z seansów, podczas których medium Jadwiga Domańska mówiła starożytnymi językami i recytowała wiersze, dyktowane jej przez ducha Juliusza Słowackiego...

Po wypadku Newerly posługiwał się skórzaną protezą, wykonaną w warszawskim zakładzie Józefa Kuglera. Była to, cytuję znów Jacka Szczepańskiego, "pierwsza w Królestwie Polskim Fabryka Przyrządów Ortopedycznych. Jej przedstawicielstwo mieściło się przy ul. Nowy Świat 22".

Do domowego kręgu w okresie pobytu w Jabłonnie należała jeszcze guwernantka, Niemka. Wiemy o niej niewiele, prócz tego, że - co mniej ważne - "uległa urokowi" ordynansa Paszki i że - co ważniejsze - jej zawdzięczał Newerly rzecz bardzo cenną: znajomość niemieckiego. Przydała mu się w okupowanej Warszawie, w obozach koncentracyjnych i potem, po wojnie, kiedy uczestniczył w przygotowaniu niemieckiego wydania pism Korczaka i kiedy odbierał nagrodę niemieckiego Towarzystwa Korczakowskiego.

Mieszkali na terenie koszar. Niektóre budynki jeszcze istnieją, i chcąc się z nimi zapoznać, wystarczy pojechać do Legionowa albo obejrzeć dokumentalny film Andrzeja Titkowa Zostało z uczty bogów (2008). Jedno wszakże miejsce chciałbym przywołać: kasyno. A w szczególności jego plafon. Zdobiło go bowiem imponujące malowidło, nawiązujące do Demona romantycznego poety rosyjskiego Lermontowa. Michaił Lermontow, podobnie jak kapitan Siemieczkin, pochodził z regionu Penzy. Już wkrótce młody Newerly będzie chodził po jego rodzinnym mieście, mijał pomnik ku jego czci przy skwerze Lermontowa, a jednym z pierwszych oglądanych przezeń z zapartym tchem filmów będzie właśnie adaptacja Demona. Na pewno mówiło się w domu o tym plafonie i o poemacie, który dał temat do umieszczonego na nim obrazu.

Zapytajmy jeszcze, co się stało z meblami z mieszkania Siemieczkinów w Jabłonnie. Podczas ewakuacji rodziny w głąb Rosji, do Penzy, zostały złożone w składach firmy spedycyjnej Henryk Puławski i Sp. Latem roku 1915, gdy Igor z matką przyjechali na krótko do Warszawy spotkać się z ojczymem i mężem, który otrzymał parodniowy urlop z frontu, zapłacono kolejną ratę, ostatnią, jak się okazało. Uczciwy stary kupiec trzymał jednak nadal meble w magazynie. W początku lat dwudziestych jeden z wujów Newerlego, pracujący wówczas jako leśniczy pod Pułtuskiem, pisał do Kijowa, że "wszystko pozostawione w warszawskiej firmie spedycyjnej Puławskiego ocalało, po sprzedaży i potrąceniu przez Puławskiego zaległych należności zostanie nam pewna suma na pierwsze miesiące życia w kraju, nim się urządzimy". Z innego miejsca autobiograficznej powieści dowiadujemy się, że sumę tę wuj Stefan "przekazał mamie w dolarach przez konsulat polski". Sto dolarów dla przemytników i sto dla Igora zaszyła potem "w mankietach, szwach i innych zakamarkach" jego ubrania wraz z rodowodem, metryką urodzenia z Białowieży, promesą polskiej wizy i adresami obu wujów oraz dalszej rodziny w Polsce. Przydały się w przeprawie przez granicę i podczas przesłuchań w więzieniu w Ostrogu.

A ruchomości? Srebra zabrano do Penzy i tam potem zostały, u zaprzyjaźnionej rodziny Kazarkinów. Igor wybrał się po to "srebrne runo" z Symbirska, po to "srebro stołowe dziadka i nasze, łyżki, sztućce, patery, wazy, pucharki, jakieś medale, monety, ikonki, oprawne w srebro rogi i kordelasy myśliwskie" (to na pewno po dziadku wielkim łowczym), "statuetki i tym podobne rzeczy ciężkie, niepakowne, a wciąż jeszcze cenne". Niepodobna było jechać pociągiem z takim skarbem. Na szczęście Jewgienij Pietrowicz Kazarkin odkupił prawie całe srebro, płacąc pewną walutą: sacharyną i kaloszami. Trzy kartoniki sacharyny i dwadzieścia par kaloszy. Dobra te, wymieniane potem stopniowo "na mąkę, mięso, tłuszcze", pozwoliły rodzinie żyć we względnej sytości przez ponad pół roku. A kalosze były petersburskiej firmy "Trieugolnik" - "nowiutkie, fabrycznie przyprószone talkiem dla konserwacji gumy". W dodatku Liza, w której Igor się podkochiwał, choć wyszła za mąż za "amanta sceny miejskiej", uszyła mu na te sacharynowe skarby kamizelkę "z mnóstwem ceratowych kieszonek"...

Jeszcze jeden wątek wiąże się z pobytem w Jabłonnie: samoloty. Zacznijmy od tego, że rozwój lotnictwa był dla Newerlego miarą upływu czasu. "Pamiętam sensację w Warszawie - pisał w posłowiu do Zostało z uczty bogów - najście znajomych, wzburzone ich głosy, oszołomienie - słyszeliście, na Polu Mokotowskim Utoczkin wzbił się w powietrze i przeleciał całe trzy wiorsty".

To się działo w roku 1910. Na Polu Mokotowskim odbył się wówczas tak zwany tydzień awiatyczny. Jego gwiazdą był rosyjski pilot Siergiej Utoczkin (1876-1915), który przez rekordowe sześćdziesiąt cztery minuty latał na dwupłatowcu Farmana, acz dość nisko, na wysokości kilkunastu, w porywach trzydziestu metrów. Odnosił wówczas sukcesy w różnych miastach cesarstwa, nieco wcześniej na kijowskich błoniach oglądał go młody Jan Wiktor Lesman, znany potem w literaturze jako Jan Brzechwa: "Utoczkin udawał, że nie słyszy, wreszcie jednak spojrzał na purpurową tarczę słońca do połowy skrytą za lasem, powoli zbliżył się do samolotu i parokrotnie zakręcił śmigłem. Rozległ się warkot motoru. Silny podmuch uderzył nam w twarz i zerwał z głów kilka kapeluszy. Lotnik z rozwianym włosem wdrapał się na samolot. Tłum zamarł w niemym oczekiwaniu. Wśród terkotu, trzasku i pyrkania dwupłatowiec potoczył się po trawie, a po chwili uniósł się w powietrze. Z tysięcy piersi wyrwał się okrzyk podziwu i zachwytu. Po osiągnięciu zawrotnej wysokości kilkunastu sążni Utoczkin zatoczył trzy koła nad głowami przerażonych widzów, po czym z wolna zniżył lot i wylądował na miejscu, z którego wystartował" (tak to wspomina Brzechwa w autobiograficznej książce Gdy owoc dojrzewa). Znamy skądinąd dokładną datę tego wydarzenia, 25 kwietnia 1910 roku - tego dnia bowiem w podkijowskiej cerkiewce wzięli ślub Nikolaj Gumilow i Anna Gorienko, znana w literaturze jako Achmatowa. W swych zapiskach poetka odnotowała: "Ślub braliśmy w drewnianej cerkwi za Dnieprem. W tym dniu Utoczkin przelatywał nad Kijowem, po raz pierwszy widziałam samolot". Utoczkin miał potem tragiczny upadek, po nim przyszła choroba psychiczna i przedwczesny zgon.

Natomiast w roku 1913 inżynier z Kijowa o polskim nazwisku Sikorski25 i imieniu Igor skonstruował dwupłatowiec "Ilia Muromiec". I właśnie ten samolot był testowany na poligonie w Jabłonnie. Na podstawie wspomnień Sikorskiego i książki Konstantina Finne o nim możemy zrekonstruować kilka faktów i dat. Samoloty Sikorskiego pojawiły się w Jabłonnie w grudniu roku 1914. W styczniu 1915 roku wizytował poligon wielki książę Aleksander, wiosną tegoż roku wielka księżna Maria, 16 maja wielki książę Cyryl. Zachowały się zdjęcia dokumentujące te odwiedziny. "Ilia Muromiec VI" rozbił się podczas lotu ćwiczebnego nad Jabłonną 13 lutego 1915 roku. 4 marca tegoż roku Sikorski osiągnął w Jabłonnie wysokość 2100 metrów. Z dużym prawdopodobieństwem można powiedzieć, że młody Igor po wyjeździe z Jabłonny śledził w prasie doniesienia o fascynującym wynalazku, testowanym w obecności rodziny carskiej na tak dobrze mu znanym poligonie w Jabłonnie.

Koniec - na początku

Najważniejsza jest w życiu miłość, a pisanie musi być oparte na solidnym warsztacie i na prawdzie. Taką podwójną lekcję - egzystencji i twórczości - dawał pod koniec życia Igor Newerly. W mowie, jaką wygłosił, odbierając przyznaną mu za powieść Wzgórze Błękitnego Snu nagrodę księgarzy, ujął to tak:

Jestem wierny starej szkole, która sprawę miłości stawiała na czele ludzkich spraw na ziemi i która w powieści respektowała fikcję z prawdą życia na równych prawach, to znaczy nie ma pustych słów, każde zmyślenie musi być logiczne i na każdy fakt, relację, twierdzenie ma być pokrycie, czyli w powieści autobiograficznej odnajdujemy poznanie prawdziwe, zgodne z rzeczywistością, poznanie adekwatne.

Parę miesięcy później, 3 maja 1987 roku, odbierając nagrodę Spółdzielni Wydawniczej "Czytelnik" za tę samą powieść, pisarz nie krył pesymizmu: "Wzmaga się nastrój beznadziei i znużenia. Bliższy mi jest klimat obu tych książek, [Leśnego] Morza i Wzgórza - wolny człowiek wśród dzikiej, nieskażonej przyrody urasta do symbolu rzeczy bezcennych, utraconych na zawsze, o czym można tylko pomarzyć"1. W pierwszym przemówieniu wychwalał takie wartości, jak: miłość, warsztat i prawda. W drugim dodał do nich: wolność i przyrodę.

Gdyby jednak chcieć podsumować biografię człowieka, który urodził się w puszczy jako syn i wnuk przybyszów na ziemie polskie, który jak mało kto rozumiał wypędzonych i prześladowanych i który ojczyznę odnalazł w polszczyźnie, najlepiej sięgnąć do pełnego poezji listu, którym pisarz podziękował izraelskiemu Instytutowi Yad Vashem za medal Sprawiedliwy wśród Narodów Świata. Te trzy zdania brzmią jak testament:

Tylko naród pozbawiony przez tysiąclecia ojczyzny i ziemi mógł ją pokochać tak bardzo, że z pracy na niej uczynił misterium.

I tylko on mógł upamiętnić walkę z zagładą kolorem zieleni - kolorem nadziei - i drzewem, symbolem wszystkiego, co rośnie.

Rad jestem, że będę kiedyś rósł na wzgórzu koło Jerusalem w towarzystwie ludzi mi bliskich, szumiąc wspólnym pozdrowieniem braterstwa i pracy.2

Rodzice

Wybitny polski pisarz był synem rosyjsko-czeskiej pary. Stuprocentowym Rosjaninem był ojciec, Mikołaj Michajłowicz Abramow, oficer 8. Estońskiego Pułku Piechoty, pod koniec XIX wieku stacjonującego w Brześciu nad Bugiem, a konkretnie tego batalionu, który został oddelegowany do ochrony rezydencji cara w Białowieży. Stuprocentową Czeszką, acz urodzoną na ziemiach polskich, była matka, Teresa z domu Newerly, córka wielkiego łowczego Puszczy Białowieskiej. Jak wynika z życiorysu sporządzonego przez Igora Newerlego 7 grudnia 1955 roku, Teresa Newerly, "wyznania rzymsko-katolickiego", przyszła na świat "w Makowie pow. Łowicz". Urodziła się w czasie, gdy jej ojciec pracował w lasach skierniewickich.

Więcej informacji przynoszą dokumenty przechowywane w papierach Newerlego w warszawskim Muzeum Literatury (sygn. 3808). Jest wśród nich odpis rosyjskiego oryginału i polski przekład aktu urodzenia, sporządzony 14 listopada 1935 roku w Makowie. Wedle tego aktu dnia "2/14 marca 1877 roku o godzinie 8 wieczór stawił się osobiście Józef Newerli lat 35 Zarządca Rezerwatu Leśnego, zamieszkały w Zwierzyńcu" i w obecności dwóch świadków, Gustawa Sommera, lat 38, urzędnika drogi żelaznej Warszawsko-Wiedeńskiej, oraz Karola Neszetty, zawiadującego Bażanciarnią, okazał dziecię płci żeńskiej, urodzone poprzedniego dnia o 3 po południu w Zwierzyńcu "z prawowitej małżonki Franciszki z domu Pracharz", lat 25 (konkretyzuje nam się nieco bardziej babka-bańka mydlana). Chrztu udzielił ksiądz Józef Gosk, jednym z chrzestnych był Stanisław Rybicki. Dziecku nadano na chrzcie imiona Teresa Bronisława.

Dziadek ze strony matki przyjął wyznanie prawosławne dla ułatwienia sobie kariery w hierarchii rosyjskich urzędników państwowych. Matka została jednak ochrzczona jako katoliczka, podobnie jak jej matka. Zachowywano więc dość w owym czasie rozpowszechnioną tradycję przekazywania - w przypadku małżonków różniących się wyznaniem - wiary ojca na synów, a matki na córki.

Metryka chrztu zachowała się w archiwum pisarza wraz z innymi dokumentami związanymi z jego prośbą do sądu. W maju roku 1953, w dwa miesiące po śmierci Józefa Stalina, pisarz wystąpił do sądu z wnioskiem o sprostowanie w jego metryce imienia matki. W obszernym uzasadnieniu tłumaczył, że jego matka "na Chrzcie św. według Kościoła Rzymsko-Katolickiego udzielonym Jej w dniu 2/14 marca 1877 roku otrzymała imiona Teresa Bronisława. W roku 1902 wychodząc za mąż za mego nieżyjącego Ojca Mikołaja Abramowa, który był wyznania prawosławnego, zmuszona była wbrew swej woli przejść na łono Kościoła Prawosławnego". Wyjaśniał, że to konieczne ustępstwo (nie było wówczas ślubów cywilnych) wiązało się z nadaniem nowego, prawosławnego imienia. Podkreślał jednak, że "w życiu rodzinnym nadal używała moja Matka nie imienia nadanego Jej przez Kościół Prawosławny, tj. Wiery, lecz imion Kościoła Katolickiego Teresa Bronisława, a gdy Ojciec mój zmarł, to zaraz w roku 1910 przeszła na katolicyzm, powracając do swych pierwszych imion: również gdy Matka moja zmarła, pogrzebaną została przez Kościół katolicki".

Zaskakująca sprawa: oto w samym apogeum socrealizmu pisarz nieukrywający swego ateizmu zwraca się do państwowego sądu z wnioskiem o zmianę rosyjsko brzmiącego imienia nieżyjącej od prawie ćwierćwiecza matki w metryce, a więc dokumencie, którego przecież używa się bardzo rzadko. W uzasadnieniu wielokrotnie podkreśla przywiązanie matki do wyznania katolickiego i Kościoła rzymskokatolickiego. Dlaczego to robi, dla kogo? Nasuwa się kilka odpowiedzi: gwoli prawdy? Na przekór? W imię pamięci matki? Dla zasady?

Chłopiec mówił głównie po rosyjsku. Znał zapewne czeski, choć z biegiem lat zapomniał, jak o tym pośrednio świadczy słownikowy epizod z bańką mydlaną. Od małego uczono go niemieckiego. Wokół siebie słyszał też białoruski, może jidysz.

Zagadką jest dla mnie w tym wszystkim polszczyzna Teresy Newerly. A przecież to właśnie matce zawdzięcza Igor, że mógł zostać polskim pisarzem. To ona prostowała jego błędy, kiedy w początku lat dwudziestych stenografował przemówienia polskich gości w Kijowie.

Ojciec był, jak się rzekło, carskim oficerem. Dziadek pisarza ze strony ojca, Michajło Abramow, "retman flisacki" (najważniejsza osoba na tratwie, odpowiednik kapitana) "ze starej Russy", był stanu chłopskiego, ale - podobnie jak dziadek ze strony matki - miał silny związek z lasem, "las wałdajski pławił do Zatoki Fińskiej, zbijając sosny gonne w karawany tratew" (cytuję tu opowiadanie Spojrzenie zza rzeki, w którym Newerly porównuje obu dziadków; nazwa lasu pochodzi od wzgórza Wałdaj, na którym znajdują się źródła Wołgi, Dniepru i Dwiny). Wychował i wykształcił synów - jeden zrobił karierę w armii (aczkolwiek nie miał nic wspólnego z generałem tegoż nazwiska), drugi został adwokatem o poglądach, jak się zdaje, socjalistycznych, w Petersburgu bronił w procesach politycznych.

Ojciec, urodzony w roku 1874, awansował na podporucznika 17 kwietnia 1897 roku, "z podchorążych swojego pułku"14.

Igor Newerly próbował sobie wyobrazić, jak poznali się rodzice. W Żywym wiązaniu przedstawił to w formie scenki komediowej. Opisał, jak w trakcie parady Pułku Piechoty Estońskiej w Brześciu nad Bugiem jego ojciec, adiutant, popełnił jakiś błąd i został za karę skierowany przez dowódcę pułku do batalionu przydzielonego do Białowieży ("dla bezpieczeństwa monarszej rodziny, no i zawsze to kilkaset nagonki").

I oto porucznik widzi, że jego dowódca, podpułkownik Kozłow, co niedziela w eleganckich białych rękawiczkach i w wyglansowanych butach dokądś się - w środku puszczy - wybiera. Podejrzewa, wręcz zakłada się z kolegą, że chodzi o kobietę. Postanawia to sprawdzić.

Scenerię już znamy. Myśliwski pałacyk "ma dwa piętra, cały w miodowym kolorze, z przesyconego pokostem modrzewia. Szarobura z załomami czapa goncianego dachu, misternie rzeźbione okiennice i słupy podcienia, tarasy... Na jednym z nich, za kaskadą dzikiego wina, główka samotnej dziewczyny".

Zaczyna się błyskotliwy dialog, w rezultacie którego panna Terenia godzi się, dla zakładu, zagrać rolę sympatii rosyjskiego porucznika. Komedia zmienia się w "rozdział staroświeckiej powieści, w której będzie i opór ojca despoty, i ukrycie córki, walka zrozpaczonego młodzieńca, interwencja księcia".

Z innego źródła, z autobiograficznej opowieści Zostało z uczty bogów, wiemy, że wielki łowczy - próbując wybić córce z głowy nieodpowiedniego jego zdaniem kandydata na męża - wysłał ją do Austrii: "Chodziła na odczyty z dziedziny pedagogiki, interesowała się Fröblem, wychowaniem dziecka w kinderhortach [...]".

Gdzie to było? Najprawdopodobniej w Wiedniu. Pierwsze w monarchii austro-węgierskiej przedszkole freblowskie15 powstało wprawdzie już w roku 1848 w Grazu, ale dopiero pod koniec dziewiętnastego wieku zaczęto organizować regularne kursy dla wychowawczyń przedszkolnych - głównie w Wiedniu. W roku 1881 założono "Wiedeńskie Stowarzyszenie Ogródków Dziecięcych i Zakładów Opiekuńczych dla Dzieci w Austrii", które wydawało fachowe pismo "Zeitschrift für das Kindergartenwesen". Państwowe kursy dla wychowawczyń były w Wiedniu prowadzone przy seminariach dla nauczycielek.

Zdobyte w Austrii doświadczenie pedagogiczne przyda się córce Józefa Newerlego w Rosji, kiedy po raz pierwszy w życiu będzie musiała pójść do pracy - trafi do sekcji żłobków i domów sierot, gdzie przewyższa wykształceniem i doświadczeniem nie tylko kierownika miejscowego wydziału oświaty, ale i jego przełożonych.

Wbrew oczekiwaniom dziadka pobyt panny w Austrii nie ostudził młodych, Teresa "pisywała coraz serdeczniej do swego Mikołaja" i w końcu doszło do tego małżeństwa, przyszedł na świat syn Igor, w cztery lata później córka Helena. Niestety, w roku 1910 Mikołaj Abramow, "ratując jednego z żołnierzy od utonięcia, przeziębił się i zmarł na ropne zapalenie płuc"16.

Pierworodny syn bardzo przeżył nagłą stratę ojca. Zareagował na swój sposób, ryjąc pierwszym własnym kozikiem na stopniach prowadzących do pokoju stołowego brzydkie czteroliterowe słowo. Ze względu na jego ówczesną świadomość językową można domniemywać, że nie było to słowo na literę D, tylko Ж. Swym kształtem przypominało zatem widziany z góry park wokół pałacu białowieskiego, który uformowano specjalnie tak, by wyglądał jak carskie godło, dwugłowy orzeł z rozpostartymi skrzydłami...

Młoda wdowa nie bardzo dawała sobie radę z psotnym synem, uważała zresztą, że chłopiec powinien mieć ojca. O jej drugim ślubie napiszę w rozdziale o Jabłonnie. Tu powiem z góry, że drugie małżeństwo nie przetrwało próby czasu. Po ewakuacji rodziny do Penzy i powrocie ojczyma Igora z niemieckiej niewoli okazało się, że zbyt wiele dzieli oboje. Ich wspólne dziecko, Tania, zostanie pierwotnie przy ojcu. Teresa z dwojgiem starszych wyjedzie do Symbirska.

"Pani Teresa" pojawia się pod własnym imieniem na kartach Pamiątki z Celulozy. Pamiętając o ryzyku, jakie wiąże się z traktowaniem opisów postaci powieściowych jako ewentualnego źródła biograficznego, przypomnijmy jednak parę migawkowych ujęć.

Najpierw miejsce: "Na Starym Wieńcu, w tej dzielnicy na wysokiej górze, okolonej rzeczywiście wieńcem sadów, stała kanarkowa willa kupca Gołubcewa". Po ucieczce kupca sąsiedzi już się do willi dobierali, ale wówczas pojawiła się właśnie pani Teresa i wywiesiła dwujęzyczny, polsko-rosyjski szyld z napisem: "Dom Dzieci Polskich".

W pamiętniku głównego bohatera powieści Pamiątka z Celulozy, Szczęsnego Bidy, czytamy: "Największy wpływ na nas miała kierowniczka, bo była to z gruntu uczciwa kobieta i sama wierzyła, że czeka nas ojczyzna odrodzona po niewoli i sprawiedliwa".

Z kolei narrator powieści patrzy na panią Teresę ze sporym obiektywizmem, zauważa także jej wady: "Bywała nietaktowna. Nie umiała uczuć hamować ani myśli maskować. Często patrzyła na rozmówcę zdumiona i zaraz przepraszała: - Co też ja mówię! Proszę nie słuchać...".

Bodaj najpiękniejszy portrecik matki kreśli Newerly w Zostało z uczty bogów, na początku rozdziału Spustoszenie. Chwila jest pełna napięcia, oto syn wyznał jej właśnie, że się zakochał (w Nadii) i chce rzucić szkołę i jechać do Ługańska. I że właściwie już są małżeństwem, już się nawet kłócą.

Sięgnęła po papierosy. Nie pomogły perswazje, że doktor zabronił - musiała zapalić. Zaczęła wypytywać. Podążając wzrokiem za siwymi dymkami, które umiała układać w kółeczka i nizać prześlicznie, zasłuchana, śledziła rozwój naszej miłości, sama jeszcze w stanie kochać i być kochaną, taka piękna, z lekko odrzuconą głową w złotej glorii puszystych włosów, o rysach omglonych wczesną jesienią, jakby była za oknem. Raz się uśmiechnęła, takim uśmiechem kobiety porozumiewają się czasem między sobą, wydało mi się, że widzę Nadię.

Wspomnienie, jak często w prozie Newerlego, ma dyskretny podkład ikonograficzny, jakiś zapamiętany obraz. Tutaj intuicja każe szukać wśród prerafaelitów. Tak, to chyba Dante Gabriel Rossetti, trudno się tylko zdecydować, który z jego kobiecych wizerunków wybrać. Sancta Lilias z aureolą złocistych włosów na złotym tle, z trzymanym w dłoni przejrzałym żółtym irysem? Bocca Baciata, pocałowane usta, z lekko w tył odrzuconą głową, obraz utrzymany w jesiennej kolorystyce, pełen dojrzałego spokoju i melancholii (ta modelka chyba najbardziej przypomina wizerunek Teresy Newerly z dagerotypu wykonanego w roku 1900 w "Instytucie Fotograficznym" Sigismond & Co. w Warszawie)? Czy po prostu La Donna della Finestra, pani z okienka, której dłonie sprawiają wrażenie, jakby właśnie odłożyła papierosa, a szata układa się w fantazyjne kółka dymu?

W Rosji Teresa Abramow zaczęła chorować na serce - była to, jak się zdaje, cena, jaką zapłaciła za sprawę rozwodową z drugim mężem i walkę o odzyskanie córki.

Newerly do końca miał do siebie żal, że nie udało mu się przed wojną, kiedy zaczynało mu się jakoś powodzić w Warszawie, w pierwszej połowie roku dwudziestego szóstego, przed przewrotem majowym, sprowadzić z Kijowa matki i siostry. Siostra jakoś sobie potem poradziła, wyjechała do Ameryki. Ale matka "byłaby żyła spokojnie, gdyby nie ten majowy przewrót, nie zmarłaby w nędzy i opuszczeniu. To boli i pali jak wtedy" (pisał w latach sześćdziesiątych w Żywym wiązaniu). I kiedy przy okazji jakiegoś pobytu w Związku Radzieckim wybrał się do Kijowa i zadbał o grób zmarłej w roku 1930 matki, było to tylko częściowe uciszenie bolesnego wyrzutu sumienia.

Pozostały dagerotypy i fotografie, te, które można powiesić na ścianie lub wziąć do ręki, i te, które tkwią pod powiekami. Jak przypomnienie owego zmierzchu w Kijowie, który miał się okazać ostatnim ich wspólnie spędzonym wieczorem.

Cały czas krzątała się żwawo, podniecona i pewna mej drogi, [...] aż wzięło mnie zwątpienie, czy rzeczywiście jest tak ślepo przekonana, że wychodzę na wolność i nic mi się stać nie może, czy też tylko udaje taką pewność i radość? Teraz myślę, że gdybym szedł na śmierć, byłaby do ostatniej chwili ze mną tak samo dzielna, potrafiłaby udawać nadzieję i nie zdradzić rozpaczy.

Miejsce: Białowieża

Urodziłem się 24 marca 1903 roku w Puszczy Białowieskiej, dokładnie w połowie drogi między Hajnówką a Białowieżą, gdzie teraz znajduje się nadleśnictwo, a wówczas stał tam pałacyk myśliwski - w przeciwieństwie do spalonego później wymyślnie-bezmyślnego pałacu w Białowieży - zbudowany w dobrym stylu, jakby wtopiony w krajobraz Puszczy: jednopiętrowy budynek z facjatą z bali modrzewiowych w naturalnym, zakonserwowanym pod pokostem kolorze drewna, o siwej, omszonej czapie goncianego dachu, z tarasami i balkonami, wyglądającymi spod kaskad dzikiego wina. Parter był zamknięty, pusty i dla nas, dzieci, tajemniczy: pokoje gościnne cara i jego rodziny, z rzadka zamieszkałe w czasie kilkudniowych, dorocznych polowań. Pierwsze piętro z facjatą należało do głównego łowczego Białowieży, Józefa Newerly, mego dziada.

Tak rozpoczyna się Materiał biograficzny, który w jakiejś mierze może się przydać w zamierzonej realizacji filmowej, powstały w roku 1965.3 Spróbujmy sobie wyobrazić Białowieżę w marcu 1903 roku. Co na przykład mogła tam wtedy czytać matka chłopca, córka wielkiego łowczego?

Mogło się zdarzyć, że pani Teresa Newerly otrzymała z okazji narodzin syna świeżo wydaną, bogato ilustrowaną zdjęciami książkę znanego etnografa Zygmunta Glogera Białowieża w albumie (Warszawa 1903). Podłużnego formatu, rzecz ta leżała potem pewnie na fortepianie. Weźmy ją i my do ręki pod kątem późniejszych wątków biografii Igora Newerlego, takich jak historia, literatura, przyroda, stolarstwo.

Gloger kreśli historię puszczy z właściwą sobie erudycją. Przypomina, że Władysław Jagiełło gromadził tu w roku 1409 zapasy solonego mięsiwa przed spodziewaną rozprawą z Krzyżakami, a potem szukał w głębi puszczy schronienia przed wyludniającą kraj zarazą.

Wśród zdjęć w książce Glogera są dwa przedstawiające pomniki. Pierwszy to pomnik żubra z brązu, wystawiony w białowieskim zwierzyńcu w 1862 roku na pamiątkę polowania cara Aleksandra II. Drugi to obelisk, wzniesiony w roku 1752 na pamiątkę polowania króla Polski Augusta III. Wyryto na nim nazwiska wszystkich uczestników tego wydarzenia - rodziny królewskiej, polskich wielmożów, a nawet leśniczych i strzelców, wyliczono także skrupulatnie ubitą zwierzynę. Pyszny jest opis zachowania żony Augusta III: "Królowa podczas całego polowania zajęta była czytaniem książki i tylko jakby od niechcenia strzelała od czasu do czasu, nie chybiając nigdy"4. Pięćdziesięciotrzyletnia Maria Józefa upolowała w ten sposób dwadzieścia z czterdziestu dwóch zabitych tego dnia żubrów...

Ta scena działa na wyobraźnię: królowa czyta, nagle krzyk naganiaczy, łoskot przedzierającego się przez gęste krzaki zwierza, królowa odrywa się od lektury, strzela, zabija, wraca do książki. I tak po kolei dwadzieścia razy. Czy polowanie tak ją nudziło, czy też książka była tak fascynująca? Chciałoby się wiedzieć, jaka to była książka.

Przyroda w albumie Glogera to przede wszystkim żubry. Igor Newerly wspomina:

Wczesne dzieciństwo, poza strzępami wspomnień z życia pułku, zostawiło na zawsze urok puszczy i przygody, rozbudzoną dociekliwość rzeczy zakazanych i niebezpiecznych (zakazane nam było wymykanie się poza palisadę parku, za którą chodzą straszne żubry i ponure, kłapiące szabliskami odyńce).

A w Zostało z uczty bogów opowiada, jak pewien Anglik zaatakowany przez żubra "zaczął się z nim mocować". Gloger zapisał podobną historię - o braniu człowieka przez żubra na rogi - niejako z pierwszych ust, tak jak mu ją opowiedział jej bohater, Michaś Bołkot, który spotkał kiedyś w lesie starego brodacza:

[...] padłem jak długi na ziemię, gdzie było najniżej. A on gwałtem chce mnie wziąć na rogi, tylko że podsadzić rogów pod człowieka żyjącego nie może. Ja mówię pacierz, jeno przeżegnać się ani raz nie mogę, żeby mnie pod rękę nie zaczepił, a ten dziad rogaty maca mnie po łopatkach rogami, że aż mi burkę na plecach popruł. Aż potem, gdy duchu długo nie dawałem, myślał, że już dobił mnie, i dał mi w końcu spokój.5

Gloger, autor monumentalnej encyklopedii Budownictwo drzewne i wyroby z drzewa w dawnej Polsce, wiele uwagi poświęca rosnącym w Puszczy Białowieskiej drzewom. Wychwala sosnę, "której słoje są tak cienkie, zwarte i smolne, jak żadnej innej na całym obszarze krajów słowiańskich" i która "dostarcza najlepszego w świecie materiału na instrumenta smyczkowe"6. Powołuje się też na badania archiwalne Adolfa Pawińskiego, który podczas swych podróży do Hiszpanii i Portugalii znalazł relacje tamtejszych kupców, świadczące, iż w początkach piętnastego wieku sprowadzano na statki i maszty pnie sosny, spławiane Narwią i Wisłą do morza - a więc z Puszczy Białowieskiej.7

Gloger zauważa, że tam, gdzie dęby sąsiadują z brzozami, rośnie najobficiej ulubiony przysmak żubrów, trawa zwana tomką wodną albo żubrówką południową. To ostatnie określenie nie jest bynajmniej nazwą napoju alkoholowego, za czasów Glogera bowiem tomki nie zanurzano, jak dzisiaj, w wódce, tylko palono: "Dla silnego a miłego zapachu tej trawy, który zachowuje ona bardzo długo po wysuszeniu, lud robi z niej przymieszkę do tabaki"8.

Kiedy ukazała się Białowieża w albumie, nie wiedziano jeszcze, że dwadzieścia lat wcześniej jej autor wydał w Berlinie anonimowo, po rosyjsku, obszerną książkę Russkaja Imperia - śmiałą wizję przyszłych stosunków polsko-rosyjskich, urządzonych z poszanowaniem wszelkich swobód kulturalnych, religijnych i ekonomicznych, przy poświęceniu jedynie suwerenności. W latach sześćdziesiątych XX wieku odkryje tę książkę Aleksander Wat ("wściekle inteligentna - jasnowidztwo polityczne wysokiej klasy" - napisze w liście do redaktora londyńskich "Wiadomości" Mieczysława Grydzewskiego). Na przypisanie jej autorstwa Glogerowi przyjdzie jeszcze długo poczekać.9 Russkaja Imperia stwarza solidne ramy dyskusji o stosunkach polsko-rosyjskich, której ważnymi punktami będą powieści Newerlego Leśne Morze i Wzgórze Błękitnego Snu.

Równocześnie z albumem Glogera w roku 1903 ukazała się - i niewątpliwie wkrótce trafiła do domu rosyjskiego oficera Mikołaja Abramowa, męża Teresy Newerly - książka o Puszczy Białowieskiej rosyjskiego historyka Gieorgija Karcowa. Wspaniały ten tom, który nazwać można monografią albumową, otwiera zdjęcie cara Mikołaja na stanowisku myśliwskim w Puszczy Białowieskiej. Liczne efektowne ilustracje przedstawiają legendarnych pierwszych mieszkańców puszczy, krwiożerczych Jaćwingów, epizody z historii (m.in. króla Władysława Jagiełłę), żyjące w puszczy zwierzęta, myśliwych. A na jednym ze zdjęć, na stronie 299, stoi dumnie brodaty stary mężczyzna: z prawą ręką opartą o pas, w uniformie z białymi guzami i w czapce z daszkiem. Podpis głosi, że to zarządca lasów Puszczy Białowieskiej, Newrli. A w przedmowie autor powiada: "Nie mogę nie podziękować osobno także odpowiedzialnemu za polowania w puszczy I.W. Newrliemu, jako że tylko dzięki jego pomocy mogłem się zapoznać we wszystkich szczegółach z obecnym stanem gospodarki myśliwskiej Białowieży".

Był to okres, kiedy do puszczy powoli docierały dobrodziejstwa cywilizacji. Kolej doprowadzono do Białowieży w roku 1897, dobrą szosę w roku urodzenia Igora Newerlego.

Państwo Newerly mieszkali w pałacyku myśliwskim położonym w pobliżu wielkiego eklektycznego pałacu carskiego z zabawnymi wieżami, z których jedna, okrągła, dźwigała zegar; z komnatami, z których jedna była wyklejona znaczkami pocztowymi z całego świata, a inna kartami do gry; z jadalnią jak puszcza, w której rzędy kolumn imitowały drzewa, a między nimi migotały w świetle zawieszonych nad stołem rozłożystych żyrandoli poroża upolowanych zwierząt, iluzji zaś dopełniał wypchany stary żubr. Pałac spłonie w czasie drugiej wojny, wcześniej ogień strawi pałacyk myśliwski. Kiedy pisarz odwiedzi to miejsce z synem w latach sześćdziesiątych, z trudem znajdzie w trawie parę kamieni po fundamentach. A pałacyk "był naprawdę ładny, z modrzewia, w takim jakimś leśno-ażurowym stylu, w naturalnym ciepłym kolorze miodowym drewna pod pokostem, poprzecinany balkonami, galeryjkami, opuszczony dzikim winem od dołu po gonciany siwy dach [...]".

Przejdźmy się po tym pałacyku myśliwskim. W gabinecie dziadka stał telefon z korbką (łączność zostanie pewnego dnia przerwana, gdy przedsiębiorczy wnuk stwierdzi, że z takiego drutu można zrobić groty do strzał...), a na półeczce leżały wabiki do przywoływania zwierzyny. W oszklonej gablocie stały flinty i sztucery, na ścianach wisiały kordelasy i trąbki myśliwskie, a biblioteka składała się głównie z dzieł przyrodniczych, "wielkich ksiąg z obrazami w najżywszych kolorach o wszyściutkich zwierzętach i ptakach". Było tam też trochę literatury pięknej, między innymi pewien tomik wierszy czeskiego poety w niemieckim przekładzie, oprawny w zielony aksamit, ale o tym opowiem w stosownej chwili.

Cytowany rosyjski monografista Puszczy Białowieskiej pisze na temat pałacyku, który nazywa pawilonem, tak:

Na miejsce zamieszkania osoby odpowiedzialnej za polowania wyznaczono pawilon, zbudowany w roku 1891 tuż koło zwierzyńca. Na wypadek przerwy w Najjaśniejszych Łowach, gdy odbywają się one w zachodnim rejonie Puszczy, dolne piętro pawilonu jest przystosowane do podawania śniadań. Znajduje się tam obszerna, pięknie wyłożona drewnem jadalnia i kilka mniejszych komnat; górne piętro zostało oddane na mieszkanie odpowiedzialnemu za polowania.

Wiadomo, jak wyglądał pałacyk myśliwski w Białowieży po spustoszeniach pierwszej wojny. W sierpniu 1919 roku odwiedził to miejsce Stanisław Mikłaszewski. Oto, co pisze o wnętrzach pałacyku:

Powykręcano klamki mosiężne od pięknych jesionowych drzwi, wspaniałe jedwabne obicia zdarto ze ścian i zastąpiono je zwykłymi plecionkami ze słomy, lecz na sufitach podziwiamy z artyzmem wykonane pejzaże myśliwskie. Główną ozdobę pałacu stanowiły różne trofea myśliwskie; wszystkie korytarze i pokoje dekorowane były głowami i rogami żubrów, łosiów i jeleni itd., dziś przypominają o tym tylko setki gwoździ, pozostałych na pustych ścianach.

Dziury po klamkach i setki gwoździ świadczą o dawnej świetności. O przedsiębiorczości i systematyczności Józefa Newerlego świadczy z kolei "małe muzeum, położone na pierwszym piętrze; zawiera ono rzadkie i ciekawe zbiory, jako to: rzadkie okazy drzew różnych gatunków, nadto bogatą kolekcję mchów leśnych, liczne szkielety, rogi i czerepy żubrów, łosiów, jeleni; podziwialiśmy tutaj olbrzymie blaty drewniane wypiłowane z odwiecznych dębów; niektóre mają po kilka metrów średnicy"10.

Dla chłopca, żywego i przedsiębiorczego, ważnym punktem w puszczy był pomnik żubra "z lanego żelaza na granitowej płycie i postumencie. Także z żelaza, w kształcie ogromnego sarkofagu o dekoracyjnych ślimacznicach, spływających łagodnie z każdego rogu ku liściom akantu na dole" (tak w powieści autobiograficznej Zostało z uczty bogów wspomina ten pomnik Newerly i jest w tym opisie zamiłowanie do szczegółu i precyzja rzemieślnika, który patrząc na przedmiot, widzi, jak został pomyślany i zrobiony). To na ten pomnik wspinał się z towarzyszem dziecięcych zabaw, od zadu, po ogonie, by następnie "klepnąć gołymi piętami straszne czarne zwierzę po łopatkach i pędzić ponad świerkami, ponad szosę z bojowym, krew mrożącym okrzykiem: achturhaj!" (który to okrzyk, egzotycznie dziś brzmiący, jest chyba fonetycznym oddaniem słów, jakimi niemiecka guwernantka przypominała, by wrócili do domu przed godziną ósmą, acht Uhr heim!).

Pomnik żubra upamiętnia polowanie, jakie odbyło się w puszczy w roku 1860 z udziałem cara Aleksandra II. Dla młodego Newerlego wypisane na tylnej ścianie nazwiska myśliwych wraz z rodzajem i liczbą myśliwskich trofeów były lekcją czytania: "Wodząc palcem po wypukłych ośniedziałych literach, mogłeś wprawiać się w kunszt czytania na imionach książąt, prynców i księżniczek o dziwnych i trudnych tytułach obok liczby ubitej przez nich zwierzyny". A tradycja upamiętniania pomnikami monarszych polowań była w Puszczy Białowieskiej długa.

Wróćmy do Teresy Newerly i wyobraźmy sobie, że leżąc w łóżku po urodzeniu pierworodnego syna, sięga po starsze książki z biblioteki swego ojca, wielkiego łowczego. Na przykład po przepięknie ilustrowaną monografię puszczy z roku 1826, dedykowaną Mikołajowi I, "Cesarzowi wszystkich Rosji, Królowi Polski", napisaną przez barona Brinckena. Autor spotkał w puszczy osiemdziesięcioletniego leśnika, który jako dziecko był świadkiem innego upamiętnionego pomnikiem polowania i mógł przekazać pewne szczegóły. Brincken jest dokładniejszy od Glogera, który z niego czerpał. Tamto polowanie odbyło się 27 września roku 1752. Tego dnia "Nayiaśniejsze Państwo August III, Król Polski Elektor Saski, z Królową Jeymością i Królewiczami Ichmość Xawerem i Karolem mieli tu polowanie Żubrów i zabili: 42 Żubrów, to iest: 11 wielkich, z których nayważnieyszy ważył 14 centnarów, 50 funtów; 7 mniejszych; 18 Żubrzyców; 6 młodych" (baron Brincken książkę o puszczy napisał po francusku, ale cytowany tekst spisał z pomnika po polsku i po niemiecku). Na tamtym, pierwszym pomniku zmieściły się ponadto nazwiska kilkunastu członków świty królewskiej oraz ćwierć setki strzelców i leśniczych. "Polowaniem dirigował JW. JPan de Wolfersdorff Łowczy naywyższy J.K.M." - a więc jeden z poprzedników Józefa Newerlego.

Królowa czyta na polowaniu w przerwach między celnymi strzałami; pomniki są opatrzone rozbudowanymi, pełnymi nazwisk napisami, na których dziecko może uczyć się czytać; autorzy czerpią z ustnej tradycji, ale i z tych napisów; puszcza nie jest tylko nieprzebytą, dziką masą przyrody - raz po raz staje się tekstem.

Jeśli ktoś chciałby się dziś wybrać do Białowieży, by dotknąć carskiego pomnika i liter, po których wodził palcem młody Newerly, owszem, zastanie tam pomnik żubra, ale inny. Tamten z roku 1860 został w 1915 wywieziony w głąb Rosji, potem jakiś czas stał na dziedzińcu Zamku Królewskiego w Warszawie, a w roku 1928 na polecenie prezydenta Ignacego Mościckiego umieszczono go w Spale. W pewnym jednak sensie mieści się w dziejach rodziny Newerlych. Przekonamy się o tym w następnym rozdziale.

Zawód: stolarz

W powieści autobiograficznej Zostało z uczty bogów Newerly daje rzetelny obraz nauczania w rosyjskim mieście na prowincji w czasie wojny. Na pierwszym miejscu wymienia "poglądowość i zajęcia w gabinecie przyrodniczym, fizycznym i chemicznym", na drugim fakt, że "od 1915 roku wprowadzono prace ręczne jako czynnik wychowawczy, w przyziemiach pierwszego gimnazjum miejskiego urządzono dobrze wyposażone warsztaty, mieliśmy do wyboru introligatorstwo, ślusarkę lub stolarkę, wszystkie trzy pracownie znakomicie prowadził szczęśliwie znaleziony w obozie jenieckim specjalista Czech, w cywilu nauczyciel liceum zawodowego w Brnie". Z innego miejsca książki dowiadujemy się, że nauczyciel ów wszystko potrafił zrobić: "Człowiek zachodniej formacji, mówiono, inteligencja techniczna plus biegłość rąk [...]".

Ta narodowość nauczyciela robót ręcznych jest tu nieprzypadkowa ze względu na chwilę historyczną. Legion (zwany też korpusem) czechosłowacki był formacją utworzoną w czasie pierwszej wojny światowej z jeńców i dezerterów z armii Austro-Węgier narodowości czeskiej bądź słowackiej. Głównym celem legionu była dalsza walka z Austro-Węgrami o niepodległość ziem czeskich i słowackich. Bolszewicy początkowo godzili się na ewakuację korpusu przez Władywostok do Francji - jako punkt zborny wyznaczono właśnie Penzę. 29 maja 1918 roku Lew Trocki - podówczas radziecki komisarz spraw wojskowych i morskich - wystosował depeszę w sprawie zgody na przemarsz legionu czechosłowackiego ku Oceanowi Spokojnemu pod warunkiem złożenia broni. Następnego dnia w szkole, do której chodził młody Newerly, odbywały się zajęcia z robót ręcznych. W pewnej chwili do nauczyciela podszedł jakiś jego rodak i coś mu szeptem powiedział. Nauczyciel w jednej chwili zrzucił fartuch i pożegnał się z uczniami. Tego samego dnia legion czeski przemaszerował przez miasto, nie podporządkowując się nakazowi złożenia broni; później Czesi przyłączyli się do białych i pomogli im zdobyć Syberię. W ten sposób przy warsztacie szkolnym w Penzie Newerly otarł się o historię.

Sam połknął bakcyla i robienia w drewnie, i obserwowania rodzącej się historii. Pewnego dnia sprawił sobie "piękny aparat do wypalania w drzewie, za bezcen, za 10 rubli". Nie miał tych pieniędzy, ale sobie poradził. Bo przecież: "Ogromnie lubiłem robić w drzewie, a tu taka okazja, pokusa nie do wytrzymania".

W Polsce będzie prowadził zajęcia stolarskie w obu korczakowskich domach sierot. Najpierw na Krochmalnej, w pomieszczeniu na galerii nad jadalnią. "Przyniesiono z piwnicy stary warsztat - wspomina w Rozmowie w sadzie piątego sierpnia - kupiłem parę książek, parę narzędzi i drzewa". I dalej: "Nazajutrz u Bruna na placu Teatralnym kupiłem komplet narzędzi snycerskich, a w jednym ze składów na Grzybowskiej parę lipowych deseczek". (Była to, dodajmy, firma "Krzysztof Brun i Syn, Spółka Akcyjna handlu wyrobami żelaznymi" przy ulicy Bielańskiej 2, róg placu Teatralnego). Tak zaczęła się przygoda z uczeniem chłopców stolarki, a raczej ze wspólnym uczeniem się tego zawodu. "Nauczyciel niewiele umiał, uczniowie wcale. Mieli tylko dobre chęci". A w drugim domu przedsięwzięcie nabrało rozmachu: "Powiedzmy dla porównania, na roboty ręczne w Domu Sierot można było przeznaczyć tylko kąt nad jadalnią, w Naszym Domu natomiast miało się prawdziwe warsztaty i komplety narzędzi w specjalnym pokoju na końcu korytarza na parterze, gdzie można było swobodnie strugać, piłować i stukać, nie przeszkadzając nikomu". Newerly znalazł doradcę w osobie Jana Pięcińskiego, bursisty Naszego Domu, który był synem stolarza. "Zajrzał pewnego razu do warsztatu, obejrzał strug, naostrzył, wyrychtował i krnąbrny hebel zaczął w jego rękach chodzić z lekkim poświstem, pykając zwijkami wiórów jak parowóz dymkami". Z pierwszych prac wykonanych w domu na Bielanach Newerly zapamiętał "zgrabny stolik z jesionu, na matowy połysk", a przede wszystkim szafę, która kojarzyła mu się ze sztuką Czechowa: "była wiśniowa, jakby prosto z sadu, oszklona i wielka jak tramwaj...".

Po wybuchu wojny, we wrześniu 1939, Newerly wykorzystuje swe umiejętności stolarskie na użytek rodziny: wykonuje własnoręcznie meble, w przewidywaniu ataków gazowych uszczelnia całe mieszkanie.

A potem? "Potem zostałem kierownikiem młodzieżowych warsztatów stolarskich X Ośrodka RGO na terenie I Kolonii WSM, gdzie pod hałas dozwolonych zajęć rzemieślniczych mogła po kryjomu uczyć się młodzież gimnazjum im. Limanowskiego", czytamy w autobiografii napisanej 7 marca 1965 roku. Takie były okupacyjne realia: Niemcy pozwalali Polakom uczyć się rzemiosła, podczas gdy gimnazja pozamykano, nauczanie odbywało się po kryjomu, na "tajnych kompletach". Taki charakter miały zajęcia w budynku założonego w latach trzydziestych gimnazjum im. Bolesława Limanowskiego, podówczas przy ulicy Krasińskiego 10, wychowującego młodzież w duchu socjalistycznym. Kursy zawodowe i rzemieślnicze były wówczas w gestii Rady Głównej Opiekuńczej, tolerowanej przez władze okupacyjne polskiej organizacji charytatywnej, której protektorem był Adam Stefan kardynał Sapieha. W Warszawie Rada dzieliła się na dwanaście okręgów opiekuńczych (Newerly pisze o ośrodkach), te zaś z kolei na obwody i rejony, byli też opiekunowie blokowi i domowi. Zaś I Kolonia WSM, czyli Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej, to znów struktura socjalistyczna - spółdzielcze osiedle mieszkaniowe wzniesione w połowie lat dwudziestych w okolicach placu Wilsona. Zaplanowane jako osiedle robotnicze, faktycznie służyło głównie inteligencji i urzędnikom...

Założyłem też spółdzielnię pracy stolarsko-zabawkarskiej w tymże domu, byłem żal się Boże jej prezesem, a że za tę reprezentację wobec okupanta i klientów uboga spółdzielnia płaciła symboliczną kwotkę, trzeba było robić ze stolarzami od sztuki, to też trochę się przy nich nauczyłem fachu, co mi się przydało później w obozach.

Po wyzwoleniu z obozu Bergen-Belsen Newerly prowadził Spółdzielnię Pracy Stolarskiej w założonym przez aliantów "polskim" miasteczku Bardowik koło Lüneburga.

Po powrocie do Polski zaś pewnemu młodemu czytelnikowi "Świata Przygód", który miał wątpliwości co do sensu uczenia w szkołach robót ręcznych, Newerly odpisał: "Nie, nie po to, abyś został stolarzem lub ślusarzem, ale żebyś pokochał pracę swoich rąk, żebyś się nauczył odmierzać wysiłek i wiedział, że każdy twój ruch - to czas i wymiar. O wprowadzeniu robót ręcznych decydowały przede wszystkim względy wychowawcze" (numer z 5 kwietnia 1948). I cytował wypowiedź sprzed kilkunastu lat prezesa Polskiej Akademii Literatury - był nim Wacław Sieroszewski - wygłoszoną na zjeździe nauczycieli robót ręcznych (zapewne miał ją w swoich notatkach stenografa...): "Praca fizyczna ma pewne właściwości, które żłobią niezniszczalne ślady w charakterze i wspomnieniach osób, zajmujących się nią przez czas dłuższy".

Sam pozostał wierny swej pasji, którą zaszczepił mu czeski inżynier w Penzie. W domu w Zgonie na Mazurach, u rodziny i u przyjaciół pisarza znaleźć można meble, wykonane przez Newerlego z dużym pietyzmem i fantazją. Szuflady kredensu mają rączki z koźlich rogów. Okleiny z kory brzozowej do dziś zachowały naturalną fakturę. Moim faworytem jest wśród tych mebli drewniany "sejf": duża szkatuła zamykana na kluczyk, osadzona na stelażu z brzozowych prętów. Stoi obok stołu (również własnoręcznie zrobionego), przy którym pisarz pracował. Przez okno widać studnię, a obok dawną stodołę, w której znajduje się warsztat stolarski Igora Newerlego.

Na półce w domu w Zgonie stoi książka, wydana na parę miesięcy przed śmiercią Newerlego: Nostalgie mazurskie Bohdana Czeszki. Jest w niej dłuższy tekst zatytułowany Mały stolarz domowy - monolog pisarza, będącego zarazem stolarzem. Narrator, który z niejednego pieca chleb jadł i przeszedł przez niemieckie obozy, a ponadto jest myśliwym i wodniakiem - daje charakterystykę poszczególnych gatunków drewna (jedną uwagę muszę tu zacytować: "Nie jest obłędna i taka myśl, że być może Conrad, sam o tym nie wiedząc, pod rodzimą sosną żeglował w sławnej epoce kliprów herbacianych, tych najpiękniejszych statków w historii nawigowania, statków o wnętrzach woniejących wspaniałymi zapachami korzeni drogocennych i ziół pełnych utajonych mocy"). Pisze też ciekawie o stolarskich narzędziach i o fachowym słownictwie. A kończy przesłaniem, które mogłoby być dewizą stolarza i pisarza Igora Newerlego:

Nawiedziła mnie oto, teraz już nad ranem, myśl taka, że ja wcale nie piszę o drewnie i stolarstwie, a piszę o tym, jak zyskać wolność w maleńkim, osobniczym wymiarze, wśród zgiełku i szaleństwa świata tego.

Dziadkowie

Nad dzieciństwem przyszłego polskiego pisarza zdecydowanie dominował dziadek, czeski leśnik, urodzony w roku 1842 jako Josef Nevrly. Jego grób do dziś znajduje się na Cmentarzu Prawosławnym w warszawskiej dzielnicy Wola (kwatera 30, rząd 4, miejsce 35). Z zapisanego na grobie nazwiska (Josif Wilgielmowicz Newerli) wynika, że jego ojciec miał na imię Wilhelm.

Karierę leśnika przedstawia cytowany już monografista Puszczy Białowieskiej, Gieorgij Karcow. Pisze on o kolejnych osobach odpowiedzialnych w puszczy za łowy: o pułkowniku Andriejewskim, o jego zastępcy i następcy Auerze. Po czym stwierdza, że kiedy ksiądz Wiazemski, któremu podlegała obsada tego stanowiska, miał wybrać następcę Auera, zdecydował się "na I.W. Newrliego, już od dawna znanego carskim myśliwym jako doświadczony organizator polowań na grubego zwierza". I podaje zwięzły biogram:

Newrli był praktykantem i pomagał leśniczym w pierwszorzędnych dobrach myśliwskich Moraw - hrabiego Stockau i hrabiów Berchtold - skąd w roku 1872 feldmarszałek Baratyński zaprosił go do zorganizowania gospodarki myśliwskiej w Skierniewicach. Po śmierci hr. Baratyńskiego w roku 1879 Newrliego przeniesiono najpierw do powstających podówczas spalskich terenów łowieckich, gdzie przesłużył on do roku 1894, kiedy to zaproponowano mu przejście na stanowisko odpowiedzialnego za polowania w Białowieży. Prawie wszystkie Najjaśniejsze Łowy od roku 1875, w Skierniewicach, w Spale i następnie w Białowieży prowadził Newrli, któremu szczęśliwy los pozwolił przygotowywać łowy dla trzech władców.

Powyższe dane pozwalają nieco bliżej przyjrzeć się tej karierze. Wyśmienite morawskie dobra myśliwskie to zapewne Napajedla na Morawach, rodowe gniazdo hrabiów Stockau (Nevrly - bo tak się w Czechach pisał - służył u seniora rodu, urodzonego w roku 1806 hrabiego Georga), oraz Buchlovice na pograniczu Czech i Moraw, gdzie znajduje się myśliwski pałacyk Lázn? Leopoldov. Buchlovice były siedzibą hrabiów Berchtold, z których dwaj bracia, przyrodnik Friedrich i polityk Leopold, należeli do grona założycieli czeskiego muzeum narodowego.

Następny etap w karierze leśnika to już ziemie polskie. Skierniewice, należące do feldmarszałka Baratyńskiego, zdobywcy Kaukazu, były podówczas ważnym adresem dla cara Rosji. Tu odbyło się w roku 1884 spotkanie trzech cesarzy - Austrii, Prus i Rosji. W mieście stacjonowały dwa pułki rosyjskie, później, po śmierci Aleksandra III, wzniesiono dla nich koło koszar cerkiew. Przede wszystkim jednak raz na parę lat w Skierniewicach spędzała wakacje rodzina carska, a w lasach skierniewickich urządzano imperialne ("Najjaśniejsze") łowy. Przy jednej z takich okazji czeski leśnik zapewne zwrócił na siebie uwagę monarchy. Do dziś na parterze skierniewickiego pałacu w sali myśliwskiej, skąd wyruszano na polowania, można oglądać broń łowiecką z tamtego czasu.

W Skierniewicach czeski leśnik dla kariery przeszedł na prawosławie (prawosławnym był też formalnie jego wnuk, bohater tej książki, a nawet prawnuk, ochrzczony w warszawskiej cerkwi tuż przed wybuchem drugiej wojny światowej).

Kolejnym adresem była Spała w Puszczy Nadpilickiej, gdzie Aleksander III urządził sobie rezydencję myśliwską i gdzie dziś stoi oryginalny pomnik białowieskiego żubra.

Następnym miejscem, na dłużej, była Puszcza Białowieska, gdzie Józef Newerli (jak z początku brzmiała spolszczona wersja nazwiska) otrzymał stanowisko wielkiego łowczego. Karcow podaje rok 1894. Było to zapewne przed 1 listopada, przed śmiercią Aleksandra III, tak przynajmniej zdaje się wynikać z dość mglistego, choć politycznie ostrego wspomnienia wnuka o zegarku łowczego ("Nie pamiętam, przy jakiej to okazji dziadek dostał ten zegarek, [...] czy po tym, gdy Aleksander III poszedł z dziadkiem samowtór do Puszczy i tam na leśnym dukcie ramieniem monarszym wyszarpnąć raczył wóz chłopski z błota (Mirotworiec, Pokój Czyniący Imperator, był przede wszystkim osiłkiem) [...]".

Na kartach wydanej w roku 1928 w Paryżu książki o ostatnich latach dworu carskiego pojawia się - w roli szefa polowania - le brave vieux Tch?que Neverly ("dzielny stary Czech Neverly").11 A jego nazwisko spotykamy też, co ważniejsze, w korespondencji ostatniego cara, Mikołaja II, z żoną.

23 czerwca 1915 roku car Mikołaj II pisał do carycy Aleksandry z miejsca dowodzenia Sztabu Generalnego:

Wczoraj rozkoszowałem się Białowieżą. Tak dziwnie być tam samemu, bez Ciebie i bez dzieci. Czułem się zagubiony i smutny, a jednak ucieszyłem się na widok domu i naszych uroczych pokojów, mogąc zapomnieć o teraźniejszości i przeżywać na nowo minione dni. Ale noc poprzedzającą wyjazd [do Białowieży] spędziłem niespokojnie. Ledwie skończyłem grać w domino, jak pojawił się N. i pokazał depeszę, jaką właśnie otrzymał od gen[erała] Aleksiejewa, która donosiła, że Niemcy przebili się przez nasze linie i wdzierają się głęboko na tyły. [...] Droga do Białowieży rozciąga się na 183 wiorsty, ale jest bardzo dobra i gładka. Po drodze leżą trzy miasteczka: Słonim, Różany i Prużany. Przybyłem do naszego domu o 3.20, a pozostali w odstępach pięciominutowych, z powodu okropnego kurzu. W jadalni podano nam zimny lunch, a potem pokazałem panom pokoje, nasze i dziecinne. Pojechaliśmy potem do Zwierzyńca obejrzeć dzikie żubry i inne zwierzęta. Udało nam się napotkać duże stado bizonów, które patrzyły na nas spokojnie. [...] Dozorca Białowieży jest nowy, nazywa się Lwow, grubas, kuzyn admirała. Stary pop nie żyje, podobnie jak Nevrli, którego nie znałem. Jego następcą jest Bark, krewny ministra, który służył tu od dwudziestu lat w charakterze leśnego. Energiczny człowiek, który zna doskonale lasy i polowania.

"Stary pop" to Michał Szyryński, który zmarł 28 kwietnia 1915 roku.

W odpowiedzi caryca pisała 25 czerwca z Carskiego Sioła: "Zupełnie nie wiedziałam, że umarł Neverle, dobry staruszek!"12.

Niewielu jest polskich pisarzy, którzy mogliby powiedzieć: O moim dziadku pisywali do siebie car z carycą.

Mądry człowiek umie słuchać, co mówi wiek i doświadczenie, więc pan Newerly, od ośmiu lat "Zawiadujący" puszczańskim gospodarstwem, niecierpliwie spoglądał w bezchmurne niebo, niechby już przyszła odmiana pogody, a wraz z nią ponowa!

Ten cytat nie pochodzi z jakiejś nieznanej powieści Igora Newerlego, tylko z Sagi Puszczy Białowieskiej (Warszawa 2001), napisanej przez potomkinię rodu Kossaków, która przez ponad trzydzieści lat mieszkała w tej puszczy, Simonę Kossak (1943-2007). W osobliwej tej księdze, namiętnie dochodzącej wszystkich krzywd, jakie zostały wyrządzone ukochanej przez autorkę puszczy, dwa rozdziały - Inwentaryzacja i Sen - dotyczą Józefa Newerlego. Utrzymane częściowo w zbeletryzowanej formie, dają jednak rzetelne informacje na temat dziadka Igora Newerlego. A zarazem pośrednio odnoszą się do samego pisarza. Inwentaryzacja dotyczy, skrupulatnie obmyślanego i egzekwowanego przez Józefa Newerlego, liczenia stanu żyjącej w puszczy zwierzyny. Inwentaryzacja w przypadku Igora Newerlego będzie to umiejętność prowadzenia kartotek korespondentów redagowanych przez niego czasopism, systematyczność oraz skrupulatność w zbieraniu i weryfikowaniu materiałów do powieści. Sen jest zapisem proroczego snu członka carskiej rodziny, ustawionego przez łowczego na stanowisku myśliwskim - wizji zbliżającego się końca monarchii. U Igora Newerlego "sen" to stale towarzysząca jego racjonalizmowi zdolność do marzeń i poetyckich wzruszeń, a także wyraźna skłonność do apokaliptycznego widzenia dziejów.

Co jeszcze, prócz systematyczności i śmiałych marzeń, zostało wnukowi po malowniczym dziadku? Na krótko: srebra rodzinne, sprzedane potem w Penzie, i zegarek ("złoty, z brylantami w oczach i szponach dwugłowego orła na wieczku"), którego sprzedaż pozwoliła rodzinie opłacić pierwsze locum po przeniesieniu się do Kijowa. A na zawsze, do końca życia? Sympatia do narodu czeskiego i spraw czeskich, której efektem było przeświadczenie, że inaczej wyglądałyby dzieje świata, gdyby za Władysława Jagiełły i jego następców udało się doprowadzić do porozumienia polsko-czeskiego. Zamiłowanie do myślistwa. I wreszcie genetycznie, jak się zdaje, uwarunkowana skłonność do płci pięknej.

A babcia Františka?

Z nią jest kłopot. Na kartach autobiograficznej powieści Zostało z uczty bogów pojawia się właściwie w jednej scenie, z bańką mydlaną - i jak bańka pryska. Posłuchajmy: "jedenaście porodów i poronień, trzy gospodarstwa i groby kilkorga dzieci miała za sobą i w sobie, i jeszcze tę młodą emancypantkę z Velehradu, która wierzyła, że chcieć to móc, będzie miała życie wartkie i ładne wśród ciekawych ludzi i spraw, a niegłupia to była dziewczyna, wcale nie, dobrze sobie poczynała w ruchu młodoczeskim, słuchano jej chętnie na zebraniach i jeszcze chętniej czytano, co pisała, masz talent, Františko, i umiesz sobie radzić, mawiała Karolcia, sławna później Karolina, przepowiadała piękną przyszłość".

Ruch młodoczeski, przypomnijmy, ma związek z historią Polski - tak nazywano tych czeskich działaczy patriotycznych, którzy z początku pozytywnie odnieśli się do powstania styczniowego ("staroczechami" zaś nazywano tych, co powstanie owo w duchu panslawistycznym potępiali). Po roku 1867, kiedy Polacy w zamian za autonomię Galicji poparli austriacko-węgierski dualizm, sprawy się skomplikowały i młodoczesi stracili do nas wiele sympatii... Co ciekawsze, z ruchu młodoczeskiego biorą początek praktycznie wszystkie partie polityczne, jakie wykształciły się w Czechach na przełomie wieków. Młodoczesi wierzyli w skuteczność polityki małych kroków; ich celem była federacja czesko-austriacka. I rzeczywiście, wiele osiągnęli, zwłaszcza w kwestii równouprawnienia językowego.

Wzmiankę o dobrym piórze babki tłumaczyć można chęcią odnalezienia (bądź nawet dopisania sobie) pisarskiej genealogii. Idealizm i aktywizm to też ideały bliskie Newerlemu. Zastanawiam się, skąd w tym wszystkim wziął się Welehrad. Najprostsza odpowiedź brzmi: stamtąd rzeczywiście pochodziła żona leśniczego Józefa Newerlego. Skoro jednak nie mamy dokumentów na potwierdzenie tej tezy, spróbujmy zastanowić się, dlaczego pisarz mógłby wybrać to właśnie miasteczko w południowych Czechach na miejsce pochodzenia swej babki.

Pierwszym kluczem jest tu, jak się wydaje, katolicyzm. Welehrad to miasto kultu świętych Cyryla i Metodego, cel pielgrzymek czeskich i nie tylko czeskich katolików. W tamtejszej świątyni obrazy upamiętniają tradycję słowiańskiego chrześcijaństwa. Wizerunek Madonny z Dzieciątkiem jest kopią bizantyjskiej ikony z rzymskiej bazyliki Santa Maria Maggiore, w której papież Hadrian w IX wieku nakazał odprawianie liturgii w obrządku słowiańskim. Ale to kopia późniejsza, wisi tu od roku 1919. Natomiast w roku 1885 Jan Matejko, polski malarz czeskiego pochodzenia, ofiarował świątyni w Welehradzie podwójny portret Apostołów Słowiańszczyzny, Cyryla i Metodego, z podpisem w języku czeskim "To są ojcowie nasi". W tym samym roku - obchodzono wówczas tysiąclecie śmierci św. Metodego - z Polski przysłano do Welehradu w darze chorągiew z polskim orłem i obraz Matki Boskiej Częstochowskiej. Tradycja katolicka splata się tu zatem z wątkiem zbliżenia polsko-czeskiego, wątkiem, który będzie Newerlemu zawsze bardzo bliski.

Karolcia, Karolina to niewątpliwie Johanna Rottová (1830-1899), czeska emancypantka i pisarka, używająca pseudonimu Karolina Světlá. Bohaterki jej powieści żyją ideałami i są skłonne do poświęceń; nieraz mówi się, że stworzyła pojęcie mesjanizmu kobiecego oddania. Světlá prowadziła intensywną korespondencję z poetą Janem Nerudą, który był w niej zakochany; gdy ktoś doniósł jej mężowi o tej potajemnej korespondencji, wybuchł skandal. Světlá spaliła później jego listy, ale do śmierci zachowała srebrną szkatułkę z pozostałym po nich popiołem (można ją dziś oglądać w muzeum pisarki w miejscowości Český Dub).

Wracamy do Zostało z uczty bogów:

Jest sama jedna w pustych dokoła ciemnościach, nie ma nikogo, jak gdyby nigdy nikogo nie miała, i wszyscy, którym wypełniała życie, byli snem, dwie córki, trzech synów, czternastu wnuków i mąż, piękny Józef, śpiący u siebie zdrowym snem, tęgi staruch, siedemdziesiąt lat, a wciąż mężczyzna, kobiety mają jeszcze z niego pociechę...

Newerly przedstawia tu babkę jak kolejną postać z powieści Karoliny Svetlej - kobietę, która się poświęciła dla innych, dla rodziny.

I wreszcie finał.

Babcia nie wie. Chwytając się poręczy łóżka i krzeseł, sunie do apteczki w rogu i drżącą ręką leje do szklaneczki dereniówkę na dobranoc temu wszystkiemu, by nie myśleć, nie słyszeć szeptu Františki, jak się nazywa takie życie - Bublina, n?co p?kného jen napohled, babičko, planá řeč, marná naděje...

Nalewka dereniowa pomaga na frasunki. A życie jako bańka mydlana, życie jako tocząca się kula - to stary topos, w emblematyce nazywa się Homo bulla. Jest taka siedemnastowieczna holenderska rycina, która mogłaby służyć za ilustrację do przedstawionej przez Newerlego scenki. Nagi chłopiec o wydłużonej głowie i myślącej twarzy przysiadł na trupiej czaszce. Z boku okrągłe naczynie z bulgocącym, parującym płynem, w którym to naczyniu widać głowę lwa, z drugiej strony trawa i więdnący kwiat. Chłopiec w zamyśleniu puszcza mydlane bańki. Skróty "Iacob. 4. cap." oraz "Petri. i. cap." odsyłają do odpowiednich miejsc w Biblii. Zacytuję za Biblią Gdańską z roku 1632: "Którzy nie wiecie, co jutro będzie; bo cóż jest żywot wasz? Para zaiste jest, która się na mały czas pokazuje, a potem niszczeje" (Jak 4,14). Oraz: "Ponieważ wszelkie ciało jest jako trawa i wszelka chwała człowieka jako kwiat trawy; uwiędła trawa i kwiat jej opadł; Ale słowo Pańskie trwa na wieki" (I Piotr 1,24-25).

Motyw życia jako bańki i toczącej się kuli powraca u Newerlego w paru miejscach, na przykład w Chłopcu z Salskich Stepów, w opisie wojny: "Oddział nasz toczył się kulą bilardową przez zieleń Podlasia. Żółkło listowie, zbliżała się jesień, a ta bila popychana kijem niemieckim to z tej, to z tamtej strony, jakoś do swej łuzy trafić nie mogła". Albo w Pamiątce z Celulozy, w opisie rozprzestrzeniania się po Rosji rewolucji: "A było wtedy głodno i chłodno po miastach, straszno i zachłystliwie jak od gwizdu ulicznej czastuszki: "Dokąd się toczysz, jabłuszko małe?"". Dopełnieniem tego obrazu toczącej się kuli jest z reguły wyznanie wiary w słowo.

Włożone w usta babci słowa o życiu jako bańce mydlanej tchną autentyzmem, można by iść o zakład, że zostały wiernie zapamiętane z dzieciństwa. Gdy jednak sprawdzić, okazuje się, że... nie są to wcale słowa babci w przedsennym dialogu z samą sobą, tylko definicja słowa bublina ze słownika języka czeskiego, jaki František Trávníček wydał w Pradze w roku 1952.13

Dobrze, że taka leksykalna przygoda przytrafiła się nam zaraz na początku drogi. Przykład bubliny uczy, że autobiograficzne pisarstwo Newerlego jest przede wszystkim pisarstwem, konstrukcją, dziełem sztuki. Owszem, opiera się na przeżyciach autora. Ale nie zawsze wprost, często trzeba mocno poskrobać, żeby się dobrać do przemyślnie poukrywanych informacji. Warto o tym pamiętać, próbując z tekstów wspomnieniowych Newerlego wyłuskać fakty biograficzne.

A babcia? Po śmierci męża wyjechała z córką w głąb Rosji. Zmarła i została pochowana w Symbirsku.

Miejsce: Penza

Penza to miasto, w którym krzyżowały się różne tradycje. Leży w południowej Rosji, nad rzeką Surą, która wpada do Wołgi, między Tambowem a Samarą. Pamiętano tu, że robotnicy dworscy, chłopi i rzemieślnicy chlebem i solą podejmowali zbuntowanego Kozaka dońskiego Jemieliana Pugaczowa, kiedy w roku 1774 wkroczył do miasta. W roku 1817 zamieszkał tu, na rogu ulic Lekarskiej i Nikolskiej, młodziutki poeta Lermontow. W roku 1842 jego prochy sprowadzono z Kaukazu do należącej do jego babki wioski pod Penzą. W roku 1892 Towarzystwo Lermontowskie utworzyło w Penzie bibliotekę im. Lermontowa - jej zapalonym czytelnikiem będzie młody Newerly. Później, wiosną roku 1918, w Penzie wzniesiony zostanie pierwszy w świecie pomnik Karola Marksa.

Młody Newerly przybył do Penzy pociągiem - z matką (będącą w żałobie po swoim ojcu, a dziadku Igora), z dwiema siostrami, rodzoną Heleną i przyrodnią Tanią, i z siedemnastoletnią opiekunką-służącą Olesią. "Na pustawym dworcu zalatywało skądś smacznie świeżym wypiekiem, ogarniała przytulność rzeczy stałych i nieśpiesznego rytmu, nawet parowozy zdawały się posapywać w słodkawej drzemocie" - słowem: sielanka. Zakłócał ją tylko wiszący w dworcowej poczekalni plakat, który przedstawiał mocarnego Kozaka nadziewającego na lancę niemieckiego cesarza, z którego ust "buchał dymnymi kółeczkami napis, po sylabie w każdym kółeczku: jam kajzer Wilhelm, kat Belgii i Kalisza!".

Penza sprawiała wrażenie miasta ciężkiego i pozbawionego wdzięku. Tylko główna dzielnica miała chodniki, asfaltowe lub ceglane, pozostałe - coś w rodzaju kładek: deski położone na okrąglakach. Na głównej ulicy, Moskiewskiej, było parę sklepów z wystawami, ponadto dwie apteki, iluzjon (ten będzie dla chłopca miejscem ważnych wtajemniczeń) i salon fotograficzny. "Na budowę teatru dopiero zbierano".

Rodzice ojczyma przedstawieni są w powieści autobiograficznej jako para nierówna. Ona, Anastazja Polikarpowna, jawi się jako uosobienie wszelkich możliwych wad, osoba chciwa i despotyczna, która własnego syna doprowadziła do samobójstwa, nie zgadzając się na jego związek z modystką. Newerly używa wobec niej takich określeń, jak "piekielnica", "jędza bizantyjska", "jadowity utrwalacz", "klabzdra". W inwektywach tych wstręt miesza się ze swego rodzaju złowrogim podziwem, wyrażonym zaskakująco nowoczesnym językiem: "była super w swoim rodzaju". On, Wieniamin Lwowicz, kształcił się na artystę, jednakże dla narzeczonej ("Malarze są zawsze brudni i biedni, nie wyjdę za pana") rzucił akademię sztuk pięknych i przeniósł się na architekturę. Po ukończeniu studiów piął się po szczeblach urzędniczej kariery i na kartach powieści autobiograficznej Newerlego występuje jako "architekt gubernialny, rzeczywisty radca stanu tudzież kawaler orderów przynależnych do takiej rangi i wysługi lat". W głębi duszy pozostał jednak artystą, po kryjomu trochę malował, dawał też pasierbowi swego syna lekcje rysunku.

Wieniamin Pawłowicz (nie, jak w powieści, Lwowicz) Siemieczkin występuje w źródłach dotyczących historii architektury i historii sztuki w Rosji. Studiował w petersburskiej Akademii Sztuk Pięknych malarstwo w latach 1860-1866, architekturę w latach 1868-1875. W roku 1873 otrzymał mały srebrny medal. W tym samym czasie (1869-1875) studiował w Petersburgu słynny potem Wasilij Iwanowicz Surikow (w autobiograficznej powieści Newerlego Siemieczkin pokazuje chłopcu "własne młodzieńcze prace, szkice i portrety kolegów, patrz, to Wasia, teraz akademik, sława [...]").

W latach 1893-1894 Siemieczkin, podówczas "młodszy architekt wydziału budowlanego gubernialnej administracji penzeńskiej", zaprojektował i nadzorował wykonanie przebudowy dwupiętrowej kamienicy przy obecnej ulicy Bakunina 10 na meczet (do dziś można w Penzie oglądać tę niewielką świątynię muzułmańską, przypominającą zwieńczony kopułą seledynowo-różowy torcik). W roku 1895 poświęcono zbudowaną wedle projektu Siemieczkina kamienną dzwonnicę cerkwi Objawienia Pańskiego w Penzie. Zbudował on też halę do handlu mięsem, tak zwany Mjasnoj pasaż - solidny budynek z czerwonej cegły, z niebieskawym dachem i żółtymi wieżyczkami.

Architekt Siemieczkin miał co najmniej dwóch synów. Najstarszy, jak wspomina Newerly, popełnił samobójstwo. W salonie wisiał jego portret: "Patrzył z czarnych ram dziwnie bladą twarzą, [...] na zawsze młody i piękny", a na tej twarzy rysowała się "delikatna łagodność rysów i wyraz zamyślenia". W książce o dziejach kościoła prawosławnego w Penzie znaleźć można informację o tym, że w początkach roku 1938 rozstrzelano w tym mieście - obwinionych o udział w "organizacji cerkiewno-monarchistycznej" - kilku kapłanów oraz "nauczyciela niepełnej średniej szkoły Wesołowskiej, syna byłego penzeńskiego architekta, S.W. Siemieczkina"26. Zgadza się zawód ojca, inicjały też te same, co u ojczyma Newerlego. Autor książki, zapytany przeze mnie, potwierdził, że chodzi o Siergieja Siemieczkina.

W ten sposób życiorys ojczyma Newerlego wypełnia się po latach konkretnymi datami. Siergiej Wieniaminowicz Siemieczkin urodził się w Petersburgu 14 września 1875 roku. W dniu aresztowania (22 grudnia 1937 roku) był we wspomnianej wyżej szkole nauczycielem języków nowożytnych (zapewne niemieckiego, którego nauczył się w niewoli). Skazany na śmierć 26 grudnia, został rozstrzelany w Penzie 14 lutego 1938 roku. Czy jego pasierb kiedykolwiek się o tym dowiedział? Wątpliwe.

Jest w Zostało z uczty bogów taka scenka. Penza, ojczym wrócił z niemieckiej niewoli. Małżeństwo już się rozpada, matka śpi w dużej sypialni z obiema córkami, ojczym w małym pokoiku z Igorem. Nocą przychodzą przebrani oficerowie, pułkowi koledzy ojczyma, wyglądają jak "ślepcy" z obrazu Pietera Bruegla ("wszyscy brodaci, z tobołkami na plecach, jeden udawał ślepego, drugi chłopa, reszta grała szeregowców, powracających z niewoli w wyszarganych jenieckich płaszczach"). Namawiają kolegę, żeby szedł z nimi - w domyśle: do białych. On odmawia, mówi, że wybiera się raczej do Armii Czerwonej. Argumentuje: "Mniejsza o sztandary, grunt to armia!". Oni odchodzą, wzgardliwie odmawiając podania mu ręki. Igor ze współczuciem ("odwrócili się od niego, żona go nie chce, nic mu nie zostało") ten jeden raz w życiu zwraca się do ojczyma per papa.

Dalszego ciągu możemy się domyślać: Armia Czerwona prędzej czy później pozbyła się byłego carskiego oficera, trafił do szkoły, a w końcu "pod ścianę". Umarł za sprawę, za którą kiedyś nie chciał umierać; koledzy monarchiści byliby teraz z niego dumni.