Rozdział piąty
Po przebudzeniu Federica z rozczarowaniem spostrzegła, że za oknem kłębi
się gęsta, szara morska mgła, która pochłania światło i ucisza ptaki.
Było chłodno i wilgotno. Matka zawsze powtarzała, że mgłę wciąga w głąb
lądu panujący w Santiago upał. Gdy w stolicy było naprawdę gorąco, w Vi?a zwykle snuła się mgła. Federica nienawidziła mgły, której widok
zawsze ją przygnębiał. Zapomniała o ponurej pogodzie dopiero, gdy
otworzyła szkatułkę. Poruszyła nią, pogładziła barwne kamienie,
zadowolona, że przyćmione światło mimo wszystko budzi drżenia i błyski
przejrzystych skrzydeł. Tak znalazła ją matka - pogrążoną w magicznym,
nierzeczywistym świecie Ramona, gdzieś wysoko, wśród szczytów Peru.
Helena prawie nie spała, a przynajmniej tak się czuła. Głowę miała
ociężałą, w skroniach pulsował ból. Wzięła dwie tabletki przeciwbólowe i miała nadzieję, że szybko zadziałają. W szlafroku zajrzała do pokoju
córki, a zaraz za nią do środka wcisnął się Hal, już ubrany, z nowym
pociągiem pod pachą. Kiedy Federica zobaczyła bladą twarz matki i jej
podsiniałe oczy, bardzo się zaniepokoiła.
- Nic mi nie jest, nie martw się, kochanie - powiedziała Helena,
zmuszając się do uśmiechu.
Mimo wysiłku jej oczy pozostały martwe i pozbawione wyrazu. Federica
zmarszczyła brwi i zamknęła szkatułkę.
- Nie wyglądasz zbyt dobrze, mamo - rzekła, wyskakując z łóżka. - Zrobić
śniadanie? Gdzie tata?
- Tata jeszcze śpi, więc nie będziemy go budzić. Włóż szlafroczek i razem przygotujemy śniadanie, co ty na to? - Helena poklepała po
błyszczącej głowie Hala, który kręcił się dookoła, wydając odpowiednie
dla lokomotywy odgłosy.
Federica narzuciła na ramiona szlafrok i lekko zbiegła po schodach do
kuchni. Zastanawiała się, czy ojciec pamięta, że obiecał jej spacer po
plaży razem z Rastą. Miała nadzieję, że wkrótce się obudzi i nie będzie
miał ochoty spędzić całego ranka w łóżku, jak to mu się często zdarzało.
Hal siedział na podłodze, przesuwając pociąg po terakotowych kaflach i gadając do siebie z ożywieniem.
Dziewczynka pomogła matce nakryć stół w jadalni. Kiedy ojciec wracał do
domu, przestawali jadać w kuchni (był to angielski nawyk, którego Helena
nigdy się nie pozbyła) i zasiadali do posiłków w jadalni jak
Chilijczycy. Lidia przychodziła o dziesiątej, aby sprzątnąć po śniadaniu
i przygotować lunch. Ramon rzadko zaglądał do kuchni. Wychował się w domu, gdzie zawsze była służba, w przeciwieństwie do Heleny, w której
rodzinnym domu wszyscy chętnie gromadzili się w kuchni, aby coś zjeść i porozmawiać.
Ramon obudził się sam, w obcym łóżku. Dopiero po paru sekundach
przypomniał sobie, gdzie jest; wtedy też dopadło go uczucie smutku,
który otaczał Helenę i przenikał wszystko dookoła niej. Zwrócił oczy ku
oknu - zasłony tańczyły z chłodnym wiatrem znad Pacyfiku, niosącym
wilgotną mgłę. Nie chciało mu się wstawać. Pokój tchnął przygnębieniem.
Miał ochotę ukryć głowę pod poduszką i udawać, że płynie wysoko, razem z chmurami, ponad mgłą i wiszącą nad domem rozpaczą. Długo leżał bez
ruchu, zwalczając pragnienie, by wstać, spakować torbę i natychmiast
wyjechać.
Potem usłyszał ciche kroki córki, przygnębienie ustąpiło miejsca
poczuciu winy i wyjrzał spod koca.
- Nie śpisz, tato? - zapytała.
Ujrzał jej pełną wyczekiwania twarz i duże niebieskie oczy, wpatrzone w niego z nadzieją. Zbliżyła się na palcach, żeby go nie obudzić, gdyby
jednak okazało się, że jeszcze śpi. Podchodziła powoli, jak wystraszona
sarenka, która nie wie, czy zagrzebane w legowisku stworzenie jest jej
przyjacielem, czy wrogiem. Wreszcie jej buzię rozjaśnił szeroki uśmiech.
- Zrobiłam dla ciebie śniadanie, tatusiu - oświadczyła i jej policzki
zarumieniły się z dumy. - Czy pójdziemy na plażę, mimo tej mgły?
- Możemy od razu pójść na plażę - powiedział, ucieszony perspektywą
wyjścia z domu. - Zabierzemy Rastę, co? A potem pojedziemy do Cachagua.
- Mama mówi, że zanim dojedziemy do Cachagua, mgła się podniesie i zaświeci słońce - rzekła Federica, niecierpliwie przeskakując z nogi na
nogę.
Kiedy Ramon poszedł do łazienki, zakręciła się po pokoju, odsuwając
zasłony i ścieląc łóżko. Zdążyła już przywyknąć do opiekowania się
matką, lecz zajmowanie się ojcem dawało jej dużo więcej przyjemności.
Było to nowe przeżycie. Ramon usiadł do śniadania ze względu na córkę.
Hal skończył jeść i spokojnie bawił się w swoim pokoju. Nowy pociąg
interesował go znacznie bardziej niż ojciec, którego traktował z pewną
podejrzliwością. Jak wszystkie małe dzieci, doskonale wyczuwał napięcie
między nim i matką. Helena siedziała przy stole, sącząc z filiżanki
czarną kawę. Ramon zauważył, że ma zaczerwienione oczy i bladą,
pozbawioną koloru twarz. Uśmiechnął się do niej uprzejmie, ale ona
odpowiedziała uśmiechem dopiero wtedy, gdy obok niego usiadła Federica,
stawiając na stole gorące francuskie rogaliki. Helena wzięła rogalika,
chociaż najwyraźniej nie zamierzała go jeść, wyprostowała się i uczyniła
wysiłek, aby zachowywać się tak, jakby wszystko było w porządku.
Po śniadaniu Ramon wziął Federicę za rękę i ruszył na plażę, w drugiej
ręce ściskając smycz Rasty. Dziewczynce nie przeszkadzała już mgła -
była z ojcem, tylko z nim. Czuła, że została wybrana i obdarowana w specjalny sposób, i ani na chwilę nie wypuszczała z ręki drewnianej
szkatułki. Na brzegu plaży zdjęli buty. Duże, szerokie brązowe stopy
Ramona sprawiały zabawne wrażenie przy małych, różowych stópkach
Federiki. Razem poszli wzdłuż plaży, pozwalając, aby morze lizało ich
nogi i otulało je pianą. Ramon opowiadał córce o miejscach, które
zwiedzał, o spotkanych tam ludziach, a Federica słuchała jak
zaczarowana, prosząc o nową historię jeszcze zanim poprzednia dobiegła
końca. Po godzinie wrócili do domu, zapakowali rzeczy do samochodu i wśród obłoków mgły ruszyli do Cachagua.
Gdy wyjechali z miasta, droga roztoczyła przed nimi uroki wiejskiego
krajobrazu. Mijali małe wioski z pomalowanymi na wesołe kolory domkami o krytych zardzewiałą blachą dachach i pozbawionych szyb oknach. Stragany
z owocami wylewały się na szosę, piaszczystymi ścieżkami pięły się
zaprzężone w marne konie wózki, którymi powozili pomarszczeni
Chilijczycy w ponchach. Wychudzone psy węszyły na poboczu w poszukiwaniu
czegoś do jedzenia, brudne dzieci bawiły się patykami i poobijanymi
puszkami po coca-coli, wbijając w pędzący samochód pełne ciekawości duże
czarne oczy. Droga była zakurzona, nawierzchnia usiana dziurami.
Zatrzymali się na chwilę, żeby napić się i rozprostować nogi. Mgła
zaczynała się już podnosić, słońce przepychało promienie przez coraz
cieńsze obłoczki. Cień, rzucany przez wysmukłe akacje, gęstniał z każdą
chwilą. Federica siedziała, popijając wodę z sokiem cytrynowym z dużej
szklanki, Ramon jadł kanapkę. Ciemnoskóre chilijskie dzieci siedziały
pod bieloną ścianą domku, nie spuszczając wzroku z Federiki i Heleny, i szepcząc do siebie. Nie ulegało wątpliwości, że najchętniej podkradłyby
się, aby dotknąć ich jasnych, anielskich włosów i sprawdzić, z czego są
zrobione.
Helena i Ramon poczuli się znacznie lepiej po wyjeździe z domu, który
dla niej był symbolem samotności i smutku, a dla niego rozczarowania.
Kiedy na niebie pojawiło się słońce, zaczęli uśmiechać się do siebie i z przyjemnością słuchać wesołej gadaniny dzieci. Napięcie malujące się w oczach Heleny wreszcie ustąpiło, a na policzkach pojawiły się lekkie
rumieńce. Ramonowi przyszło nawet do głowy, że może jego żona zmieni
jeszcze decyzję. Dłuższy pobyt poza domem dobrze jej zrobi, pomyślał.
Mariana i Ignacio usiedli do śniadania w jadalni, ponieważ przy gęstej
mgle jedzenie na tarasie nie było przyjemnością. Kiedy Estella wniosła
kawę i grzanki, ubrana w czysty błękitny fartuszek, z lśniącymi
kruczoczarnymi włosami uczesanymi w długi koński ogon, Mariana
natychmiast zauważyła, że dziewczyna wygląda jakoś inaczej, i nie
omieszkała powiedzieć o tym mężowi.
- Moim zdaniem wygląda tak samo jak zwykle - rzekł Ignacio, zerkając
znad okularów na pokojówkę, która właśnie wchodziła do pokoju. - Tak
samo jak zwykle... - powtórzył.
Mariana uważnie obserwowała, jak Estella nalewa kawę. Dziewczyna
wyglądała inaczej, nie miała co do tego cienia wątpliwości. I nie
chodziło o włosy, bo często tak się czesała. Nie, nie włosy, raczej coś
z twarzą... Tak, Estella była mocniej umalowana. Policzki miała różowe,
oczy lśniły jak mokre kamyki. Pachniała mydłem i różami, skóra
błyszczała od olejku, którym się natarła. Mariana uśmiechnęła się i zadała sobie pytanie, z jakiego to powodu Estella tak zadbała o swoją
urodę.
- Wydaje mi się, że ona ma przyjaciela w Cachagua - powiedziała do
Ignacia, w najmniejszym stopniu nie zainteresowanego prywatnym życiem
pokojówki. - Tak, na pewno ma wielbiciela, Nacho. Ciekawe, kto to taki...
Mariana zamyśliła się i potarła podbródek palcami. Estella zauważyła, że
Mariana obserwuje ją z czujnym wyrazem twarzy i zarumieniła się. Nerwowo
uśmiechnęła się do starszej pani i umknęła, pełna obaw, że se?ora
Mariana odgadnie przyczynę jej zmieszania.
Koło południa niebo przywdziało intensywnie niebieską szatę, a mgła
znikła bez śladu, przegnana gorącymi promieniami grudniowego słońca.
Mariana usiadła w cieniu na tarasie, nasłuchując warkotu silnika i spokojnie haftując. Ignacio zabrał się do pisania listów w gabinecie.
Wcześniej Mariana zajrzała do wszystkich gościnnych pokoi oraz łazienek
i wróciła do jadalni bardzo zadowolona z nowej pokojówki, która
sumiennie spełniła wszystkie jej polecenia. Estella o niczym nie
zapomniała. Marianie spodobało się także, że dziewczyna wykazała się
własną inicjatywą i zrobiła trochę więcej, niż musiała. Szare oczy
objęły taras z ciemnego drewna i liczne donice z roślinami i palmami,
które zapewniały cień mieszkańcom domu. Wszystkie rośliny zostały
podlane. Nie prosiła o to Estellę, pokojówka sama uznała, że powinna się
tym zająć. Inicjatywa jest najważniejsza, z satysfakcją pomyślała
Mariana.
*
Kiedy samochód wjechał na piaszczystą drogę do Cachagua, Federica
otworzyła okno i wyjrzała na zewnątrz. Cachagua była najpiękniejszą z okolicznych nadmorskich wiosek. Wszystkie domki ogrodzono niskimi
drewnianymi płotami i otoczono palmami oraz innymi drzewami. Czasami o tym, że w gęstej kępie drzew kryje się dom, świadczył tylko wsparty na
wysokiej konstrukcji zbiornik na deszczówkę. Cachagua była prawdziwą
oazą drzew - palm, akacji i eukaliptusów. Ich słodki zapach mieszał się
ze słonym aromatem oceanu, a nad krzakami jaśminu brzęczały całe roje
pszczół. Niezbyt szeroka ścieżka wiła się przez pueblo aż do szerokiej
złocistej plaży i granatowego morza. Dom Ignacia i Mariany był
najładniejszy. Schowany za pierzastymi drzewami, przypominał dużą chatę
z drewnianych bali, z dużym tarasem, wiszącym nad skałami. Wnętrze
urządzono prostymi sprzętami, wśród których dominujące akcenty stanowiły
ciemnoczerwone sofy i barwne chodniki. Mariana zawsze miała świetny
gust, natomiast Ignacio nie znosił zatłoczonych meblami pokoi. Zdarzało
się, że dochodził do wniosku, iż na biurku czy stole znajduje się za
dużo rzeczy i jednym ruchem ręki zmiatał wszystko na podłogę. Miał
wybuchowy temperament, nad którym potrafiła zapanować tylko Mariana o spokojnym, kojącym głosie i łagodnym sposobie bycia. Co więcej, Mariana
umiała przewidzieć gwałtowne wybuchy gniewu męża - obserwowała
mianowicie jego uszy, które w chwili wzbierającej złości szybko i wyraźnie puchły.
Samochód wjechał na piaszczysty podjazd przy dźwięku klaksonu. Marianie
serce podskoczyło w piersi, bardziej z zaskoczenia niż radości, ponieważ
zamyśliła się i przestała nasłuchiwać, czy wyczekiwani goście
nadjeżdżają. Zawołała do męża i wstała powoli (wiek nie pozwalał jej
zrywać się na równe nogi jak kiedyś, w latach młodości), po czym weszła
do domu, aby powitać syna i jego rodzinę.
Dłonie Estelli były spocone ze zdenerwowania. Oparła się o kuchenny zlew
i przygładziła jasnoniebieski fartuszek. Z dala dobiegały podniecone
głosy dzieci, radosny śmiech se?ory Mariany, która obsypywała
pocałunkami twarze wnucząt, i głęboki, skrzypliwy głos don Ignacia.
Wytężyła słuch, aby uchwycić choćby jedno słowo, wypowiedziane przez
Ramona Campione, ale nie udało się jej. Nie wiedziała nawet, jak brzmi
jego głos.
Federica w podskokach wybiegła na taras, niosąc szkatułkę, którą
koniecznie chciała pokazać babci. Helena łagodnie upomniała ją, żeby
cierpliwie zaczekała, bo abuelita będzie miała mnóstwo czasu, by
obejrzeć skarb wnuczki, gdy już zamieni parę słów z tatą. Federica
posłusznie usiadła w hamaku i przyglądała się, jak dziadkowie rozmawiają
z rodzicami. Hal siedział na kolanach Heleny, jeżdżąc nowym pociągiem po
blacie stołu. Po dłuższej chwili Federicę znudziło czekanie, podniosła
więc wieczko szkatułki i przekroczyła próg swojego tajemnego świata.
- Jak długo zostaniecie? - zapytał wprost Ignacio, który od razu
dostrzegł zniecierpliwienie i niepokój, malujące się w oczach syna.
Ramon wzruszył ramionami i zerknął w kierunku hamaka. Federica już ich
nie słuchała.
- Nie wiem - odparł.
- Ale spędzicie z nami święta, prawda? - odezwała się Mariana. - Chyba
nie zamierzacie wyjechać wcześniej? - dodała, wyraźnie przerażona tą
myślą.
- Oczywiście, że nie - zaprzeczyła Helena i uśmiechnęła się z trudem.
- A może zostalibyście aż do Nowego Roku? Nie wiem, kto jeszcze
przyjedzie, prawdopodobnie Felipe i Maria Lucia oraz Ricardo i Antonella. Nikt mnie nie uprzedza, wszyscy przyjeżdżacie, kiedy
przyjdzie wam na to ochota - rzekła Mariana.
Udawała, że narzeka, lecz w gruncie rzeczy była bardzo szczęśliwa. Ramon
spojrzał na Helenę, ale nic nie wyczytał z jej twarzy. Umiejętność
porozumiewania się bez słów, którą kiedyś opanowali do perfekcji,
odeszła wraz z miłością.
- Bardzo chętnie - odpowiedziała Helena, myśląc o dzieciach i dodatkowym
tygodniu, jaki będą mogły spędzić w towarzystwie ojca.
Nic się nie stanie, jeżeli wyjadą do Anglii zaraz po Nowym Roku. Nowy
rok i nowy początek, pomyślała z ciężkim westchnieniem. Mariana
zauważyła napięcie, panujące między synem i synową, i jej radość
przygasła. Z niepokojem zerknęła na męża, który zawsze potrafił czytać w jej myślach.
- Doskonale. - Ignacio poważnie skinął głową.
Właśnie wtedy, w chwili niewygodnego milczenia, na progu tarasu stanęła
Estella, niosąc tacę z pisco sour. Oczy miała utkwione w tacy. Bała
się potknąć i ośmieszyć w obecności gości. Ramon zerwał się z krzesła,
żeby jej pomóc.
- Ostrożnie, to ciężkie - powiedział, wyjmując tacę z jej rąk.
Estella spojrzała na niego spod gęstych ciemnych rzęs.
- Dziękuję, don Ramon - rzekła miękkim, czekoladowym głosem.
Ramon uśmiechnął się i dziewczyna poczuła, że jej żołądek zwija się w twardą kulkę, a policzki oblewają się krwawym rumieńcem. Pospiesznie
spuściła oczy. Jej twarz była tak gładka, niewinna i otwarta, że Ramon
zapragnął przyjrzeć jej się dokładniej i na pewno by to zrobił, gdyby
nie spojrzenia żony i rodziców, które czuł na karku. Z żalem oderwał
oczy od twarzy Estelli, odwrócił się i postawił tacę na stole. Kiedy
obejrzał się ponownie, pokojówki już nie było. Pozostał po niej tylko
delikatny zapach róż, unoszący się w powietrzu.
Napełnił szklanki tradycyjnym chilijskim drinkiem z soku cytrynowego z pisco i podał je dorosłym. Ledwo usiadł, gdy dziewczyna pojawiła się
znowu, tym razem z sokiem pomarańczowym dla dzieci.
- Estella jest nowa - poinformowała cicho Mariana. - Wspaniała
dziewczyna. Pamiętacie Consuelę?
Ramon z roztargnieniem kiwnął głową, kątem oka obserwując atrakcyjną
młodą kobietę.
- No, właśnie. Dobra stara Consuela umarła w zeszłym roku w lecie.
Zupełnie nie wiedziałam, co robić, prawda, Nacho? Nie miałam pojęcia,
gdzie szukać nowej służącej.
- I jak ją znalazłaś? - zapytała Helena, zadowolona, że rozmowa toczy
się całkiem normalnie.
- Właściwie to znaleźli ją dla nas Mendozowie, którzy mają letni dom w Zapallar. Estella jest siostrzenicą ich pokojówki, Esperanzy, tej, co
tak potwornie zezuje... Biedna Esperanza...
- Jesteście z niej zadowoleni? - Helena odgarnęła włosy z czoła synka i musnęła je pełnym czułości pocałunkiem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Rozdział pierwszy
Vi?a del Mar, Chile, lato 1982 roku
Federica otworzyła oczy i ujrzała odmieniony świat. Było gorąco, ale nie
duszno, ponieważ morska bryza niosła chłodny powiew znad fal zimnego
Pacyfiku. Pokój Federiki powoli budził się do życia w bladym porannym
świetle, które wlewało się do środka przez szparę między zasłonami,
rzucając jasne, łagodne pasma na podłogę i ściany, pożerając resztki
nocy i wydobywając z półmroku równiutki szereg pogrążonych we śnie
lalek. Z końca ulicy dobiegało nieustające szczekanie psa se?ory Baraca,
który z trudem wydobywał głos z gardła, ponieważ zupełnie ochrypł, ale
szczekał dalej, jak zwykle. Pewnego dnia całkiem straci głos, pomyślała
Federica. Nie byłoby to takie złe - sąsiedzi mogliby się wreszcie
spokojnie wyspać. Kiedyś w drodze do szkoły Federica próbowała dać
nieszczęsnemu stworzeniu ciasteczko, lecz matka powiedziała, że na pewno
pies jest chory i zarobaczony.
- Najlepiej w ogóle go nie dotykaj - poradziła, ciągnąc sześcioletnią
córkę za rękę. - Nie wiadomo, gdzie łaził.
Sęk w tym, że pies se?ory Baraca nigdy nigdzie nie łaził... Federica
odetchnęła słodkim zapachem drzew pomarańczowych, napływającym do
pokoju. Miała wrażenie, że prawie czuje smak owoców, ciężko zwisających
z gałązek niczym gwiazdkowe prezenty. Jednym wierzgnięciem zrzuciła z siebie przykrycie i uklękła na brzegu łóżka, wyglądając na świat całkiem
inny niż ten, nad którym poprzedniego wieczoru zapadały ciemności. Widok
wschodzącego słońca przeszył jej chudziutkie ciało cudownym dreszczem i przywołał szeroki uśmiech na bladą buzię. Dzisiaj ojciec wraca do domu
po wielomiesięcznej podróży...
Ramon Campione był prawdziwym olbrzymem. I nie chodzi tu tylko o budowę
ciała, chociaż przy wzroście ponad metr osiemdziesiąt był wysoki jak na
Chilijczyka i jak na Włocha, bo właśnie z Włoch wywodziła się jego
rodzina, lecz o gigantyczną wyobraźnię, która przypominała galaktykę, bo
nie miała granic i była pełna niespodzianek. Ramon wciąż odbywał
wędrówki do najbardziej odległych zakątków świata, gdzie czerpał
inspiracje ze wszystkiego co inne i piękne. Podróżował, pisał i znowu
podróżował. Rodzina prawie go nie znała, gdyż Ramon nigdy nie przebywał
z bliskimi wystarczająco długo, by zdołali odkryć, jaki człowiek kryje
się za wspaniałymi tekstami i cudownymi, magicznymi fotografiami jego
autorstwa. W oczach córki Ramon był potężniejszy od Boga. Federica
powiedziała kiedyś ojcu Amadeo, że Jezus to po prostu nikt w porównaniu
z jej tatą, który potrafi robić znacznie więcej, niż tylko zamieniać
wodę w wino.
- Tatuś umie latać - oświadczyła z dumą.
Matka Federiki rzuciła księdzu przepraszający uśmiech, przewróciła
oczami i wyjaśniła cicho, że Ramon niedawno wypróbowywał w Szwajcarii
nowy rodzaj sprzętu, coś w rodzaju lotni z nartami. Ojciec Amadeo ze
zrozumieniem pokiwał głową, lecz jednocześnie mocno się zaniepokoił.
Martwił się, że biedne dziecko będzie cierpiało, jeśli pewnego dnia
Ramon spadnie ze wzniesionego przez Federicę piedestału, bo przecież
było to nieuniknione. Federica powinna obdarzyć takim zaufaniem Boga,
nie człowieka, pomyślał z pobożnym westchnieniem.
Federica chętnie by już wstała, ale było jeszcze wcześnie. Niebo
wyglądało jak blada, wielka i świetlista laguna, ciszę świtu zakłócał
jedynie świergot ptaków i natrętne szczekanie psa se?ory Baraca. Ze
swojego pokoju widziała ocean, który rozmywał się w szarej mgle na
horyzoncie, zupełnie jakby niebo pochłaniało morze. Matka często
zabierała ich na plażę Caleta Abarca, ponieważ nie mieli własnego
basenu, lecz zwykle woda była zbyt zimna, aby się w niej kąpać. Czasami
jeździli do małej nadmorskiej wioski Cachagua, odległej o godzinę jazdy
samochodem, do dziadków, którzy mieli tam śliczny letni dom, otoczony
wysokimi palmami i akacjami. Federica uwielbiała morze. Ojciec
powiedział kiedyś, że jej miłość do morza jest zupełnie naturalna, bo
urodziła się pod znakiem Raka. Federice nie bardzo spodobało się to
wyjaśnienie, nie lubiła bowiem raków, krabów i innych podobnych
stworzeń.
Dopiero po dłuższym czasie usłyszała kroki na schodach, a później wysoki
głos swojego młodszego brata Enrique, zwanego Halem na cześć księcia
Henryka z Williama Szekspira. Naturalnie przydomek był pomysłem Ramona -
jego żona, matka Federiki i Hala, była Angielką, lecz nie interesowała
się ani literaturą, ani historią. Helena interesowała się głównie sobą.
- Już się ubrałaś, kochanie? - zdziwiła się, gdy Federica przebiegła
przez korytarz i wpadła do pokoju Hala, z którego Helena właśnie
usiłowała ściągnąć piżamę.
- Tata dzisiaj wraca! - zawołała Federica, podskakując z podniecenia.
- Tak, wraca - odparła Helena i wzięła głęboki oddech, aby ukryć żal,
jaki czuła do wiecznie nieobecnego męża. - Stój spokojnie, Hal. Nie mogę
włożyć ci bucików, kiedy tak wierzgasz!
- Przyjedzie przed lunchem? - zapytała Federica.
Szybko rozsunęła zasłony, pozwalając, by ciepłe słońce zalało ciemny
pokój porannym blaskiem.
- Powinien zjawić się przed południem - odpowiedziała cierpliwie Helena.
- Samolot ląduje o dziesiątej - dodała, przeczesując czarne włosy Hala
miękką szczotką.
Chłopiec buntowniczo potrząsnął głową, zapiszczał, zeskoczył z łóżka i wybiegł na korytarz.
- Włożyłam najlepszą sukienkę, specjalnie dla niego - oznajmiła
Federica, lekkim krokiem schodząc za matką po schodach.
- Właśnie widzę.
- Pomogę Lidii przygotować lunch. Robimy ulubione danie tatusia, wiesz,
mamo?
- To znaczy?
- Pastel de choclo, a na deser pyszne ciasto, merengon de lúcuma. -
Federica strząsnęła z ramion długie jasne włosy, które ciężką falą
opadły na jej wąskie plecy.
Dziewczynka nosiła opaskę nad czołem i ta fryzura, przy jej dość niskim
wzroście i drobnej budowie, sprawiała, że nie wyglądała na sześć lat.
- Tata wraca dziś do domu - obwieściła Federica Halowi, pomagając matce
nakryć do stołu.
- I przywiezie mi jakiś prezent? - Hal miał dopiero cztery lata i pamiętał ojca głównie jako dostawcę licznych podarunków.
- Oczywiście, skarbie. - Helena postawiła przed synkiem filiżankę
zimnego mleka. - Tatuś zawsze przywozi ci prezenty, prawda? Zresztą
niedługo będzie Gwiazdka i dostaniesz całe mnóstwo nowych zabawek.
Federica czujnie prowadziła rączkę Hala, który zanurzył łyżeczkę w puszce z rozpuszczalną czekoladą i przeniósł cały ładunek do swojej
filiżanki, a potem wilgotną ściereczką starła z obrusa drobiny
ciemnobrązowego pyłu.
- Fede, rogaliki są ją gotowe - powiedziała Helena, zapalając papierosa.
- Czuję, że zaczynają się przypalać.
Niespokojnie zerknęła na wiszący na ścianie zegar i przygryzła dolną
wargę. Wiedziała, że powinna pojechać z dziećmi na lotnisko, bo przecież
tak zrobiłaby każda dobra matka, nie była jednak w stanie stawić czoła
temu wyzwaniu. Nie wytrzymałaby długiej jazdy z lotniska w Santiago na
wybrzeże i konieczności prowadzenia lekkiej rozmowy, jakby wszystko było
w najlepszym porządku. Nie, znacznie lepiej będzie zaczekać na Ramona w domu, dużym domu, w którym było dość miejsca, aby nie musieli ciągle na
siebie patrzeć. Co za idiotyczna sytuacja, pomyślała z goryczą. Oboje
już dawno zagubili się w ogromnych przestrzeniach, którymi starali się
oddzielić od siebie. Zagubili się w odległych krajach, wśród fikcyjnych
postaci, które dla Ramona były znacznie ważniejsze niż prawdziwi,
potrzebujący jego obecności i bliskości ludzie... W każdym razie tak jej
się wydawało. A przecież starała się, naprawdę się starała... Teraz była
pusta w środku i zmęczona świadomością, że mąż stale ją zaniedbuje.
Federica posmarowała rogalik masłem i pociągnęła łyk zimnej czekolady.
Rozmawiała z bratem wysokim, podnieconym głosem, który drażnił nerwy
matki. Helena stała przy oknie, dmuchając dymem w szybę. Kiedyś byli w sobie zakochani, ale cóż, nawet nienawiść jest wyrazem miłości, chociaż
ma zupełnie inne oblicze... Już dawno przestała nienawidzić męża i może
byłby to wystarczający powód, aby z nim zostać, lecz teraz czuła
obojętność i była tym przerażona. Na obojętności nic nie wyrośnie, nic.
Obojętność jest bezpłodna i martwa jak twarz księżyca.
Helena zamieszkała w Chile i usiłowała zapuścić tam korzenie, ponieważ
podobnie jak później Federica, uwierzyła, że Ramon jest Bogiem. Nie
ulegało wątpliwości, że był najbardziej fascynującym i przystojnym
mężczyzną, jaki kiedykolwiek pojawił się w Polperro. Potem przysłał
Helenie egzemplarz "National Geographic" ze swoim artykułem oraz
zdjęciami starych jaskiń przemytników i rozsypujących się zamków, które
mu pokazała. Pozornie były to zwyczajne fotografie, a jednak przenikało
je światło jakby spoza tego świata. W zdjęciach Ramona kryło się coś
tajemniczego i mistycznego, coś, czego nie potrafiła nazwać. Każde
napisane przez niego słowo trwało w jej pamięci długo po zakończeniu
lektury. Teraz wiedziała, że ta magia była miłością, miłością, która nie
opuszczała ich przez pierwsze sześć lat, przemieniając nawet najbardziej
przyziemne zajęcia, na przykład napełnianie baku samochodu benzyną, w czarodziejskie przeżycia. Kiedy się kochali, działo się to w innym
wymiarze, i mocno wierzyła, że tylko Ramon posiada moc tworzenia wokół
nich odmiennej rzeczywistości. Dopiero gdy magia znikła, pojęła, że
połączenie zostało po prostu zerwane, jak linia pod napięciem, które
wytwarzali oboje, nie tylko jedno z nich. Połącznie przestało istnieć,
ponieważ jedna strona poczuła rozczarowanie, i już nigdy nie udało się
go nawiązać. Ten szczególny rodzaj magii płonie wysokim, potężnym
płomieniem, lecz szybko gaśnie. Początkowo wszędzie podróżowali razem.
Odwiedzali najdalsze zakątki Chin, pustynie Egiptu i jeziora Szwecji.
Kiedy Helena zaszła w ciążę z Federicą, wrócili do Chile. Magia nadal im
towarzyszyła, a ona była zachwycona białymi piaskami plaż i rustykalną
prostotą. Teraz magii już nie było i Helena czuła się pusta w środku,
wypalona, ponieważ przepełniająca ją kiedyś miłość powoli odeszła. Ona
także powinna odejść, nie chciała dłużej tu mieszkać, zresztą po co...
Tęskniła za wilgotnymi, zielonymi wzgórzami swojego dzieciństwa i wczesnej młodości. Drżącą dłonią zapaliła następnego papierosa i znowu
nerwowo spojrzała na zegar.
Federica sprzątnęła po śniadaniu, podśpiewując i tańcząc po kuchni. Hal
bawił się pociągiem w swoim pokoju, Helena nadal tkwiła przy oknie.
- Mamo! - krzyknął Hal. - Pociąg mi się zepsuł! Nie chce jeździć!
Helena wsunęła do kieszeni paczkę papierosów i wyszła, zostawiając
uporządkowanie kuchni Federice. Dziewczynka starannie wytarła stół,
zmyła talerze, filiżanki i naczynia, włożyła fartuszek i postanowiła
zaczekać na Lidię.
Kiedy Lidia otworzyła furtkę, od razu zobaczyła przyciśniętą do szyby
drobną twarzyczkę Federiki, rozświetloną szerokim uśmiechem.
- Hola, se?orita! - zawołała zdyszana, wchodząc do holu. - Wcześnie
dziś wstałaś.
- Sprzątnęłam już nawet po śniadaniu - odpowiedziała Federica po
hiszpańsku.
Helena doskonale znała ten język, ale w domu wszyscy, nawet Ramon,
zawsze rozmawiali po angielsku.
- Dobre z ciebie dziecko... - wysapała Lidia, wchodząc do kuchni. - Ach,
prawdziwy aniołek... Wszystko przygotowałaś!
Lidia potoczyła ciemnymi oczami po kuchni i uśmiechnęła się na widok
starannie ustawionych na blacie misek, miseczek i łyżek.
- Chciałam, żeby na przyjazd taty wszystko wypadło wspaniale - wyznała
Federica, której policzki płonęły z ekscytacji.
Z trudem zachowywała cierpliwość i usiłowała pilnować się, aby nie
podskakiwać, tylko normalnie chodzić. Było to trudne, bo kiedy
podskakiwała, uczucie łaskotania w brzuchu znikało, chociaż oczywiście
tylko na moment. Lidia przebrała się w różowy kombinezon i umyła
spuchnięte brązowe ręce. Potem zaproponowała, by Federica zrobiła to
samo.
- Zanim zabierzesz się do gotowania, trzeba zawsze umyć ręce - rzekła. -
Nie wiadomo przecież, czego wcześniej dotykałaś, prawda?
- To tak jak z psem se?ory Baraca! - Federica zachichotała.
- Pobrecito, biedactwo - westchnęła Lidia, przechylając głowę i uśmiechając się współczująco. - To zwierzę cały boży dzień jest uwiązane
w małym ogródku, więc nic dziwnego, że szczeka od świtu do zmierzchu.
- Se?ora Baraca w ogóle go nie wyprowadza? - zdziwiła się dziewczynka,
opłukując dłonie pod kranem.
- Czasami go wyprowadza, ale jest już stara. A my, starzy ludzie, nie
mamy zbyt wiele energii...
- Wcale nie jesteś stara, Lidio!
- Nie jest stara, tylko tłusta - powiedziała po angielsku Helena, która
właśnie weszła do kuchni z lokomotywą Hala w ręku. - Lidia miałaby dużo
więcej energii i siły, gdyby tyle nie jadła. Przez cały dzień dźwiga
wszędzie to ciężkie ciało, wyobrażasz sobie? Nic dziwnego, że sapie i co
chwilę dostaje zadyszki.
- Buenos días, se?ora - przywitała Helenę Lidia, która nie rozumiała ani
słowa po angielsku.
- Dzień dobry, Lidio - odparła Helena po hiszpańsku. - Potrzebny mi nóż,
żeby naprawić ten przeklęty pociąg.
Nie zdobyła się nawet na najmniejszy uśmiech. Była zbyt niespokojna i zdenerwowana, aby myśleć o kimkolwiek poza sobą.
- Proszę się nie martwić, don Ramon wkrótce będzie w domu i naprawi
zabawkę - zauważyła pogodnie Lidia. - To zajęcie dla mężczyzny.
- Serdeczne dzięki, Lidio, to bardzo pomocna uwaga, doprawdy -
zezłościła się Helena. - Podaj mi nóż, Fede.
Federica spełniła polecenie i w milczeniu patrzyła, jak matka wychodzi z kuchni.
- Och, w domu jest znacznie przyjemniej, kiedy przyjeżdża twój tata! -
oświadczyła Lidia, chwytając dziewczynkę w objęcia. - Założę się, że w nocy w ogóle nie mogłaś zasnąć!
- Nie mogłam, to prawda - przytaknęła Federica i spojrzała na zegar. -
Niedługo tu będzie...
Lidia zauważyła, że małe ręce dziecka dygocą. Federica kroiła masło, w skupieniu marszcząc brwi.
- Uważaj, żeby się nie skaleczyć - łagodnie powiedziała Lidia. - Nie
chcesz chyba, żeby tatuś po powrocie zastał córeczkę z siedmioma
palcami, co?
Lidia roześmiała się głośno, sapnęła i zakasłała.
Helena, która zwykle świetnie radziła sobie z naprawianiem różnych
przedmiotów, zepsuła lokomotywę do końca. Hal zalał się łzami. Matka
przytuliła go i zdołała pocieszyć, obiecując, że kupi mu nową
lokomotywę, większą i ładniejszą.
- Ta i tak była już stara i zniszczona - powiedziała. - Po co komu taka
lokomotywa? Pociąg wygląda bez niej dużo lepiej.
Nagle przyszło jej do głowy, że ona też chciałaby być pociągiem bez
lokomotywy. Zapaliła następnego papierosa. Przez szeroko otwarte drzwi
do ogrodu płynęło powietrze pachnące morzem, pomarańczami i ozonem. Jest
za gorąco, żeby siedzieć w domu, pomyślała z irytacją, powinniśmy
pojechać na plażę. Otarła spocone czoło i spojrzała na zegarek. Gardło
miała ściśnięte ze zdenerwowania. Samolot Ramona właśnie wylądował.
Federica i Lidia kręciły się po kuchni jak dwie pszczoły nad kwiatem
pachnącym nektarem. Federica uwielbiała uczestniczyć we wszelkich
domowych zajęciach i z ogromnym entuzjazmem spełniała polecenia Lidii.
Czuła się dorosła, bo Lidia właśnie tak ją traktowała. Gawędziły o nękających Lidię bólach kręgosłupa oraz kolce, a także o kurzajkach,
które pojawiły się na stopach jej męża.
- Boję się opierać nogi tam, gdzie on - powiedziała Lidia. - Dlatego
ciągle noszę skarpetki, nie zdejmuję ich nawet pod prysznicem.
- Ja też bym tak robiła - przytaknęła Federica, nie do końca pewna, co
to są kurzajki.
- Jesteś rozsądna tak jak ja. - Lidia uśmiechnęła się do chudego
dziecka, jej zdaniem zdecydowanie za poważnego jak na sześć, no, prawie
siedem lat.
Uważała, że winę za zbytnią dojrzałość Federiki ponosi Helena. Matka po
prostu zasypała małą obowiązkami. W rezultacie Federica potrafiła zająć
się domem, i to całkiem nieźle, zupełnie bez pomocy.
Kiedy Helena znowu zajrzała do kuchni, aromat pastel de choclo
uświadomił jej, że jest potwornie głodna. Federica wycierała właśnie
naczynia, a Lidia kończyła zmywać. Helenie udało się chwycić miseczkę z resztkami kremu, zanim pulchne dłonie kucharki zanurzyły ją w pienistej
wodzie. Nabrała na palec odrobinę śmietany, spróbowała i łakomie
oblizała wargi.
- Pyszne, kochanie - powiedziała ze szczerym podziwem. Uśmiechnęła się
do córeczki i pogłaskała jej lśniące, jasne włosy. - Świetna z ciebie
kucharka, naprawdę.
Federica odpowiedziała uśmiechem. Doskonale znała zmienną naturę matki.
Helena w jednej chwili była zirytowana i rozdrażniona, a zaraz potem
łagodna i miła. Stanowiła całkowite przeciwieństwo Ramona, który zawsze
był pogodny i beztroski. Pochwała matki jak zwykle bardzo ucieszyła
dziewczynkę. Wyprostowała się dumnie i o mało nie pękła z radości.
- Jest nie tylko świetną kucharką, ale i doskonałą gosposią, se?ora -
odezwała się ciepło Lidia. Duże czarne znamię na jej podbródku
zadygotało pod wpływem szerokiego uśmiechu. - Posprzątała po śniadaniu,
całkiem sama - dorzuciła lekko karcącym tonem, ponieważ nie podobało jej
się, że se?ora Helena zrzuca wszystko na barki dziecka.
- Wiem. - Helena pokiwała głową. - Nie mam pojęcia, co bym bez niej
zrobiła...
Słowa były jak najbardziej na miejscu, lecz w głosie Heleny brzmiała
obojętność. Strząsnęła popiół z papierosa do popielniczki i opuściła
kuchnię. Poszła na górę. Czuła się zmęczona, serce ciążyło jej tak
bardzo, że nawet wygodne schody wydawały się zbyt trudne do pokonania.
Szła chłodnym białym korytarzem, lekko stawiając stopy na drewnianych
deskach. W doniczkach stojących na pięknych podstawkach kwitły jasne
storczyki. Niektóre kwiaty należałoby oberwać i wyrzucić, ale Helenie
nie chciało się tym zająć. W sypialni zasłony z białego lnu falowały na
wietrze, jakby same próbowały rozsunąć się na boki i wpuścić słońce do
wnętrza. Helena szarpnęła nimi z rozdrażnieniem i spojrzała na morze.
Rozciągało się przed nią, świetliste i drżące, zapraszało, żeby
popłynęła gdzieś daleko, jak najdalej stąd. Horyzont obiecywał wolność i nowe życie.
- Pomóc ci sprzątnąć pokój, mamo? - zapytała cicho Federica. Helena
odwróciła się i spojrzała w małą, poważną buzię córki. - Chciałabyś
zrobić tu porządek na przyjazd taty, tak? - Podniosła popielniczkę i zgasiła w niej papierosa.
- No, tak... - odparła Federica nieśmiało. - Przyniosłam trochę kwiatów i...
Serce Heleny boleśnie ścisnęło się ze współczucia. Rozumiała, że
córeczka kocha ojca mimo jego długich, powtarzających się wyjazdów.
Federica kochała Ramona, chociaż mogła go nienawidzić. Obdarzyła go
bezwarunkową miłością. Im częściej wyjeżdżał, tym radośniej go witała,
biegnąc prosto w jego ramiona jak wdzięczna kochanka. Helena miała
ochotę powiedzieć Federice prawdę i zniszczyć jej iluzje, pragnęła tego
z czystej złośliwości, ponieważ w głębi serca żałowała, że nie podziela
wyobrażeń córeczki. Zawsze uważała, że świat dzieci jest cudowanie
prosty i zazdrościła Federice jej uczucia.
- W porządku, Fede - rzekła z napięciem. - Sprzątnij, tacie na pewno
bardzo spodobają się te kwiaty. Nie będę ci przeszkadzać...
Weszła do łazienki i zamknęła za sobą drzwi. Federica usłyszała, jak
matka włącza prysznic i strumień wody uderza o metalowe ścianki wanny.
Westchnęła cicho. Posłała łóżko, wkładając pod poduszkę i narzutę świeżą
lawendę, dokładnie tak, jak nauczyła ją babcia, i postawiła wazonik z kwiatkami na stoliku nocnym po stronie ojca. Potem poskładała rzeczy
matki i zaniosła je do starej dębowej szafy, wcześniej jednak
pieczołowicie ułożyła na półkach niedbale porozrzucane części ubrania,
aż w końcu wnętrze przywodziło na myśl dobrze zorganizowany sklep.
Otworzyła na oścież okna, żeby zapachy ogrodu i morza wygoniły z pokoju
brudny papierosowy dym. Wreszcie usiadła przy toaletce i sięgnęła po
fotografię ojca, który uśmiechał się do niej trochę łobuzersko zza szkła
ozdobnej srebrnej ramki. Ramon był bardzo przystojny - miał błyszczące
czarne włosy, oliwkową skórę, lśniące orzechowe oczy o szczerym,
inteligentnym spojrzeniu i duże usta, zdradzające poczucie humoru i naturalny urok. Federica przesunęła kciukiem po szkle i uchwyciła w nim
odbicie zamyślonej buzi. W obrazie swojej twarzy widziała tylko matkę,
jej bardzo jasne włosy, jasnoniebieskie oczy, jasnoróżowe wargi, jasną
skórę... Bardzo żałowała, że nie odziedziczyła ciemnej, włoskiej urody
ojca... Szkoda, że wziął ją po nim tylko Hal, który na pewno będzie równie
przystojny. Wszystkie dziewczynki w jej klasie były ciemne, tak jak Hal.
Kiedy matka zabierała ją do Valparaiso, ludzie gapili się na nią z zaciekawieniem, a se?ora Escobar, właścicielka baru kanapkowego za
rogiem, nazywała ją La Angelita (Aniołek) i za żadne skarby świata nie
chciała uwierzyć, że ludzka istota może mieć tak jasne włosy. Najlepsza
przyjaciółka Heleny, Lola Miguenes, postanowiła utlenić swoje czarne jak
noc włosy, ale w połowie eksperymentu zabrakło jej odwagi i teraz
chodziła z lokami koloru rdzawej dachówki, co zdaniem Federiki wyglądało
wyjątkowo paskudnie. Helena nie dbała o swój wygląd tak jak Chilijki,
które zawsze miały staranny manikiur, błyszczący lakier na długich
paznokciach, perfekcyjnie nałożoną szminkę i eleganckie stroje. Helena
krzątała się po domu z włosami byle jak upiętymi na czubku głowy i z papierosem zwisającym z kącika ust. Federica uważała, że matka umie być
śliczna, kiedy się postara. Sądząc po starych fotografiach, kiedyś
musiała być bardzo piękna, lecz ostatnio zupełnie się zaniedbała.
Federica nie traciła jednak nadziei, że matka zmobilizuje się teraz ze
względu na powrót ojca.
Helena wyszła z łazienki, spowita obłokiem pary. Jej twarz była
zaróżowiona, oczy lśniły. Federica wyciągnęła się na narzucie z białego
adamaszku i patrzyła, jak matka przygotowuje się na powrót męża. Helena
czuła zapach lawendy i dojrzałych pomarańczy, i postanowiła, że na razie
nie zapali następnego papierosa, żeby nie zepsuć wypracowanego przez
Federicę efektu. Miała wyrzuty sumienia. Federica była tak podniecona
jak koń w bramce startowej tuż przed wyścigiem, gdy tymczasem ona
oczekiwała przyjazdu Ramona z niepokojem, niechęcią i skrywaną
świadomością, że jest tylko kwestią czasu, kiedy zmobilizuje się i odejdzie od niego. Nakładając makijaż, obserwowała w lustrze Federicę,
która wcale nie podejrzewała, że na parę chwil stała się obiektem
zainteresowania matki. Dziewczynka wpatrywała się w okno, jakby sądziła,
że ojciec przybędzie statkiem, nie samochodem. Miała dziecinny, miękki
profil, lecz wyraz twarzy dorosłej kobiety. Pełne napięcia oczekiwanie,
co podkreślała pionowa zmarszczka między brwiami i drżące wargi,
świadczyło o świadomości całkowicie nieprzystającej do jej wieku.
Federica uwielbiała ojca, kochała go miłością wiernego psa, natomiast
Hal kochał matkę, która w głębi duszy uważała, że dużo bardziej
zasługuje na to uczucie.
Kiedy Helena była już gotowa, delikatnie umalowana i ubrana w obcisłe
białe spodnie i bawełnianą koszulkę, z jeszcze wilgotnymi włosami
splecionymi w wężowy warkocz, usiadła na łóżku obok córki i pogłaskała
jej policzek.
- Ślicznie wyglądasz, kochanie - powiedziała i z czułością pocałowała
niewinne czoło dziecka. - Po prostu prześlicznie, możesz mi wierzyć.
- Niedługo tu będzie, prawda? - zapytała cicho Federica.
- Tak, lada chwila - odparła, maskując drżenie głosu ze skutecznością
nabytą w wyniku wieloletniej praktyki.
Podniosła się i szybko zbiegła po schodach. Nie mogła zapalić w sypialni, bo Federica włożyła w jej uporządkowanie zbyt wiele wysiłku i miłości, ale musiała się zaciągnąć, i to już, natychmiast. W chwili, gdy
podeszwy jej espadryli dotknęły kafli posadzki w holu, drzwi wejściowe
otworzyły się i stanął w nich Ramon podobny do wielkiego czarnego wilka.
Helena gwałtownie wciągnęła powietrze i poczuła, jak jej żołądek kurczy
się boleśnie. Patrzyli na siebie, w milczeniu oceniając chłodną obcość,
która nieuchronnie narastała między nimi, gdy tylko znaleźli się w jednym pomieszczeniu.
- Fede, tatuś przyjechał! - zawołała Helena.
Jej twarz nie zmieniła wyrazu, lecz głos wibrował skrywanymi emocjami.
Ramon oderwał ciemnobrązowe oczy od kamiennych rysów żony i rozejrzał
się w poszukiwaniu córki. Federica zbiegała po schodach, przeskakując po
dwa stopnie i piszcząc z radości. Przemknęła obok matki i skoczyła
prosto w objęcia ojca, obejmując cienkimi ramionkami zarośniętą szyję,
przywierając policzkiem do obojczyka i wdychając ciężki, korzenny
zapach, który wyróżniał go spośród wszystkich innych ludzi.
Ramon pocałował ciepły policzek córki i podniósł ją wysoko, śmiejąc się
tak głośno, że poczuła wibracje, przebiegające przez jej ciało.
- Ach, więc tęskniłaś za mną! - wykrzyknął, okręcając ją dookoła siebie.
Federica otoczyła go nogami w pasie, aby nie spaść na ziemię.
- Tak, tatusiu! - Roześmiała się.
Ogarnęła ją fala wielkiego szczęścia i radości, chciało jej się śmiać i płakać jednocześnie. Właśnie wtedy do holu wbiegł Hal, spojrzał na ojca
i wybuchnął płaczem. Helena podbiegła do synka, w gruncie rzeczy bardzo
zadowolona z jego pojawienia się, które nieco rozładowało nieprzyjemną
dla niej atmosferę, wzięła go na ręce i pocałowała w mokry policzek.
- To tata, kochanie - rzekła, bezskutecznie usiłując nadać głosowi
radosne brzmienie. - Tatuś wrócił do domu...
Hal musiał wyczuć jej rozterkę, bo znowu zalał się łzami. Ramon postawił
córkę na ziemi i podszedł do syna, szlochającego w ramionach matki.
- To tylko tata, Halcito - odezwał się.
Uśmiechnął się szerokimi, dużymi ustami, lecz strach nie zniknął z dziecięcej buzi. Hal mocniej przytulił się do Heleny i odwrócił głowę.
- Przykro mi, Ramon - powiedziała sucho Helena.
Wyczuwała rozczarowanie męża, ale w głębi serca cieszyła się, że Hal
odrzucił go w tak jednoznaczny sposób. Miała ochotę powiedzieć Ramonowi,
że nie może oczekiwać miłości od swoich dzieci, jeżeli nie uczestniczy w ich życiu. W ostatniej chwili jej wzrok padł na rozpaloną miłością i podziwem twarz Federiki oraz jej pełne ufności oczy, i zrozumiała, że
nie jest to takie oczywiste. Tak czy inaczej, Ramon nie zasługiwał na
miłość córeczki.
- Mam dla ciebie prezent, Hal - oznajmił Ramon, sięgając po torbę i odpinając błyskawiczny zamek. - Naturalnie dla ciebie także, Fede -
dodał, gdy dziewczynka czule położyła rękę na jego plecach. - O, proszę,
to dla ciebie, Hal... - Ramon znalazł wreszcie obiecany prezent i podszedł
do synka, który szeroko otworzył oczy z radości na widok pomalowanego na
wesołe kolory drewnianego pociągu. - Pomyślałem sobie, że coś takiego na
pewno ci się przyda...
Hal natychmiast zapomniał o strachu i wyciągnął rączki po zabawkę.
- Zepsułam dzisiaj jego starą lokomotywę - powiedziała Helena, zmuszając
się do uśmiechu ze względu na dzieci. - Nie mogłeś dostać nowego pociągu
w lepszym momencie, prawda, Hal?
- Doskonale, bardzo się cieszę - odparł Ramon. Odwrócił się i podszedł
do podróżnej torby. - Zaraz, zaraz, gdzie jest twój prezent, Fede?
Przywiozłem ci coś naprawdę wyjątkowego...
Ramon zerknął w pełną radosnego oczekiwania twarz córki, pogładził jej
dłoń, która znowu spoczęła na jego ramieniu. Takie gesty były typowe dla
Federiki, to dziecko musiało nawiązać kontakt fizyczny, aby w pełni
odczuć bliskość drugiej osoby. Ramon zanurzył obie ręce w torbie
wypełnionej nie ubraniami, lecz notatnikami, sprzętem fotograficznym i upominkami z dalekich krajów. Wreszcie jego palce natrafiły na szorstki
papier. Wyciągnął pakunek, starając się nie stuknąć nim w metalowe
części statywów, aparatów i obiektywów.
- Proszę, kochanie. - Uśmiechnął się, wkładając paczuszkę w jej drżące
dłonie.
- Dziękuję, tatusiu! - Federica westchnęła z zachwytem i zaczęła
rozpakowywać prezent.
Hal pobiegł do dziecięcego pokoju, żeby pobawić się nowym pociągiem.
Helena zapaliła papierosa i zaciągnęła się nerwowo, oparta o poręcz
schodów.
- Jak się masz? - zapytał Ramon, nie zbliżając się do żony.
- W porządku, wszystko bez zmian - odparła chłodno.
- To dobrze.
Helena ze znużeniem przymknęła oczy.
- Musimy porozmawiać, Ramon.
- Nie teraz.
- To chyba oczywiste...
- Później.
Federica rozwinęła papier i odsłoniła prymitywnie wyrzeźbioną drewnianą
szkatułkę. Nie była ładna, nie wydawała się też zabawna. Dziewczynka
poczuła, że do oczu napływają jej gorące łzy, gardło ścisnęło się z rozczarowania. Nie dlatego, że zależało jej na ładniejszym prezencie,
wcale nie, nie była przecież chciwa czy rozpieszczona, lecz dlatego, że
podarunek, jaki ojciec przywiózł Halowi, był o wiele ładniejszy od tego.
W prezentach ojca dopatrywała się wyrazu jego miłości. Skoro więc nie
chciało mu się nawet poszukać dla niej czegoś przyjemnego, to
najwyraźniej nie kochał jej zbyt mocno...
- Dziękuję, tatusiu... - wykrztusiła, wstydliwie połykając łzy. - Bardzo
ładne...
Nie miała jednak siły walczyć z ogarniającymi ją uczuciami. Podniecenie,
z jakim czekała na ojca, było zbyt wielkie i teraz rozczarowanie
doprowadziło ją do łez, które szybko popłynęły po rozpalonych
policzkach.
- Fede, mi amor! - zdziwił się Ramon.
Chwycił córkę w ramiona, przyciągnął ją do siebie i pocałował mokrą
buzię.
- Ładne, naprawdę ładne... - powtórzyła, starając się okazać wdzięczność i nie chcąc go urazić.
- Otwórz ją! - szepnął jej do ucha.
Federica się zawahała.
- Śmiało, amorcita, otwórz!
Drżącą ręką podniosła wieczko. Mała szkatułka z zewnątrz wydawała się
mało atrakcyjna, co tu dużo mówić, po prostu brzydka, ale w środku
znajdowała się najpiękniejsza rzecz, jaką Federica kiedykolwiek
widziała. W dodatku po otworzeniu szkatułka wygrywała dziwną, cudownie
urokliwą melodię.
Rozdział drugi
Federica z zachwytem wpatrywała się w szkatułkę, której wnętrze wyłożone
było pięknie ciętymi kamykami mieniącymi się wszystkimi kolorami,
lśniącymi tak wspaniale, jakby każdy mały klejnot miał pulsujące własnym
światłem serce. Między kryształami nie było ani jednego kawałka drewna -
wydawało się, że szkatułka została wykonana z samych przejrzystych
kamieni. Można było odnieść wrażenie, że patrzy się na trzon
skrystalizowanej skały. Na dnie szkatułki drżały delikatne motyle
skrzydła, złożone z kawałków granatowych, jasnoniebieskozielonych jak
akwamaryna oraz bursztynowych. Efekt był tak niezwykły, że Federica
ostrożnie przyłożyła palec do powierzchni, pragnąc się przekonać, iż
rzeczywiście są to kamienie, a nie błyszczące krople wody z jakiegoś
zaczarowanego źródełka. Za sprawą dziwnego, opalizującego światła motyl
robił wrażenie gotowego do odlotu. Federica powoli poruszyła szkatułką,
pragnąc sprawdzić, skąd bierze się ten perłowy blask, i natychmiast
uległa czarowi magicznych poruszeń i drgnień motyla, który przy każdej
zmianie położenia mienił się coraz to nowymi barwami, od błękitów po
rozmaite odcienie różu, czerwieni i pomarańczowego. Dziewczynka
wstrzymała oddech i ustawiła szkatułkę prosto. Motyl odzyskał chłodną
barwę morza, lecz przy następnym poruszeniu znowu rozjarzył się ogniem.
- Och, jaki piękny... - Pociągnęła nosem, ani na chwilę nie odrywając
wzroku od swojej lśniącej szkatułki z klejnotami.
- Piękno nie zawsze widać na pierwszy rzut oka, Fede - powiedział cicho
Ramon, przytulając córkę.
Spojrzał na żonę, która nadal stała sztywno oparta o poręcz schodów,
wydmuchując w powietrze kłęby dymu jak rozwścieczony smok. Westchnęła ze
zniecierpliwieniem i potrząsnęła głową, a potem wyszła z holu na
korytarz, ciągnąc za sobą smugę dymu. Helena czuła, że musi powiedzieć
Ramonowi, iż nie zawsze będzie w stanie kupić sobie miłość córki za
prezent. Niestety, doskonale zdawała sobie sprawę, że mąż nie musi
kupować uczucia Federiki - miał je za darmo.
Ramon wyprostował się i oderwał wzrok od smużki papierosowego dymu,
którą, razem z pełną niezadowolenia atmosferą, zostawiła w holu jego
żona. Spojrzał na jaśniejącą radością buzię córki, całkowicie
nieświadomej wibrującego w powietrzu napięcia i uczucia zawodu. Otwartą
dłonią potarł nieogoloną twarz i brudne czarne włosy, które teraz
sięgały mu do ramion. Było gorąco. Chciał odetchnąć świeżym powietrzem i trochę popływać. Niecierpliwie czekał na powrót do domu, wielokrotnie
wyobrażał sobie tę chwilę, odgrywał ją i malował idealnymi barwami, lecz
gdy oto rzeczywiście wrócił do najbliższych, ogarnęło go pragnienie, by
znowu wyjechać. Dom zawsze wydawał mu się przyjemniejszym miejscem,
kiedy filtrował jego obraz przez szkiełko wzruszających wspomnień oraz
oczekiwań i nadziei, szkoda tylko, że czasami o tym zapominał.
- Chodź, Fede - powiedział. - Pójdziemy na plażę, tylko ty i ja, dobrze?
Weź ze sobą szkatułkę.
Federica zerwała się na równe nogi, tuląc swój skarb do chudziutkiej
piersi. Wzięła Ramona za rękę i oboje wyszli przed dom.
- A co z mamą i Halem? - zapytała, nieprzytomna z radości, że ojciec
wybrał ją, tylko ją, nikogo innego.
- Hal bawi się pociągiem, mama go pilnuje, a ja chciałbym spokojnie
opowiedzieć ci, jak znalazłem tę szkatułkę. Wiąże się z nią bardzo
smutna legenda. Wiem, że uwielbiasz takie historie...
- Uwielbiam twoje historie - sprostowała, podbiegając, aby dotrzymać mu
kroku.
Helena patrzyła bezradnie, jak mąż wychodzi z domu, zabierając ze sobą
przytłaczający ciężar swojej obecności. Nagle poczuła się oszukana,
jakby narastające w jej piersi napięcie okazało się jedynie wytworem
wyobraźni. Dom wydawał jej się dziwnie skarlały i skulony, kiedy
wypełniał go swą potężną sylwetką Ramon, a teraz oto niespodziewanie
odzyskał poprzednią wielkość. Przygryzła wargi, zawiedziona i roztrzęsiona. Jak on śmie nas opuszczać, pomyślała z goryczą. Jak śmie!
Dlaczego nie może chociaż na trochę zostać w domu, na miłość boską...
W południe słońce prażyło naprawdę mocno i nawet bryza znad oceanu nie
dawała trwałego orzeźwienia, tylko trochę chłodząc powietrze. Minęli dom
se?ory Baraca i jej psa, który na ich widok zaczął szarpać się na smyczy
i szczekać jak szalony. Federica opowiedziała ojcu, że biedny kundel
szczeka całymi dniami, ponieważ chciałby pobiegać, a w małym ogródku nie
ma dość miejsca.
- Wobec tego weźmy go na plażę - zaproponował.
- Naprawdę? - ucieszyła się. - Moglibyśmy?
Chwilę później z dumą patrzyła, jak ojciec dzwoni do drzwi se?ory
Baraca. Stanęli w cieniu migdałowca. Z drugiego końca ulicy dobiegały
odgłosy dziecięcych zabaw i dźwięcznego, głośnego śmiechu, podobnego do
pokrzykiwania ptaków na plaży. Federica wcale nie żałowała, że nie bawi
się razem z innymi dziećmi. Pragnęła tylko jednego - żeby ojciec tym
razem na dobre został w domu i już nigdy nie wyjeżdżał.
- Si? - rozległo się zza zamkniętych drzwi.
Głos był głęboki i gardłowy, przytłumiony przez zalegającą w krtani
flegmę.
- Nazywam się Ramon Campione, se?ora Baraca - odezwał się Ramon z pewnością siebie, która cechowała wszystkie jego poczynania.
Federica wyprostowała się, naśladując ojca, który zawsze chodził z wysoko podniesioną głową.
- Ramon Campione, coś takiego... - wymamrotała se?ora, otworzyła drzwi i stanęła na progu, podobna do skulonej wrony. Była stara, przygarbiona,
ubrana w czarną żałobną suknię, którą stale nosiła, chociaż jej mąż nie
żył już od ponad dziesięciu lat. - Myślałam, że jest pan gdzieś na
drugim końcu świata - zachrypiała.
- Właśnie wróciłem do domu - odparł Ramon łagodnym tonem, aby nie
przestraszyć staruszki. Federica mocno zacisnęła palce na jego dłoni. -
Moja córka bardzo chciałaby zabrać pani pieska na spacer po plaży. Mam
nadzieję, że nie ma pani nic przeciwko temu, aby sobie trochę pobiegał.
Stara kobieta klasnęła językiem o dziąsła, mocno wciągając policzki.
- Znam was, więc nie muszę się obawiać, że chcecie go ukraść -
powiedziała. - Może rzeczywiście ruch dobrze mu zrobi, kto wie... Jeżeli
się zmęczy, może wreszcie się zamknie. Jakimś cudem nie oszalałam dotąd
ze smutku, ale to zwierzę na pewno wykończy mnie szczekaniem...
- Zrobimy, co w naszej mocy - rzekł Ramon, posyłając starszej pani pełen
galanterii uśmiech. - Prawda, Fede?
Federica skuliła się u jego boku i nieśmiało spuściła oczy.
Powykrzywiane przez artretyzm palce se?ory Baraca niezgrabnie
odwiązywały smycz, włosy na jej podbródku w blasku słońca do złudzenia
przypominały pajęczynę. W końcu se?ora otworzyła furtkę i wręczyła
koniec smyczy Ramonowi. Pies przestał szczekać, zaczął natomiast skakać
jak piłeczka, prychając z entuzjazmem więźnia świeżo wypuszczonego na
wolność.
- Nazywa się Rasta - oświadczyła staruszka, biorąc się pod boki. -
Podarował mi go mój syn, zanim jeszcze zniknął na dobre. Poza tym
kundlem nikogo nie mam. Wolałabym syna, bo robił znacznie mniej hałasu...
- Przyprowadzimy Rastę przed lunchem - zapewnił Ramon.
- Jak pan chce, don Ramon - odrzekła i zamrugała powiekami z niezadowoleniem istoty nawykłej do życia w półmroku swojego smutku.
Ramon i Federica zeszli ze wzgórza w kierunku morza, raz po raz
podbiegając, aby dotrzymać kroku Raście, który skakał i pędził przodem.
Naprężał smycz, pragnąc obwąchać każdą bramę i słupek, każde drzewo i trawnik, i beztrosko podnosił nogę wszędzie tam, gdzie wyczuwał zapach
innego zwierzęcia. Rasta był wzruszająco szczęśliwy. Serce Federiki
wznosiło się wysoko na fali radości, kiedy przyglądała się, jak chudy
czarny kundelek przeżywa wolność, prawdopodobnie po raz pierwszy od
wielu miesięcy. Spojrzała na ojca i jej policzki zapłonęły z podziwu i uwielbienia. Jej tata potrafił zrobić wszystko, absolutnie wszystko.
Przeszli na drugą stronę drogi biegnącej wzdłuż wybrzeża i po wyłożonych
płytami schodach zbiegli na plażę Caleta Abarca. Brzegiem morza
spacerowało parę osób, małe dziecko bawiło się z psem, rzucając mu
piłeczkę w uderzające o piasek fale. Federica zdjęła sandały i zanurzyła
różowe palce stóp w miękki piasek, podobny do przesianej przez Lidię
mąki. Ramon przebrał się w kąpielówki, zostawił ubranie i skórzane
mokasyny pod okiem Federiki i poszedł obmyć zmęczone podróżą ciało w zimnym Pacyfiku. Federica patrzyła, jak biegł ku morzu razem z Rastą,
który z zachwytem skakał dookoła niego. Ramon był silny i owłosiony,
miał budowę ciała alpinisty lub wioślarza, lecz poruszał się z zaskakującą lekkością i wdziękiem. Jego wyobraźnia była głęboka i tajemnicza jak morze, pełne wraków i dawno temu zatopionych kontynentów.
Federica rosła na jego opowieściach; wiedziała, że to właśnie one w jakiś sposób łagodzą ból spowodowany długotrwałymi rozstaniami. Kiedy
wspominała rozmaite okresy swojego krótkiego życia, odkrywała, że
pamięta głównie wyprawy w głąb niezwykle płodnego umysłu ojca. Jej
pamięć rejestrowała przeżywane razem z Ramonem przygody, nie długie
miesiące rozstań. Teraz obserwowała, jak ojciec rozpryskuje wodę wokół
siebie i wniebowziętego Rasty. Słońce przeświecało przez czubki fal,
budziło błyski w jedwabistych włosach Ramona. Gdyby nie wiedziała, kogo
ma przed sobą, mogłaby wziąć go za rozbawioną fokę. Położyła szkatułkę
na kolanach i pogłaskała surowe drewniane wieczko. Zastanawiała się, do
kogo wcześniej należał ten skarb. Po plecach przeleciał jej przyjemny
dreszcz oczekiwania na kolejną czarodziejską historię. Otworzyła
szkatułkę, z zachwytem wsłuchując się w melodię małych dzwoneczków, i utkwiła spojrzenie w połyskujących klejnocikach, tworzących drżące
skrzydła motyla.
Po długiej kąpieli mokry Ramon usiadł obok Federiki na gorącym piasku,
aby wysuszyć się na słońcu. Rasta, który najwyraźniej nie chciał ani na
chwilę rezygnować z odzyskanej wolności, ganiał w górę i w dół plaży,
ścigając się z falami. Ramon czuł głębokie zadowolenie, że córce
spodobała się szkatułka. Federica zasługiwała na tę drobną radość. Co tu
dużo mówić, Helena miała rację - nie był dobrym ojcem. Dobrzy ojcowie
spędzali z dziećmi dużo czasu, najczęściej kosztem własnych spraw i rozrywek. On do nich nie należał, jego charakter wykluczał takie
ojcostwo. Był wędrowcem, włóczęgą. Jego matka często powtarzała, że
dzieci dają rodzicom dokładnie tyle, ile dają im rodzice. Tak czy
inaczej, jego postępowanie nie było chyba jednak do końca złe, bo
Federica kochała go i miłość ta znajdowała odbicie w każdym jej geście
czy wyrazie twarzy. Wbił wzrok w niebieskawy horyzont. Ciekawe, jak
długo tym razem wytrzyma w domu, zanim znajomy niepokój pokona jego
wątpliwości i wyrzuty sumienia i pogna go prosto w ramiona nowej
przygody...
- Opowiedz mi tę legendę, tato - poprosiła Federica.
Ramon usiadł wygodnie, posadził sobie córkę między nogami, otoczył jej
drobne ciało ramionami i oparł nieogolony policzek o jej głowę. Oboje
patrzyli na mozaikę z kryształów i słuchali cichego dźwięku dzwonków.
- Ta szkatułka należała kiedyś do pięknej inkaskiej księżniczki - zaczął
Ramon.
Federica westchnęła z zachwytem. Uwielbiała opowieści ojca. Przytuliła
się do niego, przeczuwając, że ta historia będzie zupełnie wyjątkowa. Na
okrytych żółtą sukienką kolanach trzymała otwartą szkatułkę i co chwilę
muskała palcami lśniące kamyki, przyglądając się, jak przy każdej
zmianie kąta padania światła pojawiają się wciąż nowe odcienie, zupełnie
jak za sprawą czarów.
- Księżniczka miała na imię Topahuay i mieszkała w pałacu w wiosce
Pisac, w Peru. Inkowie byli jedną ze starożytnych cywilizacji Ameryki
Południowej. Oddawali cześć słońcu, Inti, oraz panującemu cesarzowi,
Ince. Po cesarzu najwyższą pozycję w kraju zajmowali szlachetnie
urodzeni Inkowie Capas, prawdziwi potomkowie założyciela państwa, Manco
Capaca. Topahuay należała do jednego z tych arystokratycznych rodów,
zwanych panacas. Miała gładką brązową skórę, okrągłą, otwartą twarz,
bystre zielone oczy i długie czarne włosy, które splatała w sięgający
prawie do kostek warkocz. Ludzie podziwiali jej urodę i nie było takiego
młodego arystokraty, który nie pragnąłby poślubić Topahuay. Lecz
księżniczka zakochała się w człowieku niskiego rodu, należącym do klasy
yanakuna, klasy służących. Małżeństwo między członkami tych klas było
nie do pomyślenia. Mimo to Topahuay i Wanchuko kochali się tak mocno i żarliwie, że złamali prawa swego kraju i zaczęli się potajemnie
spotykać. Czasami Topahuay przebierała się za dziewczynę yanakuna i wtedy spacerowali spokojnie ulicami, trzymając się za ręce, a nawet
wymieniając pocałunki. W takich chwilach nie musieli się lękać
podejrzliwych spojrzeń krewnych księżniczki czy służących. Topahuay
miała zaledwie trzynaście lat. Może pomyślisz, że dziewczyna w tak
młodym wieku nie powinna jeszcze myśleć o małżeństwie, ale w tamtych
czasach trzynastolatka stała już na progu dojrzałości, nic więc
dziwnego, że rodzice Topahuay zaczęli rozglądać się za odpowiednim mężem
dla córki. Księżniczka czuła się więźniem świata ograniczonego zakazami
i nakazami kodeksu społecznego, świata, z którego nie było dla niej
drogi ucieczki. W głębi duszy wiedziała, że będzie musiała wyjść za
człowieka ze swojej sfery i na zawsze rozstać się z Wanchuko. Wanchuko
także był tego świadom, dlatego postanowił zrobić dla niej szkatułkę,
wyglądającą z zewnątrz tak zwyczajnie, żeby Topahuay mogła zabrać ją ze
sobą gdziekolwiek zechce, nie budząc niczyich podejrzeń. Szkatułka miała
jednak zawierać tajemne przesłanie, wiadomość, którą tylko Topahuay
mogłaby zobaczyć i odczytać, obraz, który przypominałby jej o miłości,
jaką darzył ją Wanchuko. Z tą właśnie myślą Wanchuko wykonał zwyczajną,
prostą drewnianą szkatułkę, tak zwyczajną, że prawie brzydką. Kiedy
pudełko było już gotowe, wyruszył na poszukiwanie najpiękniejszych
kamieni, jakie można znaleźć wśród wzgórz i w jaskiniach. Były to
kryształy i bardzo cenne kamienie, które Wanchuko odkrył na dnie
jeziora, błękitne i zielone, tak piękne, jakby powstały z samej wody.
Zgromadziwszy wszystkie potrzebne mu klejnoty, zamknął się w małym
pokoju i dzień w dzień od świtu do zmierzchu przycinał i kroił kamienie,
dopasowując je do obrazu, jaki pragnął stworzyć wewnątrz szkatułki.
Zrobił też znacznie mniejsze pudełko i umieścił w nim specjalny
mechanizm, dzięki któremu po otwarciu szkatułki rozlegała się dziwna,
urokliwa muzyka, przypominająca dźwięki malutkich dzwoneczków. Legenda
mówi, że to mniejsze pudełko było naprawdę czarodziejskie, stworzyła je
bowiem siła miłości młodego człowieka, która nie pochodziła z tego
świata. Podobno także za sprawą tej magii udało mu się dopasować
kamienie. Wanchuko nie użył kleju, kamienie trzymają się wyłącznie
dzięki idealnemu ułożeniu, jak mozaika, rozumiesz? Gdybyś wyjęła jeden,
wypadłyby wszystkie i motyl przestałby istnieć, więc chyba rzeczywiście
jego tworzeniu musiały towarzyszyć czary... Nie ma innego wytłumaczenia.
Motyl miał być symbolem urody Topahuay i jej szczególnej niewoli. Gdy
Wanchuko dał księżniczce szkatułkę, zapłakała srebrzystymi łzami.
Powiedziała, że żałuje, iż nie ma skrzydeł jak motyl, aby odfrunąć razem
z ukochanym. Wanchuko nie przeczuwał, że jego podarunek stanie się także
symbolem losu Topahuay. Motyle żyją tylko jeden dzień. Życie księżniczki
miało zostać gwałtownie przerwane. Imperium Inków stało u szczytu
potęgi. Było to największe i najsilniejsze państwo, jakie kiedykolwiek
istniało w Ameryce Południowej. Wkrótce wszystko miało się zmienić...
Do brzegów Peru przybyli Hiszpanie i podbili kraj. Był to jeden z najbardziej krwawych epizodów historii. I właśnie wtedy, gdy nadzieja
konała, a krew tysięcy Inków spływała obfitymi rzekami po zboczach gór w doliny, Indianie postanowili złożyć piękną, podziwianą przez wszystkich
Topahuay w ofierze bogu wojny, licząc, że ten przyjdzie im na ratunek.
Księżniczkę ubrano w szaty z najcieńszej, najdelikatniejszej wełny, jej
włosy zapleciono i przybrano stoma lśniącymi kryształami. Na głowie
umieszczono duży wachlarz z białych piór, który miał przenieść ją do
lepszego świata i odstraszyć demony, czyhające na drodze. Wanchuko nie
był w stanie uratować ukochanej. Bezradny i złamany rozpaczą, mógł tylko
patrzeć, jak Topahuay idzie wąską górską ścieżką, otoczona orszakiem
najwyższych kapłanów i dygnitarzy. Kiedy przechodziła obok niego, jej
duże zielone oczy spoczęły na nim z tak wielką miłością, że wokół jej
głowy zapłonęło światło nie z tego świata. Usta Wanchuko zadrżały.
Wyciągnął rękę i chwycił fałdę wełnianego płaszcza księżniczki, chcąc ją
zatrzymać. Niestety, było to niemożliwe. Orszak minął go i ruszył dalej,
coraz wyżej, w ramiona górskich mgieł. Wreszcie dotarli do mostu
łączącego ten świat z następnym, do mostu, który Topahuay miała
przekroczyć sama. Wanchuko poczuł, jak ogarnia go potężny gniew. Nie
mógł płakać i bał się pobiec za ukochaną. Tkwił bez ruchu, czekając,
pragnąc, aby wszystko się już skończyło. Rozprostował zaciśnięte palce i zobaczył, że na jego drżącej dłoni leży kawałek barwnej wełnianej
tkaniny. Chwilę później usłyszał krótki, przenikliwy krzyk. Podniósł
oczy na góry, których poszarpane, skaliste szczyty powtarzały echem
krzyk Topahuay. Kiedy ponownie spojrzał na swoją dłoń, kawałek materiału
przemienił się w cudownego motyla. Osłupiały Wanchuko patrzył, jak motyl
drży, jakby zaskoczony własną metamorfozą, a potem rozkłada kruche
skrzydła i odlatuje. Topahuay stała się motylem, chociaż wydawało się to
nieprawdopodobne. Jej duch był wolny...
Federica była głęboko wzruszona. Gorąca łza spłynęła powoli po jej
policzku na wargi, a stamtąd na szkatułkę, i zniknęła między
kryształami.
- Jak zdobyłeś szkatułkę, tatusiu? - zapytała szeptem, jakby obawiała
się, że dźwięk głosu zniszczy magiczny nastrój tej chwili.
- Znalazłem ją w wiosce o nazwie Puca Pucara. Rodzina Topahuay odzyskała
ją po pogrzebie księżniczki. Jej najbliżsi zabrali ją do swojej wioski i przechowali do czasu, gdy w okolicy pojawili się żądni krwi Hiszpanie.
Wtedy matka Topahuay, która od początku wiedziała, co kryje się w sercu
córki, dała ją Wanchuko i powiedziała mu, aby opuścił Peru i nie wracał,
dopóki nie będzie to bezpieczne. Tak więc Wanchuko wyjechał i wrócił
kilkadziesiąt lat później, już jako stary człowiek. Nigdy się nie
ożenił, ponieważ przysiągł, że jego serce będzie należało wyłącznie do
Topahuay. Samotnie wędrował po świecie, rozmyślając o ukochanej. Na
jawie i we śnie ciągle widział jej szczerą twarz i roześmiane oczy, i ten obraz niósł mu pociechę i pomagał przetrwać. Kiedy wrócił do Pisac,
nikogo tam nie rozpoznał. Jego bliscy i krewni Topahuay zostali
wymordowani przez najeźdźców. Śmierć nie uznaje podziałów społecznych,
więc wszyscy zginęli razem, rządzący i rządzeni. Zrozpaczony Wanchuko
poszedł w góry tą samą ścieżką, którą tamtego strasznego dnia podążała
Topahuay. Na szczycie, ku swemu zdumieniu, ujrzał drobną staruszkę,
która siedziała na trawie i wpatrywała się w dostojne górskie szczyty.
Gdy się zbliżył, zorientował się, że jest to siostra Topahuay, Topaquin.
Czas pomarszczył jej skórę i przygiął ciało do ziemi, ale przecież to
samo spotkało i jego. Topaquin także rozpoznała Wanchuko i poprosiła,
aby usiadł obok niej. Długo rozmawiali o Topahuay, jej krótkim,
tragicznie przerwanym życiu oraz niszczycielskiej hiszpańskiej armii,
która wdeptała w ziemię cywilizację Inków. Wanchuko dał Topaquin
szkatułkę i powiedział jej, że duch Topahuay tańczy w świetle kryształów
i śpiewa razem z dzwoneczkami. Potem położył się w miejscu, gdzie
brutalnie przerwana została nić życia Topahuay, i umarł. On także
przekroczył most łączący nasz świat z tamtym, nie był jednak sam -
towarzyszyła mu Topahuay, jej miłość prowadziła go, aby żadne zło nie
mogło go dotknąć... I tak szkatułka trafiła do Puca Pucara i została tam,
przekazywana kolejnym pokoleniom. Dała mi ją stara kobieta, która
powiedziała, że mnie przyda się ona znacznie bardziej niż jej. Owinęła
szkatułkę w szal i po prostu mi dała. Jestem przekonany, że szkatułka
jest bezcenna, podobnie jak ty, Fede. Szanuj ją, bo powstała z miłości i z miłością musi być przechowywana.
- Zawsze będę ją miała przy sobie, tato - odparła Federica, przepełniona
wdzięcznością i tak wzruszona, aż cała jej buzia pobladła. - Dziękuję
ci...
Ramon zerknął na zegarek. Federica siedziała jak zaczarowana, drżącą
ręką gładząc lśniącego motyla.
- Musimy wrócić na lunch - szepnął jej do ucha. - Gdzie Rasta? -
Parsknął śmiechem, rozglądając się po plaży.
Wstał, przeciągnął się leniwie i włożył zrzucone przed kąpielą rzeczy.
Federica niechętnie wstała. Zamknęła szkatułkę, wygładziła fałdy żółtej
sukienki i zawołała Rastę, który przybiegł po chwili z piłką w pysku,
mokry i nadal tryskający energią.
- Idziemy, Rasta - powiedziała, klepiąc się po udzie.
Pies podbiegł, położył piłkę na piasku u stóp dziewczynki i rzucił jej
wyczekujące spojrzenie. Federica potrząsnęła głową. Jakieś biedne
dziecko na pewno szuka teraz piłki, pomyślała, ujmując ją kciukiem i jednym palcem, żeby nie pobrudzić rąk. Rozejrzała się dookoła, ale w pobliżu nie było nikogo, kto wyglądałby na właściciela piłeczki.
- Co mam z nią zrobić, tato? - zapytała.
- Och, pozwól mu ją zatrzymać - odparł Ramon, wsuwając stopy w mokasyny.
- Biedny Rasta nie ma nic do zabawy, a tej piłki i tak nikt nie szuka.
Federica rzuciła piłkę daleko przed siebie. Pies pognał za nią z radosnym ujadaniem.
- Chodźmy do domu. - Ramon wziął córkę za rękę i pociągnął w stronę
schodów.
- To była wspaniała opowieść, tatusiu.
- Wiedziałem, że ci się spodoba.
- Bardzo mi się podobała, nie umiem nawet powiedzieć, jak bardzo... -
Westchnęła, przyciskając szkatułkę do piersi. - A szkatułka zawsze
będzie moim najcenniejszym skarbem...
Ramon szedł z córką w kierunku domu, pogrążony w niewesołych myślach.
Przeczucie podpowiadało mu, że Helena się poddała i nie chce dłużej
walczyć. Patrzyła na niego obojętnie i chłodno - nigdy dotąd nie widział
u niej takiego spojrzenia. Była zrezygnowana i smutna, jakby zdała sobie
sprawę, że z tej sytuacji nie ma dobrego wyjścia. Westchnął głęboko.
Federica myślami nadal była w Pisac, razem z Topahuay i Wanchuko, i w milczeniu szła u boku ojca.
Odprowadzili Rastę do se?ory Baraca, która nie kryła wdzięczności,
ponieważ pies już nie szczekał, lecz tylko dyszał ciężko i merdał
cieniutkim ogonkiem. Staruszka powiedziała, że Federica może go
wyprowadzać, kiedy zechce.
- Skoro cię nie ugryzł, to chyba cię lubi - rzekła bez uśmiechu, głośno
ssąc dziąsła.
- Mama mówi, że nie powinnam dotykać Rasty - wyznała dziewczynka, kiedy
wchodzili do domu. - Może być strasznie brudny, bo przecież nie wiadomo,
gdzie łaził...
- Teraz już wiemy, gdzie łaził. - Uśmiechnął się Ramon. - Tak czy
inaczej, lepiej słuchać mamy, więc nie zapomnij umyć rąk przed
jedzeniem.
- Razem z Lidią ugotowałam twoje ulubione danie - pochwaliła się z dumą.
Ramon błysnął zębami, które zalśniły biało na tle ciemnej skóry.
- Pastel de choclo? - zapytał.
Federica kiwnęła głową.
- Nie zasługuję na taką wspaniałą córkę...
- Ależ zasługujesz! - zaprotestowała radośnie. - Jesteś najlepszym ojcem
na świecie!
Ani na chwilę nie wypuszczając z ręki szkatułki, ścisnęła dłoń Ramona
tak mocno, że bez najmniejszego trudu uwierzył w szczerość jej słów.
Rozdział trzeci
Drzwi otworzyły się gwałtownie i stanęła w nich zaczerwieniona,
niespokojna Lidia.
- Don Ramon! - wykrzyknęła, przykładając rękę do szybko wznoszącego się
i opadającego obfitego biustu. - Se?ora Helena czeka z lunchem! Kazała
mi iść i poszukać was!
Ramon natychmiast rozbroił ją szerokim uśmiechem.
- Na szczęście już nie musisz, Lidio. Właśnie się znaleźliśmy. Podobno
na lunch jest pastel de choclo...
- Si, don Ramon - przytaknęła Lidia, zamykając drzwi i wchodząc za
nimi do kuchni. - Federica sama gotowała.
- Pachnie wspaniale! - Ramon wciągnął w nozdrza ciepły zapach cebuli. -
Nie zapomnij umyć rąk, Fede - dorzucił, sięgając po leżące obok zlewu
mydło.
Federica odpowiedziała mu porozumiewawczym uśmiechem, dokładnie umyła
ręce i pobiegła do salonu.
- Mamo! - zawołała, biegnąc w podskokach korytarzem. - Mamo!
Chciała jak najszybciej opowiedzieć matce legendę o swojej szkatułce.
Helena wyszła z pokoju zmęczona i wyraźnie rozdrażniona, z Halem na
rękach.
- Gdzie byliście, Fede? - zapytała i z roztargnieniem pogłaskała
potargane wiatrem włosy dziewczynki. - Hal umiera z głodu...
- Poszliśmy na plażę i zabraliśmy ze sobą psa se?ory Baraca, Rastę.
Biedak wreszcie przestał szczekać, wiesz? Okazało się, że po prostu
musiał się wybiegać. Tatuś pływał, a ja pilnowałam jego rzeczy. Rasta
też pływał. Potem tata opowiedział mi legendę.
- Jaką legendę? - Helena udała zaciekawienie, chcąc sprawić córce
przyjemność.
- Legendę o Topahuay i Wanchuko. Topahuay była inkaską księżniczką i ta
szkatułka została zrobiona specjalnie dla niej...
- Naprawdę? - Helena zdziwiła się cierpliwie. - To wspaniale...
Podniosła wzrok i spojrzała prosto w twarz męża, który właśnie wchodził
do jadalni. Pokój natychmiast wypełnił się aurą jego osobowości i napięciem, które razem z nim powróciło do domu. Popatrzyli na siebie z uprzejmym zainteresowaniem, jak zupełnie obcy ludzie, którzy widzą się
po raz pierwszy w życiu. Helena pierwsza odwróciła wzrok.
- Chcę siedzieć koło tatusia - oznajmiła Federica, wysuwając krzesło i zaborczo poklepując jego siedzenie.
- Siadaj, gdzie masz ochotę, skarbie - odparła Helena. - Mam nadzieję,
że umyłaś ręce?
- Och, tak! - zawołała Federica ze śmiechem. - Se?ora Baraca wygląda jak
czarownica, wiesz, mamo?
- To prawda. - Ramon zaśmiał się w nadziei, że żartobliwy ton rozmowy
rozładuje napięcie.
- Ale chyba nie rzuciła na was złego uroku? - zapytała Helena, ze
względu na dzieci udając rozbawienie.
W gardle i klatce piersiowej czuła bolesny ucisk. Była bardzo
zdenerwowana, nie miała siły odgrywać roli beztroskiej pani domu.
Chciała jak najszybciej porozmawiać z Ramonem na osobności. Musiała
zrzucić z siebie ciężar ponurych myśli i jakoś rozwiązać sytuację, w której się znaleźli. Nie mogła dalej tak żyć, nie było to zresztą dobre
dla żadnego z nich...
- Nie, skądże znowu! - powiedziała Federica. - Była bardzo wdzięczna, że
zabraliśmy jej psa na spacer.
- Chcę zobaczyć psa! - zapiszczał Hal, niecierpliwie kręcąc się na
krzesełku.
Lidia weszła do jadalni, niosąc misę z parującym pastel de choclo.
- Federica ugotowała je dla ciebie dziś rano - rzekła Helena.
Poprawiła Hala w foteliku i usiadła naprzeciwko męża.
- Słyszałem. - Ramon uśmiechnął się do córki. - Jesteś dla mnie bardzo
dobra, Fede.
- Też tak uważam - zauważyła sucho Helena. Miała ochotę dodać, że mąż
nie zasłużył na tę dobroć, ale w ostatniej chwili ugryzła się w język. -
Pracowała w kuchni cały ranek, prawda, Fede?
- Tata nie zaglądał jeszcze do swojego pokoju... - mruknęła nieśmiało
dziewczynka.
- Co zrobiłaś z moim pokojem, paskudna małpko?
- Sam się przekonaj! - zachichotała.
- Fede nazrywała dziś rano mnóstwo kwiatów - obwieścił wszem wobec
nielojalny Hal.
- Mamo, nie pozwól mu! - gniewnie zaprotestowała Federica.
- Jak sprawuje się twój pociąg, Hal? - zapytał Ramon, usiłując odwrócić
uwagę synka.
- Jest bardzo kolorowy i szybko jeździ. I robi tak: "Czu, czu, czu,
czuuu!".
Lidia postawiła przed chłopcem parujący talerz.
- Nie lubię kukurydzy! - pożalił się Hal, buntowniczym gestem splatając
ręce na brzuchu.
- Lubi kukurydzę, kłamczuch jeden! - wybuchnęła Federica. - Tylko udaje,
dlatego że to ja gotowałam!
- Nieprawda!
- Prawda!
- Nie!
- Tak!
- Wystarczy, dzieci - odezwał się Ramon zdecydowanym tonem. - Hal,
zjadaj wszystko, bo zaraz pójdziesz do swojego pokoju bez lunchu i bez
pociągu!
Hal zmarszczył brwi i wykrzywił się do siostry. Jego brązowe oczy pełne
były żalu i niechęci.
Ramon i Helena wiedzieli, że kiedy dzieci zamilkną, co było normalną
reakcją po kłótni, będą musieli rozmawiać oni, a na to nie mieli
najmniejszej ochoty. Nie chcieli zachowywać się wobec siebie z fałszywą
uprzejmością, jak para aktorów grających role w marnej sztuce. Ramon
pozwolił Federice opowiedzieć matce legendę o księżniczce Inków,
przerywając dziewczynce tylko wtedy, gdy prosiła go o pomoc lub
zapomniała o jakimś ważnym szczególe. Był zdumiony, że córka doskonale
zapamiętała całą historię. Helena słuchała uważnie i odwróciła się do
synka najwyżej dwa czy trzy razy, kiedy robił wszystko, żeby skupić na
sobie jej uwagę.
- Cudowna opowieść, kochanie - powiedziała, gdy Federica skończyła
mówić. - I ta czarodziejska szkatułka jest teraz twoja! Masz szczęście!
Nie dodała: "Tylko jej nie zgub!", co z pewnością zrobiłoby wiele matek,
ponieważ świetnie wiedziała, że Federica bardziej dba o swoje rzeczy niż
ona sama.
- Pomyślałem sobie, że moglibyśmy pojechać do Cachagua na jakieś dwa
tygodnie - zaproponował Ramon lekkim tonem, zupełnie jakby wszystko
układało się całkiem normalnie i jakby nie zauważył zmiany w zachowaniu
Heleny. - Spędzilibyśmy Boże Narodzenie z moimi rodzicami. Byliby
zachwyceni, że mogą pobyć z tobą i z dziećmi.
- Och, tak, mamo, pojedźmy do dziadków! - pisnęła Federica radośnie.
Dziewczynka bardzo lubiła wizyty u rodziców Ramona, w ich przytulnym,
miłym domu nad morzem. Helena żałowała, że mąż wystąpił z tą propozycją
w obecności dzieci. Powinni najpierw porozmawiać, Ramon nawet nie
zapytał jej o zdanie. Jeżeli teraz powie, że nie mogą jechać, Federica i Hal będą rozczarowani i rozżaleni. Nie chciała im tego robić... Hal
patrzył na nią błagalnie, z nadzieją w brązowych oczach.
- Tak, tak! - krzyknął, waląc widelcem w stół.
Hal także przepadał za dziadkami, którzy kupowali mu lody i zabierali na
przejażdżki na kucyku. Dziadek często czytał mu bajki i nosił na barana.
- Dobrze, pojedziemy do Cachagua - zgodziła się z westchnieniem. -
Ramon, po lunchu muszę z tobą porozmawiać. Nie znikaj gdzieś zaraz razem
z Fede, bardzo proszę.
Starała się mówić beztroskim tonem, żeby nie zmartwić dzieci. Wiedziała,
co chce powiedzieć Ramonowi i obawiała się, że może mimo woli zdradzić
się ze swoimi myślami.
- Nie zniknę - odparł, lekko marszcząc brwi.
W głosie Heleny było coś ostatecznego, co mu się zupełnie nie podobało.
Kobiety zawsze muszą wyjaśniać wszystko do końca, do bólu... Wszystko musi
być załatwione i rozwiązane. Helena była w tym mistrzynią. Nie umiała
poddać się biegowi spraw, by zobaczyć, co z tego wyniknie. Musiała
podejmować decyzje, formalizować je i obwieszczać, co postanowiła.
Po pierwszym daniu, za które Ramon podziękował córce, z czułością
całując ją w czoło, Federica pobiegła za Lidią do kuchni, aby dokończyć
przygotowywanie powitalnego tortu, merengon de lúcuma. W tym czasie
Helena i Ramon rozmawiali z Halem, gotowi zrobić wszystko, byle tylko
nie rozmawiać ze sobą. Zachwycony Hal natychmiast zaczął się popisywać i chętnie zaśpiewał piosenkę o osiołku, której nauczył się w przedszkolu.
Rodzice nie spuszczali z niego oczu, byle tylko nie patrzeć na siebie.
Wreszcie drzwi się otworzyły i do jadalni weszła Federica, niosąc biały
bezowy tort z jedną zapaloną świeczką. Hal z zapałem odśpiewał Happy
Birthday. Ramon i Helena roześmiali się. Napięcie, dławiące krtań i klatkę piersiową Heleny ustąpiło i przez chwilę mogła normalnie
oddychać.
Federica postawiła tort przed ojcem, który uroczyście zdmuchnął
świeczkę. Hal klasnął w dłonie i zachichotał, kiedy płomyk znowu się
pojawił, jak za sprawą czarów. Ramon udał zaskoczonego i jeszcze raz
zdmuchnął świecę. Po chwili cała sytuacja się powtórzyła. Dzieci pękały
ze śmiechu, przekonane, że ojciec naprawdę nie wie, co zrobić z niegasnącym płomieniem. W końcu Ramon zamoczył czubki palców w szklance
z wodą i zdusił knot.
- "Witamy w domu!" - głośno odczytał napis z brunatnego lukru, wykonany
jeszcze niezbyt pewną ręką Federiki na puszystej warstwie białego kremu.
- Dziękuję, Fede... - Przyciągnął córkę do siebie i pocałował ją w policzek.
Kiedy kroił tort, Federica siedziała na jego kolanach. Hal wyciągał
łyżeczkę w stronę tortu, aż wreszcie udało mu się ściągnąć odrobinę
kremu, który natychmiast oblizał, żeby nikt nie zdążył mu tego zabronić.
Helena udała, że niczego nie zauważyła. Była zbyt zmęczona, aby zużywać
resztkę energii na karcenie niesfornego dziecka. Musiała przecież
jeszcze porozmawiać z Ramonem.
Po lunchu Federica niechętnie wyprowadziła Hala do ogrodu, a rodzice
poszli na górę, żeby spokojnie porozmawiać. Zastanawiała się, czego ma
dotyczyć ta rozmowa. Była niezadowolona, że matka zajmuje ojcu czas.
Dziewczynka zabrała szkatułkę ze sobą, usiadła w cieniu drzewka
pomarańczowego i zaczęła powtarzać sobie w myśli opowiedzianą przez ojca
historię.
- Mogę obejrzeć twoją szkatułkę? - zapytał Hal, siadając obok siostry.
- Tak, tylko ostrożnie, żebyś czegoś nie zepsuł...
- Będę uważał - obiecał, biorąc puzderko z jej rąk. - Ojej, jest
śliczna! - zachwycił się.
- Tak. Dawno temu należała do księżniczki Inków.
- Kto to są Inkowie?
- To taka rasa ludzi, którzy kiedyś mieszkali w Peru - wyjaśniła
Federica.
- I co się stało z tą księżniczką?
- Nie słuchałeś, jak opowiadałam o tym przy stole? - Federica
uśmiechnęła się pobłażliwie.
- Słuchałem, ale chcę posłuchać jeszcze raz. Proszę cię, Fede...
- No, dobrze - zgodziła się. - Opowiem ci wszystko od początku, ale
słuchaj uważnie i nie przerywaj, bo przestanę!
- Nie przerwę ci ani razu - obiecał Hal i ziewnął.
Było bardzo gorąco, nawet w cieniu. Ciche bzyczenie pszczół, fruwających
nad kwietnikami, i odległy szum morza stanowiły przyjemne tło leniwych
godzin sjesty. Federica objęła Hala, który natychmiast przytulił się do
jej boku i oparł główkę na ramieniu.
- Dawno, dawno temu, w dalekim Peru... - zaczęła.
Hal zamknął oczy i przeniósł się w obcy, zupełnie inny świat.
Ramon wszedł za żoną na piętro. Oboje milczeli. Przyglądał się, jak szła
przed nim korytarzem, przygarbiona, ze spuszczoną głową. Gdy zbliżali
się do jego pokoju, uchwycił w powietrzu zapach lawendy, który zawsze
przypominał mu matkę i dom rodziców w Cachagua. Helena odgadła chyba, o czym myślał, bo wyjaśniła, że to Federica włożyła między pościel gałązki
świeżej lawendy z ogrodu.
Starannie wywietrzony pokój pachniał nie tylko lawendą, ale także
pomarańczami i różami. Rozejrzał się po sypialni, którą dzielił z żoną
przez większą część trwającego dwanaście lat małżeństwa. Nie potrafił
wzbudzić w sobie przekonania, że oto wrócił do siebie. Mimo wysiłków
Federiki był to pokój jego żony, a jej zimny sposób bycia wyraźnie mówił
mu, że nie jest tu mile widziany.
Postawił walizkę na podłodze i usiadł na brzegu łóżka. Helena podeszła
do okna i popatrzyła na morze.
- Więc o czym chcesz porozmawiać? - zapytał, chociaż dobrze znał
odpowiedź.
- O nas - odparła sucho.
- To znaczy?
- Wiele się zmieniło, nie wydaje ci się?
- Wiele, to prawda.
- Mam dosyć udawania przed dziećmi, że wszystko jest w porządku. Nic nie
jest w porządku. Nie jestem szczęśliwa. Ty ciągle jeździsz po świecie,
piszesz swoje opowiadania i żyjesz jak Cygan, więc może odbierasz to
inaczej, ale ja tkwię sama w domu, bez ciebie, bez żadnego wsparcia...
Sama wychowuję nasze dzieci... - Helena poczuła, że w jej skroniach
zaczyna pulsować tępy ból.
- Przecież wiedziałaś, że właśnie tak wygląda moje życie. - Ramon
pokręcił głową i ściągnął brwi. - Nie miałaś wobec mnie żadnych
oczekiwań, w każdym razie tak mówiłaś. Dałaś mi wolność, bo rozumiałaś,
że bez niej nie będę mógł normalnie funkcjonować.
- Wiem, rzeczywiście tak było, ale wtedy nie zdawałam sobie sprawy, jak
to naprawdę będzie. Na początku podróżowaliśmy razem i było wspaniale,
jak w dobrym śnie. Kochałam nasze podróże i kochałam ciebie, lecz teraz...
- Helena zawiesiła głos.
- Teraz? - powtórzył ze smutkiem.
- Teraz już cię nie kocham. - Helena odwróciła się i spojrzała na męża.
Dostrzegła wyraz bólu, który przemknął przez jego twarz. - Miłość wymaga
pielęgnacji, Ramonie - dodała pospiesznie. - Nie wolno zostawiać jej
samej sobie, bo wtedy niszczeje w zaniedbaniu. Kiedyś bardzo cię
kochałam, ale teraz po prostu cię nie znam i chyba już nie rozpoznałabym
naszej miłości. Wiem jedno - jestem zmęczona samotnością, mam jej dosyć,
a ty ciągle zostawiasz mnie samą, na całe miesiące. I zawsze tak będzie...
Po policzkach Heleny popłynęły łzy, jedna za drugą, jedna za drugą, aż w końcu uformowały się z nich dwa cienkie strumyczki rozpaczy i żalu.
- Wobec tego, co chcesz zrobić? - zapytał.
Podeszła powoli i przysiadła obok niego.
- Gdybyś bał się mnie stracić, zostałbyś i pisał tutaj. Zmieniłbyś się
dla mnie, ale nie zrobisz tego, prawda?
Długą chwilę zastanawiał się, jak odpowiedzieć na to pytanie, lecz
najwyraźniej jego milczenie rozwiało jej wątpliwości.
- Kochasz mnie, Ramonie?
Jego błyszczące oczy patrzyły na nią ze smutkiem.
- Tak, kocham cię, kocham cię tak, jak umiem, Heleno. Nadal cię kocham,
ale to uczucie nie wystarczy, abym się zmienił. Gdym został tu z tobą i z dziećmi, usechłbym. Tak, usechłbym jak roślina na pustyni, nie
rozumiesz? Nie chcę stracić ani ciebie, ani dzieci, lecz nie potrafię
się zmienić... - Pokręcił głową. - Wracam do domu i już po pół godzinie
zaczynam się zastanawiać, kiedy będę mógł wyjechać. Przykro mi...
Milczeli. Helena płakała z ulgi, że w końcu wyrzuciła z siebie dręczące
ją uczucia. Napięcie znikło, ból głowy ustępował. Ramon nie wiedział, co
robić. Nie chciał jej stracić, była bezpiecznym portem, do którego lubił
wracać. Lubił myśl, że ma dom, do którego w każdej chwili może
przyjechać. Rzadko korzystał z tej możliwości, ale sama świadomość
rozgrzewała mu serce. Kochał dzieci, chociaż nie wyobrażał sobie, aby
mógł się nimi zajmować codziennie, dzień po dniu, jak to w życiu... Nie
był ani wzorowym mężem, ani ojcem.
- Co teraz? - zapytał po chwili.
- Chcę wrócić do domu. - Helena wstała i znowu podeszła do okna.
- Do Anglii?
- Tak.
- Ale to drugi koniec świata!
- Nie rozumiem, dlaczego miałoby ci to przeszkadzać. Sam zawsze jesteś
na drugim końcu świata i nie zamierzasz tego zmienić. Co za różnica,
gdzie będziemy? Ty i tak będziesz na innym kontynencie.
- A dzieci?
- Pójdą do szkoły w Anglii. Zamieszkamy w Kornwalii, z moimi rodzicami...
- Nagle podbiegła i uklękła u jego stóp. - Proszę cię, Ramonie, pozwól
mi zabrać dzieci do kraju... Nie chcę tu dłużej mieszkać, nie w takiej
sytuacji... Bez ciebie to wszystko nie ma dla mnie sensu, rozumiesz? Nie
czuję się u siebie. Chciałam, żeby tak było, i naprawdę się starałam,
ale teraz chcę wracać do domu...
- Co im powiesz?
- Że jedziemy do domu. Że będziesz przyjeżdżał i odwiedzał nas, tak samo
jak zawsze. Że zamieszkamy w innym kraju, to wszystko. Oboje są jeszcze
mali, przystosują się. - Popatrzyła na niego błagalnie. - Proszę cię,
Ramonie...
- Chcesz wziąć rozwód? - zapytał beznamiętnie.
- Nie - odpowiedziała szybko. - Nie, nie chcę rozwodu.
- Wystarczy ci separacja?
- Tak.
- Co potem?
- Nic. - Spuściła głowę. - Nic. Chcę tylko zakończyć tę sytuację, nic
więcej.
Przeczucie go nie myliło - postanowiła go zostawić. Potrzebowała jego
zgody, żeby wywieźć dzieci z kraju, a on nie zamierzał jej tego
odmawiać. Jakżeby mógł? Bywał tak rzadko w domu, że Federica i Hal byli
w większym stopniu jej dziećmi niż jego. I miała rację - wszystko jedno,
gdzie zamieszkają, bo on i tak będzie oddalony od nich o parę tysięcy
kilometrów. Zawsze. No, prawie zawsze...
- Dobrze, możesz zabrać dzieci do Anglii - zgodził się ze smutkiem. -
Ale najpierw chcę zawieźć je do moich rodziców, do Cachagua. Chcę, żeby
miały prawdziwe rodzinne Boże Narodzenie i żeby tak mnie zapamiętały...
- Będziesz przyjeżdżał i odwiedzał nas, prawda? - wyszeptała, ponieważ
głos zachrypł jej ze zdenerwowania i emocji.
Niespokojnie szukała odpowiedzi w jego oczach, pełna obaw, że jej
decyzja wpłynie na jego stosunek do dzieci i skłoni go do zniknięcia z ich życia.
- Oczywiście - odparł, potrząsając głową.
- Dzieci będą za tobą strasznie tęskniły. Nie możesz ich opuścić,
Ramonie, one cię potrzebują...
- Wiem.
- Nie karz ich za moje czyny. To wszystko dotyczy nas, nie ich.
- Wiem.
- Fede cię kocha, Hal także. Nie wyobrażam sobie, jak mogłabym żyć,
gdybyś zostawił ich z mojego powodu, przeze mnie. - Usiadła,
wyprostowała się. - Nie odejdę, jeżeli miałoby to oznaczać, że pozbawiam
dzieci ojca. Jestem gotowa poświęcić swoje szczęście dla ich dobra...
Zaczęła szlochać. Ramon nie potrafił wyzwolić się z poczucia zagubienia.
Pogładził jej jasne włosy.
- Nie opuszczę ich, Heleno - obiecał.
Spojrzała na niego szklistymi oczami.
- Dziękuję...
Nagle jego wargi spoczęły na jej ustach. Ich ciała podświadomie
buntowały się przeciwko chłodnej obojętności umysłów. Zdzierali z siebie
ubrania jak konające z pragnienia zwierzęta, drapiące ziemię pazurami w poszukiwaniu wody. Helena czuła ostry dotyk jego zarostu na policzkach i szyi oraz delikatną miękkość warg i dziąseł. Podczas wielu miesięcy jego
nieobecności wyobrażała sobie, jak kocha się z innymi mężczyznami, lecz
nigdy nie zdradziła Ramona. Nie brakowało jej po temu możliwości,
odrzucała jednak wszystkie z bardzo prostego powodu - była żoną Ramona
Campione, nawet jeżeli tylko z nazwiska. Teraz poddała się dotykowi
mężczyzny, chociaż w gruncie rzeczy czuła dla niego tylko wdzięczność.
Mogłoby się wydawać, że w tych gorących, intymnych chwilach oboje
uwierzyli, iż ich miłość zapłonęła od nowa, Helena wiedziała jednak, że
rozkosz seksualna żyje tylko chwilę, jest mirażem. Zamknęła oczy,
odcinając się od smutnej rzeczywistości swojej sytuacji i pozwoliła
sobie na przyjemne doznania pod dotykiem jego dłoni, które odkrywały
najbardziej sekretne zakamarki jej ciała nie mniej żarliwie niż za
pierwszym razem.
Minęło wiele miesięcy od chwili, gdy przeżyli ostatnie zjednoczenie w rozkoszy. Oboje zdążyli już zapomnieć tajemnice swoich ciał. Palce
Heleny sunęły wzdłuż kręgosłupa Ramona i pieściły jego ramiona zupełnie
tak samo, jak wtedy gdy jeszcze kierowała nimi miłość. Przebiegała
językiem po jego skórze, delektowała się smakiem morza i mężczyzny.
Kiedy ją całował, otworzyła oczy i zobaczyła, że jego powieki są mocno
zaciśnięte. Zaczęła zastanawiać się, o kim marzy i czy podczas swoich
podróży miał wiele okazji, żeby ją zdradzić. Nie chciała wiedzieć.
Wreszcie Ramon wszedł w nią, rozbudzając jej pożądanie, uśpione, może
nawet zamrożone, i przestała myśleć o innych kobietach. Oboje zapomnieli
o sobie, kiedy tak poruszali się rytmicznie, jak wielkie, rzucające się
niespokojnie zwierzę. Z ich gardeł wyrywały się nieprzytomne jęki i westchnienia, wibrujące głęboko w brzuchach. Później, gdy padli na łóżko
obok siebie, spoceni i wyczerpani, czując podniecający zapach potu,
zmieszany z aromatem lawendy i róży, patrzyli w sufit i każde z nich
zastanawiało się, dlaczego pozwolili ponieść się zmysłom.
Helena była zbyt zażenowana, aby spojrzeć Ramonowi w oczy. Wstydliwie
okryła ciało narzutą, zaraz jednak uświadomiła sobie, jak śmieszny jest
ten gest w sytuacji, gdy oboje przed chwilą kosztowali intymnej
rozkoszy. Otworzyła szufladę nocnego stolika i poszperała w niej w poszukiwaniu papierosów. W końcu znalazła jednego, zapaliła drżącą ręką
i zaciągnęła się chciwie. Jakie to dziwne, że przeżywamy chwile
największej bliskości, a parę sekund później leżymy obok siebie dalecy i obojętni. Zerknęła na Ramona i odwróciła się twarzą do niego.
- To było przyjemne - odezwał się.
- Tak - odparła sztywno.
- Nie żałuj tego, Heleno. Nie ma nic złego w tym, że przeżywamy cielesne
przyjemności, nawet jeżeli nie czujemy do siebie nic poza fizycznym
pożądaniem.
Zaciągnęła się jeszcze raz.
- Nie żałuję.
W głębi serca nie była jednak pewna, czy rzeczywiście nie żałuje. Czy
naprawdę kochała się bez miłości? Pospiesznie odsunęła tę myśl od
siebie, zresztą teraz nie miało to już znaczenia. Wracała do domu.
Rozdział czwarty
Ramon obserwował, jak żona ubiera się w pogrążonej w półmroku sypialni.
Żadne nie miało ochoty się odzywać. Zapach papierosów przyćmił aromat
lawendy, którą Federica wsunęła między pościel, i kwiatów z ogrodu,
które z miłością zerwała wcześnie rano i w błękitnym wazoniku postawiła
na jego stoliku. Skłębiona, wilgotna pościel na łóżku była wszystkim, co
pozostało po ich wybuchu namiętności. Zastanawiał się, czy jest to
również wszystko, co zostało z miłości, jaka ich kiedyś łączyła. Nagle z ogrodu dobiegł czysty, miękki głos Federiki, śpiewający jakąś melodyjną
piosenkę. I wtedy dotarło do niego, że to dzieci są fizycznym
wizerunkiem miłości, którą kiedyś z radością się obdarzali, i zadrżał na
myśl, że będzie musiał obyć się bez nich.
Ciało Heleny nadal było jędrne i smukłe. Promieniało perłową bladością,
która wydała mu się tak pociągająca, kiedy poznali się dwanaście lat
wcześniej. Jego żona miała teraz trzydzieści lat i była za młoda, by żyć
bez rozgrzewającego podziwu kochającego ją i pragnącego się nią
opiekować mężczyzny. Kiedy znalazł ją na zimnej kornwalijskiej plaży,
była dziewczyną gotową poświęcić wszystko, byle żyć blisko niego. Razem
podróżowali po świecie, połączeni jego żądzą przygód i jej pragnieniem
bycia kochaną. I wszystko było dobrze, dopóki nie rozdzieliła ich
codzienność... Przyglądał się, jak Helena czesze długie jasne włosy i upina na czubku głowy. Wolał, gdy nosiła je rozpuszczone. Dawniej
sięgały aż do pasa... Wplatał w nie kwiaty jaśminu... Byla wtedy urzekająco
piękna... Teraz wyglądała na zmęczoną, a rozczarowania pozbawiły jej twarz
koloru. Blada cera, kiedyś tak fascynująca, wydawała się martwa jak
wysychająca studnia w okresie suszy. Jeżeli nie pozwoli jej odejść, nie
zostanie w niej nawet cień życia...
Przyłapała jego spojrzenie w lustrze, lecz nie uśmiechnęła się, jak
zrobiłaby to parę lat temu.
- Kiedy chcesz jechać do Cachagua? - zapytała.
- Jutro. Zadzwonię do rodziców i uprzedzę ich o naszym przyjeździe.
- Co im powiesz?
- O nas?
- Tak.
Westchnął i usiadł.
- Jeszcze nie wiem.
- Pomyślą, że jestem bez serca... - powiedziała drżącym głosem. - Będą
mnie winić za to, co się stało...
- Na pewno nie. Znają mnie lepiej, niż sądzisz.
- Mam wyrzuty sumienia... - Utkwiła niespokojne spojrzenie w swoim
odbiciu.
- Podjęłaś decyzję, to wszystko. - Wzruszył ramionami i podniósł się z łóżka.
Helena chciała, żeby błagał ją, aby została. Miała nadzieję, że padnie
na kolana i obieca się zmienić, bo przecież tak postąpiłoby wielu
mężczyzn. Niestety, Ramon nie był do nich podobny. Był wyjątkowy, inny,
jedyny w swoim rodzaju i właśnie dlatego kiedyś się w nim zakochała.
Potrzebował tylko powietrza, by oddychać, wzroku, by podziwiać wspaniałe
miejsca, które odwiedzał, i pióra, by utrwalać wrażenia na papierze. Nie
potrzebował jej miłości, lecz ona dała mu ją, żądając w zamian tylko
akceptacji. Nie przewidziała, że kiedyś będzie chciała czegoś więcej, bo
takie pragnienie wynika z ludzkiej natury. Zdobywszy jego miłość,
zapragnęła pozbawić go wolności, ale on nie zamierzał jej oddać, ani
wtedy, ani dziś. Nie potrafiła przykuć go do siebie, cóż, równie dobrze
mogłaby schwytać chmurę... Powinna była wiedzieć, że Ramon nigdy się nie
zmieni, że nadejdzie czas, gdy zostanie sama, bo jego dusza należy do
świata, a ona nie będzie już miała siły o nią walczyć. Nadal chciała
jednak, żeby on walczył o nią. Jak miała uwierzyć, że ciągle ją kocha,
skoro nie chciał o nią walczyć? Sprawił, że czuła się zupełnie
bezwartościowa.
Wyszła do ogrodu, mrużąc oczy w białym blasku słońca. Hal spał w cieniu
pomarańczy, a Federica siedziała na huśtawce i śpiewała cicho. Helena
wiedziała, że Federica nie będzie chciała wyjeżdżać z Vi?a, lecz dużo
bardziej zaboli ją rozstanie rodziców... Długą chwilę przyglądała się
córeczce, zupełnie nieświadomej mrocznego cienia, jaki padł na jej
doskonały dzień. Na widok stojącej w drzwiach matki dziewczynka
zeskoczyła z huśtawki, podniosła z trawy swoją czarodziejską szkatułkę i podbiegła do Heleny.
- Skończyłaś już rozmawiać z tatą? - zapytała.
- Tak, skarbie. Jutro jedziemy do Cachagua. - Helena wiedziała, że
perspektywa dłuższego pobytu u dziadków uszczęśliwi małą.
Federica uśmiechnęła się szeroko.
- Opowiedziałam Halowi historię inkaskiej księżniczki. - Roześmiała się
cicho. - Zasnął, widzisz?
Hal leżał na plecach, z ramionami i nogami rozrzuconymi w miłym
bezwładzie. Mała klatka piersiowa wznosiła się i opadała, poruszana
łagodnym oddechem.
- Nie budźmy go... - powiedziała Helena, z czułością obserwując synka.
Hal był bardzo podobny do ojca. Miał ciemne włosy i kasztanowe oczy
Ramona, na szczęście pozbawione irytującego wyrazu samowystarczalności.
Federica zawsze dobrze znosiła samotność i nawet ją lubiła, natomiast
Hal wymagał stałej uwagi. Był tą częścią Ramona, jaką kochała i jaką
udało jej się zatrzymać. Hal potrzebował jej miłości i bliskości i sam
kochał ją bezwarunkowo i bezgranicznie.
Federica wpadła do domu. Znalazła ojca w salonie. Siedział w fotelu i rozmawiał przez telefon po hiszpańsku. Podeszła, ściskając w ręku
szkatułkę, i przysiadła na poręczy. Czekała, aż skończy, żeby wreszcie
móc się do niego odezwać. Nagle zdała sobie sprawę, że ojciec rozmawia z babcią.
- Powiedz abuelicie o mojej szkatułce! - Z podnieceniem pociągnęła go
za rękaw.
- Sama jej powiedz - rzeki Ramon, podsuwając jej słuchawkę.
- Abuelita, tatuś kupił mi szkatułkę, która kiedyś należała do
księżniczki Inków... Tak, tak, do najprawdziwszej księżniczki... Jasne,
jutro wszystko ci opowiem... Ja też... Całuję cię mocno, yo también te
quiero - zakończyła i pocałowała mikrofon z głośnym cmoknięciem.
Ramon uśmiechnął się z rozbawieniem.
- Przyjedziemy jutro przed lunchem - obiecał matce, pożegnał się i odłożył słuchawkę. - No, dobrze, co będziemy teraz robić, Fede?
- Nie wiem - odparła, robiąc zabawną minę.
Była przekonana, że ojciec jak zwykle ma jakiś plan w zanadrzu.
- Pojedźmy do miasta - zaproponował. - Kupimy prezent dla babci, co ty
na to?
- I sok dla mnie?
- Sok i kanapkę palta - zgodził się, wstając z fotela. - Poszukaj mamy
i powiedz jej, że wrócimy na podwieczorek.
Mariana Campione odłożyła słuchawkę. Jej mąż, Ignacio, leżał w hamaku na
tarasie, pogrążony w lekturze, z okrągłymi okularami na grzbiecie
wąskiego, szlachetnego nosa i w kapeluszu panama, zsuniętym nisko na
krzaczaste brwi, i z pewnością nie życzył sobie, aby zakłócać mu spokój,
ale sytuacja była wyjątkowa.
- Nacho, Ramon wrócił i jutro przyjedzie do nas z rodziną! - oznajmiła z radością.
Ignacio spokojnie przewrócił kartkę. Mariana, tęga, mocno zbudowana
kobieta o lśniących jak srebro siwych włosach i miłej, otwartej twarzy,
wyszła na taras i zbliżyła się do hamaka zawieszonego w cieniu
rozłożystej akacji.
- Mi amor, słyszałeś, co mówiłam? Ramon wrócił do domu. Jutro wszyscy
czworo przyjadą nas odwiedzić - powtórzyła, zarumieniona z podniecenia.
- Słyszałem, kobieto - mruknął Ignacio, nie odrywając wzroku od książki.
- Nacho, nie zasługujesz na wnuki. - Mariana z uśmiechem pokręciła
głową.
- Ramon znika na całe miesiące i nawet nie pisze! Co z niego za
człowiek, że tak źle traktuje swoją rodzinę... Mówiłem ci już, że moim
zdaniem Helena w końcu straci do niego cierpliwość. Ja przestałem się
nim przejmować wiele lat temu, a przecież nie jestem jego żoną! -
Ignacio zdecydowanym tonem wyraził swoje oburzenie i zerknął na żonę
znad książki, aby sprawdzić jej reakcję.
- Nie mów tak - skarciła go łagodnie. - Helena jest dobrą żoną i matką,
oddaną i lojalną. Nie twierdzę, że to dobrze, iż stale zostawia ją samą,
ale wydaje mi się, że Helena go rozumie. No i na szczęście nie należy do
tych bardzo nowoczesnych kobiet... Tak się cieszę, że przyjeżdżają... - Dużą
twarz Mariany rozjaśnił serdeczny uśmiech.
- Jak długo zostaną? - zapytał.
- Nie wiem. Ramon nie mówił, ile czasu z nami spędzą.
- Tak czy inaczej, powinniśmy być mu wdzięczni, prawda? - parsknął
sarkastycznie. - Spośród naszych ośmiorga dzieci właśnie Ramona widujemy
najrzadziej, więc każda jego wizyta staje się sensacyjnym wydarzeniem...
- Jesteś rozżalony i...
- Na miłość boską, Mariano, Ramon ma czterdzieści jeden lat, czy coś
koło tego! Najwyższy czas, żeby dorósł i wziął na siebie jakąś
odpowiedzialność, zanim wszystko straci! Jeżeli jego nienaturalnie
cierpliwa żona w końcu go zostawi, sam będzie sobie winny! Gdyby do tego
doszło, możesz być pewna, że w stu procentach opowiem się po stronie
Heleny!
Mariana roześmiała się i wycofała do chłodnego domu. Słyszała argumenty
męża tyle razy, że znała je już na pamięć. Ramon to wolny,
nieposkromiony duch, pomyślała, zmierzając do kuchni, aby poinformować
młodą pokojówkę, Estellę, o przyjeździe gości. Helena z pewnością go
rozumiała, podobnie jak ona. Ramon miał wielki talent i byłoby błędem
ograniczać go i przytłaczać. Mariana wielokrotnie czytała wszystkie jego
książki i artykuły i była niezwykle dumna, gdy inni mówili, że cenią
jego pracę. Ramon cieszył się wielką popularnością i uznaniem w Chile, i zdaniem matki w pełni na to zasługiwał.
- Jestem jego matką, więc oczywiście chcę widzieć w nim wszystko, co
najlepsze, ale trzeba przyznać, że Ramon naprawdę świetnie pisze -
mawiała do męża.
Estella obudziła się po sjeście i właśnie zabrała się do krojenia warzyw
na kolację, kiedy do kuchni weszła Mariana. Podobnie jak w większości
zamożnych chilijskich domów, kuchnia stanowiła część mieszkania
pokojówki, razem z przeznaczoną dla niej sypialnią i łazienką, zwykle z tyłu domu. Estella była nową służącą. Po śmierci Consueli, która
pracowała w domu Mariany i Ignacia dwadzieścia lat, mieli szczęście, że
przyjaciele polecili im Estellę, dziewczynę z pobliskiej wioski,
Zapallar. Mariana od razu ją polubiła. W ostatnich latach Consuela była
już za stara, żeby porządnie sprzątać, i zbyt zgorzkniała, aby smacznie
gotować, natomiast Estella od pierwszego dnia z entuzjazmem zabrała się
do szorowania, zamiatania, polerowania i wietrzenia. Wszystko to robiła
z energią młodości i uśmiechem - wyrazem jej miłego usposobienia i pragnienia dogadzania innym. Była uprzejma, dyskretna i szybko się
uczyła, co przy skłonności do zniecierpliwienia i pedantyzmie Ignacia
okazało się niesłychanie ważne.
- Estello, mój syn Ramon przyjeżdża jutro w porze lunchu z żoną i dwojgiem małych dzieci. Proszę cię, przygotuj dla nich błękitny gościnny
apartament i sąsiedni pokój. Ramon nie cierpi ciasnoty. Dzieci mogą spać
w jednym pokoju, dla nich będzie to przygoda.
- Si, se?ora Mariana - odpowiedziała posłusznie Estella, starając się
ukryć podniecenie.
Dużo słyszała o Ramonie Campione, często widywała jego zdjęcia w prasie
i nawet czytała kilka artykułów. Poetyckie opisy poruszyły jej serce i od chwili, gdy dowiedziała się, kim są jej nowi pracodawcy, zapragnęła
go poznać. Lubiła chodzić po domu i przyglądać się stojącym na stolikach
i biurkach fotografiom. Ramon był bardzo przystojny, miał wygląd
romantycznego bohatera. Estelli podobały się jego długie czarne włosy,
bystre brązowe oczy i duże usta, które wydawały się aż za szerokie w stosunku do całej twarzy, ale były pełne uroku. Poświęcała sporo czasu
na czyszczenie szkła, chroniącego jego twarz od kurzu. Teraz miała go
poznać i wprost nie posiadała się z radości.
- Odśwież pościel lawendą i postaw kwiaty we wszystkich trzech pokojach.
Koniecznie pamiętaj o kwiatach, bo nasza Federica uwielbia rośliny. Taka
kochana dziewczynka... Nie zapomnij też o świeżych ręcznikach, wodzie do
picia i owocach.
- Jak długo tu zostaną, se?ora? - zapytała Estella, z trudem opanowując
drżenie głosu.
Mariana wzruszyła ramionami i rozłożyła dłonie.
- Nie wiem, Estello. Dziesięć dni, może dłużej. Spróbuję ich namówić, by
wyjechali dopiero po Nowym Roku, ale z moim synem trudno coś
przewidzieć... Ramon żyje z dnia na dzień i nigdy nie robi żadnych planów.
W jednej chwili gdzieś jest i wydaje się, że zatrzyma się na dłużej,
potem nagle decyduje się wyjechać i już go nie ma... Zdarza się, że przez
parę miesięcy nie daje znaku życia. Cóż, Bóg takim go stworzył, więc nie
narzekam.
- Si, se?ora Mariana - przytaknęła Estella.
- Moje wnuki uwielbiają manjar blanco, więc dopilnuj, żeby go nie
zabrakło, bo nie chciałabym ich rozczarować - dodała Mariana i wyszła z kuchni.
Estella westchnęła radośnie i natychmiast zajęła się przygotowywaniem
pokoi. Jak wicher wpadła do pokoju dla dzieci, zamiotła podłogę,
odkurzyła meble i zmieniła pościel na najlepszą, z prawdziwego
irlandzkiego lnu. Małżeńskiej sypialni poświęciła więcej uwagi. Wsunęła
lawendę pod poduszki, a potem szeroko otworzyła okno, aby wpuścić do
środka świeże morskie powietrze i śpiew ptaków, świergoczących wśród
gałęzi eukaliptusa. Wreszcie weszła do pokoju Ramona. Powoli i starannie
posłała łóżko, smukłymi brązowymi palcami wygładzając wszelkie
zagniecenia. Wyobraziła sobie, że Ramon leży, oparty na poduszce,
wpatruje się w nią i gestem zaprasza, by położyła się obok. Wyciągnęła
się na materacu i zamknęła oczy, wdychając mocny zapach tuberozy, którą
wstawiła do stojącego na szafce wazonu. Uśmiechnęła się na myśl, że
następnego dnia jego głowa spocznie na tym miejscu. Ramon nigdy się nie
dowie, że leżeli tak blisko siebie...
Estella miała nadzieję, że syn jej państwa zostanie w domu na długo.
Ignacio odłożył książkę i podniósł się z hamaka. Był senny i dziwnie
zmęczony. W powietrzu czuło się już wieczorny chłód, cienie wydłużyły
się, przypływ podpełzał plażą coraz bliżej, podobny do polującego nocą
drapieżnika. Ignacio stał na tarasie, oparty o barierkę, ze wzrokiem
utkwionym w gładkiej powierzchni hipnotycznie wzdychającego morza. Czuł
się nieswojo. Zmarszczył opalone czoło, starając się doszukać przyczyny
tego stanu rzeczy. Światło przybrało głęboki, pomarańczowy odcień,
ponieważ słońce stało już nisko nad horyzontem, szykując się do
przejścia na drugi brzeg. Może jest to naturalna melancholia,
towarzysząca zachodowi i końcowi dnia, pomyślał z nadzieją, chociaż w głębi serca wiedział, że jego nastrój ma więcej wspólnego z przyjazdem
syna niż z porą dnia. Ignacio zwykle wyczuwał, kiedy sprawy układały się
nie tak, jak należy.
Mariana podeszła i podała mu szklaneczkę whisky z wodą.
- Proszę bardzo - powiedziała z uśmiechem. - Jesteś bardzo milczący,
Ignacio.
- Chce mi się spać - odparł, pociągając łyczek ze szklanki.
- Za długo czytałeś.
- Tak.
- I na pewno dlatego jesteś w takim marnym nastroju - dodała, poklepując
go po opalonym ramieniu.
- Tak... - powtórzył.
- No, na szczęście jutro rozweselą cię Ramon, Helena, i dzieci.
- Wiem. - Pokiwał głową.
- Ramon podarował Fede szkatułkę, która kiedyś należała do księżniczki
Inków, w każdym razie tak mi powiedziała. - Mariana przyglądała się, jak
słońce zalewa morze falą płynnego złota.
- To mi wygląda na jedną z historyjek Ramona...
- Prawda? - Zaśmiała się. - Jego wyobraźnia nigdy nie przestaje mnie
zdumiewać...
- Księżniczka Inków, rzeczywiście!
- Fede w to wierzy.
- Oczywiście, że wierzy. - Ignacio pokręcił głową. - Fede wielbi ojca
całym sercem, Mariano, a on ciągle zostawia ją samą. Wstyd!
- Och, Nacho, dajże spokój... To dlatego nie miałeś ochoty rozmawiać, tak?
Martwi cię sposób życia Ramona? Cóż, to nie nasza sprawa. Jeżeli im to
nie przeszkadza, ani ja, ani ty nie powinniśmy się tym interesować.
- Czy rzeczywiście im to nie przeszkadza? - Rzucił żonie poważne
spojrzenie. - Nie jestem tego pewny. Instynkt podpowiada mi, że coś jest
nie tak...
- Twój instynkt jest stary, podobnie jak twoje kości, Nacho, więc może
się mylić. - Mariana uśmiechnęła się lekko.
- Mój instynkt i kości są równie wrażliwe na zmiany jak zawsze, kobieto.
Przejdziesz się ze mną po plaży? - zapytał nagle, odstawiając szklankę.
Mariana spojrzała na niego ze zdumieniem.
- Teraz?
- Teraz. My, starzy ludzie, musimy korzystać z każdej chwili, bo ten
dzień może być naszym ostatnim.
- Co za bzdury, mi amor! Czasami naprawdę trudno z tobą wytrzymać!
Tak, pójdę z tobą na spacer po plaży. Możemy zdjąć buty, brodzić w wodzie i trzymać się za ręce, zupełnie jak dawniej...
- Już się na to cieszę - powiedział, zdejmując panamę i muskając wargami
policzek żony.
- Ty stary romantyku! - Parsknęła śmiechem. - Jesteśmy za starzy na
takie głupstwa!
Ramon otulił Federicę kocem i spojrzał na stojącą na nocnej szafce
szkatułkę.
- Boję się, że gdy się obudzę, szkatułka zniknie - powiedziała nagle,
marszcząc gładkie czoło.
- Nie martw się, Fede, rano szkatułka będzie tu nadal. Nikt ci jej nie
zabierze, możesz mi wierzyć.
- To najpiękniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek dostałam. Chcę zawsze mieć
ją przy sobie...
- I tak właśnie będzie - rzekł uspokajającym tonem i pocałował ją w czoło. - Zwróciłaś uwagę, że pies se?ory Baraca w ogóle nie szczeka dziś
wieczorem?
- Jest szczęśliwy i zmęczony jak ja - odparła z uśmiechem.
- Ledwo żyje ze zmęczenia.
- Może jutro wzięlibyśmy go na spacer przed wyjazdem do Cachagua?
- Oczywiście. - Ramon czubkami palców pogładził policzek córki. -
Zabierzemy go na plażę, tak jak dzisiaj.
- Żal mi se?ory Baraca.
- Dlaczego?
- Bo jest taka smutna...
- Chce być smutna, Fede. To jej wybór.
- Tak uważasz?
- Tak. Każdy ma wybór, może być albo szczęśliwy, albo smutny.
- Ale mama mówiła, że mąż se?ory Baraca umarł! - oburzyła się Federica.
- Tak, mama ma rację. Tyle że mąż se?ory Baraca umarł ponad dziesięć lat
temu, zanim ty się urodziłaś. To szmat czasu, kochanie.
- Wanchuko był smutny do końca życia...
- Tak, to prawda, ale nie musiało tak być - powiedział Ramon. - Czasami
lepiej jest spojrzeć w przyszłość i nie oglądać się za siebie. Natomiast
z przeszłości wyciągać wnioski i się uczyć.
- Czego mogłaby nauczyć się se?ora Baraca? - Federica ziewnęła.
- Chociażby tego, że powinna poświęcić trochę czasu psu i nie opłakiwać
męża przez cały dzień, nie sądzisz? - Ramon się zaśmiał.
- Słusznie. - Dziewczynka znowu ziewnęła i zamknęła oczy.
Ramon przyglądał się, jak córeczka odpływa do świata księżniczek i czarodziejskich motyli. Jej długie rzęsy zalśniły w świetle padającym
przez otwarte drzwi z korytarza, co w jakiś sposób podkreśliło urodę
dziewczynki. Twarzyczka Federiki była owalna i szlachetna, otwarta i uczciwa. Serce Ramona ścisnęło się boleśnie na myśl, że będzie musiał ją
opuścić. Nie zmieniło to jego punktu widzenia, ale sprawiło, że cała
sytuacja stała się trudniejsza do zaakceptowania. Pochylił się i jeszcze
raz pocałował ją w czoło, muskając aksamitną skórę spierzchniętymi
wargami. Wciągnął w nozdrza zapach mydła i czystych włosów. Nagle
zapragnął otoczyć ją ramionami i bronić przed surową rzeczywistością,
która już wkrótce miała przynieść jej pierwsze rozczarowania.
Zanim poszedł spać, zajrzał do pokoju Hala, by popatrzeć na śpiącego
synka. Nie umiał ukryć, że Federica jest mu znacznie bliższa. Hal miał
dopiero cztery lata i prawie nie znał ojca. Bardzo przywiązany do matki,
nie zwracał uwagi na ojca, który był rzadkim gościem w domu. Hal nie
potrzebował go tak, jak Federica. Przyglądał się, jak chłopiec przez sen
tuli pluszowego królika i ssie kciuk. Mały wyglądał jak aniołek, jakby
sam Bóg ułożył go w łóżeczku... Jego skóra promieniała zdrowiem, buzia
tchnęła spokojnym zadowoleniem. Pogłaskał czarne włosy Hala, który
poruszył się, zmienił pozycję, ale się nie obudził. Ramon westchnął i cicho zamknął za sobą drzwi.
Łóżko było zimne, chociaż noc pulsowała ciepłem. Helena zwinęła się w kłębek i przesunęła na samą krawędź. O mało nie spadła na podłogę,
starając się nie dotykać Ramona, który leżał na plecach, obserwując
blade światło księżyca, padające szerokim pasmem na sufit. Żadne z nich
nie wracało myślami do namiętnych chwil, które przeżyli po południu. Nie
chcieli. Helena żałowała, że w ogóle do tego doszło, rumieniła się ze
wstydu, spychając wspomnienie zbliżenia w głąb podświadomości. Czuła
bliskość Ramona, nie dlatego, że się poruszał, ale z powodu atmosfery,
która była tak ciężka i przesycona niepokojem, jakby między nimi leżała
trzecia, obca osoba. Bała się drgnąć czy wydać jakiś dźwięk, więc
oddychała płytko i leżała sztywno jak kloc. Kiedy wreszcie zapadli w sen, spali niespokojnie, często się budząc. Helena śniła, że wróciła do
Kornwalii, ale nie może trafić do Polperro. Ramonowi śniło się, że stoi
na brzegu, podczas gdy Federica tonie w morzu. Nie zrobił nic, aby ją
uratować.