Szkatułka z motylem - Santa Montefiore

Kup ebooka

32.90 zł
27.31 zł (23,03 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział piąty

Po prze­bu­dze­niu Fede­rica z roz­cza­ro­wa­niem spo­strze­gła, że za oknem kłębi się gęsta, szara mor­ska mgła, która pochła­nia świa­tło i uci­sza ptaki. Było chłodno i wil­gotno. Matka zawsze powta­rzała, że mgłę wciąga w głąb lądu panu­jący w San­tiago upał. Gdy w sto­licy było naprawdę gorąco, w Vi?a zwy­kle snuła się mgła. Fede­rica nie­na­wi­dziła mgły, któ­rej widok zawsze ją przy­gnę­biał. Zapo­mniała o ponu­rej pogo­dzie dopiero, gdy otwo­rzyła szka­tułkę. Poru­szyła nią, pogła­dziła barwne kamie­nie, zado­wo­lona, że przy­ćmione świa­tło mimo wszystko budzi drże­nia i bły­ski przej­rzy­stych skrzy­deł. Tak zna­la­zła ją matka - pogrą­żoną w magicz­nym, nie­rze­czy­wi­stym świe­cie Ramona, gdzieś wysoko, wśród szczy­tów Peru.

Helena pra­wie nie spała, a przy­naj­mniej tak się czuła. Głowę miała ocię­żałą, w skro­niach pul­so­wał ból. Wzięła dwie tabletki prze­ciw­bó­lowe i miała nadzieję, że szybko zadzia­łają. W szla­froku zaj­rzała do pokoju córki, a zaraz za nią do środka wci­snął się Hal, już ubrany, z nowym pocią­giem pod pachą. Kiedy Fede­rica zoba­czyła bladą twarz matki i jej pod­si­niałe oczy, bar­dzo się zanie­po­ko­iła.

- Nic mi nie jest, nie martw się, kocha­nie - powie­działa Helena, zmu­sza­jąc się do uśmie­chu.

Mimo wysiłku jej oczy pozo­stały mar­twe i pozba­wione wyrazu. Fede­rica zmarsz­czyła brwi i zamknęła szka­tułkę.

- Nie wyglą­dasz zbyt dobrze, mamo - rze­kła, wyska­ku­jąc z łóżka. - Zro­bić śnia­da­nie? Gdzie tata?

- Tata jesz­cze śpi, więc nie będziemy go budzić. Włóż szla­fro­czek i razem przy­go­tu­jemy śnia­da­nie, co ty na to? - Helena pokle­pała po błysz­czą­cej gło­wie Hala, który krę­cił się dookoła, wyda­jąc odpo­wied­nie dla loko­mo­tywy odgłosy.

Fede­rica narzu­ciła na ramiona szla­frok i lekko zbie­gła po scho­dach do kuchni. Zasta­na­wiała się, czy ojciec pamięta, że obie­cał jej spa­cer po plaży razem z Rastą. Miała nadzieję, że wkrótce się obu­dzi i nie będzie miał ochoty spę­dzić całego ranka w łóżku, jak to mu się czę­sto zda­rzało. Hal sie­dział na pod­ło­dze, prze­su­wa­jąc pociąg po tera­ko­to­wych kaflach i gada­jąc do sie­bie z oży­wie­niem.

Dziew­czynka pomo­gła matce nakryć stół w jadalni. Kiedy ojciec wra­cał do domu, prze­sta­wali jadać w kuchni (był to angiel­ski nawyk, któ­rego Helena ni­gdy się nie pozbyła) i zasia­dali do posił­ków w jadalni jak Chi­lij­czycy. Lidia przy­cho­dziła o dzie­sią­tej, aby sprząt­nąć po śnia­da­niu i przy­go­to­wać lunch. Ramon rzadko zaglą­dał do kuchni. Wycho­wał się w domu, gdzie zawsze była służba, w prze­ci­wień­stwie do Heleny, w któ­rej rodzin­nym domu wszy­scy chęt­nie gro­ma­dzili się w kuchni, aby coś zjeść i poroz­ma­wiać.

Ramon obu­dził się sam, w obcym łóżku. Dopiero po paru sekun­dach przy­po­mniał sobie, gdzie jest; wtedy też dopa­dło go uczu­cie smutku, który ota­czał Helenę i prze­ni­kał wszystko dookoła niej. Zwró­cił oczy ku oknu - zasłony tań­czyły z chłod­nym wia­trem znad Pacy­fiku, nio­są­cym wil­gotną mgłę. Nie chciało mu się wsta­wać. Pokój tchnął przy­gnę­bie­niem. Miał ochotę ukryć głowę pod poduszką i uda­wać, że pły­nie wysoko, razem z chmu­rami, ponad mgłą i wiszącą nad domem roz­pa­czą. Długo leżał bez ruchu, zwal­cza­jąc pra­gnie­nie, by wstać, spa­ko­wać torbę i natych­miast wyje­chać.

Potem usły­szał ciche kroki córki, przy­gnę­bie­nie ustą­piło miej­sca poczu­ciu winy i wyj­rzał spod koca.

- Nie śpisz, tato? - zapy­tała.

Ujrzał jej pełną wycze­ki­wa­nia twarz i duże nie­bie­skie oczy, wpa­trzone w niego z nadzieją. Zbli­żyła się na pal­cach, żeby go nie obu­dzić, gdyby jed­nak oka­zało się, że jesz­cze śpi. Pod­cho­dziła powoli, jak wystra­szona sarenka, która nie wie, czy zagrze­bane w lego­wi­sku stwo­rze­nie jest jej przy­ja­cie­lem, czy wro­giem. Wresz­cie jej buzię roz­ja­śnił sze­roki uśmiech.

- Zro­bi­łam dla cie­bie śnia­da­nie, tatu­siu - oświad­czyła i jej policzki zaru­mie­niły się z dumy. - Czy pój­dziemy na plażę, mimo tej mgły?

- Możemy od razu pójść na plażę - powie­dział, ucie­szony per­spek­tywą wyj­ścia z domu. - Zabie­rzemy Rastę, co? A potem poje­dziemy do Cacha­gua.

- Mama mówi, że zanim doje­dziemy do Cacha­gua, mgła się pod­nie­sie i zaświeci słońce - rze­kła Fede­rica, nie­cier­pli­wie prze­ska­ku­jąc z nogi na nogę.

Kiedy Ramon poszedł do łazienki, zakrę­ciła się po pokoju, odsu­wa­jąc zasłony i ście­ląc łóżko. Zdą­żyła już przy­wyk­nąć do opie­ko­wa­nia się matką, lecz zaj­mo­wa­nie się ojcem dawało jej dużo wię­cej przy­jem­no­ści. Było to nowe prze­ży­cie. Ramon usiadł do śnia­da­nia ze względu na córkę. Hal skoń­czył jeść i spo­koj­nie bawił się w swoim pokoju. Nowy pociąg inte­re­so­wał go znacz­nie bar­dziej niż ojciec, któ­rego trak­to­wał z pewną podejrz­li­wo­ścią. Jak wszyst­kie małe dzieci, dosko­nale wyczu­wał napię­cie mię­dzy nim i matką. Helena sie­działa przy stole, sącząc z fili­żanki czarną kawę. Ramon zauwa­żył, że ma zaczer­wie­nione oczy i bladą, pozba­wioną koloru twarz. Uśmiech­nął się do niej uprzej­mie, ale ona odpo­wie­działa uśmie­chem dopiero wtedy, gdy obok niego usia­dła Fede­rica, sta­wia­jąc na stole gorące fran­cu­skie roga­liki. Helena wzięła roga­lika, cho­ciaż naj­wy­raź­niej nie zamie­rzała go jeść, wypro­sto­wała się i uczy­niła wysi­łek, aby zacho­wy­wać się tak, jakby wszystko było w porządku.

Po śnia­da­niu Ramon wziął Fede­ricę za rękę i ruszył na plażę, w dru­giej ręce ści­ska­jąc smycz Rasty. Dziew­czynce nie prze­szka­dzała już mgła - była z ojcem, tylko z nim. Czuła, że została wybrana i obda­ro­wana w spe­cjalny spo­sób, i ani na chwilę nie wypusz­czała z ręki drew­nia­nej szka­tułki. Na brzegu plaży zdjęli buty. Duże, sze­ro­kie brą­zowe stopy Ramona spra­wiały zabawne wra­że­nie przy małych, różo­wych stóp­kach Fede­riki. Razem poszli wzdłuż plaży, pozwa­la­jąc, aby morze lizało ich nogi i otu­lało je pianą. Ramon opo­wia­dał córce o miej­scach, które zwie­dzał, o spo­tka­nych tam ludziach, a Fede­rica słu­chała jak zacza­ro­wana, pro­sząc o nową histo­rię jesz­cze zanim poprzed­nia dobie­gła końca. Po godzi­nie wró­cili do domu, zapa­ko­wali rze­czy do samo­chodu i wśród obło­ków mgły ruszyli do Cacha­gua.

Gdy wyje­chali z mia­sta, droga roz­to­czyła przed nimi uroki wiej­skiego kra­jo­brazu. Mijali małe wio­ski z poma­lo­wa­nymi na wesołe kolory dom­kami o kry­tych zardze­wiałą bla­chą dachach i pozba­wio­nych szyb oknach. Stra­gany z owo­cami wyle­wały się na szosę, piasz­czy­stymi ścież­kami pięły się zaprzę­żone w marne konie wózki, któ­rymi powo­zili pomarsz­czeni Chi­lij­czycy w pon­chach. Wychu­dzone psy węszyły na pobo­czu w poszu­ki­wa­niu cze­goś do jedze­nia, brudne dzieci bawiły się paty­kami i poobi­ja­nymi pusz­kami po coca-coli, wbi­ja­jąc w pędzący samo­chód pełne cie­ka­wo­ści duże czarne oczy. Droga była zaku­rzona, nawierzch­nia usiana dziu­rami. Zatrzy­mali się na chwilę, żeby napić się i roz­pro­sto­wać nogi. Mgła zaczy­nała się już pod­no­sić, słońce prze­py­chało pro­mie­nie przez coraz cień­sze obłoczki. Cień, rzu­cany przez wysmu­kłe aka­cje, gęst­niał z każdą chwilą. Fede­rica sie­działa, popi­ja­jąc wodę z sokiem cytry­no­wym z dużej szklanki, Ramon jadł kanapkę. Ciem­no­skóre chi­lij­skie dzieci sie­działy pod bie­loną ścianą domku, nie spusz­cza­jąc wzroku z Fede­riki i Heleny, i szep­cząc do sie­bie. Nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że naj­chęt­niej pod­kra­dłyby się, aby dotknąć ich jasnych, aniel­skich wło­sów i spraw­dzić, z czego są zro­bione.

Helena i Ramon poczuli się znacz­nie lepiej po wyjeź­dzie z domu, który dla niej był sym­bo­lem samot­no­ści i smutku, a dla niego roz­cza­ro­wa­nia. Kiedy na nie­bie poja­wiło się słońce, zaczęli uśmie­chać się do sie­bie i z przy­jem­no­ścią słu­chać weso­łej gada­niny dzieci. Napię­cie malu­jące się w oczach Heleny wresz­cie ustą­piło, a na policz­kach poja­wiły się lek­kie rumieńce. Ramo­nowi przy­szło nawet do głowy, że może jego żona zmieni jesz­cze decy­zję. Dłuż­szy pobyt poza domem dobrze jej zrobi, pomy­ślał.

Mariana i Igna­cio usie­dli do śnia­da­nia w jadalni, ponie­waż przy gęstej mgle jedze­nie na tara­sie nie było przy­jem­no­ścią. Kiedy Estella wnio­sła kawę i grzanki, ubrana w czy­sty błę­kitny far­tu­szek, z lśnią­cymi kru­czo­czar­nymi wło­sami ucze­sa­nymi w długi koń­ski ogon, Mariana natych­miast zauwa­żyła, że dziew­czyna wygląda jakoś ina­czej, i nie omiesz­kała powie­dzieć o tym mężowi.

- Moim zda­niem wygląda tak samo jak zwy­kle - rzekł Igna­cio, zer­ka­jąc znad oku­la­rów na poko­jówkę, która wła­śnie wcho­dziła do pokoju. - Tak samo jak zwy­kle... - powtó­rzył.

Mariana uważ­nie obser­wo­wała, jak Estella nalewa kawę. Dziew­czyna wyglą­dała ina­czej, nie miała co do tego cie­nia wąt­pli­wo­ści. I nie cho­dziło o włosy, bo czę­sto tak się cze­sała. Nie, nie włosy, raczej coś z twa­rzą... Tak, Estella była moc­niej uma­lo­wana. Policzki miała różowe, oczy lśniły jak mokre kamyki. Pach­niała mydłem i różami, skóra błysz­czała od olejku, któ­rym się natarła. Mariana uśmiech­nęła się i zadała sobie pyta­nie, z jakiego to powodu Estella tak zadbała o swoją urodę.

- Wydaje mi się, że ona ma przy­ja­ciela w Cacha­gua - powie­działa do Igna­cia, w naj­mniej­szym stop­niu nie zain­te­re­so­wa­nego pry­wat­nym życiem poko­jówki. - Tak, na pewno ma wiel­bi­ciela, Nacho. Cie­kawe, kto to taki...

Mariana zamy­śliła się i potarła pod­bró­dek pal­cami. Estella zauwa­żyła, że Mariana obser­wuje ją z czuj­nym wyra­zem twa­rzy i zaru­mie­niła się. Ner­wowo uśmiech­nęła się do star­szej pani i umknęła, pełna obaw, że se?ora Mariana odgad­nie przy­czynę jej zmie­sza­nia.

Koło połu­dnia niebo przy­wdziało inten­syw­nie nie­bie­ską szatę, a mgła zni­kła bez śladu, prze­gnana gorą­cymi pro­mie­niami gru­dnio­wego słońca. Mariana usia­dła w cie­niu na tara­sie, nasłu­chu­jąc war­kotu sil­nika i spo­koj­nie haftu­jąc. Igna­cio zabrał się do pisa­nia listów w gabi­ne­cie. Wcze­śniej Mariana zaj­rzała do wszyst­kich gościn­nych pokoi oraz łazie­nek i wró­ciła do jadalni bar­dzo zado­wo­lona z nowej poko­jówki, która sumien­nie speł­niła wszyst­kie jej pole­ce­nia. Estella o niczym nie zapo­mniała. Maria­nie spodo­bało się także, że dziew­czyna wyka­zała się wła­sną ini­cja­tywą i zro­biła tro­chę wię­cej, niż musiała. Szare oczy objęły taras z ciem­nego drewna i liczne donice z rośli­nami i pal­mami, które zapew­niały cień miesz­kań­com domu. Wszyst­kie rośliny zostały pod­lane. Nie pro­siła o to Estellę, poko­jówka sama uznała, że powinna się tym zająć. Ini­cja­tywa jest naj­waż­niej­sza, z satys­fak­cją pomy­ślała Mariana.

*

Kiedy samo­chód wje­chał na piasz­czy­stą drogę do Cacha­gua, Fede­rica otwo­rzyła okno i wyj­rzała na zewnątrz. Cacha­gua była naj­pięk­niej­szą z oko­licz­nych nad­mor­skich wio­sek. Wszyst­kie domki ogro­dzono niskimi drew­nia­nymi pło­tami i oto­czono pal­mami oraz innymi drze­wami. Cza­sami o tym, że w gęstej kępie drzew kryje się dom, świad­czył tylko wsparty na wyso­kiej kon­struk­cji zbior­nik na desz­czówkę. Cacha­gua była praw­dziwą oazą drzew - palm, aka­cji i euka­lip­tu­sów. Ich słodki zapach mie­szał się ze sło­nym aro­ma­tem oce­anu, a nad krza­kami jaśminu brzę­czały całe roje psz­czół. Nie­zbyt sze­roka ścieżka wiła się przez pueblo aż do sze­ro­kiej zło­ci­stej plaży i gra­na­to­wego morza. Dom Igna­cia i Mariany był naj­ład­niej­szy. Scho­wany za pie­rza­stymi drze­wami, przy­po­mi­nał dużą chatę z drew­nia­nych bali, z dużym tara­sem, wiszą­cym nad ska­łami. Wnę­trze urzą­dzono pro­stymi sprzę­tami, wśród któ­rych domi­nu­jące akcenty sta­no­wiły ciem­no­czer­wone sofy i barwne chod­niki. Mariana zawsze miała świetny gust, nato­miast Igna­cio nie zno­sił zatło­czo­nych meblami pokoi. Zda­rzało się, że docho­dził do wnio­sku, iż na biurku czy stole znaj­duje się za dużo rze­czy i jed­nym ruchem ręki zmia­tał wszystko na pod­łogę. Miał wybu­chowy tem­pe­ra­ment, nad któ­rym potra­fiła zapa­no­wać tylko Mariana o spo­koj­nym, koją­cym gło­sie i łagod­nym spo­so­bie bycia. Co wię­cej, Mariana umiała prze­wi­dzieć gwał­towne wybu­chy gniewu męża - obser­wo­wała mia­no­wi­cie jego uszy, które w chwili wzbie­ra­ją­cej zło­ści szybko i wyraź­nie puchły.

Samo­chód wje­chał na piasz­czy­sty pod­jazd przy dźwięku klak­sonu. Maria­nie serce pod­sko­czyło w piersi, bar­dziej z zasko­cze­nia niż rado­ści, ponie­waż zamy­śliła się i prze­stała nasłu­chi­wać, czy wycze­ki­wani goście nad­jeż­dżają. Zawo­łała do męża i wstała powoli (wiek nie pozwa­lał jej zry­wać się na równe nogi jak kie­dyś, w latach mło­do­ści), po czym weszła do domu, aby powi­tać syna i jego rodzinę.

Dło­nie Estelli były spo­cone ze zde­ner­wo­wa­nia. Oparła się o kuchenny zlew i przy­gła­dziła jasno­nie­bie­ski far­tu­szek. Z dala dobie­gały pod­nie­cone głosy dzieci, rado­sny śmiech se?ory Mariany, która obsy­py­wała poca­łun­kami twa­rze wnu­cząt, i głę­boki, skrzy­pliwy głos don Igna­cia. Wytę­żyła słuch, aby uchwy­cić choćby jedno słowo, wypo­wie­dziane przez Ramona Cam­pione, ale nie udało się jej. Nie wie­działa nawet, jak brzmi jego głos.

Fede­rica w pod­sko­kach wybie­gła na taras, nio­sąc szka­tułkę, którą koniecz­nie chciała poka­zać babci. Helena łagod­nie upo­mniała ją, żeby cier­pli­wie zacze­kała, bo abu­elita będzie miała mnó­stwo czasu, by obej­rzeć skarb wnuczki, gdy już zamieni parę słów z tatą. Fede­rica posłusz­nie usia­dła w hamaku i przy­glą­dała się, jak dziad­ko­wie roz­ma­wiają z rodzi­cami. Hal sie­dział na kola­nach Heleny, jeż­dżąc nowym pocią­giem po bla­cie stołu. Po dłuż­szej chwili Fede­ricę znu­dziło cze­ka­nie, pod­nio­sła więc wieczko szka­tułki i prze­kro­czyła próg swo­jego tajem­nego świata.

- Jak długo zosta­nie­cie? - zapy­tał wprost Igna­cio, który od razu dostrzegł znie­cier­pli­wie­nie i nie­po­kój, malu­jące się w oczach syna.

Ramon wzru­szył ramio­nami i zer­k­nął w kie­runku hamaka. Fede­rica już ich nie słu­chała.

- Nie wiem - odparł.

- Ale spę­dzi­cie z nami święta, prawda? - ode­zwała się Mariana. - Chyba nie zamier­za­cie wyje­chać wcze­śniej? - dodała, wyraź­nie prze­ra­żona tą myślą.

- Oczy­wi­ście, że nie - zaprze­czyła Helena i uśmiech­nęła się z tru­dem.

- A może zosta­li­by­ście aż do Nowego Roku? Nie wiem, kto jesz­cze przy­je­dzie, praw­do­po­dob­nie Felipe i Maria Lucia oraz Ricardo i Anto­nella. Nikt mnie nie uprze­dza, wszy­scy przy­jeż­dża­cie, kiedy przyj­dzie wam na to ochota - rze­kła Mariana.

Uda­wała, że narzeka, lecz w grun­cie rze­czy była bar­dzo szczę­śliwa. Ramon spoj­rzał na Helenę, ale nic nie wyczy­tał z jej twa­rzy. Umie­jęt­ność poro­zu­mie­wa­nia się bez słów, którą kie­dyś opa­no­wali do per­fek­cji, ode­szła wraz z miło­ścią.

- Bar­dzo chęt­nie - odpo­wie­działa Helena, myśląc o dzie­ciach i dodat­ko­wym tygo­dniu, jaki będą mogły spę­dzić w towa­rzy­stwie ojca.

Nic się nie sta­nie, jeżeli wyjadą do Anglii zaraz po Nowym Roku. Nowy rok i nowy począ­tek, pomy­ślała z cięż­kim wes­tchnie­niem. Mariana zauwa­żyła napię­cie, panu­jące mię­dzy synem i synową, i jej radość przy­ga­sła. Z nie­po­ko­jem zer­k­nęła na męża, który zawsze potra­fił czy­tać w jej myślach.

- Dosko­nale. - Igna­cio poważ­nie ski­nął głową.

Wła­śnie wtedy, w chwili nie­wy­god­nego mil­cze­nia, na progu tarasu sta­nęła Estella, nio­sąc tacę z pisco sour. Oczy miała utkwione w tacy. Bała się potknąć i ośmie­szyć w obec­no­ści gości. Ramon zerwał się z krze­sła, żeby jej pomóc.

- Ostroż­nie, to cięż­kie - powie­dział, wyj­mu­jąc tacę z jej rąk.

Estella spoj­rzała na niego spod gęstych ciem­nych rzęs.

- Dzię­kuję, don Ramon - rze­kła mięk­kim, cze­ko­la­do­wym gło­sem.

Ramon uśmiech­nął się i dziew­czyna poczuła, że jej żołą­dek zwija się w twardą kulkę, a policzki oble­wają się krwa­wym rumień­cem. Pospiesz­nie spu­ściła oczy. Jej twarz była tak gładka, nie­winna i otwarta, że Ramon zapra­gnął przyj­rzeć jej się dokład­niej i na pewno by to zro­bił, gdyby nie spoj­rze­nia żony i rodzi­ców, które czuł na karku. Z żalem ode­rwał oczy od twa­rzy Estelli, odwró­cił się i posta­wił tacę na stole. Kiedy obej­rzał się ponow­nie, poko­jówki już nie było. Pozo­stał po niej tylko deli­katny zapach róż, uno­szący się w powie­trzu.

Napeł­nił szklanki tra­dy­cyj­nym chi­lij­skim drin­kiem z soku cytry­no­wego z pisco i podał je doro­słym. Ledwo usiadł, gdy dziew­czyna poja­wiła się znowu, tym razem z sokiem poma­rań­czo­wym dla dzieci.

- Estella jest nowa - poin­for­mo­wała cicho Mariana. - Wspa­niała dziew­czyna. Pamię­ta­cie Con­su­elę?

Ramon z roz­tar­gnie­niem kiw­nął głową, kątem oka obser­wu­jąc atrak­cyjną młodą kobietę.

- No, wła­śnie. Dobra stara Con­su­ela umarła w zeszłym roku w lecie. Zupeł­nie nie wie­dzia­łam, co robić, prawda, Nacho? Nie mia­łam poję­cia, gdzie szu­kać nowej słu­żą­cej.

- I jak ją zna­la­złaś? - zapy­tała Helena, zado­wo­lona, że roz­mowa toczy się cał­kiem nor­mal­nie.

- Wła­ści­wie to zna­leźli ją dla nas Men­do­zo­wie, któ­rzy mają letni dom w Zapal­lar. Estella jest sio­strze­nicą ich poko­jówki, Espe­ranzy, tej, co tak potwor­nie zezuje... Biedna Espe­ranza...

- Jeste­ście z niej zado­wo­leni? - Helena odgar­nęła włosy z czoła synka i musnęła je peł­nym czu­ło­ści poca­łun­kiem.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Roz­dział pierw­szy

Vi?a del Mar, Chile, lato 1982 roku

Fede­rica otwo­rzyła oczy i ujrzała odmie­niony świat. Było gorąco, ale nie duszno, ponie­waż mor­ska bryza nio­sła chłodny powiew znad fal zim­nego Pacy­fiku. Pokój Fede­riki powoli budził się do życia w bla­dym poran­nym świe­tle, które wle­wało się do środka przez szparę mię­dzy zasło­nami, rzu­ca­jąc jasne, łagodne pasma na pod­łogę i ściany, poże­ra­jąc resztki nocy i wydo­by­wa­jąc z pół­mroku rów­niutki sze­reg pogrą­żo­nych we śnie lalek. Z końca ulicy dobie­gało nie­usta­jące szcze­ka­nie psa se?ory Baraca, który z tru­dem wydo­by­wał głos z gar­dła, ponie­waż zupeł­nie ochrypł, ale szcze­kał dalej, jak zwy­kle. Pew­nego dnia cał­kiem straci głos, pomy­ślała Fede­rica. Nie byłoby to takie złe - sąsie­dzi mogliby się wresz­cie spo­koj­nie wyspać. Kie­dyś w dro­dze do szkoły Fede­rica pró­bo­wała dać nie­szczę­snemu stwo­rze­niu cia­steczko, lecz matka powie­działa, że na pewno pies jest chory i zaro­ba­czony.

- Naj­le­piej w ogóle go nie doty­kaj - pora­dziła, cią­gnąc sze­ścio­let­nią córkę za rękę. - Nie wia­domo, gdzie łaził.

Sęk w tym, że pies se?ory Baraca ni­gdy ni­gdzie nie łaził... Fede­rica ode­tchnęła słod­kim zapa­chem drzew poma­rań­czo­wych, napły­wa­ją­cym do pokoju. Miała wra­że­nie, że pra­wie czuje smak owo­ców, ciężko zwi­sa­ją­cych z gałą­zek niczym gwiazd­kowe pre­zenty. Jed­nym wierz­gnię­ciem zrzu­ciła z sie­bie przy­kry­cie i uklę­kła na brzegu łóżka, wyglą­da­jąc na świat cał­kiem inny niż ten, nad któ­rym poprzed­niego wie­czoru zapa­dały ciem­no­ści. Widok wscho­dzą­cego słońca prze­szył jej chu­dziut­kie ciało cudow­nym dresz­czem i przy­wo­łał sze­roki uśmiech na bladą buzię. Dzi­siaj ojciec wraca do domu po wie­lo­mie­sięcz­nej podróży...

Ramon Cam­pione był praw­dzi­wym olbrzy­mem. I nie cho­dzi tu tylko o budowę ciała, cho­ciaż przy wzro­ście ponad metr osiem­dzie­siąt był wysoki jak na Chi­lij­czyka i jak na Wło­cha, bo wła­śnie z Włoch wywo­dziła się jego rodzina, lecz o gigan­tyczną wyobraź­nię, która przy­po­mi­nała galak­tykę, bo nie miała gra­nic i była pełna nie­spo­dzia­nek. Ramon wciąż odby­wał wędrówki do naj­bar­dziej odle­głych zakąt­ków świata, gdzie czer­pał inspi­ra­cje ze wszyst­kiego co inne i piękne. Podró­żo­wał, pisał i znowu podró­żo­wał. Rodzina pra­wie go nie znała, gdyż Ramon ni­gdy nie prze­by­wał z bli­skimi wystar­cza­jąco długo, by zdo­łali odkryć, jaki czło­wiek kryje się za wspa­nia­łymi tek­stami i cudow­nymi, magicz­nymi foto­gra­fiami jego autor­stwa. W oczach córki Ramon był potęż­niej­szy od Boga. Fede­rica powie­działa kie­dyś ojcu Ama­deo, że Jezus to po pro­stu nikt w porów­na­niu z jej tatą, który potrafi robić znacz­nie wię­cej, niż tylko zamie­niać wodę w wino.

- Tatuś umie latać - oświad­czyła z dumą.

Matka Fede­riki rzu­ciła księ­dzu prze­pra­sza­jący uśmiech, prze­wró­ciła oczami i wyja­śniła cicho, że Ramon nie­dawno wypró­bo­wy­wał w Szwaj­ca­rii nowy rodzaj sprzętu, coś w rodzaju lotni z nar­tami. Ojciec Ama­deo ze zro­zu­mie­niem poki­wał głową, lecz jed­no­cze­śnie mocno się zanie­po­koił. Mar­twił się, że biedne dziecko będzie cier­piało, jeśli pew­nego dnia Ramon spad­nie ze wznie­sio­nego przez Fede­ricę pie­de­stału, bo prze­cież było to nie­unik­nione. Fede­rica powinna obda­rzyć takim zaufa­niem Boga, nie czło­wieka, pomy­ślał z poboż­nym wes­tchnie­niem.

Fede­rica chęt­nie by już wstała, ale było jesz­cze wcze­śnie. Niebo wyglą­dało jak blada, wielka i świe­tli­sta laguna, ciszę świtu zakłó­cał jedy­nie świer­got pta­ków i natrętne szcze­ka­nie psa se?ory Baraca. Ze swo­jego pokoju widziała ocean, który roz­my­wał się w sza­rej mgle na hory­zon­cie, zupeł­nie jakby niebo pochła­niało morze. Matka czę­sto zabie­rała ich na plażę Caleta Abarca, ponie­waż nie mieli wła­snego basenu, lecz zwy­kle woda była zbyt zimna, aby się w niej kąpać. Cza­sami jeź­dzili do małej nad­mor­skiej wio­ski Cacha­gua, odle­głej o godzinę jazdy samo­cho­dem, do dziad­ków, któ­rzy mieli tam śliczny letni dom, oto­czony wyso­kimi pal­mami i aka­cjami. Fede­rica uwiel­biała morze. Ojciec powie­dział kie­dyś, że jej miłość do morza jest zupeł­nie natu­ralna, bo uro­dziła się pod zna­kiem Raka. Fede­rice nie bar­dzo spodo­bało się to wyja­śnie­nie, nie lubiła bowiem raków, kra­bów i innych podob­nych stwo­rzeń.

Dopiero po dłuż­szym cza­sie usły­szała kroki na scho­dach, a póź­niej wysoki głos swo­jego młod­szego brata Enri­que, zwa­nego Halem na cześć księ­cia Hen­ryka z Wil­liama Szek­spira. Natu­ral­nie przy­do­mek był pomy­słem Ramona - jego żona, matka Fede­riki i Hala, była Angielką, lecz nie inte­re­so­wała się ani lite­ra­turą, ani histo­rią. Helena inte­re­so­wała się głów­nie sobą.

- Już się ubra­łaś, kocha­nie? - zdzi­wiła się, gdy Fede­rica prze­bie­gła przez kory­tarz i wpa­dła do pokoju Hala, z któ­rego Helena wła­śnie usi­ło­wała ścią­gnąć piżamę.

- Tata dzi­siaj wraca! - zawo­łała Fede­rica, pod­ska­ku­jąc z pod­nie­ce­nia.

- Tak, wraca - odparła Helena i wzięła głę­boki oddech, aby ukryć żal, jaki czuła do wiecz­nie nie­obec­nego męża. - Stój spo­koj­nie, Hal. Nie mogę wło­żyć ci buci­ków, kiedy tak wierz­gasz!

- Przy­je­dzie przed lun­chem? - zapy­tała Fede­rica.

Szybko roz­su­nęła zasłony, pozwa­la­jąc, by cie­płe słońce zalało ciemny pokój poran­nym bla­skiem.

- Powi­nien zja­wić się przed połu­dniem - odpo­wie­działa cier­pli­wie Helena. - Samo­lot ląduje o dzie­sią­tej - dodała, prze­cze­su­jąc czarne włosy Hala miękką szczotką.

Chło­piec bun­tow­ni­czo potrzą­snął głową, zapisz­czał, zesko­czył z łóżka i wybiegł na kory­tarz.

- Wło­ży­łam naj­lep­szą sukienkę, spe­cjal­nie dla niego - oznaj­miła Fede­rica, lek­kim kro­kiem scho­dząc za matką po scho­dach.

- Wła­śnie widzę.

- Pomogę Lidii przy­go­to­wać lunch. Robimy ulu­bione danie tatu­sia, wiesz, mamo?

- To zna­czy?

- Pastel de choclo, a na deser pyszne cia­sto, meren­gon de lúcuma. - Fede­rica strzą­snęła z ramion dłu­gie jasne włosy, które ciężką falą opa­dły na jej wąskie plecy.

Dziew­czynka nosiła opa­skę nad czo­łem i ta fry­zura, przy jej dość niskim wzro­ście i drob­nej budo­wie, spra­wiała, że nie wyglą­dała na sześć lat.

- Tata wraca dziś do domu - obwie­ściła Fede­rica Halowi, poma­ga­jąc matce nakryć do stołu.

- I przy­wie­zie mi jakiś pre­zent? - Hal miał dopiero cztery lata i pamię­tał ojca głów­nie jako dostawcę licz­nych poda­run­ków.

- Oczy­wi­ście, skar­bie. - Helena posta­wiła przed syn­kiem fili­żankę zim­nego mleka. - Tatuś zawsze przy­wozi ci pre­zenty, prawda? Zresztą nie­długo będzie Gwiazdka i dosta­niesz całe mnó­stwo nowych zaba­wek.

Fede­rica czuj­nie pro­wa­dziła rączkę Hala, który zanu­rzył łyżeczkę w puszce z roz­pusz­czalną cze­ko­ladą i prze­niósł cały ładu­nek do swo­jej fili­żanki, a potem wil­gotną ście­reczką starła z obrusa dro­biny ciem­no­brą­zo­wego pyłu.

- Fede, roga­liki są ją gotowe - powie­działa Helena, zapa­la­jąc papie­rosa. - Czuję, że zaczy­nają się przy­pa­lać.

Nie­spo­koj­nie zer­k­nęła na wiszący na ścia­nie zegar i przy­gry­zła dolną wargę. Wie­działa, że powinna poje­chać z dziećmi na lot­ni­sko, bo prze­cież tak zro­bi­łaby każda dobra matka, nie była jed­nak w sta­nie sta­wić czoła temu wyzwa­niu. Nie wytrzy­ma­łaby dłu­giej jazdy z lot­ni­ska w San­tiago na wybrzeże i koniecz­no­ści pro­wa­dze­nia lek­kiej roz­mowy, jakby wszystko było w naj­lep­szym porządku. Nie, znacz­nie lepiej będzie zacze­kać na Ramona w domu, dużym domu, w któ­rym było dość miej­sca, aby nie musieli cią­gle na sie­bie patrzeć. Co za idio­tyczna sytu­acja, pomy­ślała z gory­czą. Oboje już dawno zagu­bili się w ogrom­nych prze­strze­niach, któ­rymi sta­rali się oddzie­lić od sie­bie. Zagu­bili się w odle­głych kra­jach, wśród fik­cyj­nych postaci, które dla Ramona były znacz­nie waż­niej­sze niż praw­dziwi, potrze­bu­jący jego obec­no­ści i bli­sko­ści ludzie... W każ­dym razie tak jej się wyda­wało. A prze­cież sta­rała się, naprawdę się sta­rała... Teraz była pusta w środku i zmę­czona świa­do­mo­ścią, że mąż stale ją zanie­dbuje.

Fede­rica posma­ro­wała roga­lik masłem i pocią­gnęła łyk zim­nej cze­ko­lady. Roz­ma­wiała z bra­tem wyso­kim, pod­nie­co­nym gło­sem, który draż­nił nerwy matki. Helena stała przy oknie, dmu­cha­jąc dymem w szybę. Kie­dyś byli w sobie zako­chani, ale cóż, nawet nie­na­wiść jest wyra­zem miło­ści, cho­ciaż ma zupeł­nie inne obli­cze... Już dawno prze­stała nie­na­wi­dzić męża i może byłby to wystar­cza­jący powód, aby z nim zostać, lecz teraz czuła obo­jęt­ność i była tym prze­ra­żona. Na obo­jęt­no­ści nic nie wyro­śnie, nic. Obo­jęt­ność jest bez­płodna i mar­twa jak twarz księ­życa.

Helena zamiesz­kała w Chile i usi­ło­wała zapu­ścić tam korze­nie, ponie­waż podob­nie jak póź­niej Fede­rica, uwie­rzyła, że Ramon jest Bogiem. Nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że był naj­bar­dziej fascy­nu­ją­cym i przy­stoj­nym męż­czy­zną, jaki kie­dy­kol­wiek poja­wił się w Polperro. Potem przy­słał Hele­nie egzem­plarz "Natio­nal Geo­gra­phic" ze swoim arty­ku­łem oraz zdję­ciami sta­rych jaskiń prze­myt­ni­ków i roz­sy­pu­ją­cych się zam­ków, które mu poka­zała. Pozor­nie były to zwy­czajne foto­gra­fie, a jed­nak prze­ni­kało je świa­tło jakby spoza tego świata. W zdję­ciach Ramona kryło się coś tajem­ni­czego i mistycz­nego, coś, czego nie potra­fiła nazwać. Każde napi­sane przez niego słowo trwało w jej pamięci długo po zakoń­cze­niu lek­tury. Teraz wie­działa, że ta magia była miło­ścią, miło­ścią, która nie opusz­czała ich przez pierw­sze sześć lat, prze­mie­nia­jąc nawet naj­bar­dziej przy­ziemne zaję­cia, na przy­kład napeł­nia­nie baku samo­chodu ben­zyną, w cza­ro­dziej­skie prze­ży­cia. Kiedy się kochali, działo się to w innym wymia­rze, i mocno wie­rzyła, że tylko Ramon posiada moc two­rze­nia wokół nich odmien­nej rze­czy­wi­sto­ści. Dopiero gdy magia zni­kła, pojęła, że połą­cze­nie zostało po pro­stu zerwane, jak linia pod napię­ciem, które wytwa­rzali oboje, nie tylko jedno z nich. Połącz­nie prze­stało ist­nieć, ponie­waż jedna strona poczuła roz­cza­ro­wa­nie, i już ni­gdy nie udało się go nawią­zać. Ten szcze­gólny rodzaj magii pło­nie wyso­kim, potęż­nym pło­mie­niem, lecz szybko gaśnie. Począt­kowo wszę­dzie podró­żo­wali razem. Odwie­dzali naj­dal­sze zakątki Chin, pusty­nie Egiptu i jeziora Szwe­cji. Kiedy Helena zaszła w ciążę z Fede­ricą, wró­cili do Chile. Magia na­dal im towa­rzy­szyła, a ona była zachwy­cona bia­łymi pia­skami plaż i rusty­kalną pro­stotą. Teraz magii już nie było i Helena czuła się pusta w środku, wypa­lona, ponie­waż prze­peł­nia­jąca ją kie­dyś miłość powoli ode­szła. Ona także powinna odejść, nie chciała dłu­żej tu miesz­kać, zresztą po co... Tęsk­niła za wil­got­nymi, zie­lo­nymi wzgó­rzami swo­jego dzie­ciń­stwa i wcze­snej mło­do­ści. Drżącą dło­nią zapa­liła następ­nego papie­rosa i znowu ner­wowo spoj­rzała na zegar.

Fede­rica sprząt­nęła po śnia­da­niu, pod­śpie­wu­jąc i tań­cząc po kuchni. Hal bawił się pocią­giem w swoim pokoju, Helena na­dal tkwiła przy oknie.

- Mamo! - krzyk­nął Hal. - Pociąg mi się zepsuł! Nie chce jeź­dzić!

Helena wsu­nęła do kie­szeni paczkę papie­ro­sów i wyszła, zosta­wia­jąc upo­rząd­ko­wa­nie kuchni Fede­rice. Dziew­czynka sta­ran­nie wytarła stół, zmyła tale­rze, fili­żanki i naczy­nia, wło­żyła far­tu­szek i posta­no­wiła zacze­kać na Lidię.

Kiedy Lidia otwo­rzyła furtkę, od razu zoba­czyła przy­ci­śniętą do szyby drobną twa­rzyczkę Fede­riki, roz­świe­tloną sze­ro­kim uśmie­chem.

- Hola, se?orita! - zawo­łała zdy­szana, wcho­dząc do holu. - Wcze­śnie dziś wsta­łaś.

- Sprząt­nę­łam już nawet po śnia­da­niu - odpo­wie­działa Fede­rica po hisz­pań­sku.

Helena dosko­nale znała ten język, ale w domu wszy­scy, nawet Ramon, zawsze roz­ma­wiali po angiel­sku.

- Dobre z cie­bie dziecko... - wysa­pała Lidia, wcho­dząc do kuchni. - Ach, praw­dziwy anio­łek... Wszystko przy­go­to­wa­łaś!

Lidia poto­czyła ciem­nymi oczami po kuchni i uśmiech­nęła się na widok sta­ran­nie usta­wio­nych na bla­cie misek, mise­czek i łyżek.

- Chcia­łam, żeby na przy­jazd taty wszystko wypa­dło wspa­niale - wyznała Fede­rica, któ­rej policzki pło­nęły z eks­cy­ta­cji.

Z tru­dem zacho­wy­wała cier­pli­wość i usi­ło­wała pil­no­wać się, aby nie pod­ska­ki­wać, tylko nor­mal­nie cho­dzić. Było to trudne, bo kiedy pod­ska­ki­wała, uczu­cie łasko­ta­nia w brzu­chu zni­kało, cho­ciaż oczy­wi­ście tylko na moment. Lidia prze­brała się w różowy kom­bi­ne­zon i umyła spuch­nięte brą­zowe ręce. Potem zapro­po­no­wała, by Fede­rica zro­biła to samo.

- Zanim zabie­rzesz się do goto­wa­nia, trzeba zawsze umyć ręce - rze­kła. - Nie wia­domo prze­cież, czego wcze­śniej doty­ka­łaś, prawda?

- To tak jak z psem se?ory Baraca! - Fede­rica zachi­cho­tała.

- Pobre­cito, bie­dac­two - wes­tchnęła Lidia, prze­chy­la­jąc głowę i uśmie­cha­jąc się współ­czu­jąco. - To zwie­rzę cały boży dzień jest uwią­zane w małym ogródku, więc nic dziw­nego, że szczeka od świtu do zmierz­chu.

- Se?ora Baraca w ogóle go nie wypro­wa­dza? - zdzi­wiła się dziew­czynka, opłu­ku­jąc dło­nie pod kra­nem.

- Cza­sami go wypro­wa­dza, ale jest już stara. A my, sta­rzy ludzie, nie mamy zbyt wiele ener­gii...

- Wcale nie jesteś stara, Lidio!

- Nie jest stara, tylko tłu­sta - powie­działa po angiel­sku Helena, która wła­śnie weszła do kuchni z loko­mo­tywą Hala w ręku. - Lidia mia­łaby dużo wię­cej ener­gii i siły, gdyby tyle nie jadła. Przez cały dzień dźwiga wszę­dzie to cięż­kie ciało, wyobra­żasz sobie? Nic dziw­nego, że sapie i co chwilę dostaje zadyszki.

- Buenos días, se?ora - przy­wi­tała Helenę Lidia, która nie rozu­miała ani słowa po angiel­sku.

- Dzień dobry, Lidio - odparła Helena po hisz­pań­sku. - Potrzebny mi nóż, żeby napra­wić ten prze­klęty pociąg.

Nie zdo­była się nawet na naj­mniej­szy uśmiech. Była zbyt nie­spo­kojna i zde­ner­wo­wana, aby myśleć o kim­kol­wiek poza sobą.

- Pro­szę się nie mar­twić, don Ramon wkrótce będzie w domu i naprawi zabawkę - zauwa­żyła pogod­nie Lidia. - To zaję­cie dla męż­czy­zny.

- Ser­deczne dzięki, Lidio, to bar­dzo pomocna uwaga, doprawdy - zezło­ściła się Helena. - Podaj mi nóż, Fede.

Fede­rica speł­niła pole­ce­nie i w mil­cze­niu patrzyła, jak matka wycho­dzi z kuchni.

- Och, w domu jest znacz­nie przy­jem­niej, kiedy przy­jeż­dża twój tata! - oświad­czyła Lidia, chwy­ta­jąc dziew­czynkę w obję­cia. - Założę się, że w nocy w ogóle nie mogłaś zasnąć!

- Nie mogłam, to prawda - przy­tak­nęła Fede­rica i spoj­rzała na zegar. - Nie­długo tu będzie...

Lidia zauwa­żyła, że małe ręce dziecka dygocą. Fede­rica kro­iła masło, w sku­pie­niu marsz­cząc brwi.

- Uwa­żaj, żeby się nie ska­le­czyć - łagod­nie powie­działa Lidia. - Nie chcesz chyba, żeby tatuś po powro­cie zastał córeczkę z sied­mioma pal­cami, co?

Lidia roze­śmiała się gło­śno, sap­nęła i zaka­słała.

Helena, która zwy­kle świet­nie radziła sobie z napra­wia­niem róż­nych przed­mio­tów, zepsuła loko­mo­tywę do końca. Hal zalał się łzami. Matka przy­tu­liła go i zdo­łała pocie­szyć, obie­cu­jąc, że kupi mu nową loko­mo­tywę, więk­szą i ład­niej­szą.

- Ta i tak była już stara i znisz­czona - powie­działa. - Po co komu taka loko­mo­tywa? Pociąg wygląda bez niej dużo lepiej.

Nagle przy­szło jej do głowy, że ona też chcia­łaby być pocią­giem bez loko­mo­tywy. Zapa­liła następ­nego papie­rosa. Przez sze­roko otwarte drzwi do ogrodu pły­nęło powie­trze pach­nące morzem, poma­rań­czami i ozo­nem. Jest za gorąco, żeby sie­dzieć w domu, pomy­ślała z iry­ta­cją, powin­ni­śmy poje­chać na plażę. Otarła spo­cone czoło i spoj­rzała na zega­rek. Gar­dło miała ści­śnięte ze zde­ner­wo­wa­nia. Samo­lot Ramona wła­śnie wylą­do­wał.

Fede­rica i Lidia krę­ciły się po kuchni jak dwie psz­czoły nad kwia­tem pach­ną­cym nek­ta­rem. Fede­rica uwiel­biała uczest­ni­czyć we wszel­kich domo­wych zaję­ciach i z ogrom­nym entu­zja­zmem speł­niała pole­ce­nia Lidii. Czuła się doro­sła, bo Lidia wła­śnie tak ją trak­to­wała. Gawę­dziły o nęka­ją­cych Lidię bólach krę­go­słupa oraz kolce, a także o kurzaj­kach, które poja­wiły się na sto­pach jej męża.

- Boję się opie­rać nogi tam, gdzie on - powie­działa Lidia. - Dla­tego cią­gle noszę skar­petki, nie zdej­muję ich nawet pod prysz­ni­cem.

- Ja też bym tak robiła - przy­tak­nęła Fede­rica, nie do końca pewna, co to są kurzajki.

- Jesteś roz­sądna tak jak ja. - Lidia uśmiech­nęła się do chu­dego dziecka, jej zda­niem zde­cy­do­wa­nie za poważ­nego jak na sześć, no, pra­wie sie­dem lat.

Uwa­żała, że winę za zbyt­nią doj­rza­łość Fede­riki ponosi Helena. Matka po pro­stu zasy­pała małą obo­wiąz­kami. W rezul­ta­cie Fede­rica potra­fiła zająć się domem, i to cał­kiem nie­źle, zupeł­nie bez pomocy.

Kiedy Helena znowu zaj­rzała do kuchni, aro­mat pastel de choclo uświa­do­mił jej, że jest potwor­nie głodna. Fede­rica wycie­rała wła­śnie naczy­nia, a Lidia koń­czyła zmy­wać. Hele­nie udało się chwy­cić miseczkę z reszt­kami kremu, zanim pulchne dło­nie kucharki zanu­rzyły ją w pie­ni­stej wodzie. Nabrała na palec odro­binę śmie­tany, spró­bo­wała i łako­mie obli­zała wargi.

- Pyszne, kocha­nie - powie­działa ze szcze­rym podzi­wem. Uśmiech­nęła się do córeczki i pogła­skała jej lśniące, jasne włosy. - Świetna z cie­bie kucharka, naprawdę.

Fede­rica odpo­wie­działa uśmie­chem. Dosko­nale znała zmienną naturę matki. Helena w jed­nej chwili była ziry­to­wana i roz­draż­niona, a zaraz potem łagodna i miła. Sta­no­wiła cał­ko­wite prze­ci­wień­stwo Ramona, który zawsze był pogodny i bez­tro­ski. Pochwała matki jak zwy­kle bar­dzo ucie­szyła dziew­czynkę. Wypro­sto­wała się dum­nie i o mało nie pękła z rado­ści.

- Jest nie tylko świetną kucharką, ale i dosko­nałą gospo­sią, se?ora - ode­zwała się cie­pło Lidia. Duże czarne zna­mię na jej pod­bródku zady­go­tało pod wpły­wem sze­ro­kiego uśmie­chu. - Posprzą­tała po śnia­da­niu, cał­kiem sama - dorzu­ciła lekko kar­cą­cym tonem, ponie­waż nie podo­bało jej się, że se?ora Helena zrzuca wszystko na barki dziecka.

- Wiem. - Helena poki­wała głową. - Nie mam poję­cia, co bym bez niej zro­biła...

Słowa były jak naj­bar­dziej na miej­scu, lecz w gło­sie Heleny brzmiała obo­jęt­ność. Strzą­snęła popiół z papie­rosa do popiel­niczki i opu­ściła kuch­nię. Poszła na górę. Czuła się zmę­czona, serce cią­żyło jej tak bar­dzo, że nawet wygodne schody wyda­wały się zbyt trudne do poko­na­nia. Szła chłod­nym bia­łym kory­ta­rzem, lekko sta­wia­jąc stopy na drew­nia­nych deskach. W donicz­kach sto­ją­cych na pięk­nych pod­staw­kach kwi­tły jasne stor­czyki. Nie­które kwiaty nale­ża­łoby obe­rwać i wyrzu­cić, ale Hele­nie nie chciało się tym zająć. W sypialni zasłony z bia­łego lnu falo­wały na wie­trze, jakby same pró­bo­wały roz­su­nąć się na boki i wpu­ścić słońce do wnę­trza. Helena szarp­nęła nimi z roz­draż­nie­niem i spoj­rzała na morze. Roz­cią­gało się przed nią, świe­tli­ste i drżące, zapra­szało, żeby popły­nęła gdzieś daleko, jak naj­da­lej stąd. Hory­zont obie­cy­wał wol­ność i nowe życie.

- Pomóc ci sprząt­nąć pokój, mamo? - zapy­tała cicho Fede­rica. Helena odwró­ciła się i spoj­rzała w małą, poważną buzię córki. - Chcia­ła­byś zro­bić tu porzą­dek na przy­jazd taty, tak? - Pod­nio­sła popiel­niczkę i zga­siła w niej papie­rosa.

- No, tak... - odparła Fede­rica nie­śmiało. - Przy­nio­słam tro­chę kwia­tów i...

Serce Heleny bole­śnie ści­snęło się ze współ­czu­cia. Rozu­miała, że córeczka kocha ojca mimo jego dłu­gich, powta­rza­ją­cych się wyjaz­dów. Fede­rica kochała Ramona, cho­ciaż mogła go nie­na­wi­dzić. Obda­rzyła go bez­wa­run­kową miło­ścią. Im czę­ściej wyjeż­dżał, tym rado­śniej go witała, bie­gnąc pro­sto w jego ramiona jak wdzięczna kochanka. Helena miała ochotę powie­dzieć Fede­rice prawdę i znisz­czyć jej ilu­zje, pra­gnęła tego z czy­stej zło­śli­wo­ści, ponie­waż w głębi serca żało­wała, że nie podziela wyobra­żeń córeczki. Zawsze uwa­żała, że świat dzieci jest cudo­wa­nie pro­sty i zazdro­ściła Fede­rice jej uczu­cia.

- W porządku, Fede - rze­kła z napię­ciem. - Sprząt­nij, tacie na pewno bar­dzo spodo­bają się te kwiaty. Nie będę ci prze­szka­dzać...

Weszła do łazienki i zamknęła za sobą drzwi. Fede­rica usły­szała, jak matka włą­cza prysz­nic i stru­mień wody ude­rza o meta­lowe ścianki wanny. Wes­tchnęła cicho. Posłała łóżko, wkła­da­jąc pod poduszkę i narzutę świeżą lawendę, dokład­nie tak, jak nauczyła ją bab­cia, i posta­wiła wazo­nik z kwiat­kami na sto­liku noc­nym po stro­nie ojca. Potem poskła­dała rze­czy matki i zanio­sła je do sta­rej dębo­wej szafy, wcze­śniej jed­nak pie­czo­ło­wi­cie uło­żyła na pół­kach nie­dbale poroz­rzu­cane czę­ści ubra­nia, aż w końcu wnę­trze przy­wo­dziło na myśl dobrze zor­ga­ni­zo­wany sklep. Otwo­rzyła na oścież okna, żeby zapa­chy ogrodu i morza wygo­niły z pokoju brudny papie­ro­sowy dym. Wresz­cie usia­dła przy toa­letce i się­gnęła po foto­gra­fię ojca, który uśmie­chał się do niej tro­chę łobu­zer­sko zza szkła ozdob­nej srebr­nej ramki. Ramon był bar­dzo przy­stojny - miał błysz­czące czarne włosy, oliw­kową skórę, lśniące orze­chowe oczy o szcze­rym, inte­li­gent­nym spoj­rze­niu i duże usta, zdra­dza­jące poczu­cie humoru i natu­ralny urok. Fede­rica prze­su­nęła kciu­kiem po szkle i uchwy­ciła w nim odbi­cie zamy­ślo­nej buzi. W obra­zie swo­jej twa­rzy widziała tylko matkę, jej bar­dzo jasne włosy, jasno­nie­bie­skie oczy, jasno­ró­żowe wargi, jasną skórę... Bar­dzo żało­wała, że nie odzie­dzi­czyła ciem­nej, wło­skiej urody ojca... Szkoda, że wziął ją po nim tylko Hal, który na pewno będzie rów­nie przy­stojny. Wszyst­kie dziew­czynki w jej kla­sie były ciemne, tak jak Hal. Kiedy matka zabie­rała ją do Val­pa­ra­iso, ludzie gapili się na nią z zacie­ka­wie­niem, a se?ora Esco­bar, wła­ści­cielka baru kanap­ko­wego za rogiem, nazy­wała ją La Ange­lita (Anio­łek) i za żadne skarby świata nie chciała uwie­rzyć, że ludzka istota może mieć tak jasne włosy. Naj­lep­sza przy­ja­ciółka Heleny, Lola Migu­enes, posta­no­wiła utle­nić swoje czarne jak noc włosy, ale w poło­wie eks­pe­ry­mentu zabra­kło jej odwagi i teraz cho­dziła z lokami koloru rdza­wej dachówki, co zda­niem Fede­riki wyglą­dało wyjąt­kowo paskud­nie. Helena nie dbała o swój wygląd tak jak Chi­lijki, które zawsze miały sta­ranny mani­kiur, błysz­czący lakier na dłu­gich paznok­ciach, per­fek­cyj­nie nało­żoną szminkę i ele­ganc­kie stroje. Helena krzą­tała się po domu z wło­sami byle jak upię­tymi na czubku głowy i z papie­ro­sem zwi­sa­ją­cym z kącika ust. Fede­rica uwa­żała, że matka umie być śliczna, kiedy się postara. Sądząc po sta­rych foto­gra­fiach, kie­dyś musiała być bar­dzo piękna, lecz ostat­nio zupeł­nie się zanie­dbała. Fede­rica nie tra­ciła jed­nak nadziei, że matka zmo­bi­li­zuje się teraz ze względu na powrót ojca.

Helena wyszła z łazienki, spo­wita obło­kiem pary. Jej twarz była zaró­żo­wiona, oczy lśniły. Fede­rica wycią­gnęła się na narzu­cie z bia­łego ada­maszku i patrzyła, jak matka przy­go­to­wuje się na powrót męża. Helena czuła zapach lawendy i doj­rza­łych poma­rań­czy, i posta­no­wiła, że na razie nie zapali następ­nego papie­rosa, żeby nie zepsuć wypra­co­wa­nego przez Fede­ricę efektu. Miała wyrzuty sumie­nia. Fede­rica była tak pod­nie­cona jak koń w bramce star­to­wej tuż przed wyści­giem, gdy tym­cza­sem ona ocze­ki­wała przy­jazdu Ramona z nie­po­ko­jem, nie­chę­cią i skry­waną świa­do­mo­ścią, że jest tylko kwe­stią czasu, kiedy zmo­bi­li­zuje się i odej­dzie od niego. Nakła­da­jąc maki­jaż, obser­wo­wała w lustrze Fede­ricę, która wcale nie podej­rze­wała, że na parę chwil stała się obiek­tem zain­te­re­so­wa­nia matki. Dziew­czynka wpa­try­wała się w okno, jakby sądziła, że ojciec przy­bę­dzie stat­kiem, nie samo­cho­dem. Miała dzie­cinny, miękki pro­fil, lecz wyraz twa­rzy doro­słej kobiety. Pełne napię­cia ocze­ki­wa­nie, co pod­kre­ślała pio­nowa zmarszczka mię­dzy brwiami i drżące wargi, świad­czyło o świa­do­mo­ści cał­ko­wi­cie nie­przy­sta­ją­cej do jej wieku. Fede­rica uwiel­biała ojca, kochała go miło­ścią wier­nego psa, nato­miast Hal kochał matkę, która w głębi duszy uwa­żała, że dużo bar­dziej zasłu­guje na to uczu­cie.

Kiedy Helena była już gotowa, deli­kat­nie uma­lo­wana i ubrana w obci­słe białe spodnie i baweł­nianą koszulkę, z jesz­cze wil­got­nymi wło­sami sple­cio­nymi w wężowy war­kocz, usia­dła na łóżku obok córki i pogła­skała jej poli­czek.

- Ślicz­nie wyglą­dasz, kocha­nie - powie­działa i z czu­ło­ścią poca­ło­wała nie­winne czoło dziecka. - Po pro­stu prze­ślicz­nie, możesz mi wie­rzyć.

- Nie­długo tu będzie, prawda? - zapy­tała cicho Fede­rica.

- Tak, lada chwila - odparła, masku­jąc drże­nie głosu ze sku­tecz­no­ścią nabytą w wyniku wie­lo­let­niej prak­tyki.

Pod­nio­sła się i szybko zbie­gła po scho­dach. Nie mogła zapa­lić w sypialni, bo Fede­rica wło­żyła w jej upo­rząd­ko­wa­nie zbyt wiele wysiłku i miło­ści, ale musiała się zacią­gnąć, i to już, natych­miast. W chwili, gdy pode­szwy jej espa­dryli dotknęły kafli posadzki w holu, drzwi wej­ściowe otwo­rzyły się i sta­nął w nich Ramon podobny do wiel­kiego czar­nego wilka. Helena gwał­tow­nie wcią­gnęła powie­trze i poczuła, jak jej żołą­dek kur­czy się bole­śnie. Patrzyli na sie­bie, w mil­cze­niu oce­nia­jąc chłodną obcość, która nie­uchron­nie nara­stała mię­dzy nimi, gdy tylko zna­leźli się w jed­nym pomiesz­cze­niu.

- Fede, tatuś przy­je­chał! - zawo­łała Helena.

Jej twarz nie zmie­niła wyrazu, lecz głos wibro­wał skry­wa­nymi emo­cjami. Ramon ode­rwał ciem­no­brą­zowe oczy od kamien­nych rysów żony i rozej­rzał się w poszu­ki­wa­niu córki. Fede­rica zbie­gała po scho­dach, prze­ska­ku­jąc po dwa stop­nie i pisz­cząc z rado­ści. Prze­mknęła obok matki i sko­czyła pro­sto w obję­cia ojca, obej­mu­jąc cien­kimi ramion­kami zaro­śniętą szyję, przy­wie­ra­jąc policz­kiem do oboj­czyka i wdy­cha­jąc ciężki, korzenny zapach, który wyróż­niał go spo­śród wszyst­kich innych ludzi.

Ramon poca­ło­wał cie­pły poli­czek córki i pod­niósł ją wysoko, śmie­jąc się tak gło­śno, że poczuła wibra­cje, prze­bie­ga­jące przez jej ciało.

- Ach, więc tęsk­ni­łaś za mną! - wykrzyk­nął, okrę­ca­jąc ją dookoła sie­bie.

Fede­rica oto­czyła go nogami w pasie, aby nie spaść na zie­mię.

- Tak, tatu­siu! - Roze­śmiała się.

Ogar­nęła ją fala wiel­kiego szczę­ścia i rado­ści, chciało jej się śmiać i pła­kać jed­no­cze­śnie. Wła­śnie wtedy do holu wbiegł Hal, spoj­rzał na ojca i wybuch­nął pła­czem. Helena pod­bie­gła do synka, w grun­cie rze­czy bar­dzo zado­wo­lona z jego poja­wie­nia się, które nieco roz­ła­do­wało nie­przy­jemną dla niej atmos­ferę, wzięła go na ręce i poca­ło­wała w mokry poli­czek.

- To tata, kocha­nie - rze­kła, bez­sku­tecz­nie usi­łu­jąc nadać gło­sowi rado­sne brzmie­nie. - Tatuś wró­cił do domu...

Hal musiał wyczuć jej roz­terkę, bo znowu zalał się łzami. Ramon posta­wił córkę na ziemi i pod­szedł do syna, szlo­cha­ją­cego w ramio­nach matki.

- To tylko tata, Hal­cito - ode­zwał się.

Uśmiech­nął się sze­ro­kimi, dużymi ustami, lecz strach nie znik­nął z dzie­cię­cej buzi. Hal moc­niej przy­tu­lił się do Heleny i odwró­cił głowę.

- Przy­kro mi, Ramon - powie­działa sucho Helena.

Wyczu­wała roz­cza­ro­wa­nie męża, ale w głębi serca cie­szyła się, że Hal odrzu­cił go w tak jed­no­znaczny spo­sób. Miała ochotę powie­dzieć Ramo­nowi, że nie może ocze­ki­wać miło­ści od swo­ich dzieci, jeżeli nie uczest­ni­czy w ich życiu. W ostat­niej chwili jej wzrok padł na roz­pa­loną miło­ścią i podzi­wem twarz Fede­riki oraz jej pełne ufno­ści oczy, i zro­zu­miała, że nie jest to takie oczy­wi­ste. Tak czy ina­czej, Ramon nie zasłu­gi­wał na miłość córeczki.

- Mam dla cie­bie pre­zent, Hal - oznaj­mił Ramon, się­ga­jąc po torbę i odpi­na­jąc bły­ska­wiczny zamek. - Natu­ral­nie dla cie­bie także, Fede - dodał, gdy dziew­czynka czule poło­żyła rękę na jego ple­cach. - O, pro­szę, to dla cie­bie, Hal... - Ramon zna­lazł wresz­cie obie­cany pre­zent i pod­szedł do synka, który sze­roko otwo­rzył oczy z rado­ści na widok poma­lo­wa­nego na wesołe kolory drew­nia­nego pociągu. - Pomy­śla­łem sobie, że coś takiego na pewno ci się przyda...

Hal natych­miast zapo­mniał o stra­chu i wycią­gnął rączki po zabawkę.

- Zepsu­łam dzi­siaj jego starą loko­mo­tywę - powie­działa Helena, zmu­sza­jąc się do uśmie­chu ze względu na dzieci. - Nie mogłeś dostać nowego pociągu w lep­szym momen­cie, prawda, Hal?

- Dosko­nale, bar­dzo się cie­szę - odparł Ramon. Odwró­cił się i pod­szedł do podróż­nej torby. - Zaraz, zaraz, gdzie jest twój pre­zent, Fede? Przy­wio­złem ci coś naprawdę wyjąt­ko­wego...

Ramon zer­k­nął w pełną rado­snego ocze­ki­wa­nia twarz córki, pogła­dził jej dłoń, która znowu spo­częła na jego ramie­niu. Takie gesty były typowe dla Fede­riki, to dziecko musiało nawią­zać kon­takt fizyczny, aby w pełni odczuć bli­skość dru­giej osoby. Ramon zanu­rzył obie ręce w tor­bie wypeł­nio­nej nie ubra­niami, lecz notat­ni­kami, sprzę­tem foto­gra­ficz­nym i upo­min­kami z dale­kich kra­jów. Wresz­cie jego palce natra­fiły na szorstki papier. Wycią­gnął paku­nek, sta­ra­jąc się nie stuk­nąć nim w meta­lowe czę­ści sta­ty­wów, apa­ra­tów i obiek­ty­wów.

- Pro­szę, kocha­nie. - Uśmiech­nął się, wkła­da­jąc paczuszkę w jej drżące dło­nie.

- Dzię­kuję, tatu­siu! - Fede­rica wes­tchnęła z zachwy­tem i zaczęła roz­pa­ko­wy­wać pre­zent.

Hal pobiegł do dzie­cię­cego pokoju, żeby poba­wić się nowym pocią­giem. Helena zapa­liła papie­rosa i zacią­gnęła się ner­wowo, oparta o poręcz scho­dów.

- Jak się masz? - zapy­tał Ramon, nie zbli­ża­jąc się do żony.

- W porządku, wszystko bez zmian - odparła chłodno.

- To dobrze.

Helena ze znu­że­niem przy­mknęła oczy.

- Musimy poroz­ma­wiać, Ramon.

- Nie teraz.

- To chyba oczy­wi­ste...

- Póź­niej.

Fede­rica roz­wi­nęła papier i odsło­niła pry­mi­tyw­nie wyrzeź­bioną drew­nianą szka­tułkę. Nie była ładna, nie wyda­wała się też zabawna. Dziew­czynka poczuła, że do oczu napły­wają jej gorące łzy, gar­dło ści­snęło się z roz­cza­ro­wa­nia. Nie dla­tego, że zale­żało jej na ład­niej­szym pre­zen­cie, wcale nie, nie była prze­cież chciwa czy roz­piesz­czona, lecz dla­tego, że poda­ru­nek, jaki ojciec przy­wiózł Halowi, był o wiele ład­niej­szy od tego. W pre­zen­tach ojca dopa­try­wała się wyrazu jego miło­ści. Skoro więc nie chciało mu się nawet poszu­kać dla niej cze­goś przy­jem­nego, to naj­wy­raź­niej nie kochał jej zbyt mocno...

- Dzię­kuję, tatu­siu... - wykrztu­siła, wsty­dli­wie poły­ka­jąc łzy. - Bar­dzo ładne...

Nie miała jed­nak siły wal­czyć z ogar­nia­ją­cymi ją uczu­ciami. Pod­nie­ce­nie, z jakim cze­kała na ojca, było zbyt wiel­kie i teraz roz­cza­ro­wa­nie dopro­wa­dziło ją do łez, które szybko popły­nęły po roz­pa­lo­nych policz­kach.

- Fede, mi amor! - zdzi­wił się Ramon.

Chwy­cił córkę w ramiona, przy­cią­gnął ją do sie­bie i poca­ło­wał mokrą buzię.

- Ładne, naprawdę ładne... - powtó­rzyła, sta­ra­jąc się oka­zać wdzięcz­ność i nie chcąc go ura­zić.

- Otwórz ją! - szep­nął jej do ucha.

Fede­rica się zawa­hała.

- Śmiało, amor­cita, otwórz!

Drżącą ręką pod­nio­sła wieczko. Mała szka­tułka z zewnątrz wyda­wała się mało atrak­cyjna, co tu dużo mówić, po pro­stu brzydka, ale w środku znaj­do­wała się naj­pięk­niej­sza rzecz, jaką Fede­rica kie­dy­kol­wiek widziała. W dodatku po otwo­rze­niu szka­tułka wygry­wała dziwną, cudow­nie uro­kliwą melo­dię.

Roz­dział drugi

Fede­rica z zachwy­tem wpa­try­wała się w szka­tułkę, któ­rej wnę­trze wyło­żone było pięk­nie cię­tymi kamy­kami mie­nią­cymi się wszyst­kimi kolo­rami, lśnią­cymi tak wspa­niale, jakby każdy mały klej­not miał pul­su­jące wła­snym świa­tłem serce. Mię­dzy krysz­ta­łami nie było ani jed­nego kawałka drewna - wyda­wało się, że szka­tułka została wyko­nana z samych przej­rzy­stych kamieni. Można było odnieść wra­że­nie, że patrzy się na trzon skry­sta­li­zo­wa­nej skały. Na dnie szka­tułki drżały deli­katne motyle skrzy­dła, zło­żone z kawał­ków gra­na­to­wych, jasno­nie­bie­sko­zie­lo­nych jak akwa­ma­ryna oraz bursz­ty­no­wych. Efekt był tak nie­zwy­kły, że Fede­rica ostroż­nie przy­ło­żyła palec do powierzchni, pra­gnąc się prze­ko­nać, iż rze­czy­wi­ście są to kamie­nie, a nie błysz­czące kro­ple wody z jakie­goś zacza­ro­wa­nego źró­dełka. Za sprawą dziw­nego, opa­li­zu­ją­cego świa­tła motyl robił wra­że­nie goto­wego do odlotu. Fede­rica powoli poru­szyła szka­tułką, pra­gnąc spraw­dzić, skąd bie­rze się ten per­łowy blask, i natych­miast ule­gła cza­rowi magicz­nych poru­szeń i drgnień motyla, który przy każ­dej zmia­nie poło­że­nia mie­nił się coraz to nowymi bar­wami, od błę­ki­tów po roz­ma­ite odcie­nie różu, czer­wieni i poma­rań­czo­wego. Dziew­czynka wstrzy­mała oddech i usta­wiła szka­tułkę pro­sto. Motyl odzy­skał chłodną barwę morza, lecz przy następ­nym poru­sze­niu znowu roz­ja­rzył się ogniem.

- Och, jaki piękny... - Pocią­gnęła nosem, ani na chwilę nie odry­wa­jąc wzroku od swo­jej lśnią­cej szka­tułki z klej­no­tami.

- Piękno nie zawsze widać na pierw­szy rzut oka, Fede - powie­dział cicho Ramon, przy­tu­la­jąc córkę.

Spoj­rzał na żonę, która na­dal stała sztywno oparta o poręcz scho­dów, wydmu­chu­jąc w powie­trze kłęby dymu jak roz­wście­czony smok. Wes­tchnęła ze znie­cier­pli­wie­niem i potrzą­snęła głową, a potem wyszła z holu na kory­tarz, cią­gnąc za sobą smugę dymu. Helena czuła, że musi powie­dzieć Ramo­nowi, iż nie zawsze będzie w sta­nie kupić sobie miłość córki za pre­zent. Nie­stety, dosko­nale zda­wała sobie sprawę, że mąż nie musi kupo­wać uczu­cia Fede­riki - miał je za darmo.

Ramon wypro­sto­wał się i ode­rwał wzrok od smużki papie­ro­so­wego dymu, którą, razem z pełną nie­za­do­wo­le­nia atmos­ferą, zosta­wiła w holu jego żona. Spoj­rzał na jaśnie­jącą rado­ścią buzię córki, cał­ko­wi­cie nie­świa­do­mej wibru­ją­cego w powie­trzu napię­cia i uczu­cia zawodu. Otwartą dło­nią potarł nie­ogo­loną twarz i brudne czarne włosy, które teraz się­gały mu do ramion. Było gorąco. Chciał ode­tchnąć świe­żym powie­trzem i tro­chę popły­wać. Nie­cier­pli­wie cze­kał na powrót do domu, wie­lo­krot­nie wyobra­żał sobie tę chwilę, odgry­wał ją i malo­wał ide­al­nymi bar­wami, lecz gdy oto rze­czy­wi­ście wró­cił do naj­bliż­szych, ogar­nęło go pra­gnie­nie, by znowu wyje­chać. Dom zawsze wyda­wał mu się przy­jem­niej­szym miej­scem, kiedy fil­tro­wał jego obraz przez szkiełko wzru­sza­ją­cych wspo­mnień oraz ocze­ki­wań i nadziei, szkoda tylko, że cza­sami o tym zapo­mi­nał.

- Chodź, Fede - powie­dział. - Pój­dziemy na plażę, tylko ty i ja, dobrze? Weź ze sobą szka­tułkę.

Fede­rica zerwała się na równe nogi, tuląc swój skarb do chu­dziut­kiej piersi. Wzięła Ramona za rękę i oboje wyszli przed dom.

- A co z mamą i Halem? - zapy­tała, nie­przy­tomna z rado­ści, że ojciec wybrał ją, tylko ją, nikogo innego.

- Hal bawi się pocią­giem, mama go pil­nuje, a ja chciał­bym spo­koj­nie opo­wie­dzieć ci, jak zna­la­złem tę szka­tułkę. Wiąże się z nią bar­dzo smutna legenda. Wiem, że uwiel­biasz takie histo­rie...

- Uwiel­biam twoje histo­rie - spro­sto­wała, pod­bie­ga­jąc, aby dotrzy­mać mu kroku.

Helena patrzyła bez­rad­nie, jak mąż wycho­dzi z domu, zabie­ra­jąc ze sobą przy­tła­cza­jący cię­żar swo­jej obec­no­ści. Nagle poczuła się oszu­kana, jakby nara­sta­jące w jej piersi napię­cie oka­zało się jedy­nie wytwo­rem wyobraźni. Dom wyda­wał jej się dziw­nie skar­lały i sku­lony, kiedy wypeł­niał go swą potężną syl­wetką Ramon, a teraz oto nie­spo­dzie­wa­nie odzy­skał poprzed­nią wiel­kość. Przy­gry­zła wargi, zawie­dziona i roz­trzę­siona. Jak on śmie nas opusz­czać, pomy­ślała z gory­czą. Jak śmie! Dla­czego nie może cho­ciaż na tro­chę zostać w domu, na miłość boską...

W połu­dnie słońce pra­żyło naprawdę mocno i nawet bryza znad oce­anu nie dawała trwa­łego orzeź­wie­nia, tylko tro­chę chło­dząc powie­trze. Minęli dom se?ory Baraca i jej psa, który na ich widok zaczął szar­pać się na smy­czy i szcze­kać jak sza­lony. Fede­rica opo­wie­działa ojcu, że biedny kun­del szczeka całymi dniami, ponie­waż chciałby pobie­gać, a w małym ogródku nie ma dość miej­sca.

- Wobec tego weźmy go na plażę - zapro­po­no­wał.

- Naprawdę? - ucie­szyła się. - Mogli­by­śmy?

Chwilę póź­niej z dumą patrzyła, jak ojciec dzwoni do drzwi se?ory Baraca. Sta­nęli w cie­niu mig­da­łowca. Z dru­giego końca ulicy dobie­gały odgłosy dzie­cię­cych zabaw i dźwięcz­nego, gło­śnego śmie­chu, podob­nego do pokrzy­ki­wa­nia pta­ków na plaży. Fede­rica wcale nie żało­wała, że nie bawi się razem z innymi dziećmi. Pra­gnęła tylko jed­nego - żeby ojciec tym razem na dobre został w domu i już ni­gdy nie wyjeż­dżał.

- Si? - roz­le­gło się zza zamknię­tych drzwi.

Głos był głę­boki i gar­dłowy, przy­tłu­miony przez zale­ga­jącą w krtani flegmę.

- Nazy­wam się Ramon Cam­pione, se?ora Baraca - ode­zwał się Ramon z pew­no­ścią sie­bie, która cecho­wała wszyst­kie jego poczy­na­nia.

Fede­rica wypro­sto­wała się, naśla­du­jąc ojca, który zawsze cho­dził z wysoko pod­nie­sioną głową.

- Ramon Cam­pione, coś takiego... - wymam­ro­tała se?ora, otwo­rzyła drzwi i sta­nęła na progu, podobna do sku­lo­nej wrony. Była stara, przy­gar­biona, ubrana w czarną żałobną suk­nię, którą stale nosiła, cho­ciaż jej mąż nie żył już od ponad dzie­się­ciu lat. - Myśla­łam, że jest pan gdzieś na dru­gim końcu świata - zachry­piała.

- Wła­śnie wró­ci­łem do domu - odparł Ramon łagod­nym tonem, aby nie prze­stra­szyć sta­ruszki. Fede­rica mocno zaci­snęła palce na jego dłoni. - Moja córka bar­dzo chcia­łaby zabrać pani pie­ska na spa­cer po plaży. Mam nadzieję, że nie ma pani nic prze­ciwko temu, aby sobie tro­chę pobie­gał.

Stara kobieta kla­snęła języ­kiem o dzią­sła, mocno wcią­ga­jąc policzki.

- Znam was, więc nie muszę się oba­wiać, że chce­cie go ukraść - powie­działa. - Może rze­czy­wi­ście ruch dobrze mu zrobi, kto wie... Jeżeli się zmę­czy, może wresz­cie się zamknie. Jakimś cudem nie osza­la­łam dotąd ze smutku, ale to zwie­rzę na pewno wykoń­czy mnie szcze­ka­niem...

- Zro­bimy, co w naszej mocy - rzekł Ramon, posy­ła­jąc star­szej pani pełen galan­te­rii uśmiech. - Prawda, Fede?

Fede­rica sku­liła się u jego boku i nie­śmiało spu­ściła oczy. Powy­krzy­wiane przez artre­tyzm palce se?ory Baraca nie­zgrab­nie odwią­zy­wały smycz, włosy na jej pod­bródku w bla­sku słońca do złu­dze­nia przy­po­mi­nały paję­czynę. W końcu se?ora otwo­rzyła furtkę i wrę­czyła koniec smy­czy Ramo­nowi. Pies prze­stał szcze­kać, zaczął nato­miast ska­kać jak piłeczka, pry­cha­jąc z entu­zja­zmem więź­nia świeżo wypusz­czo­nego na wol­ność.

- Nazywa się Rasta - oświad­czyła sta­ruszka, bio­rąc się pod boki. - Poda­ro­wał mi go mój syn, zanim jesz­cze znik­nął na dobre. Poza tym kun­dlem nikogo nie mam. Wola­ła­bym syna, bo robił znacz­nie mniej hałasu...

- Przy­pro­wa­dzimy Rastę przed lun­chem - zapew­nił Ramon.

- Jak pan chce, don Ramon - odrze­kła i zamru­gała powie­kami z nie­za­do­wo­le­niem istoty nawy­kłej do życia w pół­mroku swo­jego smutku.

Ramon i Fede­rica zeszli ze wzgó­rza w kie­runku morza, raz po raz pod­bie­ga­jąc, aby dotrzy­mać kroku Raście, który ska­kał i pędził przo­dem. Naprę­żał smycz, pra­gnąc obwą­chać każdą bramę i słu­pek, każde drzewo i traw­nik, i bez­tro­sko pod­no­sił nogę wszę­dzie tam, gdzie wyczu­wał zapach innego zwie­rzę­cia. Rasta był wzru­sza­jąco szczę­śliwy. Serce Fede­riki wzno­siło się wysoko na fali rado­ści, kiedy przy­glą­dała się, jak chudy czarny kun­de­lek prze­żywa wol­ność, praw­do­po­dob­nie po raz pierw­szy od wielu mie­sięcy. Spoj­rzała na ojca i jej policzki zapło­nęły z podziwu i uwiel­bie­nia. Jej tata potra­fił zro­bić wszystko, abso­lut­nie wszystko.

Prze­szli na drugą stronę drogi bie­gną­cej wzdłuż wybrzeża i po wyło­żo­nych pły­tami scho­dach zbie­gli na plażę Caleta Abarca. Brze­giem morza spa­ce­ro­wało parę osób, małe dziecko bawiło się z psem, rzu­ca­jąc mu piłeczkę w ude­rza­jące o pia­sek fale. Fede­rica zdjęła san­dały i zanu­rzyła różowe palce stóp w miękki pia­sek, podobny do prze­sia­nej przez Lidię mąki. Ramon prze­brał się w kąpie­lówki, zosta­wił ubra­nie i skó­rzane moka­syny pod okiem Fede­riki i poszedł obmyć zmę­czone podróżą ciało w zim­nym Pacy­fiku. Fede­rica patrzyła, jak biegł ku morzu razem z Rastą, który z zachwy­tem ska­kał dookoła niego. Ramon był silny i owło­siony, miał budowę ciała alpi­ni­sty lub wio­śla­rza, lecz poru­szał się z zaska­ku­jącą lek­ko­ścią i wdzię­kiem. Jego wyobraź­nia była głę­boka i tajem­ni­cza jak morze, pełne wra­ków i dawno temu zato­pio­nych kon­ty­nen­tów. Fede­rica rosła na jego opo­wie­ściach; wie­działa, że to wła­śnie one w jakiś spo­sób łago­dzą ból spo­wo­do­wany dłu­go­trwa­łymi roz­sta­niami. Kiedy wspo­mi­nała roz­ma­ite okresy swo­jego krót­kiego życia, odkry­wała, że pamięta głów­nie wyprawy w głąb nie­zwy­kle płod­nego umy­słu ojca. Jej pamięć reje­stro­wała prze­ży­wane razem z Ramo­nem przy­gody, nie dłu­gie mie­siące roz­stań. Teraz obser­wo­wała, jak ojciec roz­pry­skuje wodę wokół sie­bie i wnie­bo­wzię­tego Rasty. Słońce prze­świe­cało przez czubki fal, budziło bły­ski w jedwa­bi­stych wło­sach Ramona. Gdyby nie wie­działa, kogo ma przed sobą, mogłaby wziąć go za roz­ba­wioną fokę. Poło­żyła szka­tułkę na kola­nach i pogła­skała surowe drew­niane wieczko. Zasta­na­wiała się, do kogo wcze­śniej nale­żał ten skarb. Po ple­cach prze­le­ciał jej przy­jemny dreszcz ocze­ki­wa­nia na kolejną cza­ro­dziej­ską histo­rię. Otwo­rzyła szka­tułkę, z zachwy­tem wsłu­chu­jąc się w melo­dię małych dzwo­necz­ków, i utkwiła spoj­rze­nie w poły­sku­ją­cych klej­no­ci­kach, two­rzą­cych drżące skrzy­dła motyla.

Po dłu­giej kąpieli mokry Ramon usiadł obok Fede­riki na gorą­cym pia­sku, aby wysu­szyć się na słońcu. Rasta, który naj­wy­raź­niej nie chciał ani na chwilę rezy­gno­wać z odzy­ska­nej wol­no­ści, ganiał w górę i w dół plaży, ści­ga­jąc się z falami. Ramon czuł głę­bo­kie zado­wo­le­nie, że córce spodo­bała się szka­tułka. Fede­rica zasłu­gi­wała na tę drobną radość. Co tu dużo mówić, Helena miała rację - nie był dobrym ojcem. Dobrzy ojco­wie spę­dzali z dziećmi dużo czasu, naj­czę­ściej kosz­tem wła­snych spraw i roz­ry­wek. On do nich nie nale­żał, jego cha­rak­ter wyklu­czał takie ojco­stwo. Był wędrow­cem, włó­częgą. Jego matka czę­sto powta­rzała, że dzieci dają rodzi­com dokład­nie tyle, ile dają im rodzice. Tak czy ina­czej, jego postę­po­wa­nie nie było chyba jed­nak do końca złe, bo Fede­rica kochała go i miłość ta znaj­do­wała odbi­cie w każ­dym jej geście czy wyra­zie twa­rzy. Wbił wzrok w nie­bie­skawy hory­zont. Cie­kawe, jak długo tym razem wytrzyma w domu, zanim zna­jomy nie­po­kój pokona jego wąt­pli­wo­ści i wyrzuty sumie­nia i pogna go pro­sto w ramiona nowej przy­gody...

- Opo­wiedz mi tę legendę, tato - popro­siła Fede­rica.

Ramon usiadł wygod­nie, posa­dził sobie córkę mię­dzy nogami, oto­czył jej drobne ciało ramio­nami i oparł nie­ogo­lony poli­czek o jej głowę. Oboje patrzyli na mozaikę z krysz­ta­łów i słu­chali cichego dźwięku dzwon­ków.

- Ta szka­tułka nale­żała kie­dyś do pięk­nej inka­skiej księż­niczki - zaczął Ramon.

Fede­rica wes­tchnęła z zachwy­tem. Uwiel­biała opo­wie­ści ojca. Przy­tu­liła się do niego, prze­czu­wa­jąc, że ta histo­ria będzie zupeł­nie wyjąt­kowa. Na okry­tych żółtą sukienką kola­nach trzy­mała otwartą szka­tułkę i co chwilę muskała pal­cami lśniące kamyki, przy­glą­da­jąc się, jak przy każ­dej zmia­nie kąta pada­nia świa­tła poja­wiają się wciąż nowe odcie­nie, zupeł­nie jak za sprawą cza­rów.

- Księż­niczka miała na imię Topa­huay i miesz­kała w pałacu w wio­sce Pisac, w Peru. Inko­wie byli jedną ze sta­ro­żyt­nych cywi­li­za­cji Ame­ryki Połu­dnio­wej. Odda­wali cześć słońcu, Inti, oraz panu­ją­cemu cesa­rzowi, Ince. Po cesa­rzu naj­wyż­szą pozy­cję w kraju zaj­mo­wali szla­chet­nie uro­dzeni Inko­wie Capas, praw­dziwi potom­ko­wie zało­ży­ciela pań­stwa, Manco Capaca. Topa­huay nale­żała do jed­nego z tych ary­sto­kra­tycz­nych rodów, zwa­nych pana­cas. Miała gładką brą­zową skórę, okrą­głą, otwartą twarz, bystre zie­lone oczy i dłu­gie czarne włosy, które spla­tała w się­ga­jący pra­wie do kostek war­kocz. Ludzie podzi­wiali jej urodę i nie było takiego mło­dego ary­sto­kraty, który nie pra­gnąłby poślu­bić Topa­huay. Lecz księż­niczka zako­chała się w czło­wieku niskiego rodu, nale­żą­cym do klasy yana­kuna, klasy słu­żą­cych. Mał­żeń­stwo mię­dzy człon­kami tych klas było nie do pomy­śle­nia. Mimo to Topa­huay i Wan­chuko kochali się tak mocno i żar­li­wie, że zła­mali prawa swego kraju i zaczęli się pota­jem­nie spo­ty­kać. Cza­sami Topa­huay prze­bie­rała się za dziew­czynę yana­kuna i wtedy spa­ce­ro­wali spo­koj­nie uli­cami, trzy­ma­jąc się za ręce, a nawet wymie­nia­jąc poca­łunki. W takich chwi­lach nie musieli się lękać podejrz­li­wych spoj­rzeń krew­nych księż­niczki czy słu­żą­cych. Topa­huay miała zale­d­wie trzy­na­ście lat. Może pomy­ślisz, że dziew­czyna w tak mło­dym wieku nie powinna jesz­cze myśleć o mał­żeń­stwie, ale w tam­tych cza­sach trzy­na­sto­latka stała już na progu doj­rza­ło­ści, nic więc dziw­nego, że rodzice Topa­huay zaczęli roz­glą­dać się za odpo­wied­nim mężem dla córki. Księż­niczka czuła się więź­niem świata ogra­ni­czo­nego zaka­zami i naka­zami kodeksu spo­łecz­nego, świata, z któ­rego nie było dla niej drogi ucieczki. W głębi duszy wie­działa, że będzie musiała wyjść za czło­wieka ze swo­jej sfery i na zawsze roz­stać się z Wan­chuko. Wan­chuko także był tego świa­dom, dla­tego posta­no­wił zro­bić dla niej szka­tułkę, wyglą­da­jącą z zewnątrz tak zwy­czaj­nie, żeby Topa­huay mogła zabrać ją ze sobą gdzie­kol­wiek zechce, nie budząc niczy­ich podej­rzeń. Szka­tułka miała jed­nak zawie­rać tajemne prze­sła­nie, wia­do­mość, którą tylko Topa­huay mogłaby zoba­czyć i odczy­tać, obraz, który przy­po­mi­nałby jej o miło­ści, jaką darzył ją Wan­chuko. Z tą wła­śnie myślą Wan­chuko wyko­nał zwy­czajną, pro­stą drew­nianą szka­tułkę, tak zwy­czajną, że pra­wie brzydką. Kiedy pudełko było już gotowe, wyru­szył na poszu­ki­wa­nie naj­pięk­niej­szych kamieni, jakie można zna­leźć wśród wzgórz i w jaski­niach. Były to krysz­tały i bar­dzo cenne kamie­nie, które Wan­chuko odkrył na dnie jeziora, błę­kitne i zie­lone, tak piękne, jakby powstały z samej wody. Zgro­ma­dziw­szy wszyst­kie potrzebne mu klej­noty, zamknął się w małym pokoju i dzień w dzień od świtu do zmierz­chu przy­ci­nał i kroił kamie­nie, dopa­so­wu­jąc je do obrazu, jaki pra­gnął stwo­rzyć wewnątrz szka­tułki. Zro­bił też znacz­nie mniej­sze pudełko i umie­ścił w nim spe­cjalny mecha­nizm, dzięki któ­remu po otwar­ciu szka­tułki roz­le­gała się dziwna, uro­kliwa muzyka, przy­po­mi­na­jąca dźwięki malut­kich dzwo­necz­ków. Legenda mówi, że to mniej­sze pudełko było naprawdę cza­ro­dziej­skie, stwo­rzyła je bowiem siła miło­ści mło­dego czło­wieka, która nie pocho­dziła z tego świata. Podobno także za sprawą tej magii udało mu się dopa­so­wać kamie­nie. Wan­chuko nie użył kleju, kamie­nie trzy­mają się wyłącz­nie dzięki ide­al­nemu uło­że­niu, jak mozaika, rozu­miesz? Gdy­byś wyjęła jeden, wypa­dłyby wszyst­kie i motyl prze­stałby ist­nieć, więc chyba rze­czy­wi­ście jego two­rze­niu musiały towa­rzy­szyć czary... Nie ma innego wytłu­ma­cze­nia. Motyl miał być sym­bo­lem urody Topa­huay i jej szcze­gól­nej nie­woli. Gdy Wan­chuko dał księż­niczce szka­tułkę, zapła­kała sre­brzy­stymi łzami. Powie­działa, że żałuje, iż nie ma skrzy­deł jak motyl, aby odfru­nąć razem z uko­cha­nym. Wan­chuko nie prze­czu­wał, że jego poda­ru­nek sta­nie się także sym­bo­lem losu Topa­huay. Motyle żyją tylko jeden dzień. Życie księż­niczki miało zostać gwał­tow­nie prze­rwane. Impe­rium Inków stało u szczytu potęgi. Było to naj­więk­sze i naj­sil­niej­sze pań­stwo, jakie kie­dy­kol­wiek ist­niało w Ame­ryce Połu­dnio­wej. Wkrótce wszystko miało się zmie­nić...

Do brze­gów Peru przy­byli Hisz­pa­nie i pod­bili kraj. Był to jeden z naj­bar­dziej krwa­wych epi­zo­dów histo­rii. I wła­śnie wtedy, gdy nadzieja konała, a krew tysięcy Inków spły­wała obfi­tymi rze­kami po zbo­czach gór w doliny, India­nie posta­no­wili zło­żyć piękną, podzi­wianą przez wszyst­kich Topa­huay w ofie­rze bogu wojny, licząc, że ten przyj­dzie im na ratu­nek. Księż­niczkę ubrano w szaty z naj­cień­szej, naj­de­li­kat­niej­szej wełny, jej włosy zaple­ciono i przy­brano stoma lśnią­cymi krysz­ta­łami. Na gło­wie umiesz­czono duży wachlarz z bia­łych piór, który miał prze­nieść ją do lep­szego świata i odstra­szyć demony, czy­ha­jące na dro­dze. Wan­chuko nie był w sta­nie ura­to­wać uko­cha­nej. Bez­radny i zła­many roz­pa­czą, mógł tylko patrzeć, jak Topa­huay idzie wąską gór­ską ścieżką, oto­czona orsza­kiem naj­wyż­szych kapła­nów i dygni­ta­rzy. Kiedy prze­cho­dziła obok niego, jej duże zie­lone oczy spo­częły na nim z tak wielką miło­ścią, że wokół jej głowy zapło­nęło świa­tło nie z tego świata. Usta Wan­chuko zadrżały. Wycią­gnął rękę i chwy­cił fałdę weł­nia­nego płasz­cza księż­niczki, chcąc ją zatrzy­mać. Nie­stety, było to nie­moż­liwe. Orszak minął go i ruszył dalej, coraz wyżej, w ramiona gór­skich mgieł. Wresz­cie dotarli do mostu łączą­cego ten świat z następ­nym, do mostu, który Topa­huay miała prze­kro­czyć sama. Wan­chuko poczuł, jak ogar­nia go potężny gniew. Nie mógł pła­kać i bał się pobiec za uko­chaną. Tkwił bez ruchu, cze­ka­jąc, pra­gnąc, aby wszystko się już skoń­czyło. Roz­pro­sto­wał zaci­śnięte palce i zoba­czył, że na jego drżą­cej dłoni leży kawa­łek barw­nej weł­nia­nej tka­niny. Chwilę póź­niej usły­szał krótki, prze­ni­kliwy krzyk. Pod­niósł oczy na góry, któ­rych poszar­pane, ska­li­ste szczyty powta­rzały echem krzyk Topa­huay. Kiedy ponow­nie spoj­rzał na swoją dłoń, kawa­łek mate­riału prze­mie­nił się w cudow­nego motyla. Osłu­piały Wan­chuko patrzył, jak motyl drży, jakby zasko­czony wła­sną meta­mor­fozą, a potem roz­kłada kru­che skrzy­dła i odla­tuje. Topa­huay stała się moty­lem, cho­ciaż wyda­wało się to nie­praw­do­po­dobne. Jej duch był wolny...

Fede­rica była głę­boko wzru­szona. Gorąca łza spły­nęła powoli po jej policzku na wargi, a stam­tąd na szka­tułkę, i znik­nęła mię­dzy krysz­ta­łami.

- Jak zdo­by­łeś szka­tułkę, tatu­siu? - zapy­tała szep­tem, jakby oba­wiała się, że dźwięk głosu znisz­czy magiczny nastrój tej chwili.

- Zna­la­złem ją w wio­sce o nazwie Puca Pucara. Rodzina Topa­huay odzy­skała ją po pogrze­bie księż­niczki. Jej naj­bliżsi zabrali ją do swo­jej wio­ski i prze­cho­wali do czasu, gdy w oko­licy poja­wili się żądni krwi Hisz­pa­nie. Wtedy matka Topa­huay, która od początku wie­działa, co kryje się w sercu córki, dała ją Wan­chuko i powie­działa mu, aby opu­ścił Peru i nie wra­cał, dopóki nie będzie to bez­pieczne. Tak więc Wan­chuko wyje­chał i wró­cił kil­ka­dzie­siąt lat póź­niej, już jako stary czło­wiek. Ni­gdy się nie oże­nił, ponie­waż przy­siągł, że jego serce będzie nale­żało wyłącz­nie do Topa­huay. Samot­nie wędro­wał po świe­cie, roz­my­śla­jąc o uko­cha­nej. Na jawie i we śnie cią­gle widział jej szczerą twarz i roze­śmiane oczy, i ten obraz niósł mu pocie­chę i poma­gał prze­trwać. Kiedy wró­cił do Pisac, nikogo tam nie roz­po­znał. Jego bli­scy i krewni Topa­huay zostali wymor­do­wani przez najeźdź­ców. Śmierć nie uznaje podzia­łów spo­łecz­nych, więc wszy­scy zgi­nęli razem, rzą­dzący i rzą­dzeni. Zroz­pa­czony Wan­chuko poszedł w góry tą samą ścieżką, którą tam­tego strasz­nego dnia podą­żała Topa­huay. Na szczy­cie, ku swemu zdu­mie­niu, ujrzał drobną sta­ruszkę, która sie­działa na tra­wie i wpa­try­wała się w dostojne gór­skie szczyty. Gdy się zbli­żył, zorien­to­wał się, że jest to sio­stra Topa­huay, Topa­quin. Czas pomarsz­czył jej skórę i przy­giął ciało do ziemi, ale prze­cież to samo spo­tkało i jego. Topa­quin także roz­po­znała Wan­chuko i popro­siła, aby usiadł obok niej. Długo roz­ma­wiali o Topa­huay, jej krót­kim, tra­gicz­nie prze­rwa­nym życiu oraz niszczy­cielskiej hisz­pań­skiej armii, która wdep­tała w zie­mię cywi­li­za­cję Inków. Wan­chuko dał Topa­quin szka­tułkę i powie­dział jej, że duch Topa­huay tań­czy w świe­tle krysz­ta­łów i śpiewa razem z dzwo­necz­kami. Potem poło­żył się w miej­scu, gdzie bru­tal­nie prze­rwana została nić życia Topa­huay, i umarł. On także prze­kro­czył most łączący nasz świat z tam­tym, nie był jed­nak sam - towa­rzy­szyła mu Topa­huay, jej miłość pro­wa­dziła go, aby żadne zło nie mogło go dotknąć... I tak szka­tułka tra­fiła do Puca Pucara i została tam, prze­ka­zy­wana kolej­nym poko­le­niom. Dała mi ją stara kobieta, która powie­działa, że mnie przyda się ona znacz­nie bar­dziej niż jej. Owi­nęła szka­tułkę w szal i po pro­stu mi dała. Jestem prze­ko­nany, że szka­tułka jest bez­cenna, podob­nie jak ty, Fede. Sza­nuj ją, bo powstała z miło­ści i z miło­ścią musi być prze­cho­wy­wana.

- Zawsze będę ją miała przy sobie, tato - odparła Fede­rica, prze­peł­niona wdzięcz­no­ścią i tak wzru­szona, aż cała jej buzia pobla­dła. - Dzię­kuję ci...

Ramon zer­k­nął na zega­rek. Fede­rica sie­działa jak zacza­ro­wana, drżącą ręką gła­dząc lśnią­cego motyla.

- Musimy wró­cić na lunch - szep­nął jej do ucha. - Gdzie Rasta? - Par­sk­nął śmie­chem, roz­glą­da­jąc się po plaży.

Wstał, prze­cią­gnął się leni­wie i wło­żył zrzu­cone przed kąpielą rze­czy. Fede­rica nie­chęt­nie wstała. Zamknęła szka­tułkę, wygła­dziła fałdy żół­tej sukienki i zawo­łała Rastę, który przy­biegł po chwili z piłką w pysku, mokry i na­dal try­ska­jący ener­gią.

- Idziemy, Rasta - powie­działa, kle­piąc się po udzie.

Pies pod­biegł, poło­żył piłkę na pia­sku u stóp dziew­czynki i rzu­cił jej wycze­ku­jące spoj­rze­nie. Fede­rica potrzą­snęła głową. Jakieś biedne dziecko na pewno szuka teraz piłki, pomy­ślała, ujmu­jąc ją kciu­kiem i jed­nym pal­cem, żeby nie pobru­dzić rąk. Rozej­rzała się dookoła, ale w pobliżu nie było nikogo, kto wyglą­dałby na wła­ści­ciela piłeczki.

- Co mam z nią zro­bić, tato? - zapy­tała.

- Och, pozwól mu ją zatrzy­mać - odparł Ramon, wsu­wa­jąc stopy w moka­syny. - Biedny Rasta nie ma nic do zabawy, a tej piłki i tak nikt nie szuka.

Fede­rica rzu­ciła piłkę daleko przed sie­bie. Pies pognał za nią z rado­snym uja­da­niem.

- Chodźmy do domu. - Ramon wziął córkę za rękę i pocią­gnął w stronę scho­dów.

- To była wspa­niała opo­wieść, tatu­siu.

- Wie­dzia­łem, że ci się spodoba.

- Bar­dzo mi się podo­bała, nie umiem nawet powie­dzieć, jak bar­dzo... - Wes­tchnęła, przy­ci­ska­jąc szka­tułkę do piersi. - A szka­tułka zawsze będzie moim naj­cen­niej­szym skar­bem...

Ramon szedł z córką w kie­runku domu, pogrą­żony w nie­we­so­łych myślach. Prze­czu­cie pod­po­wia­dało mu, że Helena się pod­dała i nie chce dłu­żej wal­czyć. Patrzyła na niego obo­jęt­nie i chłodno - ni­gdy dotąd nie widział u niej takiego spoj­rze­nia. Była zre­zy­gno­wana i smutna, jakby zdała sobie sprawę, że z tej sytu­acji nie ma dobrego wyj­ścia. Wes­tchnął głę­boko. Fede­rica myślami na­dal była w Pisac, razem z Topa­huay i Wan­chuko, i w mil­cze­niu szła u boku ojca.

Odpro­wa­dzili Rastę do se?ory Baraca, która nie kryła wdzięcz­no­ści, ponie­waż pies już nie szcze­kał, lecz tylko dyszał ciężko i mer­dał cie­niut­kim ogon­kiem. Sta­ruszka powie­działa, że Fede­rica może go wypro­wa­dzać, kiedy zechce.

- Skoro cię nie ugryzł, to chyba cię lubi - rze­kła bez uśmie­chu, gło­śno ssąc dzią­sła.

- Mama mówi, że nie powin­nam doty­kać Rasty - wyznała dziew­czynka, kiedy wcho­dzili do domu. - Może być strasz­nie brudny, bo prze­cież nie wia­domo, gdzie łaził...

- Teraz już wiemy, gdzie łaził. - Uśmiech­nął się Ramon. - Tak czy ina­czej, lepiej słu­chać mamy, więc nie zapo­mnij umyć rąk przed jedze­niem.

- Razem z Lidią ugo­to­wa­łam twoje ulu­bione danie - pochwa­liła się z dumą.

Ramon bły­snął zębami, które zalśniły biało na tle ciem­nej skóry.

- Pastel de choclo? - zapy­tał.

Fede­rica kiw­nęła głową.

- Nie zasłu­guję na taką wspa­niałą córkę...

- Ależ zasłu­gu­jesz! - zapro­te­sto­wała rado­śnie. - Jesteś naj­lep­szym ojcem na świe­cie!

Ani na chwilę nie wypusz­cza­jąc z ręki szka­tułki, ści­snęła dłoń Ramona tak mocno, że bez naj­mniej­szego trudu uwie­rzył w szcze­rość jej słów.

Roz­dział trzeci

Drzwi otwo­rzyły się gwał­tow­nie i sta­nęła w nich zaczer­wie­niona, nie­spo­kojna Lidia.

- Don Ramon! - wykrzyk­nęła, przy­kła­da­jąc rękę do szybko wzno­szą­cego się i opa­da­ją­cego obfi­tego biu­stu. - Se?ora Helena czeka z lun­chem! Kazała mi iść i poszu­kać was!

Ramon natych­miast roz­broił ją sze­ro­kim uśmie­chem.

- Na szczę­ście już nie musisz, Lidio. Wła­śnie się zna­leź­li­śmy. Podobno na lunch jest pastel de choclo...

- Si, don Ramon - przy­tak­nęła Lidia, zamy­ka­jąc drzwi i wcho­dząc za nimi do kuchni. - Fede­rica sama goto­wała.

- Pach­nie wspa­niale! - Ramon wcią­gnął w noz­drza cie­pły zapach cebuli. - Nie zapo­mnij umyć rąk, Fede - dorzu­cił, się­ga­jąc po leżące obok zlewu mydło.

Fede­rica odpo­wie­działa mu poro­zu­mie­waw­czym uśmie­chem, dokład­nie umyła ręce i pobie­gła do salonu.

- Mamo! - zawo­łała, bie­gnąc w pod­sko­kach kory­ta­rzem. - Mamo!

Chciała jak naj­szyb­ciej opo­wie­dzieć matce legendę o swo­jej szka­tułce. Helena wyszła z pokoju zmę­czona i wyraź­nie roz­draż­niona, z Halem na rękach.

- Gdzie byli­ście, Fede? - zapy­tała i z roz­tar­gnie­niem pogła­skała potar­gane wia­trem włosy dziew­czynki. - Hal umiera z głodu...

- Poszli­śmy na plażę i zabra­li­śmy ze sobą psa se?ory Baraca, Rastę. Bie­dak wresz­cie prze­stał szcze­kać, wiesz? Oka­zało się, że po pro­stu musiał się wybie­gać. Tatuś pły­wał, a ja pil­no­wa­łam jego rze­czy. Rasta też pły­wał. Potem tata opo­wie­dział mi legendę.

- Jaką legendę? - Helena udała zacie­ka­wie­nie, chcąc spra­wić córce przy­jem­ność.

- Legendę o Topa­huay i Wan­chuko. Topa­huay była inka­ską księż­niczką i ta szka­tułka została zro­biona spe­cjal­nie dla niej...

- Naprawdę? - Helena zdzi­wiła się cier­pli­wie. - To wspa­niale...

Pod­nio­sła wzrok i spoj­rzała pro­sto w twarz męża, który wła­śnie wcho­dził do jadalni. Pokój natych­miast wypeł­nił się aurą jego oso­bo­wo­ści i napię­ciem, które razem z nim powró­ciło do domu. Popa­trzyli na sie­bie z uprzej­mym zain­te­re­so­wa­niem, jak zupeł­nie obcy ludzie, któ­rzy widzą się po raz pierw­szy w życiu. Helena pierw­sza odwró­ciła wzrok.

- Chcę sie­dzieć koło tatu­sia - oznaj­miła Fede­rica, wysu­wa­jąc krze­sło i zabor­czo pokle­pu­jąc jego sie­dze­nie.

- Sia­daj, gdzie masz ochotę, skar­bie - odparła Helena. - Mam nadzieję, że umy­łaś ręce?

- Och, tak! - zawo­łała Fede­rica ze śmie­chem. - Se?ora Baraca wygląda jak cza­row­nica, wiesz, mamo?

- To prawda. - Ramon zaśmiał się w nadziei, że żar­to­bliwy ton roz­mowy roz­ła­duje napię­cie.

- Ale chyba nie rzu­ciła na was złego uroku? - zapy­tała Helena, ze względu na dzieci uda­jąc roz­ba­wie­nie.

W gar­dle i klatce pier­sio­wej czuła bole­sny ucisk. Była bar­dzo zde­ner­wo­wana, nie miała siły odgry­wać roli bez­tro­skiej pani domu. Chciała jak naj­szyb­ciej poroz­ma­wiać z Ramo­nem na osob­no­ści. Musiała zrzu­cić z sie­bie cię­żar ponu­rych myśli i jakoś roz­wią­zać sytu­ację, w któ­rej się zna­leźli. Nie mogła dalej tak żyć, nie było to zresztą dobre dla żad­nego z nich...

- Nie, skądże znowu! - powie­działa Fede­rica. - Była bar­dzo wdzięczna, że zabra­li­śmy jej psa na spa­cer.

- Chcę zoba­czyć psa! - zapisz­czał Hal, nie­cier­pli­wie krę­cąc się na krze­sełku.

Lidia weszła do jadalni, nio­sąc misę z paru­ją­cym pastel de choclo.

- Fede­rica ugo­to­wała je dla cie­bie dziś rano - rze­kła Helena.

Popra­wiła Hala w fote­liku i usia­dła naprze­ciwko męża.

- Sły­sza­łem. - Ramon uśmiech­nął się do córki. - Jesteś dla mnie bar­dzo dobra, Fede.

- Też tak uwa­żam - zauwa­żyła sucho Helena. Miała ochotę dodać, że mąż nie zasłu­żył na tę dobroć, ale w ostat­niej chwili ugry­zła się w język. - Pra­co­wała w kuchni cały ranek, prawda, Fede?

- Tata nie zaglą­dał jesz­cze do swo­jego pokoju... - mruk­nęła nie­śmiało dziew­czynka.

- Co zro­bi­łaś z moim poko­jem, paskudna małpko?

- Sam się prze­ko­naj! - zachi­cho­tała.

- Fede nazry­wała dziś rano mnó­stwo kwia­tów - obwie­ścił wszem wobec nie­lo­jalny Hal.

- Mamo, nie pozwól mu! - gniew­nie zapro­te­sto­wała Fede­rica.

- Jak spra­wuje się twój pociąg, Hal? - zapy­tał Ramon, usi­łu­jąc odwró­cić uwagę synka.

- Jest bar­dzo kolo­rowy i szybko jeź­dzi. I robi tak: "Czu, czu, czu, czuuu!".

Lidia posta­wiła przed chłop­cem paru­jący talerz.

- Nie lubię kuku­ry­dzy! - poża­lił się Hal, bun­tow­ni­czym gestem spla­ta­jąc ręce na brzu­chu.

- Lubi kuku­ry­dzę, kłam­czuch jeden! - wybuch­nęła Fede­rica. - Tylko udaje, dla­tego że to ja goto­wa­łam!

- Nie­prawda!

- Prawda!

- Nie!

- Tak!

- Wystar­czy, dzieci - ode­zwał się Ramon zde­cy­do­wa­nym tonem. - Hal, zja­daj wszystko, bo zaraz pój­dziesz do swo­jego pokoju bez lun­chu i bez pociągu!

Hal zmarsz­czył brwi i wykrzy­wił się do sio­stry. Jego brą­zowe oczy pełne były żalu i nie­chęci.

Ramon i Helena wie­dzieli, że kiedy dzieci zamilkną, co było nor­malną reak­cją po kłótni, będą musieli roz­ma­wiać oni, a na to nie mieli naj­mniej­szej ochoty. Nie chcieli zacho­wy­wać się wobec sie­bie z fał­szywą uprzej­mo­ścią, jak para akto­rów gra­ją­cych role w mar­nej sztuce. Ramon pozwo­lił Fede­rice opo­wie­dzieć matce legendę o księż­niczce Inków, prze­ry­wa­jąc dziew­czynce tylko wtedy, gdy pro­siła go o pomoc lub zapo­mniała o jakimś waż­nym szcze­góle. Był zdu­miony, że córka dosko­nale zapa­mię­tała całą histo­rię. Helena słu­chała uważ­nie i odwró­ciła się do synka naj­wy­żej dwa czy trzy razy, kiedy robił wszystko, żeby sku­pić na sobie jej uwagę.

- Cudowna opo­wieść, kocha­nie - powie­działa, gdy Fede­rica skoń­czyła mówić. - I ta cza­ro­dziej­ska szka­tułka jest teraz twoja! Masz szczę­ście!

Nie dodała: "Tylko jej nie zgub!", co z pew­no­ścią zro­bi­łoby wiele matek, ponie­waż świet­nie wie­działa, że Fede­rica bar­dziej dba o swoje rze­czy niż ona sama.

- Pomy­śla­łem sobie, że mogli­by­śmy poje­chać do Cacha­gua na jakieś dwa tygo­dnie - zapro­po­no­wał Ramon lek­kim tonem, zupeł­nie jakby wszystko ukła­dało się cał­kiem nor­mal­nie i jakby nie zauwa­żył zmiany w zacho­wa­niu Heleny. - Spę­dzi­li­by­śmy Boże Naro­dze­nie z moimi rodzi­cami. Byliby zachwy­ceni, że mogą pobyć z tobą i z dziećmi.

- Och, tak, mamo, pojedźmy do dziad­ków! - pisnęła Fede­rica rado­śnie.

Dziew­czynka bar­dzo lubiła wizyty u rodzi­ców Ramona, w ich przy­tul­nym, miłym domu nad morzem. Helena żało­wała, że mąż wystą­pił z tą pro­po­zy­cją w obec­no­ści dzieci. Powinni naj­pierw poroz­ma­wiać, Ramon nawet nie zapy­tał jej o zda­nie. Jeżeli teraz powie, że nie mogą jechać, Fede­rica i Hal będą roz­cza­ro­wani i roz­ża­leni. Nie chciała im tego robić... Hal patrzył na nią bła­gal­nie, z nadzieją w brą­zo­wych oczach.

- Tak, tak! - krzyk­nął, waląc widel­cem w stół.

Hal także prze­pa­dał za dziad­kami, któ­rzy kupo­wali mu lody i zabie­rali na prze­jażdżki na kucyku. Dzia­dek czę­sto czy­tał mu bajki i nosił na barana.

- Dobrze, poje­dziemy do Cacha­gua - zgo­dziła się z wes­tchnie­niem. - Ramon, po lun­chu muszę z tobą poroz­ma­wiać. Nie zni­kaj gdzieś zaraz razem z Fede, bar­dzo pro­szę.

Sta­rała się mówić bez­tro­skim tonem, żeby nie zmar­twić dzieci. Wie­działa, co chce powie­dzieć Ramo­nowi i oba­wiała się, że może mimo woli zdra­dzić się ze swo­imi myślami.

- Nie zniknę - odparł, lekko marsz­cząc brwi.

W gło­sie Heleny było coś osta­tecz­nego, co mu się zupeł­nie nie podo­bało. Kobiety zawsze muszą wyja­śniać wszystko do końca, do bólu... Wszystko musi być zała­twione i roz­wią­zane. Helena była w tym mistrzy­nią. Nie umiała pod­dać się bie­gowi spraw, by zoba­czyć, co z tego wynik­nie. Musiała podej­mo­wać decy­zje, for­ma­li­zo­wać je i obwiesz­czać, co posta­no­wiła.

Po pierw­szym daniu, za które Ramon podzię­ko­wał córce, z czu­ło­ścią cału­jąc ją w czoło, Fede­rica pobie­gła za Lidią do kuchni, aby dokoń­czyć przy­go­to­wy­wa­nie powi­tal­nego tortu, meren­gon de lúcuma. W tym cza­sie Helena i Ramon roz­ma­wiali z Halem, gotowi zro­bić wszystko, byle tylko nie roz­ma­wiać ze sobą. Zachwy­cony Hal natych­miast zaczął się popi­sy­wać i chęt­nie zaśpie­wał pio­senkę o osiołku, któ­rej nauczył się w przed­szkolu. Rodzice nie spusz­czali z niego oczu, byle tylko nie patrzeć na sie­bie. Wresz­cie drzwi się otwo­rzyły i do jadalni weszła Fede­rica, nio­sąc biały bez­owy tort z jedną zapa­loną świeczką. Hal z zapa­łem odśpie­wał Happy Bir­th­day. Ramon i Helena roze­śmiali się. Napię­cie, dła­wiące krtań i klatkę pier­siową Heleny ustą­piło i przez chwilę mogła nor­mal­nie oddy­chać.

Fede­rica posta­wiła tort przed ojcem, który uro­czy­ście zdmuch­nął świeczkę. Hal kla­snął w dło­nie i zachi­cho­tał, kiedy pło­myk znowu się poja­wił, jak za sprawą cza­rów. Ramon udał zasko­czo­nego i jesz­cze raz zdmuch­nął świecę. Po chwili cała sytu­acja się powtó­rzyła. Dzieci pękały ze śmie­chu, prze­ko­nane, że ojciec naprawdę nie wie, co zro­bić z nie­ga­sną­cym pło­mie­niem. W końcu Ramon zamo­czył czubki pal­ców w szklance z wodą i zdu­sił knot.

- "Witamy w domu!" - gło­śno odczy­tał napis z bru­nat­nego lukru, wyko­nany jesz­cze nie­zbyt pewną ręką Fede­riki na puszy­stej war­stwie bia­łego kremu. - Dzię­kuję, Fede... - Przy­cią­gnął córkę do sie­bie i poca­ło­wał ją w poli­czek.

Kiedy kroił tort, Fede­rica sie­działa na jego kola­nach. Hal wycią­gał łyżeczkę w stronę tortu, aż wresz­cie udało mu się ścią­gnąć odro­binę kremu, który natych­miast obli­zał, żeby nikt nie zdą­żył mu tego zabro­nić. Helena udała, że niczego nie zauwa­żyła. Była zbyt zmę­czona, aby zuży­wać resztkę ener­gii na kar­ce­nie nie­sfor­nego dziecka. Musiała prze­cież jesz­cze poroz­ma­wiać z Ramo­nem.

Po lun­chu Fede­rica nie­chęt­nie wypro­wa­dziła Hala do ogrodu, a rodzice poszli na górę, żeby spo­koj­nie poroz­ma­wiać. Zasta­na­wiała się, czego ma doty­czyć ta roz­mowa. Była nie­za­do­wo­lona, że matka zaj­muje ojcu czas. Dziew­czynka zabrała szka­tułkę ze sobą, usia­dła w cie­niu drzewka poma­rań­czo­wego i zaczęła powta­rzać sobie w myśli opo­wie­dzianą przez ojca histo­rię.

- Mogę obej­rzeć twoją szka­tułkę? - zapy­tał Hal, sia­da­jąc obok sio­stry.

- Tak, tylko ostroż­nie, żebyś cze­goś nie zepsuł...

- Będę uwa­żał - obie­cał, bio­rąc puz­derko z jej rąk. - Ojej, jest śliczna! - zachwy­cił się.

- Tak. Dawno temu nale­żała do księż­niczki Inków.

- Kto to są Inko­wie?

- To taka rasa ludzi, któ­rzy kie­dyś miesz­kali w Peru - wyja­śniła Fede­rica.

- I co się stało z tą księż­niczką?

- Nie słu­cha­łeś, jak opo­wia­da­łam o tym przy stole? - Fede­rica uśmiech­nęła się pobłaż­li­wie.

- Słu­cha­łem, ale chcę posłu­chać jesz­cze raz. Pro­szę cię, Fede...

- No, dobrze - zgo­dziła się. - Opo­wiem ci wszystko od początku, ale słu­chaj uważ­nie i nie prze­ry­waj, bo prze­stanę!

- Nie prze­rwę ci ani razu - obie­cał Hal i ziew­nął.

Było bar­dzo gorąco, nawet w cie­niu. Ciche bzy­cze­nie psz­czół, fru­wa­ją­cych nad kwiet­ni­kami, i odle­gły szum morza sta­no­wiły przy­jemne tło leni­wych godzin sje­sty. Fede­rica objęła Hala, który natych­miast przy­tu­lił się do jej boku i oparł główkę na ramie­niu.

- Dawno, dawno temu, w dale­kim Peru... - zaczęła.

Hal zamknął oczy i prze­niósł się w obcy, zupeł­nie inny świat.

Ramon wszedł za żoną na pię­tro. Oboje mil­czeli. Przy­glą­dał się, jak szła przed nim kory­ta­rzem, przy­gar­biona, ze spusz­czoną głową. Gdy zbli­żali się do jego pokoju, uchwy­cił w powie­trzu zapach lawendy, który zawsze przy­po­mi­nał mu matkę i dom rodzi­ców w Cacha­gua. Helena odga­dła chyba, o czym myślał, bo wyja­śniła, że to Fede­rica wło­żyła mię­dzy pościel gałązki świe­żej lawendy z ogrodu.

Sta­ran­nie wywie­trzony pokój pach­niał nie tylko lawendą, ale także poma­rań­czami i różami. Rozej­rzał się po sypialni, którą dzie­lił z żoną przez więk­szą część trwa­ją­cego dwa­na­ście lat mał­żeń­stwa. Nie potra­fił wzbu­dzić w sobie prze­ko­na­nia, że oto wró­cił do sie­bie. Mimo wysił­ków Fede­riki był to pokój jego żony, a jej zimny spo­sób bycia wyraź­nie mówił mu, że nie jest tu mile widziany.

Posta­wił walizkę na pod­ło­dze i usiadł na brzegu łóżka. Helena pode­szła do okna i popa­trzyła na morze.

- Więc o czym chcesz poroz­ma­wiać? - zapy­tał, cho­ciaż dobrze znał odpo­wiedź.

- O nas - odparła sucho.

- To zna­czy?

- Wiele się zmie­niło, nie wydaje ci się?

- Wiele, to prawda.

- Mam dosyć uda­wa­nia przed dziećmi, że wszystko jest w porządku. Nic nie jest w porządku. Nie jestem szczę­śliwa. Ty cią­gle jeź­dzisz po świe­cie, piszesz swoje opo­wia­da­nia i żyjesz jak Cygan, więc może odbie­rasz to ina­czej, ale ja tkwię sama w domu, bez cie­bie, bez żad­nego wspar­cia... Sama wycho­wuję nasze dzieci... - Helena poczuła, że w jej skro­niach zaczyna pul­so­wać tępy ból.

- Prze­cież wie­dzia­łaś, że wła­śnie tak wygląda moje życie. - Ramon pokrę­cił głową i ścią­gnął brwi. - Nie mia­łaś wobec mnie żad­nych ocze­ki­wań, w każ­dym razie tak mówi­łaś. Dałaś mi wol­ność, bo rozumia­łaś, że bez niej nie będę mógł nor­mal­nie funk­cjo­no­wać.

- Wiem, rze­czy­wi­ście tak było, ale wtedy nie zda­wa­łam sobie sprawy, jak to naprawdę będzie. Na początku podró­żo­wa­li­śmy razem i było wspa­niale, jak w dobrym śnie. Kocha­łam nasze podróże i kocha­łam cie­bie, lecz teraz... - Helena zawie­siła głos.

- Teraz? - powtó­rzył ze smut­kiem.

- Teraz już cię nie kocham. - Helena odwró­ciła się i spoj­rzała na męża. Dostrze­gła wyraz bólu, który prze­mknął przez jego twarz. - Miłość wymaga pie­lę­gna­cji, Ramo­nie - dodała pospiesz­nie. - Nie wolno zosta­wiać jej samej sobie, bo wtedy nisz­czeje w zanie­dba­niu. Kie­dyś bar­dzo cię kocha­łam, ale teraz po pro­stu cię nie znam i chyba już nie roz­po­zna­ła­bym naszej miło­ści. Wiem jedno - jestem zmę­czona samot­no­ścią, mam jej dosyć, a ty cią­gle zosta­wiasz mnie samą, na całe mie­siące. I zawsze tak będzie...

Po policz­kach Heleny popły­nęły łzy, jedna za drugą, jedna za drugą, aż w końcu ufor­mo­wały się z nich dwa cien­kie stru­myczki roz­pa­czy i żalu.

- Wobec tego, co chcesz zro­bić? - zapy­tał.

Pode­szła powoli i przy­sia­dła obok niego.

- Gdy­byś bał się mnie stra­cić, został­byś i pisał tutaj. Zmie­nił­byś się dla mnie, ale nie zro­bisz tego, prawda?

Długą chwilę zasta­na­wiał się, jak odpo­wie­dzieć na to pyta­nie, lecz naj­wy­raź­niej jego mil­cze­nie roz­wiało jej wąt­pli­wo­ści.

- Kochasz mnie, Ramo­nie?

Jego błysz­czące oczy patrzyły na nią ze smut­kiem.

- Tak, kocham cię, kocham cię tak, jak umiem, Heleno. Na­dal cię kocham, ale to uczu­cie nie wystar­czy, abym się zmie­nił. Gdym został tu z tobą i z dziećmi, use­chł­bym. Tak, use­chł­bym jak roślina na pustyni, nie rozu­miesz? Nie chcę stra­cić ani cie­bie, ani dzieci, lecz nie potra­fię się zmie­nić... - Pokrę­cił głową. - Wra­cam do domu i już po pół godzi­nie zaczy­nam się zasta­na­wiać, kiedy będę mógł wyje­chać. Przy­kro mi...

Mil­czeli. Helena pła­kała z ulgi, że w końcu wyrzu­ciła z sie­bie drę­czące ją uczu­cia. Napię­cie zni­kło, ból głowy ustę­po­wał. Ramon nie wie­dział, co robić. Nie chciał jej stra­cić, była bez­piecz­nym por­tem, do któ­rego lubił wra­cać. Lubił myśl, że ma dom, do któ­rego w każ­dej chwili może przy­je­chać. Rzadko korzy­stał z tej moż­li­wo­ści, ale sama świa­do­mość roz­grze­wała mu serce. Kochał dzieci, cho­ciaż nie wyobra­żał sobie, aby mógł się nimi zaj­mo­wać codzien­nie, dzień po dniu, jak to w życiu... Nie był ani wzo­ro­wym mężem, ani ojcem.

- Co teraz? - zapy­tał po chwili.

- Chcę wró­cić do domu. - Helena wstała i znowu pode­szła do okna.

- Do Anglii?

- Tak.

- Ale to drugi koniec świata!

- Nie rozu­miem, dla­czego mia­łoby ci to prze­szka­dzać. Sam zawsze jesteś na dru­gim końcu świata i nie zamie­rzasz tego zmie­nić. Co za róż­nica, gdzie będziemy? Ty i tak będziesz na innym kon­ty­nen­cie.

- A dzieci?

- Pójdą do szkoły w Anglii. Zamiesz­kamy w Korn­wa­lii, z moimi rodzi­cami... - Nagle pod­bie­gła i uklę­kła u jego stóp. - Pro­szę cię, Ramo­nie, pozwól mi zabrać dzieci do kraju... Nie chcę tu dłu­żej miesz­kać, nie w takiej sytu­acji... Bez cie­bie to wszystko nie ma dla mnie sensu, rozu­miesz? Nie czuję się u sie­bie. Chcia­łam, żeby tak było, i naprawdę się sta­ra­łam, ale teraz chcę wra­cać do domu...

- Co im powiesz?

- Że jedziemy do domu. Że będziesz przy­jeż­dżał i odwie­dzał nas, tak samo jak zawsze. Że zamiesz­kamy w innym kraju, to wszystko. Oboje są jesz­cze mali, przy­sto­sują się. - Popa­trzyła na niego bła­gal­nie. - Pro­szę cię, Ramo­nie...

- Chcesz wziąć roz­wód? - zapy­tał bez­na­mięt­nie.

- Nie - odpo­wie­działa szybko. - Nie, nie chcę roz­wodu.

- Wystar­czy ci sepa­ra­cja?

- Tak.

- Co potem?

- Nic. - Spu­ściła głowę. - Nic. Chcę tylko zakoń­czyć tę sytu­ację, nic wię­cej.

Prze­czu­cie go nie myliło - posta­no­wiła go zosta­wić. Potrze­bo­wała jego zgody, żeby wywieźć dzieci z kraju, a on nie zamie­rzał jej tego odma­wiać. Jak­żeby mógł? Bywał tak rzadko w domu, że Fede­rica i Hal byli w więk­szym stop­niu jej dziećmi niż jego. I miała rację - wszystko jedno, gdzie zamiesz­kają, bo on i tak będzie odda­lony od nich o parę tysięcy kilo­me­trów. Zawsze. No, pra­wie zawsze...

- Dobrze, możesz zabrać dzieci do Anglii - zgo­dził się ze smut­kiem. - Ale naj­pierw chcę zawieźć je do moich rodzi­ców, do Cacha­gua. Chcę, żeby miały praw­dziwe rodzinne Boże Naro­dze­nie i żeby tak mnie zapa­mię­tały...

- Będziesz przy­jeż­dżał i odwie­dzał nas, prawda? - wyszep­tała, ponie­waż głos zachrypł jej ze zde­ner­wo­wa­nia i emo­cji.

Nie­spo­koj­nie szu­kała odpo­wie­dzi w jego oczach, pełna obaw, że jej decy­zja wpły­nie na jego sto­su­nek do dzieci i skłoni go do znik­nię­cia z ich życia.

- Oczy­wi­ście - odparł, potrzą­sa­jąc głową.

- Dzieci będą za tobą strasz­nie tęsk­niły. Nie możesz ich opu­ścić, Ramo­nie, one cię potrze­bują...

- Wiem.

- Nie karz ich za moje czyny. To wszystko doty­czy nas, nie ich.

- Wiem.

- Fede cię kocha, Hal także. Nie wyobra­żam sobie, jak mogła­bym żyć, gdy­byś zosta­wił ich z mojego powodu, przeze mnie. - Usia­dła, wypro­sto­wała się. - Nie odejdę, jeżeli mia­łoby to ozna­czać, że pozba­wiam dzieci ojca. Jestem gotowa poświę­cić swoje szczę­ście dla ich dobra...

Zaczęła szlo­chać. Ramon nie potra­fił wyzwo­lić się z poczu­cia zagu­bie­nia. Pogła­dził jej jasne włosy.

- Nie opusz­czę ich, Heleno - obie­cał.

Spoj­rzała na niego szkli­stymi oczami.

- Dzię­kuję...

Nagle jego wargi spo­częły na jej ustach. Ich ciała pod­świa­do­mie bun­to­wały się prze­ciwko chłod­nej obo­jęt­no­ści umy­słów. Zdzie­rali z sie­bie ubra­nia jak kona­jące z pra­gnie­nia zwie­rzęta, dra­piące zie­mię pazu­rami w poszu­ki­wa­niu wody. Helena czuła ostry dotyk jego zaro­stu na policz­kach i szyi oraz deli­katną mięk­kość warg i dzią­seł. Pod­czas wielu mie­sięcy jego nie­obec­no­ści wyobra­żała sobie, jak kocha się z innymi męż­czy­znami, lecz ni­gdy nie zdra­dziła Ramona. Nie bra­ko­wało jej po temu moż­li­wo­ści, odrzu­cała jed­nak wszyst­kie z bar­dzo pro­stego powodu - była żoną Ramona Cam­pione, nawet jeżeli tylko z nazwi­ska. Teraz pod­dała się doty­kowi męż­czy­zny, cho­ciaż w grun­cie rze­czy czuła dla niego tylko wdzięcz­ność. Mogłoby się wyda­wać, że w tych gorą­cych, intym­nych chwi­lach oboje uwie­rzyli, iż ich miłość zapło­nęła od nowa, Helena wie­działa jed­nak, że roz­kosz sek­su­alna żyje tylko chwilę, jest mira­żem. Zamknęła oczy, odci­na­jąc się od smut­nej rze­czywistości swo­jej sytu­acji i pozwo­liła sobie na przy­jemne dozna­nia pod doty­kiem jego dłoni, które odkry­wały naj­bar­dziej sekretne zaka­marki jej ciała nie mniej żar­li­wie niż za pierw­szym razem.

Minęło wiele mie­sięcy od chwili, gdy prze­żyli ostat­nie zjed­no­cze­nie w roz­ko­szy. Oboje zdą­żyli już zapo­mnieć tajem­nice swo­ich ciał. Palce Heleny sunęły wzdłuż krę­go­słupa Ramona i pie­ściły jego ramiona zupeł­nie tak samo, jak wtedy gdy jesz­cze kie­ro­wała nimi miłość. Prze­bie­gała języ­kiem po jego skó­rze, delek­to­wała się sma­kiem morza i męż­czy­zny. Kiedy ją cało­wał, otwo­rzyła oczy i zoba­czyła, że jego powieki są mocno zaci­śnięte. Zaczęła zasta­na­wiać się, o kim marzy i czy pod­czas swo­ich podróży miał wiele oka­zji, żeby ją zdra­dzić. Nie chciała wie­dzieć. Wresz­cie Ramon wszedł w nią, roz­bu­dza­jąc jej pożą­da­nie, uśpione, może nawet zamro­żone, i prze­stała myśleć o innych kobie­tach. Oboje zapo­mnieli o sobie, kiedy tak poru­szali się ryt­micz­nie, jak wiel­kie, rzu­ca­jące się nie­spo­koj­nie zwie­rzę. Z ich gar­deł wyry­wały się nie­przy­tomne jęki i wes­tchnie­nia, wibru­jące głę­boko w brzu­chach. Póź­niej, gdy padli na łóżko obok sie­bie, spo­ceni i wyczer­pani, czu­jąc pod­nie­ca­jący zapach potu, zmie­szany z aro­ma­tem lawendy i róży, patrzyli w sufit i każde z nich zasta­na­wiało się, dla­czego pozwo­lili ponieść się zmy­słom.

Helena była zbyt zaże­no­wana, aby spoj­rzeć Ramo­nowi w oczy. Wsty­dli­wie okryła ciało narzutą, zaraz jed­nak uświa­do­miła sobie, jak śmieszny jest ten gest w sytu­acji, gdy oboje przed chwilą kosz­to­wali intym­nej roz­ko­szy. Otwo­rzyła szu­fladę noc­nego sto­lika i poszpe­rała w niej w poszu­ki­wa­niu papie­ro­sów. W końcu zna­la­zła jed­nego, zapa­liła drżącą ręką i zacią­gnęła się chci­wie. Jakie to dziwne, że prze­ży­wamy chwile naj­więk­szej bli­sko­ści, a parę sekund póź­niej leżymy obok sie­bie dalecy i obo­jętni. Zer­k­nęła na Ramona i odwró­ciła się twa­rzą do niego.

- To było przy­jemne - ode­zwał się.

- Tak - odparła sztywno.

- Nie żałuj tego, Heleno. Nie ma nic złego w tym, że prze­ży­wamy cie­le­sne przy­jem­no­ści, nawet jeżeli nie czu­jemy do sie­bie nic poza fizycz­nym pożą­da­niem.

Zacią­gnęła się jesz­cze raz.

- Nie żałuję.

W głębi serca nie była jed­nak pewna, czy rze­czy­wi­ście nie żałuje. Czy naprawdę kochała się bez miło­ści? Pospiesz­nie odsu­nęła tę myśl od sie­bie, zresztą teraz nie miało to już zna­cze­nia. Wra­cała do domu.

Roz­dział czwarty

Ramon obser­wo­wał, jak żona ubiera się w pogrą­żo­nej w pół­mroku sypialni. Żadne nie miało ochoty się odzy­wać. Zapach papie­ro­sów przy­ćmił aro­mat lawendy, którą Fede­rica wsu­nęła mię­dzy pościel, i kwia­tów z ogrodu, które z miło­ścią zerwała wcze­śnie rano i w błę­kit­nym wazo­niku posta­wiła na jego sto­liku. Skłę­biona, wil­gotna pościel na łóżku była wszyst­kim, co pozo­stało po ich wybu­chu namięt­no­ści. Zasta­na­wiał się, czy jest to rów­nież wszystko, co zostało z miło­ści, jaka ich kie­dyś łączyła. Nagle z ogrodu dobiegł czy­sty, miękki głos Fede­riki, śpie­wa­jący jakąś melo­dyjną pio­senkę. I wtedy dotarło do niego, że to dzieci są fizycz­nym wize­run­kiem miło­ści, którą kie­dyś z rado­ścią się obda­rzali, i zadrżał na myśl, że będzie musiał obyć się bez nich.

Ciało Heleny na­dal było jędrne i smu­kłe. Pro­mie­niało per­łową bla­do­ścią, która wydała mu się tak pocią­ga­jąca, kiedy poznali się dwa­na­ście lat wcze­śniej. Jego żona miała teraz trzy­dzie­ści lat i była za młoda, by żyć bez roz­grze­wa­ją­cego podziwu kocha­ją­cego ją i pra­gną­cego się nią opie­ko­wać męż­czy­zny. Kiedy zna­lazł ją na zim­nej korn­wa­lij­skiej plaży, była dziew­czyną gotową poświę­cić wszystko, byle żyć bli­sko niego. Razem podró­żo­wali po świe­cie, połą­czeni jego żądzą przy­gód i jej pra­gnie­niem bycia kochaną. I wszystko było dobrze, dopóki nie roz­dzie­liła ich codzien­ność... Przy­glą­dał się, jak Helena cze­sze dłu­gie jasne włosy i upina na czubku głowy. Wolał, gdy nosiła je roz­pusz­czone. Daw­niej się­gały aż do pasa... Wpla­tał w nie kwiaty jaśminu... Byla wtedy urze­ka­jąco piękna... Teraz wyglą­dała na zmę­czoną, a roz­cza­ro­wa­nia pozba­wiły jej twarz koloru. Blada cera, kie­dyś tak fascy­nu­jąca, wyda­wała się mar­twa jak wysy­cha­jąca stud­nia w okre­sie suszy. Jeżeli nie pozwoli jej odejść, nie zosta­nie w niej nawet cień życia...

Przy­ła­pała jego spoj­rze­nie w lustrze, lecz nie uśmiech­nęła się, jak zro­bi­łaby to parę lat temu.

- Kiedy chcesz jechać do Cacha­gua? - zapy­tała.

- Jutro. Zadzwo­nię do rodzi­ców i uprze­dzę ich o naszym przy­jeź­dzie.

- Co im powiesz?

- O nas?

- Tak.

Wes­tchnął i usiadł.

- Jesz­cze nie wiem.

- Pomy­ślą, że jestem bez serca... - powie­działa drżą­cym gło­sem. - Będą mnie winić za to, co się stało...

- Na pewno nie. Znają mnie lepiej, niż sądzisz.

- Mam wyrzuty sumie­nia... - Utkwiła nie­spo­kojne spoj­rze­nie w swoim odbi­ciu.

- Pod­ję­łaś decy­zję, to wszystko. - Wzru­szył ramio­nami i pod­niósł się z łóżka.

Helena chciała, żeby bła­gał ją, aby została. Miała nadzieję, że pad­nie na kolana i obieca się zmie­nić, bo prze­cież tak postą­pi­łoby wielu męż­czyzn. Nie­stety, Ramon nie był do nich podobny. Był wyjąt­kowy, inny, jedyny w swoim rodzaju i wła­śnie dla­tego kie­dyś się w nim zako­chała. Potrze­bo­wał tylko powie­trza, by oddy­chać, wzroku, by podzi­wiać wspa­niałe miej­sca, które odwie­dzał, i pióra, by utrwa­lać wra­że­nia na papie­rze. Nie potrze­bo­wał jej miło­ści, lecz ona dała mu ją, żąda­jąc w zamian tylko akcep­ta­cji. Nie prze­wi­działa, że kie­dyś będzie chciała cze­goś wię­cej, bo takie pra­gnie­nie wynika z ludz­kiej natury. Zdo­byw­szy jego miłość, zapra­gnęła pozba­wić go wol­no­ści, ale on nie zamie­rzał jej oddać, ani wtedy, ani dziś. Nie potra­fiła przy­kuć go do sie­bie, cóż, rów­nie dobrze mogłaby schwy­tać chmurę... Powinna była wie­dzieć, że Ramon ni­gdy się nie zmieni, że nadej­dzie czas, gdy zosta­nie sama, bo jego dusza należy do świata, a ona nie będzie już miała siły o nią wal­czyć. Na­dal chciała jed­nak, żeby on wal­czył o nią. Jak miała uwie­rzyć, że cią­gle ją kocha, skoro nie chciał o nią wal­czyć? Spra­wił, że czuła się zupeł­nie bez­war­to­ściowa.

Wyszła do ogrodu, mru­żąc oczy w bia­łym bla­sku słońca. Hal spał w cie­niu poma­rań­czy, a Fede­rica sie­działa na huś­tawce i śpie­wała cicho. Helena wie­działa, że Fede­rica nie będzie chciała wyjeż­dżać z Vi?a, lecz dużo bar­dziej zaboli ją roz­sta­nie rodzi­ców... Długą chwilę przy­glą­dała się córeczce, zupeł­nie nie­świa­do­mej mrocz­nego cie­nia, jaki padł na jej dosko­nały dzień. Na widok sto­ją­cej w drzwiach matki dziew­czynka zesko­czyła z huś­tawki, pod­nio­sła z trawy swoją cza­ro­dziej­ską szka­tułkę i pod­bie­gła do Heleny.

- Skoń­czy­łaś już roz­ma­wiać z tatą? - zapy­tała.

- Tak, skar­bie. Jutro jedziemy do Cacha­gua. - Helena wie­działa, że per­spek­tywa dłuż­szego pobytu u dziad­ków uszczę­śliwi małą.

Fede­rica uśmiech­nęła się sze­roko.

- Opo­wie­dzia­łam Halowi histo­rię inka­skiej księż­niczki. - Roze­śmiała się cicho. - Zasnął, widzisz?

Hal leżał na ple­cach, z ramio­nami i nogami roz­rzu­co­nymi w miłym bez­wła­dzie. Mała klatka pier­siowa wzno­siła się i opa­dała, poru­szana łagod­nym odde­chem.

- Nie budźmy go... - powie­działa Helena, z czu­ło­ścią obser­wu­jąc synka.

Hal był bar­dzo podobny do ojca. Miał ciemne włosy i kasz­ta­nowe oczy Ramona, na szczę­ście pozba­wione iry­tu­ją­cego wyrazu samo­wy­star­czal­no­ści. Fede­rica zawsze dobrze zno­siła samot­ność i nawet ją lubiła, nato­miast Hal wyma­gał sta­łej uwagi. Był tą czę­ścią Ramona, jaką kochała i jaką udało jej się zatrzy­mać. Hal potrze­bo­wał jej miło­ści i bli­sko­ści i sam kochał ją bez­wa­run­kowo i bez­gra­nicz­nie.

Fede­rica wpa­dła do domu. Zna­la­zła ojca w salo­nie. Sie­dział w fotelu i roz­ma­wiał przez tele­fon po hisz­pań­sku. Pode­szła, ści­ska­jąc w ręku szka­tułkę, i przy­sia­dła na porę­czy. Cze­kała, aż skoń­czy, żeby wresz­cie móc się do niego ode­zwać. Nagle zdała sobie sprawę, że ojciec roz­ma­wia z bab­cią.

- Powiedz abu­eli­cie o mojej szka­tułce! - Z pod­nie­ce­niem pocią­gnęła go za rękaw.

- Sama jej powiedz - rzeki Ramon, pod­su­wa­jąc jej słu­chawkę.

- Abu­elita, tatuś kupił mi szka­tułkę, która kie­dyś nale­żała do księż­niczki Inków... Tak, tak, do naj­praw­dziw­szej księż­niczki... Jasne, jutro wszystko ci opo­wiem... Ja też... Całuję cię mocno, yo también te quiero - zakoń­czyła i poca­ło­wała mikro­fon z gło­śnym cmok­nię­ciem.

Ramon uśmiech­nął się z roz­ba­wie­niem.

- Przy­je­dziemy jutro przed lun­chem - obie­cał matce, poże­gnał się i odło­żył słu­chawkę. - No, dobrze, co będziemy teraz robić, Fede?

- Nie wiem - odparła, robiąc zabawną minę.

Była prze­ko­nana, że ojciec jak zwy­kle ma jakiś plan w zana­drzu.

- Pojedźmy do mia­sta - zapro­po­no­wał. - Kupimy pre­zent dla babci, co ty na to?

- I sok dla mnie?

- Sok i kanapkę palta - zgo­dził się, wsta­jąc z fotela. - Poszu­kaj mamy i powiedz jej, że wró­cimy na pod­wie­czo­rek.

Mariana Cam­pione odło­żyła słu­chawkę. Jej mąż, Igna­cio, leżał w hamaku na tara­sie, pogrą­żony w lek­tu­rze, z okrą­głymi oku­la­rami na grzbie­cie wąskiego, szla­chet­nego nosa i w kape­lu­szu panama, zsu­nię­tym nisko na krza­cza­ste brwi, i z pew­no­ścią nie życzył sobie, aby zakłó­cać mu spo­kój, ale sytu­acja była wyjąt­kowa.

- Nacho, Ramon wró­cił i jutro przy­je­dzie do nas z rodziną! - oznaj­miła z rado­ścią.

Igna­cio spo­koj­nie prze­wró­cił kartkę. Mariana, tęga, mocno zbu­do­wana kobieta o lśnią­cych jak sre­bro siwych wło­sach i miłej, otwar­tej twa­rzy, wyszła na taras i zbli­żyła się do hamaka zawie­szo­nego w cie­niu roz­ło­ży­stej aka­cji.

- Mi amor, sły­sza­łeś, co mówi­łam? Ramon wró­cił do domu. Jutro wszy­scy czworo przy­jadą nas odwie­dzić - powtó­rzyła, zaru­mie­niona z pod­nie­ce­nia.

- Sły­sza­łem, kobieto - mruk­nął Igna­cio, nie odry­wa­jąc wzroku od książki.

- Nacho, nie zasłu­gu­jesz na wnuki. - Mariana z uśmie­chem pokrę­ciła głową.

- Ramon znika na całe mie­siące i nawet nie pisze! Co z niego za czło­wiek, że tak źle trak­tuje swoją rodzinę... Mówi­łem ci już, że moim zda­niem Helena w końcu straci do niego cier­pli­wość. Ja prze­sta­łem się nim przej­mo­wać wiele lat temu, a prze­cież nie jestem jego żoną! - Igna­cio zde­cy­do­wa­nym tonem wyra­ził swoje obu­rze­nie i zer­k­nął na żonę znad książki, aby spraw­dzić jej reak­cję.

- Nie mów tak - skar­ciła go łagod­nie. - Helena jest dobrą żoną i matką, oddaną i lojalną. Nie twier­dzę, że to dobrze, iż stale zosta­wia ją samą, ale wydaje mi się, że Helena go rozu­mie. No i na szczę­ście nie należy do tych bar­dzo nowo­cze­snych kobiet... Tak się cie­szę, że przy­jeż­dżają... - Dużą twarz Mariany roz­ja­śnił ser­deczny uśmiech.

- Jak długo zostaną? - zapy­tał.

- Nie wiem. Ramon nie mówił, ile czasu z nami spę­dzą.

- Tak czy ina­czej, powin­ni­śmy być mu wdzięczni, prawda? - par­sk­nął sar­ka­stycz­nie. - Spo­śród naszych ośmiorga dzieci wła­śnie Ramona widu­jemy naj­rza­dziej, więc każda jego wizyta staje się sen­sa­cyj­nym wyda­rze­niem...

- Jesteś roz­ża­lony i...

- Na miłość boską, Mariano, Ramon ma czter­dzie­ści jeden lat, czy coś koło tego! Naj­wyż­szy czas, żeby dorósł i wziął na sie­bie jakąś odpo­wie­dzial­ność, zanim wszystko straci! Jeżeli jego nie­na­tu­ral­nie cier­pliwa żona w końcu go zostawi, sam będzie sobie winny! Gdyby do tego doszło, możesz być pewna, że w stu pro­cen­tach opo­wiem się po stro­nie Heleny!

Mariana roze­śmiała się i wyco­fała do chłod­nego domu. Sły­szała argu­menty męża tyle razy, że znała je już na pamięć. Ramon to wolny, nie­po­skro­miony duch, pomy­ślała, zmie­rza­jąc do kuchni, aby poin­for­mo­wać młodą poko­jówkę, Estellę, o przy­jeź­dzie gości. Helena z pew­no­ścią go rozu­miała, podob­nie jak ona. Ramon miał wielki talent i byłoby błę­dem ogra­ni­czać go i przy­tła­czać. Mariana wie­lo­krot­nie czy­tała wszyst­kie jego książki i arty­kuły i była nie­zwy­kle dumna, gdy inni mówili, że cenią jego pracę. Ramon cie­szył się wielką popu­lar­no­ścią i uzna­niem w Chile, i zda­niem matki w pełni na to zasłu­gi­wał.

- Jestem jego matką, więc oczy­wi­ście chcę widzieć w nim wszystko, co naj­lep­sze, ale trzeba przy­znać, że Ramon naprawdę świet­nie pisze - mawiała do męża.

Estella obu­dziła się po sje­ście i wła­śnie zabrała się do kro­je­nia warzyw na kola­cję, kiedy do kuchni weszła Mariana. Podob­nie jak w więk­szo­ści zamoż­nych chi­lij­skich domów, kuch­nia sta­no­wiła część miesz­ka­nia poko­jówki, razem z prze­zna­czoną dla niej sypial­nią i łazienką, zwy­kle z tyłu domu. Estella była nową słu­żącą. Po śmierci Con­su­eli, która pra­co­wała w domu Mariany i Igna­cia dwa­dzie­ścia lat, mieli szczę­ście, że przy­ja­ciele pole­cili im Estellę, dziew­czynę z pobli­skiej wio­ski, Zapal­lar. Mariana od razu ją polu­biła. W ostat­nich latach Con­su­ela była już za stara, żeby porząd­nie sprzą­tać, i zbyt zgorzk­niała, aby smacz­nie goto­wać, nato­miast Estella od pierw­szego dnia z entu­zja­zmem zabrała się do szo­ro­wa­nia, zamia­ta­nia, pole­ro­wa­nia i wie­trze­nia. Wszystko to robiła z ener­gią mło­do­ści i uśmie­chem - wyra­zem jej miłego uspo­so­bie­nia i pra­gnie­nia doga­dza­nia innym. Była uprzejma, dys­kretna i szybko się uczyła, co przy skłon­no­ści do znie­cier­pli­wie­nia i pedan­ty­zmie Igna­cia oka­zało się nie­sły­cha­nie ważne.

- Estello, mój syn Ramon przy­jeż­dża jutro w porze lun­chu z żoną i dwoj­giem małych dzieci. Pro­szę cię, przy­go­tuj dla nich błę­kitny gościnny apar­ta­ment i sąsiedni pokój. Ramon nie cierpi cia­snoty. Dzieci mogą spać w jed­nym pokoju, dla nich będzie to przy­goda.

- Si, se?ora Mariana - odpo­wie­działa posłusz­nie Estella, sta­ra­jąc się ukryć pod­nie­ce­nie.

Dużo sły­szała o Ramo­nie Cam­pione, czę­sto widy­wała jego zdję­cia w pra­sie i nawet czy­tała kilka arty­ku­łów. Poetyc­kie opisy poru­szyły jej serce i od chwili, gdy dowie­działa się, kim są jej nowi pra­co­dawcy, zapra­gnęła go poznać. Lubiła cho­dzić po domu i przy­glą­dać się sto­ją­cym na sto­li­kach i biur­kach foto­gra­fiom. Ramon był bar­dzo przy­stojny, miał wygląd roman­tycz­nego boha­tera. Estelli podo­bały się jego dłu­gie czarne włosy, bystre brą­zowe oczy i duże usta, które wyda­wały się aż za sze­ro­kie w sto­sunku do całej twa­rzy, ale były pełne uroku. Poświę­cała sporo czasu na czysz­cze­nie szkła, chro­nią­cego jego twarz od kurzu. Teraz miała go poznać i wprost nie posia­dała się z rado­ści.

- Odśwież pościel lawendą i postaw kwiaty we wszyst­kich trzech poko­jach. Koniecz­nie pamię­taj o kwia­tach, bo nasza Fede­rica uwiel­bia rośliny. Taka kochana dziew­czynka... Nie zapo­mnij też o świe­żych ręcz­ni­kach, wodzie do picia i owo­cach.

- Jak długo tu zostaną, se?ora? - zapy­tała Estella, z tru­dem opa­no­wu­jąc drże­nie głosu.

Mariana wzru­szyła ramio­nami i roz­ło­żyła dło­nie.

- Nie wiem, Estello. Dzie­sięć dni, może dłu­żej. Spró­buję ich namó­wić, by wyje­chali dopiero po Nowym Roku, ale z moim synem trudno coś prze­wi­dzieć... Ramon żyje z dnia na dzień i ni­gdy nie robi żad­nych pla­nów. W jed­nej chwili gdzieś jest i wydaje się, że zatrzyma się na dłu­żej, potem nagle decy­duje się wyje­chać i już go nie ma... Zda­rza się, że przez parę mie­sięcy nie daje znaku życia. Cóż, Bóg takim go stwo­rzył, więc nie narze­kam.

- Si, se?ora Mariana - przy­tak­nęła Estella.

- Moje wnuki uwiel­biają man­jar blanco, więc dopil­nuj, żeby go nie zabra­kło, bo nie chcia­ła­bym ich roz­cza­ro­wać - dodała Mariana i wyszła z kuchni.

Estella wes­tchnęła rado­śnie i natych­miast zajęła się przy­go­to­wy­wa­niem pokoi. Jak wicher wpa­dła do pokoju dla dzieci, zamio­tła pod­łogę, odku­rzyła meble i zmie­niła pościel na naj­lep­szą, z praw­dzi­wego irlandz­kiego lnu. Mał­żeń­skiej sypialni poświę­ciła wię­cej uwagi. Wsu­nęła lawendę pod poduszki, a potem sze­roko otwo­rzyła okno, aby wpu­ścić do środka świeże mor­skie powie­trze i śpiew pta­ków, świer­go­czą­cych wśród gałęzi euka­lip­tusa. Wresz­cie weszła do pokoju Ramona. Powoli i sta­ran­nie posłała łóżko, smu­kłymi brą­zo­wymi pal­cami wygła­dza­jąc wszel­kie zagnie­ce­nia. Wyobra­ziła sobie, że Ramon leży, oparty na poduszce, wpa­truje się w nią i gestem zapra­sza, by poło­żyła się obok. Wycią­gnęła się na mate­racu i zamknęła oczy, wdy­cha­jąc mocny zapach tube­rozy, którą wsta­wiła do sto­ją­cego na szafce wazonu. Uśmiech­nęła się na myśl, że następ­nego dnia jego głowa spo­cznie na tym miej­scu. Ramon ni­gdy się nie dowie, że leżeli tak bli­sko sie­bie...

Estella miała nadzieję, że syn jej pań­stwa zosta­nie w domu na długo.

Igna­cio odło­żył książkę i pod­niósł się z hamaka. Był senny i dziw­nie zmę­czony. W powie­trzu czuło się już wie­czorny chłód, cie­nie wydłu­żyły się, przy­pływ pod­peł­zał plażą coraz bli­żej, podobny do polu­ją­cego nocą dra­pież­nika. Igna­cio stał na tara­sie, oparty o barierkę, ze wzro­kiem utkwio­nym w gład­kiej powierzchni hip­no­tycz­nie wzdy­cha­ją­cego morza. Czuł się nie­swojo. Zmarsz­czył opa­lone czoło, sta­ra­jąc się doszu­kać przy­czyny tego stanu rze­czy. Świa­tło przy­brało głę­boki, poma­rań­czowy odcień, ponie­waż słońce stało już nisko nad hory­zon­tem, szy­ku­jąc się do przej­ścia na drugi brzeg. Może jest to natu­ralna melan­cho­lia, towa­rzy­sząca zacho­dowi i koń­cowi dnia, pomy­ślał z nadzieją, cho­ciaż w głębi serca wie­dział, że jego nastrój ma wię­cej wspól­nego z przy­jaz­dem syna niż z porą dnia. Igna­cio zwy­kle wyczu­wał, kiedy sprawy ukła­dały się nie tak, jak należy.

Mariana pode­szła i podała mu szkla­neczkę whi­sky z wodą.

- Pro­szę bar­dzo - powie­działa z uśmie­chem. - Jesteś bar­dzo mil­czący, Igna­cio.

- Chce mi się spać - odparł, pocią­ga­jąc łyczek ze szklanki.

- Za długo czy­ta­łeś.

- Tak.

- I na pewno dla­tego jesteś w takim mar­nym nastroju - dodała, pokle­pu­jąc go po opa­lo­nym ramie­niu.

- Tak... - powtó­rzył.

- No, na szczę­ście jutro roz­we­selą cię Ramon, Helena, i dzieci.

- Wiem. - Poki­wał głową.

- Ramon poda­ro­wał Fede szka­tułkę, która kie­dyś nale­żała do księż­niczki Inków, w każ­dym razie tak mi powie­działa. - Mariana przy­glą­dała się, jak słońce zalewa morze falą płyn­nego złota.

- To mi wygląda na jedną z histo­ry­jek Ramona...

- Prawda? - Zaśmiała się. - Jego wyobraź­nia ni­gdy nie prze­staje mnie zdu­mie­wać...

- Księż­niczka Inków, rze­czy­wi­ście!

- Fede w to wie­rzy.

- Oczy­wi­ście, że wie­rzy. - Igna­cio pokrę­cił głową. - Fede wielbi ojca całym ser­cem, Mariano, a on cią­gle zosta­wia ją samą. Wstyd!

- Och, Nacho, dajże spo­kój... To dla­tego nie mia­łeś ochoty roz­ma­wiać, tak? Mar­twi cię spo­sób życia Ramona? Cóż, to nie nasza sprawa. Jeżeli im to nie prze­szka­dza, ani ja, ani ty nie powin­ni­śmy się tym inte­re­so­wać.

- Czy rze­czy­wi­ście im to nie prze­szka­dza? - Rzu­cił żonie poważne spoj­rze­nie. - Nie jestem tego pewny. Instynkt pod­po­wiada mi, że coś jest nie tak...

- Twój instynkt jest stary, podob­nie jak twoje kości, Nacho, więc może się mylić. - Mariana uśmiech­nęła się lekko.

- Mój instynkt i kości są rów­nie wraż­liwe na zmiany jak zawsze, kobieto. Przej­dziesz się ze mną po plaży? - zapy­tał nagle, odsta­wia­jąc szklankę.

Mariana spoj­rzała na niego ze zdu­mie­niem.

- Teraz?

- Teraz. My, sta­rzy ludzie, musimy korzy­stać z każ­dej chwili, bo ten dzień może być naszym ostat­nim.

- Co za bzdury, mi amor! Cza­sami naprawdę trudno z tobą wytrzy­mać! Tak, pójdę z tobą na spa­cer po plaży. Możemy zdjąć buty, bro­dzić w wodzie i trzy­mać się za ręce, zupeł­nie jak daw­niej...

- Już się na to cie­szę - powie­dział, zdej­mu­jąc panamę i muska­jąc war­gami poli­czek żony.

- Ty stary roman­tyku! - Par­sk­nęła śmie­chem. - Jeste­śmy za sta­rzy na takie głup­stwa!

Ramon otu­lił Fede­ricę kocem i spoj­rzał na sto­jącą na noc­nej szafce szka­tułkę.

- Boję się, że gdy się obu­dzę, szka­tułka znik­nie - powie­działa nagle, marsz­cząc gład­kie czoło.

- Nie martw się, Fede, rano szka­tułka będzie tu na­dal. Nikt ci jej nie zabie­rze, możesz mi wie­rzyć.

- To naj­pięk­niej­sza rzecz, jaką kie­dy­kol­wiek dosta­łam. Chcę zawsze mieć ją przy sobie...

- I tak wła­śnie będzie - rzekł uspo­ka­ja­ją­cym tonem i poca­ło­wał ją w czoło. - Zwró­ci­łaś uwagę, że pies se?ory Baraca w ogóle nie szczeka dziś wie­czo­rem?

- Jest szczę­śliwy i zmę­czony jak ja - odparła z uśmie­chem.

- Ledwo żyje ze zmę­cze­nia.

- Może jutro wzię­li­by­śmy go na spa­cer przed wyjaz­dem do Cacha­gua?

- Oczy­wi­ście. - Ramon czub­kami pal­ców pogła­dził poli­czek córki. - Zabie­rzemy go na plażę, tak jak dzi­siaj.

- Żal mi se?ory Baraca.

- Dla­czego?

- Bo jest taka smutna...

- Chce być smutna, Fede. To jej wybór.

- Tak uwa­żasz?

- Tak. Każdy ma wybór, może być albo szczę­śliwy, albo smutny.

- Ale mama mówiła, że mąż se?ory Baraca umarł! - obu­rzyła się Fede­rica.

- Tak, mama ma rację. Tyle że mąż se?ory Baraca umarł ponad dzie­sięć lat temu, zanim ty się uro­dzi­łaś. To szmat czasu, kocha­nie.

- Wan­chuko był smutny do końca życia...

- Tak, to prawda, ale nie musiało tak być - powie­dział Ramon. - Cza­sami lepiej jest spoj­rzeć w przy­szłość i nie oglą­dać się za sie­bie. Nato­miast z prze­szło­ści wycią­gać wnio­ski i się uczyć.

- Czego mogłaby nauczyć się se?ora Baraca? - Fede­rica ziew­nęła.

- Cho­ciażby tego, że powinna poświę­cić tro­chę czasu psu i nie opła­ki­wać męża przez cały dzień, nie sądzisz? - Ramon się zaśmiał.

- Słusz­nie. - Dziew­czynka znowu ziew­nęła i zamknęła oczy.

Ramon przy­glą­dał się, jak córeczka odpływa do świata księż­ni­czek i cza­ro­dziej­skich motyli. Jej dłu­gie rzęsy zalśniły w świe­tle pada­ją­cym przez otwarte drzwi z kory­ta­rza, co w jakiś spo­sób pod­kre­śliło urodę dziew­czynki. Twa­rzyczka Fede­riki była owalna i szla­chetna, otwarta i uczciwa. Serce Ramona ści­snęło się bole­śnie na myśl, że będzie musiał ją opu­ścić. Nie zmie­niło to jego punktu widze­nia, ale spra­wiło, że cała sytu­acja stała się trud­niej­sza do zaak­cep­to­wa­nia. Pochy­lił się i jesz­cze raz poca­ło­wał ją w czoło, muska­jąc aksa­mitną skórę spierzch­nię­tymi war­gami. Wcią­gnął w noz­drza zapach mydła i czy­stych wło­sów. Nagle zapra­gnął oto­czyć ją ramio­nami i bro­nić przed surową rze­czy­wi­sto­ścią, która już wkrótce miała przy­nieść jej pierw­sze roz­cza­ro­wa­nia.

Zanim poszedł spać, zaj­rzał do pokoju Hala, by popa­trzeć na śpią­cego synka. Nie umiał ukryć, że Fede­rica jest mu znacz­nie bliż­sza. Hal miał dopiero cztery lata i pra­wie nie znał ojca. Bar­dzo przy­wią­zany do matki, nie zwra­cał uwagi na ojca, który był rzad­kim gościem w domu. Hal nie potrze­bo­wał go tak, jak Fede­rica. Przy­glą­dał się, jak chło­piec przez sen tuli plu­szo­wego kró­lika i ssie kciuk. Mały wyglą­dał jak anio­łek, jakby sam Bóg uło­żył go w łóżeczku... Jego skóra pro­mie­niała zdro­wiem, buzia tchnęła spo­koj­nym zado­wo­le­niem. Pogła­skał czarne włosy Hala, który poru­szył się, zmie­nił pozy­cję, ale się nie obu­dził. Ramon wes­tchnął i cicho zamknął za sobą drzwi.

Łóżko było zimne, cho­ciaż noc pul­so­wała cie­płem. Helena zwi­nęła się w kłę­bek i prze­su­nęła na samą kra­wędź. O mało nie spa­dła na pod­łogę, sta­ra­jąc się nie doty­kać Ramona, który leżał na ple­cach, obser­wu­jąc blade świa­tło księ­życa, pada­jące sze­ro­kim pasmem na sufit. Żadne z nich nie wra­cało myślami do namięt­nych chwil, które prze­żyli po połu­dniu. Nie chcieli. Helena żało­wała, że w ogóle do tego doszło, rumie­niła się ze wstydu, spy­cha­jąc wspo­mnie­nie zbli­że­nia w głąb pod­świa­do­mo­ści. Czuła bli­skość Ramona, nie dla­tego, że się poru­szał, ale z powodu atmos­fery, która była tak ciężka i prze­sy­cona nie­po­ko­jem, jakby mię­dzy nimi leżała trze­cia, obca osoba. Bała się drgnąć czy wydać jakiś dźwięk, więc oddy­chała płytko i leżała sztywno jak kloc. Kiedy wresz­cie zapa­dli w sen, spali nie­spo­koj­nie, czę­sto się budząc. Helena śniła, że wró­ciła do Korn­wa­lii, ale nie może tra­fić do Polperro. Ramo­nowi śniło się, że stoi na brzegu, pod­czas gdy Fede­rica tonie w morzu. Nie zro­bił nic, aby ją ura­to­wać.