PROLOG - Edynburg, 1980
Deszcz dudnił o nagrobki cmentarza Greyfriars Kirkyard, rozmywając światło latarni w kałużach błota. Piątka dzieci stała w półokręgu wokół świeżo wykopanego dołu. W ich oczach nie było miejsca na dziecięcą beztroskę - tylko strach, napięcie i desperacja.
Henry zaciskał w dłoniach starą, drewnianą szkatułkę. Ręce mu drżały, ale nie z zimna - z przerażenia. Catherine płakała cicho, trzymając się za krwawiący nadgarstek. Megan, najodważniejsza z nich, nachyliła się nad otwartym dołem i powiedziała szeptem:
- Jeśli teraz tego nie zrobimy, nigdy się nie uwolnimy.
Henry spojrzał na pozostałych. Daniel i Alexander przytaknęli. To, co kryło się w szkatułce, musiało zostać pochowane. Tu, na przeklętym cmentarzu.
Szkatułka była zamknięta, ale coś w środku się poruszyło. Coś szeptało.
Henry wstrzymał oddech i wrzucił ją do dołu. Natychmiast ziemia pod nimi zadrżała.
- Zakop to! - wrzasnęła Catherine.
Alexander chwycił łopatę i zaczął zasypywać szkatułkę, podczas gdy wokół nich narastał nienaturalny wiatr. Krzyki, szepty, niewyraźne postacie między grobami - wszystko to zlewało się w jedną chaotyczną kakofonię.
I wtedy pojawił się ON.
Duch w czarnej szacie, bez twarzy, z oczami jak dwa wypalone otwory w czaszce. Wyskoczył z cienia i rzucił się w stronę Henry'ego, który krzyknął i padł na kolana.
Ale było już za późno.
Szkatułka była pogrzebana. Klątwa zapieczętowana.
Wiatr nagle ustał. Wszyscy spojrzeli po sobie, niepewni, czy to naprawdę koniec.
Henry wytarł twarz drżącą dłonią i spojrzał w stronę nagrobków.
Duch zniknął.
Catherine szepnęła:
- Nigdy więcej...
Ale w głębi duszy każde z nich wiedziało, że to nie było zakończenie.
To był dopiero początek.