Zapaliwszy ofiarny knotek w lampce szafirowej, siadła
babunia na starym skórzanym fotelu i zaczęła odmawiać poranny
pacierz, wzniósłszy oczy do zczerniałego, ale cudownego obrazu
Matki Boskiej. Drżącym szeptem, myląc się i zapominając niekiedy,
dziękowała Królowej nieba za ugaszenie przed dwudziestoma laty
pożaru w stodołach i odpędzenie (dawniej jeszcze) od pól chmury
gradowej. Potem modliła się za syna, synowę i wnuka, za sąsiadów,
służbę i dobytek, wkońcu zaś wspomniała długi szereg zmarłych
krewnych, przyjaciół i znajomych.
Promienie słońca, ucałowawszy kwiaty, stojące w oknie, ślizgały
się po białej ścianie pokoiku, a odbite od stóp świętego obrazu,
nagrzewały kota, który się przy fotelu wyciągał, i otaczały
jasnością brunatną twarz babuni, tudzież suche jej ręce, pokornie
do modlitwy złożone. A ile razy staruszka podniesionym nieco głosem
mruknęła: "Wieczny odpoczynek racz im dać, Panie..." i milkła, tyle
razy knotek, już dotykający wody w lampce, cieniutko odskwierczał:
"A światłość wiekuista niechaj im świeci..." Nie dziwiło to babuni, która dobrze wiedziała, że światłość z
knotka pochodzi, i że jemu zatem mówić o niej przedewszystkiem
wypada. Po ogólnym następował szczególny pacierz za jasnowłosą duszę Kazia
nieboszczyka, najukochańszego wnuka, który zmarł, mając lat cztery,
a dziś miałby już osiem!... Prawie zawsze przy wspomnieniu tem, łzy
z oczu płynęły niebodze. Ach! czemuż dano go przeżyć jej, która od
tak dawna ma gotową nad łóżkiem żółtą gromnicę, w kądziel spowitą?
W jakim celu trzyma ją Bóg na tej ziemi, gdzie słońce z każdym
dniem blask traci, drzewa i kwiaty bledsze są i mizerniejsze niż
kiedyś, gdzie lato od pewnego czasu jest tak zimne, że w lipcu
watowanego kaftana zrzucić nie można? Nie lepiejże byłoby jej -
tam, w niebieskim pokoiku, z Kaziem mieszkać i przez uchylone okno
słuchać anielskich chórów, aniżeli tu, bolejąc za wnukiem, dziwić
się, że jedne ptaki jakoś schrypły, a inne nawet zupełnie głos
straciły?... Człowiek stary tak tęskni do śmierci, jak spracowany robotnik do
snu twardego. Świat go nie bawi, otaczający nie rozumieją, a żal
ciągnie na drugą krawędź tej jamy ciemnej, którą już przekroczyli
najbliżsi. Może w ich gronie szczęśliwem znajdziemy tę młodość,
która nas zdradziecko w początkach życia odbiegła, i ukojenie
tęsknoty, której całun wszystkie jego blaski zasłania. Może na
końcu łańcucha półsennych dni i nocy bezsennych zajaśnieje
nareszcie brzask wiekuistego słońca, w którego promieniach dusza
znajduje nieśmiertelność, a serce zaspokojenie pragnień?... Babunia wyjrzała oknem, i przyszło jej na myśl pytanie, dlaczego
dziedziniec ten, wielki za dni dziecinnych, w młodzieńczym wieku
wydawał jej się zbyt małym, a dziś znowu urósł tak, żeby go i za
godzinę nie przeszła?... Ale wnet zapomniała poprzedniej myśli i
poczęła się troszczyć o to, że Kazio od samego rana wyszedł z
pokoju i jeszcze się zaziębi na rosie. Przez chwilę nie mogła sobie
wyobrazić, że Kazia niema na dziedzińcu. Przecież dopiero co dawał
cukier swej klaczce, dopiero co wszedł za lipy między krzaki bzu,
które chwieją się jeszcze... Przetarła oczy, chciała zawołać:
"Kaziu! Kaziu! a chodź-no do babci..." - lecz znowu zapomniała się.
Widzenia znikły, nawet zmęczona myśl pierzchła, jak ten oto cień,
umykający z trawnika, i tylko gdzieś na samem dnie duszy pozostał
okruch smutku niejasnego, napozór bezprzytomnego, a jednak bardzo
gorzkiego. W tej chwili wbiegła do pokoju mała dziewczyna wiejska, bosy
trzpiot z rozpiętą na piersiach koszulą, i krzyknęła babci nad
uchem, że państwo ze śniadaniem czekają. Staruszka popatrzyła na
nią gniewnie i opierając się na krawędzi fotelu i na ramieniu
dziewczyny, mruknęła: - Oh! ty... ty warjatko jakaś!... Miałam coś bardzo ważnego na
myśli, a ta mi przeszkodziła. Zawsze wpada do pokoju jak
sowizdrzał, jeszcze się kiedy uderzy o co i rozsypie!... Wzięła dziewczynę pod rękę i drżąca, pochylona, szła, wciąż
gderając: - Czego ty tak wyskakujesz? - Ja nie wyskakuję, proszę pani. - To czego się tak trzęsiesz, pewnie za lataniem, co? - Ja się nie trzęsę... - Słyszycie ją?... Ona mi będzie kłamstwo w żywe oczy zadawała!...
Przecież ja po mojej ręce widzę, że cała dygoczesz. - O, jak to pani od samego rana dokucza! - ofuknęła dziewczyna i
ze złości odwróciła głowę od lokaja, który, stojąc w sieni, śmiał
się i zęby wyszczerzał. - Nie narzekaj, głupia! - rzekł lokaj, robiąc miny zuchwałe. -
Starsza pani nabeszta, ale zato da ci kolędę taką, co ha!... I wnet dodał półgłosem: - Na bezrok! jak psu piąta noga urośnie. Dziewczyna parsknęła śmiechem i zatkała pięścią usta. - Co ty katar masz, że tak kichasz? - spytała już łagodniej
starowina. - Zawsze mówiłam, że na złe ci wyjdzie latanie. Lokaj taki był kontent, że aż się położył na stole. Co to za
radość dla niego, że skąpa starsza pani, od której grosza nigdy nie
widział, nie umie odróżnić kichania od śmiechu! Ciągle opierając się na ręku dziewczyny, strudzona i zadyszana
babunia weszła wkońcu do jadalnego pokoju. Syn i synowa ucałowali
jej ręce, lecz gdy chciała usiąść na krześle obok młodej gospodyni
przy samowarze kipiącym, synowa rzekła: - Niech mameczka usiądzie na drugiem krześle, tu jest miejsce dla
niańki i Władzia. - Chciałam się trochę rozgrzać... - Jakże się dziś miewa mameczka? - spytał syn. - Wcale dobrze! - odparła staruszka. - Mam jakoś więcej sił, i
gdyby nie te chłody na dworze... - Co też mama mówi!... Na dworze jest gorąco jak w piecu. Babunia, zajęta maczaniem bułki w kawie, której część już wylała
się na spodek, nie słyszała ostatnich słów syna i poczęła mówić,
jakby do siebie: - Był u mnie dziś Kazio... Syn i synowa zamienili spojrzenia. - Był taki jakiś mizerny, że boję się, czy nie jest słaby... - Tam, moja mameczko, nikt nie choruje! - wtrąciła synowa. - On i tu nie chorował robaczek... Tylko w ostatnim miesiącu coś
mu się takiego zrobiło, że codzień siły tracił, w oczach nikł...
Przynieś-no mi chustkę, Kachna, z mego pokoju! - mówiła staruszka,
czując, że ma oczy łez pełne. Com ja się doktorowi napłaciła - ciągnęła dalej - ażeby mu zdrowie
wrócił, com ja się Boga nie naprosiła, ażeby mnie zabrał, a jego
zostawił, wszystko napróżno!... - Może mameczce śmietanki dolać? - zapytała synowa, którą
opowiadanie babki, aczkolwiek codzień powtarzające się, bardzo
drażniło. Syn tymczasem zwiesił głowę, oparł lewą rękę na stole, a
palcami prawej kręcił machinalnie gałki z chleba. - Może mameczce dolać? - powtórzyła synowa. - Śmietanki?... - spytała babunia. - Co ja miałam mówić, czy o
Kaziu?... Nie, prawda!... Chciałam powiedzieć, że śmietanka z mego
kamiennego garnuszka była lepsza. Ale i on się stłukł... Czy to kto
jedzie?... - Nie, to samowar syczy. - Jakieś dziwne samowary sprzedają teraz... Synowa spojrzała na męża i pokręciła głową, jakby chcąc
powiedzieć, że babunia robi się coraz bardziej niedołężna. On tylko
westchnął i zapewne na znak smutku przykrył spodkiem rój much,
które do szklanki powłaziły. Weszła do jadalni niańka z tłustym, świeżo umytym chłopcem na
ręku. Matka wybiegła naprzeciw nich, pochwyciła synka i po raz może
dwudziesty, choć był dopiero ranek, uściskała go i ucałowała
namiętnie. Tłusty chłopak tymczasem zwrócił szafirowe oczy na
siedzącą już przy stole niańkę, potem na szklankę leciutkiej kawy,
dla niego przeznaczonej, potem, nie spuszczając oka ze szklanki,
poślinił rękę, którą mu ojciec dał do pocałowania, a wreszcie
zaczął wydzierać się i krzyczeć. Posadzono go na kolanach
piastunki, uporządkowano różowe, pofałdowane nogi w taki sposób,
aby ich nie opierał na stole, i obtarto mu rączki, które przed
chwilą w szklankę włożył. Babunia, zatrzymawszy w połowie drogi łyżeczkę, którą niosła do
ust, smutnie patrzyła na kręcącego się wnuka i znowu poczęła mówić
głosem wątłym i jednostajnym: - Tak właśnie Kazio siedział u mnie na kolanach. Była może trzecia
po południu. Otworzyłam okno, ażeby powietrza ciepłego trochę
naszło, myśląc, że go to orzeźwi. Wtedy akurat Wawrzek wypuścił
klaczkę Kazia na dziedziniec. On biedak patrzył na nią, pokazywał
paluszkiem, a nareszcie powiedział: "Babciu!... widzisz, jak moja
klaczka bryka" - i zsunął mi się na ręce martwy... O dlaczegóż mi
serce doreszty nie pękło!... Skończywszy, połknęła łyżeczkę rozmoczonej bułki, a potem zaczęła
jęczeć i szlochać. Po jej twarzy, brózdami okrytej, z
zaczerwienionych oczu płynęły łzy; żuła bułkę i płakała, myśląc o
Kaziu, który ją tak wcześnie porzucił. - Może się teraz mama herbaty napije? - zapytała synowa. - Dobrze, choć nic już nie mam apetytu... A połóż mi kawałek cukru
na spodeczku, to dam klaczce, jak ją zobaczę. Synowa była dobrą kobietą, lecz biadania staruszki usposobiły ją
tak dziwnie, że kładąc cukier na spodku, ze złośliwą intencją
rzekła: - Niech jej mama da dwa kawałki, i to zaraz, bo już po południu
klaczki nie będzie. - Klaczki?... Kaziowej? - spytała babunia. - A tak. Mąż sprzedaje ją i siwka Wesołowskiemu, który potrzebuje
białej czwórki na wesele. Syn znowu zaczął bębnić palcami po stole, patrząc na strumień
pary, który z gwizdem wydobywał się z samowara. Babka z początku zdawała się nie rozumieć słów synowej, stopniowo
jednak poczęła ożywiać się. Na wypukłem, ogołoconem z włosów czole
nabrzmiały jej żyły, oczy zaiskrzyły się, usta przycięły. Spojrzała
ostro w twarz synowi i zapytała głosem silnym i bardziej niż kiedy
stanowczym: - Jakto, Jasiu, więc prawda, że sprzedajesz klaczkę Kazia? - Jeżeli dają mi trzysta rubli za parę, dlaczegóżbym nie miał
sprzedać? - spytał pan Jan, zatrzymując wzrok na dębowym kredensie. - Boże miłosierny, czego ja dożyłam! - zawołała staruszka, łamiąc
ręce. - Ależ ta klaczka to prawie ostatnia pamiątka po Kaziu!... - Moja mamo - przerwała synowa - przecież ja byłam matką, a Jaś
ojcem nieboszczyka Kazia, kochamy go więc i pamiętamy o nim równie
dobrze jak ktokolwiek bądź... W tym jednak wypadku nie widzimy
racji, dla której nie mielibyśmy sprzedać koni za tak dobre
pieniądze... - Oj, te pieniądze! - mruknęła babka. - Ludzie dzisiejsi za
pieniądze oddaliby własne dzieci. - Afektuje mameczka! - wtrącił syn. - Och! jakżeście wy łatwo zapomnieli o tym biedaku!
CIĄG DALSZY TEKSTU W PEŁNEJ WERSJI