Szkatułka babki - Bolesław Prus

Kup ebooka

12.49 zł
10.24 zł (9,49 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

SZKATUŁKA BABKI

Zapaliwszy ofiarny knotek w lampce szafirowej, siadła babunia na starym skórzanym fotelu i zaczęła odmawiać poranny pacierz, wzniósłszy oczy do zczerniałego, ale cudownego obrazu Matki Boskiej. Drżącym szeptem, myląc się i zapominając niekiedy, dziękowała Królowej nieba za ugaszenie przed dwudziestoma laty pożaru w stodołach i odpędzenie (dawniej jeszcze) od pól chmury gradowej. Potem modliła się za syna, synowę i wnuka, za sąsiadów, służbę i dobytek, wkońcu zaś wspomniała długi szereg zmarłych krewnych, przyjaciół i znajomych.

Promienie słońca, ucałowawszy kwiaty, stojące w oknie, ślizgały się po białej ścianie pokoiku, a odbite od stóp świętego obrazu, nagrzewały kota, który się przy fotelu wyciągał, i otaczały jasnością brunatną twarz babuni, tudzież suche jej ręce, pokornie do modlitwy złożone. A ile razy staruszka podniesionym nieco głosem mruknęła: "Wieczny odpoczynek racz im dać, Panie..." i milkła, tyle razy knotek, już dotykający wody w lampce, cieniutko odskwierczał: "A światłość wiekuista niechaj im świeci..." Nie dziwiło to babuni, która dobrze wiedziała, że światłość z knotka pochodzi, i że jemu zatem mówić o niej przedewszystkiem wypada. Po ogólnym następował szczególny pacierz za jasnowłosą duszę Kazia nieboszczyka, najukochańszego wnuka, który zmarł, mając lat cztery, a dziś miałby już osiem!... Prawie zawsze przy wspomnieniu tem, łzy z oczu płynęły niebodze. Ach! czemuż dano go przeżyć jej, która od tak dawna ma gotową nad łóżkiem żółtą gromnicę, w kądziel spowitą? W jakim celu trzyma ją Bóg na tej ziemi, gdzie słońce z każdym dniem blask traci, drzewa i kwiaty bledsze są i mizerniejsze niż kiedyś, gdzie lato od pewnego czasu jest tak zimne, że w lipcu watowanego kaftana zrzucić nie można? Nie lepiejże byłoby jej - tam, w niebieskim pokoiku, z Kaziem mieszkać i przez uchylone okno słuchać anielskich chórów, aniżeli tu, bolejąc za wnukiem, dziwić się, że jedne ptaki jakoś schrypły, a inne nawet zupełnie głos straciły?... Człowiek stary tak tęskni do śmierci, jak spracowany robotnik do snu twardego. Świat go nie bawi, otaczający nie rozumieją, a żal ciągnie na drugą krawędź tej jamy ciemnej, którą już przekroczyli najbliżsi. Może w ich gronie szczęśliwem znajdziemy tę młodość, która nas zdradziecko w początkach życia odbiegła, i ukojenie tęsknoty, której całun wszystkie jego blaski zasłania. Może na końcu łańcucha półsennych dni i nocy bezsennych zajaśnieje nareszcie brzask wiekuistego słońca, w którego promieniach dusza znajduje nieśmiertelność, a serce zaspokojenie pragnień?... Babunia wyjrzała oknem, i przyszło jej na myśl pytanie, dlaczego dziedziniec ten, wielki za dni dziecinnych, w młodzieńczym wieku wydawał jej się zbyt małym, a dziś znowu urósł tak, żeby go i za godzinę nie przeszła?... Ale wnet zapomniała poprzedniej myśli i poczęła się troszczyć o to, że Kazio od samego rana wyszedł z pokoju i jeszcze się zaziębi na rosie. Przez chwilę nie mogła sobie wyobrazić, że Kazia niema na dziedzińcu. Przecież dopiero co dawał cukier swej klaczce, dopiero co wszedł za lipy między krzaki bzu, które chwieją się jeszcze... Przetarła oczy, chciała zawołać: "Kaziu! Kaziu! a chodź-no do babci..." - lecz znowu zapomniała się. Widzenia znikły, nawet zmęczona myśl pierzchła, jak ten oto cień, umykający z trawnika, i tylko gdzieś na samem dnie duszy pozostał okruch smutku niejasnego, napozór bezprzytomnego, a jednak bardzo gorzkiego. W tej chwili wbiegła do pokoju mała dziewczyna wiejska, bosy trzpiot z rozpiętą na piersiach koszulą, i krzyknęła babci nad uchem, że państwo ze śniadaniem czekają. Staruszka popatrzyła na nią gniewnie i opierając się na krawędzi fotelu i na ramieniu dziewczyny, mruknęła: - Oh! ty... ty warjatko jakaś!... Miałam coś bardzo ważnego na myśli, a ta mi przeszkodziła. Zawsze wpada do pokoju jak sowizdrzał, jeszcze się kiedy uderzy o co i rozsypie!... Wzięła dziewczynę pod rękę i drżąca, pochylona, szła, wciąż gderając: - Czego ty tak wyskakujesz? - Ja nie wyskakuję, proszę pani. - To czego się tak trzęsiesz, pewnie za lataniem, co? - Ja się nie trzęsę... - Słyszycie ją?... Ona mi będzie kłamstwo w żywe oczy zadawała!... Przecież ja po mojej ręce widzę, że cała dygoczesz. - O, jak to pani od samego rana dokucza! - ofuknęła dziewczyna i ze złości odwróciła głowę od lokaja, który, stojąc w sieni, śmiał się i zęby wyszczerzał. - Nie narzekaj, głupia! - rzekł lokaj, robiąc miny zuchwałe. - Starsza pani nabeszta, ale zato da ci kolędę taką, co ha!... I wnet dodał półgłosem: - Na bezrok! jak psu piąta noga urośnie. Dziewczyna parsknęła śmiechem i zatkała pięścią usta. - Co ty katar masz, że tak kichasz? - spytała już łagodniej starowina. - Zawsze mówiłam, że na złe ci wyjdzie latanie. Lokaj taki był kontent, że aż się położył na stole. Co to za radość dla niego, że skąpa starsza pani, od której grosza nigdy nie widział, nie umie odróżnić kichania od śmiechu! Ciągle opierając się na ręku dziewczyny, strudzona i zadyszana babunia weszła wkońcu do jadalnego pokoju. Syn i synowa ucałowali jej ręce, lecz gdy chciała usiąść na krześle obok młodej gospodyni przy samowarze kipiącym, synowa rzekła: - Niech mameczka usiądzie na drugiem krześle, tu jest miejsce dla niańki i Władzia. - Chciałam się trochę rozgrzać... - Jakże się dziś miewa mameczka? - spytał syn. - Wcale dobrze! - odparła staruszka. - Mam jakoś więcej sił, i gdyby nie te chłody na dworze... - Co też mama mówi!... Na dworze jest gorąco jak w piecu. Babunia, zajęta maczaniem bułki w kawie, której część już wylała się na spodek, nie słyszała ostatnich słów syna i poczęła mówić, jakby do siebie: - Był u mnie dziś Kazio... Syn i synowa zamienili spojrzenia. - Był taki jakiś mizerny, że boję się, czy nie jest słaby... - Tam, moja mameczko, nikt nie choruje! - wtrąciła synowa. - On i tu nie chorował robaczek... Tylko w ostatnim miesiącu coś mu się takiego zrobiło, że codzień siły tracił, w oczach nikł... Przynieś-no mi chustkę, Kachna, z mego pokoju! - mówiła staruszka, czując, że ma oczy łez pełne. Com ja się doktorowi napłaciła - ciągnęła dalej - ażeby mu zdrowie wrócił, com ja się Boga nie naprosiła, ażeby mnie zabrał, a jego zostawił, wszystko napróżno!... - Może mameczce śmietanki dolać? - zapytała synowa, którą opowiadanie babki, aczkolwiek codzień powtarzające się, bardzo drażniło. Syn tymczasem zwiesił głowę, oparł lewą rękę na stole, a palcami prawej kręcił machinalnie gałki z chleba. - Może mameczce dolać? - powtórzyła synowa. - Śmietanki?... - spytała babunia. - Co ja miałam mówić, czy o Kaziu?... Nie, prawda!... Chciałam powiedzieć, że śmietanka z mego kamiennego garnuszka była lepsza. Ale i on się stłukł... Czy to kto jedzie?... - Nie, to samowar syczy. - Jakieś dziwne samowary sprzedają teraz... Synowa spojrzała na męża i pokręciła głową, jakby chcąc powiedzieć, że babunia robi się coraz bardziej niedołężna. On tylko westchnął i zapewne na znak smutku przykrył spodkiem rój much, które do szklanki powłaziły. Weszła do jadalni niańka z tłustym, świeżo umytym chłopcem na ręku. Matka wybiegła naprzeciw nich, pochwyciła synka i po raz może dwudziesty, choć był dopiero ranek, uściskała go i ucałowała namiętnie. Tłusty chłopak tymczasem zwrócił szafirowe oczy na siedzącą już przy stole niańkę, potem na szklankę leciutkiej kawy, dla niego przeznaczonej, potem, nie spuszczając oka ze szklanki, poślinił rękę, którą mu ojciec dał do pocałowania, a wreszcie zaczął wydzierać się i krzyczeć. Posadzono go na kolanach piastunki, uporządkowano różowe, pofałdowane nogi w taki sposób, aby ich nie opierał na stole, i obtarto mu rączki, które przed chwilą w szklankę włożył. Babunia, zatrzymawszy w połowie drogi łyżeczkę, którą niosła do ust, smutnie patrzyła na kręcącego się wnuka i znowu poczęła mówić głosem wątłym i jednostajnym: - Tak właśnie Kazio siedział u mnie na kolanach. Była może trzecia po południu. Otworzyłam okno, ażeby powietrza ciepłego trochę naszło, myśląc, że go to orzeźwi. Wtedy akurat Wawrzek wypuścił klaczkę Kazia na dziedziniec. On biedak patrzył na nią, pokazywał paluszkiem, a nareszcie powiedział: "Babciu!... widzisz, jak moja klaczka bryka" - i zsunął mi się na ręce martwy... O dlaczegóż mi serce doreszty nie pękło!... Skończywszy, połknęła łyżeczkę rozmoczonej bułki, a potem zaczęła jęczeć i szlochać. Po jej twarzy, brózdami okrytej, z zaczerwienionych oczu płynęły łzy; żuła bułkę i płakała, myśląc o Kaziu, który ją tak wcześnie porzucił. - Może się teraz mama herbaty napije? - zapytała synowa. - Dobrze, choć nic już nie mam apetytu... A połóż mi kawałek cukru na spodeczku, to dam klaczce, jak ją zobaczę. Synowa była dobrą kobietą, lecz biadania staruszki usposobiły ją tak dziwnie, że kładąc cukier na spodku, ze złośliwą intencją rzekła: - Niech jej mama da dwa kawałki, i to zaraz, bo już po południu klaczki nie będzie. - Klaczki?... Kaziowej? - spytała babunia. - A tak. Mąż sprzedaje ją i siwka Wesołowskiemu, który potrzebuje białej czwórki na wesele. Syn znowu zaczął bębnić palcami po stole, patrząc na strumień pary, który z gwizdem wydobywał się z samowara. Babka z początku zdawała się nie rozumieć słów synowej, stopniowo jednak poczęła ożywiać się. Na wypukłem, ogołoconem z włosów czole nabrzmiały jej żyły, oczy zaiskrzyły się, usta przycięły. Spojrzała ostro w twarz synowi i zapytała głosem silnym i bardziej niż kiedy stanowczym: - Jakto, Jasiu, więc prawda, że sprzedajesz klaczkę Kazia? - Jeżeli dają mi trzysta rubli za parę, dlaczegóżbym nie miał sprzedać? - spytał pan Jan, zatrzymując wzrok na dębowym kredensie. - Boże miłosierny, czego ja dożyłam! - zawołała staruszka, łamiąc ręce. - Ależ ta klaczka to prawie ostatnia pamiątka po Kaziu!... - Moja mamo - przerwała synowa - przecież ja byłam matką, a Jaś ojcem nieboszczyka Kazia, kochamy go więc i pamiętamy o nim równie dobrze jak ktokolwiek bądź... W tym jednak wypadku nie widzimy racji, dla której nie mielibyśmy sprzedać koni za tak dobre pieniądze... - Oj, te pieniądze! - mruknęła babka. - Ludzie dzisiejsi za pieniądze oddaliby własne dzieci. - Afektuje mameczka! - wtrącił syn. - Och! jakżeście wy łatwo zapomnieli o tym biedaku!

CIĄG DALSZY TEKSTU W PEŁNEJ WERSJI