Szkarłatna suknia - Sarah Mallory

Reflow text when sidebars are open.
Agencja pani Killinghurst była szeroko znana jako ostatnia deska ratunku dla dobrze urodzonych młodych dam, które trudności życiowe zmusiły do poszukiwania zatrudnienia. Zależnie od ich umiejętności pani Killinghurst znajdowała im posady guwernantek, dam do towarzystwa, a nawet szwaczek. Agencja mieściła się przy Bond Street nad zakładem modystki. Młode damy szukające pracy mogły niespostrzeżenie przemknąć wąską alejką obok sklepu i zniknąć za świeżo odmalowanymi drzwiami z dyskretną mosiężną tabliczką.
Panna Lucy Halbrook odwiedziła przybytek pani Killinghurst przed dwoma tygodniami i zgodnie z zaleceniem właścicielki wracała teraz z wielkimi nadziejami na zatrudnienie, którego rozpaczliwie potrzebowała. Po śmierci ojca wiedziała, że życie jej i matki musi się zmienić, ale dopiero po pogrzebie doświadczyła, jak bardzo są biedne. Kaleka siostra pani Halbrook przyjęła je pod swój dach i mama znalazła sobie nowe miejsce w życiu jako opiekunka i towarzyszka pani Edgeworth, pan Edgeworth jednak okazał się wielkim miłośnikiem kobiecych wdzięków i Lucy już po kilku dniach zrozumiała, dlaczego wszystkie służące w domu ciotki były raczej w dojrzałym wieku. Dotychczas udawało jej się unikać nachalnych zalotów wuja, ale musiała jak najszybciej znaleźć sobie inny dom. Prawdę mówiąc, pragnęła również odrobiny niezależności. Śmierć ojca była bolesna, ale jeszcze większym ciosem stało się wyznanie matki, że są bez grosza. Nigdy nie były bogate, ale dla Lucy najgorsza była świadomość, że mama zatajała przed nią sytuację, a ojciec, którego zawsze podziwiała, nie był takim bohaterem, za jakiego go uważała.
Szybkim krokiem przemierzyła New Bond Street, dotarła do zakładu modystki i szybko zniknęła w alejce. Było tu ciemniej, niż się spodziewała, i dopiero po chwili dostrzegła jakąś postać. Ktoś stał na drugim końcu alejki, blokując dostęp światła.
Zawahała się, ale poszła dalej, wiedząc, że pani Killinghurst na nią czeka. Żałowała, że nie wzięła woalki, ale nic już nie mogła na to poradzić. Mężczyzna musiał przed chwilą wyjść z drzwi pani Killinghurst, a to oznaczało, że szuka pracy albo chce kogoś zatrudnić. To drugie, pomyślała Lucy, gdy jej wzrok przyzwyczaił się do półmroku i dostrzegła żakiet z najlepszej wełny, bryczesy z miękkiej koźlęcej skóry oraz wysokie czarne buty, wypolerowane do połysku. Cały strój leżał doskonale i wyglądał jak ze słynnego sklepu pana Westona.
Lucy śmiało uniosła głowę, nie zamierzając wbijać wzroku w ziemię jak pokorna sługa, i spojrzała na twarz nieznajomego. Była to twarz raczej wyrazista niż przystojna, z ciemnymi brwiami i głęboko rozszczepionym podbródkiem. Siła emanująca z całej postaci mężczyzny dziwnie kontrastowała z modnym strojem.
Zatrzymała się, ale nie pozwoliła się onieśmielić, i spokojnie oddała mu spojrzenie. W szarych oczach dostrzegła dziwne wyzwanie i znów przeszył ją dreszcz. Instynkt kazał jej odwrócić się i uciekać, by ocalić życie, a z drugiej strony chciała dowiedzieć się czegoś więcej o tym mężczyźnie.
Natychmiast stłumiła obydwa uczucia. Nie należała do kobiet, które uciekają od problemów, choć do tej pory rodzice chronili ją przed twardą rzeczywistością. Już myślała, że będzie musiała go poprosić, by się przesunął, ale w tej samej chwili on się cofnął i otworzył drzwi.
Wyminęła go w milczeniu i weszła na schody. Czuła na plecach jego wzrok, ale gdy się obejrzała, na dole nie było już nikogo.
Siwowłosa kobieta, która zarządzała niedużą recepcją, wprowadziła Lucy do gabinetu pani Killinghurst, wskazała jej miejsce i wyszła, zamykając za sobą drzwi. Lucy została sama. Złożyła płaszcz i razem z kapeluszem położyła na krześle. W pokoju nie było lustra, zatem przygładziła tylko miękkie, brązowe włosy, sprawdzając, czy wciąż są schludnie upięte w węzeł z tyłu głowy. Ubrana była w tę samą prostą suknię z szarej wełny z wysokim kołnierzem, co podczas pierwszej rozmowy i miała nadzieję, że wygląda jak uosobienie skromnej, bezpretensjonalnej dziewczyny, jakiej najczęściej szukają pracodawcy.
Ale gdy przez dłuższą chwilę w gabinecie nikt się nie pokazywał, poczuła niepewność. Wróciła myślami do poprzedniej wizyty, upewniając się, czy nie pomyliła daty. Nie. Dokładnie dwa tygodnie temu siedziała na tym samym krześle naprzeciwko pani Killinghurst.
- No i jestem - obwieściła, patrząc na puste ściany. - Jestem gotowa poznać swój los.
Drgnęła, gdy usłyszała dźwięk obracanej gałki w drzwiach i w progu wewnętrznego sanktuarium ukazała się właścicielka agencji. Z uśmiechem przeprosiła Lucy za to, że kazała jej czekać, i podeszła do biurka, zostawiając za sobą lekko uchylone drzwi.
- Na czym to stanęłyśmy, panno Halbrook? - Usiadła i przysunęła do siebie arkusz papieru. - Ach, tak! Pani referencje są doskonałe. Jak już wspominałam wcześniej, to dosyć nietypowa posada. Mój klient poszukuje młodej, dobrze wychowanej i dobrze urodzonej damy, która zechciałaby spędzić trochę czasu w jego domu na północy...
Urwała, gdy zauważyła drgnięcie Lucy.
- Zechce mi pani wybaczyć, ale rozumiem, że klient pani jest żonatym dżentelmenem?
Pani Killinghurst potrząsnęła głową.
- To wdowiec, ale jak najbardziej godny szacunku - dodała szybko, może nawet nieco zbyt szybko.
Serce Lucy ścisnęło się. Uznała, że najlepiej będzie mówić szczerze.
- Pani Killinghurst, czy w tej ofercie jest coś, hm... niestosownego?
- Ależ nie, nie, absolutnie nie. Mój klient zapewnia, że dostanie pani przyzwoitkę i podczas całego pobytu będzie pani traktowana z najwyższym szacunkiem. Ma pani zamieszkać w jego domu jako gość, za bardzo hojnym wynagrodzeniem.
Wymieniła sumę, od której brwi Lucy powędrowały wysoko w górę.
- Nie rozumiem. Pani, hm... klient chce mi zapłacić za to, żebym była gościem w jego domu?
- Tak.
- Dlaczego?
Pani Killinghurst przesunęła papiery na biurku.
- Chciałby, żeby odgrywała pani rolę gospodyni domu.
Lucy poczuła gorzkie rozczarowanie. Od dwóch tygodni wyczekiwała tego spotkania i rozmyślała o lukratywnym stanowisku, o którym napomykała pani Killinghurst. Sądziła, że zostanie guwernantką albo towarzyszką jakiejś starszej słabującej damy czy nawet dżentelmena. Fakt, że zatrudnienie miało być krótkotrwałe, mógł oznaczać, że ma uprzyjemnić komuś ostatnie miesiące życia. Teraz uświadomiła sobie, jak bardzo była naiwna. Nieżonaty mężczyzna, nawet wdowiec, nie mógł jej zatrudniać w żadnym zbożnym celu. Natychmiast pomyślała o natrętnych dłoniach wuja.
Podniosła się i powiedziała chłodno:
- Niezmiernie mi przykro, pani Killinghurst, ale nie na taką posadę liczyłam. Gdyby powiedziała mi pani nieco więcej już dwa tygodnie temu, obydwie zaoszczędziłybyśmy sobie kłopotu.
Odwróciła się do wyjścia, ale zatrzymał ją głęboki, męski głos, który odezwał się za jej plecami:
- Pani Killinghurst, zechce pani pozwolić, bym sam wyjaśnił wszystko tej młodej damie.
Lucy obróciła się na pięcie. W drzwiach do wewnętrznego sanktuarium pani Killinghurst stał mężczyzna, którego widziała wcześniej na dole. Jego potężna postać wypełniała niemal całą alejkę, a tutaj, w niewielkim gabinecie, wydawał się jeszcze większy. Pani Killinghurst podniosła się z krzesła. Mężczyzna zdjął kapelusz i Lucy zobaczyła czarne, bezlitośnie krótko przycięte włosy. Twarz miała spokojny wyraz, ale w dalszym ciągu wydawała się surowa.
Lucy znów poczuła emanującą od niego siłę. Wydawał się niebezpieczny. Była o tym przekonana, choć w głębi duszy musiała przyznać, że to bardzo atrakcyjne.
Zaniepokojona własną reakcją cofnęła się i sięgnęła dłonią do klamki.
- Naprawdę nie sądzę, by to było potrzebne.
- Ależ tak - odrzekł nieznajomy. - Czekała pani dwa tygodnie, by poznać szczegóły. To byłaby wielka szkoda, gdyby wyszła pani stąd, nie wiedząc dokładnie, na czym mają polegać pani obowiązki.
Wskazał jej krzesło i Lucy posłusznie usiadła.
- Zechciałaby mnie pani przedstawić?
- Tak, tak, naturalnie. Panno Halbrook, to jest lord Adversane, mój klient.
Adversane skłonił się przed Lucy z elegancją i wdziękiem zadziwiającym u tak dużego mężczyzny. Pochyliła głowę i w milczeniu czekała na to, co powie.
- Pani Killinghurst wyjaśniła już, że potrzebuję pani usług w moim domu w Yorkshire - zaczął. - Adversane to największa posiadłość i największy dom w okolicy. Od śmierci żony wiodłem tam bardzo spokojne życie, co jednak nie najlepiej wpłynęło na okolicę, bo nie zatrudniam zbyt wielu osób ani nie składam dużych zamówień u miejscowych kupców i rzemieślników. Sądzę, że pora już otworzyć dom i zaprosić gości, rodzinę i przyjaciół. Potrzebuję jednak pani domu.
Lucy skinęła głową.
- Rozumiem, milordzie, ale z pewnością ma pan w rodzinie jakąś damę gotową podjąć się tej roli.
W oczach Adversane'a pojawił się szyderczy błysk.
- Ależ naturalnie, co najmniej kilka tuzinów!
- W takim razie nie rozumiem...
- Chodzi o to - przerwał jej - że od niemal dwóch lat jestem wdowcem. Cała moja rodzina i znajomi, wszyscy, są przekonani, że byłbym znacznie szczęśliwszy, gdybym znów się ożenił, dlatego bezustannie nagabują mnie, żebym poszukał sobie żony. - Urwał na chwilę. - Panno Halbrook, ja szukam nie tylko pani domu, ale również narzeczonej.
Lucy patrzyła na niego z otwartymi ustami. Dopiero po dłuższej chwili wzięła się w garść i opanowała wyraz twarzy. Lord Adversane mówił dalej jak gdyby nigdy nic.
- Zaprosiłem na lato sporą liczbę gości do Adversane i potrzebuję kobiety, która będzie odgrywać rolę mojej przyszłej żony. Musi posiadać wszelkie zalety młodej damy pochodzącej z dobrej rodziny i cieszyć się nienaganną reputacją. Z tego, co mówi pani Killinghurst, pani doskonale się nadaje do tej roli.
- Dziękuję - odrzekła Lucy chłodno. - Chciałabym się upewnić, czy dobrze pana rozumiem. Chce pan zorganizować spektakl, żeby rodzina przestała pana nagabywać?
- Tak właśnie.
- Zechce pan wybaczyć, milordzie, ale choć pana nie znam, wydaje mi się, że nie należy pan do ludzi, którzy pozwoliliby się komukolwiek nagabywać.
Ralph popatrzył z uznaniem na jej drobną postać. Dziewczyna ubrana była w szarą sukienkę bez wyrazu, surową jak u zakonnicy, ale nie obawiała się wyrazić głośno swojego zdania ani spojrzeć mu wyzywająco w oczy. W kącikach jego ust zadrgał uśmiech.
- Ach, ale pani nie zna mojej rodziny. - To jednak jej nie przekonało. Ralph widział, że szuka odpowiednich słów, by uprzejmie odrzucić jego ofertę i wyjść, toteż dodał: - Zdaję sobie sprawę, że nie takiego stanowiska pani oczekiwała, panno Halbrook, ale rozważyłem tę kwestię i doszedłem do wniosku, że najlepszym wyjściem będzie wynajęcie pani domu. Jestem wykształconym człowiekiem - dodał z odrobiną zniecierpliwienia. - Jeszcze nigdy nie natrafiłem na problem, którego nie dałoby się rozwiązać. Proszę mi uwierzyć, że nie ma tu żadnego, najmniejszego nawet ryzyka dla pani dobrego imienia. Przeciwnie: jeśli mamy kogokolwiek przekonać, że zaręczyny są prawdziwe, to jest niezmiernie ważne, by pani pobyt w Adversane był absolutnie przyzwoity. Gdy nadejdzie czas rozstania, przeprowadzimy to tak, by wszyscy wiedzieli, że to była pani decyzja. I może być pani pewna, że ci, którzy mnie znają, zupełnie nie będą tym zdziwieni. Odejdzie pani z sumą pieniędzy, która pozwoli przeżyć wygodnie co najmniej rok. Moim zdaniem jest to godziwe wynagrodzenie za niecałe dwa miesiące pracy. - Zamilkł, by po chwili zapytać: - A zatem, panno Halbrook, jaka jest pani odpowiedź?
Oburzające. Niesłychane! To były pierwsze słowa, jakie przyszły Lucy do głowy, ale nie wypowiedziała ich głośno. Mieszkanie w domu wuja nie było ani wygodne, ani przyjemne. Spędzenie sześciu tygodni w roli gościa w niewątpliwie luksusowym domu lorda Adversane nie powinno być trudne, a do tego dzięki zarobionym pieniądzom nie musiałaby w pośpiechu szukać kolejnego zatrudnienia.
Zmusiła się, by oderwać wzrok od intrygujących szarych oczu Adversane'a i zwróciła się do pani Killinghurst:
- Czy może mnie pani zapewnić, że nie ma w tym niczego niegodnego?
- Absolutnie niczego, panno Halbrook. Propozycja jest niezwykła, ale zapewniam panią, że sprawdziłam wszystko dokładnie, zanim przyjęłam zlecenie lorda Adversane. W końcu muszę myśleć również o reputacji mojej agencji. - Pani Killinghurst postukała palcem w papiery na biurku. - Wszystko odbywa się zgodnie z prawem. Kontrakt jest już przygotowany, brakuje tylko pani podpisu.
Lucy zawahała się. Propozycja była bardzo kusząca, a pani Killinghurst nie miała dla niej alternatywy. W gazetach też nie było żadnej oferty. Jaki zatem miała wybór? Zaloty wuja stawały się coraz bardziej natarczywe i było tylko kwestią czasu, zanim zauważą to ciotka i matka. Lucy wiedziała, że byłyby wstrząśnięte.
- Dobrze - powiedziała. - Zgadzam się.
Ralph patrzył na nią w milczeniu, gdy podeszła do biurka, by podpisać umowę. Na krótką chwilę ogarnęły go wątpliwości. Może lepiej byłoby wynająć aktorkę? - zastanowił się. Ale wówczas szansa, że ktoś odkryje prawdę, byłaby znacznie większa, a sprawa była zbyt poważna, by ryzykować. Jego rodzina zapewne była w stanie sprawdzić pochodzenie rzekomej narzeczonej.
Nie, pani Killinghurst spisała się bardzo dobrze. Panna Lucy Halbrook miała wszystkie pożądane cechy, odebrała nieskazitelne wychowanie i jego rodzina do niczego nie będzie się mogła przyczepić. Co prawda, była nieco za niska, a jej włosy nie miały złocistego koloru, lecz miodowobrązowy. Miała również bardziej krnąbrny charakter, niż oczekiwał, ale podobał mu się błysk w jej oczach, gdy się z nią drażnił. Pomyślał, że będzie musiał na to uważać. Wpojono mu, że dżentelmen nie powinien flirtować z damą, która znajduje się pod jego opieką. Z drugiej strony rola powinna być odegrana przekonująco i jego wybranka musiała być w miarę atrakcyjna, a zdawało się, że pod tą ponurą suknią panny Halbrook skrywa się piękna figura. Zatrzymał wzrok na zaokrągleniu jej bioder, gdy pochyliła się nad biurkiem, by podpisać kontrakt. Tak, pomyślał, ale szybko przywołał się do porządku. Nie zatrudniał tej dziewczyny do romansów. Powód, dla którego chciał ją zabrać do Adversane, był znacznie poważniejszy. Śmiertelnie poważny.