Rozdział I. Brama więzienna
Rozdział I
Brama więzienna
Przed drewnianym budynkiem zebrał się tłum mężczyzn i kobiet. Mężczyźni
nosili ciemne ubrania i wysokie szare kapelusze, większość zaś kobiet -
kaptury. Brama budynku zrobiona była z grubego dębu i okuta żelazem.
Pomimo dążenia do różnych utopii założyciele nowych kolonii niezmiennie
trzymali się jednej zasady: przede wszystkim wydzielali jedną cząstkę
dziewiczej gleby na cmentarz, drugą zaś - na więzienie. Możemy więc
przyjąć za pewnik, że zgodnie z tą zasadą i antenaci bostońscy postawili
pierwsze więzienie gdzieś w sąsiedztwie Cornhill mniej więcej w tym
samym czasie, kiedy wyznaczyli pierwszy cmentarz na działce nieboszczyka
Izaaka Johnstona. Grobowiec tego ostatniego stał się w ten sposób
zawiązkiem starego cmentarza King's Chapel. Pewnym jest też, że już w jakieś piętnaście lub dwadzieścia lat po założeniu kolonii, drewniane
więzienie nosiło ślady zniszczenia i starości. Zardzewiałe żelastwo na
dębowej bramie uderzało swą staroświeckością w tym osiedlu Nowego
Świata. Widocznie więzienie, jak i wszystko co ma jakąkolwiek styczność
ze zbrodnią, nie zna młodości
Przed tym ponurym budynkiem znajdował się trawnik zarosły łopianem i innym zielskiem. Czuło ono widocznie pociąg do gruntu, na którym wyrósł
ponury kwiat cywilizacji - więzienie.
Ale po jednej stronie bramy, prawie na samym progu rósł krzak dzikiej
róży, pokryty owego czerwca delikatnymi pąkami. Zdawało się, że pąki
ofiarowują swą woń i subtelne piękno więźniom, wprowadzanym do ciemnicy,
oraz skazańcom, udającym się na miejsce stracenia - jako dowód, że
litościwa Przyroda współczuje im i darzy przyjaźnią
Dziwnym zrządzeniem losu krzak dzikiej róży przeszedł do historii. Czy
był tylko pozostałością dawnej pierwotnej dzikości po wycięciu
olbrzymich sosen i dębów, które udzielały mu cienia - czy też, jak można
sądzić na podstawie poważnych danych, wytrysnął z pod stóp świętobliwej
Anny Hutchinson, gdy wchodziła do więzienia - nie podejmujemy się
ustalić. Skoro jednakże znajdujemy go tak bezpośrednio u progu naszego
opowiadania, nie pozostaje nic innego, jak zerwać jeden z jego pączków i ofiarować czytelnikowi. Miejmy nadzieję, że będzie służył jako symbol
wonnego pąka duchowego, który znajdziemy po drodze, lub też złagodzi
ponurą treść opowiadania o ludzkich ułomnościach i cierpieniach.
Rozdział II. Rynek
Rozdział II
Rynek
Otóż owego letniego poranka niemniej niż dwieście lat temu na trawniku
przed więzieniem na Prison-lave stała dość liczna grupa mieszkańców
Bostonu. Wszyscy utkwili wzrok w dębową bramę, okutą żelazem. W innym
środowisku lub też w późniejszym okresie Nowej Anglii ponura
bezwzględność, jaka malowała się na twarzach tych zacnych ludzi,
nasuwałaby przypuszczenie, że przygotowuje się coś strasznego. Można by
mniemać, że odbędzie się stracenie notorycznego złoczyńcy i że wyrok
sądowy potwierdził tylko uczucia, żywione dla niego przez ogół ludności.
Lecz w owym wczesnym okresie purytańskiej surowości nie można było
wyciągać tak stanowczego wniosku. Może opieszały sługa lub nieposłuszne
dziecko, przekazane przez rodziców władzom cywilnym, mieli być stawieni
pod pręgierz w celu poprawy. Może jakiś antynomiusz, kwakier lub inny
fanatyczny sekciarz miał być wydalony poza granice miasta, lub też
włóczęga Indianin, który napił się "ognistej wody" białych i wyprawiał
awantury na ulicach, miał być wypędzony biczami z powrotem w głąb lasów.
Może też czarownica w rodzaju mistress Hibbins, złośliwej wdowy po
sędzim, miała umrzeć na szubienicy.
W każdym razie nastrój większości widzów był niezmiernie uroczysty, jak
przystało ludowi, dla którego religia i prawo były prawie identyczne.
Obydwa te pierwiastki były tak nierozerwalnie złączone ze sobą, że
wszelka kara publiczna, najłagodniejsza czy najsurowsza, wzbudzały
zarazem cześć i grozę. Dlatego też skazaniec, stojący na szafocie, nie
mógł liczyć na współczucie publiczności. Z drugiej jednak strony karę,
obecnie uważaną za poniżającą i hańbiącą, wtedy wymierzano z taką samą
surową godnością, jak i karę śmierci.
Owego letniego poranka, kiedy rozpoczyna się wątek naszego opowiadania,
kobiety, których dość dużo znajdowało się wśród tłumu, szczególnie
interesowały się rodzajem kary, jaki ma być wymierzony tym razem.
Ówczesny wiek nie był jeszcze tak wysubtelniony jak nasz, i poczucie
taktu nie powstrzymywało przedstawicielek płci pięknej od zbierania się
na publicznych drogach i wciskania swych korpulentnych postaci w tłum,
asystujący przy egzekucjach. Dziewczęta te i kobiety, urodzone w Starej
Anglii i tamże wychowane, były fizycznie i moralnie bardziej surowe niż
ich piękne następczynie, przedzielone szeregiem sześciu lub siedmiu
pokoleń. Poprzez łańcuch następujących po sobie generacji każda matka
przekazywała swej córce bledszy rumieniec na twarzy, delikatniejszą
urodę i słabszą budowę, a może też i mniej solidny charakter. Kobiety,
zgromadzone przed bramą więzienną, oddzielone były mniej niż pół wiekiem
od okresu, w którym Elżbieta, królowa o męskim charakterze, była
odpowiednią przedstawicielką tej płci. Kobiety te były jej rodaczkami.
Dlatego też jasne słonko poranne oświecało szerokie barki i dobrze
rozwinięte biusty oraz okrągłe i rumiane policzki, które nie zdążyły
jeszcze zblednąć i wyszczupleć na gruncie Nowej Anglii. Ponadto mowa
tych matron, pewna siebie i wyrazista, zdziwiłaby nas obecnie zarówno
treścią jak i tonem.
- Gosposie - rzekła pewna pięćdziesięcioletnia niewiasta o ostrych
rysach twarzy - powiem, co myślę. Dla ogółu byłoby lepiej, gdybyśmy,
kobiety w dojrzałym wieku, gorliwe sługi kościoła, cieszące się dobrą
opinią, wzięły w ręce taką zbrodniarkę, jak ta Hester Prynne. Co
myślicie o tym, kumoszki? Gdyby ta nierządnica stanęła na sąd przed nami
pięcioma, jak tu jesteśmy w kupie, czy wyszłaby z takim wyrokiem, jaki
wydali czcigodni sędziowie? Nie myślę!
- Mówią - powiedziała inna - że wielebny mistrz Dimmesdale, jej
bogobojny pasterz, bardzo bierze do serca, że taki skandal zdarzył się w jego kongregacji!
- Sędziowie to bogobojni ludzie, ale zbyt już litościwi, to prawda! -
dodała trzecia leciwa matrona. - Co najmniej powinni byli napiętnować
czoło Hester Prynne gorącem żelazem. Pani Prynne skakałaby przy tym,
gwarantuję! Ale ona, ta ladacznica, niewiele będzie sobie robiła z tego,
co umieszczą na jej staniku. Oho, słuchajcie, ona zakryje to sobie
broszką lub inną pogańską ozdobą i dalej będzie sobie chodziła po
ulicach miasta tak śmiało, jak dotychczas!
- Ależ - wtrąciła łagodniej młoda kobieta, prowadząca dziecko za rękę -
niech sobie zakrywa znak, jak jej się podoba, udręka z tego powodu nigdy
nie zniknie z jej serca.
- Co będziemy rozprawiały o znakach i piętnach na jej staniku lub na
czole? - zawołała inna jeszcze kobieta, najbrzydsza i najokrutniejsza z pośród tego samozwańczego sądu. - Ta kobieta okryła hańbą nas wszystkie
i powinna umrzeć. Czyż prawo tak nie nakazuje? Tak przecież stoi w piśmie i w ustawach. Sędziowie, którzy z tego nie skorzystali, powinni
pomyśleć o tym, że ich własne żony i córki mogą zbłądzić!
- Niech Bóg zlituje się nad nami! - zawołał pewien mężczyzna z tłumu. -
Czyż cnota kobiet płynie tylko ze strachu przed szubienicą? Ale cyt,
kumoszki! Bo przekręcają klucz w bramie, i zaraz wyjdzie sama pani
Prynne.
Brama więzienna gwałtownie otwarła się od wewnątrz. Najpierw niby czarny
cień wynurzyła się na światło słoneczne ponura i szkaradna postać
woźnego sądu z mieczem u boku i urzędową laską w ręce. Wyciągnąwszy
naprzód rękę z laską, drugą ciągnął za ramię młodą kobietę. Lecz na
progu bramy kobieta odepchnęła go ruchem, pełnym naturalnej godności, i z własnej woli wyszła na ulicę. Na ręku niosła dziecko, niemowlę, mające
około trzech miesięcy, które mrużyło oczy i odwracało twarzyczkę od
rażącego je światła dziennego. Dotychczas życie zapoznało je tylko z szarym półmrokiem ciemnicy i innych ponurych pomieszczeń więzienia.
Gdy młoda kobieta - matka tego dziecka - stanęła przed zgromadzonym
tłumem, jej pierwszym odruchem było mocno przycisnąć dziecko do piersi.
Nie był to odruch macierzyńskiego uczucia, lecz chęć ukrycia w ten
sposób pewnego znaku, przymocowanego do ubrania. Po chwili jednak
zrozumiała, że nie można jednym dowodem hańby zasłonić drugiego. Wzięła
więc niemowlę na rękę i mocno zarumieniona, z dumnym uśmiechem obrzuciła
spojrzeniem zgromadzonych mieszkańców kolonii i przybyszów z sąsiednich
osiedli. Na przodzie jej stanika widniała litera A, zrobiona z cienkiego
czerwonego sukna i otoczona wykwintnym haftem i fantastycznymi floresami
ze złotych nici. Była wykonana z wielką fantazją i tak artystycznie, że
zdobiła młodą kobietę. Świetność roboty odpowiadała gustowi owych
czasów, ale znacznie przekraczała granice zbytku, na jakie pozwalały
przepisy kolonii.
Młoda kobieta była wysmukła i wytworna. Miała bujne czarne włosy, tak
lśniące, że w blasku ich odbijały się promienie słoneczne. Twarz jej
była nie tylko piękna dzięki regularnym rysom i wspaniałej cerze, ale
posiadała wyrazistość, którą nadawały jej gęste brwi i głębokie czarne
oczy. Młoda kobieta miała dużo dystynkcji, według ówczesnych pojęć.
Dystynkcja ta polegała raczej na pewnej okazałości i godności niż na
subtelnej i nieuchwytnej gracji którą teraz uważamy za jej wykładnik. I nigdy Hester Prynne nie wyglądała wytworniej niż wtedy, gdy wyszła z więzienia.
Ci, którzy znali ją przedtem i przypuszczali, że pasmo nieszczęść ją
złamie, byli zdziwieni, a nawet zatrwożeni pięknem, które od niej biło.
Zdawało się, że pomimo nieszczęścia i hańby, w jakiej była pogrążona,
otaczała ją aureola wyższości. Lecz cała uwaga tłumu skierowana była na
jedno miejsce jej stanika: fantazyjnie wyhaftowaną literę A. Mężczyźni i kobiety, którzy doskonale znali Hester Prynne, doznawali wrażenia, jak
gdyby ujrzeli ją po raz pierwszy. Litera jakby w czarodziejski sposób
stawiała ją poza nawias społeczeństwa i zamykała w odrębnej sferze.
- Potrafi zręcznie pracować igłą, to prawda - zauważyła jedna z przypatrujących się kobiet. - Ale czy kiedykolwiek jakaś kobieta
obierała taką drogę do popisywania się swoją zręcznością? Kumoszki,
przecież ta bezczelna ladacznica wysiliła się tylko po to, aby kpić
sobie z dobrotliwych sędziów i chełpić się swoją karą!
- Należałoby - mruknęła stara dama o najbardziej zaciętej twarzy -
ściągnąć tę ozdobną suknię z jej delikatnych ramion. Co zaś do czerwonej
litery, tak wspaniale wyhaftowanej, ofiaruję kawał flaneli, której
używam do leczenia reumatyzmu, aby uszyć inną, odpowiedniejszą!
- Ciszej, sąsiadki, ciszej! - szepnęła najmłodsza towarzyszka - niechaj
nie usłyszy tego, co mówicie. Nie ma w tej haftowanej literze jednego
ściegu, który by nie przeszył na wskroś jej serca.
Wtem woźny dał znak laską.
- Z drogi, zacni ludzie, z drogi, w imię króla! - zawołał. - Zróbcie
przejście! Zapewniam was, że umieszczę panią Prynne tak, aby każdy
mężczyzna, każda kobieta, nawet dziecko mogli wygodnie oglądać jej
piękny strój od teraz aż do pierwszej po południu. Niechaj będzie
błogosławiona sprawiedliwa kolonia Massachusetts, w której niegodziwość
wyciąga się na światło dzienne! Chodź za mną, madame Hester, i wystaw
swą szkarłatną literę na rynku!
Tłum natychmiast utworzył przejście. Poprzedzona przez woźnego, Hester
Prynne szła na miejsce kary. Towarzyszyła jej bezładna procesja mężczyzn
o zachmurzonych czołach, oraz kobiet, rzucających nieprzyjazne
spojrzenia. Gromada ciekawych uczniaków, nierozumiejących z całej
historii nic ponad to, że zwolniono ich na pół dnia ze szkoły, biegła
przed nią. Chłopcy obracali nieustannie głowy, aby zaglądać jej w twarz,
przypatrywać się niemowlęciu, które niosła na ręku, i hańbiącej literze
na piersiach.
W owych czasach rynek znajdował się niedaleko bramy więziennej. Dla
młodej kobiety jednak była to długa droga. Chociaż trzymała się
wyniośle, każdy krok tłumu, cisnącego się wokół niej, przyprawiał ją o śmiertelne męki. Zdawało jej się, że serce jej rzucono na ulicę na
opluwanie i podeptanie przez tłum, posuwający się wraz z nią. Jednakże
natura w swym miłosierdziu tak cudownie urządziła człowieka, że nigdy
nie odczuwamy całej męki tortur podczas ich trwania. Największy ból
występuje dopiero później. Dlatego też Hester Prynne przebyła prawie
pogodnie tę część swej próby i doszła do szafotu, znajdującego się na
zachodnim krańcu rynku. Stał prawie pod dachem najdawniejszego kościoła
bostońskiego i wydawał się jak gdyby jego częścią.
Szafot ten stanowił część przyrządu, mającego obecnie, od dwóch lub
trzech pokoleń, znaczenie wyłącznie historyczne. Przodkowie nasi jednak
uważali ten przyrząd za wysoce skuteczny czynnik kształcenia dobrych
obywateli, podobnie jak terroryści francuscy - gilotynę. Krótko mówiąc,
był to pręgierz. Ponad szafotem unosiła się żelazna obręcz, urządzona w ten sposób, aby mocno chwytać głowę ludzką i trzymać ją przed oczyma
publiczności. To połączenie drzewa i żelaza tworzyło idealne hańbiące
narzędzie kary. Zdaje mi się, że nie może być większego gwałtu, zadanego
naturze ludzkiej, jak uniemożliwienie przestępcy ukrycia twarzy ze
wstydu. Zresztą wyrok w sprawie Hester Prynne jak i w wielu innych
głosił, że powinna stać przez pewien czas na szafocie, nie podlegając
uwięzieniu głowy i szyi.
Młoda kobieta weszła po drewnianych schodkach i stanęła na szafocie
ponad tłumem. Gdyby wśród obecnych purytanów znalazł się papista, piękna
kobieta w malowniczym stroju i w wzruszającej postawie, z niemowlęciem
na ręku, przypomniałaby mu Matkę Boską, o odtworzenie której kusiło się
tak wielu słynnych malarzy. Przypomniałby mu, oczywiście przez kontrast,
święty obraz Niepokalanej Matki, której Dzieciątko zbawiło świat. Tutaj
zaś piętno największego grzechu zasłoniło świat pięknej kobiecie i zgubiło jej dziecko.
Scena ta nie była pozbawiona grozy, jaka wzbudza widok hańbiącej kary w niezepsutych społeczeństwach. Świadkowie poniżenia Hester Prynne
zachowali jeszcze prostotę uczuć. Byli dostatecznie surowi, aby nie
wzruszać się okropnością kary śmierci, nie utracili jednak jeszcze na
tyle wrażliwości serca, aby wystawienie grzesznicy na widok publiczny
pobudzało ich do drwin. Zresztą, gdyby się nawet zrodziła chęć nadania
temu widowisku charakteru komicznego, poskromiłaby ją obecność
dostojników: gubernatora, jego doradców przybocznych, sędziego, generała
oraz kilku pastorów. Wszyscy stali lub siedzieli na balkonie domu
ludowego i spoglądali na dół na szafot. Skoro tak dostojne osoby mogły
przyjmować udział w widowisku, nie narażając godności swych stanowisk
ani urzędów, pewne było, że wyrok zostanie wykonany w sposób poważny i rzeczowy. Dla tych wszystkich powodów nastrój tłumu był milczący i uroczysty. Nieszczęsna winowajczyni trzymała się z całą możliwą dla
kobiety godnością pod ciężarem tysiąca wytężonych spojrzeń, skierowanych
na nią i skupionych na jej piersi. Był to ciężar nie do zniesienia.
Popędliwa i zapalczywa z natury, była przygotowana do publicznego
zniesienia obelg i zniewag, gdyż najsurowszy widok wydała już na siebie
sama. Gdyby tłum wybuchnął śmiechem, w którym przyjęliby udział
mężczyźni, kobiety i nawet dzieci swymi piskliwymi głosikami - Hester
Prynne odpowiedziałaby wyniosłym i pogardliwym uśmiechem. Lecz teraz,
pod wpływem uroczystego milczenia, jakie zapanowało w zgromadzeniu,
odczuwała chwilami żywiołową potrzebę wyładowania swego bólu w głośnym
krzyku i rzuceniu się na ziemię z szafotu. Obawiała się, że w przeciwnym
razie oszaleje.
Jednakże następowały chwile, gdy cała ta scena, której Hester Prynne
była bohaterką, zdawała się znikać sprzed jej oczu lub co najmniej
przesuwała się jak szereg niejasnych i upiornych majaczeń. Umysł jej, a w szczególności pamięć, pracowały z nadprzyrodzoną siłą i odtwarzały
inne obrazy niż nędzna uliczka osiedla na granicy dzikiego Zachodu; inni
ludzie zdawali się spoglądać na nią spod rond wysokich kapeluszy.
Najdrobniejsze i najsubtelniejsze reminiscencje, wypadki lat
dziecięcych, szkolnych, zabawy, kłótnie dziecięce, lata dziewicze w domu
- nawiedzały ją i przeplatały się ze wspomnieniami późniejszych lat.
Wszystkie obrazy przemawiały do niej jednakowo żywo, jak gdyby były
jednakowo ważne w życiu, lub też tylko istniały w jej podnieconej
wyobraźni. Możliwe, że zagłębianie się w tych bezładnych obrazach było
instynktowną próbą umysłu szukania ucieczki przed okrutną
rzeczywistością.
Z wysokości szafotu przed Hester Prynne przewinęło się całe jej życie,
poczynając od szczęśliwych lat dziecięcych. Stojąc na wzniesieniu,
ujrzała znowu rodzinną wioskę w Starej Anglii i dom ojca, zniszczony dom
z szarego kamienia, bijący w oczy swą nędzą, lecz z wytartą tarczą nad
bramą na dowód rodowego szlachectwa. Ujrzała twarz ojca z poważną siwą
brodą, spływającą na kryzę z czasów Elżbiety; twarz matki z wyrazem
gorącej miłości. Twarz tę miała zawsze w pamięci. Niekiedy już po
śmierci matki oblicze jej ukazywało się jako łagodna przestroga na
drodze życiowej Hester. Ujrzała własną twarz, tak jaśniejącą dziewiczą
pięknością, że rzucała blask na zakurzone zwierciadło, w którym Hester
zwykła się przeglądać. Potem ujrzała inną jeszcze postać - starszego
mężczyznę; blade, chude oblicze uczonego, z oczyma, zamglonymi i łzawiącymi od światła lampy, przy którym wertował grube księgi. Jednakże
te zamglone oczy nabierały dziwnej przenikliwości, gdy uczony zapragnął
czytać w duszach ludzkich. We wspomnieniach jej wyobraźni postać
uczonego i zarazem mnicha była z lekka zniekształcona: lewe ramię miał
nieco wyższe od prawego. Następnie przesunęły się przed nią - w szeregu
dalszych wspomnień - wąskie i kręte uliczki pewnej stolicy na
kontynencie, wysokie, szare domy, potężne kościoły i stare, osobliwej
architektury gmachy publiczne. Tam czekało Hester nowe życie - nowe, ale
na kruchych oparte podstawach i podobne do kępki zielonego mchu na
walącym się murze.
W końcu obrazy, przesuwające się przed jej oczyma, ustąpiły, i na ich
miejsce powrócił nędzny rynek osiedla purytańskiego z całą zgromadzoną
na nim ludnością, surowo wpatrującą się w Hester Prynne - tak jest, w nią, stojącą na szafocie pręgierza z niemowlęciem na ręku, ze szkarłatną
literą A, fantazyjnie wyhaftowaną złotymi nićmi na piersiach!
Czy to była naprawdę rzeczywistość? Przycisnęła dziecko do piersi tak
mocno, że krzyknęło; spuściła wzrok na szkarłatną literę, nawet dotknęła
jej palcami, aby przekonać się, że zarówno niemowlę jak i hańba były
rzeczywistością. Tak - to była jej rzeczywistość - wszystko inne
zniknęło!
Rozdział III. Poznanie
Rozdział III
Poznanie
Po pewnym czasie młoda kobieta, stojąc wciąż na szafocie, zauważyła
wśród tłumu postać, która całkowicie przykuła jej uwagę. Dzięki temu
zapomniała na chwilę o tym, że sama jest przedmiotem wytężonej
obserwacji wielu par oczu. W tylnych rzędach tłumu stał Indianin, a obok
niego, widocznie dotrzymując mu towarzystwa, biały w dziwacznym ubraniu,
będącym mieszaniną różnych strojów.
Był niskiego wzrostu, o pomarszczonej twarzy, która nie pozwalała
określić jego wieku. Rysy jego zdradzały człowieka, w którym umysł
dominuje nad stroną fizyczną. Chociaż pozorną niedbałością stroju starał
się osłonić pewne zniekształcenie ciała, Hester Prynne zauważyła, że ma
jedno ramię wyższe od drugiego.
Na widok tej chudej twarzy i zniekształconej postaci Hester Prynne
ponownie przycisnęła dziecko do piersi - tak mocno, że krzyknęło. Ale
matka zdawała się tego nie słyszeć.
Nieznajomy skierował wzrok na Hester Prynne zaraz po swym przyjściu na
rynek, jeszcze zanim młoda kobieta go zauważyła. Z początku patrzył bez
zainteresowania jak człowiek, przyzwyczajony do zagłębiania się we
własną duszę, którego świat zewnętrzny obchodzi tylko wtedy, gdy jest
bezpośrednio związany z jego myślami. Po chwili jednak spojrzenie jego
stało się ostre i przejmujące. Zgroza jak wijący się wąż prześlizgnęła
się po twarzy. Odbiło się na niej potężne wzruszenie, opanował je jednak
natychmiast wysiłkiem woli. Po chwili twarz nieznajomego przestała drgać
i pozornie przybrała dawny, obojętny wyraz. Gdy zauważył, że Hester
Prynne patrzy w jego stronę i zdaje się go poznawać, spokojnie i powoli
podniósł palec w górę, zakreślił nim znak w powietrzu i przyłożył go do
ust.
Następnie, dotknąwszy ramienia mieszkańca kolonii, stojącego najbliżej,
zwrócił się do niego z uprzejmym zapytaniem:
- Proszę pana, kim jest ta kobieta? I dlaczego wystawiono ją na
publiczną hańbę?
- Przyjacielu, musisz być obcy w tej okolicy - odpowiedział mężczyzna, z zaciekawieniem spoglądając na pytającego i jego czerwonoskórego
towarzysza - inaczej na pewno byś słyszał o pani Hester Prynne i jej
niegodnych czynach. Wywołała wielki skandal w kongregacji bogobojnego
pastora Dimmesdala.
- Zgadł pan - odpowiedział nieznajomy. - Jestem obcy i długo wędrowałem,
niestety wbrew własnej woli. Zaznałem przykrych przygód na lądzie i morzu i długo byłem w niewoli u pogan, mieszkających na południu. Teraz
przyprowadził mnie tutaj ten oto Indianin, u którego wykupiłem się z niewoli. Zechciej więc opowiedzieć mi historię Hester Prynne - czy
dobrze wymawiam nazwisko? - jakie popełniła przestępstwa, co
doprowadziło ją do pręgierza?
- Rzeczywiście, przyjacielu, powinieneś się cieszyć - powiedział osadnik
- żeś po tylu przygodach i pobycie w niewoli znalazł się nareszcie w kraju, gdzie występki sądzi się i piętnuje w obecności władz i ludu. Tak
właśnie jest w naszej bogobojnej Nowej Anglii. Ta kobieta, musi pan
wiedzieć, była żoną pewnego uczonego, Anglika z pochodzenia, który
jednak długo mieszkał w Amsterdamie. Dość dawno temu postanowił
przeprawić się przez ocean, by podzielić los z nami tutaj w Massachusetts. W tym celu wysłał najpierw żonę, a sam pozostał, żeby
dopilnować kilku ważnych spraw. Otóż, przyjacielu, podczas dwóch lat,
przez które ta kobieta mieszkała w Bostonie, nie było od tego uczonego,
pana Prynne'a, żadnych wiadomości i, uważasz, ta młoda żona, nie mając
żadnej opieki...
- Aha - aha - rozumiem - rzekł przybysz z gorzkim uśmiechem. - Człowiek
tak uczony, jak pan mówi, powinien był i tego nauczyć się z książek. A któż, proszę pana, jest ojcem niemowlęcia, które pani Prynne trzyma na
ręku, mającego, jak sądzę, od trzech do czterech miesięcy?
- Prawdę powiedziawszy, ta sprawa pozostaje zagadką. Oczekujemy wciąż
nowego Daniela, który by ją rozwiązał - odpowiedział mężczyzna. - Pani
Hester absolutnie odmawia wyjaśnień, i sędziowie na próżno łamią sobie
głowę. Może winowajca stoi tutaj i przygląda się temu smutnemu
widowisku, niepoznany przez ludzi i zapominając, że jednak Bóg go widzi.
- Uczony - zauważył obcy z ponownym uśmiechem - powinien sam się zjawić,
aby wyświetlić tajemnicę.
- Przydałoby się to, o ile jeszcze żyje - odpowiedział miejscowy. -
Otóż, proszę pana, nasi sędziowie z Massachusetts, uwzględniając, że
kobieta jest młoda i piękna, i pokusa niewątpliwie była silna - i że
poza tym mąż jej najprawdopodobniej leży gdzieś na dnie morza - nie
zastosowali do niej całej surowości prawa. Przewiduje ono w tym wypadku
karę śmierci. Mając litościwe serca, sędziowie skazali ją tylko na
stanie na tym szafocie przez trzy godziny i na noszenie - teraz i potem,
aż do końca życia ziemskiego - znaku hańby na piersiach.
- Mądry wyrok! - zauważył obcy, poważnie kiwając głową. - W ten sposób
będzie ona żywym przykazaniem przeciwko grzechowi tak długo, aż hańbiącą
literę wyryją jej na nagrobku. Gniewa mnie jednak, że wspólnik tego
występku nie stoi na szafocie wraz z nią. Ale on będzie znany! Będzie
znany! Będzie znany!
Skłonił się uprzejmie rozmówcy i szepnął coś towarzyszącemu mu
Indianinowi, po czym obaj zaczęli torować sobie drogę wśród tłumu.
W innych okolicznościach spotkanie to wydałoby się Hester Prynne jeszcze
okropniejsze. Teraz zaś, stojąc na szafocie pod jasnymi promieniami
słońca, przyświecającego jej hańbie, z czerwonym znakiem na piersiach, z dzieckiem, owocem grzechu, na ręce - była jakby pod opieką tłumu,
bacznie śledzącego każde jej poruszenie. Obecność tysiąca świadków była
dla niej poniekąd ochroną. Wolała też stać tak dalej na szafocie,
otoczona widzami, niż znaleźć się z nim sam na sam i być zmuszona do
patrzenia mu z bliska w oczy. Ze zgrozą myślała o chwili, gdy po odbytej
karze bezbronna stanie przed nim.
Pogrążona w tych myślach, nie słyszała uroczystego głosu, który rozległ
się ponad nią i kilkakrotnie wymówił jej imię.
- Posłuchaj mnie, Hester Prynne - powiedział głos.
Wspominaliśmy już o tym, że ponad szafotem, na którym stała Hester
Prynne, znajdował się rodzaj balkonu lub otwartej galerii, należącej do
domu ludowego. Z tego miejsca władze wygłaszały przemówienia do ludu z całą uroczystością, właściwą publicznym zgromadzeniom owych czasów.
Tutaj też siedział teraz gubernator Bellingham, otoczony honorową
strażą, złożoną z czterech sierżantów z halabardami. Czarne pióro
powiewało na jego kapeluszu; płaszcz był obszyty koronkami, a spod niego
wystawała czarna welwetowa tunika.
Był to człowiek starszy. Głębokie zmarszczki na twarzy świadczyły o wielkim doświadczeniu życiowym. Osoby otaczające dostojnika, zachowywały
nader uroczystą postawę. W owym czasie wierzono, że wszelka władza
pochodzi od Boga. Byli to wszystko niewątpliwie ludzie zacni,
sprawiedliwi i mądrzy. Ale spośród całej ludzkości trudno by było dobrać
komplet, mniej nadający się do sądzenia zbłąkanego kobiecego serca i rozplątywania jego zawiłości niż ci uczeni o surowym wyglądzie, ku
którym Hester Prynne zwróciła teraz twarz.
Rozdział IV. Rozmowa
Rozdział IV
Rozmowa
Po powrocie do więzienia Hester Prynne wpadła w stan tak silnego
podniecenia nerwowego, że trzeba było jej pilnować, by nie popełniła
samobójstwa lub też w przystępie szału nie wyrządziła krzywdy
niemowlęciu. Na próżno dozorca więzienny, pan Brachet próbował poskromić
ją napomnieniami i groźbami. Wreszcie wieczorem postanowił przywołać
lekarza. Wychwalał go jako człowieka, posiadającego nie tylko wiedzę
medyczną świata chrześcijańskiego, ale obeznanego również ze sztuką
pogan leczenia ziołami i korzeniami leśnymi. Pomoc lekarska rzeczywiście
była konieczna, nie tylko dla Hester, ale jeszcze bardziej dla dziecka.
Zdawało się, że wyssało z piersi matki wraz z mlekiem całą jej udrękę i rozpacz. Teraz konwulsyjnie wiło się z bólu i ujawniało całą mękę, jaką
Hester Prynne przeżyła w ciągu dnia
Do mrocznej izby więziennej wraz z dozorcą wszedł ów osobnik w dziwacznym stroju, który niedawno zwrócił na siebie uwagę Hester Prynne.
Umieszczono go chwilowo w więzieniu - nie dlatego by popełnił jakąś
zbrodnię, lecz ponieważ był to najdogodniejszy sposób komunikowania się
z nim aż do czasu, gdy władze załatwią z Indianinem sprawę okupu. Podał
się za Rogera Chilingswortha. Po wprowadzeniu gościa dozorca pozostał
jeszcze przez chwilę w izbie, podziwiając względny spokój, jaki
niezwłocznie zapanował. Choć dziecię jęczało dalej Hester Prynne nagle
zamilkła.
- Proszę cię, przyjacielu, pozostaw mnie samego z pacjentką. Wierz mi,
zacny dozorco, wkrótce będziesz miał spokój w zakładzie. Przyrzekam ci
też, że pani Prynne okaże się posłuszniejsza, niż zapewne była
dotychczas.
- Jeżeli Wasza Wielmożność potrafi tego dokonać - odpowiedział pan
Brachet - będę uważał pana za prawdziwego mistrza. Rzeczywiście ta
kobieta była jakby opętana. Już nawet chciałem wypędzić z niej szatana
biczem.
Nieznajomy wszedł do izby ze spokojem, właściwym zawodowi, do którego
się przyznawał. Nie utracił spokoju i wtedy, gdy dozorca wyszedł,
pozostawiając go sam na sam z młodą kobietą. Uprzednie zainteresowanie
się jej nieznajomym zdawało się wskazywać na to, że łączą ich jakieś
więzy.
Przede wszystkim zajął się dzieckiem, które wciąż wiło się na tapczanie
i płakało. Zbadał je starannie, a potem wyciągnął skórzaną torbę, którą
nosił pod ubraniem. Zawierała widocznie zioła lecznicze, gdyż wyjął z niej coś i wrzucił do kubka z wodą.
- Dawne studia alchemiczne i przeszło roczny pobyt wśród ludzi,
doskonale zaznajmionych z cudownym działaniem ziół leczniczych, zrobiły
ze mnie lekarza lepszego od tych, co chlubią się stopniem naukowym.
Słuchaj, kobieto! Dziecko jest twoje - ze mną nie ma nic wspólnego - ani
mój głos, ani twarz nie przemówią do niego. Podaj mu więc ten napój
własną ręką!
Hester odepchnęła podane lekarstwo, patrząc mu w oczy z nieukrywanym
podejrzeniem.
- Czy chcesz się zemścić na niewinnym dziecku? - wyszeptała.
- Głupia kobieto! - odrzekł lekarz, a głos jego brzmiał nieco łagodniej.
- Cóż za cel miałbym krzywdzić biedne nieprawe dziecię? Lekarstwo ma moc
uzdrawiającą, i gdyby to było moje własne dziecko, nie mógłbym dać
lepszego.
Ponieważ jednak młoda kobieta wciąż jeszcze wahała się, nie będąc w stanie skupić myśli, wziął dziecię na rękę i własnoręcznie wlał mu napój
do ust.
Zgodnie z zapewnieniem lekarza napój wkrótce wywarł zbawienny skutek.
Dziecko przestało krzyczeć; konwulsyjne podrygi stopniowo znikły, i jak
to bywa z małymi dziećmi po ustąpieniu silnego bólu natychmiast wpadło w głęboki i orzeźwiający sen. Lekarz, który obecnie już w zupełności
zasłużył na ten tytuł, następnie zajął się matką. Ze spokojem i wytężoną
uwagą zbadał jej puls, zajrzał w oczy - spojrzenie jego, tak znane, a zarazem tak obojętne i obce, przyprawiło ją o gwałtowne bicie serca - w końcu zadowolony z wyników badania zabrał się do przyrządzenia nowego
napoju.
- Poznałem wiele tajemnic podczas niewoli - zauważył - i oto jedna z nich: przepis, który odkrył mi pewien Indianin w zamian za mój, datujący
się z czasów Paracelsjusza. Wypij! Nie da ci to takiej ulgi, jak czyste
sumienie. Tego nie mogę ci ofiarować. Ale złagodzi twe cierpienia, jak
oliwa łagodzi fale wzburzonego morza.
Podał kubek Hester, która wzięła go powoli badawczo patrząc w twarz
lekarza. W spojrzeniu jej nie było przestrachu, tylko niepewność co do
zamiarów podającego. Obrzuciła również spojrzeniem śpiące dziecko.
- Myślałam o śmierci - powiedziała - pragnęłam jej - prosiłabym nawet o nią Boga, gdyby mi wolno było jeszcze o coś prosić. Ale jeżeli ten kubek
zawiera śmierć, proszę cię, pomyśl jeszcze raz, zanim każesz mi go
wypić. Patrz! Trzymam go przy ustach!
- Pij - odpowiedział z dawnym chłodem. - Czy znasz mnie tak mało, Hester
Prynne? Czy stawiałem sobie kiedyś drobne cele? Gdybym nawet chciał się
zemścić, co by mi bardziej odpowiadało jak utrzymać cię przy życiu, aby
ten znak hańby jak najdłużej świecił na twej piersi? Trucizna uwolniłaby
cię tylko od bólu i nędzy życia.
Mówiąc to, dotknął wskazującym palcem czerwonej litery, która zdawała
się przenikać pierś Hester jak rozpalone żelazo. Zauważył dreszcz, jaki
wstrząsnął młodą kobietą, i dodał z uśmiechem:
- Żyj więc i noś swój krzyż na oczach mężczyzn i kobiet - na oczach
tego, kogo niegdyś nazywałaś mężem - na oczach niewinnego dziecka! I abyś mogła żyć, wypij to lekarstwo!
Hester Prynne w milczeniu wychyliła kubek i na znak lekarza usiadła na
tapczanie, na którym spało dziecko. On zaś przysunął jedyny stołek, jaki
znajdował się w celi, i usiadł na nim. Hester Prynne zadrżała.
Zrozumiała bowiem, że spełniwszy to, co nakazywało mu poczucie
ludzkości, obowiązek zawodowy czy też wyrafinowane okrucieństwo, teraz
przemówi do niej jako mąż, któremu zadała bolesny i niepowetowany cios.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki