Była radioaktywna.
Moja piłka była radioaktywna.
Spalała się. Roztapiała, kurcząc się w sobie. Bił od niej smród wrzuconego w płomienie plastiku. Flaczała. Dusiła się. Umierała.
Przyniosłem do domu kawałek Czarnobyla.
Malutką bombę atomową ukrytą w środku mojej największej pasji: marzyłem bowiem o tym, żeby zostać piłkarzem - wiedział to każdy w mojej dzielnicy Kijowa. W wieku dziewięciu lat przyniosłem właśnie, zupełnie nieświadomie, niewidzialną bombę do 40-metrowego mieszkania, które zajmowaliśmy z rodzicami i moją starszą siostrą Jeleną.
Tata, Nikołaj, nie wyglądał na zmartwionego. Jeśli tak było, nie dał niczego po sobie poznać. Pracował w wojsku, gdzie uczono go, jak udawać i maskować własne emocje. W milczeniu obserwował ten zaimprowizowany mały pożar, mocno trzymając w dłoniach jakieś dziwne urządzenie, którego nigdy przedtem nie widziałem - służyło do pomiaru poziomu promieniowania, także w przedmiotach.
Mama, Lubow, też się nie odzywała. Zrobiła już, co do niej należało - w sposób instynktowny. Zachowała się tak, jak zachowują się matki, kiedy widzą, że ich dzieciom grozi niebezpieczeństwo. Wrzuciła piłkę do miski, a potem razem z tatą ją podpalili. Być może nie wybrała najlepszej metody, żeby zmazać cudze grzechy, ale z pewnością był to najszybszy sposób na pozbycie się śladów pozostawionych przez diabła. Był tylko jeden szkopuł, w tym momencie zlekceważony: kiedy temperatura rośnie, diabeł czuje się jak ryba w wodzie. A zwłaszcza demon tego typu.
Dwudziestego szóstego kwietnia 1986 roku doszło do wybuchu reaktora numer cztery w elektrowni atomowej w Czarnobylu. Wyglądało to tak, jakby eksplodował cały świat, ale niszczycielska skala tego zdarzenia miała ujawnić się dopiero później. Ja na przykład jeszcze niczego nie zauważyłem, także dlatego, że kilka dni potem niemal wszyscy mieszkańcy Kijowa stawili się na placu z okazji obchodów pierwszomajowych.
Nie miałem pojęcia o rozmiarach tego, o czym dziś opowiadam, więc ignorowałem to zdarzenie. Do wszystkiego podchodziłem tak, jakby niebezpieczeństwo w ogóle nie istniało. W dalszym ciągu bawiłem się na moim niewielkim, rzekłbym wręcz, że kameralnym terenie zbudowanym niespełna 150 kilometrów od tego nowego piekła; ogólnie rzecz biorąc, może się to wydawać znaczną odległością, ale w linii prostej staje się ona dla odpadów radioaktywnych autostradą bez żadnych przeszkód. Wiatr przywiewał substancje trujące, które ostatecznie osiadały wszędzie: na kanapie w salonie, gdzie spali rodzice, w pokoju, który dzieliłem z siostrą, w niewielkiej kuchni, na zewnątrz. A także na kotłowni znajdującej się naprzeciwko naszego bloku. Z tyłu ustawiono bramkę do piłki nożnej, a ja i moi koledzy spędzaliśmy tam całe godziny. Nigdy się nie męczyliśmy, nawet chodzeniem po piłkę, która lądowała na dachu po nieudanym strzale. Zadanie to często spadało na mnie, bo byłem najzwinniejszy z całej grupy. Żeby się dostać na górę, należało wdrapać się na drzewo, a potem wskoczyć na dach. Ryzyko było spore, ale zawsze mi się udawało.
Aż nadszedł tamten dzień. I muszę powiedzieć, że byłem szczęśliwy, ponieważ oprócz mojej piłki znalazłem tam też inne futbolówki. Wiele innych. Pozostałości po dawnych meczach, spuścizna po dzieciakach, które po utracie piłki nie miały odwagi, żeby spróbować wspinaczki między gałęziami. Nazwałbym to cmentarzyskiem piłek, gdybym niedługo potem nie zobaczył, jak jedna z nich - a dokładniej moja - płonie. Została pochowana w misce.
Kiedy wróciłem do domu, trzymając ją pod pachą, głaskałem ją niczym trofeum. Sporo się natrudziłem, żeby ją odzyskać. Zobaczyłem tatę, czekał na mnie.
- Andrij, daj mi piłkę.
- Czemu?
- Daj mi ją.
Nie zadawałem więcej pytań, zresztą tata też nie był zbyt skory do rozmowy. Na 12 lat został wysłany do Niemiec, później od jesieni 1975 roku do wiosny następnego roku przebywał w Ajagozie, mieście na terenie dzisiejszego Kazachstanu, w bazie, w której mieściło się kilka garnizonów wojskowych oraz oddziały rakietowe, w końcu zaś został wezwany do Kijowa. Sztuka milczenia była dla niego czymś oczywistym - wynikała z jego natury i z rozkazów płynących z góry. Także w takiej sytuacji wiedział, co trzeba robić. Prawdopodobnie był jednym z nielicznych ludzi, którzy czegoś się domyślali, podczas gdy władze opowiadały kłamstwa, mydliły nam oczy, ukrywały prawdę, zajmowały się szukaniem niemożliwych rozwiązań.
Zrobiłem to, o co mnie poproszono. W tym momencie tata użył detektora promieniowania, który zacząć wskazywać przerażające poziomy. Wskaźniki poruszały się jak oszalałe. To oznaczało, że albo się zepsuł, albo za chwilę wszyscy mieliśmy się rozpaść, przygnieceni, a następnie unicestwieni przez bezbarwne i bezbolesne chmury pełne tak maleńkich drobinek, że mogą zaatakować od środka, uderzając nawet w duszę. Moja rodzina postanowiła spalić piłkę na stosie.
Ale powtarzam: wtedy jeszcze o niczym nie wiedziałem. Chociaż z biegiem dni wokół coś się zmieniało. Pamiętam, że nie pozwalano nam już chodzić po ulicach, że bez przerwy czyszczono chodniki, a nawet elewacje budynków. Pewnego dnia rodzice i siostra wsadzili mnie do samochodu i zawieźli do dziadków do Dwirkiwszczyny w rejonie jagodzińskim w obwodzie kijowskim.
Dopiero pod koniec maja, a więc miesiąc po katastrofie, Moskwa przekazała, co należy zrobić: "Ewakuujcie dzieci". Rodzice zostali powiadomieni przez władze z odpowiednim wyprzedzeniem; poinformowano ich o tym, dokąd miały zostać przeniesione ich pociechy. Do jakiej miejscowości. Pod jaki adres. Bez paniki, w ramach normalności zbudowanej przy biurku tego, kto rządził.
Szkoły zostały zamknięte. Do Kijowa zjeżdżały autobusy z całego Związku Radzieckiego, ładowano do nich dzieci i nastolatków od szóstego do piętnastego roku życia i zabierano. Autobus, do którego wsiadłem, odwiózł mnie na dworzec kolejowy, skąd rozpoczęła się dziesięciogodzinna podróż aż nad Morze Azowskie, północną część Morza Czarnego, 1500 kilometrów od domu. Traktowałem to jako przygodę. Jako wycieczkę.
Miejscem docelowym było coś w rodzaju letniego obozu, umieszczono nas w małych domach. W każdym pokoju spało po siedem osób. Znajdowaliśmy się bardzo daleko od rodzinnych domów, nadal nie znaliśmy prawdy o sytuacji w Czarnobylu, mogliśmy jedynie liczyć na to, że będziemy mieli szczęście, bo promieniowanie nie porusza się ustaloną trasą od punktu A do punktu B. Nie wiesz, gdzie spadnie deszcz, a zatem gdzie przemieszczą się cząstki radioaktywne. Nie znasz kierunku, w którym wieje wiatr. Możesz tylko trzymać kciuki.
Pamiętam ogrom tego miejsca, jego przesadną wielkość. Może nie wybrano go tak całkiem przypadkowo: bez widocznego horyzontu znacznie trudniej jest podtrzymywać lęki (nawet nieświadomie) na uprzednio określonych granicach. Wymykają się ukradkiem i znikają.
Nie mogę powiedzieć, że to był trudny czas - raczej dziwny. Wyjechaliśmy, żeby się ratować. Uczyliśmy się tam, ale przede wszystkim codziennie grałem w piłkę z moimi kolegami z drużyny, których zabrano od rodzin razem ze mną. Uprawiałem także inne dyscypliny: tenis, koszykówkę, lekkoatletykę.
Po miesiącu nad Morze Czarne przyjechali również moi rodzice z siostrą; zabrali ją z obozu, do którego została ewakuowana cała jej szkoła. Tam spędziliśmy kolejne trzy tygodnie, znowu razem, a w końcu wróciliśmy do dziadków, gdzie zostaliśmy do końca lata.
Tak naprawdę w tym okresie dobrze się bawiłem, dokładnie tak samo jak w Kijowie, zanim tragedia w Czarnobylu zmusiła nas do opuszczenia miasta. Pod koniec kwietnia także ośrodki sportowe stały się radioaktywne, ale wcześniej, w marcu, dzięki udziałowi w międzyszkolnym turnieju dostałem się do drużyny juniorskiej Dynama Kijów. Uczęszczałem do dwieścieszesnastki (szkoły nie miały nazw, tylko numery), która mieściła się w trzypiętrowym szarym budynku w dzielnicy Obołoń, utworzonej kilka lat wcześniej. Były tam przedszkole, szkoła, ośrodek sportowy, kino, plac zabaw, szpital, krótko mówiąc - wszystko, co potrzebne.
Te turniejowe mecze obserwował Ołeksandr Szpakow, trener dzieciaków w szkółce Dynama i osoba, która później, gdy stało się to konieczne, zorganizowała nasz wyjazd nad Morze Czarne.
Nie żebym grał na jakiejś z góry wyznaczonej pozycji, po prostu biegałem do przodu i do tyłu, byłem wszędzie. Broniłem, ruszałem na środek, pędziłem w stronę bramki przeciwnika i strzelałem gola. Przedtem jeszcze nigdy nie rozgrywałem spotkania 11 na 11, na dodatek w obecności sędziego, z dwoma bramkarzami i odrobiną trawy po bokach boiska i środkiem z ubitej ziemi. Byłem przyzwyczajony do meczów bez żadnych reguł, rozgrywanych sercem, w których zwyciężał ten, kto później się zmęczył albo nie został zawołany przez mamę na kolację. Zazwyczaj łatwo było mnie znaleźć - wystarczyło pokręcić się przy boiskach, w pobliżu których mieszkałem. W moich fantazjach czasem miałem na sobie koszulkę Ołeha Błochina, innym razem Ołeksandra Zawarowa - obydwaj byli napastnikami.
Nie pamiętam dokładnie, kiedy złapałem bakcyla piłki nożnej, choć wcale bym się nie zdziwił, gdybym przyszedł na świat z piłką przy nodze. Wiem natomiast, że spotkanie ze Szpakowem zmieniło moje życie. Po zakończeniu jednego z meczów na tamtym turnieju podszedł do mnie, przedstawił się i wręczył mi karteczkę.
- Tutaj są moje nazwisko, adres i numer telefonu. Poproś rodziców, żeby się ze mną skontaktowali. Chciałbyś przyjść na testy do Dynama?
Pytanie retoryczne, ale odpowiedzi musieli udzielić rodzice. Natychmiast wróciłem do domu. Tata nie wyglądał na zbytnio zainteresowanego, mama zareagowała pytaniem:
- Chcesz tam iść?
- Tak, to Dynamo Kijów.
- No to pójdziesz.
Tata nie miał zastrzeżeń:
- W porządku, idź na te testy.
Mama skontaktowała się więc z trenerem, który przekazał jej wszystkie szczegóły dotyczące spotkania. I to ona tam ze mną poszła. Wiedziała, że niczego tak nie pragnąłem, bardzo mnie kochała.
Testy zleciały bardzo szybko, czas mijał błyskawicznie. Nie byłem sam, wielu chłopaków marzyło o tym samym co ja. Żeby znaleźć ewentualne talenty, Szpakow chodził po szkołach, ale oglądał także dzieciaki, które dryblowały i bawiły się piłką na ulicy. Nikogo nie pomijał. Musieliśmy rozegrać mecz, a potem wykonać kilka ćwiczeń sprawnościowych. Czułem, że jestem znacznie lepszy od wszystkich pozostałych i po paru minutach to przeczucie ustąpiło miejsca pewności. Ostatecznie wybrano nas dwóch. Tak naprawdę nie było to szczególnie emocjonujące.
Prawdziwych emocji doświadczyłem dopiero wtedy, kiedy po raz pierwszy przekroczyłem próg akademii Dynama Kijów, ośrodka sportowego drużyn juniorskich i młodzieżowych. Przy wejściu wisiał herb klubu. Boiska były idealne. Szatnie - najpiękniejsze, jakie widziałem (także dlatego, że przedtem nie widziałem żadnych innych...). Siatka dookoła uniemożliwiała podglądanie z zewnątrz, czuliśmy się więc bezpiecznie. Obserwowaliśmy starszych chłopaków, którzy wcześniej czy później mieli zadebiutować w pierwszej drużynie, grając w lidze, może w europejskich pucharach.
Ale wszystko to trwało bardzo krótko. Zaledwie kilka treningów. Później wybuchł reaktor numer cztery.