Szew za igłą - Marta Hożewska

Kup ebooka

47.90 zł
40.13 zł (39,68 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Wiesław Myśliwski, Traktat o łuskaniu fasoli, Wydawnictwo Znak, Kraków 2006, s. 368. [wróć]

2. Andrzej Chciuk, Atlantyda. Opowieść o Wielkim Księstwie Bałaku, Wydawnictwo LTW, Łomianki 2015, s. 64. [wróć]

3. Olek Król, były uczeń autorki. Komponuje i nagrywa piosenki. [wróć]

4. Marian Jachimowicz, Oni, [w:] Jaskółki jutra, Wojewódzka Biblioteka Publiczna, Wałbrzych 1996, s. 104. [wróć]

5. Stanisław Sławomir Nicieja, Kresowa Atlantyda, t. 7, Wydawnictwo MS, Opole 2015, s. 36. [wróć]

6. Wszystkie cytaty pochodzą z tekstu Leszka Drelicha Wywczasy w galicyjskiej Pensylwanii ("Gazeta Wyborcza", 25.01.2013, https://bit.ly/2VRipG2 [dostęp: 7.07.2021]). [wróć]

7. W listach zachowano oryginalną interpunkcję i ortografię. [wróć]

8. Statut Fundacyi Stanisława hr. Habdank Skarbka tworzącej Zakład sierót i ubogich w Drohowyżu. Wydane z polecenia Rady Zarządy Fundacyi, Lwów 1875, s. 6. [wróć]

9. Jeanette Winterson, Dyskretne symetrie, tłum. Anna Bernaczyk, Wydawnictwo Rebis, Poznań 2010, s. 33. [wróć]

Antoni

Czasy nie są dobre dla kapeluszy. Jakby ludzie bali się być za wysocy. Bo kapelusz podwyższa te pięć, dziesięć centymetrów, zależy od fasonu, dodaje do wzrostu. Kiedyś każdy chciał być wyższy.

Wiesław Myśliwski1

Ma ciemne falujące włosy, które rosną od środka czoła, tworząc trójkąt jak u jeży rysowanych przez dzieci. Gęste, prawie zrośnięte brwi kontrastują z jasnymi oczyma.

Może przed wojną oni wszyscy byli piękniejsi?

Moja przygoda z dziadkiem zaczęła się od zdjęcia. Dopóki żyła babcia, niezmiennie wisiało nad jej łóżkiem w wałbrzyskim domu. Potem mama zabrała je do swojego nowego mieszkania. Zerkam na nie, ilekroć ją odwiedzam.

Na portrecie w kolorze sepii elegancko ubrany mężczyzna, lekko obrócony, wychyla się zza ramy, by zachwycić swoją urodą. Jest naprawdę wyjątkowo przystojny. "Jak amant filmowy!" - mówią przyjaciółki. Ale który? Do którego jest podobny? Oglądam zdjęcia Bodo, Dymszy, Żabczyńskiego i innych, ale nie znajduję podobieństw. Dziadek wydaje mi się przystojniakiem innym, bardziej w typie południowym. Kwintesencją wszystkich przystojniaków.

Jego niesłowiańską urodę odziedziczyła moja mama. Twierdzi, że dziadek miał węgierskie pochodzenie. Może jeszcze z czasów panowania andegaweńskiego, kiedy do Rzeczypospolitej przybywała szlachta z Węgier? Ród Boimów, a także Fredrów, miał właśnie takie korzenie.

Antoni, co widać na wszystkich zdjęciach, lubił się dobrze ubrać. Welurowy dwurzędowy, szeroki w ramionach płaszcz, pod spodem biała koszula i krawat, rękawiczki z miękkiej skóry trzymane w rękach, miękko układające się spodnie, kapelusz... Tak został uwieczniony na lwowskiej ulicy w 1936 roku. "Z kim?" - pytam. "Z jakąś dziunią" - śmieje się mama. Uświadamiam sobie, że na tym zdjęciu ma tylko dwadzieścia cztery lata. Wygląda dojrzalej. Ma na sobie marynarkę, jakie wtedy noszono - o kwadratowej linii, która optycznie zwiększała szerokość w ramionach. Może dlatego? A może to kapelusz dodaje mu lat? Na wyretuszowanym portrecie zrobionym u fotografa we Lwowie ubrany jest w ciemny garnitur w prążki (ten sam, zdaje się, rozpoznaję na zdjęciach ślubnych), nieskazitelnie białą koszulę, krawat i... borsalino.

Sięgam do rysopisu z książeczki wojskowej - wzrost: 165 centymetrów. Tu cię mam!

Najbardziej zdumiewa jego elegancja na dwóch zdjęciach zrobionych w Borysławiu (w pobliżu szybu naftowego). Błoto, barak, za nim fragment szybu, białe kłęby dymu, przed wejściem mężczyźni w roboczych ubraniach, prawie czuć mdły zapach nafty, a dziadek w świetnie skrojonym białym garniturze i oczywiście z nieodłącznym kapeluszem. Pewnie jest po pracy. Wygląda jak gość z innego świata, ktoś, kto tylko zwiedza rafinerię. Wygląda, dośpiewuję sobie, jakby chciał być kimś innym, jakby Drohobycz i praca w Polminie nie były miejscem dla niego. Był konserwatorem maszyn.

Maria z Sanoka

Wychowywałam się pod portretem pięknego, onieśmielającego dziadka, za to z bliską babcią Manią, babcią Garcią (jak ją nazywaliśmy z bratem Maćkiem w dzieciństwie, bo miała już zupełnie inne kształty niż za młodu, a my namiętnie oglądaliśmy serial Zorro).

Ile oni mieli lat w 1939 roku? Tyle samo - dwadzieścia siedem. Maria Sikora i Antoni Kaczmarz. Babcia dwa miesiące starsza od niego. On urodził się we Lwowie. Ona w Sanoku. Poznali się w Drohobyczu. Ślub wzięli w kwietniu 1939 roku.

Kwiecień, maj, czerwiec, lipiec, sierpień, 1 września...

Chciałabym być pewna, że to było ich najpiękniejsze lato. Nie wiem, jak długo znali się wcześniej. Mama mówi, że niedługo. Poznali się na zabawie. Mam ich zdjęcie: tańczących, zakochanych. Ładna para. Na odwrocie pieczątka: "b. schenkelbach, artysta-fotograf, drohobycz, szewczenki 3". To samo nazwisko odnajduję pod portretem Brunona Schulza z lat trzydziestych, zamieszczonym w książce Wiesława Budzyńskiego Miasto Schulza.

Bertold Schenkelbach, ten, który dostarczał Schulzowi szklane płyty do tworzenia techniką cliché-verre rycin przeznaczonych do Xsięgi bałwochwalczej. Schenkelbach był fotografem i taternikiem zakochanym w Huculszczyźnie.

***

Babcia spędziła w Drohobyczu dwadzieścia pięć lat, ale w Zagłębiu więcej - pradziadek wcześniej pracował w Borysławiu. "Sikorówna Maryja po uzyskaniu świadectwa ukończenia Średniej Szkoły Zawodowej Żeńskiej w Drohobyczu im. Elizy Orzeszkowej złożyła egzamin na czeladnika z wynikiem pomyślnym i została czeladnikiem przemysłu krawieckiego". To w 1931 roku. Szkoła, o której mowa, ze względu na kolor cegieł nazywana była czerwoną. W tym samym budynku mieściła się także Szkoła Męska im. Konarskiego, którą ukończył brat babci, Roman. Jako nauczyciel pracował w niej Bruno Schulz. Miał tu kilka godzin rysunku.

Czy kiedykolwiek pytałam babcię o niego? Co prawda Alfred Schreyer twierdził, że nikt go w Drohobyczu nie czytał, jednak chyba ktoś oprócz Józefy Szelińskiej czytał, bo po lekturze Sanatorium pod Klepsydrą "wszyscy w Drohobyczu orzekli, że to "chore", "kuku", że "mój Boże, po polsku, a nic z tego człowiek nie rozumie""2. Myślę, że babcia tak by na prozę Schulza nie zareagowała. Ale czy czytała?

Nigdy mi nie mówiła, że mieszkała przy ulicy Krokodyli. A mieszkała. Jerzy Ficowski zlokalizował to osławione miejsce jako część ówczesnych ulic Piłsudskiego i Stryjskiej. Obecnie są to ulica Mazepy i ulica Stryjska. Razem z mamą przez ostatnie dwa lata wojny pilnowały domu krewnego, Antoniego Glenia, przy Stryjskiej. Wujek do Drohobycza nie wrócił. Babcia, opuszczając miasto, przytomnie postarała się dla niego o komplet papierów repatriacyjnych. Dostał za nie solidny dom na wsi w okolicach Krosna.

Polmin

Praca w Polminie była marzeniem robotników.

Stanisław Sławomir Nicieja5

Polmin był chlubą przemysłu międzywojnia. Zdaniem profesora Niciei, autora wielotomowej Kresowej Atlantydy, praca w fabryce dawała prestiż, dumę i fantastyczne zarobki.

Pracowali w niej i mój dziadek Antoni Kaczmarz, i mój pradziadek Ignacy Sikora (ojciec babci). Obaj w tym samym dziale "największej i najnowocześniejszej w ówczesnej Europie rafinerii": pradziadek jako ślusarz i monter, ekspert od kotłów parowych, dziadek jako pracownik konserwacji.

Czy wiedzieli, że żyją w najbogatszym po Krakowie i Lwowie mieście Galicji, z którego "cysterny z milionami litrów ropy jechały do całej Europy"?

Dziadek, zmieniając w 1937 roku Lwów na Drohobycz, zapewne wiedział i liczył na godziwe wynagrodzenie. Czytam w Kresowej Atlantydzie, że Polmin zatrudniał około dwóch tysięcy wykwalifikowanych robotników, w tym ośmiuset majstrów, a ich zarobki godne były pozazdroszczenia, bo wynosiły od sześciuset złotych do dwóch tysięcy. Obaj byli wykwalifikowanymi robotnikami, a jednak im się nie przelewało. Prababcia Paulina, mama babci Marysi, dorabiała szyciem. Pamiętam powtarzane przez babcię i mamę opowieści o jej niezwykłym talencie i pracowitości, o strojnych sukniach dla bogatych pań. Praca ta była żmudna i wymagała kunsztu w sztuce krawieckiej. Czy Paulina szyłaby, gdyby zarobki pradziadka były tak oszałamiające? Nie znajduję też śladów dobrobytu w książeczkach oszczędnościowych pradziadka Ignacego.

"O Borysławiu słyszałem, że cuchnie, a bieda na jednej ulicy mieszka tam z bogactwem. O Drohobyczu - że dech zapiera, a robotnicy żyją tam po pańsku".

"Najbogatsze po Krakowie i Lwowie miasto Galicji - centrum logistyczne "galicyjskiej Pensylwanii"".

"Fabryka dopłaca nam do wynajmu mieszkań, bierze na siebie opłaty za prąd, gaz, kanalizację, kupuje bilety autobusowe - chwali robotnik Marian Krywult, którego odwiedzamy w Kolonii Mieszkaniowej Polminu. W 40 schludnych budynkach mieszka wielu pracowników fabryki. Mają przydomowe ogródki, w pobliżu szkołę, kaplicę, stadion, pływalnię, klub i sklepy. Ich żony mają do dyspozycji trzy bezpłatne autobusy, które służą do wyjazdów na zakupy, na wycieczki w góry czy na grzybobranie"6.

O Zagłębiu Borysławsko-Drohobyckim, pozostałym po wojnie u Rosjan, w PRL-u się milczało. Ale czy to usprawiedliwia dzisiaj tworzenie kompensacyjnego mitu o "galicyjskiej Pensylwanii"?

Mogłabym mieć jeszcze wątpliwości, gdyby nie list dziadka pisany do babci w czasie wojny z obozu w Mirandzie de Ebro7:

[...] mając lat 28 nieskończonych doszedłem do kategorji najwyższej (pierwszej), gaża wynosiła, o ile sobie przypominam 180 zł. To znaczy doszedłem do szczytu "karjery", teraz pozwolę sobie zadać Wam pytanie: czy mogłem spodziewać się czegoś innego? To znaczy takiego stanowiska, bym mógł więcej zarabiać? Bo mnie się zdaje, że pracą uczciwą to nie, i tu znowu daję Wam moji Kochani za przykład Tata, który pracuje w tym samem przedsiębiorstwie, w tym samem dziale i to przeszło lat zdaje się 20, a niewiele więcej zarabiał. (Miranda, 3 lutego 1942 roku)

Hrabia Skarbek

Klasa jest przestronna, z dużymi oknami. Ma pobielane ściany, na podłodze parkiet. Z sufitu zwisają małe abażury przypominające metalowe talerze, których wysokość można regulować. W kącie stoi ciemny i smukły kaflowy piec. Chłopcy siedzący w ławkach z tyłu wyglądają podobnie: krótko obcięte włosy, marynarka ze stójką. Trudno ich rozróżnić. Wszyscy notują coś z tablicy stojącej na drewnianym stojaku z prawej strony pomieszczenia. Mój trzynastoletni dziadek siedzi w drugiej ławce od drzwi, właśnie macza pióro w kałamarzu, ale zamiast na tablicę patrzy na drewniany krzyż, który zajmuje centralne miejsce na ścianie. Potem jego wzrok przesuwa się niżej, bada wiszące tam godło Polski. Gdyby spojrzał jeszcze niżej, napotkałby groźny wzrok nauczyciela siedzącego za stołem dopełniającym tę wertykalną linię. Woli wodzić wzrokiem po ścianach. Wszędzie wiszą rysunki i mapy, a wśród nich Wielka mapa Rzeczpospolitej Polskiej. Jest 1926 rok.

Bardzo dobry z robót i ze śpiewu, dobry z gier i gimnastyki oraz z rysunków. Z pozostałych przedmiotów dostateczny. Tak mówi świadectwo ukończenia siedmioklasowej męskiej szkoły powszechnej fundacji Stanisława Skarbka. Ze zdziwieniem odkrywam na pieczęci przybitej na dole cenzurki, że szkoła nie znajdowała się we Lwowie, lecz w powiecie żydaczowskim, w Drohowyżu.

"Ja niżej podpisany Stanisław hrabia Skarbek, c.k. rzeczywisty Podkomorzy, syn Jana hrabi Skarbka i Teresy z Bielskich, wnuk Rafała hrabi Skarbka i Teresy z Boguszów, ożywiony chęcią rozrządzenia majątkiem moim, którym dowolnie władać mogę, a któren częścią odziedziczyłem, częścią własnem staraniem nabyłem, w ten sposób, aby wysokie cele Rządów krajowych wspierać i współziomkom moim po wieczne czasy być użytecznym; postanowiłem w dobrach moich w Drohowyżu w obwodzie Stryjskim Instytut dla Ubogich i Sierót założyć, i wybudowaniu, zaprowadzeniu i utrzymaniu tego zakładu mój majątek poświęcić, w skutek czego rozporządzam, co następuje [...].

IV. Do Zakładu mającego być wzniesionym w Państwie Drohowyżu przyjęci być mają w miarę dostarczających środków czterysta ubogich chrześcijan obojej płci i sześćset chrześcijańskich sierót również płci obojej, a podług osobnych Zakładu tego dotyczących się statutów, pierwszym dane ma być mieszkanie, odzienie, pożywienie i stosowne do sił ich zatrudnienie"8.

Hrabia Habdank Skarbek założył swoją fundację w 1843 roku. W rzeczywistości instytut został wybudowany dopiero dwadzieścia lat później, już po śmierci fundatora (zmarł w 1848 roku), i otwarty ostatecznie w 1874 roku. Był to ogromny klasycystyczny, trzypiętrowy budynek z dwoma skrzydłami. Urządzony, jak na tamte czasy, bardzo nowocześnie. Duże jasne pokoje, sala gimnastyczna, bieżąca woda. Oprócz szkoły, pokojów dla dzieci i dla starców mieściły się tam także biblioteka, kuchnia, jadalnia, pralnia, świetlica i wiele innych pomieszczeń służących do zabaw i nauki. Nowoczesne były również zakłady rzemieślnicze, w których osierocona młodzież zdobywała zawód: kowalski, szewski, krawiecki, stolarski, kołodziejski, tokarski, ślusarski. Swoje mieszkania mieli tu personel oraz nauczyciele. Budynek był okolony przez park i ogród.

Dzieci każdego roku było około czterysta. Oddzielnie uczyli się chłopcy, oddzielnie dziewczęta. Nad wszystkimi czuwały siostry felicjanki, zakon zajmujący się przede wszystkim pracą wychowawczą z dziećmi, młodzieżą oraz opieką nad ubogimi i chorymi. W chwili opuszczania zakładu absolwenci mogli liczyć na pomoc w urządzeniu się, zwłaszcza jeśli byli sierotami.

Instytucja dawała ponadto dożywotnie schronienie około sześćdziesięciu starcom. Była to liczba mniejsza, niż założył sobie hrabia.

Szlachetne przedsięwzięcie, któremu między innymi mój dziadek zawdzięczał znośne dzieciństwo, było także znakiem czasów. Wyznanie "sierót i biednych" koniecznie musiało być tożsame z wyznaniem fundatora. Katolika.

Hrabia Skarbek też został wcześnie osierocony. Dzień po jego urodzeniu zmarła matka, a cztery lata później ojciec. Wychowaniem zarówno jego, jak i starszego brata Ignacego zajęła się ciotka Julianna, po mężu Rzewuska. Po jej śmierci dwudziestodwuletni Skarbek dostał niewielki spadek, który potrafił genialnie powiększyć. Zakład dla sierot i ubogich utrzymywany był przez dwa miasteczka, dwadzieścia dziewięć wsi i wybudowany we Lwowie teatr.

Pewnie dzięki majątkowi hrabia mógł pojąć za żonę piękną piętnastoletnią Zofię Jabłonkowską. Anegdota mówi, że zakochał się w niej na balu ku czci królowej neapolitańskiej, na którym - zamiast zgodnie z etykietą zaprosić jej wysokość do pierwszego tańca - podarował go właśnie Zofii. Małżeństwo nie było jednak szczęśliwe. Żona Skarbka pokochała z wzajemnością Aleksandra Fredrę i po trwającym około dziesięciu lat procesie rozwodowym wyszła za niego za mąż. Wszystkie biografie Fredry podkreślają trwałość i szczęście tego małżeństwa obdarzonego dwojgiem dzieci. Hrabia pozostał sam. Jego dzieckiem był teatr we Lwowie, który wybudował, kochał, w którym pozwolił na premierę Ślubów panieńskich i w którym w samotności zmarł.

Dużo czasu minęło, nim Drohowyż upomniał się o szczątki fundatora (był pochowany na cmentarzu Łyczakowskim). W 1888 roku hrabia doczekał się ponownego pochówku, tym razem w rodzinnej krypcie w Drohowyżu.

Teatr od 1944 roku do dzisiaj jest siedzibą ukraińskiego Teatru Dramatycznego im. Marii Zańkowieckiej. Instytut dla sierot i ubogich istniał do 1939 roku. Prowadzące go siostry felicjanki zginęły w 1943 roku z rąk banderowców - zostały zamknięte w kościele i podpalone.

W zrujnowanej, zaśmieconej krypcie nie ma ani jednej trumny.

Wyznaczam trasę Drohowyż-Lwów, by sprawdzić, jak daleko od domu dziadka znajdowała się szkoła. Trzydzieści osiem kilometrów. Samochodem do pokonania w czterdzieści cztery minuty, pociągiem w dwie godziny i trzydzieści dwie minuty, autobusem w trzy godziny i trzydzieści jeden minut! Dzisiaj.

Siedem lat w szkole z internatem. Czy był w niej szczęśliwy?

W albumie, który oglądam u mamy, widzę dwa zdjęcia z tamtego okresu, ma na nich około trzynastu, czternastu lat. Na jednym wygląda jak Staś Tarkowski albo student Oxfordu. Uśmiechnięty, dobrze ułożony chłopiec, śmiało patrzący w przyszłość. Na drugim - Oliver Twist o trochę smutnym, poważnym obliczu. Patrzy prosto w obiektyw, ale spojrzenie ma nieobecne.

Zapewne w dużej mierze został ukształtowany właśnie przez tę szkołę. Pytanie, jak go uformowano. Nieliczne wspomnienia innych wychowanków placówki w Drohowyżu, które udaje mi się odnaleźć, potwierdzają moje przypuszczenia. Główny nacisk kładziono na wpajanie dzieciom ducha patriotycznego i religijnego. Należały zatem do skautów, do Sokoła, a gdy były starsze - do drużyn strzeleckich. Siostry felicjanki kształtowały ich wiarę i moralność.

Widać, że dziadek był wdzięcznym podmiotem zabiegów pedagogicznych - w ostatniej klasie na świadectwie miał z zachowania ocenę bardzo dobrą. Przypuszczam, że dano mu także podstawy nauki rzemiosła i wpojono kulturę fizyczną (pływał, jeździł na nartach).

Jedenaście lat później do tej samej szkoły chodził urodzony w Borysławiu "ojciec" Bolka i Lolka - Władysław Nehrebecki. Nie bez powodu w pierwszych odcinkach popularnej kreskówki nie pojawiają się rodzice głównych bohaterów, a w jednym z późniejszych przemykają siostry zakonne.