Szesnaście żywiołów geneza ziemi - Krzysztof Baszczyj

-
Proszę czekać

Rozdział drugi

Walka

Cios w prawe kolano. Dwa ostrza zderzające się, wydające metaliczny dźwięk.

- Jak myślisz, czym jest walka?

Pełen obrót i uderzenie od lewej w tułów, po raz kolejny metaliczny dźwięk.

- Czy są nią dwaj wojownicy, tańczący w tańcu śmierci?

Krok w tył, później szybki krok w przód i prosty cios w brzuch, ostrze odbite i towarzyszący temu metaliczny dźwięk.

- Czy są nią ludzie walczący o swe prawa?

Szybki cios od góry, metaliczny dźwięk odbitego ostrza, natychmiastowy obrót i cios w łydkę, odbity przez staruszka. Metaliczny dźwięk dwóch zderzających się ostrzy, niosący się echem pośród drzew Wyspy Tajemnic.

- Czy jest nią kobieta starająca się przetrwać ze złym mężczyzną?

Seria cięć i seria towarzyszących temu dźwięków.

- A może mężczyzna żyjący ze złą kobietą nią jest?

Cios w szyję od lewej i znów metaliczny dźwięk.

- Czyż osoba walcząca o przetrwanie nią nie jest?

Natychmiastowa seria wykonana przez Kana, każde z uderzeń zablokowane, raz po raz ostrza zderzające się, wydające z siebie metaliczny brzęk.

- Walka trwająca niekiedy latami?

Kan wycofał się na chwilę, musiał chwilkę odsapnąć, jego oddech był przyśpieszony. Staruszek nie zmęczył się ani trochę, Kan jeszcze nigdy nie widział go zmęczonym.

- Walka, w której nie ma ostrzy, a mimo to ciosy są strasznie bolesne?

Już się ściemniało, Kan wiedział, że za niedługo będą kończyć. Był już wyczerpany, lecz mimo to postanowił zaatakować z całych sił, po raz ostatni się zebrał i ruszył do przodu. Wykonał serię piętnastu cięć, lecz każde z nich natrafiło na opór i towarzyszący temu metaliczny dźwięk. Padł wyczerpany na ziemię.

- Ale z kim tak naprawdę wtedy walczysz?

Starzec siedział na ławeczce, jak każdego ranka. Był on poruszony, a jego spojrzenie niesamowite. Sięgające głębiej niż jakiekolwiek inne. Przenikające czas i przestrzeń, ogarniające wszystko. Drobny staruszek siedzący na ławce. Pozornie wyglądający jak krucha istota czekająca na swój kres. Prawdziwie, będąc czymś niewyobrażalnym dla innych. Z tej ławeczki obserwował on wszystko. Był wściekły i smutny chwilami, widząc rzeczy złe. Po czym dumny i szczęśliwy, widząc te dobre. Patrząc na to wszystko, wiedział że jest to dobre, ponieważ ma swój sens i cel. Kan, usiadłszy przy nim, nie wiedział, o czym myśli. Nie zdawał sobie sprawy z jego niezwykłego zrozumienia tego, co jest, było i będzie. Nie mógł wiedzieć o tym, w jaki sposób patrzy on na świat.

- Witaj, Kanie, nie jesteś czasem zmęczony?

- Zmęczony?

- Codziennością, próbami będącymi częścią każdego dnia. A w ostateczności tą niewiedzą, do czego to tak naprawdę zmierza?

- Chwilami jestem, ale chyba tak powinno być, prawda?

- Tak, potknięcia i niepewność są normalne, istotne jest, aby się podnieść. Kanie, czy zechciałbyś zasadzić ze mną nowe ziarna w naszym ogrodzie?

- Jasne, że tak.

Idąc ze staruszkiem do części wyspy, w której znajdują się ogrody, Kan myślał o mieszkańcach kontynentu. Zastanawiał się on, czy ich życie jest podobne do jego? A może świat wygląda zupełnie inaczej, niż sobie wyobrażam? - Zadawał sobie pytania chłopiec.

Wiedział, że na kontynencie mieszka masa ludzi. Czy wszyscy się znają tak jak na Wyspie Tajemnic? Gdy Kan wraz z mistrzem dotarli do ogrodu i rozpoczęli wykopywanie dołków na ziarna, chłopiec zapytał, co staruszek o tym sądzi.

- Czy kontynent bardzo się różni od wyspy?

Staruszek wyprostował się i westchnął.

- Cóż, ta wyspa jest nieco odmiennym miejscem. Sprowadzam tutaj niewielu spośród mieszkańców pozostałych kontynentów, czasami nawet istoty z dalszych miejsc.

- Dlaczego jedynie niektórych spośród wszystkich?

- Widzisz, to jest jak z tymi nasionami. Zasadzam je, następnie patrzę, jak dojrzewają, czuwam nad nimi. Te, które są dobre, a nie mogą tutaj dalej rosnąć, przenoszę w inne, spokojniejsze miejsce, miejsce, jak ta wyspa.

- A pozostałe?

- Przy nich również czuwam, tyle że niekiedy jest bardzo trudno dostrzec moją obecność. - Staruszek bardzo posmutniał, Kan wiedział że jest to coś istotnego, ponieważ nieczęsto widział go smutnym.

- A te, które są zepsute?

- Im niestety nie jestem w stanie pomóc, ponieważ będąc złe same w sobie, odrzucają moją pomoc. Widzisz, to jest moja walka, aby wszystkie z zasadzonych ziaren wyrosły na dobre i zdrowe rośliny.

Kan rozpoczął wkładanie ziaren do już wykopanych dołków. Staruszek szedł tuż za nim, nalewał troszkę wody i zasypywał dołeczki.

- Wszystkie co do jednego?

- Tak, i uwierz mi - nie jest prostą rzeczą dopilnowanie tego. Musi minąć bardzo wiele czasu. Wiele prób i błędów. Wiele szczęścia i cierpienia.

Kan patrzył na przed chwilą uklepaną ziemię.

- Cierpienia - powiedział szeptem.

- Widzisz, aby zrozumieć, czym jest cierpienie i zło, trzeba samemu tego doświadczyć. Oczywiście gdyby tego nie było, te ziarna i tak by dojrzały. Niestety wtedy byłyby niczym dzieci, które nie wiedzą, aby nie wkładać rąk do parzącej wody. Pomimo swej dojrzałości ich korzenie byłyby słabe i byle powiew byłby w stanie je wywrócić i zmarnować całe dzieło.

Kan natychmiast, gdy skończył pomagać mistrzowi, udał się na jedną z ławek umiejscowionych w parku. Usiadł na niej i obserwował. Każdego ranka patrzył, jak świat budzi się ze snu, na wyspie wszyscy jeszcze spali o tej godzinie. Pierwsze promienie światła zaczęły wychylać się zza wielkich murów okalających wyspę. Kan, trwając w ciszy poranka, czuł się niezwykle. Ta chwila miała w sobie coś niezwykłego, na pozór całkowicie zwyczajny poranek, lecz mimo to uczucia doświadczane przez Kana podczas obserwowania tego były niesamowite. Chłopak był pewien jednego, wiedział że nigdy tego widoku nie zapomni. Nie zdawał on sobie sprawy z tego, iż ten widok w przyszłości wielokrotnie ocali mu życie. Jak poranek obserwowany przez chłopca może uratować jego życie w przyszłości? W chwilach bardzo trudnych w jego życiu przypomni on sobie ten widok i to doda mu sił. Wraz z tym widokiem przypomni sobie ludzi z wyspy. Zdecydowanego i zawsze skorego do żartu kowala George'a. Zawsze niepewnej, czy aby nie dodać czegoś jeszcze kucharki Grety. Marty, która zawsze wie, jak wkurzyć Gretę. Damiana, który robi najlepsze zupy na świecie. Mateusza, który wiecznie czyta, po czym rozmawiają ze staruszkiem godzinami na tematy, których nikt nie jest w stanie pojąć. Oraz wszystkich innych mieszkańców wyspy. Przypominając sobie ich, będzie miał siłę, aby przezwyciężyć wszelakie trudności. Kan był szczęśliwy, że wychowywał się właśnie tutaj, nie wyobrażał sobie siebie w innym miejscu. Nie mógł wyobrazić sobie, iż nie zna ludzi z wyspy. Chciałby podróżować, zobaczyć miasto wydrążone w górze krasnoludów, pragnął zwiedzić krainę elfów. Od zawsze interesował się ciekawymi budowlami, z tego względu najbardziej chciałby zwiedzić świat, mimo to wyspa zawsze pozostanie jego domem, miejscem, w którym czuje się bezpieczny.

Właśnie tak wyglądało życie Kana, pozornie zupełnie zwyczajne, lecz tak naprawdę niezwykłe. Każdego dnia pomagał on rolnikom, ciężko pracującym na polach, kucharkom przygotowującym wspaniałe potrawy, jak i kowalowi, który wykuwał miecze nie z konieczności, a z pasji. Pomagał, nie myśląc o czymś w zamian dla siebie, pomagał nawet nie zastanawiając się, czy powinien, po prostu to robił.

Patrząc na jego życie z boku, można by stwierdzić: ciężka praca i ćwiczenia, lecz prawda jest zgoła inna. Prawdą jest, że jest w tym życiu niezliczona ilość małych i niezwykłych chwil. Nie znajdziesz w nim wielkich tragedii i okrutnych prób do przezwyciężenia. Na Wyspie Tajemnic ludzie już zapomnieli, czym jest tragedia, zapomnieli, czym jest nienawiść. Dlatego ich życie jest zwyczajne i proste, a jednocześnie wspaniałe i niezwykłe.

Rozdział piąty

Wrzask

Mgła. Wszystko spowite we mgle. Duroń starał się cokolwiek dostrzec, lecz było to niemożliwe. Był wściekły, że musiał być strażnikiem w Błogosławieństwie Góry, minęło dopiero parę dni, od kiedy tutaj przybył, a już miał dość. Miał na koncie kilka złych uczynków i właśnie za to został tutaj wysłany. Skurwiele, każdy czasem może pijany zrobić zadymę w barze - pomyślał. Wraz z Bzdyszem był on strażnikiem zewnętrznej bramy, umiejscowionej w tunelu znajdującym się w murze. Mieli oni obserwować krainę cieni poprzez dwa niewielkie otwory w bramie. Duroń był wściekły, stali tutaj jak idioci, a każdy dobrze wiedział, że żaden cień nigdy swojej krainy nie opuścił. Ani razu nikt nie przybył stamtąd, od kiedy cienie pojawiły się w tamtych stronach.

- Na jaką cholerę się wpatrujesz. - Bzdysz sobie odpuścił już po tygodniu.

Duroń już miał odpowiedzieć, lecz zamilkł. Z mgły wyłonił się człowiek. Czarnowłosa kobieta, wyglądająca na około trzydzieści lat. Duroń natychmiast dostrzegł, iż jej oczy są całkowicie czarne, pozbawione białek. Duroń powoli obrócił głowę do Bzdysza:

- Z lasu wyszedł jeden z cieni.

Jego towarzysz natychmiast zerwał się z miejsca i począł wpatrywać w niewielki otwór w bramie.

- Cholera, co robimy?

To tylko jedna kobieta, a my panikujemy, co dopiero, gdyby pojawiła się cała armia?

- Zobaczymy co zrobi. - Duroń cały czas wpatrywał się w kobietę, stąpając powoli swymi bosymi stopami zmierzała w stronę zamku. Patrzyła w stronę zamku, lecz jej wzrok był jakby nieobecny, jakby tak naprawdę nawet nie widziała owego wielkiego gmachu. Wszyscy strażnicy na murach zamilkli, każdy wpatrywał się tylko w nią. Kilka kroków przed bramą zatrzymała się. Duroń szepnął, jakby sam do siebie