Szesnaście żywiołów geneza śmierci - Krzysztof Baszczyj

-
Proszę czekać

Rozdział trzeci

Podróż

Jak zwykle poranek miał gorzki smak przez nieustający senny koszmar, w którym król odbierał Leonowi ojca. Z biegiem lat chłopak przyzwyczaił się do tego bólu, lecz zawsze w myślach przeklinał króla i zadawał sobie pytanie, dlaczego ten go oszczędził? Leon, nie zwlekając, spakował rzeczy, ubrał maskę o blond włosach i wyruszył z Daru Życia, bez zostawienia jakiejkolwiek wiadomości dla mistrza. Wiedział, iż mistrz jest praktycznym człowiekiem, i gardzi zbędnymi gestami takimi jak pożegnania.

To nie jest moja rodzina. Rodzina została mi odebrana przez króla - pomyślał Leon. Wychodząc z krypty, jak zwykle zachwycił się niezwykłością zaczarowanej polanki znajdującej się w samym centrum gór. Gdybym tylko mógł tutaj zostać, położyć się i podziwiać piękno tego niezwykłego miejsca. Gdy Leon wychodził poza granicę ciepłej, wiecznie porośniętej zieloną trawą polanki czuł gorycz. Wiedział, że po raz kolejny czeka go męcząca podróż przez mroźne góry. W trakcie dziesięcioletniego treningu wiele razy podróżował do Miasta Kości po prowiant dla Bractwa Zabójców. Z początku towarzyszył mu Markus bądź Miki, którego nawet lodowaty wicher nie powstrzymywał przed narzekaniem. Leon od dawna znał już drogę wiodącą przez góry na pamięć, więc podróżował sam. Samotność była dobra, pozwalała mu skupić się na misji. Muszę udawać inną osobę, jeden błędny ruch, malutki szczegół bądź zły gest i zostanę rozpoznany.

Pierwszą częścią podróży było przebycie wiecznie oblodzonego mostu. Leon stąpał ostrożnie, zdając sobie sprawę z konsekwencji jednego źle postawionego kroku. Most był strasznie długi, zbudowany nad przepaścią. Dookoła otaczały go szczyty górskie. Widok był niesamowity, lecz Leonowi nie wolno było skupiać się na wspaniałości tego obrazu. Most został zbudowany przez pierwszych członków Bractwa Zabójców tysiące lat temu. Jak na złość już przejście przez most miało być próbą, dlatego został zbudowany nie z myślą o bezpiecznej przeprawie, a wręcz odwrotnie. Wiecznie oblodzony, niewiarygodnie wąski, a co najgorsze - bez jakichkolwiek zabezpieczeń po bokach.

Istotnie most był wyzwaniem, wystarczyła chwila nieuwagi, a bractwo traciło jednego z towarzyszy. Pierwszy raz, gdy Leon dotarł do mostu wraz z Markiem, pomyślał, że to pień zwalonego drzewa.

- Chyba nie powiesz mi, że mamy przejść po tym drzewie - zapytał wtedy Marka.

- Po drzewie? Ach tak, to nie jest drzewo, to nasz most i tak, będziemy musieli po nim przejść. Most został zbudowany przez nasze bractwo z myślą o niegodnych dostąpienia zaszczytu dotarcia do Daru Życia. Każdy bojący się wejść na most został zabity przez braci. To okrutne, lecz taki tchórz i tak nie miałby dość sił, aby przeżyć trening. W moich oczach jest to łaska, gdyż zaledwie jeden na dziesięciu naszych rekrutów jest w stanie przeżyć morderczy trening trwający od dziesięciu do piętnastu lat.

- Jeden na dziesięciu?

- Tak.

- Czy zdarzały się przypadki, w których ktoś spadł z mostu?

- Jasne, sam widziałem trzech nieszczęśników. Ich krzyk niósł się echem przez całe góry, gdy spadali. To wchodzisz na most czy muszę cię zabić? Strach przed śmiercią okazał się większy niż strach przed przejściem mostu. Teraz, gdy Leon przedzierał się przez most, nie czuł już ani odrobiny strachu. Wiedział, że spaść może jedynie przez źle postawiony krok, a o tym nie było mowy przy tak ogromnym skupieniu. Tak naprawdę podróż przez most była niczym w porównaniu z tym co Leon przeżył podczas ostatnich dziesięciu lat. Trening w Darze Życia był opracowany przez samego mistrza i miał na celu zrobienie z człowieka bezwzględnego zabójcy, kogoś kierującego się jedynie logiką, człowieka pozbawionego uczuć, bezbłędnie wykonującego rozkazy. W przypadku Leona trening się powiódł, lecz nie w stu procentach. Nie potrafił wyzbyć się wspomnień o Wenus. Przez cały okres treningu, a nawet teraz zastanawiał się, jak ułożyło się jej życie. Zastanawiał się, czy kiedykolwiek ją jeszcze spotka, lecz zawsze karcił się za takie myśli i mówił sobie, że musi zapomnieć. To było w innym życiu, ale myśli same kierowały się w stronę dziewczyny. Z czasem Leon znienawidził mistrza za to, że próbuje zrobić z niego pozbawioną uczuć skorupę. Znienawidził go również za jego bezwzględność i egoizm. Człowiek nie może stać się czyimś narzędziem, nigdy nie do końca, zawsze pozostają w nas własne pragnienia. Mistrz albo nie zdawał sobie z tego sprawy, albo to ignorował. W jego oczach wszyscy członkowie bractwa istnieli tylko po to, aby mu służyć. Plan się udawał, gdyż każdy bał się starca, nawet wiecznie narzekający Miki, który przy mistrzu stawał się pokorny jak baranek. Dla Leona było to dziwne. Mistrz zwracał każdemu z nich życie tak samo jak w przypadku Leona, w zamian oczekując od nich wszystkiego, co mieli. Do tego każdy z nich był poddawany nieopisanym cierpieniom. Jak to możliwe, że nikt się nie zbuntował? Dla Leona zabicie mistrza było jedynie kwestią czasu, lecz najpierw musiał zdobyć potęgę, a do tego starzec był mu niewątpliwie potrzebny. Ale nie myśl, że będę ci służył przez całe swe życie tak jak ci głupcy - pomyślał. Przebycie mostu zajęło Leonowi więcej czasu, niż się spodziewał, a to był dopiero początek podróży przez góry. Kolejnym etapem była wspinaczka pionową ścianą górską wiodącą do skalnej półki położonej prawie u samego szczytu. Przy grani znajdował się wlot jaskini, która swój koniec miała w niższych partiach górskich. Po przebyciu jaskini podróż stawała się już stosunkowo łatwa. Od wylotu jaskini do samego krańca gór biegła górska ścieżka.

Leon miał przygotowane haki, lecz wspinaczka była czasochłonna i wyczerpująca. Największymi trudnościami, z którymi musiał się zmierzyć, był lód i niewiarygodny mróz. Podczas wspinaczki dłonie stawały się niezgrabne od mrozu i każdy nawet najprostszy ruch przychodził z trudem. Lód był twardy, przez co, aby pewnie umieścić w nim hak, Leon musiał używać wiele siły. Chłopak raz po raz wbijał hak, upewniał się, czy solidnie się trzyma, tylko po to, aby po chwili powtórzyć tę samą czynność. Taka wspinaczka z pozoru wydawała się próbą umiejętności, lecz była próbą wytrzymałości. Gdy nasz bohater przebył odcinek kilku pierwszych metrów, nie było odwrotu. Najgorszym momentem wspinaczki był środkowy odcinek. Co prawda w trakcie ostatnich kilkunastu metrów wyczerpanie organizmu było większe, lecz każdy z wspinających się, widząc koniec swej wspinaczki, dostawał zastrzyk energii. Tak samo było w przypadku Leona. Pomimo iż wspinał się tą górską ścianą już setki razy, zawsze osiągnąwszy cel, czuł się całkowicie wyczerpany. Inne etapy podróży przez góry z czasem stawały się coraz łatwiejsze. Górska ściana na zawsze pozostawała wyzwaniem dla Leona. Chwilami zdawało się, jak gdyby wraz ze zwiększeniem się siły oraz wytrzymałości organizmu ściana się wydłużała. Po kilkugodzinnej wyczerpującej wspinaczce Leon w końcu dotarł na grań. Świat już poszarzał.

Nadchodziła noc. Leon postanowił przenocować w jaskini, co było dość dużym ryzykiem, gdyż kryło się w niej wiele górskich istot, lecz nie miał wyboru. Nocowanie poza jaskinią oznaczało niechybną śmierć. Jak zwykle poranek miał gorzki smak. Muszę wstać, inaczej zamarznę. Dawaj, podnoś się, musisz wstać - mówił sobie w myślach Leon. Pomimo iż był otoczony wieloma warstwami futer, temperatura jego ciała niebezpiecznie spadła. Wiedział, co ma robić. Natychmiast po odzyskaniu przytomności wyciągnął swój miecz i zaczął nim wykonywać zapamiętane kombinacje cięć. Po kilkunastu minutach intensywnego treningu krążenie krwi oraz temperatura Leona wzrosły. Dobra, mogę ruszać dalej. Górska jaskinia została wydrążona lata temu przez jedno z plemion krasnoludów. Ciągnęła się przez całe góry i miała setki odnóg. Nawet dla samego Bractwa Zabójców większa część jaskini była niezbadana. Wielu z podróżujących wchodziło do niej tylko po to, aby nigdy jej nie opuścić. Leon nie martwił się, że się zgubi, znał każdy metr jaskini wiodącej do górskiej ścieżki. Za każdym razem, podróżując przez jaskinię, obserwował starożytne runy wypisane na ścianach przez krasnoludy. Wszystkie odnogi oraz groty były w pełni pokryte runami.

Leon nie znał tego starożytnego języka. Władają nim jedynie mędrcy krasnoludów, którzy twierdzą, że jest tutaj spisana cała historia krasnoludów aż do osiedlenia się wewnątrz Góry Praojców. Jednak większa część mędrców woli zachować tę cenną wiedzę dla siebie. Przez samolubność historia czasów pobytu w górach jest nieznana nawet samym krasnoludom, oczywiście poza legendą powstania samej rasy krasnoludów spisaną przez elfów. Przebycie Górskiej Jaskini i Ścieżki Wielu Pytań zajęło Leonowi cztery dni. W końcu miał podróż przez góry za sobą. Zanim dotarł do Miasta Kości, musiał je okrążyć, aby wejść boczną bramą. Co prawda miał maskę, lecz w mieście niektórzy znali jego akcent i wiedzieli, że przybywa od strony gór. Dotarcie do miasta od strony bocznej bramy powinno rozwiać ich wątpliwości co do nowej tożsamości Leona.

Idąc ciasnymi, brukowanymi uliczkami dookoła otoczonymi gęsto postawionymi budynkami Miasta Kości, Leon obserwował ludzi. Kiedyś, gdy wiódł normalne życie, zachowanie innych nie było dla niego wyjątkowe w żadnym stopniu. Teraz fascynowało go to, co robią inni ludzie. Obserwując ich, zastanawiał się, czy zdają sobie sprawę z istnienia jakichkolwiek tajnych organizacji takich jak Bractwo Zabójców. Rozważał, po co to wszystko? Lata walk, prób, cierpienia tylko po to, aby na koniec zginąć? Oczywiście zdawał sobie sprawę, iż jest również wiele radości w życiu każdego człowieka, lecz zastanawiał się, jaki to ma sens i dlaczego tak jest. Ostatecznie nie był w stanie znaleźć odpowiedzi na te pytania.

Wchodząc do Gospody Pod Zającem, poczuł uderzenie kojącego ciepła. Podszedł do oberżysty. Krępy facet o wiecznie przetłuszczonych, czarnych włosach był niezwykle podejrzliwy.

- Witam, chciałbym wynająć pokój na jedną noc i coś zjeść.

- Jesteś minstrelem? Skąd przybywasz?

- Podróżuję już tak długo, że sam nie pamiętam, gdzie zaczęła się moja wędrówka.

- No, taki zawód, mam ostatni wolny pokój, będziesz musiał zapłacić więcej.

Dziwne było, że za każdym razem w Gospodzie Pod Zającem wolny był ostatni pokój.

- Cóż, w takim razie będę zmuszony udać się do innej gospody. Nie miej mi za złe, ale czasy są ciężkie i trudno o zarobek. Większość ludzi jest biedna, a biedni nie wynajmują minstreli.

- Mogę obniżyć cenę, jeżeli coś zagrasz. Co ty na to?

Leonowi zupełnie nie spodobała się ta myśl. Muszę grać swoją rolę - pomyślał z goryczą.

- Jasne. - Leon zapłacił i usiadł przy pobliskim stole. Wyjął harfę i delikatnie przeciągnął palcami po strunach, zastanawiając się, co zaśpiewać. Podczas swojego treningu musiał nauczyć się wiele z pozoru bezużytecznych czynności. Niektórymi z nich były śpiewanie i gra na harfie. Aby być dobrym zabójcą, nie wystarczało posiąść umiejętności samego zabijania. W każdej misji członek bractwa musiał udawać kogoś innego. Udając kowala, musiał posiadać umiejętności kowalskie, gdy był minstrelem, musiał pięknie śpiewać, natomiast podczas udawania kupca musiał się targować jak kupiec. Pierwsze dźwięki wydobywające się z ust Leona były ciche i niepewne, lecz z każdym kolejnym pociągnięciem strun jego głos stawał się coraz pewniejszy, a w sali zapanowała cisza.

Nawet dwaj całkowicie pijani faceci w przeciwległym końcu sali, jeszcze przed chwilą zaciekle się kłócący, teraz zamilkli. Pieśń wybrana przez Leona było smutna, bardzo smutna. Gdy wybrzmiały ostatnie dźwięki harfy, przez moment w powietrzu unosiła się atmosfera smutku, lecz już po krótkiej chwili jeden z pijanych facetów wstał i wydarł się na całą gospodę:

- Barman, piwo dla minstrela, ja stawiam. - Po czym powrócił do kłótni z towarzyszem.

- Proszę, to twoje piwo i cieplutka zupa. - Młoda dziewczyna podająca Leonowi jedzenie wpatrywała się w niego jak w jakieś zjawisko. - Pięknie śpiewałeś, jeżeli byś chciał zaśpiewać dla mnie, kończę za godzinę. - Jej nieśmiały uśmiech wyrażał więcej niż tysiąc słów. Leon wiedział, iż minstrele są znani z tego, że są kobieciarzami, lecz gdy spojrzał na dziewczynę, pomyślał o Wenus.

- Przykro mi, ja...

- Nic nie szkodzi. Przekaż jej, że ma szczęście, mając przy sobie kogoś takiego jak ty.