ROZDZIAŁ DRUGI
- T-to był wąż - wydukał Hasho. Nie był najlepszym kłamcą. - Zobaczyła węża.
- I pobiegła aż do jeziora? To nie ma sensu.
- No... - zawahał się Hasho. - Wiesz, jak nienawidzi węży. Myślała, że ją ukąsi.
Głowa bolała mnie, jakbym oberwała piorunem, ale lekko otworzyłam jedno oko i dostrzegłam moich dwóch najstarszych braci, Andahaia i Benkaia, stojących przy łóżku. Hasho trzymał się z tyłu i przygryzał wargę.
Zamknęłam oko. Może jeśli pomyślą, że nadal śpię, to sobie pójdą.
Niestety Hasho - a niech go - zauważył.
- Patrzcie, rusza się.
- Shiori - zaczął Andahai surowo, pochylając nade mną pociągłą twarz. Potrząsnął mną. - Wiemy, że nie śpisz. Shiori!
Zakaszlałam i cała zwinęłam się w bólu.
- Dosyć, Andahaiu! - powiedział Benkai. - Dosyć!
Płuca wciąż mnie paliły, zachłannie łaknąc powietrza, a usta smakowały piachem i solą. Jednym haustem wypiłam wodę, którą podał mi Hasho, a potem zmusiłam się, by posłać braciom uśmiech.
Nie odwzajemnili gestu.
- Opuściłaś ceremonię zaręczyn - skarcił mnie Andahai. - Znaleźliśmy cię na brzegu ledwie żywą.
Tylko mój najstarszy brat mógł zganić mnie za to, że o mało nie umarłam.
"O mało nie umarłam" - powtórzyłam w myślach i poderwałam palce do szyi. Smok owinął wokół niej ogon, jakby chciał mnie udusić. Ale nie wyczułam żadnych obrzmień ani bandaży. Czy on mnie uratował? Ostatnie, co pamiętałam, to rubinowe oczy i krzywy uśmiech. Nie kojarzyłam momentu wynurzenia się na powierzchnię, a na pewno nie wypłynęłam na górę sama...
Poczułam muśnięcie skrzydeł na kciuku i nagle przypomniałam sobie o drugiej ręce ukrytej pod kocem.
Kiki. Dzięki Wiecznym Dworom! Była trochę rozmokła jak ja, ale żyła.
- Co się stało, Shiori? - chciał wiedzieć Andahai.
- Daj jej chwilę - odezwał się Benkai. Przykucnął obok i poklepał mnie po plecach, kiedy piłam wodę. Zawsze łagodny i cierpliwy, byłby moim ulubionym bratem, gdybym nie widywała go tak rzadko. Ojciec szkolił go na dowódcę armii Kiaty, a Andahai miał objąć tron.
- Zmartwiłaś nas, siostro. Powiedz staremu Benbenowi, co pamiętasz.
Odchyliłam głowę do tyłu i oparłam ją o palisandrową ramę łóżka. Hasho już im powiedział, że uciekłam na widok węża. Czy powinnam poprzeć tak paskudne kłamstwo?
"Nie, jeśli skłamię, Andahai i Benkai będą tylko mieli więcej pytań" - uznałam szybko. "Z drugiej strony nie mogę powiedzieć prawdy. Nie mogą dowiedzieć się o Kiki".
Odpowiedź była prosta. Kiedy kłamstwo nie działa, trzeba odwrócić uwagę.
- Uratował mnie smok - oznajmiłam.
Andahai się skrzywił.
- Smok. Co ty nie powiesz?
- Był mały jak na smoka - ciągnęłam. - Pewnie młody. Ale miał mądre oczy. Bystrzejsze nawet niż Hasho.
Uśmiechnęłam się figlarnie z nadzieją, że poprawię im nastrój, jednak moi bracia tylko jeszcze bardziej się zachmurzyli.
- Nie mam czasu na niestworzone historie, Shiori - rzucił Andahai. Ze wszystkich moich braci to on miał najmniej bujną wyobraźnię. Skrzyżował ręce w długich rękawach tak sztywnych jak jego nawoskowane czarne włosy. - Akurat dziś postanowiłaś uciec nad jezioro... Opuściłaś ceremonię swoich zaręczyn z synem Lorda Bushiana!
Zupełnie zapomniałam o moim narzeczonym. Poczucie winy wezbrało mi w piersi, a uśmiech spełzł z twarzy. "Ojciec na pewno jest na mnie wściekły".
- Ojciec już tu idzie - potwierdził moje obawy Andahai. - Nie liczyłbym, że jako jego ulubienica się z tego wywiniesz.
- Odpuść jej - powiedział Benkai. Ściszył głos. - To równie dobrze mógł być atak.
Na te słowa i ja się zachmurzyłam.
- Atak?
- Mówi się o powstaniach - wyjaśnił mój drugi najstarszy brat. - Wielu lordów sprzeciwia się twojemu małżeństwu z synem Lorda Bushiana. Boją się, że jego rodzina będzie zbyt potężna.
- Nie zostałam zaatakowana - zapewniłam ich. - Widziałam smoka i on mnie uratował.
Andahai poczerwieniał z irytacji.
- Dosyć kłamstw, Shiori. Przez ciebie Lord Bushian i jego syn opuścili Gindarę całkowicie zhańbieni.
Ten jeden raz nie kłamałam.
- To prawda - przysięgłam. - Widziałam smoka.
- I to powiesz ojcu?
- Co powiesz ojcu? - zagrzmiał głos, który poniósł się echem po całym pokoju.
Nie słyszałam, jak drzwi się otwierają, ale teraz skrzypnęły, gdy ojciec i macocha weszli do mojej komnaty. Bracia pokłonili się nisko, a ja opuściłam głowę tak, że prawie dotknęłam kolan.
Andahai podniósł się jako pierwszy.
- Ojcze, Shiori jest...
Ojciec uciszył go gestem. Nigdy nie widziałam go tak wściekłego. Zazwyczaj mój uśmiech wystarczył, by stopić lód w jego oczach, ale nie dziś.
- Twoja pielęgniarka poinformowała nas, że nic ci nie jest - rzekł. - To przyjmuję z ulgą. Natomiast twoje dzisiejsze zachowanie jest całkowicie niewybaczalne.
Jego głos, tak niski, że drewniana rama łóżka aż się zatrzęsła, drżał z wściekłości i rozczarowania. Nadal pochylałam głowę.
- Przepraszam. Nie chciałam...
- Przeprosisz Lorda Bushiana i jego syna - przerwał mi. - Twoja macocha zaproponowała, żebyś wyhaftowała gobelin, by zadośćuczynić za hańbę, jaką przyniosłaś jego rodzinie.
Podniosłam wzrok.
- Ale ojcze! To zajmie wiele tygodni!
- Masz coś innego do roboty?
- A moje lekcje? - spytałam zdesperowana. - Obowiązki, popołudniowe modlitwy w świątyni...
Ojciec był niewzruszony.
- Nigdy w życiu nie przejmowałaś się swoimi obowiązkami. Zostaną zawieszone na czas pracy. Zaczniesz natychmiast, pod nadzorem macochy, i nie opuścisz pałacu, póki nie ukończysz gobelinu.
- Ale... - Zobaczyłam, że Hasho kręci głową, i się zawahałam. Wiedziałam, że ma rację. Nie powinnam się kłócić, nie powinnam protestować... Mimo to niemądre słowa i tak wyrwały mi się z ust. - Ale za dwa tygodnie jest letni festyn...
Jeden z braci szturchnął mnie od tyłu. Tym razem ostrzeżenie zadziałało. Zamilkłam.
Oczy ojca na chwilę złagodniały, jednak kiedy się odezwał, głos miał ostry.
- Letni festyn odbywa się co roku, Shiori. Dobrze ci zrobi, jeśli nauczysz się, że twoje zachowanie niesie za sobą pewne konsekwencje.
- Tak, ojcze - wyszeptałam z bólem w sercu.
To prawda, że letni festyn odbywa się co roku, ale to miał być ostatni festyn z moimi braćmi, zanim skończę siedemnaście lat i zostanę wydana za mąż - czy raczej wyrzucona do domu przyszłego męża.
A ja to zniszczyłam.
Ojciec mnie obserwował, czekał, aż zacznę błagać o litość, usprawiedliwiać się i nakłaniać go, żeby zmienił zdanie. Ale skrzydła Kiki trzepoczące przy mojej dłoni kazały mi siedzieć cicho. Wiedziałam, że jeśli dowie się o jej istnieniu, konsekwencje będą o wiele gorsze niż opuszczenie festynu.
- Byłem dla ciebie zbyt łagodny, Shiori - powiedział cicho ojciec. - Jesteś moim najmłodszym dzieckiem, więc dawałem ci dużo swobody i pozwalałem szaleć z braćmi. Ale teraz dorosłaś. Jesteś księżniczką Kiaty, jedyną księżniczką tego królestwa. Nadszedł czas, żebyś zachowywała się jak dama godna swojego tytułu. Macocha zgodziła się ci pomóc.
Strach skręcił mi żołądek, a oczy wystrzeliły w stronę macochy, która nie ruszyła się z miejsca pod oknem. Zapomniałam o jej obecności, co wydawało się niemożliwe, gdy na nią spojrzałam.
Miała niezwykłą urodę z rodzaju tych, które poeci uwieczniają w legendach. Moja matka była uważana za najpiękniejszą kobietę w Kiacie i po obrazach wiedziałam, że to nie przesada, ale macocha prawdopodobnie była najpiękniejszą kobietą na całym świecie.
Uderzające opalizujące oczy, różane usta i hebanowe włosy tak lśniące, że opadały na plecy długą taflą satyny. Jednak najbardziej wyróżniała ją ukośna blizna na twarzy. Ktokolwiek inny mógłby z nią wyglądać niepokojąco, mógłby próbować ją ukryć. Ale nie moja macocha, i to w pewien sposób dodawało jej uroku. Nawet nie pudrowała twarzy, jak to było w modzie, ani nie woskowała włosów, żeby bardziej błyszczały. Choć jej pokojówki narzekały, że nigdy się nie maluje, nikt nie wątpił w jej naturalnie promienne piękno.
Raikama - nazywali ją wszyscy za plecami. Bezimienna Królowa. Miała imię dawniej, gdy mieszkała na południu, lecz znał je tylko mój ojciec i garstka jego najbardziej zaufanych urzędników. Nigdy nie mówiła o imieniu ani o życiu, jakie wiodła, zanim została małżonką cesarza.
Unikałam jej spojrzenia, wpatrując się w swoje dłonie.
- Naprawdę mi przykro, że przyniosłam ci wstyd, ojcze. I tobie, macocho. Nie miałam takiego zamiaru.
Ojciec dotknął mojego ramienia.
- Nigdy więcej nie zbliżaj się do jeziora. Lekarz powiedział, że prawie utonęłaś. Co ty sobie w ogóle myślałaś, że tak wybiegłaś z pałacu?
- No... - Zaschło mi w ustach. Kiki trzepotała przy mojej dłoni, jakby ostrzegała, bym nie mówiła prawdy. - Myślałam, że widziałam wę...
- Mówi, że widziała smoka - wtrącił Andahai tonem, który jasno dawał do zrozumienia, że mi nie wierzy.
- Nie w pałacu - zawołałam. - W Świętym Jeziorze.
Macocha, do tej pory spokojna i milcząca, nagle zesztywniała.
- Widziałaś smoka?
Zamrugałam, zdziwiona jej zainteresowaniem.
- Tak, widziałam.
- Jak wyglądał?
Coś w jej bladych, zimnych oczach sprawiało, że ja - urodzona kłamczucha - nie umiałam skłamać.
- Był mały - zaczęłam. - Miał szmaragdowe łuski i oczy jak czerwone słońce. - Następne słowa wymówiłam z trudem. - Jestem pewna, że go sobie wyobraziłam.
Ramiona Raikamy niemal niedostrzegalnie opadły i ostrożne opanowanie wróciło na jej twarz niczym maska, którą niechcący zdjęła na chwilę.
Posłała mi wymuszony uśmiech.
- Twój ojciec ma rację, Shiori. Lepiej, żebyś spędzała więcej czasu w pałacu i nie myliła fantazji z rzeczywistością.
- Tak, macocho - mruknęłam.
Moja odpowiedź zadowoliła ojca, który szepnął coś do niej i wyszedł. Ona jednak została.
Była jedyną osobą, której nie potrafiłam wyczuć. Złota obwódka otaczała jej oczy - oczy, które zniewalały mnie swoim chłodem. Nie umiałam stwierdzić, czy w ich głębi zieje pustka, czy kipi nieopowiedziana historia.
Kiedy bracia dokuczali mi za to, że się jej bałam, mówiłam: "Tylko jej wężowych oczu". Lecz w głębi serca wiedziałam, że chodzi o coś więcej.
Choć nigdy tego nie powiedziała ani nie pokazała, wiedziałam, że Raikama mnie nienawidzi.
Nie wiedziałam za co. Kiedyś myślałam, że za podobieństwo do matki - światła, które rozpalało jego lampion, jak mawiał ojciec, cesarzowej jego serca. Gdy zmarła, kazał wznieść świątynię na jej cześć i chodził tam każdego ranka, by się modlić. Macocha mogłaby mieć do mnie żal o to, że przypominam rywalkę, której nigdy nie doścignie.
Mimo to nie sądziłam, by to był prawdziwy powód. Macocha nigdy nie skarżyła się, kiedy ojciec składał hołd mojej matce, nigdy nie prosiła, by nazywać ją cesarzową, a nie małżonką. Wyglądało na to, że chce być sama, a ja często zastanawiałam się, czy wolałaby, żeby ludzie zwracali się do niej "Bezimienna Królowo" zamiast "Wasza Promienność", co nawiązywało do jej urody i tytułu.
- Co masz pod ręką? - zapytała. Ptaszka przesunęła się niemal na krawędź łóżka, a ja dopiero teraz zdałam sobie sprawę, jak niezręcznie wyglądam, wciąż próbując ją zakryć.
- Nic - odpowiedziałam szybko.
- W takim razie połóż ręce na kolanach, jak przystoi księżniczce Kiaty.
Czekała, a ja nie mogłam zrobić nic innego, jak usłuchać.
"Nie ruszaj się, Kiki. Proszę".
Gdy uniosłam rękę, Raikama wyrwała Kiki spod koca. Ku mojej uldze Kiki się nie ruszyła. Każdy uznałby ją za zwykłą kartkę papieru.
- Co to jest?
Wyprostowałam się.
- Nic takiego. Tylko papierowa ptaszka. Proszę, oddaj mi ją.
Popełniłam błąd.
Raikama uniosła brew. Teraz wiedziała, że Kiki coś dla mnie znaczy.
- Twój ojciec jest tobą zaślepiony. Rozpieszcza cię. Ale jesteś księżniczką, nie wiejską dziewczyną. I to o wiele za starą, żeby bawić się papierowymi ptaszkami. Czas, żebyś poznała wagę obowiązków, Shiori.
- Tak, macocho - powiedziałam cicho. - To się więcej nie powtórzy.
Raikama wyciągnęła rękę. Nadzieja wezbrała w mojej piersi i sięgnęłam po Kiki. Jednak zamiast mi ją podać, macocha podarła ptaszkę na pół, a potem jeszcze raz.
- Nie! - zawołałam, rzucając się za Kiki, ale Andahai i Benkai przytrzymali mnie na miejscu
Moi bracia byli silni. Nie walczyłam z nimi, kiedy targnął mną szloch. Ogarnęła mnie rozpacz. Ktoś, kto nie wiedział, ile Kiki dla mnie znaczy, mógłby pomyśleć, że przesadzam.
Raikama przyglądała mi się z nieprzeniknioną miną: usta miała zaciśnięte, oczy zmrużone w szparki. Bez słowa rzuciła szczątki Kiki na podłogę i wyszła.
Andahai i Benkai podążyli za nią, ale Hasho został.
Odczekał, aż zamkną drzwi, a potem usiadł przy mnie na krawędzi łóżka.
- Mogłabyś zrobić to jeszcze raz? - spytał cicho. - Zaczarować ptaka tak, żeby latał?
Nigdy nie chciałam ożywiać Kiki. Próbowałam tylko składać papierowe ptaki - żurawie, bo to one widniały na moim herbie rodzinnym - żeby bogowie mnie usłyszeli. Wszyscy Kiatanie znali tę legendę: jeśli złożysz tysiąc ptaków, z papieru, tkaniny czy nawet drewna, ptaki te zaniosą wiadomość do nieba.
Wiele tygodni pracowałam sama - nie prosząc nawet mojego brata Wandeia, mistrza zagadek i konstrukcji, o pomoc ze składaniem ptaka z papieru. Kiki była moim pierwszym sukcesem, choć szczerze mówiąc, wyglądała bardziej jak wrona z długą szyją niż jak żuraw. Położyłam ją sobie na kolanach i namalowałam jej czerwoną kropkę na głowie, żeby przypominała żurawie wyhaftowane na moich szatach, po czym powiedziałam: "Co za marnotrawstwo - mieć skrzydła i nie potrafić latać".
Wtedy papierowe skrzydła zaczęły trzepotać i ptaszka powoli, z wahaniem, uniosła się w powietrze, jak pisklę, które dopiero uczy się latać. W następnych tygodniach kiedy kończyłam lekcje, a moi bracia byli zbyt zajęci, żeby się ze mną widzieć, w tajemnicy pomagałam jej ćwiczyć. Zabierałam ją do ogrodu, by mogła fruwać wśród przyciętych drzew i kamiennych sanktuariów, a w nocy opowiadałam jej historie.
Byłam taka szczęśliwa, mając przyjaciółkę, że nie martwiłam się o konsekwencje posiadania magicznych zdolności.
A teraz ją straciłam.
- Nie - szepnęłam do Hasho. - Nie potrafię.
Wziął głęboki wdech.
- To dobrze. Nie powinnaś parać się magią, której nie możesz kontrolować. Jeśli ktoś się o tym dowie, zostaniesz wygnana z Kiaty na zawsze. - Ujął mój podbródek i otarł mi łzy. - A jeśli odeślą cię daleko stąd, kto będzie nad tobą czuwał, siostrzyczko? Kto będzie dochowywał twoich tajemnic i usprawiedliwiał twoje wybryki? Nie ja. - Posłał mi smutny uśmiech. - Więc bądź grzeczna. Proszę.
- I tak mnie odeślą - odpowiedziałam, wyrywając mu się. Padłam na kolana i pozbierałam kawałki papieru rozrzucone przez macochę. Przyciągnęłam Kiki do serca, jakby to miało przywrócić jej życie. - Była moją przyjaciółką.
- Była kartką papieru.
- Miałam zamiar zamienić ją w prawdziwego żurawia. - Głos mi zadrżał, a w gardle urosła gula, gdy zerknęłam na stos ptaków, które złożyłam. Było ich prawie dwieście, ale żaden nie ożył jak Kiki.
- Nie mów mi, że wierzysz w legendy, Shiori - zaczął łagodnie Hasho. - Gdyby każdy, kto złoży tysiąc ptaków, dostawał życzenie, wszyscy całymi dniami składaliby wróble, sowy i mewy, a potem życzyli sobie gór ryżu i złota, z latami dobrych zbiorów na dokładkę.
Nie odpowiedziałam. Hasho nie rozumiał. Zmienił się. Wszyscy moi bracia się zmienili.
Westchnął.
- Postaram się namówić ojca, żeby pozwolił ci pójść na letni festyn, kiedy będzie w bardziej miłosiernym nastroju. Czy to poprawi ci humor?
Wiedziałam, że nic nie poprawi mi humoru po tym, co stało się z Kiki, ale lekko skinęłam głową.
Hasho uklęknął obok i ścisnął mnie za ramię.
- Może te następne tygodnie z macochą dobrze ci zrobią.
Strząsnęłam jego rękę. Wszyscy zawsze stawali po jej stronie. Nawet służba - choć za plecami nazywali ją Raikamą, nigdy nie mówili o niej źle. Tak samo moi bracia. Tak samo mój ojciec. Zwłaszcza ojciec.
- Nigdy jej tego nie wybaczę. Nigdy.
- Shiori... to nie wina naszej macochy.
"Tylko twoja" - prawie dokończył, ale był zbyt rozsądny, żeby wymsknęły mu się takie słowa.
Miał rację, lecz nie zamierzałam tego przyznać. Coś w jej spojrzeniu, kiedy powiedziałam o smoku, wzbudziło moje podejrzenia.
- Na pewno jest jej trudno być tak daleko od domu. Nie ma tu przyjaciół. Nie ma rodziny.
- Ma naszego ojca.
- Rozumiesz, co mam na myśli. - Usiadł przy mnie, krzyżując nogi. - Spróbuj się z nią dogadać. To ułatwi nam sprawę, kiedy poproszę ojca, żeby puścił cię na festyn.
Zazgrzytałam zębami.
- Dobrze, ale to nie znaczy, że będę z nią rozmawiać.
- Musisz być taka drażliwa? - jęknął Hasho. - Zależy jej na tobie.
Spojrzałam na niego i dostrzegłam zmarszczoną brew, drgające lewe oko. Wszystko wskazywało, że był mną naprawdę poirytowany.
- Nie wierzysz mi, prawda? - spytałam cicho. - Że widziałam smoka.
Zwlekał z odpowiedzią.
- Oczywiście, że ci wierzę.
- Nie wierzysz. Mam szesnaście lat, nie jestem dzieckiem. Wiem, co widziałam.
- Cokolwiek widziałaś, zapomnij o tym - przykazał mi. - Zapomnij o Kiki, o smoku, o wszystkim, co zrobiłaś, czym doprowadziłaś do tej sytuacji.
- Nie doprowadziłam do żadnej sytuacji. To po prostu się stało.
- Dogadaj się z nią - powtórzył Hasho. - To nasza matka.
- Nie moja - odparłam, ale głos mi zadrżał.
Kiedyś myślałam o niej jako o matce. Lata temu ja pierwsza przyjęłam Raikamę, gdy ojciec sprowadził ją do domu - wtedy mnie lubiła. Chodziłam za nią wszędzie. Była tak tajemnicza, że chciałam dowiedzieć się o niej wszystkiego.
- Skąd masz tę bliznę? - zapytałam ją pewnego dnia.
Uśmiechnęła się, poklepała mnie po głowie i poprawiła moją szarfę, wiążąc ją w zgrabną, ciasną kokardę.
- Wszyscy mamy swoje sekrety. Pewnego dnia dorobisz się własnego, Shiori.
Magia. Moim sekretem była magia.
A jej?