Sześć powodów by umrzeć - Marta Zaborowska

Kup ebooka

39.99 zł
30.79 zł (23,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Czwartek, 17 września

-?A więc znowu się spo­ty­kamy. Kto by pomy­ślał. Chyba zacznę wie­rzyć w prze­zna­cze­nie. Albo w łaska­wość losu. Powiem wam, jak to jest z tym losem. Jed­nym sprzyja, ale dru­gim już nie. Wam aku­rat nie wróżę niczego dobrego.

Shi Lu, dwu­dzie­sto­ośmio­let­nia funk­cjo­na­riuszka wzro­stu metr pięć­dzie­siąt osiem, o sko­śnych oczach i cia­sno zwią­za­nych w koń­ski ogon wło­sach, pode­szła do okna gabi­netu i spraw­dziła, czy żalu­zje są dokład­nie zasu­nięte. Gdy uznała, że jest tak, jak być powinno, wró­ciła do biurka i usia­dła obok swo­jego guru, śled­czego Naumana. Zaraz potem skie­ro­wała świa­tło zie­lo­nej lampki cen­tral­nie na głowy dwójki ludzi usa­do­wio­nych po prze­ciw­nej stro­nie. Wykrzy­wili odru­chowo twa­rze.

-?Coś nie tak? -?spy­tała.

-?Nie­po­trzeb­nie drę­czysz naszych gości, dzie­cinko. -?Nauman poru­szył się na swoim krze­śle z pod­ło­kiet­ni­kami wyglą­da­ją­cym tro­chę jak fotel. - Widzisz prze­cież, że są w nie naj­lep­szej for­mie.

Shi Lu nie­śpiesz­nie prze­krę­ciła lampę, by nie raziła ich w oczy.

-?Ma pan rację. Powin­ni­śmy być dla sie­bie bar­dziej wyro­zu­miali. W końcu znamy się nie od dziś.

Linia gra­niczna świa­tła zatrzy­mała się na wyso­ko­ści nosów prze­słu­chi­wa­nych. Shi Lu lubiła patrzeć na dolną część ich twa­rzy i wbrew opi­nii o praw­dzie wyzie­ra­ją­cej z oczu uwa­żała, że o ile nad spoj­rze­niem można zapa­no­wać, o tyle nad reak­cją ust i brody już nie do końca. Za dużo w nich mię­śni, które drgają przy byle bodźcu.

Nauman swoim zwy­cza­jem pozo­sta­wał w nie­mal cał­ko­wi­tym mroku. Sie­dział tyłem do okna, ubrany w ciem­no­gra­fi­towy gar­ni­tur, czarną koszulę i takiż kra­wat, co czy­niło go led­wie widocz­nym. Znaj­du­jąca się naprze­ciw niego dwójka ludzi widziała jedy­nie zarys jego tuło­wia i czaszki z uli­za­nymi wło­sami deli­kat­nie przy­pró­szo­nymi siwi­zną. Co pewien czas, wraz z nie­znacz­nymi ruchami głowy, w foto­chro­mo­wych szkłach oku­la­rów męż­czy­zny odbi­jało się roz­pro­szone świa­tło rzu­cane przez zie­loną lampę. Dło­nie trzy­mał sple­cione na wyso­ko­ści żołądka. Uno­siły się wraz z każ­dym odde­chem, nie­śpiesz­nym i nad wyraz spo­koj­nym.

-?Oso­bi­ście nie mam nic do prze­zna­cze­nia, ale nie zamie­rzam też go prze­ce­niać -?ode­zwał się, wyrwany z chwi­lo­wego zamy­śle­nia. -?To była raczej kwe­stia czasu. Przy­po­mnij mi, Shi, jak to tam u was mówi­cie? - pstryk­nął pal­cami w powie­trzu.

-?Długa droga ujaw­nia zalety konia.

-?Czyż to nie piękna meta­fora cier­pli­wo­ści? -?Nauman roz­ło­żył ręce. - Wytrwa­łość, Shi. Tylko ona popłaca, zapa­mię­taj to sobie.

-?Zapa­mię­tam. Mimo to nasi goście wyglą­dają na zasko­czo­nych.

Nauman zsu­nął z oczu oku­lary.

-?Wydaje ci się. Są tylko tro­chę onie­śmie­leni. Za kilka godzin przy­wykną i cał­kiem się oswoją. Nie mogli prze­cież zakła­dać, że roz­sta­li­śmy się z nimi na dobre. W końcu nie mamy do czy­nie­nia z... -?Męż­czy­zna wyko­nał dło­nią wirowy ruch tuż przy swo­jej gło­wie. -?No skąd! To inte­li­gentni ludzie, z wyobraź­nią.

-?Bywa, że naiw­ność prze­ra­sta zdrowy roz­są­dek.

-?To dość okrutne, co mówisz, Shi. Pozwo­lisz, że jed­nak będę się trzy­mał swo­jej wer­sji. Ta ich wyobraź­nia... Jak nic należy się im tytuł fan­ta­stów roku. Tylko się zasta­nów, dała­byś radę wymy­ślić taką zbrod­ni­czą bajeczkę jak oni? Do tego trzeba mieć dar, dzie­cinko. Więc nie odma­wiajmy im ani wyobraźni, ani prze­czu­cia, że tak to się musiało skoń­czyć. To byłoby dla nich zbyt krzyw­dzące.

-?Przy­po­mi­nam panu, że zgar­nę­li­śmy ich z lot­ni­ska.

Nauman poki­wał głową.

-?Tak, wiem. To aku­rat było z ich strony wyjąt­kowo nie­roz­sądne posu­nię­cie. Ucieczka? -?Cmok­nął nie­przy­jem­nie przez zęby. -?Dokąd to się pań­stwo wybie­rali? Masz to gdzieś w papie­rach?

Shi Lu zasze­le­ściła kart­kami.

-?Zatrzy­mano ich przy kasach. Ale nie, bile­tów jesz­cze przy sobie nie mieli. Zna­le­ziono za to przy nich znaczną ilość gotówki w obcych walu­tach. Głów­nie dolary i euro, tro­chę fran­ków.

-?Co z baga­żami?

-?Tylko pod­ręczne torby.

-?W końcu wszystko można kupić na miej­scu. Podob­nie jak w wię­zien­nym kio­sku. -?Nauman nachy­lił się nad biur­kiem i zwró­cił wprost do sie­dzą­cej po dru­giej stro­nie blatu dwójki. -?Przy­kro mi to mówić, ale naj­wi­docz­niej wła­śnie tam jest wasze miej­sce, dość odle­głe od cie­płych fal Pacy­fiku. A pro­pos, komu wody?

-?Nie trzeba.

-?Obej­dzie się.

-?Nalej im, dzie­cinko, od serca. -?Nauman ski­nął ręką na Shi Lu. - Bla­dzi są, wyglą­dają na wycień­czo­nych. Zabi­ja­nie tak ich zmę­czyło. To cho­ler­nie ciężka robota. Lej, nie żałuj.

Cier­pli­wie obser­wo­wał, jak asy­stu­jąca mu funk­cjo­na­riuszka sta­wia na biurku dwa żebro­wane kubki i napeł­nia je do połowy.

-?Dar­mowa dolewka, jakby co. Czuj­cie się jak w McDo­nal­dzie - powie­działa, odsta­wia­jąc butelkę na pod­łogę. Przy oka­zji zer­k­nęła na zega­rek. -?Już po szó­stej, zaraz zacznie świ­tać -?szep­nęła dys­kret­nie do Naumana.

-?Nie chcę tu żad­nego słońca. Na pewno zasu­nę­łaś porząd­nie żalu­zje?

-?Na pewno. Przy­po­mnia­łam jedy­nie, bo kazał mi pan na to uwa­żać.

-?Jesteś nie­za­stą­piona, Shi. A teraz bierzmy się do kon­kre­tów, zmar­no­wa­li­śmy już wystar­cza­jąco dużo czasu.

-?Pan czy ja? -?zapy­tała, przy­su­wa­jąc się bli­żej z apa­ra­turą do nagry­wa­nia.

-?Scena jest twoja, dzie­cinko. Zasłu­ży­łaś.

Kobieta pokor­nie kiw­nęła głową. Wzięła głę­boki oddech, po czym włą­czyła zapis w poli­cyj­nej kame­rze.

-?Jest sie­dem­na­sty wrze­śnia dwa tysiące dwu­dzie­stego roku. Godzina szó­sta pięt­na­ście nad ranem. Prze­słu­cha­nie w spra­wie odna­le­zio­nych wczo­raj, to jest szes­na­stego wrze­śnia, ludz­kich zwłok znaj­du­ją­cych się we wcze­snej fazie roz­kładu, pro­wa­dzi młod­sza aspi­rant Shi Lu wraz z nad­zo­ru­ją­cym, śled­czym Rudol­fem Nauma­nem. Dopro­wa­dzeni zatrzy­mani w spra­wie to... Co się dzieje?! Omdle­nie? Niech mi pan pomoże, bo to nie wygląda dobrze. Potrzebne coś pod głowę, żeby tak nie zwi­sała. Ostroż­nie... Dzwo­nię po karetkę. Halo... mamy pro­blem... wygląda na serce... nie wiem, czy zawał... Tak, pod­czas prze­słu­cha­nia. Czy był stres? A jak pani myśli? Tak, oddech słaby, ale jest. Wiem, że nie potrzeba resu­scy­ta­cji... Okno otwarte, nic wię­cej nie mogę zro­bić. Co z tą karetką, jedzie? Tak, cze­kamy. Mogłaby jechać szyb­ciej? Jestem spo­kojna, pytam jedy­nie, za ile będzie lekarz? To jakaś tajem­nica? Wyłą­czamy nagry­wa­nie. Mógłby pan, bo sama nie dosię­gnę? Może poje­cha­li­śmy z nimi za ostro...? Niech pan to wyłą­czy!

Nauman jedną wolną ręką wci­snął guzik, by zasto­po­wać dzia­ła­nie kamery. Drugą wciąż pod­trzy­my­wał głowę omdla­łego świadka.

-?Ska­su­jemy zapis i zaczniemy od początku -?zarzą­dził.

Shi Lu przy­gry­zła usta.

-?Co powie­dzia­łam nie tak?

-?Tu nie cho­dzi ani o cie­bie, ani o to, co powie­dzia­łaś -?powie­dział Nauman, ści­sza­jąc głos. -?Na moje oko to tylko zwy­kły atak paniki. Jesz­cze nikt od niego nie umarł. Wyliże się.

-?Spraw­dzę cho­ciaż, czy równo oddy­cha.

-?Oddy­cha. Ty też zacznij. I dobrze ci radzę: uod­por­nij się na takie sztuczki. To, co wła­śnie zoba­czy­łaś, to był teatr. Wyda­wało mi się, że ten trik jest już ograny, ale jak widać, na takie naiwne ofiary jak ty wciąż działa. Nie daj się nabie­rać, Shi.

Nauman gwizd­nął prze­cią­gle przez zęby. Do pokoju weszło dwóch funk­cjo­na­riu­szy, któ­rzy cze­kali dotąd na kory­ta­rzu.

-?Wypro­wa­dzić za drzwi i cze­kać -?naka­zał im, wska­zu­jąc na dru­giego, cał­kiem przy­tom­nego świadka. -?Niech sie­dzi tam, aż zawo­łam. Prze­ry­wamy prze­słu­cha­nie na czas przy­jazdu pogo­to­wia.

Kiedy znik­nęli z pola widze­nia, ponow­nie zwró­cił się pół­gło­sem do Shi Lu.

-?Jak myślisz, dla­czego uni­kam dzien­nego świa­tła?

Wzru­szyła ramio­nami.

-?Przy­znam, że bałam się o to zapy­tać. Jest pan jedyną znaną mi osobą, która tak osten­ta­cyj­nie wystrzega się słońca.

-?Wystrzega? Widzę, że lubisz eufe­mi­zmy. Pra­cu­jemy zbyt długo razem, żebyś nie zauwa­żyła, że go nie­na­wi­dzę.

-?W tym rzecz. Ludzie zwy­kle je kochają.

Nauman obró­cił twarz do okna.

-?Jeden dzień z otwar­tymi na pełne słońce powie­kami wystar­czy, żeby czuć świa­tło­wstręt do końca życia. Wiesz, co to jest roz­wórka do oczu?

Kiw­nęła głową.

-?Żeby nie wyschły, pole­wał je kro­plami. Przy­znam, że regu­lar­nie, ale i tak ból był nie do znie­sie­nia.

-?Kim był ten czło­wiek?

-?Gdy­bym to wie­dział, był­bym naj­szczę­śliw­szym gliną na świe­cie. Do tej pory go szu­kam. Z gów­nia­nym skut­kiem -?dodał.

-?Kiedy to się stało?

-?Dawno. Dekadę temu. Doszło do zabój­stwa star­szej kobiety. Dla forsy, oczy­wi­ście, i to cał­kiem spo­rej. Trzy­mała dolary w regale. Tamci dzia­łali we dwójkę, dokład­nie jak ci teraz. Tak mi się przy­naj­mniej wyda­wało. Gów­nia­rze mieli po dwa­dzie­ścia lat. Zła­pa­łem ich i z fan­fa­rami odda­łem w ręce pro­ku­ra­tora. Nie mia­łem poję­cia, że za tą zbrod­nią stoi ktoś jesz­cze. Robota wyglą­dała mi na typowy występ w tan­de­mie.

-?A oka­zało się, że na ramie sie­dział jesz­cze ten trzeci?

-?Raczej na kie­row­nicy.

-?Facet od roz­wórki.

-?Taa... od cho­ler­nej roz­wórki, Shi.

-?Za wsy­pa­nie kum­pla z kie­row­nicy można doznać w celi nagłego pęk­nię­cia śle­dziony -?zauwa­żyła kobieta.

-?Lub udła­wić się szczo­teczką pod­czas mycia zębów. Dla­tego ten trzeci wciąż był na wol­no­ści. Dopadł mnie, gdy tamci sie­dzieli już po wyroku.

-?Domy­ślam się, że nie cho­dziło mu o zawar­cie z panem dozgon­nej przy­jaźni.

-?Nie uwie­rzysz, Shi, ale oka­zał się wyjąt­kowo wylew­nym czło­wie­kiem. Zwie­rzył mi się nawet ze swo­ich uczuć. A kon­kret­nie z jed­nego: że nikt go tak w życiu nie wkur­wił jak ja. Tamci dwaj to byli jego naj­lepsi ludzie. Zaufani pod­wy­ko­nawcy. Pupile, któ­rych nie mógł odża­ło­wać. Dla­tego posta­no­wił powspo­mi­nać ich razem ze mną. Ostat­nie, co widzia­łem, kiedy zapra­szał mnie do swo­jego samo­chodu, to asfalt na par­kingu przed moim blo­kiem. Ock­ną­łem się na jakimś zadu­piu peł­nym elek­trycz­nych słu­pów. Sie­dzia­łem roze­brany do pasa i z opa­ską na czole. Doci­skała mi głowę do jed­nego ze słu­pów tak, żebym nie mógł nią obró­cić.

-?To miała być zemsta za kum­pli?

-?A jak ci się wydaje? Że chciał mi zro­bić przy­jem­ność, żebym się poopa­lał na sło­neczku? Nie było czapki z dasz­kiem, Shi. O kre­mie z fil­trem nie wspo­mnę.

-?Grubo...

-?Zabawa w obsługę sola­rium znu­dziła mu się po jakichś pię­ciu godzi­nach. Wlał mi do oczu ostat­nią por­cję kro­pli i ulot­nił się na kilka minut przed przy­jaz­dem radio­wozu. Był uprzejmy powia­do­mić, gdzie mnie znajdą, bo zabi­jać mnie nie zamie­rzał. Wolał zosta­wić po sobie pamiątkę. I nie cho­dzi tylko o chore oczy.

-?Za każ­dym razem, gdy patrzy pan na słońce, wra­cają wspo­mnie­nia? - zga­dła Shi Lu.

Nauman zadu­mał się.

-?Do tej pory nie mogę sobie daro­wać, że ich nie doci­sną­łem. Gdy­bym tylko miał cień podej­rze­nia...

-?Może jesz­cze nie jest za późno?

-?Prze­pa­dło, dzie­cinko. Prze­ga­pi­łem moment. Nie ma już czym z nimi han­dlo­wać. Sie­dzą od dzie­się­ciu lat i posie­dzą kolej­nych pięt­na­ście.

-?Dostali od dzwonka do dzwonka?

-?Taa... Nie ma o czym gadać, Shi. Co z tym pogo­to­wiem?

-?Chyba ich sły­szę.

Shi Lu wyj­rzała za drzwi. Na końcu kory­ta­rza zoba­czyła sie­dzącą wypro­sto­waną postać, obok któ­rej waro­wało dwóch funk­cjo­na­riu­szy. Od dru­giej strony docho­dziły odgłosy kro­ków.

-?Tutaj, pano­wie! -?zawo­łała, robiąc w drzwiach przej­ście dla ratow­ni­ków. -?Szyb­ciej, szyb­ciej!

Patrzyli z Nauma­nem, jak lekarz z ratow­ni­kiem klę­kają na wypło­wia­łej wykła­dzi­nie i jak spraw­dzają czyn­no­ści życiowe świadka. Obser­wo­wali ich sprawne ruchy i podzi­wiali opa­no­wa­nie, z jakim lekarz sięga do torby po ste­to­skop oraz strzy­kawkę, a następ­nie przy­rzą­dza w ampułce mętną zawie­sinę, by po chwili wstrzyk­nąć ją w żyłę omdla­łej ręki. Gdy tłok się zatrzy­mał, jesz­cze raz zba­dał serce.

-?Za kwa­drans cał­kiem doj­dzie do sie­bie.

Shi Lu sta­nęła za leka­rzem.

-?Co to było? Zapaść?

-?Chwi­lowe zasłab­nię­cie, nic groź­nego. Poda­łem lek wzmac­nia­jący.

-?Zasłab­nię­cie nie trwa dwu­dzie­stu minut, dok­to­rze.

Męż­czy­zna wstał z kolan. Chwy­cił Shi za łokieć i odcią­gnął kilka kro­ków dalej.

-?Zwy­kle trwa dwie, trzy minuty. Tym razem też tak było -?dodał zna­cząco.

-?Czyli uda­jemy? Nic nam nie jest, ale pozo­ru­jemy zawał?

-?Coś w tym stylu.

Wzięła bar­dzo głę­boki oddech. Odpro­wa­dziła ratow­ni­ków na kory­tarz i gestem ręki dała znać, by funk­cjo­na­riu­sze wpro­wa­dzili osobę cze­ka­jącą na krze­śle.

-?Piękne przed­sta­wie­nie -?mruk­nęła do Naumana, gdy tylko zostali sam na sam z prze­słu­chi­wa­nymi.

Uśmiech­nął się na te słowa.

-?Kolejna lek­cja za tobą, Shi. Patrz, słu­chaj, ale im nie wierz. A teraz skończmy to, co zaczę­li­śmy.

Nachy­lił się nad leżącą posta­cią i pokle­pał ją otwartą dło­nią po policzku. Na tyle mocno, że od razu skrzy­wiła się z bólu.

-?Pobudka -?powie­dział oschle. -?No już, wsta­jemy.

Gdy cała czwórka sie­działa z powro­tem na swo­ich miej­scach, przy­jął tę samą pozy­cję, co poprzed­nio. Wycią­gnął wygod­nie nogi i splótł dło­nie na brzu­chu.

-?Na czym to sta­nę­li­śmy... Zacze­kaj, Shi, nie włą­czaj jesz­cze nagry­wa­nia. Chcę powie­dzieć coś naszym gościom. A że powiem to tylko raz, wolał­bym, żeby nie roz­pra­szała ich praca kamery. Mają się skon­cen­tro­wać na tym, co mam im do prze­ka­za­nia, i dobrze mnie zro­zu­mieć.

-?Wydaje mi się, że wystar­cza­jąco dokład­nie wyja­śni­łam, jak będzie wyglą­dało prze­słu­cha­nie -?odparła Shi.

-?Nie wąt­pię, dzie­cinko. Jesteś wzo­rem sumien­no­ści. Ale nie cho­dzi mi o pro­ce­dury.

Shi Lu wzru­szyła ramio­nami.

-?Więc niech pan mówi.

Nauman wydał się jej nabu­zo­wany. Widziała, jak napina się w sobie, a mię­śnie w wąskich ręka­wach jego mary­narki drgają niczym u kul­tu­ry­sty na zawo­dach. Długo zbie­rał się, by ponow­nie otwo­rzyć usta. Była pewna, że gdy wresz­cie to zrobi, wyleje z sie­bie potok zło­śli­wo­ści, ale usły­szała tylko dwa słowa. Wymó­wił je w cza­sie, w jakim dałoby się wymó­wić dzie­sięć innych.

-?Ja wiem.

To był pierw­szy raz, kiedy zoba­czyła go bez oku­la­rów. Zdjął je, wsu­nął koń­cówkę zausz­nika do ust i zagryzł. Na nią nawet nie spoj­rzał. Patrzył za to na prze­mian to w jedną, to w drugą parę źre­nic sie­dzą­cych vis-a-vis ludzi.

-?Pro­po­nuję wam układ -?powie­dział, nie zwra­ca­jąc uwagi na roz­sze­rza­jące się ze zdzi­wie­nia oczy Shi. -?Załóżmy, że jestem w sta­nie zro­zu­mieć, iż do tej zbrodni musiało dojść. Załóżmy też, że prze­stanę się przy­glą­dać temu... -?Sil­nym szarp­nię­ciem wysu­nął szu­fladę, wyjął z niej pękatą aktówkę i rzu­cił ją na biurko. -?Zuży­li­śmy na to cały toner w dru­karce. -?Poło­żył dłoń na teczce. -?Ale warto było. Jest tu kilka cie­ka­wych histo­rii, o któ­rych pro­ku­ra­tor z chę­cią poczyta sobie do poduszki. Już usta­li­li­śmy, że głupi nie jeste­ście, więc dobrze wie­cie, o czym mówię. Skom­ple­to­wa­nie waszego port­fo­lio, a mówiąc wprost: gówna, które po was pozbie­ra­li­śmy, zajęło nam z Shi kilka nie­prze­spa­nych nocy, nie poszło to jed­nak na marne. Łzy rado­ści cisną mi się do oczu, kiedy sobie pomy­ślę, do jakich skar­bów się doko­pa­li­śmy. -?Palce komi­sa­rza zastu­kały w tek­tu­rową obwo­lutę. -?A teraz do rze­czy. Pro­ku­ra­tura nie ma poję­cia, że grze­ba­li­śmy w waszej prze­szło­ści. To była robótka na boku, powiedzmy: dla sportu. Oboje z Shi bar­dzo lubimy sport. W trak­cie naszych ćwi­czeń powstała ta oto teczka. Zwy­kła, z papieru. Jak wie­cie, papier łatwo jest znisz­czyć. W każ­dej chwili może tra­fić do prze­mie­le­nia. Może też tra­fić w ręce kogoś, kto zała­twi was na cacy. Tylko od was zależy, co się z tym sta­nie.

-?Możemy zamie­nić słowo? -?Shi nie wytrzy­mała.

-?Nie teraz.

Chciała ponow­nie zaopo­no­wać, ale unie­siona ręka Naumana powstrzy­mała ją.

-?Nie odzy­waj się przez chwilę, dzie­cinko. A wy słu­chaj­cie dalej. Deal jest nastę­pu­jący: wraz z Shi opusz­czę ten pokój za nie­całą minutę. Zosta­nie­cie tu zupeł­nie sami, powiedzmy na kwa­drans. Myślę, że to wystar­cza­jąco dużo czasu na pod­ję­cie decy­zji.

-?Mimo wszystko chcia­ła­bym...

-?Po kwa­dran­sie znów się spo­tkamy i ponow­nie uru­cho­mimy kamery. A wy, patrząc w to okrą­głe szkiełko, odpo­wie­cie mi na pewne pyta­nie. Zadam je już teraz. Jest jedno i do tego dzie­cin­nie pro­ste: kim jest czło­wiek, na któ­rego cze­ka­li­ście na lot­ni­sku? Pro­ste, nie mówi­łem? Na począ­tek tyle mi wystar­czy. Na resztę waszych jakże szcze­rych wyznań przyj­dzie jesz­cze czas. I niech wam nie przyj­dzie do łbów odpo­wia­dać, że pla­no­wa­li­ście ulot­nić się sami. Daruj­cie sobie i mnie bajeczkę, że doko­na­li­ście tej zbrodni tylko we dwójkę. Nie obra­żaj­cie mojej inte­li­gen­cji, dobrze wam radzę, nie rób­cie tego. Powta­rzam: chcę wie­dzieć, kim jest ten trzeci. A teraz kiw­nij­cie gło­wami, że zro­zu­mie­li­ście. Dosko­nale. Gotowi? To czas start.

Shi Lu patrzyła, jak Nauman ze sto­ic­kim spo­ko­jem wkłada do szu­flady teczkę z doku­men­tami, a następ­nie prze­kręca klu­czyk i chowa go do wewnętrz­nej kie­szeni mary­narki. Więc o to mu cho­dziło. O han­del wymienny, który sobie z góry zapla­no­wał. Po to była ta histo­ria o roz­wórce do oczu. Wystar­czyło ją opo­wie­dzieć w obec­no­ści jed­nego z prze­słu­chi­wa­nych, a potem wycią­gnąć kwity, które z taką skru­pu­lat­no­ścią kolek­cjo­no­wała na jego pole­ce­nie przez ostat­nie tygo­dnie. Przy­go­to­wy­wał sobie grunt pod tę roz­mowę, bo tym razem posta­no­wił nie odpu­ścić. Tylko że chyba nazbyt ponio­sła go wyobraź­nia. Shi była tam prze­cież, widziała zwłoki i miej­sce zbrodni. Nic nie wska­zy­wało na to, że poza tą dwójką był tam ktoś jesz­cze. Tego, że cze­kali na kogoś na Okę­ciu, by ulot­nić się gru­powo, też nie da się udo­wod­nić. Chyba że jest coś, o czym wie jedy­nie Nauman.

Śled­czy pod­niósł się z fotela, obszedł biurko i sta­nął za ple­cami prze­słu­chi­wa­nych. Nachy­lił się nad ich gło­wami, jakby nagle zapo­mniał, że naraża oczy na ostre świa­tło lampy.

-?I tak go zadru­tuję, tego trze­ciego -?powie­dział ści­szo­nym gło­sem. -?To tylko kwe­stia czasu, któ­rego może­cie mi zaosz­czę­dzić. Ja w zamian za to być może oszczę­dzę wam doży­wo­cia. Prze­my­śl­cie, co się wam bar­dziej opłaci. Macie pięt­na­ście minut, potem moja oferta prze­sta­nie być aktu­alna.

Wypro­sto­wał się. Ruchem głowy dał znak Shi, że czas opu­ścić pokój. Pode­rwała się i ruszyła pierw­sza do drzwi. Nim śled­czy zna­lazł się na kory­ta­rzu, zdą­żyła już zga­sić część jarze­nió­wek i pozo­sta­wić tylko jedną, by tliła się na końcu wąskiego holu.

Pode­szli do maszyny z kawą i wybrali dwa mocne espresso. Auto­mat zabu­czał i wypu­ścił z sie­bie strużki gorą­cego napoju.

Shi oparła się ple­cami o ścianę i zamie­szała pla­sti­ko­wym patycz­kiem w kawie.

-?Trzeci sprawca? -?zagad­nęła. -?Jest coś, o czymś nie wiem, czy to tylko pań­ska intu­icja?

Nauman upił dwa łyki, po czym wyce­lo­wał kub­kiem do kubła.

-?Na intu­icję już dawno prze­sta­łem sta­wiać. Bywa zgubna.

-?Oby się pan nie mylił.

-?Nie tym razem, dzie­cinko -?odparł, spo­glą­da­jąc na nią zza przy­ciem­nio­nych szkieł. -?Tylko raz popeł­ni­łem ten błąd i wię­cej tego nie zro­bię. Zresztą wkrótce sama się prze­ko­nasz, że mam rację.

Sześć miesięcy wcześniej, Sobota, 7 marca

Konrad Macha­row odcze­kał do dwu­dzie­stej pierw­szej, po czym się­gnął po swój tele­fon komór­kowy. Wybrał kon­takt ozna­czony jako Mi, przy któ­rym uśmiech­nięta twarz blon­dynki o nie­bie­skich oczach patrzyła na niego spod dłu­gich rzęs. Dosko­nale pamię­tał, kiedy zro­bił to zdję­cie. Wła­śnie koń­czyła się ich noc poślubna, leżeli wtedy w łóżku z kie­lisz­kami wina, minutę po sza­leń­czym sek­sie. Miriam miała zmierz­wione włosy i policzki czer­wone od buzu­ją­cej krwi. Wyglą­dała tak, jak powinna wyglą­dać szczę­śliwa kobieta. Się­gnął więc po tele­fon i włą­czył apa­rat. Nie chciała, by ją foto­gra­fo­wał w takim sta­nie. Uda­wała, że się na niego boczy, i pró­bo­wała zasło­nić dło­nią smart­fon, ale był szyb­szy. Uchwy­cił moment. Chciał mieć ją na zdję­ciu wła­śnie taką, natu­ralną i zre­lak­so­waną.

Kiedy cztery lata temu obie­cy­wał Miriam miłość, wier­ność i odda­nie do gro­bo­wej deski, obie­cał coś jesz­cze: ile­kroć będzie zmu­szony zosta­wić ją samą, by znik­nąć z powodu week­en­do­wej kon­fe­ren­cji w miej­scu odda­lo­nym od domu o setki kilo­me­trów, zadzwoni o dwu­dzie­stej pierw­szej, by usły­szeć jej głos. Tak też robił. Na koniec zawsze doda­wał: "Słod­kich snów, Mi, tęsk­nię jak wariat".

Ni­gdy nie zawiódł, może jedy­nie spóź­nił się raz czy dwa o kil­ka­na­ście minut, ale piękna buzia ze zdję­cia rozu­miała, że po wie­lo­go­dzin­nych pane­lach o ura­zach twa­rzo­czaszki lub spar­ta­czo­nych zabie­gach korek­cji kobie­cych piersi nastę­po­wały rauty z kie­lisz­kami wypeł­nio­nymi pro­secco i jego nie mogło na nich zabrak­nąć. A choć debaty o kościach, tkan­kach, niciach liftin­gu­ją­cych oraz wypeł­nia­czach koń­czyły się zwy­kle grubo po pół­nocy, to ni­gdy nie zda­rzyło się, by mię­dzy jedną a drugą kolejką bąbel­ków cał­kiem o niej zapo­mniał.

Był prze­ko­nany, że Miriam czeka na te tele­fony i że tuż przed umó­wioną porą zaczyna sobie wyobra­żać, jak Kon­rad wstaje od okrą­głego sto­lika, przy któ­rym sie­dzą tacy jak on, chi­rur­dzy ubrani w ele­ganc­kie smo­kingi, jak zosta­wia za ple­cami pół­mi­ski z sałat­kami śle­dzio­wymi czy szwar­cwaldzką szynką i wymyka się na taras ośrodka kon­fe­ren­cyj­nego, by zakoń­czyć dzień na "Wiesz, jak nie lubię zasy­piać bez cie­bie". Tyle razy opo­wia­dał jej ze szcze­gó­łami o prze­biegu bran­żo­wych spo­tkań, że znała ich roz­kład na pamięć.

Tym razem Kon­rad Macha­row posta­no­wił zro­bić wyją­tek. Nie zamie­rzał zosta­wać do końca rautu ani spać samot­nie w wyna­ję­tym pokoju z prysz­ni­cem i łóż­kiem w roz­mia­rze king size. Nie w rocz­nicę swo­jego ślubu. Miał zamiar pozo­stać trzeźwy jak nowo­ro­dek, a po kola­cji na cie­pło wsiąść do auta i wró­cić do domu przed pół­nocą. Z tą myślą wybrał numer do Miriam.

Ode­brała połą­cze­nie, kiedy sekund­nik na zegarku męż­czy­zny poka­zał dwu­dzie­stą pierw­szą i sie­dem sekund.

-?Pamię­tasz, co ci obie­ca­łem jako pre­zent na naszą rocz­nicę? -?zapy­tał, krę­cąc na palcu klu­czy­kami do auta.

Przez dłuż­szą chwilę uda­wała, że się zasta­na­wia.

-?Czter­dzie­ści osiem buzia­ków? Po jed­nym za każdy mie­siąc?

Roze­śmiał się.

-?Co tak tanio? Ale skoro tylko tyle sobie życzysz...

-?Zaraz, zaraz, nego­cjujmy dalej... Już sobie przy­po­mnia­łam. Lot do wyma­rzo­nego miej­sca na świe­cie. Wcho­dzę w to, ale chyba już nie zdą­żymy. Oba­wiam się, że odle­cieli bez nas.

-?Tak mi przy­kro, Mi.

-?Następ­nym razem, ty wiecz­nie zapra­co­wany dok­torku.

-?To pierw­sza i ostat­nia rocz­nica, pod­czas któ­rej nie ma mnie przy tobie. Nie będzie ich ni­gdy wię­cej, obie­cuję. Powiedz, dokąd chcia­ła­byś pole­cieć?

-?Och, nie­ważne... Ale tak, jest taki kraj. Bar­dzo daleki.

-?Pole­cisz tam, Mi, masz moje słowo. Razem pole­cimy. A co do dzi­siej­szego wie­czora, zaraz się stąd zbie­ram. Wra­cam do domu. Na samo­lot już się nie zała­piemy, ale kto wie, co przy­nie­sie nam ta noc.

Liczył na okrzyk rado­ści, ale zamiast tego usły­szał w gło­śniku, jak coś upada na pod­łogę, wyda­jąc meta­liczny odgłos.

-?Wszystko w porządku, Miriam?

-?Tak, to tylko nóż -?wyja­śniła natych­miast. -?Wyśli­zgnął mi się z ręki. Wra­casz? Chyba nie rozu­miem... Cze­ka­łeś na ten zjazd od tygo­dni. Tak mało było zapro­szeń, pamię­tasz? Robi­łeś wszystko, żeby się tam dostać, więc dla­czego? To nie jest dobry pomysł. Zwłasz­cza że został jesz­cze cały dzień. Mówi­łeś, że jutro mają się odbyć naj­waż­niej­sze panele.

-?Waż­niej­sze od cie­bie? Nie ma takiej moż­li­wo­ści.

-?Na pewno zauważą, że znik­ną­łeś, i to wła­ści­wie bez powodu.

-?Jesz­cze tro­chę, a zacznę myśleć, że nie chcesz mnie widzieć. -?Kon­rad zaśmiał się szcze­rze, po czym dodał: -?A co do tej bandy rzeź­bia­rzy możesz być spo­kojna. Jedna połowa z nich ma już porząd­nie w czu­bie, a druga zaraz do niej dołą­czy. Zapew­niam cię, że nikt tu za mną nie zatę­skni.

-?Wola­ła­bym, żebyś tam został.

W słu­chawce zale­gła prze­cią­ga­jąca się cisza. Kon­rad zaci­snął palce na tele­fo­nie.

-?O co cho­dzi, Mi?

-?Powie­dzia­łam tylko, że wola­ła­bym...

-?Sły­sza­łem. Coś się dzieje, prawda?

-?Jesteś trzy­sta kilo­me­trów stąd, a po zmroku na dro­gach bywa nie­bez­piecz­nie.

-?I to jedyny powód, dla któ­rego...

-?Chyba nie sądzi­łeś, że może być jakiś inny -?prze­rwała mu w pół zda­nia. -?Ja też tęsk­nię, prze­cież wiesz.

Poczuł ulgę. Czyli że wszystko jest tak, jak być powinno.

-?Będę jechał ostroż­nie -?zapew­nił. -?Widzimy się za trzy godziny, Mi. Zdą­żysz przez ten czas obej­rzeć jakiś roman­tyczny film i pokroić nasz rocz­ni­cowy tort. Mam nadzieję, że twoja sio­stra zosta­wiła dla mnie kawa­łek? Poszła już czy na­dal tam jest?

Miriam par­sk­nęła cicho. Zapew­niła go, że beza ma wiel­kość młyń­skiego koła, a Adelę po zale­d­wie kilku mach­nię­ciach widel­czy­kiem zemdliło na tyle, że resztę por­cji trzeba było zapa­ko­wać do pudełka i dać na wynos.

-?Mar­twi­ła­bym się bar­dziej o psa -?dodała. -?Cały czas zerka na lodówkę w nadziei, że dam mu poli­zać mascar­pone.

-?Kochany Cookie. -?Kon­rad uśmiech­nął się na myśl o zwie­rzaku. - Chciał­bym już być tam z wami. Nie masz poję­cia, co to za dziura. Pod­czas pre­zen­ta­cji dwu­krot­nie wysiadł prąd, a teraz chyba jest pro­blem z sie­cią. Sły­szysz mnie, Miriam? Halo...

-?Sły­szę cię dosko­nale. Jak­byś stał na rogu ulicy. Albo jesz­cze bli­żej, tuż pod domem. To drzewa tak gło­śno szu­mią? Tutaj też, jakby miała się zacząć burza.

-?Wciąż prze­rywa. -?Kon­rad ode­zwał się po dłu­gich sekun­dach. -?Możesz powtó­rzyć?

-?Powie­dzia­łam, że sły­chać cię, jak­byś stał kilka metrów ode mnie. Nabie­rasz mnie, prawda? Wyje­cha­łeś dawno temu i zaraz sta­niesz w drzwiach. To ma być ta nie­spo­dzianka? Jesteś już gdzieś bli­sko?

-?Halo... Znów to samo...

-?Jeśli to jakiś twój żart...

-?Do zoba­cze­nia, Mi. Widzimy się przed pół­nocą. Nie zasy­piaj beze mnie. Jesteś tam? Halo...

Wtorek, 1 września

ADELA

Mam już na nogach czarne pan­to­fle i czarne raj­stopy, a na sobie brą­zowy kostium typu żakiet ze spód­nicą. Wyglą­dam w nim fatal­nie, co potwier­dza lustro w mojej sypialni. Lustro nie kła­mie. Brąz pod­bija czer­wień mojej skóry, a zęby wydają się przy nim bar­dziej żółte, niż są w rze­czy­wi­sto­ści. Nie wiem, co strze­liło mi do głowy, kiedy zgar­nia­łam z wie­szaka w skle­pie tę naj­brzyd­szą w świe­cie gar­sonkę, ale gdy patrzę na metkę, która wciąż dynda przy spód­nicy, wszystko staje się jasne. Pięć­dzie­siąt pro­cent prze­ceny za bawełnę, która i tak oka­zała się wiskozą. Z zało­że­nia miała też być prak­tyczna i zakry­wać mnie od szyi do kostek, dokład­nie tak jak lubię. I zakrywa, więc o co te pre­ten­sje? Chyba tylko o to, że w skle­pach wszystko wydaje się ład­niej­sze. Nie jest tak?

Jako że rzadko wycho­dzę z domu, to z góry wiem, iż zwrotu kostiumu nie będzie. Nie oddam go też do prze­róbki. Po tym, jak włożę go dziś, bo muszę, po pro­stu wrzucę go do kon­te­nera PCK i poże­gnam się z nim na zawsze. Już dawno temu posta­no­wi­łam, że nie będę trzy­mać w swoim oto­cze­niu cze­go­kol­wiek, co jest brzyd­kie lub źle mi się koja­rzy. W ten wła­śnie spo­sób wyfru­nęło stąd kilka ksią­żek, ubra­nia naszej matki, dwa kom­plety pościeli, a nawet elek­tryczny czaj­nik. Może gdy­bym nie była tak podatna na aso­cja­cje trud­nych doświad­czeń z przed­mio­tami, które są ich świad­kami, nie musia­ła­bym tego robić. Ale jestem, więc to oczy­wi­ste, że godziny brą­zo­wego kostiumu też są poli­czone. To jego nie­odwo­łalny koniec. Zresztą ostat­nio roz­staję się z wie­loma rze­czami. Nie to jed­nak jest naj­gor­sze. Wszystko wska­zuje na to, że i z tobą też będę musiała się poże­gnać.

Powiem ci, Miriam, że nie wie­rzę, że to wszystko dzieje się naprawdę. Za godzinę doświad­czę cze­goś tak abs­trak­cyj­nego, że na samą myśl o tym trzęsą mi się kolana. Mam roz­po­znać cie­bie w ciele, które leży w pro­sek­to­rium na dru­gim końcu mia­sta. Muszę tam poje­chać i wejść do zim­nego pomiesz­cze­nia, w któ­rym jakiś obcy czło­wiek sta­nie u wez­gło­wia noszy lub meta­lo­wego łóżka i poczeka na sygnał, by móc odchy­lić prze­ście­ra­dło z two­jej twa­rzy. Bo tak to się chyba odbywa. Pro­ce­durę znam jedy­nie z tele­wi­zji i fil­mów, gdzie wygląda to wła­śnie w ten spo­sób. Pro­ces zawsze prze­biega podob­nie: ktoś kiw­nię­ciem głowy daje znak, żeby odsło­nić ciało, pra­cow­nik kost­nicy robi to spraw­nym ruchem, a zła­many bólem czło­nek rodziny kwili: "O mój Boże, tylko nie to...". Potem albo osuwa się w omdle­niu na pod­łogę, albo nie­mra­wym kiw­nię­ciem głowy daje znać, że roz­po­znaje umar­laka, i na tym zazwy­czaj scena się koń­czy. No, może jesz­cze pada pyta­nie: czy wie pan/pani o kimś, kto chciałby zaszko­dzić ofie­rze? W kry­mi­na­łach to pyta­nie zawsze pada. Albo: czy ofiara nie miała przy­pad­kiem skłon­no­ści do depre­sji? Na razie brak jesz­cze słów "mor­der­stwo" czy "samo­bój­stwo". To nie jest wła­ściwy moment. Na to przy­cho­dzi czas póź­niej, w innym miej­scu. W komi­sa­ria­cie albo w domu. Nie wiem, gdzie wola­ła­bym je usły­szeć. Chyba ni­gdzie. Rozu­miesz mnie, mam nadzieję. Domy­ślasz się, że wła­śnie teraz, dzi­siaj, wola­ła­bym prze­stać ist­nieć. Nie chcę sły­szeć tych pytań. Są z kate­go­rii "jak szybko i sku­tecz­nie zła­mać w czło­wieku wszystko, co ma w środku, łącz­nie z kośćmi", a ja mam słabe gnaty. Nie trzeba zbyt wiele siły, by mi je pogru­cho­tać, wystar­czy użyć języka. Zanim do tego doj­dzie, jesz­cze usły­szę od pra­cow­nika kost­nicy wyrazy współ­czu­cia, że doszło do takiego nie­szczę­ścia. Potem pro­wa­dzący twoją sprawę glina odpro­wa­dzi mnie do wyj­ścia i zapewni, że za jakiś czas się do mnie ode­zwie.

Tak będzie.

Mój mózg usil­nie wyświe­tla ten obraz już od wczo­raj­szego wie­czora, kiedy przy­szło zawia­do­mie­nie o zna­le­zie­niu two­jego ciała. Naj­praw­do­po­dob­niej two­jego, jak zazna­czono. Mam za sobą nie­prze­spaną noc i głodny pora­nek, ale to wszystko nie­ważne. Mało co czuję i niczego nie potrze­buję. Jedyne, czego chcę, to mieć ten dzień za sobą.

Jestem już pra­wie gotowa do wyj­ścia. Wrzu­cam jesz­cze do torby sło­neczne oku­lary, by ukryć zaczer­wie­nione oczy, i paczkę chu­s­te­czek do nosa. Przy­da­dzą się na miej­scu.

Wycho­dzę z domu. Lexus two­jego męża już na mnie czeka. Stoi na naszej wspól­nej ulicy na włą­czo­nym sil­niku, któ­rego zupeł­nie nie sły­chać. Lexus -?luxus. Moje punto to przy nim eme­ryt z zadyszką.

Sia­dam w fotelu pasa­żera zaraz po tym, jak przez szybę kiwamy sobie z Kon­ra­dem gło­wami na powi­ta­nie. Żad­nemu z nas nie chce się otwie­rać ust, by wykrztu­sić "dzień dobry". Z wia­do­mego powodu dla żad­nego z nas ten dzień dobry nie będzie -?więc po co...

W środku, w gło­śniku, ktoś cicho gra na pia­ni­nie. Kon­rad chce wyłą­czyć muzykę, ale mówię mu, że nie trzeba. Niech gra.

Ruszamy z Rukoli bez pośpie­chu. Mamy pra­wie godzinę na dotar­cie na miej­sce. Sama nie wiem, czy wola­ła­bym ją skró­cić, czy roz­cią­gnąć. Jak­kol­wiek by się stało, i tak będę w końcu musiała sta­nąć nad twoim cia­łem i tym bia­łym prze­ście­ra­dłem. Albo nad czar­nym wor­kiem, co i tak niczego nie zmie­nia.

Mam nadzieję, że cię nie roz­po­znam.

Mam nadzieję, że to jakaś kosmiczna pomyłka.

To nie możesz być ty.

Tak im powiem. Z bólem w gło­sie i z mokrymi oczami.

Jeśli dam radę zapła­kać.

Wypa­da­łoby, więc spró­buję.

Środa, 2 września

KONRAD

Nigdy nie rozu­mia­łem, dla­czego tak bar­dzo lubi­łaś oglą­dać pro­gramy o zagi­nio­nych ludziach. Jakby mało ci było wła­snych zmar­twień. To oni i ich rodziny mieli pro­blem, nie ty. Ty byłaś bez­pieczna, Miriam. Może chcia­łaś poczuć to, co czuli oni, kiedy sie­dząc w tele­wi­zyj­nym stu­diu, patrzyli pro­sto w kamerę i bła­gali o cud. Wyj­mo­wali z toreb lub kie­szeni zdję­cia swo­ich bli­skich, poka­zy­wali ich twa­rze i łamią­cym się gło­sem mówili: "Wyszedł z domu pół roku temu. Miał kupić papie­rosy... odwie­dzić przy­ja­ciela... spo­tkać się w spra­wie pracy... i ślad po nim zagi­nął". Albo: "Zaczęła się uma­wiać przez inter­net z kimś nowym... wymknęła się z kole­żanką na dys­ko­tekę... nie wró­ciła ze szkoły... Jeśli mnie teraz słu­chasz, ode­zwij się, córeczko, cze­kamy na cie­bie". Zwy­kle nie potra­fili stwier­dzić, czy mają jakieś podej­rze­nia co do przy­czyny zagi­nię­cia. Nawet jeśli taka była, czę­sto woleli ją prze­mil­czeć. Pew­nie uwa­żali, że powie­dze­nie o czymś na głos będzie dla nich ryzy­kowne lub zwy­czaj­nie obcia­chowe. Odpo­wia­dali więc wzru­sze­niem ramion i cichym chlip­nię­ciem: "Nic tego nie zapo­wia­dało". Pro­blem w tym, że w dzie­wię­ciu przy­pad­kach na dzie­sięć zawsze jest jakaś zapo­wiedź.

Tak wtedy myśla­łem.

Sche­mat pro­gramu Gdzie­kol­wiek jesteś powta­rzał się co cztery tygo­dnie równo o dwu­dzie­stej dru­giej. Tema­tycz­nie był jak kalka, kopiuj-wklej, jedy­nie twa­rze się zmie­niały. To z nimi spę­dza­łaś ponie­dział­kowe wie­czory, z tam­tymi ludźmi. Na kil­ka­dzie­siąt minut sta­wali się czę­ścią two­jego życia. Nie szkoda ci było na nich czasu?

Chcia­łaś zro­zu­mieć ich strach, stać się czę­ścią ich bólu, ale wydaje mi się, że pod­cho­dzi­łaś do tego zanadto emo­cjo­nal­nie. Naprawdę wyda­wało ci się, że nie widzę, jak dys­kret­nie ocie­rasz kącik oka, kiedy słu­chasz tego, co mówią, że nie zauwa­żam, jak się wzru­szasz? Widzia­łem wszystko. Nie musia­łaś kła­mać, mówiąc: "Nic mi nie jest, daj spo­kój". Wystar­czył ton two­jego głosu i wszystko było jasne. Potem szłaś na pod­da­sze, do swo­jej pra­cowni. Zamy­ka­łaś drzwi i nie wycho­dzi­łaś z niej do dru­giej nad ranem. Nie wiem, jak będąc w takim sta­nie, mogłaś pro­jek­to­wać wesołe pla­katy dla dzie­cię­cych teatrów. Ja bym nie dał rady. Czy nie trzeba mieć do tego bar­dziej opty­mi­stycz­nego spoj­rze­nia na świat? A przy­naj­mniej neu­tral­nego. Mówimy prze­cież o zabaw­nych afi­szach, nie o two­rze­niu nekro­lo­gów.

Po kilku dniach oglą­da­łaś powtórki Gdzie­kol­wiek jesteś. Po co? Nisz­czy­łaś sie­bie. Cza­sami mia­łem wra­że­nie, że przy­go­to­wu­jesz się na coś, co wkrótce ma nastą­pić. Jak­byś chciała się oswoić z myślą, że wyda­rzy się coś złego. A może tak tylko mi się zda­wało. Może to ja na coś cze­ka­łem, nie ty?

Biorę do ręki małą kamerę, którą kupi­li­śmy przed wyjaz­dem na Myko­nos, by zacząć na niej zapi­sy­wać histo­rię naszego mał­żeń­stwa. Mon­tuję ją na sta­ty­wie i sta­wiam na wprost ściany, pod którą stoi nasze łóżko. (Pamię­tam, jak je wybie­ra­łaś. Mówi­łaś, że dwa złą­czone mate­race są lep­sze niż jeden wspólny. Chcia­łaś też mieć wła­sną koł­drę, by zawi­nąć się w niej jak w koko­nie. Oczy­wi­ście ustą­pi­łem ci, choć wcale mi się to nie podo­bało). Ukła­dam pat­chwor­kowe poduszki, te same, które wyna­la­złaś na pchlim targu, i sia­dam na narzu­cie, którą kupi­łaś za swoje pierw­sze pie­nią­dze zaro­bione na ilu­stra­cjach.

Wszystko tu jest twoje. Stwo­rzone przez cie­bie i tobą prze­siąk­nięte.

Zaraz włą­czę nagry­wa­nie. Jesz­cze tylko spraw­dzę, co znaj­duje się w kadrze: przy­su­nięte do łóżka krze­sło z prze­rzu­co­nym przez opar­cie moim szpi­tal­nym kitlem i twój por­tret na ścia­nie; arty­styczne, biało-czarne zdję­cie w for­ma­cie A3. Masz na gło­wie wia­nek z rumian­ków i roz­wiane włosy. Patrzysz z tej foto­gra­fii zza mojego ramie­nia, pro­sto w kamerę. Za każ­dym razem, gdy na nie patrzę, czuję, jak­byś była tu ze mną.

Piękne jest to zdję­cie i ty na nim. Mówi­łem ci to tyle razy, a ty dro­czy­łaś się, że to nie­prawda. Zawsze byłaś zbyt skromna. Nie­po­trzeb­nie.

Teraz muszę zro­bić to, co robili tamci ludzie w stu­diu. Zmar­twić się. Bar­dzo szcze­rze, bo sytu­acja jest trudna. Dla pew­no­ści, że zro­bię to wła­ści­wie, dwu­krot­nie obej­rza­łem powtórkę Gdzie­kol­wiek jesteś, tak jak robi­łaś to ty. To nie wydaje się trudne, powi­nie­nem sobie pora­dzić. Zanim otwo­rzę przed kamerą usta, wypo­wiem gło­śno i powoli wszyst­kie samo­gło­ski, by roz­luź­nić mię­śnie twa­rzy. Nie chcę beł­ko­tać, jak oni. To źle wypada na nagra­niu. Muszę mówić bar­dzo wyraź­nie, żeby każde moje słowo zostało dobrze zro­zu­miane.

A, Ą, E, Ę, O, U, I, Y.

Przy­gła­dzam włosy i przy­kur­czam ramiona scho­wane w sza­rej, mdłej mary­narce. Sam staję się posza­rzały. Wyglą­dam jak obraz nędzy i roz­pa­czy. Jest dobrze. Jestem gotowy. Już za kilka sekund włą­czę w kame­rze przy­cisk, by nagrać zgło­sze­nie do two­jego ulu­bio­nego pro­gramu.

Co byś powie­działa, widząc, że to robię? Pew­nie uzna­ła­byś, że odsta­wiam kome­dię.

Zaczy­nam się pocić.

Lepiej tego nie prze­cią­gać.

Far­tuch na krze­śle, twoje zdję­cie w tle i moja zbo­lała mina. Wszystko jest jak należy.

Pstryk.

Muszę prze­rwać nagra­nie. Ktoś dzwoni do drzwi.

ADELA

Wciąż nie mogę przy­wyk­nąć do tego, że to nie twój głos sły­szę w domo­fo­nie, gdy wci­skam dzwo­nek przy furtce waszego domu. Wła­ści­wie powin­nam powie­dzieć: domu, w któ­rym miesz­ka­łaś, bo budy­nek tak naprawdę należy wyłącz­nie do Kon­rada. To on wziął sobie kre­dyt na głowę, nie ty. Cie­bie sprawy finan­sowe nie inte­re­so­wały. Mało kto ma takie szczę­ście, przy­znaj. Tak więc, nie robiąc nic, dosta­łaś kilka pokoi, kuch­nię, dwie łazienki i pra­cow­nię na stry­chu. Ją lubię naj­bar­dziej. To pomiesz­cze­nie z oknami na prze­strzał, jedno z nich wycho­dzi na ogród, a dru­gie na ulicę i pod­jazd. Pod ogro­do­wym oknem stoi długi drew­niany stół zawa­lony blo­kami rysun­ko­wymi i szki­cami, a pod nim zalega sterta papie­ro­wych kulek, które nie tra­fiły do kosza na śmieci. Bo mimo że mamy dwu­dzie­sty pierw­szy wiek, wciąż wolisz pro­jek­to­wać pla­katy odręcz­nie, zamiast korzy­stać z pro­gra­mów kom­pu­te­ro­wych (świat poszedł do przodu, nie zauwa­ży­łaś?). Więc te zgnie­cione kulki zawsze tam są, podob­nie jak uno­szący się w powie­trzu zapach akwa­reli.

Odkąd cie­bie zabra­kło, przy­cho­dzę tu co tydzień, by posie­dzieć wśród two­ich rze­czy. Wcze­śniej, zanim to wszystko się wyda­rzyło, zaglą­da­łam o wiele rza­dziej, więc wygląda na to, że teraz sta­ram się nad­ro­bić coś, co nam ucie­kło. Biorę winę na sie­bie. Mogłam się lepiej posta­rać i być bar­dziej obecna w twoim życiu. Miesz­kamy po prze­ciw­nych stro­nach ulicy, z naszych okien widać drzwi naszych domów, i na dobrą sprawę powin­nam zaglą­dać tu każ­dego dnia, wpa­da­jąc cho­ciażby w kap­ciach. Dobre sąsiadki tak wła­śnie robią. A nasze sąsiedz­two, Miriam, nie było prze­cież przy­pad­kowe. Mia­ły­śmy być bli­sko sie­bie: ty, ja i nasza matka. Pamię­tam, jak bar­dzo tego chcia­łaś, zwłasz­cza ze względu na mnie. Mówi­łaś: "Muszę pil­no­wać mojej małej sio­stry, żeby nie naro­biła sobie i innym kło­po­tów". Wola­łam tego nie komen­to­wać, więc tylko się głup­ko­wato uśmie­cha­łam. Tyle razy to powta­rza­łaś, że w końcu zaczę­łam szu­kać cze­goś w two­jej oko­licy. Po pierw­sze, dla­tego żebyś mi dłu­żej nie wier­ciła dziury w brzu­chu, a po dru­gie... Niech ci będzie, Miriam. Skła­ma­ła­bym, gdy­bym powie­działa, że mnie na bli­skim miesz­ka­niu z tobą rów­nież nie zale­żało. Tylko że z zupeł­nie innego powodu. Kiedy wypeł­nia­łam doku­menty na wyna­jem domu, mia­łam nadzieję, że napra­wimy coś, co kie­dyś się mię­dzy nami zepsuło. Nie mówi­łam ci tego ni­gdy, prawda? Chyba chcia­łam wie­rzyć, że sama się tego domy­ślisz.

Brzę­czy sygnał otwie­ra­nej furtki (kiedy znik­nę­łaś, Kon­rad wresz­cie zain­sta­lo­wał auto­ma­tyczne zamy­ka­nie) i wcho­dzę do fron­to­wej czę­ści ogrodu. Idę po bru­ko­wej kostce, mijam roz­ro­śniętą lawendę, którą ktoś wresz­cie powi­nien się zająć, by nie zdzi­czała. Mia­łaś w zwy­czaju przy­ci­nać ją, gdy tylko zaczy­nała usy­chać -?to poma­gało jej zakwit­nąć na nowo. Byłaś mistrzy­nią, jeśli cho­dzi o ogród. Nie to, co ja, bady­larka od sied­miu bole­ści. Wcho­dzę po czte­rech stop­niach pro­wa­dzą­cych do głów­nych drzwi i naci­skam klamkę. Drzwi nie są zamknięte na klucz. To też twój kolejny zwy­czaj. Chcia­łaś iść z duchem czasu i pro­wa­dzić otwarty dom -?i to dosłow­nie. W tym aku­rat byłaś nowo­cze­sna aż za bar­dzo. Jak­byś nie rozu­miała, z jakim ryzy­kiem się to wiąże. Zwłasz­cza dla kogoś, kto sie­dzi w wiel­kim domu sam od dzie­wią­tej rano do dzie­wią­tej wie­czo­rem. Za bar­dzo ufa­łaś ludziom. Nawet nie chce mi się tego komen­to­wać, zwłasz­cza po tym, jak sześć mie­sięcy temu roz­pły­nę­łaś się w powie­trzu. Co z tego wyni­kło, wszy­scy już wiemy.

W progu wita mnie Cookie. Merda ogo­nem, aż skręca mu się cały tułów. O tym też nie pomy­śla­łaś: labra­dory nie nadają się do pil­no­wa­nia domu. Mia­łaś nadzieję, że to naj­bar­dziej towa­rzy­skie na świe­cie stwo­rze­nie pod­nie­sie raban, kiedy ktoś obcy się tu wedrze? Ni­gdy nie pod­no­sił. Cookie wpusz­czał każ­dego i zawsze. Teraz też jest szczę­śliwy i popi­skuje z zado­wo­le­nia, obwą­chu­jąc mnie przy oka­zji po dło­niach. Szuka jedze­nia, wie, że zawsze przy­no­szę mu psie ciastko. Tym razem go nie mam, ale Cookie i tak wariuje ze szczę­ścia.

Idę pro­sto do salonu. Pięk­nie tu. Gustu aku­rat nie można ci odmó­wić. Na aksa­mitne zie­lone zasłony od Laury Ash­ley pew­nie poszła kupa forsy, podob­nie jak na kra­cia­stą kanapę i fotele. Nie wspo­mi­na­jąc o obra­zach wiszą­cych na ścia­nach. Nie znam ich auto­rów, ale pamię­tam, jak mówi­łaś, że młode talenty należy wspie­rać. Pła­ci­łaś za te bazgroły tysiące, bo odkąd wyszłaś za Kon­rada, prze­sta­łaś się roz­glą­dać za pro­mo­cjami. Żad­nej ściemy, żad­nych repro­duk­cji, tylko ory­gi­nały, mówi­łaś. No i wyszło naprawdę uro­czo. Pełno tu wszyst­kiego: mebli, obra­zów, waszych foto­gra­fii. A mimo to jakoś pusto.

Bra­kuje tu cie­bie, Miriam.

Two­jego męża nie ma na par­te­rze, więc wcho­dzę na pię­tro. Zaglą­dam przez uchy­lone drzwi waszej sypialni.

-?Cześć -?mówię, sta­jąc w progu pokoju. -?Cookie mnie wpu­ścił.

To oczy­wi­ście żart. Kon­rad zarzą­dza całą domową elek­tro­niką ze swo­jego smart­fona za miliony monet.

Ten smart­fon leży teraz na two­jej toa­letce, a Kon­rad kręci się po pokoju z dłońmi wci­śnię­tymi w kie­sze­nie spodni. Wygląda, jakby szu­kał cze­goś na pod­ło­dze, ale ja dobrze wiem, że w ten spo­sób stara się zapa­no­wać nad emo­cjami. Sporo ich ostat­nio. Mógłby połknąć tabletkę na uspo­ko­je­nie, zamiast się tak męczyć, ale nie zamie­rzam mu tego pod­po­wia­dać. W końcu z nas dwojga to on jest leka­rzem.

Na mój widok pod­nosi wzrok i zatrzy­muje się w swo­jej wędrówce po dywa­nie. Pociera pal­cami brodę, gdzie­nie­gdzie prze­ple­cioną poje­dyn­czymi srebr­nymi wło­sami. Szybko mu idzie to siwie­nie, to chyba u niego rodzinne. Sta­ram się nie przy­glą­dać jego twa­rzy zbyt natar­czy­wie, zale­d­wie muskam go spoj­rze­niem. Jakoś trudno mi patrzeć mu pro­sto w oczy, kiedy jeste­śmy sami.

-?Na­dal nic? -?pytam, byle zaga­dać. Nie ocze­kuję prze­cież, że bada­nia DNA przyjdą po dobie od pobra­nia pró­bek śliny spod mojego języka. Powie­dzieli, że tydzień to mini­mum, by porów­nać mój geno­typ z geno­typem pobra­nym ze zwłok.

-?Nie musia­łaś przy­cho­dzić, żeby zapy­tać. Wystar­czyło zadzwo­nić.

Od wczo­raj, kiedy to poje­cha­li­śmy na oka­za­nie ciała, Kon­rad jest na mnie wście­kły. Ma mi za złe, że w szcząt­kach, jakie nam poka­zano, nie roz­po­zna­łam cie­bie. Przez chwilę odnio­słam nawet wra­że­nie, że chce mi przy­ło­żyć. Gdyby nie pra­cow­nik kost­nicy i poli­cjantka pro­wa­dząca śledz­two, może by do tego doszło.

Prawda jest taka, że nie mogłam powie­dzieć: "Tak, to z pew­no­ścią Miriam". To coś, co miało być tobą, nie przy­po­mi­nało mi nikogo, kogo bym znała, a już na pewno nie przy­po­mi­nało mi cie­bie. Ale Kon­rad był innego zda­nia. Kiedy odsło­nięto zwłoki, poki­wał głową, dając tym znak, że nie ma żad­nych wąt­pli­wo­ści. Mia­łam ochotę nim potrzą­snąć i kazać odwo­łać to, co powie­dział. Jak mógł w tych okrop­nie wyglą­da­ją­cych szcząt­kach z nie­mal doszczęt­nie spa­loną twa­rzą doszu­kać się two­ich deli­kat­nych rysów, i to bez cie­nia wąt­pli­wo­ści?! Krzyk­nę­łam, że to jakiś obłęd, ale syk­nął na mnie, żebym się zamknęła, bo nie życzy sobie scen w two­jej mar­twej obec­no­ści.

Co do jed­nego miał rację. Mar­twa obec­ność, czy­ja­kol­wiek by była, powinna nauczyć mnie trzy­ma­nia ner­wów na wodzy.

Poli­cjantka z docho­dze­niówki patrzyła to na mnie, to na niego i nie­wiele z tego wszyst­kiego rozu­miała. Musiała wziąć nas albo za dzi­wa­ków, albo za idio­tów, co na jedno wycho­dzi. Chyba po raz pierw­szy w swo­jej karie­rze wpi­sała do pro­to­kołu z oka­za­nia zwłok dwa różne zezna­nia osób z naj­bliż­szej rodziny ofiary. Z tego też powodu wylą­do­wa­łam na bada­niu DNA.

-?Musisz przy­wyk­nąć do myśli, że test nie wykaże zgod­no­ści -?mówię pojed­naw­czym tonem, choć pod­skór­nie czuję, że zaraz znów roz­pęta się pie­kło.

Kon­rad udaje, że nie sły­szy. Nie ma nastroju na kolejną w tym tygo­dniu nawa­lankę i wybiera chwi­lowe zawie­sze­nie broni. Jestem mu za to wdzięczna. Już spo­kojna, zdej­muję z ple­ców mój długi cie­pły kar­di­gan (pre­zent od cie­bie, sio­strzyczko) i rzu­cam go na łóżko. Sama sia­dam na brzegu, tuż obok roz­sta­wio­nego na pod­ło­dze sta­tywu z kamerą.

-?Na co to? -?pytam.

Kon­rad kła­dzie rękę na kame­rze.

-?Pomy­śla­łem, że to może mi pomóc.

-?Niby w czym?

-?Zgło­szę przy­pa­dek Miriam do Gdzie­kol­wiek jesteś. Może znaj­dzie się ktoś, kto widział, jak... jak umarła.

-?Jed­nym sło­wem, szu­kasz świadka?

-?Jeżeli taki ist­nieje, dobrze byłoby o nim wie­dzieć, nie sądzisz?

Oczy­wi­ście przy­ta­kuję. Jak dotąd nikt taki nie zgło­sił się na poli­cję, ale życie potrafi zasko­czyć.

Gdzie­kol­wiek... to twój ulu­biony pro­gram. Nie­roz­wi­kłane sprawy zagi­nięć i mor­derstw. Dam sobie uciąć rękę, że nie prze­szło ci przez myśl, iż sta­niesz się boha­terką jed­nego z odcin­ków. W końcu złe rze­czy przy­tra­fiają się innym ludziom, ale nie nam.

Mam ochotę powie­dzieć Kon­ra­dowi, że zanim tele­wi­zja wyemi­tuje pro­gram, zdążą przyjść wyniki badań DNA i będzie wtedy czarno na bia­łym, że to nie ty leżysz w kost­nicy. Nie pozo­sta­nie mu nic innego niż odszcze­kać, że nie żyjesz, i nagrać kolejny film o tym, że na­dal cię szu­kamy. Wszystko wróci do punktu wyj­ścia.

Chyba czyta w moich myślach, bo od razu mówi:

-?Nawet nie zaczy­naj. -?Tylko tyle? Słabo. -?Wiem, co czu­jesz. -?A jed­nak się roz­kręca. Odli­czam sekundy, aż zacznie mędr­ko­wać i mówić do mnie z pozy­cji jajo­gło­wego filo­zofa. -?Wypar­cie to nor­malna reak­cja. Masz świa­do­mość, że stało się coś złego, ale twój mózg robi wszystko, by temu zaprze­czyć. Ratuje cię przed samą sobą.

-?Gówno wiesz o moim mózgu.

Pod­cho­dzi do mnie i patrzy mi w oczy.

-?Męczy cię sumie­nie, Adelo. Spró­buj dopu­ścić do sie­bie myśl, że to już koniec. Podzię­kuj, że mia­łaś ją przy sobie przez całe swoje życie, i zamknij roz­dział.

-?Ty już zamkną­łeś? -?bur­czę pogar­dli­wie. -?Cztery lata to w końcu nie wiecz­ność. Powiedz, zdą­ży­łeś się do niej przy­wią­zać choć tro­chę?

Kąsam, jak­byś miała usły­szeć, że staję w two­jej obro­nie. Nawet patrzę na twój piękny por­tret na ścia­nie, żeby zła­pać z tobą kon­takt. Mam nadzieję, że wypa­dam w tym wszyst­kim szcze­rze.

Nie dla Kon­rada. Chyba nawet nie dociera do niego, co wła­śnie powie­dzia­łam. Jest jak w tran­sie i nadaje po swo­jemu.

-?Czasu nie cof­niemy. Więc albo pogo­dzimy się z tym, co się stało, albo oboje zwa­riu­jemy. Pro­po­nuję wybrać pierw­szą opcję, zacznijmy wszystko od nowa. Bez niej.

Jego ostat­nie słowa giną w cichym chrząk­nię­ciu.

Żało­sne. Niech jesz­cze doda, że powin­ni­śmy cię cie­pło wspo­mi­nać.

Czuję, jak rośnie mi gula w gar­dle. Byłaś moją jedyną sio­strą i choćby z tego względu jestem ci coś winna. Przy­pi­na­nie do drzew two­jej podo­bi­zny z poda­nym nume­rem tele­fonu nie powinno być szczy­tem moich moż­li­wo­ści. Wypa­da­łoby zro­bić dużo wię­cej, a jed­nak na tym się skoń­czyło. To, że Kon­rad przy­po­mina mi w mało sub­telny spo­sób o wyrzu­tach sumie­nia, raczej nie pomaga. Teraz tylko cze­kam, aż zapro­po­nuje mi, żebym w ramach pokuty dołą­czyła do jego wystą­pie­nia przed kamerą. Mam nadzieję, że do tego nie doj­dzie, bo takie zabawy są nie dla mnie. Nie jestem szcze­gól­nie wyga­dana ani tym bar­dziej foto­ge­niczna. Nie lubi mnie ani apa­rat, ani kamera, ani ludz­kie oko. Do tego uni­kam ludzi, jestem typem out­si­dera. Może nie z natury, a bar­dziej ze świa­do­mego wyboru. Tak zade­cy­do­wa­łam. Jedyne, co jestem w sta­nie robić, to pro­wa­dzić bloga o deko­ra­cji wnętrz, i to nie pod wła­snym nazwi­skiem. Nie czuję potrzeby, by się ujaw­niać. Dzia­łam jako Lady­De­sign i kopiuję zdję­cia z zagra­nicz­nych por­tali. Dodaję kil­kuz­da­niowe opisy, raczej zdaw­kowe, i pod­rzu­cam lokalne oferty sto­łów czy dywa­nów, które przy­po­minają te z "Ideal Home" czy "French Cot­tage". Rzadko odpi­suję na komen­ta­rze. Jeżeli nie muszę, nie szu­kam kon­taktu z ludźmi. Wystar­czy mi, że poga­dam przez tele­fon z jakimś rekla­mo­dawcą. Nie dla przy­jem­no­ści, a dla zarobku. Umowy uzgad­niam tylko za pośred­nic­twem poczty elek­tro­nicz­nej.

Mil­czę zbyt długo, co Kon­rad odczy­tuje po swo­jemu.

-?Myślę, że nie powin­naś tu wię­cej przy­cho­dzić -?mówi, zaci­ska­jąc palce na kame­rze. -?Ktoś mógłby zro­zu­mieć to opacz­nie. Lepiej będzie, jeśli pocze­kamy na wynik bada­nia w swo­ich domach.

-?Jasne -?przy­ta­kuję natych­miast i od razu czuję ulgę, że omi­nęły mnie występy przed kamerą. -?Miriam też wola­łaby, żeby tak wła­śnie było. I, dla jasno­ści, nie zamie­rza­łam ci doko­pać tam, nad jej cia­łem. Nad tym czymś -?popra­wiam się natych­miast. Dla mnie to wciąż nic wię­cej, jak tylko obce zwłoki.

-?Ponio­sło nas. To przez nerwy.

-?Tak. To nie było mądre.

-?Muszę ci o czymś powie­dzieć. -?Kon­rad nagle poważ­nieje. -?Poli­cja zamie­rza wzno­wić prze­słu­cha­nia świad­ków. Podobno są roz­bież­no­ści w zezna­niach, więc chcą zacząć wszystko od początku.

Fala ude­rze­niowa wali mnie pro­sto w pierś.

Dla­czego nam to robią?

Dom, z któ­rego znik­nę­łaś, był prze­szu­ki­wany od piw­nicy po strych. Do tego gliny odbyły setki godzin roz­mów ze mną, z Kon­ra­dem i z tymi, któ­rzy cię znali. Lepiej lub gorzej, ale coś tam o tobie wie­dzieli. Obdzwo­niono wszyst­kich, któ­rzy przy­szli mnie i Kon­ra­dowi na myśl. Dosłow­nie wszyst­kich, włą­cza­jąc w to twoją instruk­torkę jogi, agenta z wydaw­nic­twa i taro­cistkę Magiczną Ingrid, do któ­rej wpa­da­łaś raz w roku, zawsze w ostatni dzień grud­nia. Nie odpu­ścili nawet jej. To zabawne, ale kiedy zapy­tali Magiczną, co mogło się stać z Miriam, jej magia nagle stra­ciła moc. Ulot­niła się, jak, nie przy­mie­rza­jąc, ty. Od zawsze była fał­szywa jak cyr­ko­nia.

Dotarli też do Giny, two­jej przy­ja­ciółki z cza­sów dzie­ciń­stwa i gim­na­zjum. Pod­su­nę­łam im jej nazwi­sko, bo kie­dyś były­ście sobie bli­skie niczym sio­stry, co wpra­wiało mnie w mega­fru­stra­cję. Potem każda z was poszła w swoją stronę. Gina, jak mogłam przy­pusz­czać, nie powie­działa poli­cji niczego cie­ka­wego. Prze­żyła szok, gdy usły­szała, że znik­nę­łaś, ale tym to aku­rat jesz­cze nikt nikomu nie pomógł.

-?Od początku? -?upew­niam się. Nie dla­tego, że nie wie­rzę w to, co mówi Kon­rad, ale od two­jego zagi­nię­cia minęło pół roku. Niby nie tak wiele, ale jeśli nie zebrano wszyst­kich infor­ma­cji zaraz po roz­po­czę­ciu docho­dze­nia, czego można ocze­ki­wać teraz? -?Wszystko zdą­żyło mi się zama­zać w gło­wie. Nie pamię­tam już szcze­gó­łów.

-?Ja pamię­tam każdą minutę.

Jasne, że tak. Mózg Kon­rada zapa­mię­tałby roz­pi­saną do czter­dzie­stego miej­sca po prze­cinku liczbę pi. Geniusz. Szkoda, że patrząc na nad­pa­lone tru­chło w kost­nicy, zapo­mniał, jak wyglą­dała jego wła­sna żona.

Odbur­kuję, że zazdrosz­czę, ale roz­mowa i tak prze­staje się kleić. Pod­no­szę się z kanapy i scho­dzę na dół, do kuchni. Wsta­wiam wodę i wsy­puję roz­pusz­czalną kawę do kubka. Jak­bym nie mogła napić się u sie­bie -?mój dom i moja kuch­nia są zale­d­wie kil­ka­dzie­siąt metrów dalej. Bor­dowe firanki widać nawet stąd, wystar­czy wychy­lić się przez okno.

-?Dostali nowego śled­czego -?sły­szę głos Kon­rada. Przy­szedł tu za mną i zro­zu­miaw­szy, że nie zamie­rzam się stąd tak szybko ulot­nić, posta­no­wił się­gnąć po mleko do lodówki. Stara się być uprzejmy, nawet w tak przy­krych oko­licz­no­ściach. -?Podobno sie­dzi nad aktami od dwóch mie­sięcy.

-?I?

-?I nie podoba mu się to, co w nich zoba­czył.

-?A kon­kret­nie?

-?Kon­kret­nie to nie wiem. Nie chciał o tym mówić przez tele­fon. Dowiem się w ponie­dzia­łek. Zacznie ode mnie, potem będzie wzy­wać kolej­nych. Cie­bie też.

Zale­wam wrząt­kiem kawę. Tyle, by przy­kryć dno na dwa palce. Potrze­buję moc­nego kopa, bo nagle zro­biło mi się jakoś słabo.

-?Nastaw się, że mogą zro­bić rekon­struk­cję zda­rzeń -?sły­szę jak przez mgłę.

Kon­rad siada na tabo­re­cie i obser­wuje, jak pod­no­szę kubek do ust. Jego wzrok jest krę­pu­jący, ale szybko dociera do mnie, że nie patrzy na mnie, a przeze mnie. Jak­bym była ze szkła.

-?Nazywa się Nauman. Ten nowy. Zapa­mię­taj.

Pamięć do nazwisk mam aku­rat dobrą, ale przy­ta­kuję i powta­rzam nazwi­sko na głos.

-?A ta kobieta z kost­nicy, poli­cjantka...? -?przy­po­mi­nam sobie nową twarz. -?Ni­gdy wcze­śniej jej nie widzia­łam.

-?Mówisz o tej ze sko­sem w oczach? -?Kon­rad potrafi być praw­dzi­wym dżen­tel­me­nem. -?To jego przy­boczna, Shi Coś Tam. Nie sądzę, żeby była zbyt bystra.

W prze­ci­wień­stwie do Kon­rada, mam o Shi Coś Tam inne zda­nie. Chyba nie widzia­łam ni­gdy kogoś tak sku­pio­nego na tym, co się wokół niego dzieje.

-?Zależy im, by dopro­wa­dzić to śledz­two do końca -?mówię, mie­sza­jąc łyżeczką w kawie. -?Poli­cja ma nie­cie­kawe sta­ty­styki.

Kon­rad wciąż na mnie patrzy, ale tym razem już dużo bar­dziej przy­tom­nie. Wręcz natar­czy­wie.

-?Liczy­łem, że powiesz, że Miriam należy się spra­wie­dli­wość. Była dużo lep­sza od cie­bie -?sły­szę i znów czuję, że coś mnie ści­ska w środku.

Nie­mal dła­wię się kawą. Wyle­wam jej resztkę do zlewu, bo już i tak nic wię­cej nie przej­dzie mi przez gar­dło.

-?Pójdę do jej pra­cowni i pogrze­bię w jej rze­czach -?mówię i wymi­jam jego kolana w wąskim przej­ściu. -?Zostało mi jesz­cze kilka rze­czy do przej­rze­nia.

-?Jasne. Idź. Może znaj­dziesz coś waż­nego.

Ton jego głosu jest zawsze ten sam. Dosko­nale wie, że twój pokój prze­trzą­snę­łam już dzie­siątki razy i niczego istot­nego dla sprawy w nim nie zna­la­złam. Mimo to udaje, że jest w tym sens. Tak naprawdę żadne z nas nie ma poję­cia, czego niby nale­ża­łoby szu­kać ani po co. Nie mia­łaś przed nami żad­nych tajem­nic, prawda, Miriam?

Kon­rad też opusz­cza kuch­nię. Wraca do sypialni i znów zaczyna maj­stro­wać przy kame­rze. Jed­nak będzie nagry­wał beze mnie. Nie krę­puje się. Nie zamyka przede mną drzwi, żebym nie pod­słu­chi­wała, choć będzie pew­nie robił kilka prób. Za pierw­szym razem mało komu taka gadka do kamery wycho­dzi, jak należy.

Ale on nie boi się oce­nia­nia, nie zna wstydu. Jest inny. Odporny.

Ja też jestem zupeł­nie inna. Muszę mu przy­znać rację, że choć pły­nie w nas jedna krew, Miriam, to jeste­śmy jak biel i czerń. W niczym nie przy­po­mi­nam cie­bie.

Jestem ta gor­sza.

Godzinę póź­niej wciąż tu tkwię. Nie zaj­rza­łam do żad­nej z two­ich szu­flad, choć dla nie­po­znaki trza­snę­łam jedną na tyle gło­śno, by Kon­rad uwie­rzył, że naprawdę cze­goś w niej szu­kam. Niech myśli, że prze­ję­łam się tym, co powie­dział o wzno­wie­niu prze­słu­chań. Oboje gramy w tym teatrze i oszu­ku­jemy się wza­jem­nie. Nie stać nas na szcze­rość i każde z nas ma swój wła­sny powód.

Myślę, że rze­czy­wi­ście jestem tu ostatni raz. Oddam mu kom­plet klu­czy, który wrę­czy­łaś mi zaraz po tym, jak razem z matką wpro­wa­dzi­ły­śmy się na Rukoli. Chcia­łaś, żebym miała dostęp do waszego domu, tak na wszelki wypa­dek. Na przy­kład wtedy, gdy wyjeż­dża­łaś zakon­trak­to­wać pro­jekty pla­ka­tów do sztuki o dziew­czynce, która ma nad­przy­ro­dzone zdol­no­ści i potrafi zni­kać. Pamię­tam, jak zasta­na­wia­łaś się, w jaki spo­sób masz nary­so­wać zni­ka­jącą dziew­czynkę. To było na krótko przed twoim wła­snym znik­nię­ciem, bodajże trzy mie­siące wcze­śniej. Pamię­tam tam­ten gru­dniowy dzień. Przed wyjaz­dem powie­dzia­łaś mi, że w razie czego mam się zaopie­ko­wać Cookiem, bo na Kon­rada nie możesz liczyć. Wybie­rał się wtedy na któ­rąś z tych swo­ich wyjaz­do­wych kon­fe­ren­cji. Tego samego wie­czora dowie­dzia­łam się, że mia­łaś wypa­dek. Zawio­dły hamulce, a ty o mało nie zgi­nę­łaś. Czyż­byś prze­czu­wała, że sta­nie się coś złego, i dla­tego popro­si­łaś mnie o opiekę nad psem?

Ten pla­kat to było twoje ostat­nie zle­ce­nie. Na biurku wciąż leży kilka jego pro­jek­tów. Na pierw­szym dziew­czynka jest dobrze widoczna, w pełni poko­lo­ro­wana. Ma dłu­gie jasne włosy z prze­dział­kiem bie­gną­cym przez śro­dek głowy i nie­bie­skie oczy. Na dru­gim jest dużo bled­sza, co zna­czy, że zaczyna zani­kać i zaraz cał­kiem nie będzie jej widać. Trzeci rysu­nek to tylko roz­ma­zany kon­tur dziew­czynki. Nie widać już sukienki ani butów, jest led­wie uchwyt­nym zary­sem.

To ty jesteś tą dziew­czynką. Prawda, Miriam? Nary­so­wa­łaś sie­bie. Sko­pio­wa­łaś swoją twarz ze zdję­cia, jakie zro­biła nam w dzie­ciń­stwie nasza matka. Sta­ły­śmy wtedy w zoo przed wybie­giem dla szym­pan­sów i robi­ły­śmy głu­pie miny, by upodob­nić się do małp. Zamiast tego wyszły­śmy na fotce jak para mup­pe­tów. Mia­łaś wtedy na sobie piękną czer­woną sukienkę, ja ubrana byłam w biały pod­ko­szu­lek i beżowe szorty.

Teraz widzę cię, jak zani­kasz na swoim wła­snym rysunku.

Wie­dzia­łaś, że tak się sta­nie? Prze­czu­wa­łaś to i odzwier­cie­dli­łaś na kartce czy to tylko czy­sty przy­pa­dek? Zbyt dużo ich ostat­nio, nie sądzisz?

W prze­cię­tej na pół puszce po coli stoją ołówki, ze sło­ika uma­za­nego far­bami ster­czy kilka pędzli. Wyschły dawno temu, choć odkąd cię nie ma, regu­lar­nie zwil­żam wło­sie, by nie zbie­rało kurzu. Za te pędzle dałaś mają­tek. Nie powinny nisz­czeć pod twoją nie­obec­ność. Skoro jestem tu ostatni raz, zawinę je w papier i scho­wam do szu­flady.

Ręce mi drżą, gdy to robię. Po pędz­lach ukła­dam na dnie wszystko to, co zalega na biurku. Blok z czy­stymi kart­kami, tuby z logo Win­sor & New­ton (te akwa­rele lubi­łaś naj­bar­dziej, choć narze­ka­łaś, że mogłyby być bar­dziej pojemne), kredki tuszowe i mydło w kostce, bez któ­rego nie wyobra­ża­łaś sobie pie­lę­gna­cji swo­ich pędzli. Na wierz­chu ukła­dam trzy kartki przed­sta­wia­jące dziew­czynkę w czer­wo­nej sukience.

Cze­kam, aż Kon­rad skoń­czy nagry­wa­nie zgło­sze­nia. Jego dyżur w kli­nice zaczyna się za trzy kwa­dranse, więc powi­nien się już powoli zbie­rać do wyj­ścia. Ja tu zostanę, chcę jesz­cze przez chwilę pobyć wśród two­ich rze­czy. Może zaj­rzę do two­jej tajem­nej skrytki pod scho­dami, do któ­rej ni­gdy nikogo nie dopusz­cza­łaś. Mówi­łaś, że nie ma tam nic cie­ka­wego, że trzy­masz tam stare malar­skie kla­moty: szta­lugi, drew­niane ramy, pierw­sze szki­cow­niki, które zdą­żyły już pożółk­nąć, i tym podobne sen­ty­men­talne szpar­gały z życia sprzed Kon­rada. Skoro to były tylko zwy­kłe bam­be­tle, dla­czego tak bar­dzo zale­żało ci na tym, by nikt do nich nie zaglą­dał?

Tym bar­dziej muszę się tam dostać.

KONRAD

-?Zatrza­śnij za sobą drzwi! -?wołam, sto­jąc już w progu domu.

W pośpie­chu wcią­gam na grzbiet mary­narkę, ele­gant­szą niż ta, w któ­rej nagry­wa­łem zgło­sze­nie do Gdzie­kol­wiek..., i spraw­dzam, czy w nese­se­rze jest wszystko na swoim miej­scu. Cho­dzi mi głów­nie o kilka kar­tek, na któ­rych zapi­sa­łem sobie w punk­tach to, co mam zała­twić przed pogrze­bem - naj­wyż­szy czas zapla­no­wać uro­czy­stość i zde­cy­do­wać, czy trumna, czy urna. Z góry wiem, co wykażą wyniki DNA, więc nie widzę sensu, by z tym zwle­kać. Prze­cież od tego nie ucieknę.

Adela nie odpo­wiada. Albo mnie nie sły­szy, albo udaje. Nie mam sumie­nia jej popę­dzać, zwłasz­cza że usta­li­li­śmy, iż jest tu ostatni raz. Chcę dać jej tyle czasu, ile potrze­buje. Sta­ram się być dla niej miły i współ­czu­jący. Ona stara się być zimna i odle­gła, i świet­nie jej to wycho­dzi.

Adela zde­cy­do­wa­nie mi nie współ­czuje. Od dnia, w któ­rym zabra­kło Miriam, łączy nas dokład­nie to samo uczu­cie, jakie żywią do sie­bie dwa koguty, któ­rym ktoś przy­piął do nóg ostrogi, po czym zamknął je w żela­znej klatce. To minie, wystar­czy cier­pli­wie pocze­kać.

Wsia­dam za kie­row­nicę i prze­krę­cam klu­czyk w sta­cyjce. Kolej­nym odru­chem powinno być włą­cze­nie radia. Muzyka poważna bar­dzo mnie w tej żało­bie odpręża, ale zamiast się jej pod­dać, cofam rękę od pokrę­tła. Robię tak nie dla­tego, że nagle uświa­da­miam sobie, iż powi­nie­nem powstrzy­mać się od wszel­kich uciech, jakby to miało coś zmie­nić w tej gów­nia­nej sytu­acji. Powód jest o wiele bar­dziej pro­za­iczny: przez przed­nią szybę dostrze­gam wła­śnie Adelę. Stoi w oknie pra­cowni Miriam. Tkwi w nim nie­ru­chomo niczym upiór. Obser­wuje mnie, jakby cze­kała, aż popeł­nię jakiś błąd. Mam wra­że­nie, że jej regu­larne odwie­dziny spo­wo­do­wane były wła­śnie tym: cze­ka­niem, aż stracę czuj­ność, a ona przy­ła­pie mnie wtedy na czymś pod­łym. W czy­nie lub sło­wie.

Ale to w niej jest coś dziw­nego. Wysi­lam się, żeby zro­zu­mieć co. Wygląda ina­czej niż jesz­cze godzinę temu, gdy sta­li­śmy razem w kuchni. Coś tu ewi­dent­nie nie gra.

Wyco­fuję auto z pod­jazdu i po raz ostatni, na odjezdne, spo­glą­dam na sto­jącą w oknie sio­strę mojej żony.

To jej ubra­nie... na pewno nie przy­szła w tym, w czym jest teraz. Miała na sobie coś zupeł­nie innego. Chyba długi swe­ter, a pod nim jakąś burą bluzkę. Tym­cza­sem widzę ją w czer­wo­nej tunice. Nie należy do Adeli. To tunika Miriam.

Jadę tą samą drogą, co zwy­kle. Mijam domy sąsia­dów. Ci z rogu ulicy, od trójki roz­wrzesz­cza­nych dzie­cia­ków, znów wie­szają w ogro­dzie pra­nie i cała oko­lica pach­nie prosz­kiem. Okrą­żam park pełen psów bie­ga­ją­cych za paty­kami i skrę­cam przy moście. To nasz most. Nazwa­li­śmy go Mostem R., od Rose­man Bridge, tego z two­jego uko­cha­nego filmu Co się wyda­rzyło w Madi­son County. Nie wygląda jak tam­ten, jest o wiele węż­szy i nie ma zada­sze­nia, ale kiedy sta­nę­li­śmy na nim po raz pierw­szy, od razu sko­ja­rzy­łaś tę scenę z Co się wyda­rzyło... Pew­nie dla­tego, że chcia­łem ci zro­bić na nim zdję­cie. W tym miej­scu obie­ca­łem ci też, że kie­dyś zamiesz­kamy na tych przed­mie­ściach, bo zasłu­gu­jesz na wszystko, co naj­lep­sze. Popu­ka­łaś się w czoło, bo ceny domów w oko­licy się­gały miliona zło­tych, a my mie­li­śmy długi zamiast oszczęd­no­ści. Wszystko, łącz­nie z kre­dy­tem, szło na wypo­sa­że­nie mojej kli­niki. Dla­czego we mnie nie wie­rzy­łaś? Chi­rur­gia pla­styczna to kopal­nia złota, a ja mia­łem zamiar zostać naj­lep­szym gór­ni­kiem w mie­ście. Wyda­wało ci się, że nie będę umiał trzy­mać skal­pela w ręce?

Niech cię, Miriam...

Ty i ten twój lęk przed lata­niem.

Przez pierw­sze dwa lata naszego związku bałaś się prak­tycz­nie wszyst­kiego. Że skoń­czymy, wybie­ra­jąc resztki jedze­nia z kubłów za mar­ke­tami spo­żyw­czymi, że nie dasz rady uro­dzić dziecka, bo masz za wąską mied­nicę. Nie chcia­łaś nawet zawie­sić na moście kłódki na szczę­ście, bo oba­wia­łaś się, że straż miej­ska wlepi nam man­dat. Kłódka jed­nak zawi­sła. Kiedy ją zaci­ska­łem na prę­cie, sta­łaś na cza­tach i spraw­dza­łaś, czy aby nikt nas nie widzi.

Byłaś taka ostrożna, a jed­nak jed­nego nie prze­wi­dzia­łaś; że spo­tka cię coś o wiele gor­szego niż grze­ba­nie w śmie­ciach czy man­dat.

Za pod­sta­wówką, dla któ­rej z dobroci serca robi­łaś pla­katy na każdą moż­liwą oka­zję, wypa­dam już pro­sto na jezd­nię pro­wa­dzącą do cen­trum mia­sta. Nie ma korka, świa­tła też sprzy­jają. Nie zdej­mu­jąc nogi z gazu, prze­ci­nam jesz­cze kilka kolej­nych prze­cznic, po czym staję pod dwu­pię­tro­wym budyn­kiem z błę­kit­nym napi­sem Kli­nika Macha­row & Koch i logo w kształ­cie motyla. To twój pomysł -?i twój pro­jekt, Mi. Byłaś zda­nia, że nic tak nie oddaje cha­rak­teru rodzą­cego się piękna jak wła­śnie motyl.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki