Prócz kopuły w katedrze Correggio namalował w Parmie kopułę w kościele Świętego Jana Ewangelisty i kopułę w Komnacie Świętego Pawła. Wszystkie trzy nasunęły badaczom jego malarstwa formułę "od ludzkiego do niebiańskiego". Odwróciłbym ją w stosunku do sławnych płócien Correggia, ale do kopuł pasuje dość dobrze. Wychodząc od "ludzkiego", od realistycznego, bardzo zróżnicowanego i dramatycznego wyrazu twarzy i postaci (szczególnie w obrazie Apostołów otaczających kołem Chrystusa u Świętego Jana Ewangelisty), wydobył nowy walor przestrzeni uciekającej w nieskończoność dzięki niezwykłej magii światła. Nie sama siła, lecz jej uduchowienie w pędzie wzwyż, transformacja świadomie pozostawiona in statu nascendi, malarsko (jeśli tak wolno powiedzieć) zwiastowana. Correggio nie był wizjonerem, raczej poetą wiecznego ruchu między ziemią a niebem. Pewnie dlatego miał słabość do kopuł, które ogląda się inaczej niż freski na ścianach; biorąc udział w tym ruchu, wznosząc się drogą otworzoną przez malarza do utraty niemal dotyku ziemi pod nogami.
Uwielbiał go Stendhal, nazywał go divin. Znany jest tekst zaprojektowanego przez Stendhala własnego nagrobka: "Tu leży Arrigo Beyle Milanese, żył, pisał, kochał, umarł w roku 18..., kochał Cimarosę, Szekspira, Mozarta, Correggia". Jedyny malarz spośród tylu, których znał i podziwiał, o których pisał. Bo rzeczywiście: trudno wobec Correggia poprzestać na samym podziwie, porusza struny uczuć bardziej intymnych.
Podejrzewam jednak, że Stendhal kochał przede wszystkim Correggia przechodzącego "od niebiańskiego do ludzkiego", czyli autora takich płócien jak Madonna ze świętym Hieronimem lub Madonna z miseczką. W zachwyt, w uniesienie nawet wprawiała go Koronacja Najświętszej Marii Panny. To jest Correggio, który w świętych widział ludzkie postacie i omijał zasadzki hagiograficznej "słodyczy", na ogół odrobinę sztywnej i znieruchomiałej. Malował Madonnę jako piękną, żywą i uroczą kobietę, zamyśloną, o delikatnym i niekiedy delikatnie zalotnym uśmiechu. W obrazach dramatycznych, w Męczeństwie Czterech Świętych i w Zdjęciu z Krzyża, umiał pokazać ludzki dramat, nie odbierając mu wymiaru i cech przesłania religijnego. Sacrum i profanum współistnieją tu, ocierają się o siebie, wyrastają jedno z drugiego, z cudowną naturalnością i swobodą. Może nie ma w ogóle zbyt dużo sensu posługiwanie się formułami "od ludzkiego do niebiańskiego" i "od niebiańskiego do ludzkiego". Ziemski Correggio i Stendhalowski Correggio divin przenikają się wzajemnie w symbiozie, która tkwi u podstaw każdej wielkiej sztuki.