Sześć dni w Leningradzie - Paullina Simons

-
Proszę czekać

 

Lataj Aerofłotem!

Ojciec powiedział, żebym zarezerwowała jednoosobowy pokój w hotelu i zapomniała o apartamencie.

- Ja zatrzymam się u Anatolija, a ty spędzisz w hotelu parę dni. Będę przychodził po ciebie co rano i zajmiemy się swoimi sprawami. Skoro będziesz sama, jednoosobowy pokój będzie tańszy.

I był. Zarezerwowałam go na sześć dni. Ojciec zdziwił się, że przez cały czas będę mieszkać w hotelu. Był przekonany, że spędzę parę dni u Anatolija. Ale ja myślałam o sobie. Po co się pakować i rozpakowywać dwa razy.

Poza tym to tylko sześć dni.

Zarezerwowałam jeden z najtańszych biletów. Agentka była bardzo szczęśliwa, gdy po godzinie szukania - cały czas czekałam ze słuchawką przy uchu - znalazła wreszcie niedrogie połączenie.

- Jakie linie?

- Aerofłot.

Nie byłam przekonana. Wszystkie inne linie oferowały bilet w obie strony za tysiąc dwieście do tysiąca dziewięciuset dolarów, tymczasem Aerofłot chciał mi go sprzedać za pięćset trzydzieści... Zaniepokoiłam się.

- To chyba miejsce stojące?

- Nie, nie. To ich regularna cena. Nie zostało wiele wolnych miejsc. I to lot bezpośredni.

Teraz się podnieciłam. Inne linie lotnicze miały międzylądowania w Paryżu czy Londynie, a tu lot bez żadnej przerwy. Aerofłot nie musiał tankować po drodze! Uznałam, że to fantastyczne.

- Lot non stop aż z Dallas? No, no.

- Nie, nie - zaprotestowała szybko agentka. - Nie z Dallas. Z lotniska JFK. W Nowym Jorku.

Szybko nadmieniłam, że nie mieszkam w Nowym Jorku, lecz w Dallas, i dlatego potrzebuję biletu z Dallas.

- Rozumiem. Ale nie mam biletu z Dallas. No nie, mam, ale Air France z trzygodzinną przerwą w Paryżu. Za tysiąc dziewięćset dolarów.

Milczałam.

- Będziemy musiały znaleźć pani połączenie.

Wiedziałam, że to nie może być tak proste. I nie było. Mój samolot Aerofłotu wylatywał z lotniska JFK w Nowym Jorku piętnaście po pierwszej w niedzielę, a samolot American Airlines z Dallas przylatywał do Nowego Jorku o wpół do dwunastej. Na lotnisko LaGuardia.

Godzina i czterdzieści pięć minut - zakładając, że samolot wyląduje o czasie - na odebranie bagażu, znalezienie taksówki, przejechanie przez miasto i odprawienie się na międzynarodowy lot - a wiadomo że trzeba to zrobić trzy godziny przed odlotem.

- Biorę - powiedziałam do agentki.

Oznajmiłam Kevinowi, że wezmę ze sobą tylko pokrowiec na ubrania jako bagaż podręczny. Jak uda mi się zmieścić ubrania na cały tydzień - i buty - do podręcznej torby?

Ojciec przekazał mi podejrzanie wyraźne instrukcje, kiedy może się ze mną spotkać.

Oczywiście wszystko poplątałam. Najwyraźniej dotrę na miejsce za wcześnie.

- Mówiłem ci, nie przyjeżdżaj przed poniedziałkiem trzynastego lipca.

- Ale przyjeżdżam w poniedziałek trzynastego lipca.

- O wpół do szóstej rano, a ja nie mogę być tam tak wcześnie.

- To przyjedź, kiedy możesz, i spotkaj się ze mną w hotelu.

Czułam, że jest sfrustrowany. Nie rozumiałam dlaczego. Może chciał wyjechać po mnie na lotnisko?

- Nie mogę tam być o piątej rano - powtórzył.

- Okej - odparłam. - Spotkamy się w hotelu. Nie musisz wyjeżdżać po mnie na lotnisko. Mogę wziąć taksówkę.

Zadzwonił dwa dni później.

- Nie będziesz brała taksówki. Odbierze cię Wiktor. Będzie trzymał tabliczkę z twoim nazwiskiem. Po rosyjsku. Potrafisz przeczytać swoje nazwisko cyrylicą?

- Tak, papo.

- Zapłać mu. Trzydzieści rubli. Jeśli coś się wydarzy i go nie będzie, weź taksówkę. Na lotnisku jest ich mnóstwo. Tylko ustal wcześniej cenę za przejazd. Bo jeśli wsiądziesz i każesz się wieźć do Grand Hotelu Europejskiego, oskubią cię ze wszystkich pieniędzy. Negocjuj z góry. Jeśli każą ci zapłacić sto rubli, nie jedź. Jeśli pięćdziesiąt, zbij cenę do trzydziestu.

- Dobrze - odparłam, ale ojciec musiał wyczuć moje wahanie, bo szybko dodał:

- Ale Wiktor tam będzie. Na pewno.

Mój ojciec zawsze wszystko drobiazgowo planuje. W końcu przez dwadzieścia pięć lat zarządzał sporą grupą ludzi.

- Spotkam się z tobą w hotelu za piętnaście czwarta po południu. Ale bądź gotowa o wpół do czwartej, gdybym przyjechał wcześniej. Nigdzie się nie ruszaj. Możesz wyjść na krótki spacer, ale najlepiej prześpij się przez kilka godzin. Cokolwiek będziesz robić, bądź gotowa o wpół do czwartej. Zrozumiałaś? Pojedziemy na kolację do Anatolija. Są bardzo podekscytowani twoim przyjazdem. We wtorek pojedziemy do Szepielewa. - Zawiesił głos dla większego efektu. Wiedział, ile dla mnie znaczy.

- Świetnie. Jak się tam dostaniemy?

- Wiktor nas zawiezie. Będziemy mieli do dyspozycji jego i samochód przez cały pobyt.

- Świetnie - odparłam, lecz bez entuzjazmu.

Nie znałam tego Wiktora; dlaczego obcy człowiek miałby z nami jechać akurat do Szepielewa? To nie miało sensu. Chciałam korzystać z transportu publicznego. Nie odezwałam się jednak.

- We środę pójdziemy na cmentarz Piskariewski - ciągnął ojciec. - W piątek odbędzie się pogrzeb Romanowów. To historyczny dzień. Z trudem bo z trudem, ale załatwiłem dla nas akredytację. Będziesz mogła zobaczyć, jak tworzy się historię.

- No, no.

- Nie wiem, co jeszcze chcesz zobaczyć.

- Chcę iść do Muzeum Blokady Leningradu.

- Znajduje się na cmentarzu Piskariewskim.

Mój plan pokazywał inaczej, ale czy mogłam się spierać? Ojciec mieszkał w Leningradzie przez trzydzieści pięć lat, nie wliczając w to lat spędzonych w łagrze. Wiedział lepiej niż mój głupi plan.

 

Grób prababki

Tydzień przed wyjazdem do Rosji rozmawiałam z dziadkami ze strony ojca. Był to dzień dziewięćdziesiątych pierwszych urodzin dziadka i cieszyli się, że nie zapomniałam.

- Jak mogłabym zapomnieć o twoich urodzinach, dieda? - zapytałam. W Rosji każde lato spędzałam z dziadkami w Szepielewie. Co roku drugiego lipca byliśmy razem w jego urodziny.

Z dziadkiem ze strony mamy nie łączyły mnie tak bliskie relacje. Matka mamy zmarła, gdy mama miała szesnaście lat, jeszcze zanim się urodziłam. Otrzymałam imię na jej cześć. Ojciec mojej matki był żołnierzem Armii Czerwonej - nie przywiązywał się łatwo, a już na pewno nie do mnie. Ostatni raz widziałam go, gdy przyszedł do naszego mieszkania komunalnego, by odwieść matkę od wyjazdu do Ameryki. Kazano mi iść do kuchni, żeby dorośli mogli spokojnie porozmawiać w naszym pokoju. Kręciłam się po korytarzu w nadziei, że coś usłyszę - bez powodzenia. Nagle drzwi otworzyły się i on wyszedł, nie obrzuciwszy mnie nawet jednym spojrzeniem. Trzymał w dłoniach kapelusz i miał zaciśnięte usta. Wtedy widziałam go ostatni raz. Możliwe, że również pierwszy. Nie pamiętam.

Ojciec mojego ojca to zupełnie inna historia. Przeżył pierwszą wojnę światową, rosyjską rewolucję, rosyjską wojnę domową, lata stalinowskie, blokadę Leningradu, drugą wojnę światową, lata Chruszczowa, Breżniewa i nasze wspólne łowienie ryb w Zatoce Fińskiej. Kiedy skończył dziewięćdziesiąt jeden lat, pamiętałam.

- Wszystkiego najlepszego - powiedziałam.

Babcia podniosła drugą słuchawkę.

- Wszystkiego najlepszego i nic. Planujecie z ojcem jechać do Szepielewa? Mówił, że tak.

- Tak, babuszka, planujemy.

- Plinka - zaczęła - pojedziesz na grób swojej prababki, prawda?

- Oczywiście.

Rozpłakała się.

- Bo pewnie nikt nie był na jej grobie od czasu, gdy dziewiętnaście lat temu wyjechaliśmy z Rosji.

- Znajdziemy go. Jest oznaczony, prawda?

- Nie wiem. Chyba nie.

- To nie jest?

- Nie pamiętam. To było tak dawno.

- Pamiętasz nagrobek?

- Nie.

- A pamiętasz, w którym miejscu ją pochowano?

- Nie bardzo. Gdzieś po prawej, z tyłu.

- Rozumiem. Znajdziemy grób. To nic trudnego.

- Plinka. - Płakała jeszcze bardziej. - Jeśli nie znajdziesz grobu prababki, będziesz niedobra i nie pójdziesz do nieba.

W tym momencie wtrącił się dziadek i zapytał, czy przyjadę do Nowego Jorku między drugim a dwunastym lipca, "bo jest kilka osób w Rosji, które chciałbym, żebyś odwiedziła. Iwanczenkowie. Pamiętasz ich?".

- Umarli czy żyją?

- Żyją, żyją. Bardzo chcą cię zobaczyć.

Babka mu przerwała.

- Grób na pewno jest zaniedbany. Nie wiem, czy twoja kuzynka Julia się o niego troszczy. Raczej nie. Pewnie nawet nie jeździ już do Szepielewa. Kto wie? Ale pamiętasz Lichobabinów? Nadal mieszkają w Szepielewie...

- Jeśli nie umarli - wtrącił dziadek.

- Lewa, przestań. Plinka, chcę, żebyś dała Lichobabinom pieniądze. Sto dolarów. Masz sto dolarów, prawda? Daj im i poproś, żeby dbali o grób mojej matki.

- To nie przyjedziesz do Nowego Jorku? - zapytał dziadek. - Szkoda. Bardzo chciałem z tobą porozmawiać o Iwanczenkach. Teraz nie jest dobra pora. Mam przyjęcie urodzinowe.

 

Do Leningradu

Moja podróż do Rosji rozpoczęła się o wpół do piątej rano. Zwlokłam się z łóżka po dwóch i pół godziny snu. Byliśmy na imprezie z okazji pięćdziesiątych urodzin szefa mojego męża i ponieważ okazałam się bardzo przewidująca, wypiłam siedem wódek żurawinowych. Równie dobrze mogło to być sześć lub osiem; rzadko piję, więc po pierwszych dwóch straciłam zdolność wykonywania prostych działań matematycznych.

Choć za mój poranny paraliż z pewnością ponosił winę brak snu, gorsza była ilość alkoholu, która pozostała w moim organizmie. Nie pamiętałam, kiedy ostatnio aż tyle wypiłam. Miałam mgliste wspomnienia z college'u, kiedy być może przy jednej czy dwóch okazjach wypiłam o kieliszek za dużo. Spałam potem przez dwanaście godzin i po południu budziłam się trzeźwa. Mniej więcej.

Dziś po niecałych trzech godzinach snu i przed liczącą ponad siedem tysięcy kilometrów podróżą trzeźwa raczej nie byłam.

Samolot na lotnisko LaGuardia w Nowym Jorku odlatywał dziesięć po siódmej. Do samochodu wsiedliśmy za piętnaście szósta, mając przed sobą pięćdziesiąt minut drogi na lotnisko.

Z konieczności siedziałam sztywno wyprostowana. Prosiłam Kevina, żeby nie skręcał ani w lewo, ani w prawo i za wszelką cenę unikał gwałtownego hamowania. Kiedy dotarliśmy na lotnisko, trochę rozjaśniło mi się w głowie. Przynajmniej oczy nie chlupotały mi już na czubku mózgu.

Cały plan złapania samolotu wylatującego z JFK do Leningradu opierał się na zabraniu pokrowca na ubranie jako bagażu podręcznego. Mój wydawca załatwił samochód, który miał mnie przewieźć na drugie lotnisko, żebym nie traciła czasu na łapanie taksówki. Jednak nadal było jasne, że nie mam dość czasu. Kiedy zadzwoniłam do Aerofłotu, żeby zapytać o czas odprawy, pracownica wyjaśniła angielskim z idealnym akcentem, że muszę się stawić przy stanowisku odprawy trzy godziny przed odlotem. Ponieważ nie było to możliwe, zapytałam, jaki jest czas minimalny, i opisałam moją sytuację z połączeniami.

- Wystarczy, jeśli zjawi się pani przynajmniej dwie godziny przed odlotem.

Dobrze wiedzieć.

Miałam godzinę i czterdzieści pięć minut, by przejechać z lotniska LaGuardia na JFK, i tylko ci, którzy walczyli z autostradą Van Wyck i przegrali, rozumieją, że czas nie był moim sprzymierzeńcem.

Najważniejsze: pokrowiec na ubranie musiał lecieć ze mną.

Kobieta drukująca kartę pokładową była innego zdania.

- Nie może pani tego zabrać ze sobą - rzuciła na wstępie.

- Muszę. Mój drugi samolot odlatuje z JFK piętnaście po pierwszej.

Nie jestem pewna, czy wiedziała, co to takiego JFK. Z pewnością nic jej to nie obchodziło. Pokręciła głową.

- Trzeba to sprawdzić. Widzi pani? - Machnęła ręką w stronę metalowej ramy, w której powinien się zmieścić bagaż podręczny. - Musi mieć takie wymiary.

- Ale to nie jest bagaż podręczny - zauważyłam. - To pokrowiec na ubranie.

- Musi mieć takie wymiary - powtórzyła lekceważąco i odwróciła się, by wypełnić kartę pokładową.

- O co pani chodzi? - dopytywał się mój mąż. - Zabieraliśmy ten pokrowiec trzy razy i zawsze pozwalano nam go wziąć na pokład.

- To tak nie działa - odparła i wyjęła mi pokrowiec z rąk.

Spłynęła na mnie zdolność przewidywania przyszłości. Ujrzałam siebie na LaGuardii, jak czekam na pokrowiec przy taśmociągu i spóźniam się na samolot do Rosji.

Kobieta zdecydowanie ukończyła kurs nieuprzejmości dla zaawansowanych, jakie organizują w wieczorowej szkole American Airlines. Nagle do Kevina podszedł mocno zbudowany młody człowiek i zaczął go zapewniać, że wszystko będzie dobrze, bo moim samolotem leci do Sankt Petersburga jeszcze czterdzieści osób. Kierownik grupy zadzwonił już do Aerofłotu i tam zgodzili się zatrzymać samolot dla całej czterdziestki, dopóki nie dotrze z LaGuardii na lotnisko JFK.

Poczuliśmy się lepiej. W konsekwencji nie musieliśmy robić tego co zwykle, gdy stajemy przed absolwentami kursu nieuprzejmości American Airlines, czyli z dumą prezentować naszych dyplomów uzyskanych na uczelniach złości i opryskliwości.

Nie mieliśmy z Kevinem czasu, żeby się pożegnać jak należy. Było dziesięć po siódmej, czas startu. "Pa, pa, zadzwonię - powiedziałam. - Nie wiem kiedy, jest różnica czasu. Zrobię, co w mojej mocy, ucałuj ode mnie dzieci, kiedy się obudzą".

Usiadłam na miejscu 7A - przy wyjściu awaryjnym! Trafiło mi się pierwszy raz, choć latam od jedenastu lat.

Kiedy przeciskałam się obok dziewczyny siedzącej przy przejściu, zauważyłam, że jest niezwykle przyjazna. Często nawiązywała kontakt wzrokowy, przywitała się, interesowała ją zawartość mojej torebki, moje czasopisma, mój walkman, dopytywała się, czy dobrze się czuję.

Okazało się, że jest misjonarką, jedną z czterdziestu osób podróżujących do Sankt Petersburga. Powiedziała mi, że wszyscy są związani z misją w pobliżu Dallas.

- Katolicką? - zapytałam, bo znałam tylko katolickich misjonarzy. Wydawało się sensowne, że katolicy zmierzają do Rosji, by szerzyć swoją religię wśród nas, prawosławnych. Próbują się z nami połączyć od czasu, gdy Jeden Święty i Apostolski Kościół podzielił się podczas wielkiej schizmy w 1054 roku. Boże, ależ mamy im to za złe. Nadal nie wybaczyliśmy im tego, co zrobili z nicejskim wyznaniem wiary.

Ale nie byli katolikami. Carrie wyjaśniła, że są misją bezwyznaniową, która zamierza głosić Słowo Boże Rosjanom. Tak jakby Rosjanie byli poganami.

Chciałam ją oświecić, że choć komuniści bardzo się starali stworzyć własną odmianę religii z kultem Lenina i Stalina, ponieśli porażkę, lecz zanim zdążyłam się odezwać, wyjrzała przez moje okno na chmury i słońce.

- Czyż to nie jest piękne? - zauważyła. - Jak można wątpić w istnienie Boga, kiedy się widzi piękno stworzone jego ręką?

Mruknęłam coś niezrozumiałego, spojrzałam obojętnie za okno i włączyłam na walkmanie Guns n'Roses, którzy krzyczeli, że w rajskim mieście trawa jest zielona, a dziewczyny piękne. Carrie próbowała ze mną rozmawiać. Na szczęście poddała się i włączyła swojego walkmana. Potem próbowała coś pisać w dzienniku, lecz widziałam, że nie ma weny, nie pomogły nawet piękne chmury. Zajrzałam jej przez ramię. Zaczęła: "Dziękuję Ojcu za..." i urwała.

Na dobre. Zamknęła dziennik i zasnęła. Głośno chrapała. Słyszałam ją przez szum boeninga 747 i Appetite for Destruction Gunsów.

Mój żołądek, nadal niespokojny po zakrapianej kolacji, nie mógł przyjąć więcej niż pół banana. Kiedy Carrie się obudziła, zaoferowała mi swojego banana i jogurt.

Wylądowaliśmy na LaGuardii o wpół do dwunastej, czyli o czasie.

Mojego pokrowca nie było.

Najpierw sprawdziłam przy bramce, mając nadzieję, że tam się zmaterializuje, tak samo jak w magiczny sposób pojawiały się wózki dzieci.

Podeszłam do taśmociągów z bagażem i poznałam mojego kierowcę, uprzejmego Hindusa po pięćdziesiątce, który razem ze mną wpatrywał się w przesuwającą się taśmę.

Jechała.

I jechała.

Pojawiły się bagaże misjonarzy. Wydawało się, że jest ich z trzysta. Bagaże innych pasażerów. Ludzie zdejmowali po trzy, cztery walizki naraz. Jednak nigdzie nie było widać jednego parszywego pokrowca.

W ciągu tych dwudziestu pięciu minut, kiedy czekałam na bagaż, przeżyłam całą resztę podróży. Byłam tak spięta, że gdyby ktoś na mnie dmuchnął, złamałabym się na pół. Wyobrażałam sobie, że pokrowiec leci w innym samolocie, do Las Vegas, Chicago, Seattle. Zdarzało się już, że znikały foteliki samochodowe moich dzieci. Zdarzało się też, że nasze walizki nie trafiały do naszego samolotu, lecz przylatywały następnym. Teraz byłam pewna, że spóźnię się na samolot do Sankt Petersburga. Czy mogłam pojechać do Rosji bez ubrań? Czy mogłam tam kupić wszystko, co będzie mi potrzebne? Czy w Rosji w ogóle było wszystko, czego potrzebowałam? Buty, bielizna? Dżinsy, kosmetyki do makijażu? A co z dziesięcioma koszulkami, które kupiłam dla przyjaciół ojca? Co z moją kurtką?

Nie, będę musiała się spóźnić na samolot. Moje sześć dni w Sankt Petersburgu skróciło się do pięciu. A jeśli pokrowiec zginął na dobre? Wiedziałam, że American Airlines przeproszą. Powiedzą, że jest im bardzo, bardzo przykro. A to wszystko przez jedną nieuprzejmą kobietę, która nie chciała pomóc. Nigdy nie nienawidziłam nikogo bardziej niż jej w ciągu tych dwudziestu pięciu minut. Całe moje ciało drżało z niepokoju.

W tym czasie mój drobniutki kierowca z działu reklamy wydawnictwa St. Martin's Press stał obok mnie i z powagą nucił radosną melodię. Don't Worry, Be Happy. Chciałam go zakneblować skarpetką.

Byłam tak zestresowana, że kiedy pokrowiec w końcu się pojawił - alleluja! - nie poczułam natychmiastowej ulgi.

Kierowca chwycił mój jedyny bagaż i zaczął go ciągnąć na kółkach. Spieszyłam się, on zaś podążał dostojnym krokiem. Przeszliśmy przez ulicę na parking i... zgadnijcie! Nie mógł znaleźć samochodu. Było pięć po dwunastej, mój samolot odlatywał piętnaście po pierwszej, ze mną lub beze mnie, a on nie mógł znaleźć samochodu.

Podszedł do czarnego lincolna, roześmiał się - jakby to było takie zabawne - i powiedział:

- Chwileczkę. To nie mój.

Ha, ha.

Błąkaliśmy się bez celu. Spojrzał na inną tablicę rejestracyjną.

- Nie, ten też nie mój.

I stanął. Znieruchomiał na środku parkingu, spoglądając w lewo, potem w prawo, lecz ogólnie sprawiał wrażenie, jakby nie miał zielonego pojęcia, co robić. Może myślał, że trzeba zawołać taksówkę. W tej chwili za nic nie potrafiłabym ukryć, co czuję, milczałam więc w obawie, że okropnie obrażę tego człowieka, a on nie zechce mnie zawieźć, nawet jeśli znajdzie samochód.

W końcu znalazł. Znów się roześmiał i pochylił w moją stronę, pragnąc, bym mu zawtórowała.

- Wszystkie wyglądają tak samo! - wykrzyknął.

Uśmiechnęłam się blado.

- To na pewno pański?

Roześmiał się jeszcze głośniej.

Wyjechaliśmy dwanaście po dwunastej i dotarliśmy na lotnisko Kennedy'ego w rewelacyjnym czasie. Van Wyck nie wygrał. Dwunastego lipca 1998 roku byłam tak bliska pokonania autostrady Van Wyck jak Elaine w Kronikach Seinfelda.

Po drodze wyobrażałam sobie męża w basenie z dziećmi przy czterdziestu stopniach. W Nowym Jorku było trzydzieści, bardzo przyjemnie. Van Wyck nie jest szczególnie malowniczą drogą, łagodnie rzecz ujmując. Dlaczego wtedy wydawała mi się piękna? Tęskniłam za Nowym Jorkiem.

Podeszłam z torbą do kolejki do odprawy Aerofłotu i przez pięć minut stałam za siedemdziesięcioma osobami.

- Kto jeszcze na lot do Sankt Petersburga? - krzyknął ktoś po rosyjsku.

Jakieś dziesięć osób przesunęło się do przodu.

- Ktoś jeszcze? Samolot jest pełny! - oznajmił poirytowany mężczyzna, nadal po rosyjsku.

Co zrobiłby mój Kevin? Albo dziewięćdziesiąt dziewięć procent ludności Ameryki, które nie mówi ani słowa po rosyjsku? Mój mąż zna dwa: Koszmar! i Boże moj! Oba znakomicie pasują do sytuacji, gdy stoi się w złej kolejce do samolotu, który odlatuje za pół godziny i jest pełny. Rozejrzałam się w poszukiwaniu misjonarzy, ale nie było ich nigdzie widać. Przyjechali na lotnisko przede mną? Na pewno odebrali tony swojego bagażu, zanim ja doczekałam się na mój przeklęty pokrowiec.

W każdym razie pokazano mi, że mam stanąć "tam", i czekałam, by zajęła się mną Azjatka. Nie mówiła po rosyjsku, co początkowo wydawało się błogosławieństwem, ale niewielkim, bo po angielsku też nie mówiła.

Jej komputer zepsuł się na moich oczach i wyglądała tak bezradnie jak drobniutki kierowca, gdy szukał swojego czarnego lincolna. Przez pięć minut wsuwała papier do komputera i przez kolejne pięć wpatrywała się tęsknie w ekran.

- Jakiś problem? - zapytałam w końcu.

- Tak. Komputer się zepsuł.

- Oczywiście. - Chciałam wiedzieć, co to ma wspólnego ze mną, ale obawiałam się, że wszystko. - Nadal nie mam miejsca.

- Tak, tak. Zajmę się tym. - Rozejrzała się. - Muszę iść i skorzystać z innego komputera, żeby panią odprawić. Proszę tu poczekać.

Czekałam. Walczyła z komputerem innego pracownika. Podszedł jakiś mężczyzna, spojrzał na jej komputer i pokręcił głową.

- Pasza! - zawołał i odszedł.

Wszyscy przy stanowisku odpraw Aerofłotu mieli na imię Pasza, Sierioża albo Tatiana i nikt nie mówił po angielsku, a jeśli nawet, to się z tym nie zdradzał.

Bębniłam niecierpliwie palcami w ladę i czekałam na Azjatkę.

Minęło trzydzieści minut. Kiedy wróciła, zapytałam nieśmiało, czy mogę dostać miejsce przy oknie.

- Przy oknie? - zdumiała się. Wyglądała, jakby miała wybuchnąć śmiechem. - Nie zostały żadne miejsca przy oknie. Samolot jest pełny. Mogę pani dać miejsce przy przejściu.

Zastanawiając się, czy dwadzieścia minut wcześniej - przed awarią komputera - miejsca przy oknie były dostępne, zacisnęłam usta i dostałam miejsce 24D.

Pobiegłam do bramki, lecz choć było piętnaście po pierwszej i zbliżał się czas odlotu, pasażerowie nie zaczęli jeszcze wchodzić na pokład. Niech Bóg błogosławi Aerofłot. Miałam trochę czasu, więc zadzwoniłam do Kevina, który nie odebrał; pewnie nadal siedział w basenie. Kupiłam jeszcze dwa czasopisma, bo te pięć, które miałam w torbie, mogło nie wystarczyć. Było dwadzieścia po pierwszej. Nigdzie nie widziałam misjonarzy. Czyżby jeszcze się nie odprawili? Trudno mi było w to uwierzyć, po długim oczekiwaniu na bagaż, zabawie w chowanego z lincolnem i problemami z komputerem.

Snułam się bez celu, szukając kogoś, kogo mogłabym zapytać, co się dzieje. Przy bramce utworzyła się niewielka kolejka. Bardzo chciałam zapytać panią z Aerofłotu za kontuarem, ale krzyczała coś po rosyjsku do telefonu. Kiedy mijałam grupę ludzi, usłyszałam, że jakaś młoda para rozmawia po angielsku. Podeszłam do nich i zapytałam:

- Przepraszam, nie wiedzą państwo, kiedy zaczną wpuszczać na pokład?

Spojrzeli na mnie bezmyślnie.

- My nie goworim po anglijski - powiedział chłopak.

Obrzuciłam ich równie bezmyślnym spojrzeniem, próbując przypomnieć sobie kilka słów rozmowy, którą przed chwilą usłyszałam. Mogłabym przysiąc, że rozmawiali po angielsku. Teraz oczywiście nie pamiętałam ani słowa. Czułam się tak, jakbym znalazła się w obrazie abstrakcyjnego ekspresjonisty Jacksona Pollocka. Skinęłam głową.

- Rozumiem - rzuciłam i odeszłam, by stanąć obok krzyczącej niegrzecznie po rosyjsku pracownicy Aerofłotu.

Zanim nadarzyła się okazja zapytać kogoś innego, zaczęli wpuszczać pasażerów na pokład. Było wpół do drugiej.

Kiedy wsiadłam do samolotu, można by pomyśleć, że usiadłam z wdzięcznością, lecz nie - myślałam o następnych ośmiu godzinach i trzydziestu dziewięciu minutach na miejscu 24D, które znajdowało się przy podwójnym przejściu. Trzy fotele przy jednym oknie, trzy przy drugim i cztery na środku. Ja miałam czwarty z brzegu. Nie mogłam siedzieć bardziej na widoku. Na dodatek dmuchało na mnie zimne powietrze. Wyciągnęłam rękę, by zakręcić wylot. Nadal dmuchało. Zakręciłam wszystkie cztery wyloty. Nic. Przycisnęłam żółty guzik, przyzywający pomoc. Podszedł do mnie uprzejmy mężczyzna po trzydziestce.

- Pożałujsta - zaczęłam. - Mógłby pan zamknąć te wyloty? Bardzo proszę. Jest zimno.

Skinął głową, wyciągnął rękę i czegoś dotknął. Przez chwilę było lepiej. Dopóki nie odszedł. Potem znów zaczęło dmuchać.

Przez głośniki poinformowano nas po rosyjsku, że misjonarze opóźniają lot, bo jeszcze trwa odprawa. Po chwili ogłoszenie powtórzono łamaną angielszczyzną.

Miałam mnóstwo czasu na myślenie.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

 

Wcześniej: Życie w Teksasie

Dotarliśmy z Kevinem do naszego nowego domu dwadzieścia po ósmej rano - w samą porę, bo ciężarówka firmy przewozowej stała już zaparkowana na podjeździe. Musieliśmy wjechać na trawnik, żeby ją ominąć. Ledwo otworzyliśmy drzwi garażu, a fachowcy od przeprowadzek już rozkładali koce i wyciągali wózki. Zaraz potem zaczęli wnosić rzeczy do domu.

Trzeba dodać, że do domu, który nie był jeszcze gotowy. Ekipa sprzątająca dopiero co przyjechała. Sprzątaczki szorowały kuchnię. Fachowcy zaczęli układać pudła na wykładzinie, której nie odkurzano od czasu, gdy została położona. Czyli nigdy.

Poprosiłam kobiety, żeby najpierw odkurzyły pokój, by można było ustawiać pudła na czystej wykładzinie. Mogłoby się wydawać, że proszę o wnoszenie ciężkich przedmiotów na schody w czterdziestostopniowym upale. Najpierw zaczęły prychać, a potem oświadczyły, że nie mówią po inglés. Phil, inspektor nadzoru, wyjaśnił, że pracują w swoim tempie i według własnego planu. Spojrzałam na niego, jakby to on nie mówił po inglés, i w końcu powiedziałam:

- Phil, nie wiem, czy zauważyłeś, ale my się wprowadzamy. Poproś je, żeby odkurzyły podłogę w sypialni i pokoju dziennym.

- Problem polega na tym - odparł - że większość z nich nie mówi ani słowa po angielsku.

- Mógłbyś znaleźć choć jedną, która mówi?

Moi dwaj synowie, trzyletni Misha i roczny Kevie, pętali się pod nogami ludzi od przeprowadzek. Chyba próbowali ich przewrócić.

- Nie chcę iść do Burger Kinga na śniadanie! - darł się Misha. - Nie chcę iść do Burger Kinga na śniadanie!

Jedenastoletnia Natasha przysiadła na pudle z książkami i spokojnie zagłębiła się w lekturze, ignorując wszystko i wszystkich.

Opiekunka uspokajała Mishę, a tymczasem Kevie potuptał do basenu. Psy szczekały bez przerwy. Chciały albo żeby je wpuścić, albo wypuścić, albo zastrzelić.

Do domu wbiegł mój mąż.

- Proszę, idź do garażu i porozmawiaj z tymi ludźmi od przeprowadzek. Jedno z nas musi stale przy nich być i pokazywać, dokąd mają zanieść rzeczy.

- Przecież podpisałam wszystkie pudła! - zaprotestowałam.

- Ale i tak nie wiedzą, gdzie je stawiać.

Do drzwi na tyłach zapukał fachowiec od basenu.

- Halo? Czy to zła pora, żeby pokazać wam, jak to wszystko działa?

Kevie wbiegł do domu, owinął się wokół nogi ojca i nie chciał go puścić, dopóki ten nie wziął go na ręce. Opiekunka z trudem go oderwała. Psy ujadały. Trzyletni Misha nie przestawał wrzeszczeć, że nie chce iść do Burger Kinga. Najwyraźniej spodobało mu się w nowym domu.

Wszedł kierownik budowy.

- Dzień dobry! Potrzebujemy jeszcze paru dni, ale damy radę! Macie kilka minut, żeby omówić zmiany? Mam tu też ostateczną wersję umowy. Musicie podpisać z Kevinem.

Jeden z fachowców od przeprowadzek wsunął głowę do środka.

- Czy może pani przyjść do garażu? - zapytał z naciskiem.

Zadzwonił telefon.

Jak to możliwe? Chyba jeszcze nie rozpakowaliśmy telefonu.

Otwarte pudła stały na ladzie w kuchni.

Rozległ się dzwonek przy drzwiach wejściowych. Facet z Home Depot. Przywiózł grill. Gdzie chcemy go postawić?

Przed domem zatrzymała się kolejna furgonetka. Tym razem z suszarką i telewizorem.

Następna przywiozła moje biurko. Dwóch facetów zdecydowanie odmówiło wniesienia go na górę, bo nie byli ubezpieczeni od szkód. Zapytali, czy mogą to zrobić ludzie od przeprowadzek, którzy oświadczyli, że zdecydowanie nie są ubezpieczeni, by wnosić biurko na górę. Powiedziałam więc facetom od biurka, że albo wyniosą je na górę, albo mogą je zabrać z powrotem do magazynu.

Wnieśli.

- Pani Simons!

W garażu czterech potężnych facetów stało z założonymi na piersiach rękami. Zniecierpliwionym tonem oświadczyli, że mają problem ze sprzątaczkami, które stale wchodzą im w drogę.

- Nie możemy wykonywać naszej pracy, pani Simons. - Znów podkreślili mój stan cywilny.

Psy nie przestawały szczekać. Moi synowie biegali po ulicy, a opiekunka próbowała zagonić ich do minivana.

Przycisnęłam palce do skroni i spojrzałam na zegarek. Była za piętnaście dziewiąta.

Znów rozległ się telefon. Mój ojciec.

- Cześć, tato - rzuciłam słabo.

- Cieszysz się na nasz wyjazd? - zapytał.

- Na co?

- Wyjazd do Rosji. To wielkie wydarzenie, wracasz tam pierwszy raz po dwudziestu pięciu latach. Myślisz o tym?

- Oczywiście, tato. Myślę o tym właśnie w tej chwili.

 

Jeździec miedziany

Planowaliśmy wyjazd do Rosji od lata 1997 roku, gdy powiedziałam mojej rodzinie, że moja czwarta powieść, Jeździec miedziany, będzie opowiadać o miłości w czasach drugiej wojny światowej podczas oblężenia Leningradu. Dodałam, że nie mogę napisać historii tak szczegółowej i obszernej, na razie istniejącej tylko w mojej wyobraźni, nie oglądając Rosji na własne oczy.

Rodzina wysłuchała mnie uważnie, a mój dziewięćdziesięcioletni dziadek powiedział:

- Plino, mam nadzieję, że nie będę się przewracał w grobie, czytając kłamstwa, które napiszesz w swojej książce o Rosji.

- Mam nadzieję, że nie, dieduszka - odparłam. - Choć jeszcze żyjesz.

Wyjazd do Sankt Petersburga nie wchodził w grę przed latem 1998 roku. Logistyka całej wyprawy była zbyt przytłaczająca. Jak miałam zabrać do Rosji niemówiącego po rosyjsku męża i troje niemówiących po rosyjsku dzieci, z których jedno dopiero zaczynało chodzić? I co by tam robili? Albo mój mąż zajmowałby się dziećmi przez cały czas w obcym kraju - mało że w obcym, w Rosji! - albo opiekowalibyśmy się nimi razem, co oznaczałoby, że nie zbierałabym żadnych materiałów.

Nie musiałam jechać aż do Rosji, żeby zajmować się dziećmi. Mogłam to robić w domu w Teksasie. Razem z Kevinem rozważaliśmy możliwość, żeby je zostawić i pojechać tylko we dwójkę, ale na koniec doszliśmy do wniosku, że to zły pomysł. Zostawić dzieci z opiekunką na dziesięć dni? Za długo dla nich i dla nas.

Mimo to nie opuszczały mnie myśli o Rosji. Nie było też książki. Półtora roku wcześniej pojawiła się zamglona wizja dwojga młodych zakochanych wędrujących ulicami opuszczonego Leningradu tuż przed wybuchem okrutnej wojny, lecz wizja to jeszcze nie epicka historia. Jak mogłam nie jechać do Rosji? W końcu oświadczyłam Kevinowi, że chyba będę musiała pojechać sama. Nie spodobał mu się pomysł mojego samotnego wyjazdu do "miejsca takiego jak Rosja". Zaproponował, żebym zabrała siostrę. Przedstawiłam jego pomysł ojcu.

- Kevin uważa, że powinnam zabrać do Rosji Lizę - oznajmiłam.

Ojciec milczał po drugiej stronie słuchawki przez chwilę, która zdawała się godziną. Palił i myślał.

- Ja mógłbym pojechać z tobą do Rosji - powiedział wreszcie.

O tym nie pomyślałam.

- Super! Kiedy ostatni raz wybrałaś się gdzieś z ojcem? - zapytała moja przyjaciółka.

- Nigdy.

To było dziewięć miesięcy temu. Krok po kroku wyjazd nabierał kształtów.

- Paullino - zaczął ojciec - pod koniec maja przechodzę na emeryturę. Musimy pojechać, zanim to się stanie.

Ojciec jest dyrektorem rosyjskiej sekcji Radia Swoboda/Radia Wolna Europa. Praca określała go i pochłaniała. Jest i była jego życiem. I miał ku temu powody. Podlegająca mu grupa dziennikarzy tłumaczyła zachodnie polityczne i kulturalne wiadomości na rosyjski, a potem nadawała je na krótkich falach do Europy Wschodniej i Związku Radzieckiego. Nadawali do Rosji dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu, prezentując dwanaście godzin własnych programów dziennie. Przez dwadzieścia pięć lat. Wierzę gorąco, że do zburzenia muru berlińskiego i obalenia komunizmu w latach 1989- -1991 przyczyniły się cztery osoby: Ronald Reagan, Margaret Thatcher, papież Jan Paweł II i mój ojciec.

Nie mogliśmy znaleźć terminu dogodnego dla nas obojga. Wreszcie ojciec odłożył przejście na emeryturę o kilka miesięcy i zdecydowaliśmy się na lipiec 1998 roku. Oświadczył, że to idealna pora, bo oznacza szanse na dobrą pogodę. I białe noce.

- To przepiękny widok. Pamiętasz białe noce, Plino?

- Nie bardzo, papo.

Zastanawiałam się, na jak długo mogę pojechać do Rosji, by dzieci nie odczuły tego boleśnie. Dzień na podróż tam, dzień z powrotem, a potem sześć dni w Sankt Petersburgu. Ale stale się wahałam, ociągałam, rozmyślałam.

Bo w głębi serca nie chciałam jechać.

 

W 1973 roku były rekiny

Urodziłam się w Sankt Petersburgu, gdy jeszcze nazywał się Leningrad, i przyjechałam do Ameryki w wieku dziesięciu lat. Wyjechaliśmy z Leningradu pewnego jesiennego dnia i czekając na wizę do Stanów Zjednoczonych, mieszkaliśmy w Rzymie.

To były bardzo radosne miesiące. Co czwartek matka dawała mi kilka lirów, żebym mogła sama iść do kina i kupić sobie torebkę czipsów. Ta torebka była warta trzy filmy. W Rosji nigdy nie jadłam czegoś równie pysznego. Wszystkie filmy były po włosku, a ja znałam tylko trzy zwroty: bella bambina, bruta bambina i mangiare per favore. Ładna dziewczynka, brzydka dziewczynka i proszę jeść. O dwa więcej niż po angielsku.

W Rzymie spędziliśmy moje dziesiąte urodziny. Rodzice zapytali, co chcę dostać w prezencie, i odparłam, że gumę do żucia. No to dostałam gumę. I truskawkowe włoskie gelato. Potem poszliśmy na amerykański film Oto jest głowa zdrajcy. Wolałam gumę od filmu. Nie rozumiałam ani słowa, ale na końcu obcięli głównemu bohaterowi głowę.

Do Ameryki przyjechaliśmy dwa dni przed Świętem Dziękczynienia 1973 roku. Na pierwszy uroczysty amerykański obiad jedliśmy indyka, tłuczone ziemniaki i coś, co nazywało się galaretka żurawinowa. Świętowaliśmy w Connecticut, w domu poznanego w Wiedniu młodego człowieka, który zaprosił nas do siebie na święto. Dziękowaliśmy za wielkie szczęście, za wyjazd z Rosji i przybycie do Ameryki. W końcu dla każdego Rosjanina Ameryka była ziemią obiecaną. Wydawało się, że jest niebem. Najpierw trzeba było, co prawda, umrzeć, ale potem miało się Amerykę! Śmiercią było opuszczenie Rosji. Bo kiedy raz się wyjechało, już nigdy nie można było wrócić.

Ameryka była życiem po śmierci.

Tamtego dnia, gdy biesiadnicy skończyli posiłek, ojciec obszedł stół i zjadł wszystko, co Amerykanie zostawili na talerzach. Urodzeni w Leningradzie ludzie w pewnym wieku nigdy nie zostawiali jedzenia na talerzach.

Na drugi amerykański posiłek zjedliśmy lasagne, które nasza gospodyni przyniosła do mieszkania w Woodside w Queens. Nie pytajcie mnie, jak to się stało, ale podczas pobytu w Rzymie ani razu nie spróbowałam sosu pomidorowego. Nigdy nie jadłam lasagne. Ani pizzy. Nie znałam smaku sosu pomidorowego, dopóki nasza włoska gospodyni nie zapukała do naszych drzwi w Woodside.

W Ameryce była guma Juicy Fruit i czekoladowe lody, których nigdy nie jadłam, i coś, co nazywało się coca-cola. Jej też nigdy nie próbowałam. I telewizja. Znalazłam kreskówkę dla dzieci Looney Tunes. Nigdy nie oglądałam czegoś takiego w Leningradzie. W Rosji mieliśmy czarno-białe filmy wojenne i czarno-białe wiadomości. Od czasu do czasu emitowano też jakieś filmy animowane, ale przypominały wojenne i nie były takie interesujące. Filmy wojenne i wiadomości. Olimpiada. To było najciekawsze w radzieckiej telewizji, ale niestety olimpiada odbywała się co cztery lata.

I nagle w moim życiu pojawiły się Looney Tunes! Królik Bugs! Elmer Fund. Świnka Porky! Nasz pierwszy telewizor był czarno-biały, ale kreskówki pojawiały się prosto ze snu w technikolorze. Królik wysadzał świnkę i myśliwego, uciekał, wysadzał jaskinię i spadał w przepaść, wszystko w ciągu ośmiu minut.

Filmy wojenne w Rosji rozgrywały się w szarych namiotach, w których siedzieli dwaj szarzy mężczyźni i bez przerwy rozmawiali. W końcu była bitwa, potem znów dialogi, a całość wieńczył wybuch, dialogi i ostateczne zwycięstwo Matki Rosji. Wydawało mi się, że filmy trwają tak długo jak wojna. W Queens po ośmiu minutach królik z Looney Tunes zniknął i nagle pojawiła się pani sprzedająca papierowe ręczniki. Papierowe ręczniki? Kreskówka się skończyła, więc totalnie rozczarowana wyłączyłam telewizor. Dopiero po wielu tygodniach, gdy nie chciało mi się ruszyć sprzed telewizora, odkryłam, że kreskówka wcale się nie skończyła. Pani sprzedająca papierowe ręczniki tylko ją przerywała. Możecie sobie wyobrazić moje szczęście!

W Rosji dużo czytałam, ale kto mógł mnie winić? Co innego było do roboty? Teraz, gdy miałam królika Bugsa, odstawiłam czytanie na dobre cztery czy pięć lat.

W szkole od czasu do czasu proszono mnie, żebym opowiedziała innym uczniom o swoich doświadczeniach życia w Związku Radzieckim. Tak to właśnie ujmowano: "Twoje doświadczenia życia w Związku Radzieckim". Nawet wtedy chciałam protestować, że to nie były moje doświadczenia życia, lecz moje życie, ale milczałam. Opowiadałam łamaną angielszczyzną o mieszkaniu komunalnym, małych pokojach, karaluchach spadających na łóżko, gdy spałam, o pluskwach i smrodzie rozkładającego się skunksa, kiedy przypadkiem je rozgniotłam, o braku jedzenia, sklepów, braku ojca.

Kiedy pytano mnie, jak się czułam, żyjąc w takim ubóstwie, wzruszałam ramionami i odpowiadałam, że nie wiedziałam, że to ubóstwo. Myślałam, że to po prostu życie.

Moje amerykańskie przyjaciółki dorastały z coca-colą i Jezusem Chrystusem.

Ja - z gorącą czarną herbatą i astronautą Jurijem Gagarinem, pierwszym człowiekiem w kosmosie.

Kevin oglądał Marzę o Jeannie i Star Trek.

Ja - pogrzeb Gagarina i studwudziestoodcinkowy serial Wyzwolenie - płonące namioty i ciemne zimowe noce - który powtarzali co roku w grudniu, bo grudzień przy kole polarnym nie jest wystarczająco posępny.

Nigdy nie widziałam palmy ani oceanu, nigdy nie byłam na mszy i nigdy nie czytałam Pajęczyny Charlotty. Czytałam Trzech muszkieterów, Nędzników i rosyjskiego pisarza Michaiła Zoszczenkę. Kiedy miałam dziesięć lat, przeczytałam wszystko Antoniego Czechowa i Juliusza Verne'a, ale choć o tym nie wiedziałam, pragnęłam czytać Nancy Drew i Laurę Ingalls Wilder.

Co to takiego bejsbol? I masło orzechowe? Nie miałam pojęcia. Wiedziałam, czym jest piłka nożna, zupa grzybowa z kaszą i grzęda.

I kim był ten Jezus Chrystus?

Nie dorastałam z kolędami, jasełkami, ciasteczkami, ozdobami i Dzieciątkiem w żłóbku, nie miałam więc pojęcia, co łączy Jezusa z Bożym Narodzeniem. W czasie mojej pierwszej Wigilii w Nowym Jorku rodzice wyszli. Zostałam sama i z wielką radością oglądałam Bonanzę. Jednak ku memu wielkiemu rozczarowaniu Michaela Landona, w którym się durzyłam, zastąpiły na Channel 11 płonący ogień i muzyczka w tle. Możecie sobie wyobrazić, że mój odruch Pawłowa na wieść, że Bonanzę zabrało mi coś o nazwie Boże Narodzenie, nie był wcale duchowo pozytywny.

Gdy mój mąż spędzał wakacje nad Lake George, ja uczyłam się pływać w lodowatym Bałtyku.

Kevin znał plaże nad Atlantykiem, ja brudny piasek nad Zatoką Fińską. I gdy byłam dzieckiem, to mi wystarczało. Dziesięć wakacji mojego dzieciństwa spędziłam w małej rybackiej wiosce o nazwie Szepielewo nad Zatoką Fińską i niczego więcej nie potrzebowałam. Lata spędzone tam są skarbem, który niosę ze sobą przez całe życie.

Ale nie chciałam tam wracać.

Dziesięć lat życia spędziłam w mieszkaniu komunalnym, gdzie dziewięć rodzin zajmowało trzynaście pokoi, dwie kuchnie i dwie łazienki.

Tam też nie chciałam wracać.

Ojca aresztowano, gdy miałam cztery lata. Następne pięć lat swojego życia - i mojego - spędził w radzieckim więzieniu, łagrze, na wygnaniu.

Mieszkałam sama. Z milczącą matką.

Nie interesowało mnie przeżywanie tego na nowo.

Nie idealizowaliśmy naszego życia w Rosji. Wyjeżdżając, wszyscy umarliśmy i poszliśmy do nieba. Gdyby nie ta moja głupia książka, po co u diabła miałabym tam wracać?

 

Wnuk Mołotowa

Ojciec załatwił mi wizę przez Radio Swoboda. Skomplikowany proces ubiegania się o radziecką wizę utrudniał dodatkowo fakt, że zamierzaliśmy się zatrzymać u najlepszego przyjaciela mojego ojca, Anatolija, a nie w hotelu jak normalni, niebudzący podejrzeń turyści.

- Papo, dlaczego nie zatrzymamy się w hotelu?

- O jakim hotelu mówisz?

- Zajrzałam do przewodnika. Wymieniają tam dwa świetne hotele w Leningradzie.

- Nie nazywaj go Leningradem.

- Dobrze. W Sankt Petersburgu. Dwa świetne hotele: Grand Hotel Europejski i Astoria.

- Astoria to rzeczywiście bardzo ładny hotel.

- Tak piszą. Znajduje się blisko pomnika jeźdźca miedzianego. Dla mnie to bardzo wygodne. Jak wiesz, tak zamierzam zatytułować moją książkę.

- Chcę o tym z tobą porozmawiać. Moim zdaniem to okropny tytuł.

Westchnęłam.

- Papo, to bardzo dobry tytuł. Wszystkim się podoba.

- Kim są wszyscy?

- Mój agent, wydawca. Mój były wydawca. Mój mąż.

- Nie rozumieją.

- No, dobrze. Ale hotele?

- Tak. Hotele.

- Astoria jest ładna?

- Ładna, ale nie mogę się zatrzymać w Astorii. Pod koniec lipca przechodzę na emeryturę. Moja firma nie zapłaci za taki hotel.

- No to Grand Hotel Europejski?

- Bardzo ładny, w samym centrum, blisko Newskiego prospektu. Wygodnie. - Przemawiał jak agent zachodniej sieci hotelarskiej Grand Kempiński, która jest obecnie właścicielem Grand Hotelu Europejskiego.

- To który jest lepszy?

- Nie możemy się tam zatrzymać. Mamy do dyspozycji bardzo ładne mieszkanie Anatolija i jego żony Eli. Pamiętasz Elę? Kiedy byłaś dzieckiem, bardzo cię kochała. Nie mogą się doczekać, żeby cię zobaczyć. Mają wolny pokój. To nie jest Grand Hotel Europejski, ale będzie ci wygodnie.

Zastanawiałam się przez kilka sekund.

- Czy to blisko centrum miasta?

- To nie jest hotel, nie znajduje się pięćdziesiąt kroków od Newskiego prospektu. Mieszkają na przedmieściach, przy ostatniej stacji metra. Ja muszę się u nich zatrzymać. Nigdy mi nie wybaczą, jeśli tego nie zrobię.

Podczas rozmowy o hotelach ojciec wyznał wreszcie, że wesele jego i mamy odbyło się na ostatnim piętrze Grand Hotelu Europejskiego.

- Papo, muszę się tam zatrzymać. Koniec dyskusji.

Ojciec opowiedział mi, że kiedy byłam malutka, pomogłam mu przemycić zakazane książki z Grand Hotelu Europejskiego. Dostał je od przyjaciela z Ameryki, który przyjechał do Rosji. Agenci KGB sprawdzali wszystkie walizki wynoszone z hotelu. Obserwowali mojego ojca wyjątkowo uważnie z powodu prowokacyjnego listu, który wysłał do "Prawdy"; musiał być ostrożny. Kiedy więc dostał książki, wsunął je pod materac w moim wózku, otulił mnie i książki kocykiem i wyjechał na ulicę.

Przemycił Trzynaście dni, które wstrząsnęły Kremlem Imre Nagya, Węgierską rewolucję Tibora Meraya, Gorzkie żniwa, intelektualna rewolta za żelazną kurtyną, zbiór esejów i artykułów pod redakcją Helmana Edmunda, Nową klasę Milovana Djilasa i Partię komunistyczną Związku Radzieckiego Leonarda Shapiro.

Wiele lat później, w 1994 roku, były agent KGB, który śledził mojego ojca, podszedł do niego na spotkaniu w Monachium.

- Juriju Lwowiczu - zaczął - proszę mi powiedzieć, jak wyniósł pan książki z hotelu tamtej zimowej nocy? Obserwowaliśmy pana tak uważnie.

Kiedy ojciec zdradził tajemnicę, agent KGB pokręcił głową.

- Nie doceniliśmy pana, Juriju Lwowiczu.

- Papo, co powiesz na to? - zapytałam podczas następnej rozmowy. - Na kilka dni zatrzymamy się u Anatolija i Eli, a potem przeniesiemy się do apartamentu w Grand Hotelu Europejskim i zostaniemy tam do końca.

- Ile kosztuje pokój? Czterysta dolarów za noc?

- Pięćset.

- O Boże.

- Nie przejmuj się. To tylko kilka nocy.

Wtedy jeszcze sądziliśmy, że nasza wyprawa potrwa osiem dni. Mieliśmy spędzić cztery dni u Anatolija i cztery w hotelu.

Ponieważ przez część pobytu miałam mieszkać u przyjaciół, nie mogłam dostać wizy turystycznej. Potrzebowałam oficjalnego zaproszenia od firmy. Ojciec obiecał, że się tym zajmie. Radio Swoboda/Radio Wolna Europa, które ma biura w Pradze, Monachium, Waszyngtonie, Moskwie i Sankt Petersburgu, zapewni mi zaproszenie.

Kolega ojca w Waszyngtonie osobiście zaniósł mój kwestionariusz wizowy do rosyjskiej ambasady.

- Traktuj miło i z szacunkiem tego człowieka, który wyświadcza ci przysługę i załatwia wizę - powiedział ojciec. - To wnuk Mołotowa.

Wiaczesław Mołotow był ministrem spraw zagranicznych Stalina odpowiedzialnym za wojnę z Niemcami i Finlandią i bezwiednie dał swoje nazwisko zapalnym koktajlom, które wynaleźli Finowie.

- Wnuk Mołotowa? - sapnęłam.

- Tak - odparł ojciec i zniżył głos. - Ale nie wspominaj mu o tym.

- Dlaczego? - zapytałam. - Nie wie, czyim jest wnukiem?

Ojciec wyjaśnił, że to bardzo skomplikowane, i nie poruszał więcej tego tematu. Dla mnie jednak było coś homeryckiego w tym, że wnuk Mołotowa idzie do rosyjskiej ambasady, żeby załatwić mi wizę, bym mogła pojechać do Rosji i zbierać materiały, a potem napisać książkę o czasach, gdy jego dziadek tworzył historię. Posłałam wnukowi Mołotowa moje trzy powieści z dedykacją dla jego żony i podziękowałam za pomoc. Naprawdę chciałam zapytać go o dziadka, lecz się powstrzymałam.

 

Dworzec Grand Central

Dworzec Grand Central nie znajdował się w Nowym Jorku. Był w moim domu w Teksasie.

W Rosji czytałam książkę o miejscu, które Amerykanie nazywali Zachodem, gdzie rozciągały się bezkresne prerie, po których jeździli kowboje z lassami. Nie wiedziałam, co to takiego lasso, ale brzmiało to ekscytująco, gdy byłam małą dziewczynką w Rosji. Chciałam zobaczyć tę prerię pewnego dnia.

Po przeprowadzce, gdy jeszcze wszystkiego nie rozpakowaliśmy, próbowałam coś zrobić przed wyjazdem do Rosji. Jednak moja teściowa postanowiła przyjechać na dziesięć dni z wizytą z Nowego Jorku, a nasz kierownik budowy kazał każdemu robotnikowi budowlanemu w Dallas wpadać do nas co najmniej dwa razy podczas trzech tygodni dzielących przeprowadzkę od wyjazdu.

Przyrzekłam sobie uroczyście, że przed podróżą skończę czytać jedną z rosyjskich książek, lecz było to zanim Eric, facet od drzwi siatkowych, przyszedł je wymienić (dwa razy). Malarze nie skończyli pracy przed naszą przeprowadzką, jedna czwarta gniazdek nie działała, w tym to, do którego miałam podłączyć komputer. Kran w kuchni ciekł. Kostkarka na górze nie robiła lodu, a lodówka, która teoretycznie miała nie zamarzać, pokrywała się szronem.

Zaplanowano mi spotkanie w lokalnej księgarni i miałam udzielić wywiadu na żywo w telewizji w Austin, oddalonym o cztery godziny jazdy. Musieliśmy jechać w nocy.

Zamki w drzwiach psuły się jeden po drugim, klawiatura przy drzwiach garażu nie działała, a na betonowym podjeździe pojawiły się pęknięcia jak na cieście. Ogrodzenie nie było gotowe i psy stale wybiegały na ulicę. Trawa wysychała, czemu trudno było się dziwić, bo przez ostatnie sześć tygodni w Dallas było prawie czterdzieści stopni ciepła i nie spadła ani kropla deszczu.

Chciałam zobaczyć prerię, no to ją miałam.

Dni były tak wypełnione, że nie mogłam się zająć normalną pracą, a co dopiero myśleć o wyjeździe do Rosji. Jednak od czasu do czasu dzwonił ojciec i pytał:

- Jesteś gotowa do podróży?

- Jestem - odpowiadałam. - Ale muszę już kończyć, bo przed drzwiami stoją hydraulicy. Mamy problem z odpływem w prysznicu.

Zbudowaliśmy dom na skraju prerii. Nasza działka jest ostatnia na osiedlu, kilkaset metrów za naszym domem kończy się teren miasta. I zaczyna się preria - wielkie pole, które łączy się z niebem. Samotne drzewo. Kilka bel siana. Słońce wschodzi na tyłach naszego domu i zachodzi od frontu. Nic nie zasłania widoku zachodzącego słońca. Jest tylko wypalone pole, zeschnięta trawa i wysuszona kukurydza. I kojoty. I szczury w basenie.

Nadal nie widziałam lassa.

Powoli nadszedł dwunasty lipca 1998 roku.