Wrocław, czerwiec 2019
Mirek Jung zakończył swoją wypowiedź i uśmiechnął się szeroko. To była obowiązkowa kropka nad "i", nawet jeśli dziś wcale nie czuł się szczęśliwy. Ostatnie zajęcia w semestrze letnim zawsze wiązały się z dziwną nostalgią i pociągały za sobą szereg konsekwencji. Takich choćby jak wakacje i dużo wolnego czasu, który można dobrze lub źle wykorzystać. Mirek coś o tym wiedział. Teraz jednak zwalczył niewesołe myśli i uśmiechnął się jeszcze szerzej niż dotąd.
- Czy mają państwo jakieś pytania?
Zerknął na studentów z pierwszej ławki. Wiedział, że pytania będą na pewno. Zawsze się pojawiały i dlatego Mirek kończył zajęcia co najmniej kwadrans przed czasem, by została jeszcze chwila na dyskusję, a ta i tak za każdym razem się przedłużała. Czuł satysfakcję. Dzięki kanałowi na YouTubie zyskał popularność wśród studentów. Zresztą nie tylko wśród nich. Warto się czasem powygłupiać przed kamerą, w końcu cel uświęca środki. Wszystko dla popularyzacji antyku.
- Panie prof.?
Mirek uniósł głowę. Student spod ściany machał ręką, jak gdyby opędzał się od wyjątkowo namolnej muchy. "Pan Marcin". Tylko on jeden zwracał się do niego w taki sposób i nie było sensu z tym walczyć. Ostatecznie słowo "doktor" ma mniej efektowny skrót.
- Ach tak. Słuchamy.
Nie mógł się powstrzymać od cichego chichotu. Wiedział, czego może się spodziewać po tym chłopaku, ale na swoich zajęciach pozwalał słuchaczom na więcej i dawał im swobodę wypowiedzi. Zasady decorum przestrzegał jedynie podczas egzaminów. Zawsze ustnych.
- No dobrze, to tak... - Pan Marcin chrząknął. - Ja się zastanawiam nad tym... baubonem...
W sali dało się słyszeć kolejne chichoty. Mirek zaś w najmniejszym stopniu nie czuł się zaskoczony. Przez blisko półtorej godziny omawiał mim Herondasa Przyjaciółki, czyli Poufna rozmowa, w którym Koritto i Metro rozmawiają o "szkarłatnym baubonie", pewnym przyrządzie, uszytym przez szewca artystę Kerdona dla uciechy dam. Jeszcze nigdy nie widział, by studenci tłumaczyli cokolwiek z równym zapałem jak wersy: "Oczy mi wyszły na wierzch ze zdumienia, /Bo naszym mężom nigdy tak nie stają /- Tak między nami - prościutko*". Samego przedmiotu nie omówili jednak szerzej, skupiając się raczej na charakterach głównych bohaterek - plotkarek ze starożytnej Grecji, o dziwnie uniwersalnych i ponadczasowych cechach. Pan Marcin z pewnością jednak myślał o czymś zupełnie innym.
- I cóż z nim, Panie Marcinie?
- No bo wtedy nie było baterii - wyartykułował Pan Marcin na jednym wydechu i nawet się nie zająknął.
- A baterie, jak wiemy, nie zawsze są potrzebne, czasem wystarczy giętkość i sprawność manualna - dokończył gładko Jung. - Ostatecznie baubon był rozwiązaniem dyskretniejszym i z pewnością mniej kosztownym niż osobisty niewolnik do wyłącznej dyspozycji pani domu.
W sali zapanowało ożywienie. Mirek parsknął śmiechem. Po niewesołych refleksjach dotyczących złego lub dobrego spożytkowania wolnego czasu nie został ślad. Był teraz w swoim żywiole i z zainteresowaniem łowił strzępy wypowiedzi studentów. Wszyscy mówili jednocześnie i zrozumienie pojedynczego komunikatu nie było wcale łatwe, niemniej przywykł do podobnych sytuacji.
- Ej, słuchajcie, wiadomo, że Herondas trochę to karykaturalnie przedstawia, ale wychodzi, że te panie, choć albo siedziały ciągle w domach, a jeśli z nich wyłaziły, to zawsze z niewolnicami i nigdy same, wcale takie grzeczne nie były - wołał Pan Marcin, żywo gestykulując.
Jeśli chodzi o częstotliwość wygłaszania oczywistości, nie miał żadnej konkurencji. Bardzo też lubił długie zdania.
- Też mi nowość! - syknęła dziewczyna w czerwonej sukience i zamknęła z trzaskiem notatnik. - Kobiety zawsze stały na straconej pozycji. Wykorzystywano je i pomiatano nimi, nie wspominając o zdradzie. Facetom pozwalano zdradzać żony na prawo i lewo, ale jak tylko któraś biedna kobieta, choćby i królowa, sprowadziła sobie kochanka do alkowy, to zaraz kładła głowę pod topór. Albo mąż sam wymierzał sprawiedliwość. I nie było gadania! Tak to właśnie jest w życiu. Dobrze więc, że choć w starożytnej Grecji jakoś sobie radziły. Mężowie ciągle gdzieś zapylali, a one w tych domach. Co się dziwić, że chciały mieć swojego niewolnika albo chociaż tego... baubona...
- Ale spółkowanie z osobistym niewolnikiem to jednak jest zdrada małżeńska i nawet jeśli mówimy o starożytnej Grecji... - wtrąciła się nieśmiało jej sąsiadka o mysich włosach.
- Dupa tam! - skwitowała zawczasu czerwona sukienka i wrzuciła notes do torby.
- Ja wam mówię, ci ludzie w antyku byli o wiele swobodniejsi i bardziej wyzwoleni z konwenansów niż my teraz - dołączył do dyskusji chłopak we flanelowej koszuli.
- No właśnie nie, bo przecież przed chwilą była mowa o tym, że kobiety nie wychodziły same z domu! To co to jest za wolność, ja przepraszam bardzo? - zapaliła się znowu czerwona sukienka.
Przez chwilę wszyscy znowu mówili jednocześnie i Jung pomyślał, że lubi ten moment, w którym na jego oczach budzi się w ludziach pasja. Dyplom magistra filologii klasycznej niewiele da Panu Marcinowi, czerwonej sukience i dziewczynie o mysich włosach, nie pomoże im zdobyć świata i zarobić na dom pod miastem. Byli tu, bo chcieli. Zupełnie jak on. Zazdrościł im entuzjazmu, świeżości, naiwności i młodości. Przypominał ich kiedyś, dawno temu.
- Panie prof.?
Mirek ocknął się i utkwił wzrok w Panu Marcinie. Chłopak wyraźnie czekał na odpowiedź, ale jakie było pytanie?
- Nowy film? - podsunął Pan Marcin.
- Czyj? - podjął zdezorientowany Jung, ignorując chichoty.
- No pana prof.! Będzie coś o Herondasie i... i... baubonie?
- Być może. Najpierw muszę wyrzucić z głowy Niobe i zemstę bogini Leto. Premiera wkrótce - odrzekł i oparł się o biurko.
- A tak, czekamy na Niobe! - zawołał ktoś spod drzwi.
Jung kiwnął głową i wypowiedział standardową formułkę, że jeśli nie ma więcej pytań, to można się pożegnać. Życzył studentom powodzenia na egzaminach i przyjemnego lata. Poczuł ukłucie żalu, kiedy sala pustoszała. Obszedł biurko, otworzył plecak i zaczął wrzucać do niego książki, w które powtykane były luźne kartki. Wszystko mu się pogniotło i pomięło. Jak zwykle. Zgarnął z blatu długopisy, butelkę z wodą mineralną i etui na okulary. Wreszcie wyprostował się i zarzucił plecak na ramię. Wtedy ją zobaczył. Zapadła głucha cisza. Poza nimi w sali nie było już nikogo.
- Cześć. Miło cię widzieć - powiedziała. W jej głosie słyszał delikatną chrypkę, zupełnie jak siedemnaście lat temu.
***
Nie wyobrażał sobie, żeby tak po prostu rozmawiali na uczelni. Wspólna kawa, ona i on przy jednym stoliku, pobrzękiwanie naczyń, wokół gwar, muzyka i mnóstwo znajomych twarzy. "Dzień dobry, panie profesorze". "Cześć, Mirek! Pożyczyłem od ciebie z gabinetu krzesło, bo nie miałem gdzie ludzi usadzić na konsultacjach". To byłby z pewnością Stefan, specjalista od sofistów. Zawsze po "cześć" informował go, że coś sobie pożyczył. W uczelnianej kawiarni zjawiłyby się również inne osoby, które Mirek znał. Wszyscy patrzyliby na nią i zastanawiali się, kim jest. Nigdy nie widziano tutaj doktora Junga w towarzystwie kobiety "z zewnątrz". Nie chciał wprowadzać jej do tego świata nawet na chwilę i nie zamierzał się nikomu z niczego tłumaczyć.
Kiedy szli do Rynku, nie odzywali się do siebie słowem. Mirek zastanawiał się oczywiście, czego od niego chce, ale marzył również o tym, by jak najszybciej zniknęła. Panował nad mimiką i gestami, starał się utrzymać wrażenie - jakie z pewnością wywarł na niej w sali wykładowej - pewnego siebie człowieka. Może nawet człowieka sukcesu. Widział wyraźnie, jak bardzo była zaskoczona. Różnił się od tamtego Mirka Junga, którego znała przed kilkunastoma laty. "Kiepsko rokujący", takimi słowami określiła - i zakończyła - ich związek, kiedy widzieli się po raz ostatni w Heraklionie. Ostatecznie jednak ruszył z miejsca, poradził sobie. Tego się pewnie nie spodziewała. A on? Czego się po niej spodziewał? Nie miał pojęcia. Nie przypuszczał, że jeszcze się spotkają.
Skręcił w boczną uliczkę i wybrał maleńką kafejkę. Szła posłusznie za nim, a kiedy zajęli stolik, poprosiła o kawę, czarną i mocną. Zamówił to samo i zanim pomyślał, wyjął z plecaka listek tabletek przeciwbólowych. Zaklął w duchu i obrócił go w dłoniach.
- Nie uporałeś się z tym? - zapytała cicho.
Wsypała do swojej filiżanki dwie czubate łyżeczki brązowego cukru. Zachowała zatem upodobanie do mocnej, czarnej i konkretnie osłodzonej kawy. Siedemnaście lat temu tylko tyle była w stanie przełknąć o poranku, a kiedy około jedenastej burczało jej w brzuchu i zaczynała napomykać o śniadaniu, zawsze narzekał, że nabawi się wrzodów. Po tym, co się stało z matką Agi, na krótko zamieszkali razem i Mirek każdego dnia serwował na śniadanie tosty z patelni. Siadała skrzywiona nad talerzem i skubała jeden, mamrocząc, że nie ma apetytu i nastroju, a na dodatek tosty z patelni są niewiele zdrowsze niż kawa. Pilnował jednak, by zawsze coś przełknęła. Nie umiał jej wtedy pocieszyć, więc skupiał się na tym, by chociaż zanadto nie wychudła. Teraz z pewnością nikt się na tym nie skupiał. Mirek zerknął na jej patykowate nadgarstki i kościste obojczyki. Nadal, jak widać, nie miała apetytu i nastroju.
"Z tym". Zazgrzytał zębami. Wiedział aż za dobrze, co miała na myśli. Te jego cholerne bóle głowy... Nie, nie uporał się z nimi. Teraz było lepiej niż dawniej, ale w takich chwilach - zdenerwowania i niepewności - miał wrażenie, że wokół jego czaszki zaciska się obręcz. Popijał wtedy lek przeciwbólowy kawą, bo dzięki temu działał szybciej i skuteczniej. Neurolog powiedział mu kiedyś, że to na pewno emocjonalne. Mirek był zdrowy. Miał za sobą etap tomografów, rezonansów, EKG, USG, pobierania krwi i pieczołowitego dobierania odpowiednich okularów korekcyjnych, podobnie jak etap ćwiczeń relaksacyjnych, codziennych półgodzinnych spacerów, jazdy na rowerze do pracy i wyciszania się przy leniwych dźwiękach pianina. Ponieważ nic nie działało - wrócił do leczenia objawów.
Rzucił listek na stół i spojrzał jej w oczy. Zgarbiła się lekko, zrobiła to automatycznie, jak gdyby wcześniej ćwiczyła ten ruch wielokrotnie. Miał wrażenie, że za chwilę zacznie przepraszać. Skąd właśnie taki odruch? Nie zauważył go u niej przed laty, a przecież doskonale pamiętał wszystko inne. Nawet jeśli wcale tego nie chciał. Spróbował się nieco rozluźnić. Ból rozsadzał mu już czaszkę na dobre.
- Miewam lepsze i gorsze dni - powiedział.
- Podobnie jak ja - odrzekła szybko.
- Jeśli przyjechałaś, żeby mi opowiedzieć o swoich wzlotach i upadkach, to trafiłaś pod zły adres. Jak już na pewno zdążyłaś się zorientować, interesują mnie zupełnie inne historie.
- Zauważyłam. Gratuluję sukcesów. Oglądałam wszystkie... prawie wszystkie twoje nagrania.
To był ten moment, kiedy musiał jej się przyjrzeć. Nie mógł się powstrzymać. Już po drodze z uczelni do Rynku zauważył kilka szczegółów, ale lata ćwiczenia się w samodyscyplinie, jaką sobie narzucał, pomogły mu zapanować na ciekawością. Do czasu. Teraz siedziała przed nim właśnie ona, choć jej akurat najmniej się spodziewał. Wystawiała się na ciosy i zupełnie nie próbowała się bronić. Wziął głęboki wdech.
Brązowe włosy, krótsze niż dawniej, ale tak samo gęste i ciężkie. Teraz kontrastowały jeszcze mocniej z całą resztą - z jej wychudzoną sylwetką, przekrwionymi oczami i drobną siateczką pierwszych, choć już wyraźnie widocznych zmarszczek. Płytka pozioma kreska biegnąca wzdłuż czoła. Makijaż zredukowany do minimum. Zęby wciąż ładne, białe, mimo że - jak widać - nie wyzbyła się kawowego nałogu. Paznokcie krótkie. Czarna bawełniana koszulka, wąskie granatowe dżinsy i tenisówki. Płócienna torba. Delikatna opalenizna. Perfumy z nutą owocową. Te same co kiedyś lub podobne. I jeszcze inny zapach, ziołowy, ledwie uchwytny. Głos wciąż zachrypnięty, teraz nieco niższy. Ruchy bardziej nerwowe, szybsze. Rysy twarzy ostrzejsze, a cała sylwetka bardziej kanciasta, niemal chłopięca. Gest odrzucania włosów na plecy mniej wdzięczny, pozbawiony cienia kokieterii, głowa pochylona, ramiona zaokrąglone, łopatki wystające. Patykowate nadgarstki. Zaczerwieniona i sucha skóra na dłoniach.
Aga Rydarowska nie była już tą samą piękną młodą kobietą, która nazwała ich związek "kiepsko rokującym". Wyraźnie nie zależało jej na tym, by robić wrażenie na kimkolwiek, a zwłaszcza na nim. Nie wystroiła się z tej okazji, nie przyjechała tu, by mu się przypodobać. Ani - najwidoczniej - żeby go przeprosić. Mirek przez chwilę walczył z uczuciem rozczarowania i był na siebie zły za te refleksje. Cel wizyty Agi nie powinien go interesować.
- Drugi podobał mi się najbardziej. Twój film - odezwała się znowu. - O wyprawie po złote runo. Każdy kiedyś o niej słyszał, ale ujął mnie sposób, w jaki nawiązałeś do morza i łodzi jako symboli życia. Mam dokładnie takie samo zdanie. Morze to życie w wymiarze otwartym. Upływające lata, fale sukcesów i porażek, bezkres, nad którym nie da się zapanować. Łódź to życie w wymiarze zamkniętym. Rzeczy, które człowiek gromadzi, bagaż, z którym rusza w drogę. Moim zdaniem też... wszystko to, co ogranicza. Brak środków do osiągnięcia celu. Niemoc. Bariery natury fizycznej. Sposób, w jaki opowiedziałeś tę historię, był niezwykły. Chyba zawsze chodzi o sposób, w jaki się opowiada.
- Czego chcesz? - wtrącił się, lecz nawet na niego nie spojrzała. Obracała w dłoniach pustą filiżankę po kawie i uśmiechała się smutno.
- Myślę, że czwarte nagranie nie było aż tak porywające - kontynuowała - ale zwróciłam w nim uwagę na coś zupełnie innego.
Podniosła głowę i nie zdołał uniknąć jej spojrzenia. Zamierzał ponownie zapytać, czego chce, i słowa uwięzły mu w gardle. Stracił pewność siebie i wiedział, że to zauważyła. A z drugiej strony ona sama wydała mu się nagle słaba i zrezygnowana. Walczył ze sobą, by nie dociekać dlaczego.
- Na co zwróciłaś uwagę? - zapytał wreszcie.
- Na wstęp do akcji właściwej z udziałem Dedala. Dedal to zawsze człowiek od labiryntu. Mądry budowniczy i konstruktor. Roztropny ojciec, który przestrzega syna przed promieniami słońca. Ale co działo się wcześniej? Dlaczego Dedal znalazł się na Krecie? Kim był? Mało kto pamięta, że dopuścił się morderstwa i dlatego musiał opuścić Ateny. Zwróciłam też uwagę na bohaterów. Starasz się ich zrozumieć. Chcesz im to i owo odpuścić. Są jak my. Momentami tak niedoskonali i słabi, że budzą współczucie.
Umilkła i na powrót zaczęła się bawić filiżanką. Mirek przymknął oczy. Miała rację. Tę właśnie historię w micie o Dedalu lubił najbardziej. Bo dotyczyła zwykłych ludzi i zwykłego zdarzenia - podobnego do tych, które rozgrywały się wcześniej i później, które działy się pod wpływem niemożliwych do opanowania emocji. Dedal był nie tylko utalentowany, mądry i rozsądny. Był również człowiekiem pełnym pychy i zazdrosnym. I dlatego zabił.
- Cieszę się, że zwróciłaś na to uwagę - odezwał się wreszcie.
- O kim będzie następny film?
- O Niobe.
- Kolejna postać, którą gubi poczucie wyższości. Wobec każdego, nawet wobec bogów.
- Tak.
- Ból nie przeszkadza ci w pracy?
Wydawało mu się, że jej głos dobiega zza ściany, że Aga mówi do kogoś innego, a on jest tylko intruzem i podsłuchiwaczem. Miał ochotę powiedzieć: "Nie twoja sprawa". I właśnie to prawdopodobnie powinien zrobić. To rzeczywiście nie była jej sprawa, nie rozumiał, dlaczego zadała takie pytanie i czekała teraz na odpowiedź. Odstawiła filiżankę i położyła dłonie na stole. Miał wrażenie, że za chwilę przestanie oddychać. Była skrępowana tą rozmową, choć sama o nią zabiegała. Aga również zdawała sobie sprawę, że sytuacja, w której się znaleźli, prawdopodobnie nie powinna mieć miejsca. Nie powinni pić razem kawy, zmuszać się do rozmowy, opowiadać sobie o swoim życiu. To wszystko nie powinno się dziać - a jednak się działo. Dlaczego?
Mirek wzruszył ramionami.
- Kiedy pracuję, jest lepiej. Zajmuję myśli czymś innym. Nie denerwuję się.
Nie miał ochoty rozwijać tematu i szczegółowo opisywać zjawiska, którego sam wciąż nie rozumiał. Nie chciał myśleć o tym, że jest coś, nad czym nie panuje, wobec czego pozostaje bezbronny. Że nie rusza się z domu bez listka tabletek przeciwbólowych, nawet jeśli codziennie próbuje i nawet jeśli raz zdołał przejechać bez nich całą drogę do pracy tylko po to, by po wyjściu z auta pobiec do najbliższej apteki. Ostatecznie jednak do osiągnięcia sukcesu potrzeba małych kroków.
- A ta druga sprawa? Nadal ją... rozpamiętujesz? - urwała i zaczerwieniła się. Jej ruchy stały się jeszcze bardziej nerwowe, a dłonie ponownie objęły pustą filiżankę.
Mirek z trudem przełknął ślinę. Skinął na kelnera i zamówił wodę. Oczywiście wiedział, o co konkretnie pyta, nie miał tylko pojęcia, jak odpowiedzieć. Spędzili ze sobą niecałe pół godziny, a ona już zdążyła wziąć nad nim górę. Mogła się garbić i sprawiać wrażenie spiętej, ale musiała czuć, że wolno jej przekraczać kolejne granice, nawiązywać do wydarzeń, o których próbował zapomnieć. Musiała mieć pewność, że on nie zareaguje gniewem i nie okaże jej pogardy. A zatem jakimś cudem wiedziała także to, że nie całkiem się zmienił.
- Czasami - wymamrotał, zgodnie z prawdą.
Aga pokiwała głową i odstawiła filiżankę na spodek. Przez chwilę wpatrywała się w swoje dłonie, w drgające lekko palce i zaczerwienione kostki.
- Czego chcesz? Dlaczego przyjechałaś? - zapytał znowu, nieco łagodniej niż poprzednio.
- Chciałabym ci opowiedzieć pewną historię - odparła bez zająknięcia.
- Słucham?
- Pokażę ci kilka zdjęć.
***
Jung miał wrażenie, że telefon Agi pływa w jego dłoni. Położył komórkę na stole i wytarł ręce w spodnie. Koszula przykleiła mu się do pleców, a serce biło szybko. Wstydził się tych emocji, zwłaszcza przed nią. Nie chciał pokazać po sobie entuzjazmu, nagłego skoku ciśnienia na widok kilku zdjęć, o których chwilę wcześniej wspomniała. Ale ona i tak wiedziała, jakie wywrą na nim wrażenie. Taktownie milczała i czekała, aż Mirek odezwie się pierwszy.
Ponownie zerknął na ekran. Aga pokazała mu kilka fotografii starego dokumentu, który musiał być czyimś dziennikiem. Nie zrobiła żadnego wprowadzenia, nie powiedziała, co to za zapiski ani w jakich okolicznościach wykonała zdjęcia. On jednak już wiedział, gdzie je sporządzono. Współczesna greka nie sprawiała mu najmniejszych problemów, nawet jeśli na co dzień czytał raczej teksty antyczne i był za pan brat z dialektem starojońskim, jońskim i dorskim, z koturnowym stylem greckiej tragedii, heksametrem, cholijambem i trochejem. Za talent do języków obcych - kolejny dar, który otrzymał od natury, zaraz po doskonałej, niemal fotograficznej pamięci - był bardzo wdzięczny. Mirek nie wiedział, ile jest dwa dodać dwa, i przez cztery lata liceum nie do końca rozumiał, jakim cudem zalicza sprawdziany z fizyki, ale szybko zaczął się orientować, z czym radzi sobie naprawdę dobrze. I jak to wykorzystać.
Pulsowanie pod kopułą czaszki nie mijało, a raczej jeszcze się nasiliło. Zamówił kolejną kawę i chwycił listek z tabletkami przeciwbólowymi. Litery na ekranie telefonu zaczęły się rozmywać, drżały mu dłonie. Poczuł też znajomą sztywność karku i mrowienie w okolicy lewego oczodołu. Zapiski... Zebrał się w sobie i wczytał w nie ponownie. Kilka zdań szczególnie rzuciło mu się w oczy. Jego umysł mimo zmęczenia pracował na najwyższych obrotach. Jak zwykle.
Trucizna, samobójstwo, imię pewnej dziewczyny, cytat z Biblii, trąd, wyspa, więzienie, samotność, odrzucenie, utrata nadziei, kontakt wzrokowy, wyszeptane imię, rozmowa z lekarzem, podejrzenie. Śmierć na wyspie umarłych. Wyspie ciszy. Wyspie łez. Coś się nie zgadzało. Nawet teraz to widział, w tych kilku luźnych fragmentach.
Cytat, imię pewnej dziewczyny. Trąd, trucizna. Wyspa.
Mirek odłożył telefon i podziękował kelnerowi za kawę. Wsunął do ust tabletkę i popił ją gorącym napojem, parząc sobie wargi i język. Wiedział, że za chwilę poczuje ulgę. Wiedział też, że nie powinien w taki sposób radzić sobie z bólem. To było pójście na łatwiznę i prowadziło do uzależnienia. Tak. Prowadziło. Albo już doprowadziło.
Aga uśmiechnęła się, ale wypadło to sztucznie.
- Zapisków jest więcej. To stary dziennik, choć kartki się trzymają i atrament nie zbladł. Zrobiłam tylko kilka zdjęć - powiedziała. Widać nie mogła już znieść przedłużającej się ciszy.
- Gdzie znalazłaś te notatki?
- Dostałam je.
- W spadku?
- Nie wiem.
- Nie wiesz? To ciekawe. - Chciał, by w jego głosie pobrzmiewała ironia, lecz komentarz wypadł złośliwie. Nie przeprosił, choć wiedział, że powinien.
Aga potrząsnęła głową, dziwnie, jak gdyby chciała odepchnąć od siebie przykre wspomnienie czy wyobrażenie. Mirek milczał.
- Pewna osoba dała mi ten dziennik - odezwała się znowu. W jej głosie brakowało pewności. - To i... jeszcze jeden brulion z zupełnie innymi notatkami.
- Mam rozumieć, że dziennik i brulion jakoś się ze sobą łączą?
- Tak.
- I dlaczego uważasz, że powinienem wiedzieć, jak się łączą?
- Bo z nimi w pewien sposób łączy się też moja własna historia.
Mirek poczuł nieprzyjemny skurcz w żołądku. Nie powinien interesować się życiem Agi, tym, gdzie mieszkała, jak długo i z kim. Czy siedemnaście lat temu - po ich rozstaniu - została na Krecie, czy też wróciła do Polski, a mimo to nigdy się już do niego nie odezwała. Czy była szczęśliwa, czy raczej żałowała podjętej decyzji i wypowiedzianych słów. A jednak teraz ponownie go zaskoczyła. Czuł rosnące zainteresowanie, a jednocześnie irytację, że już dał się wciągnąć w tę opowieść. Jeśli Aga do niego przyszła, musiała mieć ważny powód. Nie streściłaby mu siedemnastu lat swojego życia ot tak, dla rozrywki. Zwłaszcza że przecież dawniej, przed ich rozstaniem, również wydarzyły się rzeczy, których nie dawało się streścić i których się z pewnością nadal do końca nie rozumiało. Za tym dziennikiem coś się kryło.
Odgarnęła włosy za ucho, bardzo ostrożnie, niezgrabnym gestem, który nie miał w sobie nic z kokieterii.
- Miesiąc temu po raz pierwszy od siedemnastu lat opuściłam Kretę - powiedziała cicho. - Mieszkałam tam przez cały ten czas. I to właśnie tam trafiły do mnie oba dzienniki, i teraz chciałabym...
- Dlaczego uważasz, że powinienem cię wysłuchać?
Nie odpowiedziała. Milczała przez dłuższą chwilę, a on przyglądał jej się uważnie. Na twarzy Agi pojawił się dziwny grymas, którego nie potrafił zinterpretować. Nie rozpoznawał już tak dobrze jej mimiki, choć przed kilkunastoma laty zawsze wiedział dokładnie, w jakim była nastroju. Teraz z każdą sekundą rejestrował nowe szczegóły, ale nie rozumiał ich znaczenia.
Dopił kawę i skupił się ponownie na treści tajemniczych notatek. Nie mógł uwierzyć, że trafiło mu się coś takiego. Dziennik spisany na Spinalondze, wyspie w pobliżu Krety, dawnej twierdzy weneckiej. Spinalondze, która w pierwszej połowie dwudziestego wieku była greckim leprozorium. Dla jednych chorych dożywotnim więzieniem, dla innych ziemią obiecaną, witaną z ulgą po latach upokorzenia, cierpienia i odrzucenia. Mirek dobrze to miejsce pamiętał. Wciąż miał przed oczami stromy skalisty brzeg, małe kamienne domy, spośród których wiele obróciło się już w ruinę, gruby wenecki mur, pozostałości warowni, wieżyczki strażnicze, cmentarz, kościół i kanciastą bryłę szpitala. Wiedział, że teraz do wyspy kilka razy dziennie przybijają łodzie z turystami na pokładzie, że w pobliżu przystani jest tawerna, a jeśli ktoś ma ochotę pozwiedzać, musi kupić bilet. Kiedyś było zupełnie inaczej. Siedemnaście lat temu na Spinalongę przywiózł ich miejscowy rybak, zapłacili mu co łaska, a później na wiele godzin zostali zupełnie sami. Chodzili z Agą pustymi uliczkami wymarłego miasteczka, ostrożnie stawiali kroki i przyglądali się stropom w obawie, by coś nie spadło im na głowę. Ściany budynków chwiały się niebezpiecznie, w oknach już dawno nie było szyb, a drewniane okiennice kołysały się na wietrze. Skały i kamienne fundamenty w palącym lipcowym słońcu przybierały barwę sepii, niemal nierzeczywistą, jak na starej fotografii. Cała tamta chwila wydawała się nierzeczywista. Mirek myślał o ludziach, którzy mieszkali na Spinalondze i stworzyli tam sobie namiastkę normalności. Mityczny, demonizowany przez wieki trąd nie każdemu odebrał wolę życia. Wszystko działo się tak niedawno, a jednocześnie jakby w innym świecie. Spinalonga zrobiła na Mirku ogromne wrażenie. Wracali tam z Agą kilkakrotnie, bez celu, po prostu pomilczeć. Żadne inne miejsce nie nadawało się do tego lepiej niż wyspa ciszy.
Teraz miał przed sobą fotografie zapisków, które sporządził jeden z mieszkańców Spinalongi. Thimios Demetriou. Trędowaty. Czym była dla niego wyspa? Więzieniem czy ziemią obiecaną? I co właściwie usiłował utrwalić?
Mirek powiększył jedno ze zdjęć. Musiał się skupić na treści.
Cytat z Biblii. "Niech przeto ten, komu się zdaje, że stoi, baczy, aby nie upadł" (1 Kor 10,12). Podejrzenie autora zapisków co do tego, że pewna dziewczyna, którą przewieziono na Spinalongę, wcale nie odebrała sobie życia z powodu choroby, jak powszechnie sądzono. A zatem dlaczego to zrobiła? I z jakiego powodu Thimios uznał, że to ważne? Notatki sporządzono w trzydziestym szóstym, a więc prawie dwie dekady przed wynalezieniem skutecznego leku na trąd. Ktoś, kto płynął wtedy na Spinalongę, nie spodziewał się z niej wrócić. Ludzie mieli tam swoje problemy, cierpieli. Dlaczego coś miałoby ich sytuację jeszcze bardziej komplikować? A jednak podejrzenia autora dziennika nie pozostawiały wątpliwości. Mirek przeczytał jedynie krótkie fragmenty. Domyślał się, że całość prezentowała dużo bogatszą treść.
Co tak naprawdę wydarzyło się na wyspie? I kim była dziewczyna, która najprawdopodobniej połknęła kapsułkę z cyjankiem? Zmarła już pierwszego dnia swojego pobytu w leprozorium. Czy ktoś cokolwiek o niej wiedział? A może właśnie o to chodziło? By z nikim nie zdążyła zawrzeć bliższej znajomości? Może kogoś się bała.
Mirek zwrócił uwagę na charakter pisma autora dziennika i staranny dobór słów. Musiał to być człowiek dobrze wykształcony, o wysokiej kulturze osobistej i respektujący konwenanse, bo nawet w tak intymnej formie jak pamiętnik trzymał się zasad, unikał kolokwializmów, nikogo nie obrażał, a o swoich podejrzeniach pisał zachowawczo. Jak gdyby bał się sformułować oskarżenie wprost. Zabezpieczał się na wypadek, gdyby ktoś przechwycił jego zapiski? Musiało istnieć takie ryzyko. Poza tym pisał o ludziach, którzy go otaczali, a na wyspie wszyscy się przecież znali. Nikt nie mógł stamtąd tak po prostu wyjechać. Należało żyć w zgodzie, nie wchodzić w konflikty, nie czynić swojego życia cięższym, niż było. Wspierać się nawzajem w cierpieniu, budować więzi. Nie skazywać się na jeszcze głębszą izolację.
Czy z tych zapisków można było wywnioskować coś więcej? I przede wszystkim - jak kończyła się ta historia?
- Sposób, w jaki mówisz teraz o autorze... o Thimiosie - odezwała się Aga. - Wiedziałam, że już na podstawie fragmentów zbudujesz sobie jego obraz. Usiłowałam myśleć tak jak ty, ale to oczywiście niemożliwe. W każdym razie już zwróciłeś uwagę na charakter pisma i wypowiedzi, dobór słów i tak dalej. Interesuje cię ten człowiek. Bo ciebie zawsze interesował przede wszystkim człowiek. I dlatego zastanawiasz się, czy przeżył, co się z nim stało i jak kończy się dziennik. Nawet jeśli dotąd przeczytałeś zaledwie kilka akapitów. Prawda?
Zaskoczyła go znowu, miał nadzieję, że już ostatni raz tego dnia. Zwłaszcza tym jednym konkretnym zdaniem. "Ciebie zawsze interesował przede wszystkim człowiek". Była wciąż spięta, ale wypowiedziała je prawie bez emocji, jak gdyby stwierdziła fakt. Rzeczywiście, Mirka interesował przede wszystkim człowiek. Mechanizmy ludzkiego myślenia, emocje, odruchy, schematy funkcjonowania w społeczeństwie i... pamięć. Kiedy zgłębiał zagadki przeszłości, również to człowiek był dla niego najważniejszy - nie przedmioty, nie pamiątki, nie bezładna ludzka masa, nie panoramy i globalne mechanizmy, ale jednostka. To, że nigdy nie potrafił jej do końca zrozumieć. Tajemnice go zajmowały - rzeczy niemożliwe do udowodnienia i oparte na domysłach.
- Prawda - przyznał po chwili.
- Właśnie. I docieramy do sedna. Otóż ten dziennik nie ma zakończenia.
- Słucham? Autor w pewnym momencie przestał pisać?
Jung był rozczarowany, ale wiedział, że wiele pamiętników spotkał podobny los. Zwłaszcza jeśli autorzy nigdy nie zamierzali ich publikować. W pewnym momencie po prostu porzucali pisanie powodowani brakiem chęci, czasu, motywacji. Mirek miał jednak nadzieję, że w tym wypadku będzie inaczej, i teraz czuł zawód.
- No właśnie tu jest problem... - zaczęła powoli Aga i zawiesiła głos.
- Sprawa się wyjaśniła i nasz autor porzucił śledztwo?
- Nie porzucił. Węszył i węszył, aż wreszcie popadł w jakąś obsesję. Dziennik po prostu się urywa. W najciekawszym momencie.
- Żartujesz?
Aga pokręciła głową. Milczeli przez chwilę i Jung miał wrażenie, że znowu jakimś cudem znaleźli się razem na Spinalondze. Nie widział tej dziewczyny od siedemnastu lat, w pewnym momencie potraktowała go w możliwie najgorszy sposób, a teraz ot tak, przyjechała i z miejsca przeszła do rzeczy. Musiała mieć pewność, że on od razu wsiąknie w tę historię. Bo przecież tak było. Mimowolnie analizował od początku wszystko, czego dowiedział się podczas tej rozmowy. I jednocześnie zastanawiał, jaki jest prawdziwy cel wizyty Agi. Ten, którego jeszcze mu nie wyjawiła.
- To ważne, abyś mnie wysłuchał.
- Ważne? Dla kogo? Dla ciebie czy dla mnie?
Skrzywiła się. Mirek oczywiście wiedział już, że miała na swoim koncie jakieś przykre doświadczenia, ale historia dziennika interesowała go w tej chwili bardziej niż losy Agi Rydarowskiej i tylko czekał, aż zacznie z tego powodu odczuwać wyrzuty sumienia. Tak się działo zawsze, ilekroć dopadały go emocje, na które nie chciał sobie pozwolić.
- Wzięłaś ze sobą dziennik? I ten drugi brulion? Masz je tutaj?
- Nie. Zostawiłam na Krecie.
- Zostawiłaś na Krecie? - powtórzył powoli w osłupieniu. - Wybacz, ale nie rozumiem.
Mirek odchylił się na oparcie krzesła i mocno ucisnął skronie. Pastylka popita kawą nie ukoiła bólu. Czuł teraz kłucie pod powiekami i sztywność w okolicy szczęki. Chciał jej odmówić. Powiedzieć, żeby poszła sobie w cholerę i zostawiła go w spokoju. Wiedział jednak, że tego nie zrobi. I był wściekły z powodu własnej bezsensownej bezradności. W myślach obracał to słowo - bezradność - a tak naprawdę chodziło o słabość. Jego słabość, którą Aga umiała wykorzystać. Jakimś cudem wiedziała, że pod pewnymi względami wcale się nie zmienił. I słuchała jego internetowych opowieści, z pewnością przeanalizowała je dokładnie, zwracając uwagę na najdrobniejsze szczegóły. Rozpracowała tropy i nawiązania, rozłożyła na czynniki pierwsze każdy powracający motyw, aż wreszcie dotarła do tego, co najważniejsze. Do pasji i obsesji, którym Mirek oddawał się z taką lubością. Do wątków związanych z ciemną stroną ludzkiej natury i siłą pamięci - ożywczą i niszczącą. Kłamała. Umiała patrzeć tak jak on. Umiała nawet patrzeć o wiele wnikliwiej.
- Daj mi trzy tygodnie - mruknął, wpychając sobie do ust jeszcze jedną tabletkę przeciwbólową.
- Trzy...?
- Teraz mam sesję egzaminacyjną. Wróć do domu. Gdziekolwiek teraz mieszkasz.
- W Eloundzie. W domku, który...
- Wróć więc do Eloundy. A ja tam do ciebie przyjadę - uciął.
- Za trzy tygodnie? - upewniła się.
- Przecież to niedługo, prawda?
Nie odpowiedziała, ale miał wrażenie, że chciała się z nim nie zgodzić.
***
Obok kubka z czarną kawą położył listek tabletek przeciwbólowych. Swojski widok, doskonale wyćwiczony zestaw ruchów. Nic nowego. Na kubku napis: Be awesome - every day. Zapach kawy przyjemnie drażniący zmysł powonienia. Gorzki smak na języku, ciepło w gardle. Białe opływowe pastylki. Nie, jeszcze ich nie potrzebował. Z lewej strony czaszki czuł jedynie słabe pulsowanie i równie znajomy, jak wszystko tego poranka, ucisk w okolicy oczodołu. Po chwili wahania sięgnął po listek i wrzucił go z powrotem do szuflady. Uznał, że równie dobrze może to być pierwszy dzień całkiem nowego życia bez leków przeciwbólowych. I z Agą, która znowu była kimś więcej niż tylko dziewczyną z przeszłości. Imieniem, na które reagował lekkim wzdrygnięciem, ale potrafił je wymówić bez złości i żalu. Przed laty była jego Agą, kimś, kogo dobrze znał. Teraz - Agą, której nie umiał się pozbyć i której obecność w swoim życiu musiał na powrót zaakceptować. Nawet jeśli zupełnie nic już dla niego nie znaczyła. Wróciła do Eloundy i w tej chwili budzi się pewnie w swoim domu, a z okien prawdopodobnie widać przynajmniej skrawek morza. Słyszy krzyczące cykady, czuje zapach powoli ogrzewanej słońcem ziemi. Mirka ogarnęła nagle dziwna tęsknota. Nie za dziewczyną jednak, lecz za miejscem.
Dopił kawę, zarzucił plecak na ramię i wyszedł z domu. Postanowił wydłużyć sobie drogę do pracy i pojechać na uczelnię autobusem. Idąc na przystanek, zauważył gumę przyklejoną do płotu sąsiadki, karton po soku pomarańczowym rozjechany przez samochody, czerwoną wstążeczkę przywiązaną do dziecięcego wózka, dwa zagniecenia na spódnicy kobiety, którą mijał, i wreszcie - dwanaście kolczyków w uchu dziewczyny również czekającej na autobus. Dokładnie dwanaście małych srebrnych kółeczek. Widział też oczywiście inne szczegóły. To, że dziewczyna miała lekkie zasinienie wokół oka, grubą warstwę pudru na twarzy, rozcięcie na wardze zamaskowane czerwoną pomadką i poziomą bliznę na ramieniu, z którego na sekundę zsunął się rozpinany sweter. Sweter. A przecież było gorąco. Zapowiadał się upalny dzień. Sweter dziewczyny miał maleńką plamkę przy ściągaczu, pozłacane guziczki, rozciągnięty dekolt i wzorek w kształcie węża na lewej piersi. Mirek obserwował ją tak, jak gdyby wcale nie stał tuż obok. Widział, jak dziewczyna sięga do torby i wyjmuje z niej lusterko, przegląda się, zwraca szczególną uwagę na oko i wargę, sprawdza, czy makijaż się dobrze trzyma, i skutecznie ukrywa to, co należy ukryć. Wrzuca lusterko, zamyka torbę. Drżą jej dłonie. Ogryza paznokcie. Kąciki warg ma opuszczone, oczy zaczerwienione. Kiedy nie ogryza paznokci, skubie włosy. Przestępuje z nogi na nogę, tupie, przechadza się w tę i we w tę. Potem znowu torba, lusterko, makijaż, oko, warga. Nie, żadnej z tych czynności nie wykonuje demonstracyjnie. Wręcz przeciwnie. Są to mikroruchy. Zwłaszcza drżenie dłoni. Makijaż ma naprawdę staranny, spisała się. Oprócz Mirka na przystanku nikt nie zwraca na nią uwagi. Przyjeżdża autobus. Nie ten, na który on czeka. Ale dziewczyna wskakuje do środka. Czy teraz jest dalej od swojego oprawcy, czy może właśnie do niego jedzie?
Spostrzegawczość. Doskonała, niemal fotograficzna pamięć. Przymus, by wszystko analizować, by czytać w każdym człowieku jak w otwartej księdze. Talent do języków, zwłaszcza klasycznych. Łacina. Greka. Dary natury. Taki właśnie był, odkąd pamiętał i odkąd zyskał umiejętność, by przyglądać się także samemu sobie. Przeczytał tę dziewczynę jak książkę, którą otwiera się na dowolnej stronie i od razu wiadomo, o co chodzi. Obawiał się też, że przeczytał również Agę, kiedy siedzieli naprzeciwko siebie w kawiarni. Przeanalizował opowieść o niej, nawet jeśli wcale nie chciał poznać zakończenia. A przecież obiecał, że przyjedzie. Tak to właśnie zaplanowała, mieli dotrzeć do ostatniej strony razem. Tylko dlaczego?
Mirek wzdrygnął się i na chwilę mocno zacisnął powieki. Obiecał sobie, że nie będzie tego robił, nie będzie patrzył na ludzi w ten sposób. Czuł się jak pozbawiony skrupułów podglądacz. Wsiadł wreszcie do autobusu i postanowił pomyśleć raczej o pracy. Musiał dziś przeprowadzić dwa egzaminy i wpisać zaliczenia do indeksów. Wiedział, że studenci będą go chcieli później zabrać na piwo, ale zupełnie nie miał na to ochoty. Oczywiście się nie wykręci, choć perspektywa spędzenia wieczoru z puszką w dłoni w barze "Forma Płynna" nad Odrą, wśród chmary komarów, nie napawała optymizmem. Może był już na to za stary?
Większą ekscytację budziło w nim wspomnienie Spinalongi. Od dwóch tygodni obsesyjnie odtwarzał fragmenty dziennika, które pokazała mu Aga, ale nie zadawał sobie żadnych nowych pytań. Imię, które otruta dziewczyna przed śmiercią zapisała na świstku papieru, nic mu nie mówiło, a cytat z Biblii bez odpowiedniego kontekstu mógł interpretować jedynie ogólnie. "Niech przeto ten, komu się zdaje, że stoi, baczy, aby nie upadł" (1 Kor 10,12). Czy była to jakaś przestroga? A może puenta. Podsumowanie czyichś postępków - postępków kogoś, kto myślał, że los już zawsze będzie mu sprzyjał. Mirek snuł domysły, ale brakowało mu podstaw, by zbudować sensowną teorię. Musiał czekać na kolejne odcinki tej historii, które podsunie mu Aga.
Do wyjazdu pozostał tydzień. Prawie wszystko już sobie przygotował.
***
Chmara komarów. Puszka w dłoni dawno zdążyła się ogrzać. Śmiechy, gwar rozmów, bełkot, zapach piwa. Głównie piwa, choć kawałek na lewo, w pobliżu toalet, czuło się też inne, których lepiej było nie analizować. Na szczęście w grupie ulokowanej tuż obok i zajmującej kilka hamaków znalazło się dwóch amatorów fajki i już po chwili otoczyła ich przyjemnie aromatyczna mgiełka.
Mirek od dłuższej chwili przyglądał się kolorowemu tłumowi zgromadzonemu w "Formie Płynnej", jednym z modnych wrocławskich beach barów nad Odrą, które latem robiły solidną konkurencję pubom. Gwar rozmów zagłuszał muzykę, nad głowami zwisały girlandy małych lampek, gdzieniegdzie towarzystwo gromadziło się wokół sziszy, a chłopak z długimi włosami dzielnie pilnował tutejszej biblioteki - niewielkiej półki z książkami wypożyczanymi do poczytania przy piwie. Mirek dojrzał tam Annę Kareninę i zastanawiał się, jak można to czytać przy piwie. Niemniej doceniał. Uśmiechnął się nawet do chłopaka z długimi włosami i uznał, że ostatecznie, jeśli się bardzo znudzi, znajdzie ratunek w kartkowaniu Tołstoja.
Nieopodal zwolnił się hamak i Mirek postanowił go zająć. Odchylił głowę i przymknął oczy. Po chwili nad hamakiem przepłynął kolejny obłok tytoniowego dymu - tym razem o zapachu wiśni. Było miło. Nikt tu nie wyglądał na biednego studenta, któremu szkoda pieniędzy na kilka piw w lokalu i wychyla czteropak browara w jakiejś bramie, by nie wejść do pubu trzeźwym i by tam siedzieć przez pół nocy przy jednym kuflu. Kilkanaście lat temu on sam właśnie tak robił. A po sesji zamiast do baru szedł ze znajomymi na Wyspę Słodową, gdzie - póki nie zaczęło mu szumieć w głowie - zastanawiał się nad tym, kiedy wreszcie cała ich grupa zostanie przymknięta za spożywanie alkoholu w miejscu publicznym. Siadywali nad Odrą jak banda hipisów czy innych sekciarzy i bynajmniej nie ukrywali, że konsumują napoje wyskokowe. Uznawali zawsze, że po pierwsze, "piękny wieczór, szkoda się kisić", a po drugie, "po co przepłacać w knajpie, skoro w sklepie kupi się dwa razy taniej". Pili więc tanie piwo i marne wino, rozmawiali, wygłupiali się, sikali w krzakach i dbali o to, by nikt nie skończył w rzece. Teraz, jak widać, bawiono się inaczej. W "Formie Płynnej" z trudem odróżniało się studentów od młodych pracowników wrocławskich korporacji. Mirek pomyślał o skoku cywilizacyjnym i szansach, jakie rysowały się przed dzisiejszymi dwudziestolatkami. O ofertach praktyk i staży, wyjazdów na zagraniczne uczelnie, o mnóstwie innych możliwości zdobycia doświadczenia zawodowego i zarobienia godziwych pieniędzy. Dawniej, u progu nowego tysiąclecia, do wyboru był głównie bar lub sklep, a i to nie zawsze.
Tego wieczoru Mirkowi było wszystko jedno. Nie czuł się dobrze we własnej skórze. Egzaminował dziś krócej niż zwykle, zadawał żenująco proste pytania, a co najgorsze - nikomu nie zadał "pytania pomocniczego", które w rzeczywistości okazywało się często gwoździem do trumny. Na zajęciach mógł akceptować swobodną atmosferę, a po sesji pić ze studentami piwo w barach, ale z żelazną konsekwencją oczekiwał od nich jednego - że będą coś umieć. Nie tolerował najdrobniejszych błędów, wymagał znajomości nazwisk, dat, kontekstu historycznego i kulturowo-społecznego, symboli, tropów, motywów i treści tekstów na wyrywki. Bezwzględnie tępił intelektualną hochsztaplerkę. Nie cierpiał tych, którzy wykuwali na pamięć całe strony, a jednocześnie nie potrafili się zmusić do samodzielnego myślenia. Znęcał się nad nimi okrutnie, drążył temat, kruszył ich pewność siebie i wprowadzał w dysonans poznawczy. Uśmiechał się złośliwie za każdym razem, kiedy zadawał pytanie: "A co pan/pani o tym myśli?", i widział oczy szeroko otwierające się ze zdumienia. Uważał, że dobrze wykształcony człowiek nie może się ograniczyć do wykuwania na pamięć cudzych teorii. Każdy ma swój filtr, przez który powinien przepuszczać informacje i doświadczenia. Nikt nie jest pozbawiony zdolności do wysnuwania własnych wniosków. Ludzkość nie może poprzestać na powtarzaniu, musi tworzyć i formułować. Studenci wiedzieli, że z "panem doktorem" nie ma żartów, ale uwielbiali go i tak. Dzisiaj jednak ich zaskoczył. Kiedy wystawił dziesiątą z rzędu piątkę, zmartwili się nawet, czy nie jest przypadkiem na coś chory.
Popijał kolejne piwo, kołysał się w hamaku, wpatrując się w połyskującą ponad głowami swoich studentów Odrę, i usiłował udawać, że wie, o czym właśnie toczy się rozmowa. Uczestnicy imprezy zaczynali się powoli wykruszać i on również zamierzał znaleźć jakiś pretekst, by się ulotnić. O dziwo, nic mu jednak nie przychodziło do głowy. Nadal zauważał wokół siebie nawet najdrobniejsze detale, ale alkohol przyjemnie przytępiał zmysły. Dźwięki stawały się przytłumione, a obrazy rozmyte. Mirek wiedział, że w to również nie należy uciekać. Kiedyś już próbował. Alkoholem się ogłupiał, a lekami uśmierzał ból głowy. Z tym pierwszym zdążył wyhamować, zanim było za późno, z tym drugim nie do końca.
Dopił piwo i odstawił butelkę na ziemię. Kolejni studenci podnosili się z leżaków, żegnali i odchodzili. Powietrze było ciepłe, gęste i coraz cięższe od intensywnych zapachów.
- Panie prof.?
Pan Marcin stał przed nim, chwiejąc się lekko. Z egzaminu dostał dzisiaj czwórkę. Mówił o Iliadzie i Odysei tak, jak gdyby w badaniach nad poematami nigdy nie podniesiono kwestii homeryckiej. Gładko prześliznął się nad interpolacjami i zmienił temat, lawirując wokół drewnianego konia, który - co Pan Marcin dobitnie podkreślił - w ogóle nie pojawia się w Iliadzie, a później, zapytany o inkoherencje i niezgodności, wreszcie zaniemówił. Mirek był już na siebie wystarczająco zły za odpuszczenie interpolacji na rzecz motywu drewnianego konia. Inkoherencji i niezgodności odpuścić nie zamierzał. Zadawał więc pytanie za pytaniem. Następnie zaczął drążyć związane z tekstami detale. Na koniec zapytał o epitety, którymi określa się bohaterów. Czy są adekwatne do każdej sytuacji, w jakiej pokazuje się postać, a przede wszystkim - czy w każdej sytuacji są konieczne. Pan Marcin odpowiedział, że owszem. Mirek przypomniał mu więc fragmenty, w których Achilles gra na lirze lub po prostu leży, a mimo to zwany jest uparcie "szybkonogim", okręty zaś "szybkimi", choć nie pływają po żadnych wodach - wyciągnięte na nabrzeże, stoją w piachu od dekady. Pan Marcin czerwienił się i bladł na przemian. Kiedy Mirek umilkł, chłopak dodał tylko, że Iliada nie jest, jak chciał Fénelon de Salinac, dziełem doskonale spójnym, lecz raczej widać w nim niedociągnięcia i fastrygi. Stąd czwórka - za tę nędzną próbę ratowania sytuacji. Powinna być trója. Mirek postawiłby ją, gdyby był sobą.
- Panie prof., przepraszam za te inkoherencje i interpolacje. Proszę mi również wybaczyć drewnianego konia, dzięki któremu Hellenowie zdobyli Ilion. Nie popisałem się. Jestem naprawdę wdzięczny za ocenę.
Mirek parsknął śmiechem. Za plecami Pana Marcina wyrosła postać krzepkiego młodzieńca z długą brodą.
- On tak zawsze. Po pijaku wysławia się kwieciście, bo próbuje udawać, że jest trzeźwy. Chodź, stary. Tylko mi nie rzygaj na buty jak ostatnio. Idzie pan z nami, panie doktorze? Usiądziemy gdzieś przy stoliku w jakimś miejscu bez komarów.
- Nie, będę się już zbierał.
- Szkoda, chciałem jeszcze podpytać o nagrania. Może innym razem. Dobranoc!
- Dobranoc.
Brodaty złapał za łokieć Pana Marcina tworzącego właśnie długą i kunsztowną wypowiedź na temat Safony, w rzeczywistości zwanej po eolsku Psapfo. Brodaty przewrócił oczami i pociągnął kolegę w stronę wyjścia. Mirek patrzył jeszcze przez chwilę za nimi, po czym przeniósł wzrok na wody Odry, w których odbijała się imponująca bryła wieży ciśnień. Lubił to miejsce. Kiedyś przychodził tutaj z Agą, uczyli się, odpoczywali po sesji, rozmawiali lub milczeli, czytali książki, słuchali muzyki. Pogryzali świeże bułki, które kupowali zawsze w Hali Targowej, a później - jeszcze ciepłe - nieśli aż tutaj, choć zazwyczaj byli bardzo głodni i mieli ochotę zjeść je po drodze. Nie przygotowywało się wtedy lunch boxów, nie chodziło na sushi czy curry z tofu. W tym miejscu nie było żadnej "Formy Płynnej", tylko niezagospodarowane wybrzeże i jakaś mała knajpka, w której przesiadywali studenci politechniki. Mirek i Aga wyobrażali sobie przyszłość, siebie za pięć, dziesięć i piętnaście lat. Ich wyobrażenia nigdy nie pokryły się z rzeczywistością.
***
Wrócił do domu, zaparzył mocną kawę i mimo delikatnego pulsowania w czaszce nie spojrzał na szufladę, w której schował tabletki przeciwbólowe. Przygotował sobie kanapkę z humusem i posypał ją grubą warstwą rukoli. Wreszcie mógł zrobić to, na co miał ochotę przez cały dzień. Chwycił telefon i po raz setny przejrzał zdjęcia zapisków Thimiosa, które przesłała mu Aga. Oczywiście znał już na pamięć każdy szczegół.
Przeniósł się ponownie na Spinalongę.
Dziewczyna przywiozła ze sobą cyjanek i sama odebrała sobie życie. W jakiś sposób go zdobyła, to były przecież lata trzydzieste, trutkę na szczury kupowało się w zwykłej aptece i w co drugim domu trzymano arszenik albo strychninę. W powieściach detektywistycznych z dawnych lat cyjanek występuje nagminnie, za jego pomocą dokonują zbrodni wytrawni przestępcy, ale i zwykłe gospodynie domowe. Dziewczyna ze Spinalongi również mogła go zdobyć jeszcze w dawnym świecie, kiedy była sobą, należała do rzeczywistości, którą dobrze znała. Kupiła cyjanek, bo z dnia na dzień kazano jej ten świat opuścić, została wyrzucona poza nawias społeczeństwa, uznana za zbędną. System mógł funkcjonować bez niej, nie była nikomu potrzebna. Wystarczyła diagnoza, by wszystko się zmieniło. Kilka słów, medyczny termin, opis objawów i prognoza na przyszłość. Przyszłość, o której z pewnością nie umiała myśleć bez lęku. Być może po wizycie u lekarza zamknęła się w swoim pokoju i długo patrzyła w lustro. Może dotykała skóry, może miała już wyraźnie widoczne pierwsze zmiany i zastanawiała się, co będzie dalej, czym się stanie, ile życia jej jeszcze zostało i jak będzie wyglądała jej śmierć. "Piękna samobójczyni". Tak ją określił Thimios, autor pamiętnika. Ludzie na wyspie odbierali sobie życie często wtedy, kiedy mogli jeszcze bez obaw patrzeć w lustro. Kiedy nie bali się widoku własnej twarzy. Dziewczyna nie była pierwsza.
Taka wersja wszystkim wydawała się z pewnością do przyjęcia, szczegóły do siebie pasowały. O ile Jung zdążył się zorientować, autor dziennika miał rację. Dziewczyna była obca, nikogo nie zdążyła poznać, po kilku godzinach od pojawienia się na Spinalondze zażyła truciznę i wkrótce zmarła.
Spinalonga to wyspa trędowatych. Ludzie pojawiają się tam ze świadomością ostateczności, z wyrokiem śmierci. Wiedzą, jakie objawy wywoła choroba, co się stanie z ich ciałem. Zdają sobie sprawę, że nigdy już nie zobaczą swoich bliskich. Prawie do nikogo na początku nie dociera, że na Spinalondze można godnie przeżyć te lata, jakie jeszcze pozostały. Każdy, kto stawia tam stopę po raz pierwszy, doświadcza poczucia klęski i traci nadzieję. Owszem, dziewczyna mogła przypłynąć na wyspę już z zamiarem odebrania sobie życia, z gotowym planem, zaopatrzona w cyjanek. Zadbała o to, by zostać sama w swoim nowym domu. Chciała, by wszystko się skończyło.
Mirek usadowił się wygodniej na kanapie i przymknął oczy. Wiedział, że chodziło o coś więcej, o informacje, które w oszczędny sposób zapisał w swoim dzienniku Thimios. O z pozoru nieistotne szczegóły niedające mu spokoju. Dlaczego autor dziennika tak bardzo zainteresował się śmiercią dziewczyny? Dlaczego zaczął węszyć? I jakim sposobem Aga weszła w posiadanie tych zapisków?
Wróciła do Eloundy, zgodnie z jego prośbą. Zaufała mu. Przesłała jedynie swój adres i napisała, że czeka. Wiedział, dlaczego wtedy zamierzała się z nim nie zgodzić. Powiedział, że trzy tygodnie to mało, a ona zastygła w bezruchu, po czym powoli pokiwała głową. Na przekór sobie. Z czymś na kształt rezygnacji. Mirek przeanalizował jej mimikę i ruchy. Wiedział, że dla niej trzy tygodnie to długo, a jednak słowem nie wspomniał na ten temat. Miał ochotę zadać parę pytań, nawiązać do spraw osobistych, intymnych, ale spowodowałoby to natychmiastową zmianę w ich relacji. Nie chciał przekraczać pewnych granic. Na ponowną zażyłość z Agą nie było już w jego życiu miejsca. Nie po tym, co stało się piętnaście lat temu właśnie na Krecie, w Heraklionie. Miał wrażenie, że tamten moment na lotnisku jest jak oglądany wciąż od nowa stary film. Klatka po klatce, sekwencja po sekwencji, dialog po dialogu, spojrzenie po spojrzeniu. Starał się zapomnieć, ale zdołał tylko przestać czuć. Dlatego teraz raczej myślał o okolicznościach, w jakich Aga się do niego zwróciła, niż doświadczał emocji. Raczej projektował przyszłość, usiłując opracować plan. Gdyby nie wnioski, do których doszedł, obserwując Agę, nigdy by się na to wszystko nie zgodził. Nie wiedział, czy podjął właściwą decyzję. Musiał znaleźć sobie jakieś zajęcie, by się nad tym nie zastanawiać.
Odłożył telefon, dopił kawę, otworzył laptop i błyskawicznie wyszukał folder ze starymi zdjęciami z Krety. Po chwili patrzył na swoją własną twarz młodszą o siedemnaście lat. Źle wtedy wyglądał, zbyt chłopięco, nie jak mężczyzna. Nosił brzydkie dżinsowe szorty i rozpadające się trampki. Za to Aga była piękna. Kwitnąca, zdrowa, o wysportowanej sylwetce. Prawą dłonią przytrzymywała słomkowy kapelusz, a lewą wskazywała zatokę Mirabello. Ciekawe, czy ona także miała jeszcze te zdjęcia. Ciekawe, czy wtedy naprawdę pozbierała się już po tym, co spotkało jej matkę. Mówiła, że tak. Tak też wyglądała. Teraz jednak Mirek miał co do tego wątpliwości. Może dlatego uznała, że ich związek kiepsko rokuje. Chyba mylił się co do samego siebie i tak naprawdę każdego człowieka umiał przeczytać jak otwartą księgę, tylko nie ją.
***
Śniadanie. Kawa, kanapki z żółtym serem. Oczywiście rukola, uwielbiał ją. I pomidor. Nie taki, jak te, które kilkanaście lat temu jadł na Krecie, bo z tymi absolutnie żadne nie mogły się równać. Wciąż pamiętał ich intensywną czerwoną barwę, połys-kującą skórkę, soczysty miąższ. Dojrzewały w słońcu, nasycały się zapachami ziół i ziemi, zawierały w sobie po odrobinie wszystkich smaków wyspy. Kroili je na czworo, posypywali grubo zmieloną solą i patrzyli, jak kryształki rozpuszczają się na owocach. Do tego chleb z oliwą z oliwek. Idealne śniadanie lub idealna kolacja, w zależności od nastroju. Do śniadania czarna kawa, do kolacji niedrogie miejscowe wino, kieliszek raki lub ouzo. On sam nie cierpiał ouzo, ale Aga piła je duszkiem i nawet się nie krzywiła. Ciekawe, czy tak jej zostało do dziś.
Nagle znowu poczuł to wszystko. Smak słodkich pomidorów z kryształkami soli, nasiąknięty oliwą świeży chleb, kwaśnawe wino, lekko cierpką raki i anyżowe ouzo. Mógłby zamknąć oczy i odtworzyć wiele innych smaków: ryżu ze szpinakiem i sokiem z cytryny, omleta ze szparagami i fetą, pieczonych ziemniaków z oregano, dyni zapiekanej w cieście filo. Mógłby poczuć zapach czosnku, od którego oczy zachodzą łzami. Mógłby usłyszeć muzykę z Greka Zorby, do której tańczyli na plaży, mógłby poczuć rozgrzane kamyki pod stopami, tak jak czuł je zawsze wtedy, gdy zrzucał buty i biegł do wody. Tak jak uczył się ich ostrych, nieprzyjaznych i kaleczących skórę krawędzi, zapominając o piaszczystych nadbałtyckich plażach, które - choć piękne - nigdy nie były mu tak bliskie jak w większości skaliste i niebezpieczne wybrzeże Krety. Zatęsknił za wyspą i za innym czasem w swoim życiu. Thimios miał rację, że szczęście raczej się wspomina, niż przeżywa na bieżąco.
Starał się skupić na czekających go obowiązkach. Uczelnia, ostatni egzamin. Publikacja filmu o Niobe i bogini Leto. Może jakaś pizza i piwo z chłopakami, bez których niczego by nie nagrał ani nie zmontował, bo wszystkiego go krok po kroku nauczyli. Wysłuchanie kilku uwag na temat swoich przydługich włosów i dziko rosnącej brody. Kiwanie głową, że wie - kamera tego nie lubi. Stos materiałów na temat Krety, trądu i cyjanku. To, co pożyteczne. To, co ciekawe. Trzeba kupić nową walizkę i więcej letnich ubrań. Lipiec na Krecie będzie upalny, a na trzeciego zapowiadają generalny strajk branży morskiej. Czy miesiąc Adze wystarczy? Co zrobi, jeśli nie wystarczy? Albo jeśli się okaże, że to za długo?
Ciszę przeszył dźwięk telefonu. Mirek poderwał się, rozlał kawę i poparzył sobie dłoń. Mamrocząc pod nosem mało wyszukane przekleństwo, odebrał połączenie.
- Hej, Mirek, nie śpisz już, no nie?
Anna Jabłońska. Świeżo upieczona pani doktor, specjalistka od Archilocha, bardzo sympatyczna, również gustowała w kanapkach z rukolą. Zawsze właśnie tak się wyrażała, nie robiła pauz między zdaniami i całą wypowiedź potrafiła wyartykułować na jednym wydechu.
- Nie śpię - mruknął, wycierając z blatu plamy po kawie.
- Zły humor?
- Nie.
- A, bo ty masz jeszcze egzaminy.
- Właśnie, muszę się zaraz zbierać, więc...
- Jedziesz z nami na Mazury? W lipcu? Zbieramy ekipę, sami nieudacznicy, smutni kawalerowie i stare panny, rozwodnicy, jeden wdowiec, wszyscy niedzieciaci. To jak?
- Ja jestem oczywiście w grupie smutnych kawalerów?
- Do żadnej innej nie pasujesz.
Anna umiała wprawić go choć na chwilę w dobry humor. Trajkotała jak najęta, za dużo i za głośno się śmiała, chodziła szybko, żywo gestykulowała i choć była niska i drobna, jadła tyle co robotnik portowy. Zawsze się przy tym brudziła i kruszyła dookoła. Lubił ją. Szczerze współczuł mężczyźnie, który się z nią kiedyś zwiąże, ale lubił. Z przyjemnością słuchał, jak mamrotała nad źródłami i porównywała wersy. Miał wrażenie, że Anna po prostu nie umie milczeć.
Pod wpływem impulsu opowiedział jej o swoich planach. Nie wspomniał oczywiście o dzienniku, ale wymienił Kretę i Spinalongę. Anna łatwo dała się wciągnąć w temat i od razu błysnęła wiedzą.
- Słyszałam, że w pierwszych latach działania leprozorium nie radzono tam sobie najlepiej. To była taka...
- Umieralnia.
- Właśnie. Dopiero później, w latach trzydziestych, przywieziono tam młodego chłopaka z Aten i wszystko się zmieniło. Spinalonga zaczęła dobrze prosperować, założono nowy szpital, mieszkańcy dostawali rentę od rządu, prowadzili handel z mieszkańcami Plaki...
- Epaminondas Remoundakis. Ten chłopak z Aten tak się nazywał. Skąd to wszystko wiesz?
Jung nie potrafił ukryć zaskoczenia. Historia Spinalongi nie była łatwym tematem i informacje o tym miejscu zdobywało się z dużym trudem. Na ogół Grecy, zwłaszcza ci starej daty, mówili o wyspie niechętnie i woleliby zapomnieć, że również u nich istniały leprozoria podobne do tych, jakie wciąż znajdują się w Indiach i na Filipinach. Zwłaszcza to jedno, przedostatnie w całej Europie. On sam musiał się wysilić, by dowiedzieć się czegoś konkretnego o Spinalondze, mimo że spędził na wyspie sporo czasu. Był przekonany, że większość Polaków wciąż nie ma pojęcia o istnieniu takiego miejsca. A tymczasem Anna okazała się całkiem nieźle zorientowana w temacie. Być może teraz ta wiedza stała się bardziej powszechna.
- Skąd co wiem? Nie bądź śmieszny! Zajrzyj do internetu, na portale turystyczne. W każdej zakładce o Krecie znajdziesz Spinalongę. Blogerzy o niej piszą. Wszyscy trąbią o książce Victorii Hislop...
- Wyspa.
- Taak. Przewodnicy nią machają chwilę przed tym, jak zaczynają opowiadać o opuszczonych domach tureckich, sklepikach i kościele, o weneckich murach i cmentarzu. Ciekawe, że ona tak ładnie i słodko opisuje moment, w którym leprozorium się zamyka i trędowaci są stamtąd wywożeni. Same triumfalne powroty, same łzy wzruszenia i tylko ciekawość ze strony innych, zdrowych ludzi obserwujących ten exodus z wyspy. Żadnego obrzydzenia, żadnego odrzucenia, żadnych problemów prawnych związanych z włączeniem byłych trędowatych na nowo w życie społeczeństwa. A tych problemów było całe mnóstwo, wystarczy się dowiedzieć co nieco o osobach, które ze Spinalongi trafiły do stacji antyleprycznej w Atenach. Rzeczywiście. Same triumfy. Wyłącznie łzy szczęścia...
- Wow! Masz naprawdę dobre informacje. Byłaś tam?
- No pewnie! Nie ruszyło mnie jakoś.
- Słucham?
- Nie ruszyło mnie. Nie będę przepraszać, Mirek. Pogódź się z tym. Rozumiem, że ciebie ruszyło. A co konkretnie? Co tam jest takiego, że cię ruszyło?
Anna przerwała swój monolog i zaczerpnęła tchu. Nie wiedział, jak odpowiedzieć na jej pytanie. Sam nie potrafił wytłumaczyć, co tam jest takiego. Teraz Spinalonga wygląda inaczej niż dawniej, widział zdjęcia w internecie. Postawili tawernę, sprzedają bilety wstępu, ale kiedyś - gdy był tam z Agą - czuł coś dziwnego, co z trudem dawało się ubrać w słowa. Spinalongi nie zwiedzało się jak skansenu czy muzeum. Ta wyspa przypominała raczej wielki grobowiec, którym stała się dla dawnych mieszkańców. Pięknie położony, urokliwy, otoczony błękitnymi wodami tak przejrzystymi, że aż zapierało dech, ale jednak grobowiec. Kiedy po raz pierwszy postawił tam stopę, poczuł dławienie w gardle. Sam nie wiedział dlaczego. To nie był jeszcze ten moment, kiedy płynął na Spinalongę z głową nabitą informacjami o leprozorium. Za pierwszym razem zarówno on, jak i Aga nie wiedzieli o wyspie nic.
Wzruszył ramionami, choć Anna nie mogła tego widzieć.
- Kiedyś było tam cicho.
- Cicho?
- Mogłaś usłyszeć tylko cykady i szum morza. Raz na jakiś czas gdzieś osuwał się kamień. Chrzęścił piasek pod stopami, tam gdzie akurat nie było bruku. I wiał wiatr. Tak, było tam cicho.
- A teraz?
- Nie wiem. Podobno codziennie przypływa kilkanaście wycieczek, więc domyślam się, że jest tam równie spokojnie jak w Delfach i Knossos w pełni sezonu. Niedługo się przekonam.
- Mirek?
- Tak?
- Jakoś... dziwnie mówisz. Uważaj na siebie.
Rozłączyła się, zanim zdążył odpowiedzieć. Pomyślał o tym, co przed chwilą powiedział. O cykadach, szumie morza i osuwających się kamieniach. O ciszy. Również tak właśnie zwano Spinalongę. Wyspą ciszy.
***
Jung sam już nie wiedział, czy nadal przeprowadza egzamin. Sytuacja przypominała bardziej rozmowę dwóch badaczy, którzy dumali nad problemem ludzkiej pamięci i indywidualnego spojrzenia na rzeczywistość. Nie uczył przecież o tym, co się kiedyś gdzieś wydarzyło, ale raczej o tym, co zostało na ten temat napisane. Student opowiadał właśnie o Arystofanesie, którego "życiorys jest w dużej mierze dla współczesnych nieznany", choć badacze są zgodni co do tego, że przyszedł na świat jako Ateńczyk czystej krwi, a przecież "oponenci dramatopisarza lansowali inną wersję". Do tego pierwsze dzieło, Biesiadników, wystawiono na scenie, zanim autor ukończył przepisowe osiemnaście lat, bo obszedł system i pod komedią podpisał się jego przyjaciel. Student dla zilustrowania sytuacji wyrecytował na jednym wydechu fragment z Chmur: "Dziecko swe podrzuciłem, inna matka wzięła**". Przerwał na moment swoją wypowiedź, nabrał powietrza i kontynuował. Mirek, chcąc nie chcąc, automatycznie zapamiętywał każde słowo. Ze zgrozą myślał o tym, że będzie musiał wystawić chłopakowi piątkę, choć na zajęciach nie był pod wrażeniem jego inteligencji. Człowiek musiał się nieźle maskować albo też głód wiedzy dopadł go niedawno. Śpiewał jak z nut i nawet mu powieka nie drgnęła. Co z takim zrobić? Potrafił myśleć. Potrafił wątpić i zadawać pytania. A przecież o to właśnie chodziło.
Uniósł dłoń i student posłusznie umilkł. Z szerokim uśmiechem przyjął do wiadomości, z jakim wynikiem kończy egzamin, i prawie podskoczył, wstając. Był dziś ostatnim z egzaminowanych. Kiedy wyszedł z gabinetu, Mirek nie mógł zapanować nad uczuciem pustki. Teraz planowany wyjazd na Kretę, ponowne spotkanie z Agą i sprawa tajemniczego pamiętnika nie były już tylko odległymi projektami, ale zaczęły nabierać realnych kształtów. Zdał sobie nagle sprawę, że nie ma pojęcia, jak się to wszystko potoczy. Były zapiski ze Spinalongi i jeszcze jeden brulion, nie wiadomo skąd i czyjego autorstwa. Była historia samej Agi. Trzy wątki spinające się razem. I powód, dla którego zgodził się wziąć w tym udział. Znany mu już, choć niewypowiedziany wprost.
Mirek odchylił się na krześle i zapatrzył w sufit. Przypomniał sobie pierwsze informacje, które przed kilkunastoma laty zdobył o Spinalondze. Uderzyło go wtedy zwłaszcza jedno. Fakt, że na wyspie zawierano małżeństwa, zresztą do 1935 roku nielegalnie, i przychodziły na świat zdrowe dzieci. Dzieci te niemal od razu odbierano rodzicom, przewożono do szpitala w Atenach i poddawano kwarantannie. Nigdy już nie mogły wrócić na wyspę, chyba że jako pacjenci. Opuszczone sieroty urodzone w cieniu śmierci. Naznaczone widmem jednej z najstarszych chorób świata. Często owoce rozpaczliwej i tragicznej miłości. Spędzały dzieciństwo w ochronkach lub - jeśli miały trochę szczęścia w nieszczęściu - trafiały do adopcji. Od urodzenia dyskretnie obserwowane pod kątem pierwszych symptomów trądu. Pewnie też budzące - świadomy lub nieświadomy - lęk nowych opiekunów jako potencjalne źródło zarazy. Dawniej, kiedy razem z Agą przypływali na Spinalongę lub patrzyli na jej odległy brzeg z plaży w Eloundzie, często myślał o tych dzieciach. Jak potoczyły się ich losy? I co czuli rodzice, którzy widzieli je przez krótką chwilę, zanim zostały zabrane? Mieli tylko to jedno jedyne wspomnienie. Widok różowego ciała. Maleńka główka. Pierwszy krzyk. Z pewnością karmili się tym widokiem i zadręczali nim do końca życia.
Miał oczywiście świadomość, że w czasach Remoundakisa wyspa funkcjonowała dobrze, a chorzy pod wieloma względami radzili sobie lepiej niż mieszkańcy pobliskich wiosek. Mieli generator prądu, kinematograf, kafenion, salon fryzjerski, szkołę. Otrzymywali rentę, ominęły ich okrucieństwa wojny. Coś za coś. Z pewnością woleliby być zdrowi. I wolni.
Po raz kolejny zadał sobie to pytanie niedające mu spokoju, odkąd we Wrocławiu pojawiła się Aga. Dlaczego ktoś miałby na Spinalondze oddawać się podejrzanym czynnościom? Dlaczego jedna osoba miałaby się stać zagrożeniem dla drugiej? Akurat tam, gdzie wszyscy i tak skazani byli na cierpienie i przedwczesną śmierć?
"Niech przeto ten, komu się zdaje, że stoi, baczy, aby nie upadł".
Słowa, które właściwie każdy może odnieść do siebie.
Mirek zgarnął swoje rzeczy do plecaka, przerzucił go przez ramię i wyszedł z gabinetu.
* Herondas, Mimy, tłum. J. Ławińska-Tyszkowska, Wrocław 1988, s. 64.
** Arystofanes, Komedie, t. 2, tłum. J. Ławińska-Tyszkowska, Warszawa 2003, s. 530-531.