Szepty z Vik - A. Kozyra
20.19 zł
16.76 zł
(17,16 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Kościół pozostał za jej plecami, jak sen, z którego wybudziła się zbyt gwałtownie. Liliana wróciła do pensjonatu z drżącymi dłońmi, lecz zamiast odpocząć, zaczęła nerwowo przeszukiwać swoje notatki. Wiadomość wciąż wyświetlała się na ekranie telefonu:
"Nie pytaj nikogo o Julię. Zacznij od kościoła."
Ale co miała tam znaleźć? Sylwetkę? Cień? Czy to była przestroga, czy znak?
Zeszła na dół, do jadalni. Gospodyni stała przy ladzie, kręcąc coś w starej kuchni. Gdy tylko Liliana się zbliżyła, kobieta spojrzała na nią bez słowa.
- Ta wiadomość... - zaczęła Liliana. - Ktoś wie, że tu jestem.
Kobieta nie odpowiedziała od razu. Otarła ręce o fartuch i dopiero wtedy powiedziała:
- Vik nie lubi nowych ludzi. Ale czasem ich potrzebuje.
Liliana zmarszczyła brwi.
- Potrzebuje? Do czego?
- Do tego, żeby coś sobie przypomnieć. Albo... żeby coś z siebie wyrzucić. Jak rana, która się nie goi. - Kobieta nalała herbaty do grubego kubka i podała go Lilianie. - Tylko że czasem to, co się przypomina, nie chce już odejść.
- Szukam mojej siostry. Julia była tu miesiąc temu. Pracowała w kawiarni przy plaży. Nikt nie chce o niej mówić. A ja nie wierzę, że po prostu zniknęła.
Kobieta przez chwilę przyglądała się jej uważnie.
- Może nie zniknęła. Może się odsunęła. Albo została odsunięta. Vik nie zapomina. Ale też nie zdradza swoich sekretów. Nie od razu.
- Ale pani wie coś więcej, prawda?
Gospodyni odsunęła się, chowając ręce w kieszeniach fartucha. Jej wzrok powędrował za okno, gdzie śnieg wciąż padał leniwie.
- Julia... była cicha. Ale miała oczy, które patrzyły głębiej niż powinna. Pamiętam ją. Czasem wracała wieczorami przemoczona, jakby szła gdzieś daleko. Prawie nie mówiła. Ale pewnego dnia... spojrzała na mnie i powiedziała jedno zdanie. - Kobieta uniosła wzrok. - "To miejsce mnie woła."
Liliana przełknęła ślinę.
- Co pani odpowiedziała?
- Że nie wszystko, co woła, zasługuje, żeby za tym iść.
Milczały przez chwilę. Potem Liliana cicho podziękowała i wyszła.
Śnieg padał gęściej. Miała wrażenie, że coś w powietrzu zgęstniało, jakby miasto zaczęło oddychać własnym rytmem.
Nie wiedziała, dokąd idzie. Kroki same ją prowadziły. Mijała domy o zaciągniętych zasłonach, stare płoty, ślady łopat na śniegu. W powietrzu unosił się zapach dymu z kominków i czegoś jeszcze - metalicznego, znajomego. Zbliżała się do cmentarza.
Krzyże wynurzały się z bieli jak szkielety wspomnień. Wiatr zawodził między grobami, a pod śniegiem coś trzeszczało, jakby lód próbował oddychać.
W oddali, pod starym dębem, stała postać. Mężczyzna w ciemnym płaszczu. Nieporuszony. Nie patrzył w jej stronę, ale Liliana wiedziała, że ją widzi.
Podeszła powoli, uważnie. Milczeli przez chwilę, jakby ten moment wymagał ciszy.
- Pani szuka siostry - powiedział cicho.
Liliana zamarła. - Skąd pan wie?
- W Vik trudno być obcym i niezauważonym. Zwłaszcza jeśli się kogoś szuka.
Spojrzała na niego uważniej. Miał surową twarz, jakby wyrzeźbioną przez wiatr. W oczach coś... zgaszonego. Albo ukrytego.
- Mówią, że Julia tu była - zaczęła powoli. - Ale nikt nie mówi nic więcej.
- Bo nie wiedzą. Albo nie chcą wiedzieć. Julia... zadawała pytania. Takie, które nie przystoją młodym kobietom w małych miasteczkach.
- A pan? Kim pan jest?
Mężczyzna przez chwilę milczał. W końcu wzruszył ramionami.
- Może kimś, kto zadał kiedyś podobne pytania. I został tu dłużej, niż zamierzał.
- Wie pan, gdzie mogła pójść? - zapytała z nadzieją.
- Gdyby to było takie proste... - uśmiechnął się gorzko. - Widziałem ją raz. Stała tu, przy tym samym grobie. Długo nie mówiła nic. Jakby słuchała czegoś, czego my nie słyszymy.
Liliana spojrzała na płytę nagrobną. Nazwisko było ledwo czytelne, ale obok ktoś wyrył coś nowego. Znak. Prosty, ostry.
- Co to jest?
- Runa. Nie twoja. Nie moja. Kogoś, kto był tu wcześniej. I nie chciał być zapomniany.
Zamilkł, po czym dodał:
- Jeśli naprawdę chcesz znaleźć Julię... nie szukaj tylko śladów. Słuchaj ciszy. Ona mówi głośniej niż słowa.
Liliana zrobiła krok w bok, chcąc jeszcze coś zapytać, ale mężczyzna znów przemówił - tym razem niżej, prawie szeptem:
- Ale uważaj, dziewczyno. Są pytania, które zmieniają człowieka. I są odpowiedzi, które nie chcą być odkryte. Vik to nie tylko miejsce. To pamięć. I pamięć mści się na tych, którzy w niej grzebią.
Liliana wstrzymała oddech.
- Czy Julia... też została zmieniona?
Nie odpowiedział. Zamiast tego zrobił krok w tył i zaczął się oddalać. Gdy śnieg znów przesłonił jego sylwetkę, zniknął - bez śladu, bez dźwięku.
Liliana została sama pośród śniegu.
Ale w tej ciszy było coś znajomego.
Jakby Julia nadal tam była. Tylko w inny sposób niż dotąd rozumiała obecność.
I nagle zrozumiała, że odpowiedzi nie kryją się w miejscach.
Kryją się w ludziach.
I w tym, czego się boją powiedzieć.
Zziębnięta i zamyślona, Liliana wróciła do pensjonatu. Korytarz był cichy, ogrzany jedynie skrzypieniem starych desek i aromatem czarnej herbaty. W jadalni paliła się jedna lampa. Gospodyni już zniknęła, ale zostawiła na stole ciepły koc i czysty kubek.
Liliana usiadła przy oknie, patrząc w śnieg. Chciała napisać coś w swoim notatniku, ale nie mogła się zmusić do żadnego słowa. Przypominała sobie twarz mężczyzny spod dębu, jego słowa o słuchaniu ciszy. I o runach.
Zgasiła lampę. Usiadła w półmroku, z twarzą zwróconą w stronę nieistniejącego światła.
I wtedy usłyszała coś, co nie było snem.
Cichy szmer. Jakby coś przesunęło się po korytarzu.
Ale kiedy wyszła na zewnątrz, nikogo nie było.
Zostawiła uchylone drzwi i wróciła do pokoju. W ciszy zimowej nocy, ze świstem wiatru poza szybą, poczuła, że coś się zmieniło. Coś się zbliżało.
Nie wiedziała jeszcze co. Ale wiedziała, że jutro nie będzie takie jak dziś.
Liliana nie pamiętała, jak opuściła latarnię. Jej ciało działało automatycznie, jakby instynkt przejął kontrolę. Przez śnieg, przez wiatr, przez ciszę, która po wszystkim zdawała się wrzeszczeć. Wszystko wydawało się zbyt głośne i zbyt puste jednocześnie. Każdy krok oddalał ją od tego miejsca, ale nie od tego, co zobaczyła.
Zatrzymała się dopiero przy aucie. Zimne drzwi, zimniejsza kierownica. Wsunęła się do środka i siedziała długo bez ruchu. Oddychała płytko, ale z trudem. Serce biło jej w skroniach, nie pozwalając zebrać myśli. Krzyżyk trzymała w dłoni kurczowo, jakby miał moc zatrzymania tego, co już się wymknęło. Zaciskała palce, aż kostki pobielały.
Nie była sama w tamtym domu. I Julia też nie była.
To nie była halucynacja. Nie mogła być. Wszystko było zbyt namacalne, zbyt wyraźne. Lustro, cień, zawieszka. A teraz - znowu to pytanie: dokąd prowadzi ta ścieżka?
Włączyła silnik i zawróciła. Nie jechała do pensjonatu. Skręciła w stronę miasta, gdzie widziała wcześniej stary budynek z zamurowanymi oknami i wyblakłym napisem "Bókasafn" - opuszczoną bibliotekę gminną, dziś przekształconą w mini-archiwum. Wcześniej nie widziała w tym sensu. Teraz wiedziała, że musi szukać gdzie indziej. Nie ludzi, ale historii. Historii, których nikt już nie chciał opowiadać.
Drzwi były zamknięte, ale na tabliczce wisiał numer telefonu. Po krótkiej rozmowie - wymuszonym uśmiechu, kilku półprawdach i odwołaniu się do nazwiska "Gu?mundsdóttir" - przyjechała kobieta. Niska, w okularach, w puchowej kurtce i z kluczem w ręku.
- Tylko godzina. Po osiemnastej zamykam.
- Wystarczy - powiedziała Liliana, nawet nie patrząc jej w oczy.
Pomieszczenie było pełne pudeł, zapachu starego papieru i kurzu, który osiadł tu jak powietrze. Na regałach - kroniki, wycinki, nieoznaczone segregatory. Liliana przeszukiwała wszystko jak szalona, z zaciętą determinacją. Czas mijał, ale ona była skupiona jak nigdy wcześniej. Po kilkunastu minutach znalazła zakładkę: Zdarzenia 1991-1994, Region Vik.
Kilkanaście wpisów. Wypadki drogowe, pożar w rybnej przetwórni, zaginięcie turystki z Niemiec. I potem: Śmierć Einara Gu?mundsdóttir, latarnik.
"Zgon nastąpił w wyniku urazu głowy. Świadkiem była córka, Aeda Gu?mundsdóttir, lat 11. Ciało znaleziono przy skalnym zejściu w pobliżu latarni. Brak śladów osób trzecich. Sprawa zamknięta."
Zamknięta. Ale zaraz pod spodem - ręczny dopisek, czerwonym długopisem. Inny charakter pisma.
"To NIE był wypadek. Sprawdź dziennik latarni. Ostatni wpis: Gość w nocy. Dziewczynka się boi. - J.M."
Julia.
Liliana otworzyła swój notes i porównała z zapiskami siostry. Tam też była wzmianka o dzienniku. Pojawiał się kilka razy: "Latarnia. Dziennik. Ostatnia noc. Aeda widziała. Kto był gościem?"
Nie wiedziała, czy dziennik jeszcze istnieje, ale jedno było pewne: ktoś nie chciał, żeby Julia zbliżyła się do prawdy. I ten ktoś był blisko Fossheim.
Liliana wyjęła telefon. Znowu brak wiadomości. Zrobiła kilka zdjęć wpisów, zamknęła segregator i wstała. Była już niemal przy drzwiach, gdy zobaczyła coś jeszcze. Czarny segregator bez opisu. Leżał na najwyższej półce, jakby ktoś go specjalnie schował. Przekartkowała go szybko.
W środku - zdjęcia z remontu latarni w 2002 roku. Robotnicy, rusztowania, demontaż starych instalacji. Ale jedno zdjęcie zwróciło jej uwagę. Na zbliżeniu jednej ze ścian wisiało coś, czego nie zauważyła wcześniej.
Lustro. To samo. Te same rzeźbione ramy. Ciemne drewno, wzór przypominający splątane gałęzie. Tylko podpis zdjęcia ją zmroził.
"Lustro Einara - nie ruszać. Przeniesione z Fossheim."
Z Fossheim.
Czyli to lustro było tam wcześniej. Nie należało do latarni. Zostało przeniesione. Aeda... mogła patrzeć przez nie latami. A jeśli to nie było lustro do przeglądania, tylko coś znacznie gorszego? Okno, przez które coś patrzy z drugiej strony?
Zadrżała. I poczuła, jak coś w niej się przestawia. Jakby wszystko nagle zaczęło mieć sens. Albo przynajmniej logikę koszmaru. Już nie szukała tylko Julii. Zaczynała dotykać czegoś znacznie starszego. Czegoś, co żyło w tych opowieściach i nadal miało głos.
Wracając, Liliana zatrzymała się przy barze. Wciąż miała w głowie jedno pytanie: co naprawdę widziała Aeda? I czy to, co widziała, miało coś wspólnego z legendami, które szeptano w Vik, ale nigdy głośno nie wypowiadano?
Kiedyś czytała o islandzkiej historii o Huldufólk - ukrytym ludzie. Istotach żyjących równolegle do ludzi, w skałach, grotach i starych domach. Nie były ani dobre, ani złe - były pamięcią miejsca. I karą dla tych, którzy próbują odkrywać to, co miało zostać zapomniane.
Według jednej z wersji tej legendy, pewien latarnik z Vik rozgniewał ukryty lud, burząc starą skałę podczas rozbudowy przystani. Od tamtej pory nocą słyszał szeptania w ścianach, a jego córka zaczęła mówić w języku, którego nikt nie rozumiał. Niektórzy twierdzili, że lustro w domu Einara było darem od Huldufólk - albo ich przekleństwem.