Rozdział 1
Płomień świecy stojącej na niskim stoliku zadrgał w ledwie wyczuwalnym przeciągu, a cienie zamigotały na skalnych ścianach. To nie było moją sprawką - w dniu, w którym razem ze stuletnią smoczycą Silvą pokonałam skalnego olbrzyma, straciłam całą moc. Dzięki mnie ludzie z Fjalgadar odnieśli zwycięstwo, ale sama spadłam z grani prosto w przepaść. Myślałam, że nie przeżyję tego upadku, to był jednak ostatni raz, gdy wiatr przybył mi na ratunek i mnie ocalił. Teraz już go nie czułam, zdawałam się kompletnie pusta - bez ognia i bez wiatru.
Ponownie wpatrzyłam się w płomień świecy, a po policzkach pociekły mi łzy. Raz po raz nakazywałam mu tańczyć, lecz okazał się całkowicie głuchy.
"Razem zniszczymy Zaporę". Słowa Dragana odbijały się echem w moich myślach.
Zamknęłam mocno oczy.
"Zniszczymy Zaporę..."
Potrząsnęłam głową. Nie zrobię tego. Nigdy. Nie wypuszczę z gór hord potworów tylko dlatego, że skalni ludzie mnie o to proszą. Nie skażę na zagładę mieszkańców Obsydii. Tam jest moja rodzina. A co, jeśli skyrgom wciąż będzie mało ofiar? Zaleją wielką śmiertelną falą całe Iskavel?
Ogarnęła mnie bezsilność. Bez mocy niewiele mogłam zdziałać. Umiałam co prawda celnie rzucać nożami i miałam cięty język, ale tym nie ocalę bliskich, ani tym bardziej kraju.
Moje prawe przedramię było owinięte bandażem ze skalnej wełny, lewe zaś usztywnione z powodu złamania, którego doznałam podczas upadku z urwiska - to dawało ograniczone możliwości ruchu, spróbowałam jednak zakręcić dłońmi młynka, starając się przywołać w pamięci tych kilka prostych gestów, jakie wykonywałam za każdym razem, gdy rozkazywałam wiatrowi. Skupiłam wszystkie zmysły na jednym zadaniu - by zgasić płomień.
Mięśnie zadrżały z napięcia, w głowie zaczął pulsować nieznośny ból, palce kompletnie zesztywniały, lecz świeca nadal płonęła jasno. Z mojego gardła dobył się krzyk pełen złości. Miałam ochotę podbiec do stolika i przewrócić go razem z tym przeklętym kawałkiem wosku. Chciałam usłyszeć brzdęk tłuczonych glinianych misek spadających na podłogę i trzask łamanego drewna.
W liście obiecałam Kaelowi, że do niego wrócę. Napisałam, że jestem bezpieczna. A tymczasem wplątałam się w cudzą wojnę i znalazłam jeszcze głębiej w górach. Jak miałam udać się na południe bez mocy?
Usiadłam na łóżku i ukryłam twarz w dłoniach. Może to nawet lepiej, że nie władam już wiatrem ani ogniem? Przynajmniej nie będę w stanie pomóc Draganowi w zniszczeniu Zapory. Nie wrócę już ani do domu, ani do rodziny, ale choć dopilnuję, by nie zginęli rozszarpani przez potwory.
Miałam wrażenie, jakby ktoś do krwi rozdrapywał mi serce. Tak bardzo tęskniłam za Kaelem. Chciałabym znaleźć się w jego ramionach, spojrzeć mu w oczy i usłyszeć z jego ust, że wszystko będzie dobrze. Że razem stawimy czoło każdej przeciwności losu.
Zadrżałam na całym ciele, gdy zrozumiałam, jak samotna byłam po tej stronie Zapory.
- Jestem Zoya Eld Veriani - szepnęłam ledwie słyszalnie. - Jestem Zoya Eld Veriani. Z mocą czy bez, poradzę sobie. Ochronię rodzinę i... - Zawiesiłam głos.
Z tego, co się orientowałam, Azgedur znajdowało się gdzieś w samym sercu gór, znacznie dalej od Zapory niż Fjalgadar. A ja nie miałam żadnych zapasów, by udać się w taką podróż. Do tego wciąż ledwo stałam na nogach. Pod magiczną barierą zaś nadal pewnie tłoczyły się całe hordy skyrgów. Bez mocy ich nie ominę. Ale na wszystkich bogów...
- Jestem Zoya Eld Veriani i coś wymyślę! - powiedziałam stanowczo.
I nie poddam się tak szybko. Zacisnęłam pięści i wypuściłam powietrze z płuc, nakazując sobie zachować spokój, a wtedy rozległo się pukanie do drzwi.
- Mogę wejść? - Od razu rozpoznałam głos Dragana.
Przetarłam dłońmi twarz i odchrząknęłam.
- Tak - powiedziałam oschłym tonem.
Usłyszałam szczęk przekręcanego klucza. Od dnia naszej rozmowy na balkonie, kiedy samotnie opuściłam swój pokój, został mi przydzielony inny - z drewnianymi drzwiami i zamkiem.
Dragan przekroczył próg i się zatrzymał. Przed sobą niczym tarczę trzymał pełną tacę. Posłał mi lekko zakłopotany uśmiech, a jego zielone oczy wyrażały jedynie szczerość i troskę. Nie miał długich włosów jak większość skalnych mężczyzn, przynajmniej tych, których do tej pory poznałam. Jego ciemnoblond fryzura była nieco rozwichrzona, jakby dopiero co wstał z łóżka, a parę kosmyków wciąż opadało mu na czoło. Uważnie przyjrzałam się jego przystojnej twarzy z delikatną szczęką i kilkudniowym zarostem, który kazał mi myśleć, że Dragan bardzo chciał uchodzić za starszego, niż był w rzeczywistości. Właśnie, wyglądał młodo. Ile mógł mieć lat? Dwadzieścia dwa? Na pewno nie więcej niż dwadzieścia pięć. Był wyższy ode mnie, ale niezwykle szczupły i miałam wrażenie, że taki Keran z Fjalgadar zdołałby złamać go niczym zapałkę. I to zaledwie jedną ręką.
Nie wierzyłam, że mam przed sobą tego samego Dragana, którego tak bardzo bali się skalni ludzie. Był zbyt młody, żeby siać strach między wojownikami. Zbyt łagodny, by plotki o nim okazały się prawdziwe.
Ktoś zatem musiał mnie okłamać.
- Przyniosłem kolację. - Zerknął na tacę trzymaną w dłoniach, ale nadal nie ruszył się z miejsca.
Mogłam kazać mu wyjść, mogłam zamknąć się w tym pokoju i nie wpuszczać do siebie nikogo... Ale czy naprawdę? Do tej pory wódz Azgedur opiekował się mną i traktował mnie jak gościa, ale przecież dopiero co walczyłam z jego ludźmi i zabijałam ich w bitwie o Fjalgadar! Znalazłam się w domu agresora i nigdy nie powinnam o tym zapominać.
"Dobrze znać swoich przyjaciół, a wrogów jeszcze lepiej", tak czasem mówiła Ragna i - na wszystkich bogów - miała absolutną rację. A ja musiałam się dowiedzieć, o co w tym chodzi.
Skinęłam Draganowi głową, wskazując spojrzeniem stolik. Widocznie odetchnął, po czym postawił na nim tacę.
- Przepraszam - powiedział, przekładając miski.
Uniosłam brwi.
- Nasza rozmowa na balkonie... - Zawiesił głos, nie podnosząc na mnie wzroku. - To okazało się chyba dla ciebie za dużo. Nie trzeba było zasypywać cię tyloma sprawami. Najpierw powinnaś dojść do siebie.
Nie skomentowałam jego słów. Nie potrafiłam rozmawiać z nim tak samo jak wtedy, gdy byłam przekonana, że jest tylko służącym. Teraz patrzyłam na niego przez pryzmat tego, co mówili o nim Fjalgadar.
Dragan odsunął od stolika krzesło i spojrzał na mnie pytająco.
Z pewnym trudem wstałam z łóżka i wykonałam chwiejny krok w jego stronę. Widziałam, że przygryza lekko wargę, jakby się zastanawiał, czy może mi pomóc. Ale zacisnęłam mocno zęby i dalej parłam przed siebie, aż poczułam rozbłysk bólu w lewej kostce. Noga odmówiła mi posłuszeństwa i runęłabym na podłogę, gdybym w ostatniej chwili nie złapała się oparcia krzesła. Wódz Azgedur ruszył ku mnie, ale powstrzymałam go gestem dłoni, nie zamierzając okazywać już więcej słabości.
Z pewnym trudem zajęłam miejsce, a Dragan usiadł naprzeciwko. Nalał z dzbanka do glinianych kubków słodko pachnącego naparu, po czym mi go podał. Odruchowo poczekałam, aż sam skosztuje, ale tak naprawdę, gdyby chciał mnie otruć, mógł to zrobić już dawno temu. Upiłam łyk i poczułam, jak ciepła słodycz spływa mi do żołądka. Spojrzałam na miski pełne mięsa, owczego sera, miodu i orzechów. Byłam głodna, ale żołądek ściskał mi się na samą myśl, że mam jeść w jego towarzystwie. To był człowiek odpowiedzialny za atak na Fjalgadar. Gdybym razem z Silvą nie dołączyła do walki, skończyłoby się krwawą masakrą.
- Częstuj się, proszę - odezwał się, przesuwając w moją stronę miskę z serem.
Nawet nie drgnęłam.
- Coś cię trapi? - zgadł.
- Dlaczego chciałeś porwać wszystkie dzieci z Fjalgadar? - wypaliłam.
Dragan uciekł spojrzeniem w bok.
- To trochę skomplikowane.
- Nie sądzę - odparłam, wpatrując się w niego. - Co zamierzałeś z nimi zrobić? - wycedziłam.
Wśród tych dzieci miał się znaleźć nie tylko Ove, ale również mała Mari, która szkoliła się na hefnę.
- Nic - zapewnił mnie Dragan. - Pewnie mi nie uwierzysz, ale nic bym im nie zrobił. Chciałem, żeby spędziły tu trochę czasu przed zimą, a potem odesłałbym je do Fjalgadar.
- Chciałeś sprawdzić, czy któreś z nich ma dar.
Nie zaprzeczył.
- Dlaczego złamałeś umowę i zaatakowałeś wcześniej? - drążyłam.
Dragan podniósł na mnie wzrok.
- Bo wiedziałem, że przyszykują zasadzkę na moich wojowników - odparł z hardością w głosie. - A wbrew temu, co pewnie ci powiedzieli, nie chcę niczyjej śmierci. Troszczę się o wszystkich skalnych ludzi.
Nie wierzyłam w ani jedno jego słowo, ale trzeba mu przyznać, że był naprawdę dobrym kłamcą.
- Wszyscy zostaliśmy uwięzieni po tej stronie Czarnej Góry...
Mojej uwadze nie umknął fakt, że tym razem nie nazwał jej Zaporą.
- Musimy współpracować, żeby przetrwać - ciągnął. - Pomagać sobie nawzajem, dzielić się tym, co mamy... - Potrząsnął głową. - To jest rozmowa na inny dzień. - Posłał mi słaby uśmiech. - Nie chcę cię zamęczać naszymi problemami.
Te wszystkie słowa wypływały z jego ust tak gładko.
Prawdziwy obrońca gór się znalazł, pomyślałam z przekąsem.
Wiedziałam, że mnie okłamywał, mimo to zadałam jeszcze jedno pytanie:
- Czy ręczysz, że... - Zająknęłam się. - Że oni wszyscy żyją?
- Gdy rjotun został pokonany, moi ludzie się wycofali - odparł. - Uznali porażkę Azgedur. Nie mogę ci przysiąc, że nikt nie zginął podczas walki, ale w chwili, gdy ty spadłaś w przepaść, moi wojownicy już odchodzili. I tylko Ulfur cię zauważył.
- To ten człowiek na skałorożcu? To znaczy bjargu?
- Tak. Gdyby nie on... Zapewne zmarłabyś na dnie tego kanionu. Owszem, ludzie Fjalgadar na pewno cię szukali, ale obawiam się, że nie znaleźliby cię na czas.
Zaczął obracać w palcach wisiorek, który miał na szyi. Ja zaś wzięłam głębszy wdech, po czym wypuściłam powietrze z płuc.
- A czy obiecasz mi, że nie będziesz brał na nich odwetu?
- Jeżeli taka jest twoja wola, to ją uszanuję - odparł, patrząc mi w oczy. - Chyba że oni zaatakują pierwsi.
Skinęłam głową, nadal przekonana, że mnie okłamuje. Jego zapewnienia zdawały się zbyt piękne, by były prawdziwe. Zresztą dopiero co złamał umowę daną Fjalgadar.
- Czy wiesz, co się stało z Silvą? - drążyłam mimo wszystko. - Tą smoczycą?
Dragan puścił naszyjnik i położył dłonie na stole.
- Powiedz mi: jak skłoniłaś ją do współpracy? - zapytał, nachylając się lekko w moją stronę.
Upiłam kolejny łyk coraz chłodniejszego naparu, by ukryć fakt, że potrzebuję chwili do namysłu. W końcu jednak uznałam, że mogę mu zdradzić prawdę i nie zaszkodzę tym ani sobie, ani bliskim.
- Wiosną ta smoczyca...
Czy powinnam mu mówić, że zarówno Silva, jak i Onyks są w stanie przelecieć nad Zaporą?
- ...chciała zabić moich bliskich - podjęłam. - Pokonałam ją, a ona uznała moją wyższość. Nie mam pojęcia, dlaczego postanowiła mi pomóc, ale wy mieliście skalnego giganta, więc szanse były wyrównane.
Dragan wciąż uporczywie się we mnie wpatrywał. Dopiero gdy odchrząknęłam, odwrócił wzrok.
- Nie wiem, co się z nią stało - przyznał. - Moi ludzie jej nie skrzywdzili, to na pewno. Zresztą nie mieliby jak. Słyszałem, że tuż po walce zniknęła i od tej pory nikt jej nie widział.
Łudziłam się, że taka była prawda i Silva odleciała w jakieś spokojne miejsce, gdzie mogła dojść do siebie.
Naraz zaburczało mi w brzuchu tak głośno, że aż się speszyłam. Dragan uśmiechnął się szeroko.
- Proszę, jedz - powiedział. - Będziemy mieli jeszcze mnóstwo czasu na rozmowy. I obiecuję odpowiedzieć na wszystkie pytania.
Sięgnęłam więc po mięso, a potem owczy ser. Okazało się przepyszne, albo po prostu to ja byłam taka głodna. Pieczywo, choć dość twarde i wymagające długiego żucia, smakowało lepiej niż to z Fjalgadar. Wiem, że robiono je z ziaren jakichś roślin zbieranych na zboczach gór.
Dragan niewiele jadł, za to przez cały czas ukradkiem mnie obserwował i wciąż się uśmiechał, co sprawiło, że czułam się naprawdę nieswojo.
W końcu jednak straciłam cierpliwość. Uderzyłam na płasko dłonią o stół, aż ból przeszył przedramię, i zaciskając mocno usta, posłałam mu spojrzenie, które mówiło, że choć jego ludzie uratowali mi życie, wciąż znajdujemy się po przeciwnych stronach barykady.
Wódz Azgedur uciekł wzrokiem w bok, westchnął cicho i zaczął sprzątać miski ze stołu, po czym z brzdękiem odkładał je na tacę.
- Przepraszam - odezwał się.
Nawet nie drgnęłam.
- Przepraszam, że kazałem zaatakować Fjalgadar - wyrzucił z siebie. - Dałem się ponieść emocjom. To było niepotrzebne. Poza tym, gdybym wiedział, że ty tam będziesz, nigdy nie wysłałbym tam rjotuna. Nigdy nie naraziłbym cię na niebezpieczeństwo.
- Mnie? - prychnęłam. - A co z dziećmi? Starcami? Ich to już można porywać i mordować?
Dragan potrząsnął głową, jakby miał w zanadrzu jakieś kontrargumenty, ale postanowił je przemilczeć.
- Tak długo szukałem kogoś z mocą - westchnął. - Aż usłyszałem o tobie. Jesteś...
Nie dokończył zdania.
- Ty też masz moc - powiedziałam.
- Tak, jestem vitrunem, ale niestety nie jest to nic spektakularnego. - Wzruszył ramionami. - Nie dla kogoś takiego jak ty, dla kogoś, kto potrafi powalić rjotuna.
- Jaką mocą władasz?
Dragan zawiesił szczupłą, choć nawykłą do pracy dłoń nad ostatnią miseczką, która stała jeszcze na stole. Poruszył palcami, sprawiając, że wyglądały, jakby tańczyły. Ze zmarszczonymi brwiami patrzyłam na jego rękę i nie wiedziałam, co się dzieje. Do czasu, aż przesunął w moją stronę naczynie z resztką orzechów. Nie, nie orzechów, tylko młodych, zielonych pędów wyrastających z łupin.
- Jak...? - zdołałam tylko wydusić, po czym porwałam miseczkę w dłonie, by delikatnie dotknąć kiełków palcem.
To nie była żadna sztuczka. Dragan sprawił, że zasuszone orzechy ożyły i zaczęły rosnąć.
- Jak już mówiłem: to nic takiego - westchnął. - Ale przydaje się w porach nieurodzaju.
Potrząsnęłam głową. We Fjalgadar mówili, że wódz Azgedur ma moc, ja jednak spodziewałam się czegoś bardziej niszczycielskiego. A może ukrywał przede mną jeszcze inne zdolności?
- Chyba już czas, żebyś odpoczęła - ocenił całkiem słusznie.
Wstałam z krzesła, lecz zakręciło mi się w głowie i musiałam się przytrzymać oparcia. Mój towarzysz natychmiast znalazł się przy mnie. Jedną ręką złapał mnie za łokieć, a drugą położył na plecach. Kompletnie znieruchomiałam, po czym gwałtownie się wyszarpnęłam i chwiejnym krokiem ruszyłam przez pokój.
Dragan szedł tuż za mną. Zatrzymałam się przed łóżkiem i odwróciłam do niego.
- Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że cię znalazłem - szepnął.
A ja zwalczyłam w sobie chęć, by uderzyć go pięścią w twarz.
- Tamtego dnia - zaczęłam za to - podczas walki z rjotunem... straciłam całą moc.
W pierwszej chwili uniósł brwi w zaskoczeniu, ale w tej kwestii akurat chciałam być szczera. Dragan musiał się dowiedzieć, że nie pomogę mu zniszczyć Zapory. Im wcześniej, tym lepiej, zanim zacznie snuć dalekosiężne i niebezpieczne dla Obsydii plany.
- Nie mogę rozkazywać nawet przeciągowi - ciągnęłam.
Czy na jego twarzy dostrzegłam właśnie zawód? Może trzeba było trzymać język za zębami? Na bogów, a jeśli życie zawdzięczałam tylko jego przekonaniu, że mam moc? Co Dragan zrobi ze mną teraz, gdy już wie, że jestem bezwartościowa?
On jednak bardzo szybko się opanował i znów ciepło się do mnie uśmiechnął.
- Niczym się nie martw - zapewnił. - Otarłaś się o śmierć, to chyba całkiem naturalne, że w tym momencie czujesz się słabsza. Musisz tylko dojść do siebie i nabrać sił, a twoja moc wróci.
Chciałam, by jego słowa dodały mi otuchy, jednak mu nie wierzyłam. A to, że był dla mnie taki miły i uprzejmy, przyprawiało mnie o ciarki. Nie tak traktuje się jeńca wojennego. Choćby nie wiem co się działo, nie mogłam ufać Draganowi.