Bez wahania ugryzłam przeciwnika w dłoń, po czym odrzuciłam głowę, uderzając go w podbródek. Gwałtownie się odwróciłam i przyłożyłam ostrze do jego szyi. Z cienia zerkały na mnie czarne oczy.
- Teraz wzięło cię na żarty? - warknęłam.
- Jak nie teraz, to kiedy? - zapytał Kael, potrząsając dłonią, w którą go ugryzłam. - Takie sztywne to przyjęcie... Na stypie dziadka było weselej.
- O ile wiem, nie byłeś na jego stypie - powiedziałam, wciskając nóż z powrotem za niewielkie rozcięcie między falbanami sukni.
- Z tego, co wiem, gdyby Xaden przyprowadził moją matkę ze mną, bękartem, do dworu za jego życia, to staruszek znacznie szybciej zszedłby z tego padołu łez - odparł.
Miał podejrzanie dobry humor.
- Już myślałam, że twój fechmistrz nigdy cię nie wypuści - oznajmiłam.
- Za żadne skarby nie przegapiłbym urodzin Solena - orzekł. - A skoro już o tym mowa, masz ochotę się z nich urwać?
Posłałam mu karcące spojrzenie, ale w ogóle się nim nie przejął.
- Złożyłeś mu chociaż życzenia? - zapytałam.
- Oczywiście! Jeszcze rano. I wręczyłem mu najbardziej ozdobny miecz, jaki mogłem znaleźć w całej Obsydii. Jako broń jest do niczego, ale Solen był zachwycony.
Pokręciłam głową z uśmiechem.
- Zapomniałeś o lśniącej zbroi i białym koniu - zażartowałam.
- Tym ty miałaś się zająć, nie pamiętasz?
- Nie, ja miałam załatwić wieżę z uwięzioną w niej księżniczką.
- A kto miał sprowadzić smoka? - Zmarszczył brwi.
- Próbowaliśmy wiosną, ale się nie udało, nie pamiętasz?
Kael zacmokał cicho.
- Rzeczywiście. Wyleciało mi to z głowy, bo byłem zbyt zajęty umieraniem.
- Tak też myślałam - westchnęłam. - Ech, żaden pożytek z ciebie.
- To co, dasz się porwać?
Obejrzałam się za siebie. Z ogromną chęcią opuściłabym przyjęcie, ale coś nakazywało mi tu zostać.
- Twoje siostry są zajęte. - Wskazał Elenę, która wreszcie namówiła swojego męża na taniec, a później Isil i jej koleżanki, usiłujące udawać poważne damy. - Solen wybornie się bawi. - Zerknęliśmy na kuzyna nadal otoczonego wianuszkiem panien. - A Stella... cóż, ona też jest w swoim żywiole.
Właśnie zobaczyliśmy, jak pewien hrabia odchodzi od niej czerwony na twarzy ze złości. Kobieta odprowadziła go wzrokiem, a na jej ustach błąkał się uśmiech pełen satysfakcji.
- Chodź - szepnął mi do ucha Kael, po czym złapał mnie za rękę i wyciągnął z sali balowej.
Przemknęliśmy przez jasno oświetlony hol i znaleźliśmy się w ciemnym korytarzu. Księżyc w drugiej kwadrze łypał na nas przez wysokie okna. Moje obcasy stukały na marmurowej podłodze, suknia cicho szeleściła.
- Wiesz, że kilka miesięcy temu szłam tą samą drogą? - zagadnęłam.
- Żeby nas okraść? - Zerknął na mnie przez ramię.
- Gdyby ktoś mi wtedy powiedział, że będę częścią waszej rodziny... - Potrząsnęłam głową.
- Szczęście, że tamtego wieczoru trafiłaś na Solena. Ja w życiu nie wyciągnąłbym cię wtedy z lochu. - W jego oczach błyszczały iskierki.
Zatrzymaliśmy się przed oranżerią. Już z daleka czułam słodki zapach rosnących w niej kwiatów. Kael ukłonił się lekko i przepuścił mnie w progu.
- Idź do samego końca - powiedział.
Ruszyłam więc między bujną roślinnością. Lubiłam tu przychodzić zawsze, gdy chciałam pobyć sama. Tutaj mogłam odpocząć i się wyciszyć. Tutaj uroniłam w samotności niejedną łzę, tęskniąc za tym, co oddałam, i za tym, co mogłam stracić.
Dotarłam do zachodniej ściany będącej surową skałą, po której piął się gruby, poskręcany pień vinterii. Roślina była obsypana kwiatami, choć niektóre z nich już przekwitły i mogłam dojrzeć zalążki owoców. Tuż obok stał mały stolik, a na nim dzbanek i dwa kielichy.
Wtem poczułam, jak Kael kładzie dłonie na moich ramionach, a jego delikatny dotyk wywołał u mnie gęsią skórkę.
- Tęskniłem za tobą - szepnął mi wprost do ucha.
Zadrżałam, więc mocniej mnie objął. Przylgnęłam plecami do jego twardego torsu. W tej chwili Eld Veriani zdawał się niewzruszony niczym głaz. Niósł na barkach losy nie tylko swojego rodu oraz Obsydii, ale i całego królestwa, zupełnie jakby nigdy nic nie mogło go pokonać.
Pocałował mnie w szyję, a potem zaczął skubać ustami delikatną skórę, aż zmiękły mi nogi, lecz w jego silnych ramionach odnalazłam oparcie. Ogień rozpalił me serce, więc odwróciłam się do niego i zadarłam nieco głowę, by go pocałować.
Wtem Kael oderwał swoje wargi od moich. Nasze oddechy były szybkie i płytkie niczym po biegu. Uniosłam powieki i spojrzałam w jego oczy. Jak zwykle były ciemne, niemal czarne, i choć jego spojrzenie nieco zmiękło w moim towarzystwie, dostrzegłam czający się w nim mrok. Ze wszystkich sił starał się nie okazywać słabości, ale widziałam, że coś go trapi.
- Co się dzieje? - zapytałam.
Kael tylko potrząsnął głową, odsuwając się, a mnie ogarnął chłód. Usiadłam na kamiennej ławie i patrzyłam, jak Eld Veriani nalewa nam soku z vinterii.
- Jak trening? - zagadnęłam niby mimochodem.
- Nie tak dobrze, jak bym sobie życzył - odparł, podając mi kielich.
Nasze palce zetknęły się na chwilę, a ja poczułam, jak po moim ciele przebiega dreszcz.
- Za dużo od siebie wymagasz - westchnęłam.
- Widziałem, co ty potrafiłaś zrobić z ogniem. Ja nie mogę nawet pomarzyć o takim poziomie. - W jego głosie zabrzmiał żal. Nie miał pretensji do mnie, tylko do siebie.
- Wszystko przez to, że Malakar odszedł - powtórzyłam to, co zawsze mu mówiłam. - Bez niego nie potrafię nic. - Rozłożyłam ręce.
Kael prychnął cicho, po czym przesunął dłonią nad czarnym knotem świecy. Widziałam skupienie na jego twarzy, mięśnie zadrżały mu z napięcia, na czole pojawiła się kropelka potu. Dopiero wtedy świeca zapłonęła.
- Tym nie uratuję Zapory - mruknął, siadając.
- Zatem zostają nam ludzie i miecze. - Wzruszyłam ramionami. - No co? Sam zawsze to powtarzałeś.
- Ja mogłem tak mówić, bo jestem sceptykiem - stwierdził. - Od ciebie oczekuję nieco więcej entuzjazmu.
Wstałam z ławy, stanęłam przed nim i pogładziłam go po bliźnie na policzku.
- Coś wymyślimy - zapewniłam.
Uniósł dłoń, złapał moje palce i pocałował każdy z nich, patrząc mi głęboko w oczy. Znów zrobiło mi się gorąco, a w brzuchu poczułam trzepot drobnych skrzydeł tysiąca motyli.
- Taki ciężar nie może spoczywać na jednych barkach - szepnęłam.
Kael przyciągnął mnie do siebie i objął ramionami w talii. Brakowało mi jego dotyku, jego towarzystwa. Odkąd okazało się, że moc Malakara nie przepadła całkowicie, Kael spędzał całe dnie na treningach, a nauczyciel Solena wyciskał z niego ostatnie poty, albo ślęczał nad tymi kilkoma księgami, które nasz przodek zostawił niegdyś w swoim rodzinnym domu. Niestety wiedza, jak panować nad mocą, przepadła wraz ze śmiercią czarnoksiężników i nawet najlepszy fechmistrz w kraju działał tak naprawdę całkiem na ślepo, a stare dokumenty były pełne szyfrów i prawie niemożliwe do odczytania.
- Może to zabrzmi dziwnie, ale brakuje mi tamtych dni, kiedy byliśmy tylko we troje i zdążaliśmy na północ - odezwałam się, kreśląc palcem najróżniejsze wzory na czarnej koszuli na ramieniu Kaela.
- Mnie też - odparł.
Usiadłam na ławie, a on mnie przytulił. Chciałabym, żeby ta chwila trwała dłużej, żebyśmy mieli więcej czasu dla siebie, żeby Zapora nie kładła się cieniem na naszym życiu. Od pokonania Silvy spędzaliśmy ze sobą zbyt mało czasu. Zdarzało się, że nie widzieliśmy się nawet przez kilka dni.
- Mówiłem ci już, że pięknie dziś wyglądasz? - zagadnął.
- A ty chyba nawet wziąłeś kąpiel? - rzuciłam żartem.
- Dla ciebie wszystko - powiedział, niespiesznie wodząc kciukiem po wewnętrznej stronie mojej dłoni.
Przez jakiś czas milczeliśmy, ciesząc się sobą, a później zaczęliśmy rozmawiać o rzeczach kompletnie błahych, zupełnie jakbyśmy mogli zapomnieć o otaczającej nas rzeczywistości.
- Zbliża się północ - powiedział Kael, zerkając na księżyc. Jego światło wlewało się do oranżerii, nadając otaczającej nas roślinności srebrzysty blask.
- Chyba powinniśmy wracać - odezwałam się, choć najchętniej nie ruszałabym się stamtąd na krok.
- Solen nam nie daruje, jak zostaniemy tu do rana - przytaknął.
Niespiesznie, wciąż się obejmując, opuściliśmy oranżerię. Letnia noc była przyjemnie ciepła. Szerokie korytarze nie napełniały mnie już taką obawą jak wtedy, gdy przemierzałam je po raz pierwszy. Zaczynałam też oswajać się z myślą, że są częścią mojego domu.
Naraz natknęliśmy się na Stellę, która z mocno zaciśniętymi ustami szła za jednym z żołnierzy. Tuż za nią kroczył Ergus, jej osobisty strażnik.
- Co się dzieje? - zapytał Kael.
Hrabina tylko potrząsnęła głową, po czym obejrzała się za siebie, gdzie stało kilkoro gości. Bez słowa ruszyliśmy za nią aż do sali obrad, w której panowała ciemność. Ergus zamknął drzwi, po czym zapalił kilka świec.
- Mów - rozkazała Stella strażnikowi.
Mężczyzna był blady i ciężko dyszał, jakby dopiero co pokonał biegiem znaczny dystans.
- Pani - sapnął - widziano skrzydlatą bestię krążącą nad miastem.
Poczułam, jak Kael mocniej zaciska dłoń na moich palcach.
- Smoka? - zapytała surowym tonem Stella.
Strażnik potrząsnął głową.
- Piekielnika? - odezwał się Kael.
- Tak twierdzi jeden z Kruków - przyznał mężczyzna. - Wysłaliśmy za tą bestią kilku ludzi.
- Zabiła kogoś? - chciała wiedzieć Stella.
- Jeszcze nie.
Poczułam skurcz w żołądku. "Jeszcze nie". Widziałam piekielnika i wiedziałam, do czego jest zdolny. A ludne miasto, pełne ciemnych zaułków, musiało być idealnym terenem łowieckim.
- Jeszcze nigdy nie zapuszczały się tak daleko od Zapory - powiedziała ostro hrabina.
Strażnik cofnął się o krok, jakby się bał, że to on zaraz zostanie obwiniony o zbytnią bezczelność potworów.
- Pani... - zająknął się, lecz Stella zwróciła się do Kaela:
- Wyślij tam ludzi. Weź kilku strażników z zamku, są gotowi i uzbrojeni.
Jej przybrany bratanek poprawił pas z bronią.
- Znajdziemy go - obiecał bez wahania.
- Tylko dyskretnie - zastrzegła. - Nie chcę paniki!
Kael ruszył ku drzwiom, a ja za nim.
- Ty dokąd? - Stella złapała mnie za ramię.
- Ja... - zająknęłam się. - Chcę pomóc.
Potrząsnęła głową.
- Bardziej przydasz mi się tutaj - powiedziała tonem nieznoszącym sprzeciwu. - Wszyscy w dworze mają się zachowywać, jakby nic się nie wydarzyło. Wrócisz do sali i zatańczysz jeszcze raz z tym młodym Samsaerim. Chcę wiedzieć, co jego rodzina robi w Obsydii.
Spojrzałam na Kaela, który ponownie skinął głową. Bez mocy ognia byłam bezużyteczna, jeśli chodzi o walkę z potworami. Naprawdę mi to ciążyło.
- Nie daj się zabić - poprosiłam tylko.
Kael puścił do mnie oko i już go nie było.
Stella zaś wzięła mnie pod ramię, poprawiła pukiel włosów, który wysmyknął się z mojego koka, i posłała mi nieznaczny uśmiech.
- Moja droga, idziemy robić dobrą minę do złej gry.
Razem skierowałyśmy się do sali balowej, a po drodze dogoniła nas Ragna. Oczywiście na moją prośbę była najemniczka dostała zaproszenie na przyjęcie, ale ten czas wolała spędzić w kuchni, ostrząc swoje noże. Poza tym nigdy, przenigdy nie dałaby się ubrać w suknię.
- Coś się dzieje - oświadczyła.
- Tak, wiem - odparła Stella.
Ragna zmarszczyła brwi w zamyśleniu.
- Pora złożyć solenizantowi życzenia - postanowiła.
- W tym stroju? - zapytała hrabina, unosząc jedną brew.
Była najemniczka spojrzała na siebie. Miała na sobie spodnie, ciemną koszulę, skórzaną kamizelkę, pas z nożami, a na jej nadgarstkach pobrzękiwały metalowe bransolety.
- Wiem, odwaliłam się jak kat na otwarcie lochu - rzuciła, wyciągając zza paska jeden z noży. Powąchała ostrze, skrzywiła się i wytarła je o spodnie, po czym ruszyła do sali balowej.
Stella przez jakiś czas patrzyła w skupieniu w ślad za nią.
- Czy jest coś, co mogłoby zatrzymać tę kobietę? - zapytała.
Zastanowiłam się z uśmiechem.
- Dobre piwo w karczmie - odparłam. - Ale tylko na chwilę.
Weszłyśmy do sali akurat w momencie, gdy Ragna wręczała Solenowi nóż, po czym tak mocno klepnęła go w plecy, że wylał na siebie wino z kielicha trzymanego w dłoni.
Kilka osób zerknęło w stronę najemniczki z pewnym niesmakiem. Wiedziałam, co myśleli: ktoś taki w ogóle nie powinien kalać salonów swoją obecnością. Ale ja byłam jej wdzięczna. Wyczuła, że dzieje się coś niedobrego, i postanowiła opuścić kuchnię, by mieć na nas oko na przyjęciu. Przy niej Elena i Isil były bezpieczne, nieważne, co by się działo.
Odszukałam spojrzeniem obie siostry. Chyba dobrze się bawiły, choć Isil ziewnęła kilka razy ze zmęczenia.
Wielu gości wróciło już do domów, ale orkiestra wciąż grała, a stoły nadal uginały się od potraw.
Jak spod ziemi tuż przede mną wyrósł Eryk Samsaeri.
- Czy ten taniec może również należeć do mnie? - zapytał czarującym głosem.
Skinęłam głową. Ujął moją dłoń - a ja tak bardzo chciałabym być zupełnie gdzieś indziej. Zatrzymaliśmy się na środku parkietu. Eryk się ukłonił, wciąż patrząc w moje oczy, a ja przed nim dygnęłam.
- Nie zdradziłeś mi jeszcze, co sprowadza ciebie i twoją rodzinę na północ - wypaliłam niemal natychmiast, gdy zwarliśmy się w tańcu.
- Interesy mojego ojca, ogółem nic ciekawego... - odparł wymijająco.
- A jednak zdobyłeś moją uwagę.
Niestety w tym momencie musiałam się od niego odsunąć, gdyż kolejna figura w tańcu wymagała, by wszystkie partnerki spotkały się na środku parkietu, zetknęły się prawymi dłońmi i zakręciły niczym płatki wielokolorowego kwiatu.
- A więc? - zagaiłam, gdy znów znalazłam się przed Erykiem.
- Nie chciałbym panienki zanudzać... - wykręcał się, wzbudzając we mnie tym większą ciekawość.
- Jeszcze chwila, a pomyślę sobie, że macie jakieś niecne plany wobec mojej rodziny - rzuciłam pół żartem, pół serio.
- Bogowie, nie! - sapnął od razu.
Znów musieliśmy się rozdzielić i przez kilka najbliższych figur tańczyłam z innymi mężczyznami.
- Mój ojciec chciałby przedstawić hrabinie Eld Veriani prototyp pewnej maszyny - zaczął od razu Eryk, gdy znów trafiłam w jego ramiona.
- Jakiej?
Może powinnam być mniej bezpośrednia albo najpierw porozmawiać o błahych tematach, ale nie znosiłam owijania w bawełnę.
- Takiej, która pozwoliłaby wydobyć więcej kruszcu z rudy z mniejszym odpadem.
- Naprawdę? Moja ciotka powinna być tym zainteresowana...
Eryk uśmiechnął się z pewnym zakłopotaniem.
- Wie panienka, takich propozycji dostaje pewnie na pęczki - powiedział. - Jesteśmy w Obsydii już od miesiąca, a ona jeszcze nie zgodziła się na spotkanie z ojcem. Jako krewni barona Aldamar, u którego obecnie przebywamy, dostaliśmy zaproszenie na ten bal. Ale podczas niego oczywiście nie wypada zagadywać hrabiny w tak przyziemnych sprawach.
Gdyby to mnie na czymś takim zależało, tobym się nie przejmowała konwenansami.
- Czyli już rozumiem twoje zainteresowanie mną - stwierdziłam. - Ojciec cię wysłał, żebym załatwiła audiencję u ciotki.
- Oczywiście, że nie! - oburzył się, choć w jego głosie zabrzmiała fałszywa nuta.
Spojrzałam na niego, unosząc jedną brew jak Stella.
- No dobrze, tak było - przyznał w końcu. - Co nie zmienia faktu, że jest panienka fascynującą osobą, a ten taniec to czysta przyjemność.
Naraz wybrzmiały ostatnie dźwięki, a Erykowi nie pozostało nic innego jak ukłonić się przede mną i podziękować za taniec. Zanim odwrócił się i zniknął w tłumie, dostrzegłam delikatny rumieniec wstydu na jego twarzy.
Rozejrzałam się za Solenem, ale najwyraźniej potrzeba przebrania się w czystą koszulę okazała się całkiem dobrą wymówką, by ulotnić się na jakiś czas z przyjęcia.
Podeszły za to do mnie moje siostry.
- Zoya, powiedz jej, że nie muszę jeszcze iść do łóżka - jęknęła Isil, po czym spróbowała dyskretnie zasłonić ziewnięcie.
- Ale ja muszę - rzuciła Elena. - Padam z nóg, a nie zostawię cię tu samej.
- Przecież nie jestem dzieckiem - zaprotestowała młodsza siostra. - Poza tym mogę zostać pod opieką Zoi. - Spojrzała na mnie błagalnie, ale pokręciłam głową z uśmiechem.
- Idź z Eleną - powiedziałam, po czym złapałam ją za ramiona i odwróciłam w stronę wyjścia.
Siostry skierowały się ku drzwiom i po zaledwie kilku krokach zniknęły między gośćmi. Ja zaś rozejrzałam się za Ragną, która kręciła się za stołem, nakładając sobie olbrzymią porcję jedzenia. Już miałam do niej podejść i poprosić, by towarzyszyła dziewczynom, lecz wtedy poczułam na twarzy lekki podmuch ciepłego powietrza, który przyniósł ze sobą obcy zapach.
Zmarszczyłam brwi. Coś mi tu nie pasowało. Rozejrzałam się nerwowo dookoła, ale zdawało się, że nikt niczego dziwnego nie zauważył.
Wtem za drzwiami sali balowej rozległy się krzyki pełne przerażenia. Zaskoczeni ludzie wokół mnie unosili głowy, tańczące pary się zatrzymywały, pytając, co się dzieje. Muzycy jeden po drugim przestawali grać.
Nagle drzwi otworzyły się z hukiem i do pomieszczenia wpadła bestia. Zamarłam, widząc potwora długiego na sześć kroków, o łuskach przywodzących na myśl odłamki skał i z licznymi wypustkami na wielkim łbie, przypominającymi rogi. Potężny ogon smagnął powietrze, a żółte ślepia żarzące się morderczym blaskiem powiodły po sali.
W mojej głowie pojawiło jedno przerażające słowo: ciernioróg!
Nie miałam pojęcia, skąd wziął się w zamku ani jakim cudem dotarł tak daleko od Zapory. Potwór wystrzelił przed siebie, wskoczył na długi stół i biegł po nim, zrzucając na ziemię jedzenie i porcelanowe talerze.
- Ragna! - krzyknęłam.
Najemniczka, stojąca za stołem, odrzuciła kawał mięsa, który trzymała w dłoni, i sięgnęła ku nożom za pasem. Za późno - ciernioróg przemknął tuż przed nią, przejeżdżając jej po twarzy końcówką ostrego ogona, po czym kobieta przewróciła się na plecy.
Ogarnięci paniką goście zaczęli wrzeszczeć. Rozpierzchli się na wszystkie strony, szukając schronienia. Kilkanaście osób popędziło ku otwartym drzwiom, gdzie niespodziewanie utknęli, przepychali się, krzyczeli na siebie, ktoś upadł na ziemię, a następnie został podeptany. Widziałam innych, stłoczonych przy bocznych wyjściach, ale wszystkie zdawały się zamknięte, co jeszcze bardziej nakręcało panikę.
Ciernioróg zeskoczył ze stołu, poślizgnął się na parkiecie i z hukiem walnął szczęką o podłogę. Potrząsnął łbem, widocznie oszołomiony, jego żółte ślepia były szeroko otwarte. Capnął wielką paszczą przebiegającą obok kobietę. Na szczęście zdołał złapać tylko rąbek jej obszernej sukni, ale ta i tak runęła na ziemię, wrzeszcząc wniebogłosy. Potwór ugiął łapy, już szykując się do skoku na nią, ale wtedy jeden z muzyków przewrócił się na instrumenty, wywołując przy tym głośny rumor. Ciernioróg bez wahania wystartował w jego stronę. Złapał go za nogę i pociągnął za sobą. Pozostali muzycy usiłowali przytrzymać kolegę za ręce, ale bestia była silniejsza. Wlokła szarpiącego się mężczyznę przez salę balową, zostawiając za sobą krwawy ślad.
Rzuciłam się za stoły i dopadłam Ragny. Lekko oszołomiona najemniczka właśnie podnosiła się z podłogi.
- Nic ci nie jest? - sapnęłam.
- Na cycki Vildis! - Otarła dłonią krew lejącą się obficie z rozcięcia na policzku. - Myślałam, że główną atrakcją przyjęcia mają być sztuczne ognie.
Złapałam ją za rękę i pomogłam jej wstać.
- Co to za pokraka? - zapytała Ragna, patrząc, jak bestia ciągnie za sobą muzyka. Wiedziałam, że nie ruszyła do walki tylko dlatego, że najpierw chciała ocenić mocne i słabe strony przeciwnika.
- Ciernioróg - odparłam. - Ma twardą skórę, kiepski wzrok, ale wyśmienity słuch - dodałam pospiesznie.
Najemniczka skinęła głową, wodząc spojrzeniem po sali, jakby szukała odpowiedniej broni. Ja z kolei ze strachem rozglądałam się za siostrami, niepewna, czy w ogóle zdążyły opuścić pomieszczenie.
Wtem dosłownie znikąd pojawił się strażnik z mieczem i pochodnią. Bez wahania ruszył ku potworowi. Wziął zamach wprost na jego kark, ale skalne łuski były zbyt twarde dla ostrza. Mężczyzna zaczął na zmianę ciąć mieczem i okładać stwora pochodnią. Wyczyn na pewno godny podziwu, niestety jedyne, co udało mu się osiągnąć, to na tyle rozwścieczyć bestię, by puściła swoją ofiarę i zwróciła się ku strażnikowi. Człowiek i potwór zaczęli niespiesznie zataczać kręgi, nie spuszczając czujnego wzroku z przeciwnika. Muzyk tymczasem podjął próbę odczołgania się, jedna jego noga była całkowicie bezwładna.
Dobrze, że do grania na skrzypkach potrzebuje tylko rąk, przemknęło mi przez myśl, po czym zganiłam samą siebie. Taki ironiczny komentarz był godny Malakara.
Naraz ciernioróg zaatakował. Chyba wszyscy znajdujący się w sali wstrzymali oddech, patrząc, jak strażnik uchyla się przed wielką paszczą, jak tnie potężne cielsko i przeskakuje zwinnie nad ogonem, który mógł zwalić go z nóg. Mężczyzna ponownie uderzył ciernioroga pochodnią w łeb, wywołując ryk bólu, który odbił się od ścian sali. Na boki posypały się iskry, a bestia zaczęła trzeć łapą poparzone oko. Strażnik widocznie odetchnął i opuścił nieco broń, ale ciernioróg wystrzelił wprost na niego. Paszcza zacisnęła się na przedramieniu mężczyzny, słyszałam zgrzyt zębów na metalowym karwaszu. Pochodnia wypadła z bezwładnych palców i potoczyła się po podłodze, zostawiając za sobą osmalone ślady, a ja poczułam fizyczny ból, świadoma, że nie mam już władzy nad tym płomieniem. Jeszcze tak niedawno wystarczyłby jeden mój gest, by ognista strzałka przebiła czaszkę potwora, uśmiercając go szybciej, niż trwałby jeden wdech.
- Znajdź swoje siostry - rzuciła Ragna, wstając.
Kopniakiem przewróciła jeden z ciężkich drewnianych stołów, a po sali poniósł się rumor tłuczonych naczyń. Zaskoczony hałasem ciernioróg puścił strażnika, gdy najemniczka pochyliła się i zaczęła pchać mebel przed sobą. Przez te kilkanaście kroków nabrała rozpędu i uderzyła blatem w bok potwora, aż ten odturlał się po podłodze i wpadł w garstkę ludzi stłoczonych pod ścianą. Rozbiegli się w popłochu, a ciernioróg ruszył za nimi, kłapiąc paszczą na wszystkie strony. Przypominał przy tym gigantycznego kota, który został zamknięty w klatce z rajskimi ptakami i wybornie się przy tym bawił.
Wreszcie udało mi się dostrzec siostry, które wraz ze Stellą znajdowały się tuż pod ścianą, niedaleko obrazu, za którym było ukryte tajemne wyjście z sali. Hrabina Eld Veriani już dawno temu mogła sama się wydostać z pułapki, którą stała się sala balowa. Mogła zabrać ze sobą jakiegokolwiek wielmożę, który byłby jej dozgonnie wdzięczny za ratunek. A wybrała moje siostry. Nigdy jej tego nie zapomnę.
Niestety ciernioróg zobaczył je równocześnie ze mną i wystartował w ich stronę. Stella wystąpiła naprzód, zasłaniając dziewczyny własnym ciałem.
- Elena! - wrzasnęłam.
Potwór pędził wprost na nie. Bez wahania sięgnęłam po kielich leżący na stole i cisnęłam nim w ciernioroga. Nie trafiłam, ale szkło z trzaskiem rozbiło się na podłodze, wybijając bestię z rytmu. Zaczęłam rzucać w nią wszystkim, co wpadło mi w ręce. Kilka porcelanowych talerzyków pękło w drobne kawałki na grzbiecie ciernioroga, który wreszcie odwrócił wzrok od Stelli, Eleny i Isil. Niestety cała jego uwaga skupiła się wtedy na mnie.
Ruszył w moją stronę. Spojrzałam w żółte ślepia ogarnięte żądzą mordu, w paszczę pełną ostrych jak sztylety zębów, zdolnych przedziurawić pancerz. Droga, elegancko zdobiona filiżanka wysunęła mi się z rąk i upadła na podłogę. Nie miałam żadnej broni prócz małego noża ukrytego w fałdach sukni. Nie miałam mocy, która uratowałaby mnie w ostatniej chwili. Nie było tu nawet Kaela i Solena, gotowych przyjść mi z pomocą.
Nie zamierzałam się jednak poddać. Wyciągnęłam nóż i czekałam. Jeśli w odpowiedniej chwili wykonam obrót, uniknę pazurów, a może uda mi się trafić ostrzem w oko stwora.
Patrzyłam, jak ciernioróg wybija się do skoku, jak ostre pazury lecą wprost na mnie. Jeszcze chwila... i nagle poczułam szarpnięcie. Z hukiem upadłam na podłogę i potoczyłam się po niej. Ciernioróg uderzył klatką piersiową w róg stołu, który znajdował się tuż za mną. Usłyszałam nieprzyjemny zgrzyt, gdy mebel przesunął się po podłodze.
Po nagłym upadku czułam się otumaniona, ale jednego byłam pewna - ktoś nadal obejmował mnie w pasie. Odciągnął mnie od bestii, która usiłowała dojść do siebie po zderzeniu z kantem stołu. Poczułam nerwowy dotyk na policzku.
- Jesteś cała? - usłyszałam.
Podniosłam wzrok i pierwsze, co dostrzegłam, to błękitne oczy.
- Eryk? - Z odmętów pamięci wypłynęło niedawno poznane imię. Pozbierałam się i spojrzałam na niego gniewnie.
- Kłaniam się i do usług. - Uśmiechnął się nerwowo.
Miałam ochotę fuknąć na niego, że mi przeszkodził, że tak niewiele brakowało, bym choć częściowo oślepiła bestię, lecz nagle po sali poniósł się huk. Pod przeciwległą ścianą dostrzegłam Ragnę, która ściągnęła znad wysokiego okna ciężki karnisz z długą aksamitną zasłoną. Złapała za jeden koniec materiału, a ranny strażnik za drugi.
Ciernioróg od razu zwrócił na nich uwagę. Zostawił mnie oraz Eryka, po czym lekko ślizgając się na parkiecie i zostawiając na nim rysy pazurów, zaszarżował.
Ragna i strażnik biegli na niego, trzymając między sobą bordową zasłonę. Za nimi wciąż przyczepiony karnisz uderzał o podłogę. Potwór wyskoczył na to, co uznał na największego przeciwnika, więc wpadł w uniesioną zasłonę i się w nią zaplątał. Najemniczka od razu chwyciła za dekoracyjny sznur i zaczęła wiązać wystające i wściekle drapiące powietrze łapy, podczas gdy strażnik rzucił się na owinięte aksamitem cielsko, by je przytrzymać.
Wkrótce ciernioróg był kompletnie zamotany i niezdolny do większych ruchów. Wyswobodził łeb, ale Ragna zawiązała mu pysk złotym sznurem z ozdobnymi troczkami, po czym sięgnęła po miecz strażnika.
- Nie! - krzyknęła nagle Stella.
Pospiesznym krokiem podeszła do najemniczki.
- Chcę go żywego - powiedziała ciszej.
Na sali zapadła cisza przerywana wściekłym pojękiwaniem bestii i szybkimi oddechami gości, którzy zaczęli wychodzić ze swych kryjówek.
- Zoya! - Isil przypadła do mnie i otoczyła ramionami w pasie.
- Nic wam nie jest? - Ujęłam w dłonie jej twarz.
- Dziękuję. - Elena uściskała mnie ze łzami w oczach.
Jedne z bocznych drzwi otworzyły się z hukiem. Do środka wpadł Ergus, osobisty strażnik Stelli, i powiódł wielkimi oczami po pobojowisku.
- Szybko żeś się zjawił - mruknęła z ironią hrabina.
- Pani...
- Wyprowadź gości - powiedziała surowym tonem. - Niech bezpiecznie znajdą się w swoich powozach. Każ opatrzyć rannych.
Strażnik skinął głową i wezwał więcej ludzi do pomocy.
Wkrótce główne wejście do sali zostało odblokowane, wokół nas zaroiło się od służby, która wyprowadzała wciąż przerażonych gości. Ktoś wyniósł rannego muzyka i starszego mężczyznę, niemal stratowanego. Młoda kobieta, którą ciernioróg złapał za suknię, miała twarz zalaną łzami i rękę chyba złamaną po upadku.
- Pani? - Do Stelli podszedł ranny strażnik.
- Dobrze się spisałeś - powiedziała, skinąwszy mu głową, a on dumnie wypiął pierś. - Niech ktoś cię opatrzy.
Mężczyzna opuścił salę.
- Mogę pomóc w czymś jeszcze? - zapytał mnie Eryk.
Spojrzałam na niego. Był lekko blady i płytko oddychał.
- Dziękuję za uratowanie mi życia. - Uśmiechnęłam się słabo do niego. Z perspektywy czasu, nawet tych kilku minut, które upłynęły od pokonania bestii, mój plan z dźganiem szarżującego ciernioroga w oko wydał się dość szalony, żeby nie powiedzieć: samobójczy.
- Ratowanie pięknych panien to dla mnie czysta przyjemność - zapewnił.
Moja suknia miała rozerwany rękaw, była brudna od resztek jedzenia znajdującego się na talerzach, którymi miotałam w ciernioroga. Czułam na twarzy kosmyki włosów oswobodzonych z koka, a na czoło wystąpiło mi kilka kropelek potu, które na pewno będą miały destruktywny wpływ na makijaż.
- A tych brzydkich? - wypaliłam.
- Żadnej tu nie widzę.
Kątem oka zobaczyłam, że Stella się nam przygląda.
- Samsaeri? - odezwała się.
- Tak, pani? - Eryk natychmiast stanął na baczność.
- Niech jutro twój ojciec przyjdzie do mnie porozmawiać o tych swoich wynalazkach - powiedziała.
Jego oblicze natychmiast się rozjaśniło.
- Oczywiście, pani. - Skłonił się. - Dziękuję, pani.
Stella skinęła głową, po czym machnęła ręką, by go odprawić.
Eryk posłusznie odszedł, ale po kilku krokach posłał mi przez ramię szeroki uśmiech.
W sali balowej zostało już tylko kilka osób zgromadzonych nad spętanym cierniorogiem. Potwór dyszał ciężko, strzelając na boki wściekłym spojrzeniem żółtych, wrzecionowatych ślepi, i co jakiś czas wierzgał łapami, jakby chciał sprawdzić, czy więzy się poluzowały.
Ragna podeszła do nas z talerzem pełnym kremowego ciasta. Chwyciła wypiek w brudną dłoń i odgryzła spory kawałek.
- Gdybym wiedziała, że planujecie takie atrakcje, od razu bym przyszła na ten wasz bal - odezwała się z pełnymi ustami.
Isil zachichotała cicho, za co została skarcona przez Elenę.
- Gdybym wiedziała o tych atrakcjach, nie odesłałabym większości strażników do miasta - burknęła Stella.
W tym momencie do sali balowej wkroczył Solen. Już miałam na końcu języka jakąś uszczypliwą uwagę na temat opieszałości podczas zmiany garderoby, gdy dostrzegłam krew na jego twarzy. Ledwie rzucił okiem na ciernioroga leżącego u naszych stóp.
- Matko - odezwał się przez zapuchnięty nos - mieliśmy włamanie.
Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.