Chciałam się szarpać, wrzeszczeć i wołać o pomoc, ale nie zdołałam zaczerpnąć tchu.
- Dokąd tak pędzisz? - zapytał wysoki, umięśniony blondyn, nadal trzymając mnie w objęciach.
Owładnęła mną panika, zapomniałam, gdzie się znajduję i co chciałam zrobić, a przed oczami wciąż miałam tę ciemną paszczę. Gwałtownie obejrzałam się za siebie, ale korytarz był pusty, jakby smok nigdy nie istniał.
Zabrakło mi słów.
- Ja... szuka... szukałam...
W głowie miałam pustkę, więc zrobiłam to, co na moim miejscu zrobiłaby Elena. Po prostu omdlałam. Pozwoliłam, by zmęczone nogi się pode mną ugięły - uznałam, że najwyżej trzasnę o podłogę, ale przynajmniej nie będę musiała dłużej się tłumaczyć.
- Słabo mi - szepnęłam ledwie słyszalnie.
- Spokojnie, trzymam cię - zapewnił blondyn, poprowadził mnie do stojącej pod ścianą ławki i na niej posadził.
Myślałam, że na tym jego pomoc się skończy, że da mi spokój, ale on usiadł obok, ujął moją twarz w dłonie i uważnie mi się przyjrzał. Ja zaś zerkałam ponad jego ramieniem, wciąż spodziewając się ataku smoka i wyklinając samą siebie, jaką łamagą trzeba być, żeby jak ostatnia idiotka wpaść tak na faceta.
- Poczekaj, znajdę jakąś wodę - obiecał, po czym wstał.
Patrzyłam, jak znika za rogiem. W co ja się wplątałam? Chciałam przetrzeć dłońmi twarz, ale przypomniałam sobie o makijażu. Powinnam stąd uciec, znaleźć siostrę i wykręcić się złym samopoczuciem, by pozwoliła mi wrócić do domu. Ale przecież miałam zadanie do wykonania. Niech to wszystko szlag trafi!
Poderwałam się z ławki. Na pewno nie pójdę w stronę, skąd dopiero co uciekłam, skoro nadal może czaić się tam ta bestia, ale jeśli pamięć mnie nie myliła, były jeszcze dwie inne drogi prowadzące do skarbca. Zanim jednak wykonałam choć jeden krok, blondyn wrócił z kielichem pełnym wody, a ja z powrotem opadłam na ławkę. Uśmiechnął się pokrzepiająco, podając mi naczynie.
Przyłożyłam je do ust i piłam najwolniej, jak tylko można, zyskując więcej czasu na wymyślenie wiarygodnego kłamstwa. A takie powinno zawierać ziarno prawdy.
- Lepiej? - zapytał blondyn, gdy oddałam mu pusty już kielich.
Skinęłam głową.
- Jestem Solen - przedstawił się.
Helvrante! - chciałam wykrzyczeć na głos jedno z gorszych przekleństw, jakie znałam.
Przecież to takie oczywiste, że kiedy spróbowałam włamać się do skarbca Eld Verianich, musiałam wpaść akurat na syna Stelli!
- Zoya - odparłam słabym głosem. - Zoya Svikari.
- Przed czym tak uciekałaś? - zapytał łagodnie.
Przymknęłam oczy. Ziarno prawdy.
- Przed smokiem. - Uniosłam powieki pewna, że mnie wyśmieje, stwierdzi, że smoki nie istnieją.
Jego oblicze jednak prawie wcale się nie zmieniło, tylko mięsień na żuchwie zadrżał, a w oczach pojawiły się niebezpieczne błyski, lecz już po chwili się opanował.
- Wredny gad - mruknął pod nosem. - Nie przejmuj się nim.
A więc to nie był mój wymysł! Ten smok rzeczywiście istniał!
- Trzymacie smoka w piwnicy?! - wybuchłam.
- I dlatego zazwyczaj prosimy naszych gości, by nie kręcili się poza wyznaczonymi komnatami - powiedział nadal uprzejmie, acz stanowczo.
Spuściłam głowę.
- Moja wina - przyznałam cicho. - Nie powinnam była tego robić. Moja siostra i jej mąż zostawili mnie samą i zaczęłam się nudzić...
- Więc postanowiłaś zwiedzić nasze piwnice?
Zacisnęłam zęby ze złością. Czy on musiał być tak uprzejmo-złośliwy?! Najchętniej coś bym mu odszczeknęła, ale nie mogłam na dzień dobry robić sobie z niego wroga. Na to przyjdzie czas później.
- Nigdy nie byłam w tak wspaniałym dworze - oświadczyłam całkiem szczerze. - Pragnęłam go lepiej obejrzeć. Później natknęłam się na... pewną parę w pewnej wnęce... - Pozwoliłam, by na policzek i szyję wypłynął mi rumieniec. - I nie chciałam im... przeszkadzać, więc skręciłam w pierwszy lepszy korytarz, później były schody i zupełnie zabłądziłam.
Chciałam, by od razu wywnioskował, że jestem tylko córką zubożałego szlachcica, w nadziei, że szybko straci zainteresowanie moją osobą.
Solen przez chwilę wpatrywał się we mnie, jakby szukał fałszu w moich słowach. Miał tak samo jasnobursztynowe oczy jak jego matka.
- Ja też czasem lubię odetchnąć od tych tłumów na balu - powiedział ugodowo, wstając. - Mogę zaprosić cię na mały spacer? - Wyciągnął w moją stronę rękę. - Po ciekawszej części dworu niż piwnica? - dodał z rozbawieniem.
Nie miałam innego wyjścia. Położyłam palce na jego twardej dłoni i pozwoliłam, by pomógł mi wstać.
- Jesteś siostrą Eleny, prawda? - zagaił, gdy przemierzaliśmy korytarz zalany blaskiem księżyca.
Cholera, więc nie byłam aż tak niewidzialna, jak mi się zdawało.
- Tak - odparłam, zastanawiając się, ile plotek na temat mojego ataku na Hefena dotarło na północ.
Solen jednak nie dał po sobie znać, czy wie cokolwiek o synu hrabiego Kegrimusa.
- Ander ma szczęście, że trafił na taką kobietę.
- Naprawdę? - wypaliłam.
- Jest inteligentna, potrafi słuchać, wie, do kogo i kiedy trzeba się uśmiechnąć. - Puścił do mnie oko, a mnie jakoś rozzłościły jego słowa.
Rodzice od zawsze traktowali Elenę jak lepszą córkę. Ja byłam tylko "tą rudą". Dosłownie, tak do mnie mówili, jakby zapomnieli, jak mam na imię. Elena zawsze dostawała piękniejsze prezenty i droższe suknie. Dla niej wynajęli nauczyciela tańca, gry na fortepianie i wielu innych, którzy mieli uczynić z niej idealną kandydatkę na żonę. Na mnie szkoda było im pieniędzy, zawsze powtarzali, że jak chcę, to mogę uczestniczyć w lekcjach Eleny - pod warunkiem że będę siedziała cicho w kącie i nie przeszkadzała. Przez całe lata powtarzałam sobie, że nie jestem gorsza, ale wszystko wokół świadczyło o czymś zupełnie innym. Siedem lat temu przygarnęli pod swój dach sierotę Isil, która stała się moją ukochaną małą siostrzyczką. Była słodka, mądra, kochana i jej również nie szczędzili na niczym.
- Jesteśmy na miejscu - powiedział Solen, otwierając przede mną drzwi.
Zawahałam się. Jak gęś na rzeź dałam się zaprowadzić nie wiadomo dokąd.
- Nie obawiaj się - zapewnił, co sprawiło, że jeszcze bardziej zwątpiłam. - To tylko oranżeria.
Położył dłoń na moich odkrytych plecach, a ja poczułam bijące od niej ciepło. Postąpiłam naprzód i nagle odniosłam wrażenie, jakbym znalazła się w zupełnie innym świecie. Otoczył mnie słodki, kuszący zapach dziesiątek kwiatów. Zadarłam głowę i ujrzałam przeszklony sufit, a w nim odbijające się setki małych płomyków.
- Nawet o tej porze roku musimy zapalać lampiony w nocy, by rośliny nie zmarzły - wyjaśnił Solen.
Wśród gęstej roślinności dostrzegłam liczne lampiony promieniujące ciepłym światłem. Musnęłam opuszką palca zielony liść rośliny, której nie znałam, nachyliłam się nad dużym, żółtym kwiatem, a jego zapach mnie oszołomił. Miałam wrażenie, jakbym znalazła się w baśniowej krainie pełnej ciepła i blasku, co było miłą odmianą po zimnej piwnicy.
Solen ujął moją dłoń i poprowadził mnie do zachodniej ściany, która podobnie jak sufit była cała przeszklona. Tuż za nią znajdowało się urwisko, a po lewej górski strumień opadał cienką, srebrną kaskadą w ciemną otchłań.
- Niesamowity widok - powiedziałam.
- Lubię tu przychodzić, kiedy muszę pomyśleć - odparł. Stanowczo zbyt długo trzymał moją dłoń. - Albo gdy bal jest zbyt nudny.
- Nie lubisz balów? - zagadnęłam.
- Właśnie lubię, to ja naciskałem, żeby wyprawić ten, ale... - Wzruszył ramionami. - Czegoś mi dziś brakuje. Może czarującej towarzyszki? - Zerknął na mnie kątem oka.
To źle trafiłeś, pomyślałam, cofając dłoń.
Solen jak gdyby nigdy nic ruszył przed siebie przez gąszcz roślin.
- Oranżerię założył mój pradziadek - podjął. - Przez lata sprowadziliśmy tu wiele egzotycznych gatunków.
Podążyłam za nim, a on opowiadał o kolejnych roślinach, o tym, skąd pochodzą, kiedy kwitną i kto je zasadził. Może w innych okolicznościach uznałabym ten wieczór za romantyczny, może nawet zainteresowałabym się pierworodnym Eld Verianich, sypiącym jak z rękawa kolejnymi ciekawostkami botanicznymi, ale nie dziś. Dziś miałam zupełnie inne rzeczy na głowie. Szłam więc za nim, obmyślając, jaką drogę wybrać, by dostać się do skarbca i nie natknąć znów na smoka.
- Nie zapominamy jednak o lokalnej roślinności. - Solen zatrzymał się na samym końcu oranżerii, gdzie po skalnej ścianie pięła się vinteria, kolczaste pnącze obsypane drobnymi różowo-białymi kwiatami.
- Nigdy nie widziałam tak wielkiego okazu. - Z niejakim podziwem musnęłam pień grubszy niż moje przedramię.
- To pnącze zasadził właśnie mój pradziadek - wyjaśnił mężczyzna. - Ale w górach można spotkać równie dorodne. Mówią, że ta roślina ma magiczne właściwości. - Puścił do mnie oko.
- Taak - mruknęłam przeciągle. - Słyszałam, że mężczyźni często stosują ususzone i starte na proszek kolce. - Odpowiedziałam mu hardym spojrzeniem, a on wybuchł śmiechem.
- Rzeczywiście przypisuje się im pewne właściwości... ale z tego, co wiem, to jedynie mit - powiedział, zrywając małą gałązkę oblepioną kwiatami.
Postąpił w moją stronę, a ja instynktownie się cofnęłam, ale moje plecy trafiły na ścianę.
- Nie ruszaj się - szepnął, po czym wplótł gałązkę w moje włosy. - Teraz wyglądasz jak kobieta z północy - ocenił, a moje durne serce zatrzepotało pod jego spojrzeniem.
- Powinnam wracać - powiedziałam i moment prysł.
Już nie znajdowaliśmy się w magicznej krainie, tylko w zwykłej oranżerii.
- Twoja siostra pewnie będzie się niepokoić - przyznał i znów przepuścił mnie przodem, a ja miałam świadomość, że wpatruje się w moje odkryte plecy i nie wiadomo, w co jeszcze.
Podczas drogi do sali balowej rozmawialiśmy zupełnie niezobowiązująco o tym, co mi się podoba w Obsydii. Starałam się wymyślić jakieś pozytywy, ale ten górzysty teren nie do końca trafiał mi do serca.
Wkrótce usłyszeliśmy muzykę i wesołe rozmowy.
- Oho, matka pozwoliła napocząć beczkę jednego z naszych lepszych win - zaśmiał się Solen.
- Skąd wiesz? - Zmarszczyłam brwi.
- Na odległość wyczuwam poziom rozbawienia moich gości - odparł.
Wkroczyliśmy ramię w ramię do sali i - niech to szlag trafi - od razu przykuliśmy liczne spojrzenia. To by było na tyle, jeśli chodzi o niezwracanie na siebie uwagi. Co gorsza, Solen ujął moją dłoń i ją pocałował, stanowczo zbyt długo, jak na mój gust, przykładając do niej usta.
- Dziękuję, Zoyo, za przemiły wieczór - wymruczał, a mnie zalała fala gorąca.
Jedyne, co byłam w stanie zrobić, to się uśmiechnąć i cofnąć rękę.
Solen odszedł, a ja spróbowałam znów ukryć się w cieniu za kolumnami, ale wtedy przechwyciła mnie siostra.
- Co ty wyprawiasz?! - syknęła.
- Co? - zapytałam nieprzytomnie.
- Czy ty flirtujesz z Solenem Eld Verianim?!
Posłałam jej ponure spojrzenie.
- A nawet jeśli, to co? - burknęłam.
- To trzeba przerobić twoją suknię na następny bal! I kupić nową biżuterię!
Kompletnie nie miałam pojęcia, o czym mówi.
- Wyobrażasz sobie taki mariaż? Rodzice byliby zachwyceni! Jutro cała Obsydia będzie mieć was na językach!
Cudownie, właśnie o czymś takim marzyłam.
- Nie przesadzaj - żachnęłam się.
Siostra rozejrzała się, jakby szukała pomocy, a po chwili jej oblicze się rozchmurzyło.
- Zostań tu i nic nie rób - poleciła. - A ja podpytam Tessę, czy jej krawiec przyjmuje jeszcze zlecenia.
I już jej nie było. Bogowie, ta dziewczyna szybko się nakręcała.
Wtem, pomimo gwaru rozmów i muzyki, usłyszałam charakterystyczne stukanie. Zupełnie zmroziło mnie od środka. Dyskretnie rozejrzałam się dookoła i właśnie wtedy go ujrzałam. Smok w całej swej okazałości wkroczył do sali balowej, po czym podszedł do Kaela, który pogładził go po łbie. Obaj równocześnie spojrzeli wprost na mnie, jakby ta wstrętna bestia właśnie doniosła mężczyźnie, że węszyłam w piwnicy. Ale przecież smoki nie potrafią mówić!
Coś ścisnęło mnie w gardle, chciałam uciekać, nie mogłam jednak się ruszyć.
Właśnie wtedy Solen znów uratował mnie z opresji, tym razem całkiem nieświadomie. Podszedł do kuzyna i ściszonym, ale pełnym wzburzenia głosem zaczął do niego mówić. Tamten coś odburknął, a smok spróbował chwycić Solena zębami za dłoń. Wokół dwóch Eld Verianich, którzy zaczęli żywo dyskutować, żeby nie powiedzieć: kłócić się, zrobiło się małe zamieszanie. Dosłownie wszystkie oczy spoczęły na nich. A to znaczyło, że nikt nie zauważy, jak ponownie wymknę się z sali. Co ważniejsze, miałam pewność, że tym razem nie wpadnę na smoka, o ile nie trzymali ich w piwnicach więcej.
Szybkim krokiem przeszłam kilka korytarzy, minęłam niezliczone drewniane drzwi do zapewne wielkich komnat, zbiegłam po wąskich schodach i ponownie znalazłam się w podziemiach. Przymknęłam oczy, przywołując w pamięci rozkład pomieszczeń i korytarzy, po czym ruszyłam ku skarbcowi.
Zatrzymałam się przed niepozornymi drzwiami ze starego drewna z masywnymi okuciami. Wypuściłam powietrze z płuc i wyciągnęłam wytrychy, które ukryłam we włosach, gdy Elena nie patrzyła. Potrafiłam otworzyć niemal każdy zamek w zaledwie kilka oddechów. Ten zajął nieco dłużej, ale i on w końcu ustąpił. Usłyszałam kojące kliknięcie zapadek i ostrożnie pchnęłam drzwi. Ze środka wylewała się ciemność, a ja pozwoliłam, by pochłonęła i mnie.
Zanim zamknęłam za sobą drzwi, odszukałam wzrokiem świecę i leżące obok niej krzesiwo. Wyjrzałam jeszcze na korytarz, ale nikogo nie dostrzegłam, więc zatrzasnęłam się w skarbcu i po omacku zapaliłam knot. Wątły płomień rozświetlił całkiem duże pomieszczenie. Pod ścianami stały regały zapełnione dokumentami, na samym środku zaś znajdowało się duże, proste biurko. Brakowało tutaj całego przepychu, jaki dominował na wyższych piętrach. Nie znalazłabym w tym pomieszczeniu ani jednego kawałka złota, pięknej biżuterii czy kamieni szlachetnych. Skarbiec, w którym ukryto tego rodzaju bogactwo, znajdował się w zupełnie innym miejscu i w ogóle mnie nie interesował, bo doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, że wiedza może być cenniejsza niż złoto.
Ostrożnie postawiłam świecę na biurku i zaczęłam przeglądać dokumenty. Pracowałam cicho i pospiesznie. Wiedziałam mniej więcej, czego szukam, więc wystarczyło jedno zerknięcie na papier, bym mogła go odłożyć i sięgnąć po następny. Jeśli dopisze mi szczęście, nikt nawet się nie dowie, że tu byłam.
Bicie mojego serca odmierzało czas, jaki mi pozostał, nim siostra się zorientuje, że zniknęłam, i zacznie mnie szukać. Niestety z każdym kolejnym regałem, z każdym dokumentem zaczynałam wątpić, czy znajdę to, dla czego tak bardzo ryzykowałam. Moje ruchy stały się coraz bardziej nerwowe, oddech przyspieszył.
Nagle zupełnie przypadkiem trąciłam dłonią stary wazon, który spoczywał między papierami. Serce podeszło mi do gardła, gdy patrzyłam, jak leci ku ziemi i pewnej zgubie, ale na szczęście udało mi się go złapać. Tak niewiele brakowało, a roztrzaskałby się o ziemię.
Wypuszczając z sykiem powietrze z płuc, odłożyłam antyk na miejsce. Kto w ogóle trzyma coś takiego wśród dokumentów? Może był zbyt cenny, by go wyrzucić, a zbyt paskudny, by publicznie pokazywać? Nieważnie, machnęłam ręką i wróciłam do poszukiwań. Byłam już za połową, a nadal nie znalazłam tego, czego chciałam.
Zaczęłam się martwić, że cała moja wyprawa nie przyniesie żadnych rezultatów.
Cofnęłam się na środek pomieszczenia i ponownie przyjrzałam dokumentom. Gdzie ukryłabym...? Mój wzrok padł na ścianę za biurkiem.
- Zoya, ty idiotko! - sapnęłam.
Tuż przed nosem miałam to, za co wielu ludzi dałoby się zabić.
Na ścianie wisiała mapa Obsydii. Grubą, czarną kreską zaznaczono Zaporę sięgającą Morza Okrągłego na wschodzie i Morza Kareńskiego na zachodzie. Ziemia za nią była po prostu białą plamą. Gdy się jednak dokładnie przyjrzałam mapie, zobaczyłam wyrysowane ołówkiem kreski ciągnące się pod Zaporą. Było też mnóstwo symboli w najróżniejszych punktach wzdłuż tych kresek. Zerknęłam na legendę i ujrzałam nazwy, których nigdy nie słyszałam, ale jeśli plotki były prawdziwe... Potrząsnęłam głową. Aż trudno w to uwierzyć.
Już chciałam zerwać mapę ze ściany, gdy tuż za plecami usłyszałam szept. Gwałtownie się odwróciłam, ale nadal byłam w skarbcu zupełnie sama. Zwróciłam się do mapy - i znów ten szept. Czyżbym wariowała?
Mój wzrok padł na wazon. Na ciemnej powierzchni gliny pojawiły się dziwne symbole emanujące delikatnym światłem.
Bardzo powoli okrążyłam biurko i zbliżyłam się do naczynia niczym do dzikiego, groźnego stworzenia. Szept stał się bardziej naglący, a symbole coraz wyraźniejsze.
- Co, do licha...? - zdziwiłam się.
Czegoś takiego nigdy nie widziałam. Czerwone światło symboli zaczęło pulsować, szept mnie przywoływał. Jak we śnie stanęłam tuż przed wazonem i ujęłam go w dłonie. Był przyjemnie ciepły w dotyku. Zajrzałam do środka, ale znajdywały się tam tylko ciemność i kurz.
- Czym jesteś? - zapytałam cicho.
Nagle symbole mnie oślepiły, a glina stała się tak gorąca, aż poparzyła moje palce. Natychmiast ją puściłam. Gdy zdałam sobie sprawę z tego, co zrobiłam, było już za późno - usiłowałam jeszcze złapać naczynie, ale nie zdołałam. Widziałam, jak uderza o kamienną podłogę i roztrzaskuje się na tysiąc kawałeczków.
I wtedy wybuchł ogień.
Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.