Szepty pod ziemią - Ben Aaronovitch

-
Proszę czekać

Niedziela

1. Tufnell Park

Tego lata popełniłem błąd i powiedziałem mamie, na czym polega moja praca. Nie ta policyjna, bo o niej oczywiście już wiedziała, a nawet była na uroczystości ukończenia szkoły policyjnej w Hendon, ale o tym, że pracowałem w wydziale policji metropolitalnej do spraw nadprzyrodzonych. Mama przełożyła to sobie w głowie na "łowcę czarownic", co miało tę zaletę, że jak większość osób z Afryki Zachodniej uznawała polowanie na czarownice za zajęcie bardziej chwalebne niż bycie policjantem. Pod wpływem trudnej do przewidzenia matczynej dumy opowiadała o mojej nowej ścieżce zawodowej swoim przyjaciółkom i krewnym, do których zaliczało się co najmniej dwadzieścia procent całej społeczności emigrantów z Sierra Leone mieszkających w Zjednoczonym Królestwie. Włącznie z Alfredem Kamarą, który mieszkał na tym samym osiedlu co mama, a on podzielił się tym ze swoją trzynastoletnią córką Abigail, która w ostatnią niedzielę przed gwiazdką uznała, że chciałaby, żebym przyjrzał się znalezionemu przez nią duchowi. Tak długo nagabywała moją mamę, że ta w końcu uległa i zadzwoniła do mnie na komórkę.

Nie byłem z tego zadowolony, bo niedziela to jeden z nielicznych dni, kiedy nie mam porannego treningu na strzelnicy i planowałem powylegiwać się w łóżku, a potem pójść do pubu obejrzeć mecz.

- Gdzie jest ten duch? - zapytałem, kiedy Abigail otworzyła drzwi.

- Dlaczego jest was dwoje? - zapytała dziewczynka. Była niską, chudą mulatką z jasną skórą, która w zimowej aurze przybrała ziemisty odcień.

- To moja partnerka Les­ley May.

Abigail podejrzliwie patrzyła na Les­ley.

- Dlaczego nosisz maskę? - zapytała.

- Bo odpadła mi twarz - odparła Les­ley.

Abigail przez chwilę się zastanawiała, a potem skinęła głową.

- No dobrze - rzuciła.

- Więc gdzie to jest? - ponagliłem.

- To on - odparła Abigail. - W szkole.

- To chodźmy tam - zaproponowałem.

- Teraz? Przecież jest zimno.

- Wiemy. - To był jeden z tych ponurych, zimowych dni, kiedy złowieszczy ziąb przenikał przez ubranie. - Idziesz czy nie?

Spojrzała na mnie wzrokiem zbuntowanej trzynastolatki, ale nie byłem ani jej matką, ani nauczycielem. Niczego od niej nie chciałem, najchętniej poszedłbym do domu i oglądał piłkę nożną.

- Jak chcesz - rzuciłem i odwróciłem się na pięcie.

- Poczekajcie. Idę - odparła.

Odwróciłem się w samą porę, by mogła zatrzasnąć mi drzwi przed nosem.

- Nie zaprosiła nas do środka - zauważyła Les­ley. To jedno z zachowań, które odhacza się jako "podejrzane zachowanie" w bingo, które każdy gliniarz ma w głowie, i występuje razem z "głupim, agresywnym psem" i zbyt szybkim podaniem alibi. Gdy wypełnisz wszystkie pola, wygrasz darmową przejażdżkę na najbliższy komisariat.

- Jest niedzielny ranek - powiedziałem. - Jej tata pewnie jeszcze nie wstał z łóżka.

Postanowiliśmy poczekać na Abigail na dole w samochodzie, gdzie zabijaliśmy czas, przeglądając zawartość toreb z zapasami na wypadek prowadzenia obserwacji, które nazbierały się przez rok. Znaleźliśmy całą paczkę żelków owocowych i Les­ley kazała mi się odwrócić, żeby mogła unieść maskę i zjeść jednego, kiedy Abigail zapukała w szybę.

Abigail, podobnie jak ja, odziedziczyła włosy po "niewłaś­ciwym" rodzicu, ale ja, będąc chłopcem, obcinałem się na krótko, podczas gdy ojciec Abigail prowadzał ją do zakładów fryzjerskich, krewnych i pełnych zapału sąsiadek, by jakoś je ujarzmić. Od samego początku Abigail jęczała i kręciła się, gdy jej włosy poddawane były prostowaniu, splataniu i obróbce termicznej, ale jej tata był zdeterminowany, by nie wstydzić się za dziecko w miejscach publicznych. Wszystko to się skończyło po jedenastych urodzinach Abigail, kiedy spokojnie oświadczyła, że ustawiła sobie szybkie wybieranie numeru do telefonu zaufania i gdy tylko ktoś zbliży się do niej z doczepami włosowymi, preparatem do prostowania lub, Boże broń, rozgrzaną prostownicą, będzie się tłumaczył przed pracownikami opieki społecznej. Od tamtej pory nosiła afro, które związywała w purchawkę z tyłu głowy. Była zbyt duża, by zmieścić się pod kapturem jej różowej, zimowej kurtki, więc założyła obszerną czapkę rasta, w której wyglądała jak rasistowski stereotyp z lat siedemdziesiątych. Moja mama twierdzi, że włosy Abigail wołają o pomstę do nieba, ale nie dało się nie zauważyć, że czapka chroniła jej twarz przed mżawką.

- Co się stało z Jaguarem? - zapytała dziewczynka, kiedy wpuściłem ją na tylne siedzenie.

Mój przełożony miał porządnego Jaguara Mark 2 z silnikiem rzędowym o pojemności 3,8 litra, który, ze względu na to, że czasami parkowałem na osiedlu, stał się miejscową legendą. Taki zabytkowy Jaguar zyskał poważanie nawet dzieciaków z trzeciego pokolenia, podczas gdy jaskrawopomarańczowy Focus ST, którym obecnie jeździłem, był po prostu kolejnym Fordem.

- Nie może nim jeździć - odparła Les­ley. - Dopóki nie zda egzaminu na prawo jazdy dla zaawansowanych.

- To dlatego, że wjechałeś karetką do rzeki? - zapytała dziewczynka.

- Nie wjechałem do rzeki - zaoponowałem. Wyjechałem na Leighton Road i zmieniłem temat na ducha. - W którym miejscu to widujesz? Gdzieś w szkole?

- Nie w szkole. Pod nią, tam, gdzie są tory. I to on.

Szkoła, o której mowa, to lokalne gimnazjum, Acland Burgh­ley, gdzie uczyły się niezliczone pokolenia mieszkańców Peckwater Estate, w tym ja i Abigail. Lub, jak woli Night­ingale, Abigail i ja. Powiedziałem, że niezliczone pokolenia, ale jako że została zbudowana pod koniec lat sześćdziesiątych, to góra cztery.

Znajdowała się w jednej trzeciej Dartmouth Park Hill i z pewnością została zaprojektowana przez gorliwego naśladowcę Alberta Speera, a zwłaszcza jego późniejszych monumentalnych fortyfikacji wzdłuż Wału Atlantyckiego. Budynek z trzema wieżami i grubymi, betonowymi murami z łatwością mógłby zdominować strategiczne skrzyżowanie Tufnell Park, gdzie przecinało się pięć dróg, i powstrzymać jakąkolwiek lekką piechotę z Islington, która zapuściłaby się na główną drogę.

Znalazłem miejsce parkingowe na Ingestre Road na tyłach szkoły i ruszyliśmy w stronę mostku nad torami kolejowymi, który znajdował się za budynkiem.

Były dwie pary torów, te po południowej stronie znajdowały się co najmniej dwa metry niżej niż te z północnej strony. To oznaczało, że aby dostać się na starą kładkę, należało wspiąć się na dwie kondygnacje śliskich schodów, by zajrzeć przez siatkę.

Boisko szkolne i salę gimnastyczną zbudowano na betonowej platformie, która łączyła oba tory. Z kładki, zgodnie z projektem całości, wyglądały niemal jak wejścia do hangarów dla U-Botów.

- To tam na dole. - Abigail wskazała tunel po lewej.

- Zeszłaś na tory? - zapytała Les­ley.

- Uważałam - odparła dziewczynka.

Les­ley się to nie podobało, podobnie jak mnie. Kolej jest śmiercionośna. Rocznie sześćdziesiąt osób wchodzi na tory i traci życie - jedynym plusem jest to, że kiedy to robią, stają się zmartwieniem Brytyjskiej Policji Transportowej, a nie moim.

Przed zrobieniem jakiejś głupoty, na przykład wejściem na tory kolejowe, dobrze wyszkolony policjant musi ocenić ryzyko. Zgodnie z procedurą powinien zadzwonić do Policji Transportowej i poprosić, by przysłali specjalny zespół, który w ramach zabezpieczeń może zamknąć daną linię, aby umożliwić mi i Abigail szukanie ducha. Minusem niewezwania Policji Transportowej jest to, że gdyby coś się stało Abigail, byłby to kres mojej kariery i prawdopodobnie, jako że jej ojciec jest zachodnio-afrykańskim tradycjonalistą, kres mojego życia.

Wezwanie ich miało taką wadę, że musiałbym wyjaśnić, czego szukam, i narazić się na kpiny. Tak jak wszyscy młodzi ludzie od zarania dziejów postanowiłem zaryzykować śmiercią niż narazić się na poniżenie.

Les­ley powiedziała, że powinniśmy przynajmniej sprawdzić rozkład jazdy.

- Jest niedziela - zauważyła Abigail. - Przez cały dzień będą trwały prace konserwacyjne.

- Skąd wiesz? - zdziwiła się Les­ley.

- Sprawdziłam. Dlaczego odpadła ci twarz?

- Bo za szeroko otworzyłam usta.

- Jak się tam schodzi? - zapytałem szybko.

Po obu stronach torów stały tanie osiedla mieszkaniowe zbudowane na równie taniej ziemi należącej do kolei. Za wieżowcem z lat pięćdziesiątych po północnej stronie znajdowała się kępa podmokłej trawy, wokół której rozrosły się krzaki, a za nimi ciągnęło się ogrodzenie z siatki. W zaroślach był tunel wielkości dziecka prowadzący do dziury w płocie i torów.

Pochyliliśmy się i podążyliśmy za Abigail.

Les­ley chichotała, gdy mokre gałązki smagały mnie po twarzy. Zatrzymała się, żeby sprawdzić dziurę w siatce.

- Nie została wycięta - zauważyła. - Wygląda na to, że powstała na skutek zużycia, może pomogły jej lisy.

Wzdłuż płotu walały się namoknięte paczki po chipsach i puszki po coli - Les­ley rozgarniała je czubkiem buta.

- Ćpuny jeszcze tu nie dotarły - rzuciła. - Nie ma igieł. - Spojrzała na Abigail. - Skąd o niej wiedziałaś?

- Dziurę widać z kładki.

Trzymając się od torów najdalej, jak się dało, zeszliśmy pod kładkę i ruszyliśmy w stronę betonowego wejścia do tunelu pod szkołą. Ściany pokrywały graffiti sięgające wysokości głowy. Starannie wysprejowane pękate litery w podstawowych kolorach, na których pojawiły się zamaszyste tagi wykonane różnymi materiałami, od farb w sprayu po mazaki. Według mnie admirał Donitz nie byłby zachwycony, mimo kilku swastyk.

Przynajmniej nie padało nam na głowy. Śmierdziało moczem, zbyt ostrym jak na człowieka - pomyślałem, że to sprawka lisów. Płaski sufit i rozstaw betonowych ścian bardziej przywodziły na myśl opuszczony magazyn niż tunel.

- Gdzie był? - zapytałem.

- Pośrodku, tam gdzie jest ciemno - odpowiedziała Abigail.

Oczywiście, pomyślałem.

Les­ley zapytała, co jej przyszło do głowy, żeby tu przychodzić.

- Chciałam zobaczyć Hogwarts Express.

Nie ten prawdziwy, dodała szybko. Bo to przecież fikcyjny pociąg, co nie? A zatem nie mógł to być prawdziwy Hogwarts Express. Ale jej przyjaciółka Kara, z mieszkania której widać było tory, twierdziła, że od czasu do czasu widywała parowóz - bo tak się je nazywa - i sądziła, że to pociąg, który odgrywał Hogwarts Express.

- Rozumiecie? - upewniła się. - Ten z filmów.

- I nie mogłaś go pooglądać z kładki? - zapytała Les­ley.

- Zbyt szybko jedzie - odparła Abigail. - Musiałam policzyć koła, ponieważ w filmie to GWR cztery tysiące dziewięćset Class pięć dziewięć siedem dwa, co daje układ cztery-sześć-zero.

- Nie wiedziałem, że jesteś trainspotterką - powiedziałem.

- Nie jestem - odparła i zdzieliła mnie w rękę. - Chodzi o liczby, żeby potwierdzić pewną teorię.

- Widziałaś pociąg? - zapytała Les­ley.

- Nie. Widziałam ducha. To dlatego zgłosiłam się do Petera.

Zapytałem, gdzie go widziała, a ona pokazała mi linie, które narysowała kredą.

- Jesteś pewna, że to się tu pojawiło?

- On się pojawił - poprawiła. - Ile razy mam powtarzać, że to on?

- Teraz go tu nie ma - stwierdziłem.

- No jasne, że nie - powiedziała Abigail. - Gdyby tu był przez cały czas, ktoś inny by już go zgłosił.

Słuszna uwaga, zapamiętałem sobie, że powinienem sprawdzić zgłoszenia, gdy wrócę do Szaleństwa. Znalazłem pomieszczenie koło biblioteki, w którym stały szafy na dokumenty pełne papierów sprzed drugiej wojny światowej. Wśród nich notesy wypełnione odręcznym pismem, w których odnotowano pojawianie się duchów - o ile zdążyłem się zorientować, wypatrywanie duchów było ulubionym hobby młodocianych adeptów czarnoksięstwa.

- Zrobiłaś zdjęcie? - zapytała Les­ley.

- Chciałam sfotografować pociąg - odpowiedziała Abigail. - Ale zanim wpadłam na to, że mogę zrobić zdjęcie, on zniknął.

- Czujesz coś? - Les­ley skierowała to pytanie do mnie.

Kiedy stanąłem w miejscu, gdzie był duch, pojawił się chłód, zapach butanu, który przebijał się przez smród lisiego moczu i mokrego betonu, chichot kreskówkowego psa Muttleya i ryk naprawdę potężnego silnika diesla.

Magia pozostawia ślady na otoczeniu. Używamy fachowego terminu vestigia. Najlepiej wchłania je kamień, a żywe istoty najsłabiej. Beton jest niemal równie dobry jak kamień, ale mimo to ślady mogą być słabe i prawie nierozróżnialne od artefaktów własnej wyobraźni. Nauczenie się, co jest czym, jest kluczową umiejętnością, jeśli chcesz praktykować magię. Chłód to prawdopodobnie wpływ pogody, a chichot, prawdziwy lub wyobrażony, pochodził od Abigail. Zapach propanu i ryk diesla czyniły aluzję do znajomej tragedii.

- No i? - zapytała Les­ley. Jestem lepszy w vestigia niż ona i nie tylko dlatego, że terminuję dłużej od niej.

- Coś tu jest - odparłem. - Zrobisz światełko?

Les­ley wyjęła baterię z komórki i kazała Abigail zrobić to samo.

- Ponieważ - dodałem, kiedy dziewczyna się zawahała - magia zniszczy mikroczipy, gdy będą podpięte do baterii. Nie musisz, jeśli nie chcesz. To twój telefon.

Abigail wyjęła Ericssona z zeszłego roku, otworzyła go z wyćwiczoną wprawą i wyjęła baterię. Skinąłem na Les­ley - mój telefon ma manualny wyłącznik, który zainstalowałem z pomocą jednego z kuzynów, który rozbrajał komórki, odkąd skończył dwanaście lat.

Les­ley uniosła dłoń, wypowiedziała magiczne słowo i wyczarowała nad nią światełko wielkości piłki golfowej. Magiczne słowo w tym przypadku brzmiało Lux, a kolokwialnie nazywaliśmy je właśnie światełkiem. To pierwszy czar, którego się uczysz. Światełko Les­ley emanowało perłowym blaskiem, które rzucało miękkie cienie na betonowe ściany tunelu.

- Ojacie! - westchnęła Abigail. - Potraficie czarować.

- Proszę bardzo - powiedziała Les­ley.

Przy ścianie pojawił się młody mężczyzna. Był białym nastolatkiem lub dwudziestolatkiem z burzą nienaturalnie jasnych włosów nastroszonych na żel. Miał na sobie tanie, białe tenisówki, dżinsy i roboczą kurtkę. Trzymał puszkę z farbą w spreju i z namaszczeniem malował łuk na betonie. Syk ledwie dał się słyszeć, ale nie było widać śladów świeżej farby. Kiedy przerwał, żeby wstrząsnąć puszką, usłyszałem stłumione grzechotanie.

Światełko Les­ley przygasło i zrobiło się bardziej czerwone.

- Poświeć jeszcze - powiedziałem.

Skupiła się i znowu na chwilę rozbłysło. Syk przybrał na sile i teraz widziałem, co sprejuje. Ambitnie - to było całe zdanie, które zaczynało się tuż przy wejściu.

- "Bądź doskonały, żeby..." - przeczytała Abigail. - Co to ma znaczyć?

Położyłem palec na ustach i zerknąłem na Les­ley, która przekrzywiła głowę, by pokazać, że może podtrzymywać magię przez cały dzień, jeśli zajdzie taka potrzeba - nie żebym jej na to pozwolił. Wyjąłem mój zwykły policyjny notatnik i przygotowałem ołówek.

- Przepraszam - powiedziałem najbardziej policyjnym tonem. - Czy możemy porozmawiać? - Naprawdę uczą tego tonu głosu w Hendon. Celem jest wyuczenie się tonu, który przebije się przez alkoholową mgłę, agresję lub randomowe poczucie winy, w którym pławi się obywatel.

Młodzieniec mnie zignorował. Wyjął drugą puszkę z kieszeni kurtki i zaczął cieniować krawędzie wielkiej litery K. Spróbowałem jeszcze kilka razy, ale zdawał się zdeterminowany, by skończyć słowo KAŻDY.

- Słoneczko moje - powiedziała Les­ley. - Odłóż to, odwróć się i porozmawiaj z nami.

Syczenie ustało, puszki wróciły do kieszeni i chłopak się odwrócił. Miał bladą, grubo ciosaną twarz i oczy ukryte pod ciemnymi okularami w stylu Ozzy'ego Osbourne'a.

- Jestem zajęty - rzucił.

- Widzimy - odparłem i pokazałem mu odznakę. - Jak się nazywasz?

- Macky - bąknął i wrócił do pracy. - Zajęty jestem.

- Co robisz? - zapytała Les­ley.

- Czynię świat lepszym miejscem - odpowiedział Macky.

- To duch - wyszeptała Abigail z niedowierzaniem.

- Ty nas tu przyprowadziłaś - zauważyłem.

- Tak, ale kiedy go widziałam, był bardziej przezroczysty - wyjaśniła. - O wiele bardziej.

Wytłumaczyłem jej, że żywi się magią, którą generuje Les­ley, co prowadziło do pytania, którego zawsze się obawiałem.

- A więc czym jest magia? - zapytała nastolatka.

- Nie wiemy. Nie jest żadną formą promieniowania elektromagnetycznego. To wiem na pewno.

- Może to fale mózgowe.

- Raczej nie. Ponieważ wtedy w grę wchodziłaby elektrochemiczność, co objawiałoby się w formie fizycznej, skoro promieniowałaby z głowy. Po prostu przyjmij, że to magiczna substancja lub splątanie kwantowe, co jest tym samym, co magiczna substancja, tylko że zawiera słowo "kwantowe".

- Będziemy z nim rozmawiać, czy nie? - zniecierpliwiła się Les­ley. - Bo jak nie, to je wyłączę. - Światełko zakołysało się nad jej dłonią.

- Hej, Macky! - zawołałem. - Pozwól na słówko.

Macky wrócił do swojego dzieła - kończył cieniowanie Y w słowie KAŻDY.

- Jestem zajęty - powtórzył. - Czynię świat lepszym miejscem.

- Jak zamierzasz to zrobić? - zapytałem.

Macky ku swojemu zadowoleniu skończył Y i cofnął się o krok, by podziwiać swoje dzieło. Staraliśmy się trzymać od torów najdalej, jak to możliwe, ale albo Macky godził się na ryzyko, albo, co bardziej prawdopodobne, po prostu się zapomniał. Zobaczyłem, że usta Abigail układają się w słowo "Cholera", gdy uświadomiła sobie, co się zaraz wydarzy.

- Ponieważ - powiedział Macky, a potem został uderzony przez pociąg widmo.

Minął nas niewidzialny i cichy, ale zostawił po sobie powiew gorącego powietrza i zapach diesla. Macky leżał obok szyn jak bezwładna kukła tuż pod literą O w słowie DOSKONAŁY. Rozległ się gulgot, jego noga drgała przez kilka sekund, po czym zupełnie znieruchomiał. Potem rozpłynął się w powietrzu, a wraz z nim jego graffiti.

- Mogę przestać? - zapytała Les­ley. Światełko wciąż było przytłumione. - Macky nadal czerpał z niego energię.

- Jeszcze chwilę - odparłem.

Usłyszałem ciche grzechotanie i spojrzawszy do tyłu, w stronę wjazdu do tunelu, ujrzałem ciemną i przezroczystą postać, która zaczęła sprejować zarys litery B.

Cykliczność, napisałem w notesie, powtarzalność - bezduszność?

Powiedziałem Les­ley, że może zgasić światełko i Ma­cky zniknął. Abigail, która rozpłaszczyła się przy ścianie tunelu, patrzyła, jak razem z Les­ley przeprowadzamy szybkie przeszukanie wzdłuż pasa ziemi koło torów. W połowie drogi do wejścia do tunelu znalazłem w piasku i podsypce zakurzone i rozbite okulary Macky'ego.

Podniosłem je i zamknąłem oczy. Jeśli chodzi o vestigia, zarówno metal, jak i szkło są nieprzewidywalne, ale wyłapałem stłumione takty rockowego gitarowego solo.

Zrobiłem notatkę o okularach - namacalnym potwierdzeniu istnienia ducha - i rozważałem, czy zabrać je ze sobą. Czy usunięcie czegoś tak integralnego z duchem z miejsca zdarzenia będzie miało na niego jakiś wpływ? A jeśli zabranie ich poczyni jakieś szkody lub zniszczy ducha, to czy to ma jakieś znaczenie? Czy duch jest osobą?

Nie przeczytałem nawet dziesięciu procent książek z nudnego księgozbioru o duchach. W zasadzie czytałem tylko podręczniki, które wskazał mi Night­ingale, i rzeczy takie jak Wolfe i Polidori, które wypłynęły podczas śledztwa. Z tego, co wyczytałem, jasno wynikało, że stosunek do duchów pośród czarowników zmieniał się z czasem.

Sir Isaac Newton, prekursor nowoczesnej magii, postrzegał je jako irytujące zakłócenie piękna jego ułożonego i schludnego wszechświata. W siedemnastym wieku nastąpiło wielkie poruszenie ku klasyfikacji duchów w podobny sposób, jak uczyniono z roślinami i zwierzętami, a w okresie oświecenia sporo dyskutowano na temat wolnej woli. W epoce wiktoriańskiej ludzie podzielili się na tych, którzy uznawali duchy za dusze, które należy ocalić, i tych, którzy uzna­wali je za formę duchowego zanieczyszczenia, które powinno się wyegzorcyzmować. W latach trzydziestych dwudziestego wieku skórzaną tapicerką Szaleństwa wstrząsnęły dwie teorie: względności i kwantowa; zaczęto gorączkowo kombinować, a biedne dusze zmarłych stały się obiektem badań i magicznych eksperymentów. Badacze doszli wówczas do wniosku, że duchy to niewiele więcej niż nagrania gramofonowe minionego życia i dlatego należy im się status, jaki mają muszki owocówki w laboratorium genetycznym.

Zapytałem o to Night­ingale'a, bo przy tym był, ale odparł, że w tamtym okresie rzadko zaglądał do Szaleństwa. Powiedział, że podróżował wówczas po Imperium i jeszcze dalej. Zapytałem, co tam robił.

- Pamiętam, że pisałem mnóstwo raportów. Ale nigdy do końca nie wiedziałem, czemu miały służyć.

Osobiście nie sądziłem, że to "dusze", ale dopóki nie dowiem się, czym są, będę obstawał przy etycznym postępowaniu. Wykopałem płytki dołek w podsypce w miejscu zaznaczonym przez Abigail i zakopałem w nim okulary. Zanotowałem czas i położenie, by przepisać je do akt w Szaleństwie. Les­ley zanotowała położenie dziury w ogrodzeniu, ale to ja miałem zadzwonić do Brytyjskiej Policji Transportowej, ponieważ oficjalnie wciąż była na zwolnieniu lekarskim.

Kupiliśmy Twixa i puszkę coli dla Abigail i wymusiliśmy na niej obietnicę, że będzie trzymała się z dala od torów, Hogwarts Expressu i innych pociągów. Miałem nadzieję, że upiorna śmierć Macky'ego wystarczy, by ją zniechęcić do chodzenia w to miejsce. Następnie podrzuciliśmy ją na tyły domu i ruszyliśmy w powrotem na Russell Square.

- Ten płaszcz był na nią za mały - zauważyła Les­ley. - No i jaka dziewczyna chodzi oglądać parowozy?

- Sądzisz, że coś złego dzieje się w jej domu? - zapytałem.

Les­ley wsadziła palec wskazujący pod dolną część maski i zaczęła się drapać.

- Kurwa, nie jest hipoalergiczna.

- Możesz ją zdjąć - zaproponowałem. - Już prawie jesteśmy na miejscu.

- Wydaje mi się, że powinieneś zgłosić to do pomocy społecznej - powiedziała Les­ley.

- Zapisałaś minuty?

- To, że znasz jej rodzinę - ciągnęła - nie oznacza, że wyświadczasz jej przysługę, ignorując problem.

- Porozmawiam z mamą - obiecałem. - Ile minut?

- Pięć - odparła.

- Ponad dziesięć.

W ciągu dnia Les­ley mogła czarować tylko przez krótki czas. To jeden z warunków postawionych przez doktora Walida, kiedy podpisał jej zgodę na terminowanie. Ponadto ma notować, jakie czary uprawia, i raz w tygodniu targać swoje cztery litery do szpitala UCH i wkładać głowę w rezonans magnetyczny, by doktor Walid sprawdził jej mózg na obecność zmian będących wczesnymi objawami degradacji hipertaumaturgicznej. Ceną za stosowanie magii w nadmiarze jest rozleg­ły wylew, jeśli ma się szczęście, lub śmiertelny tętniak mózgu, jeśli się go nie ma. Fakt, iż przed wynalezieniem rezonansu magnetycznego pierwszą, ostrzegawczą oznaką zbyt częstego używania magii była śmierć na miejscu, jest jednym z wielu powodów, dla których magia nigdy nie jest uznawana za hobby.

- Pięć minut - powtórzyła.

Osiągnęliśmy kompromis i stanęło na sześciu.

*

Detektyw inspektor Thomas Night­ingale jest moim szefem, moim zwierzchnikiem i mistrzem - ale jedynie w relacji nauczyciel-uczeń, jako mój nauczyciel - i w niedzielę zwykle siadamy do wczesnego obiadu w tak zwanej prywatnej jadalni. Jest odrobinę ode mnie niższy, szczupły, ma brązowe włosy, szare oczy, wygląda na jakieś czterdzieści lat, ale jest dużo, dużo starszy. Chociaż nie przebiera się do obiadu, zawsze odnoszę wrażenie, że powstrzymuje się od tego jedynie przez wzgląd na mnie.

Jedliśmy wieprzowinę w sosie śliwkowym, chociaż z jakiegoś powodu Molly uznała, że idealną przystawką będzie pudding Yorkshire i podsmażona kapusta z cukrem. Jak zwykle Les­ley udała się na posiłek do swojego pokoju - nie winiłem jej; ciężko jeść pudding z godnością.

- Na jutro zaplanowałem dla ciebie małą wycieczkę na wieś - powiedział Night­ingale.

- Dokąd tym razem? - zapytałem.

- Henley-on-Thames.

- Co znajduje się w Henley?

- Być może Mały Krokodyl - odparł. - Profesor Postmartin trochę pokopał i znalazł dla nas potencjalnych członków.

- Każdy chce być detektywem - zauważyłem.

Chociaż Postmartin jako kustosz archiwów i stary oksfordzki wyjadacz sam mógł namierzyć tych studentów, których nielegalnie uczono magii. Przynajmniej dwóch z nich osiąg­nęło status na wskroś nikczemnych czarowników, jeden był aktywny w latach 60., a drugi, ten, który żył i miał się dobrze, tego lata próbował zepchnąć mnie z dachu. Znajdowaliśmy się na wysokości piątego piętra, więc wziąłem to do siebie.

- Wydaje mi się, że Postmartin zawsze lubił się uważać za detektywa amatora - powiedział Night­ingale. - Zwłaszcza kiedy w grę wchodzi głównie wysłuchiwanie uniwersyteckich plotek. Sądzi, że znalazł jednego w Henley, a drugi mieszka w naszym pięknym mieście, przy Barbicanie. Chcę, żebyś jutro pojechał do Henley i trochę powęszył, sprawdził, czy praktykuje. Wiesz, co i jak. Les­ley i ja odwiedzimy tego drugiego.

Zgarnąłem sos śliwkowy resztką puddingu.

- Henley wykracza poza moją strefę komfortu - stwierdziłem.

- Tym lepiej. Będziesz mógł poszerzyć swoje horyzonty. - Night­ingale zbił mój argument. - Pomyślałem też, że mógłbyś to połączyć z "wizytą duszpasterską" u Beverley ­Brook. Wydaje mi się, że obecnie mieszka przy tej części Tamizy.

Przy Tamizie czy w niej?, pomyślałem.

- To mi się podoba - odparłem.

- Tak sądziłem.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki