Szepty Nigdybytu - K. R. P. Szalast

Kup ebooka

42.99 zł
32.24 zł (17,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

 - Co to było?

- Pewno duchy - zadrwił z kolegi nocny stróż i wypluł niedopałek papierosa. Wskazał palcem na teren budowy. - No co, Jaruś? Nie słyszałeś? Jak kopali fundamenty, to znaleźli masę ludzkich kości.

Latarka w dłoni młodszego strażnika zadrżała i snop światła padł na betonowy szkielet wieżowca. Chłopak przeskakiwał wzrokiem od okna do okna.

- I co z nimi zrobili? - zapytał słabym głosem.

- No jak to co? Ponoć inwestor kazał je wykopać i załadować na ciężarówkę. Czego nie wywieźli, to rozgnietli i zalali betonem. Teraz w środku straszy.

Jarek skrzywił się i schował latarkę do kieszeni.

- Może znowu ktoś kradnie druty?

- Mhm. To ja już chyba wolałbym te duchy. - Mężczyzna skinął dłonią, w której nie wiadomo skąd pojawił się kolejny papieros. - Przejdźmy się. Może nie spotkamy żadnego kościotrupa.

Nieco się ociągając, młodszy stróż zgodził się z kolegą i wspólnie ruszyli na obchód. Żaden z nich nie podejrzewał, że źródłem hałasów była przyczajona w ciemności dziewczyna, odziana w długi płaszcz z szarej skóry i maskę w kształcie szczurzej czaszki. Niewidzialna. Można było stać o krok od niej, patrzeć wprost na nią i nie dostrzegać nawet cienia.

Niemal opadała z sił. Od przeszło dwóch godzin uciekała przed grupą prześladowców noszących podobne kościane maski i słaniała się na nogach. Skrzywiła się i przycisnęła dłoń do zakrwawionego boku. Nie mogła pozwolić, by ją dorwali.

Gdy tylko głosy strażników przycichły, pokuśtykała do wnętrza budynku. Nie przejęła się historią o ludzkich kościach i duchach - w swoim ledwie czternastoletnim życiu była już świadkiem straszniejszych rzeczy. Jeden upiór w tę czy w tę nie robił jej różnicy.

Zmaterializowała się pod jedną ze ścian i oparła o nią plecami. Następnie podwinęła bluzkę, by przyjrzeć się ranie, i niemal natychmiast poczuła zawroty głowy.

Rozcięcie przebiegało na ukos - od lewej nerki aż pod prawą pierś - a w dodatku obficie krwawiło. Gdyby było nieco głębsze, zapewne już by zemdlała. Na szczęście moc szczurzego bóstwa, którego maskę nosiła, nie tylko czyniła ją niewidzialną, ale też pozwalała zachować przytomność, a w dłuższej perspektywie wyleczyć nawet tak głębokie rany. Dziewczyna potrzebowała tylko trochę czasu, a wtedy...

Nieopodal rozległy się kroki. Wstrzymała oddech, szty­w­niejąc. Znaleźli ją? Ostrożnie przeczołgała się do okna i wyjrzała na zewnątrz. Na pustym placu dostrzegła kończących obchód ochroniarzy i zbliżające się do nich dwie sylwetki. Zadrżała.

Starszy stróż wyciągnął papierosa z ust.

- A kto to się wlecze?

Postaci rozejrzały się wokół, zbliżyły do strażników i... wszyscy uścisnęli sobie dłonie.

- Macie co zapalić? - padło niewyraźne pytanie.

- Zbyszek ma.

- Już się sępy zleciały - westchnął starszy stróż. - A macie ogień? Chyba zgubiłem zapalniczkę.

Dziewczyna odetchnęła z ulgą. Dobiegające z zewnątrz śmiechy i rozmowa o czyhających na kable złomiarzach dodały jej otuchy. Miała nadzieję, że obecność tylu świadków zniechęci tych, którzy urządzili sobie na nią polowanie.

Nieco uspokojona, osunęła się na pachnącą cementem podłogę i zmaterializowała w swoich dłoniach bandaże, plastry i nożyczki. Trzymała to wszystko przy sobie w podręcznym wymiarze swojego bóstwa, na wypadek gdyby w czasie jednej ze swoich eskapad natrafiła na kogoś w potrzebie.

Jakie to ironiczne, stwierdziła w duchu, tamując krwawienie. Koniec końców to ja potrzebowałam ich jako pierwsza.

Przez moment zastanawiała się, czy nie zszyć rany, ale perspektywa przebicia się igłą chirurgiczną przez własną skórę wywoływała u niej dreszcze.

Będę musiała potrenować na gąbce, pomyślała. Albo na udkach do rosołu.

Kończyła już się opatrywać, gdy poczuła się nieswojo. Coś w jej najbliższym otoczeniu uległo zmianie, nie potrafiła jednak wskazać co. Jakaś fałszywa nuta w chrzęście żwiru? Zapach deszczu i mokrej ziemi niesiony przez wiatr? Szczekanie psów? Wyjrzała za okno, ale poza paplaniną nocnych stróżów słyszała tylko warkot samochodów przejeżdżających pobliską ekspresówką.

- Wszystko jest w porządku - uspokajała samą siebie. - Jeszcze cię nie znaleźli.

- Jesteś pewna?

Dziewczyna poczuła, że włosy jeżą się jej na karku. Usłyszała stukanie. Rytmiczne stukanie metalu o metal. Wstrzymała oddech i powoli obróciła głowę. Kilka kroków za nią stał człowiek żywcem wyrwany z sagi o wikingach. Masywny, ubrany w niewyprawione futra i skóry zwierząt, twarz skrywał za psią lub wilczą czaszką, a we włosach drgały mu orle pióra. Potężne dłonie zaciskały się na toporze.

Rzuciła się do ucieczki. Pobiegła schodami wiodącymi na czwarte, piąte, szóste piętro, nieustannie słysząc tuż za sobą oddech prześladowcy. Wypadła z klatki schodowej, poślizgnęła się na zapylonej posadzce i potykając się o wystające z podłogi pręty, ruszyła w głąb korytarza. Z zewnątrz dobiegały ją krzyki i odgłosy szarpaniny.

Przepraszam! - krzyczała w myślach. Tak bardzo was przepraszam...

Przycupnęła przy ścianie, starając się opanować paraliżujący strach. Resztkami sił stała się niewidzialna i zaczęła nasłuchiwać. Metaliczne dźwięki walki ucichły w jednej chwili. Ciszę mąciło tylko echo zbliżających się kroków.

- Wiem, że tu jesteś.

Głos był spokojny i pewny. Koniec gry, zdawał się mówić. Pora zdjąć pionki z planszy i schować je do pudełka. Umyć ząbki, zmówić paciorek i położyć się spać.

Wciąż utrzymując niewidzialność, wyjrzała zza rogu.

Wilk stał na szczycie schodów, w jednej dłoni trzymając wielki topór, a w drugiej zakrwawiony bandaż, który porzuciła w czasie ucieczki. Zza pleców prześladowcy wypadła trójka następnych, z wyglądu podobnych do niego, chociaż mniej korpulentnych i w strojach pozbawionych ozdób. Nie czekając na polecenie, rozbiegli się po piętrze niczym psy tropiące ranną zwierzynę.

- Jeżeli wyjdziesz teraz, to możemy się jeszcze dogadać...

Przerażający świst zagłuszył resztę wypowiedzi. W powietrze wzbiła się chmura odłamków i ukrywająca się dziewczyna nieomal krzyknęła. Tuż obok niej w zbrojonym betonie tkwił topór. Gdyby trafił w cel, najpewniej byłaby już martwa. Wycofała się do najbliższego pomieszczenia.

- Nie jesteś jedną z nich, zgadłem? - Mężczyzna zbliżył się do topora i bez wysiłku wyrwał go z ziemi. Nie mógł jej widzieć, jednak jakimś sposobem ruszył wprost na nią. - W takim wypadku po prostu oddaj mi swoją maskę, a nikomu nic się nie stanie. Ani tobie, ani tym ludziom na zewnątrz. - Zrobił pauzę. - Chyba nie chciałabyś mieć ich wszystkich na sumieniu? - Stanął na środku pokoju i szeroko rozłożył ręce. Przez chwilę tkwił nieruchomo, po czym prychnął z wyraźnym niezadowoleniem. Oczy błysnęły mu groźnie z wnętrza maski. Obrócił się, gdy do pomieszczenia wtoczył się kolejny człowiek.

O ile w ogóle można było go nazwać człowiekiem.

Obcy miał ponad dwa i pół metra wzrostu, chociaż mocno się garbił. W dłoniach trzymał wyrwany skądś kawał stalowej belki i ciągnął za sobą pokaźnych rozmiarów ogon pokryty łuską. Jego twarz, tak jak twarze wszystkich pozostałych, zakryta była czaszką - tym razem ogromnego gada. Dziewczyna nie mogła jej rozpoznać, ale domyślała się, że należała do aligatora bądź, co bardziej prawdopodobne, do krokodyla. Przerażona, spojrzała za przybyszem i odsunęła się jak najdalej. Czuła od niego woń rzecznego mułu.

- Cooo... robić? - odezwał się przytłumionym, gardło­wym głosem. Mowa sprawiała mu wyraźną trudność.

- Szukaj jej.

- G-gdzieee? Tuuu?

- Tak. - Wilk oddalił się od Krokodyla o kilka kroków i powiódł dłonią po pomieszczeniu. - Właśnie tutaj.

Krokodyl gwałtownie wywinął żelastwem. Dziewczyna jęknęła, gdy w powietrzu zagwizdało kilkadziesiąt kilogramów stali. Nie miała już dokąd uciec - przy wszystkich drzwiach stały mniejsze Wilki.

- Może jeszcze nie zdajesz sobie z tego sprawy, ale maska, której mocą tak beztrosko władasz, jest niebezpieczna - oświadczył Wilk Przewodnik. - Nie wyobrażasz sobie nawet, z czym wiąże się obcowanie z bóstwami. Jak bardzo trzeba się przy nich pilnować, uważać na wszystko, co się mówi, myśli, a nawet śni...

Powietrze po raz kolejny przeszył świst stali. Serce dziewczyny biło jak szalone. Co teraz?! Rozejrzała się uważnie i dostrzegła wąską szczelinę w suficie, przez którą z wyższego piętra zwisała wiązka przewodów. Przywódca grupy musiał przeczuwać, że będzie chciała wybrać tę drogę ucieczki, bo stanął tuż pod otworem, z rękami skrzyżowanymi na piersi.

- Nie rozumiesz, że mogę ci pomóc? - Jego spokój kontrastował z szaleńczymi wysiłkami Krokodyla. - W porządku. Więc skoro nie chcesz się pozbyć maski, dlaczego nie dołączysz do mnie? Szczury to zwierzęta stadne, a w mojej watasze jest miejsce dla każdego. Chociaż potrzebowałabyś paru treningów...

Dziewczyna patrzyła na niego w panice. Musiała się stąd wydostać, natychmiast! Uciec, nim w końcu ulegnie i zginie, zupełnie sama, w tym przeklętym pokoju na szós­tym piętrze wieżowca.

Zagryzła zęby. Nagle do głowy wpadł jej pomysł nie tyle odważny, ile po prostu szalony. Unikając kolejnego ciosu Krokodyla, zaszła Przewodnika od tyłu i jednym susem wskoczyła na jego barki.

Przewodnik zareagował błyskawicznie. Wyciągnął dłoń w jej stronę i zacisnął palce.

Niewystarczająco szybko. Dziewczyna odbiła się od niego i chyba tylko cudem przecisnęła przez otwór w suficie.

Coś załomotało. Jakiś przedmiot wbił się w ścianę obok niej, ale nie oglądała się za siebie. Pędziła naprzód, potykając się o rury, pręty i wystające zewsząd przewody. Nieukończoną klatką schodową wbiegła jeszcze wyżej, aż znalazła się na ostatnim piętrze, które nie miało nawet sufitu. Dopadła do krawędzi i wtedy uświadomiła sobie swój błąd. Znalazła się w pułapce, z której jedynym wyjściem był skok z ósmego piętra, wprost na nagi beton czekający w dole.

Nie, to zbyt wiele, nawet dla mocy maski. Gdy dziewczyna była w pełni sił, mogła z jej wsparciem stać się szybsza i zwinniejsza, a na zawołanie równie przezroczysta co powietrze. Teraz jednak nie mogła nawet ustać w miejscu, a co dopiero walczyć czy przeżyć taki skok. Pozostawało jej tylko jedno: przycupnąć w kącie i czekać.

Z klatki schodowej pierwszy wyłonił się Krokodyl. W dłoniach zaciskał już nie belkę, ale ogromny berdysz odlany z brązu. Zatoczył nim szeroki łuk, nie zważając na podążających za nim towarzyszy.

- MASKAAA! - darł się bezmyślnie.

Przewodnik ledwie uchylił się przed trafieniem. Czym prędzej kopnął oszalałego towarzysza w zgięcie kolana i posłał go na klęczki. Krokodyl próbował się poderwać, Wilk chwycił go jednak za głowę i pchnął ku ziemi.

- Ty jełopie - warknął. - Uspokój się.

Przez chwilę wyglądali, jakby mieli skoczyć sobie do gardeł. Dziewczyna wstrzymała oddech w oczekiwaniu na jatkę, lecz Krokodyl drgnął tylko, jakby się obudził. Posłusznie opuścił broń i nieco już bystrzejszym wzrokiem zaczął wodzić dookoła. Wilki dołączyły do niego, z każdą chwilą zbliżając się do nastolatki w potrzasku.

Mogła jedynie żywić nadzieję, że pozostanie niezauważona, albo rzucić się w dół, ku pewnej śmierci.

- To nie musi się tak skończyć - oświadczył Przewodnik, jakby czytał jej w myślach. Reszta Wilków zawtórowała mu pomrukami aprobaty. - Wiem, że po tym, co widziałaś, to trudne, ale musisz mi zaufać. Obiecuję, że dam ci spokój. Ja zabiorę maskę, a ty będziesz mogła wrócić do normalnego życia.

Przygryzła wargę. Ukryte w masce bóstwo towarzyszyło jej, odkąd sięgała pamięcią. Było przy niej każdego roku, gdy zdmuchiwała świeczki na torcie urodzinowym, uspokajało, gdy brat wyprowadzał ją z równowagi, i chwaliło, gdy rodzice zdawali się nie dostrzegać jej sukcesów. Uniosła dłonie ku twarzy i przejechała palcami po gładkiej kości. Normalne życie?

Przecież to było normalne życie.

- Zdaję sobie sprawę, że to dla ciebie trudne - kontynuował Wilk - ale wiedz, że tak będzie najlepiej. Na początku jest wspaniale, bóstwa dbają o nas i obsypują darami, ale później... Jeżeli będziesz grała w tę grę, odbiorą ci wszystko, co dla ciebie cenne. Pora rzucić kartami i wstać od stołu.

Dziewczyna zamknęła oczy. Po jej policzkach popłynęły łzy. Tak bardzo bała się oddać maskę, jeszcze bardziej jednak bała się stracić życie.

Jesteś tam? - zapytała bezgłośnie, lecz nie usłyszała odpowiedzi.

Jej bóstwo milczało. Czy ono również mogło się bać? Czy koncept, myśl, idea mogły czuć lęk? A może strach był domeną wyłącznie ciała?

Wzięła głęboki oddech i otworzyła usta.

A więc to skończy się właśnie w ten sposób.

W oddali rozbrzmiało wycie syren. Dziewczyna zamarła w połowie gestu, gdy maska już niemal zupełnie odsłaniała jej twarz. Wilki spoglądały po sobie niespokojnie. Wkrótce pojawiły się pierwsze błyskające światła, pod budynkiem zatrzymywały się kolejne samochody.

Krokodyl zbliżył się do krawędzi i spojrzał w dół.

- Mógłbym ich zmiażdżyć.

Przewodnik pogładził się po kościanej brodzie. Nawet jeżeli był zdenerwowany, to nie zdradzał tego żadnym ruchem. Skinął dłonią, dając grupie sygnał do odwrotu, i wkrótce na najwyższym piętrze zostali już tylko on i słaniająca się na nogach nastolatka.

- To była twoja szansa, aby uwolnić się od tego przekleństwa, ale ją odrzuciłaś - zwrócił się do niej. - Ani się obejrzysz, a stracisz przez nie wszystko, co kochasz. - Głos Wilka zadrżał przelotnie. - Dzisiaj zostawiam cię już w spokoju, nie ciesz się jednak - rzucił ostrzegawczo i odwrócił się ku schodom. - Poza mną są jeszcze inne siły. Straszniejsze i bardziej bezwzględne. Zapamiętaj, co tu usłyszałaś.

Została sama. Bezsilnie opadła na ziemię, na powrót stając się widzialna. Gdy policja zaczęła przetrząsać budynek, a na parkingu pojawiły się karetka i straż pożarna, odważyła się zejść na dół. Przekradła się na zewnątrz, przyciskając rękę do rany. Jej ubranie całkiem przesiąkło krwią. Minęła z daleka pobitych ochroniarzy, którzy gorączkowo opowiadali o napaści, i zniknęła w jednym z zaułków śpiącego miasteczka.

Gdzieś w oddali rozbrzmiewało wycie samotnego wilka.

rozdział 2Bądź pozdrowiona

1

Krajobraz podskakiwał za oknem busa niczym nagrany amatorską kamerą film. Susan wpatrywała się w lasek na horyzoncie. Gdzieś tam zostawiła przeklętą czaszkę i miała nadzieję, że dzięki temu jej życie wróci do normy.

Guzy na głowie, skaleczenia na rękach i siniaki na całym ciele dawały o sobie znać przy każdym ruchu, przypominając, że jej nocna wyprawa i atak hordy wściekłych kruków nie były tylko kolejnym złym snem. Powoli zaczynała rozumieć fenomen starego horroru, o którym opowiadał jej Sebastian. Wstrętne ptaszyska. Wzdrygnęła się, starając się skierować myśli na cokolwiek innego niż dziesiątki par skrzydeł bijących jej nad głową i dzioby, które sięgały zdecydowanie zbyt blisko oczu. Resztę ostatniej nocy spędziła, chlipiąc pod prysznicem, a wychodząc do szkoły, założyła bluzę z kapturem i rękawiczki, po czym rzuciła tylko krótkie "spóźnię się" zdziwionemu dziadkowi i wybiegła z domu.

Kiedy bus zatrzymał się na dworcu w Bukowicach, zobaczyła siedzącego na ławce Sebastiana. Chłopak wpychał sobie do ust ogromną drożdżówkę, a na swoją kolej czekały już trzy kolejne.

- Nie za ciepło na rękawiczki? - rzucił.

Susan schowała dłonie do kieszeni bluzy.

- Jakoś tak przemarzłam - odparła, siląc się na uśmiech. - Co ty tu robisz?

- Dbam o utrzymanie cukru we krwi na odpowiednim poziomie. - Wskazał głową pakunek. - Mama dała mi na drogę. Chcesz jedną?

- Nie, dzięki. Co tutaj robisz? - zdziwiła się. - Myślałam, że twój autobus przyjeżdża dużo wcześniej?

Chłopak wzruszył ramionami.

- Pomyślałem, że przejdę się dzisiaj z tobą. Zwykle brakuje mi czasu na coś takiego.

Susan uniosła brew z powątpiewaniem.

- A teraz masz go wystarczająco?

- Tego akurat nie powiedziałem.

Zaczekała, aż Sebastian schowa prowiant do plecaka, i razem ruszyli w kierunku szkoły.

- Wyglądasz o wiele lepiej niż wczoraj - stwierdziła po chwili.

- Mhm. Ale z tobą, widzę, jest jeszcze gorzej. Co się stało?

- Wiesz co - zaczęła, długo ważąc słowa - możesz uznać mnie za wariatkę, ale z tą czaszką faktycznie było coś nie tak. - Obniżyła głos. - Nie wierzę, że to mówię, ale chyba była nawiedzona.

Ku zdziwieniu Susan chłopak nie zaśmiał się, a jedynie powoli pokiwał głową.

- Myślałem, że kto jak kto, ale ty nie będziesz wierzyła w takie rzeczy.

- Bo nie wierzę. - Wydęła policzki. - Zresztą poszłam za twoją radą, to wszystko.

Sebastian spojrzał na nią zaskoczony.

- Coś nie tak? - zapytała zdziwiona.

- Ależ skąd. Po prostu cieszę się, że mnie posłuchałaś. - Odchrząknął. - Mogłabyś mieć przez to dziadostwo masę problemów.

- Na przykład? - zaciekawiła się.

- Zarazić się czymś i zachorować. Akceptuję twoją pasję, serio, trzeba mieć jaja, żeby tak zapamiętale odstraszać od siebie ludzi, ale obrabianie zwłok nie jest najbezpieczniejszą rzeczą na świecie.

- Przecież uważam.

- Ta, jasne, już nie raz widziałem to twoje "uważanie". - Wykonał gest oznaczający cudzysłów. - Dzisiaj też miałaś koszmary?

- Chyba nie... Przynajmniej żadnych sobie nie przypominam.

Już w klasie, Susan rozparła się na krześle, rozmyślając nad słowami przyjaciela. Nawet jeżeli czerep nie był prawdziwy i nie został przeklęty, to mógł być siedliskiem jakichś bakterii. Co prawda nie czuła się chora, ale w jej domu były też inne osoby. Co, jeżeli ten antyczny ptak zmarł na chorobę, która sprawiła, że kruki zachowywały się w tak dziwny sposób? Pogładziła się przez materiał po poranionej skórze.

- Seba? Czy ptaki mogą mieć wściekliznę?

- O ile pamiętam, to choroba wyłącznie ssaków, chociaż na przykład oposy są na nią odporne. Hmm... zdaje się, że to przez to, że mają obniżoną temperaturę ciała. Czemu pytasz?

Susan machnęła ręką i rozejrzała się po klasie, w której panował zwyczajowy harmider.

- Po prostu jestem ciekawa. - Oparła podbródek na blacie i rozłożyła się na ławce.

- Zaraz ktoś do nas przyjdzie, jeśli się nie uspokoją - stwierdził z przyganą Sebastian, obrzucając karcącym wzrokiem kolegów i koleżanki. - Idioci. Moglibyśmy mieć wolną godzinę.

- Zawsze możesz powiedzieć, żeby się zamknęli - zauważyła Susan, podnosząc na chwilę wzrok.

Chłopak westchnął z rezygnacją.

- Po co? I tak nikt mnie nie posłucha.

Jak na zawołanie drzwi do klasy się otwarły i do środka wszedł nie kto inny, jak profesor Kruszyński. Wszyscy momentalnie ucichli i wpatrywali się w zmęczonego życiem wychowawcę.

- Czy wy jesteście poważni? Słychać was aż w pokoju nauczycielskim!

- No bo mieliśmy mieć polski...

- Ale nie będziecie mieć polskiego - uciął nauczyciel. - Pani Mioduszewskiej wypadła pilna sprawa, więc będziecie mieli zastępstwo. Niestety - dodał, kiedy po klasie rozniósł się szmer niezadowolenia. - Mnie też to nie pasuje. Wolałem w spokoju poprawiać testy.

- A ma pan nasze? - zapytał Paweł, odrywając wzrok od telefonu.

- Tak, i muszę przyznać, że jestem rozczarowany. Zaledwie dwie piątki, jedna czwórka, trochę trójek, a reszta to dwóje i pały. - Rzucił teczkę na biurko. - Przyłóżcie się w końcu do nauki. Wcale nie robię trudnych testów.

Oczywiście, pomyślała Susan z przekąsem.

Nauczyciel powiódł wzrokiem po podopiecznych, po czym westchnął ciężko.

- Bądźmy szczerzy. Kto poświęcił czas na naukę? Albo chociaż raz przeczytał podręcznik lub zeszyt? No? Podnieście ręce.

Susan niepewnie uniosła dłoń, tak jak to zrobiła zaskakująca większość klasy. Głupio jej było się przyznać, że nie poświęciła na naukę ani minuty.

Profesor uśmiechnął się z niedowierzaniem.

- Dobrze. Skorzystajmy więc z dodatkowej godziny na omówienie tego niezwykle trudnego sprawdzianu. - Kruszyński usiadł za biurkiem i otworzył teczkę, z której wyciągnął testy. Pedantycznie ułożył je na blacie, po czym wziął do ręki pierwszy z nich. - Dominika, oczywiście jedynka. Naprawdę nie wiem, co z tobą zrobić...

Dziewczyna ostentacyjnie wbiła wzrok w okno.

- Jeśli się nie poprawisz, to czarno widzę twoją przyszłość. Paweł, jedynka. Wojtek z Tomaszem po dwójce. Bartek, czwórka. Wujek cię douczał, co nie? Tak myślałem, jakbym czytał pracę Romana... Wiktoria. - Nauczyciel utkwił wzrok w blondynce. - Piątka. Nie wiem, jak ty to robisz, ale w końcu dojdę do tego, jak ściągasz.

- To wstrętne pomówienie - odparła z rozbawieniem, na co Kruszyński zmarszczył brwi.

- Jak już nie raz zaznaczałem, nie lubię kłamców, ale masz rację. Obowiązuje zasada domniemania niewinności i brak dowodów ostatecznie czyni cię niewinną. Susan...

Dziewczyna wstrzymała oddech.

- Dwója. Wiem, że nie masz aż tak pusto w głowie, jak starasz się udowodnić, ale mogło być zdecydowanie lepiej. Michał i Grzesiek, trója. Wasze odpowiedzi są praktycznie identyczne, jakbyście mieli jeden umysł. Nawet przecinki tak samo stawiacie!

- Bo razem się uczymy, panie profesorze - odezwał się Grzesiek, składając rozłożony na części długopis.

- Cieszy mnie wasza praca, ale wiem, że stać was na więcej. Kamil, jeden, Weronika, jeden. Damian, dwa. Sebastian, pięć...

Nauczyciel kontynuował odczytywanie ocen, a Susan szturchnęła Sebastiana, który zaczął przysypiać.

- Dostałeś pięć z testu.

- Tak? - zdziwił się chłopak. - Aha. No to dobrze...

Susan pokręciła głową. Przyjaciel niemal zawsze dostawał świetne oceny, zachowywał się jednak w taki sposób, jakby nie robiło to na nim wrażenia.

- Jak tyś to zrobił?

- Samo wchodzi mi do głowy. A ty co masz?

Skrzywiła się lekko.

- Nie słyszałeś? Dwóję.

- No to przynajmniej zaliczone.

Rozdawszy testy, Kruszyński znów usiadł za biurkiem i teatralnie westchnął.

- Ciekawi mnie, czy macie jakieś plany na wakacje. Bo jeśli nie poprawicie ocen, to z większością z was będę musiał się spotkać w sierpniu. Chcecie tego? Marnować lato przez brak zainteresowania nauką?

Nikt nie odpowiedział. Nauczyciel rozmasował skroń, po czym zamyślił się, patrząc przez okno. Przez dłuższą chwilę panowała niezręczna cisza, podczas której uczniowie zaczęli wiercić się w ławkach.

- Dobrze. - Kruszyński wreszcie odwrócił się w ich stronę. - Przejdźmy więc do legendy o królu Kraku i przypomnijmy rzeczywisty kontekst historyczny.

2

- Idziemy na ciacho? - zapytała Susan, pakując plecak.

Dzwonek obwieścił właśnie koniec ostatniej lekcji i wszyscy spieszyli się, aby jak najszybciej wyjść ze szkoły.

Sebastian westchnął ciężko i spojrzał na zegarek.

- Chęci mam, ale z czasem średnio.

- Od początku roku nie masz czasu. Gdzie ci się tak spieszy?

- Wiesz, mama...

- A może już po prostu ma cię dość? - wtrąciła się Wiktoria, przechodząc obok, i posłała Susan drwiące spojrzenie. - Z całego serca cię rozumiem, Seba. - I odeszła, nim zdążyli jej odpowiedzieć.

- Nie przejmuj się nią. - Sebastian spojrzał na przyjaciółkę. - Wiesz dobrze, że jest idiotką, co nie?

- Wiem... - odparła cicho Susan, zakładając plecak. - Muszę iść, spóźnię się na busa.

Wyszła z klasy, a chłopak ruszył za nią, przepychając się przez tłum uczniów.

- W sumie to mam jeszcze trochę czasu...

- A mama? - zdziwiła się.

- Nic się nie stanie, jak chwilę poczeka.

- Nie musisz się silić na litość z powodu Wiktorii. Jej teksty już po mnie spływają, serio. Zresztą gorsze docinki słyszałam od własnego dziadka, jak byłam dzieciakiem.

- Nie silę się na litość. Po prostu spadł mi cukier i nabrałem ochoty na coś dobrego. No chodź. - Szturchnął ją ramieniem. - Pójdziemy do Rzymu i pogadamy o klątwach i starożytnych zarazkach. Co ty na to?

Nareszcie! Kiedyś szwendali się razem niemal codziennie, ale teraz nie pamiętała już, kiedy ostatnio spędzali wspólnie czas po lekcjach. Wyszli ze szkoły i skierowali się w stronę rynku, ale później, zamiast w ulicę Ogrodową, która prowadziła na dworzec, skręcili do parku. Minęli drewniany kościół, który podobno pamiętał jeszcze jedno z powstań niepodległościowych, i stanęli przed witryną kawiarni z piejącym kogutem z drewna na szyldzie. Już po chwili siedzieli przy niewielkim stoliku na zewnątrz, a przed nimi leżały dwa kawałki sernika. Jedli go małymi kęsami, w niezręcznym milczeniu.

- Seba? - odezwała się Susan. - Od jakiegoś czasu się o ciebie martwię...

- Niepotrzebnie - wszedł jej w zdanie. - Nic mi nie jest.

- Aha, pewnie. Ciągle jesteś zmęczony i nieobecny. Ja... - zawahała się. Wiedziała, jak delikatny jest temat, który zamierza poruszyć. Wiedziała, że jedno nieostrożne słowo może uczynić więcej złego niż dobrego. - Ja też wiem, jak to jest stracić ojca - podjęła ostrożnie. - Chociaż mój umarł, zanim zdążyłam go poznać, to i tak bardzo mi go brakuje. Pomyślałam, że może powinieneś się wygadać, tak jak kiedyś ja wygadałam się tobie...

Chłopak wzdrygnął się zauważalnie i przewrócił oczami.

- Nie chcę o tym rozmawiać - odparł chłodno. - Matka każe mi chodzić co tydzień na terapię. Zresztą nawet nie w tym rzecz. - Zamilkł i długo się nad czymś zastanawiał. - Słyszałaś o tej całej Watasze, nie?

- Pewnie, jak wszyscy. Miejska legenda. Chyba że chodzi ci o serial. Ale to wiesz, że nie oglądam telewizji.

Sebastian sięgnął po telefon, szukał czegoś przez chwilę, po czym podał komórkę dziewczynie. Na ekranie widniało ujęcie z kamer, przedstawiające grupę ludzi w zwierzęcych maskach, stojących pośrodku zdemolowanej sali.

- Chodzi o tych gangsterów, co podobno okradają muzea. Oni naprawdę istnieją - oświadczył, pokazując jej kolejne niewyraźne zrzuty ekranu. - Napadają też na autobusy, a raz zatrzymali konwój z pieniędzmi w Krakowie. Podobno wywiązała się strzelanina. Mama boi się teraz, że mogą chcieć obrabować sklep...

Susan zaczęła przeglądać zdjęcia z akcji Watahy. Patrząc na ich przebrania, czuła, jak z każdą chwilą rośnie w niej niepokój. W dłoniach trzymali pałki i maczety, a na twarzach mieli...

Czaszki?

- Nawet gdyby chcieli, to co ty możesz zmienić? Poza tym wygląda na to, że oni okradają jubilerów i generalnie ludzi z hajsem, a twoja mama prowadzi piekarnię. Chyba nie poszedłbyś się z nimi bić o bułki?

Chłopak spuścił wzrok i wzruszył ramionami.

- Jasne, że nie. Po prostu mama czuje się bezpieczniejsza, kiedy w sklepie są dwie osoby. Od śmierci taty ma ataki paniki, świruje, boi się, że i mnie się coś stanie. Dlatego nigdzie się nie włóczę.

Susan wyczuła lekkie drżenie w głosie Sebastiana, gdy tylko wspomniał o ojcu.

- Dlatego zamyka cię w klatce? - zapytała, a oczy Sebastiana zrobiły się okrągłe jak pięciozłotówki. - Dom, szkoła, dom, szkoła. Przecież w taki sposób nie da się żyć.

Nie odpowiedział. Zacisnął dłonie na spodniach, a jego usta zmieniły się w wąską linię. Susan natychmiast pożałowała swoich słów. Wiedziała, że Sebastian był mocno związany z tatą, i pamiętała, jak nieomal wpadł do jego grobu na pogrzebie. Od tego czasu minęło niewiele ponad rok i wyglądało na to, że przyjaciel wciąż się nie pozbierał.

Spojrzała na niego kątem oka.

Może jednak nie była tak dobrą przyjaciółką, za jaką się uważała? Spuściła głowę i wzięła do ust kawałek ciasta. Nagle wydało jej się suche, gąbczaste.

- Wiesz, że jeśli chciałbyś się wygadać, to zawsze cię wysłucham. Może nie będę w stanie ci pomóc - dodała cicho - ale...

- Wiem. - Uśmiechnął się blado. - Ale z niektórymi rzeczami muszę poradzić sobie sam. Przemyśleć je, przeczekać...

- Rozumiem...

Ale nie rozumiała. Dlaczego Sebastian, który tak chętnie wysłuchiwał problemów innych, sam nie chciał nikomu powiedzieć, przez co przechodzi? Dlaczego nie chciał powiedzieć jej? Przecież byli blisko. Tymczasem chłopak szukał ucieczki w książkach, a jednocześnie izolował się od innych. Nie rozmawiał nawet z nikim z ich klasy.

- Susan... miałem ci tego nie mówić, ale...

Nim zdążył dokończyć, na stole pomiędzy nimi wylądował kruk, kracząc wniebogłosy. Oboje krzyknęli zaskoczeni. Chłopak zaczął wymachiwać rękami, próbując przegnać ptaszysko, ale zdawało się, że tylko bardziej je rozjuszył. Ptak w końcu wzbił się w powietrze i przysiadł na dachu pobliskiego sklepu papierniczego, ale nie bez wcześniejszego zrzucenia na ziemię zawartości stolika. Susan mogłaby przysiąc, że gapił się wprost na nią. W końcu odleciał z głośnym krakaniem.

- Susan? - Sebastian chwycił ją za ramię. - Na pewno zakopałaś tę czachę?

Pokiwała głową i spojrzała mu w oczy.

- Coś sugerujesz?

- Ja... nie... - Poprawił bluzę, wyraźnie zakłopotany. - Po prostu wszystko się zaczęło, kiedy ją znalazłaś, tak? Może te ptaszyska faktycznie zaraziły się jakąś chorobą? - wydusił, na co Susan aż się wzdrygnęła. - Na Syberii niedawno wyginął prawie cały gatunek jeleni, bo z wiecznej zmarzliny uwolniło się jakieś superzapalenie płuc. Dotykałaś jej gołymi rękami albo się nią zacięłaś?

Susan popatrzyła na niego coraz bardziej zdezorientowana i schowała za siebie dłonie, na których ciągle miała rękawiczki.

- Tak - jęknęła. - Myślisz, że powinnam się zbadać?

- Na pewno. I zadbaj, żeby to coś znalazło się pod jakimś kamulcem albo na dnie jeziora. Okej? A tymczasem dzięki za spotkanie, ale muszę spadać. - Spojrzał na zegarek. - Ty masz jeszcze trochę czasu. Zapytaj w kawiarni, może wymienią ci to ciastko.

No i skończyło się jak zawsze. Z rezygnacją pomachała przyjacielowi na pożegnanie i zebrała z ziemi resztki talerza, przepraszając przechodzącą kelnerkę za problem. Ta faktycznie zaproponowała jej drugi kawałek sernika, ale dziewczyna odmówiła i jak najszybciej ruszyła w stronę dworca. Nie miała już ochoty na słodycze.

Zamierzała pozbyć się tej przeklętej czaszki - raz na zawsze.

3

Susan wpadła do domu i nawet nie popatrzyła na dziadka, który siedząc w swoim pokoju, powiódł za nią zdziwionym spojrzeniem. W kuchni wyrzuciła wszystkie książki na stół i włożyła do plecaka opakowanie indyczego mięsa na gulasz, po czym pobiegła do barku, w którym babcia trzymała dewocjonalia.

- Mogę wiedzieć, co robisz? - zapytał dziadek, obserwując krzątającą się Susan z progu pokoju. - I czy widziałaś gdzieś może szpadel?

- Yyy... - Schowała za plecami słoik wody święconej. - To skomplikowane.

- Skoro tak, to może zacznijmy od tego. - Wskazał palcem na wystający z jej kieszeni drewniany krzyż.

Susan zaśmiała się i zakryła go koszulką.

- Chcę... yyy... wziąć go na religię?

Dziadek spojrzał na nią podejrzliwie.

- To twoja odpowiedź czy pytanie?

- Nie - odparła szybko i odchrząknęła. - Naprawdę potrzebuję go do szkoły.

Dziadek westchnął.

- A reszta? - zapytał, ale Susan nie umiała znaleźć żadnej odpowiedzi. - No dobrze. Skoro nie chcesz mówić, to nie mów - oświadczył wreszcie. - Ale, do diaska, nie zrób nic głupiego i nie zniszcz tego krucyfiksu, bo babka przywiozła go z Węgier, a tym bardziej nie przynoś do domu...

- Żadnego truchła - dokończyła za niego. - Wiem i nie mam zamiaru, wręcz przeciwnie. Znaczy... nie żebym coś miała...

Mężczyzna uniósł dłoń w wymownym geście i Susan zamilkła. Po chwili ponownie westchnął i poczłapał do swojego pokoju, by na powrót zapaść się w wysłużonym zielonym fotelu.

- Zrób to po prostu tak, żeby babka nie urządziła nam kółka pokutniczego. - Włączył telewizor i zaczął skakać po kanałach. - A tym bardziej żeby nie dowiedziała się o tym twoja matka.

Susan skinęła głową, wdzięczna dziadkowi, że postanowił nie drążyć tematu. Spakowała do plecaka latarkę i słoik wody święconej, po czym wyszła z domu i skierowała się prosto do szopy, rozganiając po drodze stadko kur. Przez dłuższą chwilę patrzyła na wiszącą na ścianie dubeltówkę, w końcu jednak stwierdziła, że są rzeczy, których dziadek nie puściłby jej płazem. Założyła tylko maskę do koszenia trawy, grube rękawice i stary kask budowlany, po czym ruszyła w stronę lasu.

Już z daleka dostrzegła kruki obsiadające drzewa. Szła coraz wolniej, nie mogąc uwierzyć w to, co widzi: jak okiem sięgnąć gałęzie dębów i buków uginały się pod ciężarem skondensowanej, podrygującej niespokojnie czerni. Żadne ze zwierząt nie wydało z siebie jednak chociażby jednego dźwięku. Niczym obdarzone zbiorową świadomością, spoglądały w stronę Susan, śledząc każdy jej ruch.

Dziewczyna zacisnęła dłoń na krucyfiksie, wysunęła go przed siebie i wzięła głęboki oddech.

- Na co czekacie? Mam wam wyrecytować: "Chociażbym chodził ciemną doliną..." czy może wolicie Barkę? Odwalcie się!

Gałęzie zafalowały, gdy zaczęła się zbliżać do płytkiego otworu w ziemi, który wykopała tu poprzedniej nocy. Część kruków wzbiła się w powietrze i kołowała teraz nad Susan niczym wir smoły. Ona sama szła naprzód, mając nogi jak z masła.

- No już. Dobre, przerażające ptaszki. Cip, cip, cip - wyszeptała drżącym głosem, rozrywając opakowanie z mięsem. Nabrała go pełną garść i rzuciła przed siebie, ale zwierzęta zignorowały apetyczne kąski. Powoli zaczynała żałować, że nie zabrała ze sobą dubeltówki.

Stanęła w miejscu, w którym wczoraj próbowała pozbyć się swojego problemu. Zbliżyła się do dołka i jej oczom ukazał się znajomy, przeklęty przedmiot. Z jakiegoś powodu ptaszyska musiały go wygrzebać. Starając się nie wykonywać gwałtownych ruchów, schyliła się po czaszkę.

Kruki zdawały się tylko na to czekać. Niczym wiedzione wspólnym impulsem, wzbiły się w powietrze i rozpierzchły na wszystkie strony. Susan drgnęła zaskoczona. W jednej chwili otaczało ją kilka tysięcy par ślepiów, które śledziły każdy jej krok, a w następnej była zupełnie sama.

Ściągnęła z twarzy maskę do koszenia, która przysłaniała jej widok, i spojrzała na trzymany przedmiot. Podniosła go do oczu, aby lepiej mu się przyjrzeć. Z jakiegoś powodu wydało jej się, że dziś wygląda inaczej. Runy wygrawerowane na kościanej powierzchni zdawały się głębsze i wyraźniejsze, a sama kość była bielsza i gładsza. Obróciła ją ku sobie wewnętrzną stroną i jeszcze raz spojrzała przez oczodoły. Czaszka pasowałaby idealnie... Poczuła nieodpartą pokusę nasunięcia jej sobie na twarz. Czy to możliwe, że była przeznaczona specjalnie dla niej?

Niespodziewanie usłyszała warczenie po swojej prawej stronie. Wzdrygnęła się, gdy zauważyła błyszczące ślepia zwierzęcia, które przysiadło na gałęzi niecałe trzy kroki od niej.

- Kuna? - wydukała z niedowierzaniem.

Nagle z pobliskiego drzewa rozległo się donośne krakanie. Ogromny kruk poderwał się do lotu, przepłaszając kunę, i z donośnym skrzekiem zniknął w lesie. Znów zapadła cisza.

- Załóż maskę...

Susan wzdrygnęła się i rozejrzała tak gwałtownie, że nieomal straciła równowagę.

- Co? Kto to powiedział? - Wyciągnęła przed siebie krzyż niczym tarczę. - Pokaż się... de-demonie...

- Załóż maskę, by otworzyć oczy...

- I co wtedy? - zapytała. Nie doczekała się jednak odpowiedzi.

Z wahaniem zbliżyła czaszkę do twarzy, tak że kość niemal zetknęła się z jej skórą.

- Bądź pozdrowiona - usłyszała tuż przy swoim uchu.

Obróciła się i przez jeden z oczodołów dostrzegła stojącą przed sobą postać. Nim zdążyła zareagować, ta wyciągnęła przed siebie dłoń i wepchnęła jej czaszkę na twarz.

4

- Bądź pozdrowiona.

W powietrzu unosił się słodkawy, mdlący zapach. Susan wyczuła pod palcami wilgotną ziemię i odruchowo za­cisnęła na niej dłonie. Bijący od niej chłód był kojący. Nie pamiętała dokładnie, co się stało przed chwilą, ale bolała ją głowa, a w uszach niemiłosiernie piszczało.

Przejechała dłonią po twarzy, chcąc się upewnić, że nie krwawi, i zamarła, gdy poczuła pod palcami gładką kość.

Czyżby znowu śniła?

Oparła się na rękach i rozejrzała. Zamiast pod lasem, znajdowała się pośród przerwanego kręgu białych kamieni. Nie była też sama, a to, co właśnie na nią patrzyło, z pewnością nie było człowiekiem.

- Bądź pozdrowiona - powtórzyła postać chrapliwym głosem i podeszła do dziewczyny. W dłoni trzymała długi kostur, z którego zwisały dziesiątki małych zwierzęcych czaszek, grzechoczących przy każdym ruchu. - Jesteśmy tu, by przypieczętować naszą przysięgę. Zrobiłybyśmy to już dawno, gdybyś nie uciekła. Nigdybyt niemal cię pochłonął.

Susan nie mogła oderwać od niej wzroku. Wyglądała niczym staruszka z ogromną głową kruka. Co tu się działo?

- Ja-jaką przysięgę? - wydukała. - Jaki Nigdybyt? Kim ty w ogóle jesteś?

Staruszka powiodła wzrokiem dookoła i utkwiła go w dziewczynie.

- Mojego jestestwa nie sposób opisać imieniem. Byłam tu, gdy pierwszy z twego rodzaju spotkał swój kres wśród śnieżnej zamieci. Patrzyłam, jak przepełnieni rozpaczą synowie próbują grzebać ciała ojców w skutej lodem ziemi. Wzywano mnie, gdy córki zasypiały w zimnych matczynych objęciach, nim zdołały wydać z siebie pierwszy krzyk. - Skłoniła się delikatnie. - Narodziłam się, gdy lodowce żłobiły dna oceanów, a pierwsze iskry świadomości poznały, czym jest chłód i czym jest śmierć. Me oblicze zmieniało się z upływem eonów niczym nadawane mi imiona: każde mniej znaczące od poprzedniego. Dlatego też możesz zwać mnie Staruchą, gdyż taka właśnie jestem. Stara. Bardzo stara.

Kobieta znów się pokłoniła i wpatrywała się w Susan w oczekiwaniu. Dziewczyna patrzyła na nią ze zgrozą, niezdolna do wypowiedzenia choć słowa. Starucha, nie doczekawszy się reakcji, kontynuowała:

- Zgodnie z moją obietnicą jako kruczego bóstwa otrzymasz ode mnie potęgę, która pozwoli ci rzucić na kolana tych, których nienawidzisz. Sięgniesz po bogactwa, których od zawsze pożądałaś, i zaczniesz czynić rzeczy, o których inni mogą tylko śnić. - Kobieta rozpostarła dłonie, a wokół zaroiło się od kruków, które zupełnie przysłoniły jej sylwetkę.

Po chwili spod ziemi zaczęły się wyłaniać kościste dłonie i przedramiona, a zaraz po nich głowy o powykrzywianych twarzach. Kości i metal dźwięczały, gdy zmarli ustawiali się w równych szeregach, dzierżąc zardzewiałe miecze i tarcze. Niektórzy zaciskali zwiędłe palce na łukach lub pałkach. Dziewczyna zwróciła uwagę na szczęki i wały brwiowe tej upiornej czeredy - wysunięte i prymitywne. Większości postaci nie nazwałaby nawet ludźmi, co najwyżej przerażającymi imitacjami, o których pamięć została starta z kart historii.

- Proszę, przestań! - krzyknęła Susan, odczołgując się od armii nieumarłych. Podniosła się z ziemi, ale była już otoczona. Gdziekolwiek spojrzała, kierowały się ku niej spróchniałe zęby i puste oczodoły. - Przestań! Ja nie chcę!

Stukanie kości, brzęk metalu i trzepot kruczych skrzydeł składały się na kakofonię, która osiągnęła apogeum, po czym nagle ucichła. Susan rozejrzała się dookoła i dostrzegła, że znajduje się przed laskiem, w miejscu, w którym próbowała zakopać czaszkę. Postać wciąż dotykała jej twarzy lodowatą dłonią. Dziewczyna jęknęła i zaczęła pospiesznie się cofać. Po kilku krokach straciła równowagę i upadła na ziemię.

- Czym ty jesteś? Czego ode mnie chcesz? - krzyknęła, rzucając w stronę Staruchy garść żwiru. Kamyki przeniknęły przez zjawę, jakby wcale jej tam nie było. - Zostaw mnie!

- Przyjmij me przeprosiny, jeżeli wzbudziłam w tobie lęk. Wiedz, że nie było to moim zamiarem - odparła spokojnie postać. - Przed dwoma dniami zawarłyśmy pakt, wiążąc nasze losy po kres Snów.

Susan poczuła, że robi się jej słabo.

- O czym ty... Ty nie jesteś prawdziwa! Ja wariuję, prawda? - Chwyciła się za głowę. - To nie może być prawda!

Starucha utkwiła w niej spojrzenie.

- Czy lękasz się mnie, moje dziecko?

- T-tak - jęknęła słabym głosem.

Istota przekrzywiła głowę i zamrugała dwukrotnie. Susan zauważyła, że jej powieki pokryte są drobnym meszkiem i piórkami.

- Dlaczego? Otaczasz się symbolami śmierci. Zbierasz czaszki i ku swej uciesze preparujesz z nich trofea, którymi przyozdabiasz swą kryjówkę. Dlaczego więc obawiasz się mnie? Nie zrobię ci krzywdy. Jesteś w końcu moim cennym naczyniem...

Susan pokręciła głową z niedowierzaniem. Ale zanim zdołała cokolwiek powiedzieć, rozległ się dźwięk dzwonka. Mama! Susan rzuciła się do plecaka, który leżał tam, gdzie go zostawiła, i wyjęła z niego telefon. Godzina na wyświetlaczu wskazywała trzecią nad ranem. Trzydzieści trzy nieodebrane połączenia! Poczuła, jak ściska ją w gardle, mimo to odebrała.

- Halo? - zapytała niepewnie.

- Jezu Chryste, Susan! - rozległ się roztrzęsiony głos matki. - Gdzie ty jesteś? Tylko mi nie mów, że ciągle w lesie, bo...

- Nie! Nie... - zaprzeczyła dziewczyna, po czym kontynuowała szeptem: - Poszłam do Anki i trochę się zasiedziałam. Miałam być tylko na trochę, ale potem zasnęłam...

- Jak to zasnęłaś?! - Susan skrzywiła się i oddaliła ucho od telefonu. - My tu wszyscy odchodzimy od zmysłów! Babka mało zawału nie dostała!

- Nie krzycz tak. Obudzisz kogoś...

W słuchawce rozległo się donośne westchnienie. Mama zamilkła, by po chwili odezwać się znowu, tym razem oschłym, podejrzliwym tonem:

- Jesteś u jakiegoś chłopaka?

- Co? Nie... mamo, co ty... Dobrze wiesz, że bym ci powiedziała.

- Czyli mam rozumieć, że wszystko w porządku?

Susan spojrzała na Staruchę, która wpatrywała się w nią jak urzeczona.

- Tak, mamo. Wyciszyłam telefon w szkole i dlatego nie odebrałam.

- Jak jutro wrócę z pracy, to sobie porozmawiamy.

- Dobrze. Idę spać, zanim obudzę Anię. Przepraszam i dobranoc - dodała pospiesznie, po czym się rozłączyła, nim matka zdołała powiedzieć coś więcej.

Susan poczuła, że zbiera jej się na płacz. To wszystko było tak niedorzeczne! Właśnie siedziała zziębnięta pod lasem, był środek nocy, a ona jak gdyby nigdy nic rozmawiała ze swoimi zwidami. Uniosła dłoń, chcąc wytrzeć nos. Dopiero teraz zrozumiała, że ściska w dłoni maskę.

- Chciałabyś przetestować swoją moc i pozbyć się tego, co doprowadziło cię do łez?

Susan natychmiast stanęły przed oczami upiorne ciała.

- Nie, skąd! - zawołała. - Tylko rozmawiałam z mamą. Bała się o mnie. Miałabym kłopoty, gdyby się okazało, że włóczę się w nocy po lesie.

- Twoja mama jest zaklęta w tym dziwnym pudełku? - zainteresowała się Starucha, wskazując na trzymany przez Susan telefon i robiąc krok do przodu.

- Nie podchodź!

Istota zatrzymała się, nie odrywała jednak od dziewczyny zaciekawionego spojrzenia.

- To jest telefon. - Susan skierowała ekran w jej stronę. - Ludzie się tym komunikują.

- Czyżby magia powróciła? A może stworzyliście nowy jej rodzaj?

- Magia? Nie, to... taka technologia - wyjaśniła. - Działa na prąd i... - Zaśmiała się nerwowo. - W sumie nie wiem do końca, jak to robi. Czy ja naprawdę rozmawiam ze swoją halucynacją?

Starucha oderwała wzrok od telefonu. Spoglądała przez chwilę na leżący na ziemi plecak, aż w końcu uniosła głowę ku rozgwieżdżonemu niebu.

- Świat zmienił się, odkąd magia zniknęła, a ja ułożyłam się do spoczynku - szepnęła, a w jej głosie zabrzmiała dziwna nostalgia. - Dziękuję, że mnie odnalazłaś.

- Czy ty mi coś zrobisz?

- Jestem twą najwierniejszą sojuszniczką, chociaż nie dajesz wiary mym słowom.

- A jak niby mam ci zaufać? - odparowała dziewczyna. - Nie... To nie dzieje się naprawdę... - Chwyciła się za głowę i również spojrzała na gwiazdy, kojąco rozświetlające bezkresną ciemność.

Wzięła głęboki wdech. Nie wiedziała dlaczego, ale zdała sobie sprawę, że ogarnia ją spokój. Popatrzyła na Staruchę. Nadal się jej bała i nie rozumiała, czym jest, z niewiadomych przyczyn poczuła się jednak przy niej bezpieczna, chociaż postać była przecież starożytnym, a może i przedwiecznym bytem...

Zaraz: dlaczego miałaby się czuć dobrze przy czymś takim? Nikt o zdrowych zmysłach nie zaufałby halucynacji!

- Co ty mi robisz? - zapytała znowu.

- Pakt połączył nie tylko nasze drogi, ale i nasze jestestwa - wyjaśniła spokojnie Starucha. - Twa dusza jest teraz częścią mnie, a jako moje naczynie odczuwasz wpływ mojej aury.

Dziewczyna poczuła narastającą złość.

- Robisz mi wodę z mózgu! - krzyknęła. - Chcesz mnie opętać i kontrolować? Ej, jestem opętana! Jestem opętana! Coś mnie opętało!

Ciągle liczyła, że to sen, ale w głębi siebie wiedziała, że tak nie jest. Bóstwo znów postąpiło naprzód, a Susan błyskawicznie rzuciła się do plecaka i z kieszonki wyjęła słoik z wodą święconą.

- Ani kroku dalej! - zagroziła i wskazała na leżącą obok maskę. - Albo ją tym poleję!

- Dlaczego miałabyś to uczynić?

- Żebyś dała mi spokój.

- Obawiam się, że dopóki trwa twoje życie, dopóty nie jest to możliwe. A nawet wtedy...

- Mam w dupie, co wtedy! Masz odejść!

- To niemożliwe, nie można zerwać...

Susan nie słuchała dalej. Odkręciła nakrętkę i uniosła ręce, chcąc oblać siebie i wszystko dookoła wodą. Wtem zaszeleściły skrzydła i słoik wypadł jej z dłoni. Dziewczyna krzyknęła z zaskoczenia, gdy woda ochlapała jej skórę, powodując piekący ból. Natychmiast zrzuciła z siebie zamoczoną kurtkę i zaczęła wycierać dłonie o spodnie. Nawet w świetle księżyca dostrzegała pojawiające się na skórze zaczerwienienie.

Starucha postąpiła kolejny krok do przodu, ale Susan momentalnie poderwała się z ziemi i zaczęła rzucać w nią kamieniami.

- Odejdź! - wrzasnęła zachrypniętym głosem. - Zostaw mnie! Rozkazuję ci!

Bóstwo stanęło w miejscu. Na chwilę otworzyło dziób, jakby chcąc coś powiedzieć, zaraz jednak pokręciło głową i rozpłynęło się w powietrzu.

Susan przycisnęła zaczerwienione dłonie do ciała, po czym upadła na kolana i zalała się łzami.

Była wyczerpana, przerażona i zmarznięta, i nie mogła nawet wrócić do domu, ponieważ matka od razu domyśliłaby się, gdzie była do tej pory. Okryła się kurtką, uważając, by nie dotknąć zamoczonych rękawów, i płacząc, przycupnęła pod drzewem. Obiecała sobie, że nie zaśnie, ale już po paru minutach zaczęło morzyć ją zmęczenie. Z twardą korą za plecami odpłynęła w twardy sen bez snów.

5

Obudziło ją donośne krakanie. Ptak siedział na zbutwiałym pieńku i przyglądał się jej z bezpiecznej odległości.

- Zjeżdżaj... - mruknęła zachrypniętym głosem i rzuciła w niego patykiem.

Zwierzę zaskrzeczało, po czym wzbiło się w powietrze.

Przetarła spuchnięte oczy i rozejrzała się dookoła. Słońce już wzeszło, wokół snuły się poranne mgły. Czyżby uderzyła się w głowę i straciła przytomność? Zakaszlała, po czym potarła o siebie wychłodzone dłonie. Była cała obolała. Podniosła leżący obok telefon. Poranna rosa porządnie go zmoczyła, ale na szczęście działał. Przejrzała listę połączeń. Ostatnią rozmowę odbyła o trzeciej.

Przełknęła ślinę. Czyżby to nie był sen? Zaczęła się rozglądać. Maska leżała nieopodal. Przezornie się od niej odsunęła i powoli się wyprostowała.

- Jesteś tu? - zapytała niepewnie.

Cisza.

Dziewczyna już miała odejść, gdy usłyszała ochrypły głos:

- Na zawsze przy tobie...

Zamarła i nerwowo przygryzła wargi. Chciała uciec, a jednocześnie czuła silną potrzebę zobaczenia tej istoty w świetle dnia.

- Pokaż się - rozkazała.

Bóstwo wyłoniło się tuż przy masce, a wokół niego zatańczyło kilka świeżych pasemek mgły. Susan stanęła jak sparaliżowana. Przez dłuższą chwilę patrzyły na siebie bez słowa, Starucha i dziewczyna, a bóstwo czekało cierpliwie na jej reakcję. Za dnia nie wydawało się tak straszne jak nocą. Było pokraczne, karykaturalne, wręcz komiczne.

- Zrobisz mi krzywdę? - zapytała Susan, przestępując z nogi na nogę.

- Mówiłam już, że nie leży to w moim interesie.

- To dobrze - bąknęła dziewczyna z nieskrywaną ulgą. - Ja... muszę iść do szkoły. Nawet nie chcę myśleć, co by zrobiła moja mama, gdyby się dowiedziała, że wagaruję.

- Szkoły? - zaciekawiło się bóstwo. - Pobierasz nauki?

- Tak. Wszystkie dzieci i młodzież pobierają "nauki".

Starucha spoglądała na Susan raz jednym, raz drugim okiem, zabawnie przekrzywiając głowę.

- Gdy spałam, świat nie stał w miejscu. Jakże wiele musiało się zmienić. Idź więc, moja droga. Mara będzie nad tobą czuwał...

Susan chciała zaprotestować, ale Starucha dosłownie rozpłynęła się w powietrzu, a tam, gdzie stała, snuły się teraz nowe smużki mgły. Dziewczyna podeszła do tego miejsca. Ziemia była zamrożona, pokryta warstwą szronu. Susan odwróciła wzrok w stronę leżącego w trawie słoika i niepewnie podniosła naczynie, pozwalając, by resztki wody święconej spadły na jej dłoń.

Momentalnie poczuła znajome pieczenie, jakby polała się wrzątkiem. Syknęła z bólu.

- Co tu się...

Wzięła głęboki wdech i podniosła maskę. Przez dłuższą chwilę wpatrywała się w oczodoły, próbując poukładać sobie niedawne wydarzenia.

Wszystko wydawało się tak nierealne, jakby wydarzenia poprzedniej nocy w ogóle nie miały miejsca. A jednak. Wokół niej kołował ogromny kruk, a w dłoni trzymała przeklęty dziwaczny przedmiot, będący najwyraźniej domem dla stworzenia wyglądającego jak żywcem wyjęte z gry komputerowej. Potrząsnęła głową. Pomyśli o tym później, teraz powinna jak najprędzej się stąd zmyć. Rozejrzała się pobieżnie, sprawdzając, czy nie zostawiła tu niczego ważnego, po czym schowała pusty już słoik, krzyż i maskę do plecaka, ukryła szpadel w krzakach, podniosła leżący nieopodal ubłocony rower i skierowała się na przystanek.

Nie miała przy sobie nic poza biletem, dwoma zbłąkanymi zeszytami i garścią połamanych ołówków. Nie mogła już jednak wrócić do domu, żeby zabrać potrzebne rzeczy. Musiała sobie jakoś poradzić.

Kiedy dotarła na miejsce, przypięła rower do metalowej barierki i przycupnęła na ławeczce. Bus wkrótce podjechał, więc wsiadła i zajęła miejsce na samym końcu. Oparła głowę o szybę i wbiła wzrok w mijany krajobraz.

Czyli stałam się kapłanką jakiegoś starożytnego bóstwa, przeszło jej przez myśl.

Nie wyglądało to najlepiej. Gdyby wtedy, za pierwszym razem, wiedziała, że sen jednak nie był snem, na pewno nie zgodziłaby się sprzedać duszy. Ten pakt był niczym małżeństwo zawarte po pijaku w Las Vegas. Skąd mogła wiedzieć, że słowa, które wypowie lekkomyślnie, będą wiążące?

Kiedy dotarła do Bukowic, nie spieszyła się do szkoły. Wręcz przeciwnie, weszła do budynku dopiero po dzwonku, kiedy większość uczniów poszła już na lekcje. Skierowała się prosto do łazienki, gdzie odświeżyła się na tyle, na ile mogła, po czym niechętnie powlokła się do klasy. Zza zamkniętych drzwi dobiegał głos księdza i ogarnęło ją nagłe pragnienie, by odpuścić sobie pierwszą lekcję. W końcu jednak dała za wygraną i weszła do środka.

- Przepraszam za spóźnienie - mruknęła, kierując się do swojej ławki.

Katecheta urwał w połowie zdania i zatrzymał ją, gdy przechodziła obok tablicy.

- I to jest to, o czym wam mówiłem. Wasza Zuza jest żywym przykładem tego, co się dzieje z człowiekiem, kiedy jego duszą zawładnie diabeł.

Susan stanęła jak wryta, nie wiedząc, jak zareagować. Poczuła, jak krew odpływa jej z twarzy, a szczęka zaczyna drżeć. Trzymana w plecaku maska zaczęła jej ciążyć.

- O-o czym ksiądz mówi? - wydukała.

Mężczyzna odwrócił się do niej, a jego twarz przybrała wyraz fałszywej troski.

- O tobie, Zuziu. O tym, co nosisz, jak się malujesz, jakiej muzyki słuchasz. Ciężki rock, czarny metal. - Pokręcił głową i rozłożył ręce, jakby w geście rezygnacji. - Wrzaski pogańskie. Myślicie, że to taka niewinna zabawa, że to tylko rozrywka, tak? Co się stanie, jak raz sobie Harry'ego Pottera przeczytam albo jakiegoś Slayera posłucham? Ano stanie się! Szatan tylko czeka, by przez tę pozornie niewielką szparę wcisnąć się do waszego życia i nim zawładnąć! Przestajecie chodzić do kościoła, chyba że się was zmusi.

Susan spojrzała na wyciągniętą w swoją stronę dłoń księdza i wywróciła oczami, na co klasa zareagowała cichym śmiechem. Dziewczyna zaczęła się niecierpliwić. Stres kilku ostatnich dni dawał jej się we znaki, a brak snu sprawił, że była rozdrażniona i nie miała najmniejszej ochoty na słowne przepychanki. Granie roli kozła ofiarnego, doświadczającego upokorzenia na oczach całej klasy, było trudne do zniesienia. Nawet Wiktoria wyglądała na zmieszaną.

- Prawdę mówiąc, to tutaj też przychodzę tylko dlatego, że muszę - powiedziała Susan zmęczonym głosem. - Gdyby dano mi wybór, poszłabym na etykę, jak zapewne większość klasy.

Ksiądz uniósł teatralnie brew, po czym się roześmiał.

- Na etykę? Ależ my tutaj uczymy się między innymi o etyce. Poza tym jest tylko jedna etyka, tak jak jest jedno dobro i jedna prawda. Nie nauczyłabyś się tam niczego poza tym, czego dowiesz się tutaj.

Susan poczuła, że się w niej gotuje. Miała tego dość.

- W porządku. A czy dowiem się też o wszystkich zbrodniach Kościoła, czy je sobie wygodnie pominiemy? - zapytała. Chciała, by zabrzmiało to kąśliwie, a zarazem spokojnie i rzeczowo, w jej głos jednak wkradło się niechciane drżenie.

Katecheta zrobił zaskoczoną minę.

- Dziecko, o jakich zbrodniach ty mówisz?

- To ksiądz jest nauczycielem, nie ja - podjęła już pewniej. - Prześladowanie pogan. Inkwizycja. Krucjaty. Konkwistadorzy. Mordowanie rdzennej ludności...

Mężczyzna pokręcił głową i Susan była pewna, że zaraz wykona znak krzyża.

- Twoje zuchwalstwo tylko dowodzi, jak bardzo jesteś zepsuta. Twoja dusza jest równie czarna co twoja skóra.

Na to już nie odpowiedziała. Pokiwała głową, poprawiła plecak i wyszła z klasy. Słyszała wołanie księdza, który wybiegł za nią na korytarz i kazał jej natychmiast zająć miejsce w ławce, ale nie zamierzała wracać. Wypadła przed budynek i ruszyła przed siebie, byle dalej od tej przeklętej szkoły.

Co teraz? Powrót na lekcje był ponad jej siły, a najbliższy bus odjeżdżał dopiero za dwie godziny. Nie mając lepszej alternatywy, postanowiła powłóczyć się po mieście. Snuła się wąskimi uliczkami, co jakiś czas zaglądając w witryny sklepów i barów. Burczało jej w brzuchu, ale nie miała pieniędzy nawet na drożdżówkę, na domiar złego zaczynało jej szumieć w głowie ze zmęczenia. Plecy i ręce ciągle ją bolały po ataku ptaków, poza tym całe ubranie miała ubłocone. W co też najlepszego się wpakowała?

W niezłe gówno, oto w co, stwierdziła w myślach, siadając na ławce pod jednym z pięciu niezbyt rozłożystych klonów. Drzewa jakimś cudem ocalały po ataku betonozy, która w ciągu ostatnich lat zmieniła przyjemnie zacieniony rynek w pustą patelnię. Jedno z nich nie wypuściło po zimie liści i Susan podejrzewała, że wkrótce skończy w tartaku, skrzętnie zastąpione przez schludną płytę z taniego cementu. Wbiła wzrok w suche gałęzie i poczuła, że odpływa.

Po raz kolejny przebudziło ją skrzeczenie kruka, który gapił się na nią, rozdziawiając dziób i z zadowoleniem połykając wyjątkowo długą frytkę wygrzebaną z pobliskiego kosza na śmieci.

- Przeklęte ptaszysko - zaklęła pod nosem i wstała z ławki.

Nie wiedziała, na jak długo przysnęła, ale wolała zejść ludziom z oczu, zanim straż miejska przyczepi się do śpiącej na widoku dziewczyny. Obeszła naokoło ratusz, mijając przy tym mężczyznę wyprowadzającego na spacer owczarka niemieckiego. Pies natychmiast się zjeżył i rzucił się w jej kierunku.

- Przepraszam - jęknął nieznajomy. - Chyba ma dzisiaj gorszy dzień...

Susan oddaliła się bez słowa uliczką biegnącą między rzędem niskich budynków. Po kilku minutach chodnik przeszedł w zarośniętą suchą trawą ścieżkę wysypaną żwirem. Dziewczyna szła dalej, aż dotarła do błotnistej drogi prowadzącej do starego szpitala, kilkanaście lat temu częściowo strawionego przez pożar. Budynek straszył powybijanymi szybami, zawalonym dachem i płatami tynku odłażącymi od ścian. Mimo wszystko postanowiła wejść do środka.

Na klatce schodowej brakowało barierek, zapewne wynieśli je złomiarze. Trzymając się blisko ściany, Susan wspięła się na trzecie piętro. O tej porze panowały tu pustki, dopiero wieczorem szpital stawał się miejscem spotkań młodzieży i miejscowej żulerni.

Przemierzając korytarze, zaglądała do mijanych pomieszczeń. W żadnym podłoga nie wyglądała na tyle stabilnie, by odważyła się wejść do środka. W końcu usiadła na brudnych kafelkach na samym końcu korytarza. Zakryła twarz ramieniem i się rozpłakała. Spojrzała na swoją dłoń, po czym uderzyła pięścią o ścianę.

- Jestem pełna podziwu.

Podskoczyła, słysząc głos bóstwa. Starucha wyglądała teraz żywiej, jakby bardziej materialnie. W dziewczynie znów obudził się niepokój.

- Dlaczego? - zapytała słabo.

Bóstwo omiotło wzrokiem zdezelowane wnętrze.

- W tym miejscu wiele istnień dobiegło kresu. - Zamyśliło się na moment, po czym podjęło wątek: - W tak otwarty sposób wystąpiłaś przeciwko klesze. To musi świadczyć o twej pozycji, odwadze bądź głupocie. W czasach, które zapamiętałam, taka postawa spotkałaby się z linczem, a nie cichą aprobatą. To interesujące.

Susan prychnęła.

- Pradawny byt, który widział początek życia na Ziemi, uważa moje zachowanie za interesujące?

- W rzeczy samej - przytaknęła Starucha. Jej głos do złudzenia przypominał krakanie. - Ludzie to prosty gatunek chodzący skomplikowanymi ścieżkami. Cieszy mnie, gdy mogę obserwować, jak wytyczacie nowe.

- Łatwiej byłoby chodzić tymi udeptanymi...

- Więc dlaczego tego nie zrobisz?

- Bo... - Susan się zawahała. - Chyba musiałabym być kimś innym...

Starucha podeszła bliżej, a dziewczyna odruchowo przylgnęła plecami do ściany. Bóstwo zignorowało ten przejaw dyskomfortu i kontynuowało:

- Kimś innym niż Susan Wolska czy inną Susan Wolską?

Dziewczyna westchnęła i odwróciła twarz. Nie mogła znieść ciekawskiego spojrzenia bóstwa, poza tym poczuła się nieswojo, uświadomiwszy sobie, że Starucha zna jej imię i nazwisko.

- Nie wiem... może jedno i drugie. Co to ma do rzeczy?

- Staram się ciebie zrozumieć. Czy podoba ci się to, jaka jesteś?

- Tak. Nie obchodzi mnie, co inni o mnie mówią - odpowiedziała dziewczyna bez chwili zawahania, na co bóstwo przybliżyło się jeszcze bardziej. Zdawało się zdziwione odpowiedzią.

- A więc dlaczego płakałaś? Czuję, że w głębi serca wolałabyś być inna. Lepiej dopasowana do otaczających cię ludzi i...

- Przestań grzebać mi w głowie! - Susan chwyciła się za twarz, wbijając paznokcie w skórę. Złość i frustracja sprawiły, że nawet nie poczuła bólu. - Jakie to ma znaczenie, co wolę? - Głos jej się załamał. - Urodziłam się tutaj, chodzę tu do szkoły od dziecka, a i tak wszyscy wytykają mnie palcami!

A teraz gadam jeszcze ze swoją halucynacją, dodała w myślach.

Przez dłuższą chwilę panowała cisza, przerywana tylko pochlipywaniem Susan. Bóstwo położyło dłoń na ramieniu dziewczyny, ale ona wzdrygnęła się i odsunęła jak najdalej od Staruchy. Ta pozostała niewzruszona.

- Rodzaj ludzki od zawsze oceniał po wyglądzie - podjęła wreszcie. - Odkąd pamiętam, od tego uzależnialiście swoje wybory. Przed czym uciekać, z kim walczyć, z kim płodzić potomstwo. Kształt szczęki, pewność postawy i szerokość bioder ma dla was niebagatelne znaczenie. Ty także oceniasz mnie w tej chwili, patrząc ze strachem i nieufnością. Tymczasem dla mnie bez znaczenia jest kolor twej skóry, oczu czy włosów. Jestem ponad waszymi podziałami. Liczą się tylko twoja lojalność i oddanie.

Susan spojrzała na Staruchę z ukosa, po czym zaśmiała się kwaśno. Bóstwo przekrzywiło głowę.

- Co cię rozbawiło?

Dziewczyna otarła załzawione oczy i wytarła nos w rękaw kurtki.

- To, że zwierzam się pradawnemu bóstwu, a ono próbuje podnieść moją samoocenę.

- Cóż w tym zaskakującego? Dzierżysz moją moc. Niewielu dostąpiło tego zaszczytu, a jeszcze mniej umiało nad nią zapanować.

- A skąd wiesz, że mnie się uda?

Starucha wskazała kościstym palcem na plecak.

- Przekonajmy się.

Susan niepewnie wyciągnęła maskę, która przeszła dziwną przemianę. W dotyku przypominała teraz twardą porcelanę, a runy i inne znaki zdawały się wypełnione metalem. Była tak chłodna, że na jej powierzchni skraplała się wilgoć.

- Kiedy ją włożę, znowu przejdziemy do tego świata ze snów?

- Nie tym razem. Będziesz za to w stanie korzystać z mojej mocy. Na razie tylko w niewielkim stopniu, gdyż większa ilość mogłaby tobą zawładnąć.

Dziewczyna przybliżyła maskę do twarzy. Zawahała się.

- A gdzie haczyk?

- Nie ma. Już uiściłaś zapłatę.

Susan przełknęła ślinę. Wiedziała, że Starucha mówi o jej duszy, i wcale jej się to nie podobało. Czy dało się to jeszcze jakoś odwrócić?

Ciekawość w końcu wygrała z instynktem samozachowawczym i dziewczyna założyła maskę. Poczuła, jak ideal­nie dopasowuje się do jej twarzy, niczym ciepły wosk. Po chwili pojawiło się to paskudne wrażenie, jakby w jej skórze zagłębiały się ptasie szpony. Oparła głowę o ścianę, mając wrażenie, że zaczyna się dusić. Przez moment wydawało jej się nawet, że straci przytomność, wkrótce jednak dyskomfort minął. Niepewnie otworzyła oczy.

- Co się stało? - Wstała, opierając się o ścianę. Niemal krzyknęła, widząc swoją dłoń, która pomimo ludzkiej anatomii przypominała ptasią stopę. Przejechała szponami po łuskach, kończących się dopiero na wysokości łokci, na linii czarnych piór. - Co się dzieje?! - krzyknęła łamiącym się głosem. - Co mi się stało w palce?

- To właśnie twoja forma, którą będziesz przybierała dzięki osnowie mej mocy - odparła Starucha z wyraźną satysfakcją. - Jak się czujesz?

Susan wzruszyła ramionami, po czym zakręciła się w miejscu.

- Lekko - stwierdziła zaskoczona. Uniosła pelerynę z kruczych piór i ze zdziwieniem zauważyła, że ma długie białe dredy, sięgające jej za ramiona. Przejechała palcami po masce i na czubku głowy wymacała kolejne pióra. - Zmieniłam się w kurczaka...

- Kurczaka?! - oburzyło się bóstwo. - Nie jesteś żadnym nędznym, grzebiącym w ziemi ptactwem domowym, które całymi miliardami konsumowane jest każdego dnia przez twój gatunek. Jesteś krukiem! I jako kruk oraz wierna ma służebnica otrzymujesz ode mnie moc władania nad tym, co pozostawił za sobą Śmierć.

- Masz na myśli kontrolowanie zmarłych? - Susan wzdrygnęła się z odrazą. Przez ostatnie dni napatrzyła się na zdecydowanie zbyt wiele nieżywych zwierząt. Teraz wiedziała już, co było tego powodem. - A masz może coś, co nie jest związane z nekromancją?

- To moja najpotężniejsza umiejętność.

- Ale chyba nie jedyna?

Bóstwo zaskrzeczało parokrotnie i nastroszyło pióra, jakby poczuło się urażone. Zdawało się nie rozumieć, dlaczego ta naiwna dziewczyna gardzi tak potężnym darem. W końcu jednak dało za wygraną.

- Mój woal wzmacnia twoje ciało, by stało się nieczułe na cudze ciosy. Dodatkowo, jeśli zechcesz, możesz się wznieść na mych skrzydłach.

Oczy Susan nagle zrobiły się wielkie jak pięciozłotówki.

- Mogę latać?! - krzyknęła podekscytowana. - Jak?

- Twój płaszcz. - Starucha wskazała na niego palcem. - Jeśli zechcesz, możesz go zmienić...

Bóstwo nie dokończyło, nie było takiej potrzeby. Susan od razu wyobraziła sobie wielkie skrzydła, które wyrastają jej z łopatek, i spojrzała za siebie. Rzeczywiście, płaszcz podzielił się na pół i zaczął przybierać kształt złożonych skrzydeł o barwie obsydianu. Poczuła, jak przylegają do jej pleców, a ich końcówki dotykają ziemi.

- Auć! - jęknęła, gdy pociągnęła za jedno z piór. - Ja mam w nich czucie!

- To oczywiste. W końcu są częścią ciebie.

Susan niezdarnie rozpostarła skrzydła. Były ogromne, zawadzała nimi o ściany. Ustawiła się inaczej i rozprostowała je, a potem z trudem nimi zamachała, wzbijając tumany pyłu.

- Okej, to jest super - przyznała z zachwytem. Jednocześnie wciąż trudno jej było uwierzyć, że to się dzieje naprawdę.

- Nie radzę tego robić w tym miejscu. Trochę tu ciasno.

Susan ze smutkiem przyznała Starusze rację. Jednocześnie nie mogła wyjść tak na zewnątrz. Jeszcze tego jej brakowało, by ktoś ją nagrał i wrzucił filmik do internetu.

Kilkakrotnie poruszyła skrzydłami, próbując się do nich przyzwyczaić. Nagle jej uwagę przykuło brunatne zwierzątko, spoglądające na nią zza okna. Susan podeszła bliżej, ale zwierzę uciekło, przepłoszone przez ogromnego kruka.

- Ej! Dlaczego to zrobiłeś? To tylko zwykła kuna, ty głupie kruczysko!

Kruk, który nie wiedzieć kiedy zjawił się w pobliżu, spojrzał na Susan białym okiem, a następnie omiótł wzrokiem Staruchę i zaskrzeczał ze słyszalną urazą.

- To nie jest "głupie kruczysko", lecz Mara - odezwało się Bóstwo. - Mój pierwszy i najwierniejszy sługa. Czuwa nad tobą, gdy ja nie mogę, i będzie stał na straży twego bezpieczeństwa, dopóki nie nauczysz się korzystać z mych darów. Zapomniałaś już, że cię ocalił, gdy trafiłaś do Nigdybytu?

- I dlatego będzie przepłaszać wszystko, co się do mnie zbliży?

Starucha odwróciła wzrok od okna i spojrzała znacząco na Susan.

- Wszystko, co uzna za podejrzane. A ta kuna właśnie taka jest.

- Szkoda, że nie ostrzegł mnie przed tobą, gdy sprzedawałam duszę - powiedziała, zaskoczona tonem własnego głosu.

Krucze bóstwo nie wyglądało jednak na zbytnio przejęte.

- Nie oszukałam cię. Przedstawiłam warunki umowy, a ty je przyjęłaś. Teraz, zgodnie z jej postanowieniami, opiekuję się tobą i cię chronię. Dlatego też radzę się trzymać z daleka od tego zwierzęcia.

Susan przeszedł dreszcz. Czyżby kuna była kolejnym bytem czyhającym na ludzkie dusze? Westchnęła i zdjęła maskę, która z lekkim oporem odkleiła się od jej twarzy. Strój momentalnie zniknął, dziewczyna znów miała na sobie kurtkę i dżinsy. Podniosła z ziemi plecak, schowała maskę i z bocznej kieszonki wyciągnęła telefon. Natychmiast zauważyła kilkanaście nieodebranych połączeń i SMS-ów od matki.

Jęknęła. Czyli dyrekcja powiadomiła ją o ucieczce z lekcji. Spojrzała na zegarek w telefonie. Za pół godziny odjeżdżał bus do domu, miała więc jeszcze trochę czasu, aby znaleźć jakieś wytłumaczenie. Teraz jednak nie czuła się na siłach z nią rozmawiać, wyłączyła więc telefon i ruszyła korytarzem ku klatce schodowej. Czuła na sobie uważne spojrzenie Staruchy.

- Czy... - Susan odwróciła się i zapytała z wahaniem: - Idziesz ze mną?

Bóstwo uśmiechnęło się i zaczęło rozpływać w powietrzu, zostawiając po sobie tylko niewyraźną smugę z mgły.

- Zawsze twoim śladem...

6

Gdy tylko wyszła z busa, zobaczyła czekającego na nią dziadka. Mężczyzna podniósł wzrok znad trzymanej w dłoni gazety, po czym zgasił papierosa i wyrzucił go do przekrzywionego kosza na śmieci.

- Co się stało, Zuziu? - zapytał.

- Nic - odparła, rozkładając ręce.

- To bardzo duże nic, skoro aż dzwonili do nas ze szkoły. Ponoć naubliżałaś księdzu i uciekłaś z lekcji.

Susan zacisnęła usta w wąską linię. Po raz kolejny tego dnia zebrało jej się na płacz.

- To nieprawda!

Dziadek wywrócił oczami i rozejrzał się naokoło, sprawdzając, czy nikt nie przysłuchuje się ich rozmowie.

- Znowu się o coś wykłócałaś? - Położył dłoń na ramieniu wnuczki. - Wiem, że ludzie plotą czasem głupoty, ale czasami najlepiej to zignorować. Matka z babką miały już napad histerii, że obrażasz księdza Orłowskiego.

- Kiedy to on obraził mnie! - powiedziała głośniej, niż zamierzała. Rozpłakała się na dobre. Czuła się całkowicie bezsilna i niezrozumiana, a jednocześnie miała wrażenie, że wszystkich zawiodła.

- Nie rycz, tylko powiedz, co tam się stało - poprosił spokojnie dziadek.

Pociągnęła nosem, po czym otarła oczy rękawem.

- Spóźniłam się na lekcję i kazał mi stać pod tablicą.

Mężczyzna uniósł krzaczastą brew.

- I to cię tak zdenerwowało?

- Czepiał się mojego ubioru i muzyki, której słucham. Potem wytknął mi, że nie chodzę do kościoła. - Susan przygryzła wargę. - I powiedział, że moja dusza jest równie czarna co skóra.

Poczuła, jak dziadek zaciska palce na jej ramieniu i jak po chwili je rozluźnia. Poklepał ją po plecach i ruchem głowy nakazał iść za sobą. Odpięła od stojaka rower, który zostawiła tu rano, i ruszyła za starszym mężczyzną.

- Dziadku? - Susan odezwała się niepewnie, na co ten mruknął coś niezrozumiale. - Jesteś zły?

- Tak.

- Przepraszam...

- Nie na ciebie, głupia. Nikomu nie przystoi tak obrażać drugiego człowieka, a już szczególnie księdzu.

Susan pokiwała niepewnie głową. Wciąż pamiętała czasy wczesnego dzieciństwa, kiedy dziadek nie akceptował jej jako swojej wnuczki. Kazał zabierać ją jak najdalej od siebie, zarzekał się też, że nie zaakceptuje ani czarnoskórego zięcia, ani dziecka z takiego związku w swojej rodzinie. Co sprawiło, że się zmienił? Susan nie wiedziała. Jednak to właśnie on stał się osobą, która nauczyła ją, jak walczyć o swoje. Nieraz słyszała, jak matka robiła mu o to wyrzuty. Wolała, aby jej córka była taka jak inne dziewczynki, te jednak nie chciały się z nią bawić lub nie chcieli tego ich rodzice.

"Jeszcze ci ukradnie zabawki". "Pilnuj lalek". "Widzisz, kochanie? Ta dziewczynka jest czarna, ponieważ się nie myła i brud wszedł w jej skórę. Też tak chcesz?" Słowa jak sztylety, słyszała je dziesiątki, setki razy. I kiedy matka wzruszała tylko ramionami i kazała jej się nie przejmować, dziadek wściekał się i głośno dawał wyraz swojemu oburzeniu. Nic więc dziwnego, że całe dnie biegała za nim po lesie, gdzie uczył ją o swojej pracy leśniczego oraz opowiadał o myślistwie, a w domu towarzyszyła mu przy oprawianiu zwierząt. Pomógł jej nawet wyczyścić pierwszą czaszkę.

Tak właśnie wszystko się zaczęło.

- Mama będzie zła, prawda?

Dziadek odchrząknął.

- Na pewno. Ale to ja będę z nią rozmawiał.

- Nie chcę, żebyście się kłócili jak ostatnio...

- A ja nie chcę, żeby moja wnuczka była uczona szacunku przez gówniarza, który za szczyla rzucał ludziom kamieniami w okna. Myśli, że jak poszedł do seminarium, to już wszystkie rozumy pozjadał? Że nikt nie będzie pamiętał?

Tak, dziadek bardzo się zmienił. Oprócz tego, że zaakceptował i pokochał ją taką, jaką była, porzucił myślistwo, stwierdziwszy po wielu latach, że nie jest to najlepszy sposób na relaks. Skoro umiał się zmienić w dojrzałym wieku, zastanawiała się Susan, to może i na innych też jeszcze przyjdzie czas?

- Dziękuję - powiedziała szczerze.

Resztę drogi pokonali w milczeniu. Gdy tylko podeszli pod dom, Susan zauważyła poruszające się zasłony, a następnie usłyszała charakterystyczne skrzypnięcie drzwi i wściekły głos matki:

- Co ty żeś znowu narobiła, co?! - Kobieta wybiegła im naprzeciw. - Co się z tobą dzieje, Susan?!

Dziewczyna poczuła, że ponownie zbiera jej się na płacz. Przygryzła wargę, oddalając od siebie to uczucie.

- Zuziu. - Głos dziadka wyrwał ją z odrętwienia. - Idź do pokoju.

Dziewczyna niepewnie skierowała się do domu, ale matka zaszła jej drogę.

- O nie, wykluczone. Teraz mi wyjaśnisz, dlaczego szkoła dzwoni do mnie z pretensjami. Najpierw włóczysz się gdzieś po nocy, nie ma cię w domu, a teraz to? Przecież to jest skandal po prostu, tylko ci tyłek sprać...

Dziadek wszedł pomiędzy nie.

- Zuza, idź do pokoju - powtórzył.

- Ani mi się waż. - Matka pogroziła jej palcem. - Masz czekać na mnie w kuchni, a ty przestań się wtrącać w wychowanie mojego dziecka.

- W moim domu mieszkasz, więc będę się wtrącać. Nikt bity tu nie będzie.

Twarz matki zmieniła kolor na czerwony. Choć dorosła, ciągle pozostawała zależna od dziadka, a co za tym idzie, musiała w jakimś stopniu się z nim liczyć.

- Szkoda, że jak ja byłam dzieckiem, to takich oporów przed karaniem nie miałeś - mruknęła, rzucając swojemu ojcu pełne wyrzutu spojrzenie.

- Więc nie rób córce tego samego, co sama masz mi za złe. - Zamilkł na chwilę i zapalił papierosa. - Nie powinnaś wrzeszczeć na małą, jeśli nie usłyszałaś jej wersji.

- Ale jakiej "jej wersji"? - prychnęła kobieta. - Od dawna są z nią problemy, i to jest też twoja wina, tato. Ty ją nauczyłeś się włóczyć i pyskować.

Susan więcej nie chciała tego słuchać. Rzuciła rower na trawę i biegiem ruszyła do domu.

- Wracaj tu natychmiast! - usłyszała za sobą krzyk matki, ale się nie zatrzymała.

Minęła babcię, która obserwowała kłótnię z przedpokoju, i pobiegła na górę. Zamknęła się u siebie i zakryła uszy dłońmi.

Nagle poczuła, jak coś zimnego dotyka jej ramienia. Krzyknęła, niemal spadając z łóżka. Starucha? Tutaj?

- Nie rób tak więcej! - syknęła dziewczyna, ocierając nos rękawem. - Wystraszyłaś mnie...

- Czy twoja rodzina sprawia ci przykrość? Moje dary mogą...

- Nie! - przerwała bóstwu, domyślając się, dokąd zmierza. - I nigdy więcej o tym nie wspominaj.

- Dlaczego?

Susan spojrzała na kruczą istotę. Ta właśnie zaproponowała jej pozbycie się bliskich, ponieważ sprawiali, że źle się czuła. Na samą myśl dziewczynę przeszedł dreszcz. Czy to dlatego, że Starucha była żądnym ofiar bóstwem, czy też jako istota wyższa nie rozumiała ludzkich uczuć? Być może jedno i drugie.

- Bo ich kocham - odparła w końcu nastolatka. - I nie chcę, żeby się kłócili, a już zwłaszcza przeze mnie.

Starucha się zamyśliła, co Susan wykorzystała, by uspokoić oddech i wysmarkać nos. Gdy tylko jednak zdołała ochłonąć, podniesione głosy matki i dziadka ponownie doprowadziły ją do płaczu.

- Jeżeli bycie świadkiem tej waśni jest dla ciebie źródłem przykrych emocji, przyjmij mą radę i udaj się gdzieś daleko. Wróć, gdy emocje opadną.

- Jeśli zejdę na dół, to matka mnie zobaczy i zatrzyma...

- Więc wyjdź oknem.

- To drugie piętro - zaoponowała Susan. - A ja nie wiem, jak się lata.

- Mój woal wzmacnia twoje ciało, czyni je giętkim jak wierzba, twardym jak skała i równie niewzruszonym co ocean. Zaufaj mi i załóż maskę.

Susan przygryzła wargę. Nie była przekonana co do skakania z wysokości, ale odgłos energicznych kroków matki na schodach pomógł jej podjąć decyzję. Rzuciła się do plecaka, po czym szybko założyła maskę. Skrzydlaty płaszcz okrył ją niemal natychmiast, a pokój zasnuły pojedyncze pasma mgły. Klamka w drzwiach zaczęła się uginać, a kiedy nie ustąpiły, rozległo się głośne pukanie.

- Susan! Otwieraj w tej chwili!

Dziewczyna otworzyła okno i spojrzała w dół. Zakręciło jej się w głowie.

- Słyszysz mnie? Otwieraj!

Wiatr zawył jej w uszach, gdy wydała z siebie stłumiony okrzyk i zeskoczyła z parapetu. Wylądowała na zgiętych nogach na błotnistej ziemi, nie czując nawet, że spadła z kilku metrów. Spojrzała na okno swojego pokoju, skąd dobiegały krzyki, tym razem również dziadka. Przełknęła ślinę i nie zastanawiając się więcej, biegiem ruszyła przed siebie.

7

Zatrzymała się dopiero pod lasem. Ze zdziwieniem odwróciła się w kierunku, z którego przybiegła. Choć wybrała dłuższą drogę, wzdłuż rzeki, wśród wysokich zarośli, nie czuła się zmęczona. Wręcz przeciwnie. Miała ochotę biec dalej, rzucić się między drzewa i nie oglądać za siebie.

Ruszyła naprzód, upojona własną sprawnością i wytrzymałością. Przeskakiwała nad zwalonymi pniami, bez trudu pokonywała leśne wykroty i strumyki, z łatwością rozgarniała chaszcze.

Spojrzała na swoje ptasie dłonie, które drżały z ekscytacji. Jak długo tak biegła? Pół godziny? Godzinę? Nigdy nie była tak sprawna jak teraz. Przystanęła i rozejrzała się wokoło. Niespodziewanie poczuła na sobie czyjeś spojrzenie. Po chwili miała już pewność, że nie jest tu sama.

- Starucho? To ty? - zapytała, odpowiedziały jej jednak tylko odległe śpiewy ptaków.

Z jakiegoś powodu poczuła niepokój. Wydawało jej się, że powietrze napiera na nią, jakby próbowało ją udusić lub przygnieść. Dopiero widok lecącego pomiędzy drzewami Mary dodał jej wystarczająco dużo odwagi, aby ruszyć dalej.

Po kilkunastu krokach zamarła, usłyszawszy szelest. Ukryła się za szerokim pniem jesionu i nasłuchiwała. Wreszcie zdecydowała się zza niego wychylić i nieomal przewróciła się z zaskoczenia.

Przed nią stał chłopak. Niewiele wyższy od niej i mocno wychudzony. Na jego twarzy również znajdowała się maska, wyraźnie jednak zniszczona: od prawej skroni przez środek nosa aż do lewego policzka ciągnęło się pęknięcie. Dziewczyna zdusiła krzyk, kiedy w otworze pojawiło się blade światło skierowane w jej stronę.

Nieznajomy przekrzywił głowę, po czym uniósł ją w kierunku skrzeczącego na gałęzi Mary.

- Jesteś głośnym ptaszkiem - odezwał się do kruka, po czym przyłożył palec do kościstego dzioba. - Sowa tego nie lubi i dlatego sobie stąd idzie.

Chłopak się odwrócił i zaczął się oddalać swobodnym krokiem. Susan patrzyła na niego odrętwiała, po czym ruszyła za nim, ignorując ostrzegawcze nawoływania Mary.

- Czekaj! - zawołała, zasłaniając się przed smagającymi ją po głowie gałęziami. - Stój!

Ku jej zdziwieniu nieznajomy przystanął. W dodatku obrócił się tak gwałtownie, że Susan ledwie udało się przed nim wyhamować.

- Czy... czy ja cię widziałam w swoim śnie?

Chłopak przybliżył się, jakby chcąc lepiej się przyjrzeć dziewczynie. Coś w jego ruchach sprawiało, że Susan poczuła głęboki niepokój, jakby nie patrzyła na człowieka, a jedynie na coś, co próbowało za człowieka uchodzić. On tymczasem przyłożył dłoń do swojej maski i zastukał w nią, jakby się nad czymś zastanawiał.

- Istotnie. Czyżby ptaszyna znów się zgubiła? A może chcesz, abym oduczył cię bić się kijem po głowie? Do czego ci potrzebny biedny Sowa?

- Chciałam ci tylko podziękować - zaczęła zakłopotana. - I widzę, że też nosisz maskę. Ciebie też jakieś bóstwo wmanewrowało w podpisanie paktu i zaprzedanie duszy?

Chłopak przekręcił głowę pod niemożliwym dla zwykłego człowieka kątem, po czym wyprostował ją i przekręcił dokładnie w ten sam sposób, ale w przeciwnym kierunku.

- Nieee... - oznajmił cichym głosem. - Sowa jest pusty i pełny jednocześnie. Przepełniony...

Susan spojrzała na niego z niepokojem.

- To... kim jesteś?

Chłopak podrapał się po głowie, po czym zaczął się gładzić wierzchem dłoni po podbródku, spoglądając w niebo.

- W rzeczy samej, Sowa nigdy się nad tym nie zastanawiał. Hmmm... - Białe światło w szczelinie maski na chwilę przygasło, po czym drgnęło. - Już wiem! - krzyknął nagle, unosząc palec, po czym oznajmił: - Sowa jest Sową. Mówiłem ci już przecież, mały ptaszku.

Susan kompletnie zgłupiała. Spojrzała na Marę, który wylądował za nią, w niewielkiej odległości. Nieznajomy natychmiast wbił wzrok w kruka i przez jakiś czas mierzył go spojrzeniem.

- Wilk grasuje w lesie - odezwał się tak niespodziewanie, że Susan aż podskoczyła. - Sowa nie jest pewny, czy Wilk polubi kruczątko i starego kruka.

- Kim jest Wilk? - dopytywała dziewczyna. - Czy to też ktoś w masce? Dlaczego miałby mnie nie lubić?

Sowa podniósł głowę i skupił się na jakimś obiekcie za Susan. Wystraszona, spojrzała w kierunku, w którym patrzył, nic tam jednak nie dostrzegła. Ponownie odwróciła się do Sowy, lecz miejsce, w którym przed chwilą stał, było puste.

Mara natychmiast wzbił się w powietrze, kracząc wniebogłosy.

- Znikł... - powiedziała oniemiała. Rozejrzała się dookoła, po chłopaku nie było jednak śladu. - Sowo?!

Uczucie niepokoju wróciło, z jeszcze większym natężeniem, i chociaż był środek dnia, Susan wydawało się, że zrobiło się ciemno. Nie wiedząc, co dalej, czym prędzej ruszyła biegiem w kierunku swojej polany - jedynego miejsca, w którym czuła się bezpieczna.

rozdział 1Kruk

1

Susan stanęła na przystanku i z ulgą ściągnęła maseczkę z nadrukiem czaszki. Podróż ze szkoły w przepełnionym busie, w  którym na tylnym siedzeniu zasnął cuchnący przetrawionym alkoholem mężczyzna, była kwintesencją koszmaru.

Świeże powietrze smakowało wybornie. Wzięła jeszcze jeden głęboki wdech i odwróciła się w stronę pojazdu. Zza okna gapił się na nią pyzaty czterolatek, który ukradkiem robił to przez całą podróż. Kiedyś taka reakcja na jej wygląd sprawiłaby jej przykrość, teraz jednak ją bawiła. Uśmiechnęła się więc szeroko i pomachała dzieciakowi, który speszony odwrócił wzrok.

Rozległ się warkot, pod brudną karoserią coś zaskrzypiało i wkrótce bus odjechał w chmurze czarnych spalin. Susan zakasłała, założyła wysłużone słuchawki i błotnistym poboczem ruszyła w stronę domu. Po drodze co chwilę natrafiała na ślady wczorajszej wichury: połamane drzewa, zerwane linie energetyczne, a nawet domy pozbawione dachów.

Jej rodzinny Kunów i inne okoliczne miejscowości zdawały się przodować w krajowych statystykach wszelkich katastrof. Burze, osuwiska, podtopienia i wypadki z udziałem cegieł spadających na głowy były tu na porządku dziennym, zupełnie jakby wszystkim mieszkańcom regularnie przebiegało drogę całe stado czarnych kotów. Klątwa Bukowic, jak zwykli mawiać miejscowi. Pomimo fatum zdającego się ciążyć na okolicy na dobrą sprawę nikt nie zmieniał miejsca zamieszkania, a przynajmniej nie na długo. Każdy, kto się tu urodził, po wyjeździe prędzej czy później wracał z podkulonym ogonem i zrujnowanym życiem, jak to się stało chociażby w przypadku matki Susan.

Dziewczyna nagle przystanęła. Kilka kroków przed nią leżała martwa kuna, potrącona przez samochód. Susan podeszła bliżej i szturchnęła zwierzę nogą. Musiało zginąć niedawno, być może wypłoszone z kryjówki przez wichurę, i nie wyglądało na zbytnio pokiereszowane. Dziadek Susan był myśliwym i nieraz pomagała mu oprawiać upolowane zwierzęta. Jeżeli tylko czaszka nie została uszkodzona, to mogłaby...

Uniosła głowę. Z pobliskiego podjazdu wytaczał się właśnie fioletowy rower, prowadzony przez kobietę w towarzystwie kudłatego psa, którego sierści nigdy nie tknęła szczotka. Susan, nie chcąc gorszyć sąsiadki, jak gdyby nigdy nic ruszyła spokojnie przed siebie.

- Dzień dobry, pani Kaczorowska. - Uśmiechnęła się niewinnie.

Kobieta zwolniła. Spojrzała na Susan, przeniosła wzrok na nieżywą kunę i zmarszczyła brwi.

- Matko Boska! Ty byś do kościoła w końcu poszła i się pomodliła, a nie trupy przy drodze zbierasz! Nic się tobą twoja matka nie interesuje! Powinna ci...

Susan minęła sąsiadkę, udając, że nie słyszy jej dalszych słów. Poprawiła słuchawki i powiodła wzrokiem za kulejącym psiakiem drepczącym w ślad za rowerem, po czym skręciła w ścieżkę biegnącą pośród młodych zbóż. Wybrała dłuższą drogę do domu, przez pola. Niedzielna wichura dokonała tylu szkód, że musiała sprawdzić swoją leśną kryjówkę.

Lasy zajmowały tu szerokie połacie terenu. Obrastały pobliskie wzgórza, których przez liczne skarpy i osuwiska nie dało się przekształcić w działki budowlane czy chociażby pola uprawne. Niewiele osób zapuszczało się w te rejony. Po okolicy krążyły pogłoski o dzikach, wilkach czy migrujących tu niedźwiedziach, a nawet o demonach i czarownicach, które przy pełni księżyca tańczyły nago na leśnych polanach.

Susan nigdy nie udało się żadnej spotkać. Codziennie natykała się za to na sarny, lisy, sroki, węże i jaszczurki. Żadnych diabłów, słowiańskich demonów ani druidów oferujących specyfiki otwierające umysł.

A szkoda, pomyślała, spoglądając na drzewa, wśród których rozchodziło się pukanie dzięcioła. Takie życie byłoby ciekawsze.

Ruszyła w dalszą drogę, a im głębiej wchodziła w las, tym ścieżka stawała się mniej wyraźna, aż w końcu Susan musiała się przedzierać pomiędzy krzakami, nad którymi wisiały pierwsze okazy z jej upiornej kolekcji: zawieszona na żyłce wędkarskiej smukła czaszka sarny i pęknięta, chociaż wciąż cała czaszka dzika.

Im dalej zapuszczała się w gęstwinę, tym czaszki pojawiały się gęściej, aż dotarła na niewielką polankę, gdzie wisiały już na wszystkich drzewach. Kocie, ptasie, krecie, królicze... Susan podchodziła kolejno do każdej z nich, oceniając ich stan. Gdy już sprawdziła wszystkie, oparła ręce na biodrach i odetchnęła z ulgą. Nawet najbardziej zniszczona czaszka owcy wisiała nienaruszona na swoim miejscu.

- Jakim cudem nic się nie połamało? - Zmarszczyła brwi, przypominając sobie wichurę oraz widok stodoły sąsiadów, która zawaliła się niczym domek z kart.

Albo sprzyjały jej duchy zwierząt, albo po prostu miała szczęście. Co prawda nie wierzyła w czary, było w tym jednak coś niepokojącego.

Podeszła do stojącego na palenisku garnka i wyciągnęła z niego czaszkę sarny, którą zawiesiła obok dwóch lisich głów na wystających z mrowiska gałęziach. Mrówki jeszcze się nie obudziły, ale czekało je mnóstwo roboty.

Wszystkie troje zwierząt znalazła przy drodze i tam też pozyskała ich głowy. Jej matka narzekała na zdegustowanych tym sąsiadów, choć przecież niejednokrotnie widziała, jak ci sami ludzie przyspieszali w swoich autach na widok plączącego się przy drodze psa lub kota. W przeciwieństwie do nich ona, Susan, nie robiła krzywdy tym zwierzętom - na swój sposób oddawała im hołd, a to, że jednocześnie odstraszała przypadkowych spacerowiczów od swojego zakątka, było tylko dodatkową zaletą.

Wyprostowała się nad mrowiskiem i zamknęła oczy. Przez dłuższą chwilę nasłuchiwała dźwięków budzącej się po zimie przyrody, świergotu ptaków i szumu gałęzi, na których pojawiały się już pierwsze liście. Z zamyślenia wyrwał ją łopot skrzydeł tuż nad jej głową.

Zaskoczona skuliła się, zasłaniając twarz, lecz ptak prze­frunął tuż obok i usiadł na skraju polany, nawet nie spoglądając w stronę dziewczyny. Z determinacją wygrzebywał dziurę w ziemi, pokrakując donośnie, jakby z ekscytacją.

- Co tam masz? - Skierowała pytanie bardziej do siebie niż do przybysza.

Na dźwięk ludzkiego głosu ptak uniósł dziób i spojrzał na dziewczynę okiem przysłoniętym przez bielmo. Susan pierwszy raz w życiu widziała tak wielkiego kruka. Zaskrzeczał donośnie, po czym wzbił się w powietrze i zniknął pośród drzew.

Susan rozejrzała się niepewnie. Chwyciła za patyk i sama zaczęła grzebać w świeżo wykopanej jamie. Ku swojemu zaskoczeniu zauważyła tam masę drobnych kostek i coś, co wyglądało na znacznie większy kawałek kości. Przedmiot był tak głęboko zatopiony w glinie i oplątany korzeniami, że musiała pomóc sobie pogrzebaczem, żeby go w końcu wydobyć.

W jej dłoniach znalazło się coś, co wyglądało na czaszkę ogromnego ptaka; dziewczyna nie kojarzyła żadnego gatunku, do którego mogłaby pasować. Ba! Gdyby chciała, mogłaby założyć ją sobie na głowę. Obejrzała ją dokładnie z każdej strony i ze smutkiem zauważyła brak puszki mózgowej. Szukała jej przez dobry kwadrans, w końcu jednak dała za wygraną.

Czaszka była oblepiona ziemią, więc nie dało się dostrzec żadnych szczegółów. Susan włożyła ją do plastikowego worka i ostrożnie schowała w plecaku, pomiędzy książkami.

Może właśnie odkryłam nowy gatunek? - zastanawiała się, idąc przez las.

Gdy w końcu stanęła na jego skraju, dostrzegła sylwetkę ogromnego kruka, który naprowadził ją na znalezisko. Zwierzę patrzyło na nią z gałęzi martwego dębu w bezgłośnym oczekiwaniu.

- Dzięki, przyjacielu! - rzuciła. - Przyniosę ci coś dobrego w nagrodę. - Pomachała mu na pożegnanie i ruszyła w dalszą drogę do domu.

2

Furtka zaskrzypiała żałośnie, gdy jej spodnia część zaryła w ziemi. Susan minęła stadko kur, które próbowały dziobać ją po butach, i stanęła przed wejściem do domu.

- Wróciłam! - oznajmiła w progu, przekrzykując głos prezentera telewizyjnego dobiegający z pokoju dziadka.

Mężczyzna wychylił głowę zza oparcia fotela i uniósł dłoń w geście przywitania. Po chwili z kuchni wyszła matka. Codzienny pobyt na izbie przyjęć utrwalał zmęczenie malujące się na jej pociągłej twarzy.

- Jakie ty masz buty... - Rzuciła córce wymowne spojrzenie. - Znowu się włóczyłaś po lesie?

- Nie no... ścieżka jest rozjechana - bąknęła Susan, kierując się w stronę schodów na piętro. - Idę do pokoju, jestem zmęczona.

- Susan, wracaj tu!

Dziewczyna przystanęła i odwróciła się powoli, nie patrząc matce w oczy.

- Coś się stało? - zapytała.

- Co masz w tym plecaku? Ledwo się dopina.

Susan poczuła, jak krew odpływa jej z twarzy. Do diaska. Mogła od razu pobiec na górę, zamiast witać się z dziadkiem. Odbyła już zbyt wiele rozmów na temat przynoszenia czegokolwiek z lasu i zawsze kończyły się one na krzykach i przetrząsaniu wszystkich jej rzeczy.

- Tylko książki i buty...

- Znowu włóczyłaś się po lesie i przytargałaś coś do domu, mam rację? - Matka oparła dłonie na szerokich biodrach. - Ile razy ci mówiłam...

- Ale ja nic nie przyniosłam! - Susan podniosła głos, zanim zdążyła ugryźć się w język. W takich sytuacjach najlepiej działał żart bądź sarkastyczny komentarz. Wypierając się, w zasadzie potwierdzała podejrzenie matki.

- To otwórz plecak.

Susan założyła ręce na piersiach. Stanęła pewniej, chociaż zaczęły drżeć jej nogi.

- Aż tak mi nie ufasz? To przykre.

Na te słowa oczy matki błysnęły ze złości. Susan zrobiła krok do tyłu, ale kobieta wbiła w nią rozzłoszczone spojrzenie.

- Wiesz, co jest przykre? - wydusiła przez zęby. - To, jak mi w żywe oczy kłamiesz. Zastanowiłaś się, co sąsiedzi o nas mówią?

Susan wzruszyła ramionami. Odkąd pamiętała, musiała wysłuchiwać o sobie najrozmaitszych rzeczy. Od szeptanych w kościelnych ławach docinków na temat powodów, dla których czarnoskóre dziecko wychowuje się bez ojca, przez żarty o zbawiennym wpływie pracy i modlitwy na odcień skóry dłoni, aż po sugestie wykonania plemiennych tańców w szkole.

- Zawsze będą o czymś gadać. Nawet gdybyśmy zostali ascetami, to i tak do czegoś by się przyczepili.

- Preparowanie zwłok to nie jest normalne hobby dziew­czyny w twoim wieku.

- Przynajmniej ma jakieś zajęcie - wtrącił dziadek. Stał teraz w progu swojego pokoju, oparty o framugę. - Skończta już się drzeć. Lepsze to, niż jakby miała siedzieć cały dzień na komputerach. Kowalskie mówią, że swoich bliźniaków nie mogą od tych... no... tik-taków oderwać.

Susan uśmiechnęła się delikatnie. Dziadek zawsze stawał po jej stronie, co za każdym razem doprowadzało matkę do szewskiej pasji. Tym razem również nie miało być inaczej.

- Jak możesz jej bronić, tato? Po okolicy biegają jacyś szaleńcy, a ona zamiast przyjść do domu jak normalne dziecko i siadać do nauki, to włóczy się gdzieś do nocy. Co dzień zachodzę w głowę, czy się jej nic nie stało! - wyrzuciła z siebie jednym tchem.

Mężczyzna zaśmiał się cicho i pokręcił głową.

- Aj, do diaska. A gdzie ona może łazić? Przyrody trochę pozna, powietrzem świeżym pooddycha. Chciałabyś, żeby cały czas się w domu kisiła jak kapusta?

- Czy ty widziałeś, jak nasz lasek w leju wygląda? Młoda Kaczorowska tam wczoraj była, bo jej pies uciekł. Wiedziałeś, że Susan rozwiesza czaszki po drzewach? Trupom rozjechanym łby ucina!

- A ty ucinasz łby żywym kurczakom i gotujesz z nich rosół. Zuza martwemu już krzywdy nie zrobi, a poza tym jest ostrożna. Pokazałem jej, co ma robić, żeby niczego nie złapać.

Twarz kobiety stężała, zbladła, a następnie po­czer­wieniała.

- Ty? Ty jej pokazałeś? Nie no, po prostu nie wierzę, że ze wszystkich ludzi w tym domu...

Susan nie słuchała więcej. Korzystając z zamieszania, pobiegła do swojego pokoju na poddaszu. Przez chwilę stała przy drzwiach, nasłuchując, czy sprzeczka pomiędzy matką a dziadkiem dobiegła już końca. Nie chciała, by ktokolwiek kłócił się z jej powodu, ale wiedziała, że nie zdoła załagodzić sytuacji w żaden sposób. Ku jej uldze, z dołu dobiegały już tylko przytłumione dźwięki z telewizora.

Odetchnęła i zdjęła plecak. Wyciągnęła pokrytą mokrą ziemią czaszkę i umieściła ją w misce, którą trzymała pod łóżkiem.

Jeżeli to jakiś nowy gatunek, to może nazwą go na moją cześć? - pomyślała. Tylko jak? Bestia Wolskiej? Susania?

Sięgnęła po butelkę, polała czaszkę wodą i zaczęła wyciągać z niej glinę. Włożyła palec do jednego z oczodołów i potarła, próbując wygrzebać ze środka rozmiękczoną ziemię. Syknęła, gdy ostra krawędź przecięła jej skórę.

- No to tyle, jeżeli chodzi o ostrożność - stwierdziła, obserwując krew wypływającą z rany.

Przekradła się z czaszką do łazienki, by wyszorować ją pod prysznicem, i założyła grube rękawiczki do mycia muszli sedesowej.

Po dłuższej chwili spod brudu zaczęły się wyłaniać kolejne szczegóły jasnej kości: ogromne oczodoły, nozdrza i zakrzywiony, błyszczący czernią dziób. Wkrótce Susan dostrzegła coś jeszcze. Chwyciła za starą szczoteczkę do zębów i zaczęła oczyszczać dziwne żłobienia, które okazały się pokrywać całą powierzchnię czaszki.

Znaki nie były jednorodne. Rozpoznała kilka skandynawskich run, słowiański kołowrót, a nawet coś w rodzaju hieroglifów. Cała reszta znaków stanowiła dla niej zagadkę.

Rozległo się pukanie do drzwi.

- Co tam robisz?

Susan przerwała czyszczenie czaszki i wyłączyła prysznic.

- Nic... Myję się...

- To się pospiesz, bo też chcę się umyć! - Głos matki ciągle był pełen złości. - Już dziesiąta i muszę iść spać.

Dziesiąta? Susan spojrzała na czaszkę. Wydawało jej się, że nie spędziła w łazience nawet godziny.

- Jeszcze chwila! - Owinęła znalezisko ręcznikiem, pospiesznie polała sobie dla niepoznaki głowę wodą spod prysznica i wróciła do pokoju, upewniwszy się, że matka nie czeka na nią pod drzwiami łazienki.

Położyła czaszkę na biurku i przerysowała do zeszytu część z nieznanych jej symboli.

Może, pomyślała, powinnam pokazać to komuś, kto się na tym zna?

Przyszła jej nawet do głowy pewna osoba.

3

Panowała noc. Księżyc co chwila znikał za chmurami, zostawiając Susan w całkowitej ciemności. Żadna z otaczających ją gałęzi nawet nie drgnęła, chociaż chmury nad jej głową gnały niczym pędzone huraganem. Cisza była tak głęboka, że dziewczyna słyszała bicie własnego serca.

Podniosła się z klęczek i rozejrzała. Usiłowała sobie przypomnieć, jak się tutaj znalazła - cokolwiek owo "tutaj" znaczyło.

Położyła się spać w swoim łóżku, tego była pewna. Teraz otaczały ją drzewa, a pod stopami, zamiast miękkiego dywanu, miała lodowatą, oszronioną ziemię.

- Jest tu kto? - zawołała niepewnie. Czyżby umarła, a jej dusza będzie od teraz skazana na niekończącą się tułaczkę? - Halo!

Odpowiedziało jej krakanie pochodzące z dziesiątek, a może i setek ptasich gardeł. Skrzek był ogłuszający, co więcej, zdawał się przybliżać. Poczuła mroźny podmuch, gdy z ciemności wyłoniła się chmara kruków, otaczając ją ze wszystkich stron.

Susan krzyknęła i padła na twarz, zasłaniając rękami głowę i kark. Próbowała się przeczołgać do jakiejś kryjówki, coś jednak trzymało ją w miejscu. Podniosła wzrok. Dostrzegła, że otacza ją krąg utworzony z białych kamieni. Ku swojemu zdziwieniu, nie była w stanie przekroczyć wytyczonej przez nie granicy.

- Co się dzieje? - Uderzyła dłońmi w niewidzialną barierę. - Pomocy! Niech mi ktoś pomoże!

- Bądź pozdrowiona...

Susan zesztywniała, słysząc za swoimi plecami głos brzmiący niczym skrzypienie spróchniałego drzewa. Odwróciła się, nikogo jednak nie dostrzegła. Bicie skrzydeł i krucze nawoływania powoli milkły.

- Kto tam jest?

- Znalazłaś mą maskę...

- Maskę? - Zmrużyła oczy. Wydawało jej się, że widzi krążącą w mroku postać, która jednak rozpływała się niczym smużka dymu, gdy tylko dziewczyna próbowała skoncentrować na niej wzrok. - Nie wiem, o czym mówisz. Gdzie ja jestem?

- Stawiasz kroki pośród złud. Tkwisz we wnętrzu swego snu.

Susan odskoczyła zaskoczona. Słowa znów padły tuż za nią.

- Jeżeli jestem we śnie, to dlaczego się nie budzę? - Spojrzała na swoje dłonie. Wyglądały zupełnie normalnie. Uszczypnęła się najmocniej, jak potrafiła, ale ból jej nie otrzeźwił. - Czy to świadomy sen? Jeśli tak, to powinnam mieć nad nim kontrolę. Chwila... - Zastanowiła się. - Czy jesteś moją podświadomością? Czy chcesz mi przekazać, że ten krąg z kamieni jest metaforą tego, jak się czuję, czy coś w tym stylu?

- Tam, gdzie sen przenika sny, symbol staje się zasłoną. Ten krąg, co otacza cię, taką właśnie jest ochroną.

Ochroną? Susan utkwiła wzrok w białych kamieniach i nagle poczuła, jak całym jej ciałem wstrząsa dreszcz. Otaczały ją czaszki, a to, co wcześniej wzięła za gałęzie, było wystającymi z ziemi kośćmi. Setkami, tysiącami kości skierowanych w jej stronę. Połamanych żeber, potrzaskanych piszczeli i rozwartych szczęk, jakby zastygniętych przy wydawaniu ostatniego krzyku.

- A... przed czym ma mnie to chronić? - zapytała słabo.

Nastała długa cisza. Coś nad nią załopotało, niczym skrzydła ogromnego ptaka, i posypał się snop iskier, które na moment rozświetliły ciemność. Susan jęknęła z grozy, gdy dostrzegła ogromny kształt ocierający się o barierę, pokryty czarnymi jak obsydian piórami. W miejscach, gdzie przystawał, ziemia obrastała lśniącą warstwą szronu.

- Już nie chcę tu być! Słyszysz?! Chcę się obudzić!

- Twemu rodzajowi zajęło pokolenia, by odciąć się od naszych szeptów, tysiąc lat to trwało. Rozbrzmiewają dziś na nowo pośród tego, co nigdy nie było, lecz zawsze czekało...

To nie miało sensu. Susan upadła na kolana i zasłoniła uszy. Odnosiła wrażenie, że głos wwierca się jej w mózg i rozrywa go na pół.

- Przestań! - jęknęła, czując, jak dzwoni jej w głowie. - Kim ty jesteś? Czego ode mnie chcesz?

- Zawszem ci towarzyszyła, jednak ci nie jestem znaną. Wybrać cię postanowiłam, więc pozostań mi oddaną. Niechaj raduje się twe serce i nie zazna już niewiary. Swej potęgi ci użyczę. Ty przekujesz ją w koszmary.

Susan poczuła, że jeżą się jej włoski na karku. Czyżby ciągle rozprawiająca o okultyzmie babcia miała rację? Czy od teraz w snach zaczną nawiedzać ją duszożerne demony? Uderzyła się kilkukrotnie w policzek, ale bez skutku.

Doigrałam się. Naprawdę się doigrałam, przeszło jej przez myśl. Do diaska, dlaczego nie mogę się obudzić?

- O czym ty mówisz? Jaka potęga? Ja nic od ciebie nie chcę! - zawołała. Na jej oczach ziemia po jej stronie kręgu pokryła się nową warstwą szronu. Susan przezornie odsunęła się na przeciwległy kraniec i oparła się plecami o niewidzialną barierę. - To mój sen! Pokaż się albo odejdź!

- Wszyscy, którzy łakną, muszą za to płacić. Aby coś uzyskać, pierwej musisz stracić.

- Ale ja nic nie chcę! - zaprotestowała. Usłyszała za sobą szum, lecz go zignorowała. - A już na pewno nie od ciebie! To mój sen i ja tu rządzę!

Tak, to był tylko sen! Zwidy i wytwory uśpionej świadomości, która porządkowała zdobyte za dnia informacje w łatwą do przetworzenia papkę symboli i znaków. W dawnych czasach ludzie padali ofiarami koszmarów i paraliżów sennych, a później byli przekonani, że znaleźli się pod wpływem nieczystych mocy. Później tracili rozum, lecz zamiast do psychiatry, trafiali do egzorcysty, który, sam posługując się symbolami, "wyganiał" demona.

- To mój sen i ja tu... Aaa! - Odskoczyła, czując boleś­nie zimny powiew na karku.

Tego było już za wiele. Zaczęła podnosić zmrożone grudki ziemi i ciskać nimi w ciemność. Cokolwiek stało za barierą z czaszek, znów skryło się przed jej wzrokiem, rzucała więc na oślep, byleby wyładować frustrację.

- Pokaż się! Pokaż się w końcu!

- By ujrzeć me lico, zapłać obietnicą...

- Dobrze! Dobrze! Zrobię to, tylko masz mi się pokazać i mnie stąd wypuścić, słyszysz? Mam dość tej zabawy w ciuciubabkę!

- Od dziś będziesz mi ostoją, a ja twym zazdrosnym bóst­wem. Moja moc się stanie twoją, lico twe zaś moim lustrem...

- Mów w końcu, czego chcesz, i daj mi spokój! - rzuciła ostro dziewczyna, przerywając zjawie. Dziwny sposób mówienia tajemniczego intruza sprawiał, że coraz mocniej bolała ją głowa. - I odpuść te durne rymowanki!

Głos zamilkł, jakby zaskoczony zachowaniem Susan. Po chwili jednak rozległ się ponownie, tym razem znacznie cichszy i jakby urażony.

- W zamian za me błogosławieństwo pragnę jedynie obietnicy wiecznej wierności, a gdy nadejdzie kres twojego istnienia, twa nieśmiertelna dusza stanie się mym krukiem. Póki jednak starczy ci tchu w piersi, a nawet gdy już go zabraknie, niechaj wola twa będzie prawem, podług którego czyniła będziesz.

Susan uniosła głowę i wbiła wzrok w ciemność przed sobą. Jakie błogosławieństwa? Jaka służba? Co to mog­ło znaczyć? Podświadomość kazała jej się oddać swojej "prawdziwej" naturze? Żyć w zgodzie ze sobą? W zasadzie nie brzmiało to tak źle.

- Niech będzie. Zgadzam się na wszystko. Daj mi te swoje moce i dary i bierz, cokolwiek zechcesz - oznajmiła bez wahania. - Tylko pozwól mi się już obudzić!

Ponownie zapanowała cisza. Susan nerwowo rozejrzała się dookoła, po czym ostrożnie podeszła do granicy kręgu. Tym razem nic jej nie zatrzymało. Przestąpiła przez czaszki i poczuła pod stopami warstwę suchych liści. Drgnęła. Coś stało tuż za nią.

Serce jej przyspieszyło, a nogi stały się jak z waty. Czy teraz to zobaczy? Utkwiła spojrzenie w ziemi i pomału się odwróciła.

Pierwsze, co dostrzegła, to rąbek szaty, wyblakłej i naznaczonej dziesiątkami przetarć. Uniosła wzrok. Szata przepasana była kolorowym, chociaż równie wyblakłym pasem z frędzlami, u którego kołysał się pęk czarnego pierza. Na piersi tajemniczej postaci spoczywało kilka sznurków korali, piór i plecionek. Susan w końcu zatrzymała wzrok na głowie, która wcale nie była ludzka, lecz bez dwóch zdań krucza. Spoglądała na nią para przenikliwych czarnych oczu.

Dziewczyna patrzyła na istotę, nie mogąc wydusić z siebie słowa. Stworzenie sięgnęło pokrytą łuskami dłonią do swojego dzioba, po czym pociągnęło za jego czubek, odsłaniając, ku zaskoczeniu Susan, śnieżnobiałą czaszkę, niemal identyczną z tą odnalezioną w lesie.

- Co to jest...

Zjawa zbliżyła się błyskawicznie i wyciągnęła trzymaną czaszkę w kierunku twarzy dziewczyny, nim ta zdążyła zareagować. Susan wrzasnęła, zaraz jednak zamarła, gdy zimna kość dotknęła jej skóry. Dziewczyna miała wrażenie, że w jej policzkach zagłębiły się orle szpony, ostre, rozcinające skórę, rozrywające mięśnie i przebijające kości.

- Przestań! - Głos wydawał się płynąć nie z jej ust, lecz gdzieś z oddali, jakby mówiła z wnętrza grobu. - Proszę, przestań! To boli!

Nic nie widziała. Nic nie słyszała. Nie czuła niczego poza wlewającym się jej do czaszki bólem. Gdy tortury dobiegły końca, Susan leżała na chłodnej ziemi, a policzki piekły ją niczym obsypana solą rana. Z trudem oparła się na łokciu i z ulgą stwierdziła, że po istocie nie ma już śladu. Sięgnęła do twarzy i zadrżała.

- C-co to jest?

Jej palce sunęły po gładkiej kości. Zacisnęła dłonie na wypukłości przypominającej dziób, po czym z całej siły szarpnęła. Bez rezultatu. Pociągnęła jeszcze kilkakrotnie, aż w końcu zacisnęła dłonie na kościstych oczodołach i krzyknęła, głośno, przejmująco, rozpaczliwie.

4

Susan obudził jej własny krzyk. Zerwała się z łóżka i podbiegła do lustra, szukając śladów wgryzionego w twarz kościstego tworu. Jej wytrzeszczone ze strachu oczy były podkrążone i przekrwione, jakby w ogóle nie spała, a ciemne loki sterczały na wszystkie strony.

Odetchnęła z ulgą. Wyglądała, jakby kopnął ją koń, ale niewątpliwie była sobą i z pewnością nie miała ptasiego dzioba. Czaszka patrzyła na nią pustymi oczodołami z biurka, na którym zostawiła ją wieczorem.

Aż tak się przejęła tym znaleziskiem?

Zadzwonił alarm. Spojrzała na telefon. Szósta. Zrezygnowana, związała włosy w kucyk i szybko, odrobinę niechlujnie nałożyła ciemny makijaż, włożyła pierwsze lepsze ciuchy, wypełniła plecak książkami i zeszytami i zbiegła do kuchni. Matka siedziała już przy stole. Podniosła zmęczone spojrzenie znad telefonu.

- Zaspałaś? - zapytała, podając córce zapakowane w folię kanapki, a następnie znacząco wskazując na zegar. - Nie zdążysz na busa.

Susan westchnęła i schyliła się, by wyciągnąć spod stołu butelkę wody.

- Zdążę...

Matka uśmiechnęła się krzywo, patrząc przy tym wymownie na dziurawe dżinsy i koszulkę z wilkołakami w strojach biskupów, które dziewczyna miała na sobie.

- Tak masz zamiar paradować po szkole? - zapytała z wyrzutem. - Zmyłabyś ten okropny makijaż i chociaż raz ubrała się tak, jak przystało na dziewczynę. Dlaczego nie możesz tego dla mnie zrobić?

- Przecież ubrałam się jak dziewczyna. - Susan strzeliła ramiączkami stanika. - Muszę iść. Zaraz naprawdę się spóźnię.

Minęła matkę, która jedynie westchnęła z rezygnacją, i wyszła z domu, po czym ruszyła na przełaj, przez pola, nie przejmując się błotem, które oblepiło jej buty. Spojrzała na czarne ptaki zataczające kręgi na niebie.

A co, jeśli to nie był sen i naprawdę spotkała demona, który ją opętał? Jak w ogóle pozbyć się czegoś takiego? Iść do egzorcysty? Czy za taką usługę się płaci, czy może jest darmowa w ramach...

Stop, skarciła się w myślach. W takie rzeczy niech sobie wierzą mama z babcią, ja nie mam zamiaru.

Gdy dochodziła już do przystanku, zauważyła po drugiej stronie ulicy coś, co wyglądało jak kupka błota. Po chwili zrozumiała, że patrzy na martwego psa sąsiadki, i zrobiło się jej przykro. Rocky kręcił się przy drodze jeszcze za czasów, gdy chodziła do podstawówki. Zaledwie wczoraj widziała go biegnącego szczęśliwie za rowerem, a teraz...

Gdy przyglądała się zwierzęciu, tuż obok niej wylądował stary kruk z bielmem na oku. Susan odsunęła się od niego przezornie, kruk jednak zbliżył się do niej w podskokach, zabawnie przekrzywiając główkę.

- Nie masz na co liczyć - zadrwiła. - Po szkole go pochowam i nici z imprezy. - Popatrzyła w stronę pobliskich budynków, przy których kręcili się państwo Kaczorowscy. - Pewnie nawet nie zauważyli, że zniknął - burknęła, siadając na ławce.

Z jakiegoś powodu świat wydał jej się dziwnie pusty. Owszem, pies nie należał do niej, nie była też z nim przesadnie zżyta, stanowił jednak pewien łącznik z czasami, gdy była młodsza i mniej świadoma rozmaitych trudów życia, a przez to szczęśliwsza. Później codzienność zaczęła piętrzyć przed nią kolejne problemy i obowiązki.

Gdybym mogła stać się ptakiem, to już dawno bym stąd odleciała, pomyślała, patrząc na nadjeżdżającego busa.

Założyła maseczkę z czaszką i weszła do środka. Z przodu siedziały dwie starsze kobiety, które utkwiły w niej zdziwione spojrzenia.

- Dzień dobry - przywitała się uprzejmie.

Staruszki natychmiast odwróciły głowy, nagle bardziej zaciekawione błotem za oknem i dziurawą drogą.

Susan nie przejęła się tym specjalnie. Wyciągnęła z plecaka stare słuchawki nauszne i zamknęła oczy. Warkot silnika zniknął, zagłuszony przez metalowe riffy, perkusję i słowa wokalisty, głoszącego, że nigdy nie zaśnie, gdyż sen jest dla słabych. Ciepło i kołysanie sprawiły, że, jakby na przekór, szybko poczuła się senna. Mimo to wspomnienie nocnego koszmaru nie dawało jej spokoju. Jeszcze nigdy nie doświadczyła czegoś takiego. Pamiętała każdy szczegół: chłodne powietrze, lodowatą ziemię pod stopami, tysiące kości, kłębiące się wszędzie ptaki i nade wszystko ból, kiedy jej twarz rozorały szpony.

Nagle wzięła głębszy wdech i zapadła się mocniej w wysiedzianym fotelu.

Czaszka! Nie schowała czaszki! Zostawiła ją na biurku, jak gdyby nigdy nic! Jeżeli matka przeszuka jej pokój, znalezisko z pewnością wyląduje na śmietniku, a wraz z nim nadzieje na większe kieszonkowe.

Zacisnęła usta w wąską linię i westchnęła ciężko. Przez chwilę zastanawiała się, czy nie zadzwonić do dziadka, ale szybko zrezygnowała z tego pomysłu w obawie przed kolejną kłótnią. Postanowiła trzymać się nadziei, że tego dnia nikt nie zechce wejść do jej pokoju. Próbując się skupić na rozbrzmiewającej w słuchawkach muzyce, podskakiwała na swoim siedzeniu w rytmie dyktowanym przez koleiny.

5

Bukowice Dolne były słabo zaludnionym górskim miasteczkiem, z zaskakująco dużą liczbą kościołów i kapliczek - było ich aż dwanaście - a także dwoma centrami handlowymi i jednym McDonaldem, obok którego stała budka z tradycyjnymi serami i pamiątkami. Susan zawsze zastanawiało, dlaczego Bukowice nazwano "dolnymi", skoro nie dość, że znajdowały się na wzniesieniu, to jeszcze nigdzie nie dało się znaleźć Bukowic Górnych.

Wysiadła na zdezelowanym dworcu i z ulgą zdjęła maseczkę. Zardzewiałe podpory zadaszenia musiały być stare już wtedy, kiedy jej matka chodziła tu do szkoły, a nawierzchnia odkształciła się w miejscach, w których najczęściej przystawały busy i autobusy. Susan miała jeszcze pół godziny, więc spokojnie ruszyła piechotą, z rzadka łapiąc spojrzenia mijanych osób.

Większość przechodniów nie zwracała na nią uwagi, tylko nieliczni zerkali to na sięgające do połowy łydek glany, to na koszulkę, to na kurtkę z wilkołakiem niosącym krzyż, której zakup kosztował dziewczynę trzy godziny rozmowy z babcią na temat Zbawiciela i diabłów.

W rzeczy samej, babcia Jadwiga była istną ekspertką w dziedzinie złych mocy, okultyzmu i czarów. Zdawała się wiedzieć więcej niż niejeden domorosły amator dzieł Aleistera Crowleya. Skąd staruszka zdobyła tak szeroką wiedzę, było dla Susan tajemnicą, której babka strzegła równie zazdrośnie, co szafki wypełnionej dewocjonaliami.

Bukowickie liceum niczym nie odbiegało od podobnych szkół w niewielkich miejscowościach, zdolne pomieścić wszystkich chętnych z okolicznych wiosek, nawet kosztem skrajnego przeludnienia i wydrenowania wszelkiej energii tak z uczniów, jak i nauczycieli. Dyrektorów zmieniano tu niechętnie i najczęściej dopiero z powodu ich śmierci. Ostatnia zmiana warty miała miejsce w tym samym roku, kiedy Susan trafiła do liceum, i przynajmniej na razie nie zanosiło się na kolejną.

Susan zostawiła kurtkę w szatni i przecisnęła się pod swoją klasę, gdzie zbierali się już jej koleżanki i koledzy. Przywitała kilkoro znajomych i podeszła do siedzącego na ziemi Sebastiana, który jak zwykle tkwił z nosem w książce. Lektura zaabsorbowała go na tyle mocno, że nawet nie zauważył, gdy się do niego przysiadła.

- Co czytasz? - zainteresowała się, machając mu dłonią przed oczami. - Ziemia do Sebastiana, odbiór.

- Och. Cześć, Susan. - Zwrócił na nią podkrążone oczy i zamknął książkę. - To Szamanka od umarlaków. Dostałem wczoraj od matki.

Susan spojrzała na okładkę, na której widniała czarno­oka kobieta próbująca wyjść z lustra. Dziewczyna mimowolnie zastanowiła się, jak długo musiałaby tłumaczyć swojej babci, że w środku próżno szukać instrukcji przywoływania duchów, opisów rytuałów czy inkantacji.

- I już przeczytałeś połowę? - zapytała ze zdziwieniem, na co Sebastian pokiwał twierdząco głową. - Ale masz tempo.

- W sumie to trzy czwarte. Gdyby nie nauka, to może bym skończył. - Poprawił długą grzywkę, zasłaniając nią panoszący się na czole trądzik, i z wyraźną niechęcią schował książkę do plecaka. Przyjrzał się Susan. - Nie wyglądasz najlepiej. Coś się stało?

Dziewczyna machnęła ręką.

- Jakieś głupoty mi się śniły. Słuchaj. - Zniżyła głos do szeptu. - Wczoraj w lesie wykopałam jakąś dziwną czaszkę. Chyba ptasią.

- No i? Ty ciągle coś takiego znajdujesz.

- Tak, ale ta jest wielka jak mój łeb i nie wiem, co to może być. Chcesz przyjechać i ją obejrzeć?

Sebastian spojrzał na nią ze zdziwieniem, po czym zerknął na pęknięty cyferblat swojego zegarka.

- Dzisiaj nie dam rady - odparł po krótkiej kalkulacji. - Zrobiłaś zdjęcia?

Susan podała mu swój telefon.

- Nawet całe mnóstwo. Zobacz.

Sebastian wszedł do galerii i zaczął przeglądać fotki czaszki.

- Hmm... To chyba faktycznie ptasia. Czemu nie wysłałaś mi tego wczoraj?

- I tak byś nie odczytał moich wiadomości - prychnęła. - Tak jak wszystkich innych, które do ciebie piszę.

Chłopak wzruszył ramionami.

- Nie moja wina, że nie mam zasięgu ani internetu. Może za jakiś czas doprowadzą nam światłowód, ale na razie nikt nie oferuje nawet radiowego, a na satelitarny mamy nie stać.

- Przecież nie mam pretensji - odparła i wskazała na swój telefon. - Co o tym sądzisz?

- W sumie nie wiem - przyznał chłopak, marszcząc brwi. Zatrzymał się dłużej na jednym ze zdjęć, na którym widoczne były wyryte w kości znaki. Z zamyślenia wyrwał go dopiero dźwięk dzwonka. - Wyślesz mi? Obejrzę jeszcze raz w domu.

Uczniowie powoli wchodzili do sali. Susan i Sebastian zajęli ławkę na samym końcu w środkowym rzędzie. Wkrótce do klasy wszedł profesor Adrian Kruszyński, mężczyzna o drobnej posturze, z kilkudniowym zarostem i przetłuszczonymi włosami.

- Czy on w ogóle myje głowę? - szepnęła Susan koledze do ucha, na co ten parsknął cichym śmiechem.

- Pewnie masłem...

Nauczyciel spojrzał karcąco w ich stronę, jakby dosłyszał rozmowę - co z pewnością nie było możliwe - więc obydwoje umilkli. Kruszyński należał do grona nauczycieli, którzy zdawali się przychodzić do pracy za karę. Nie był złym pedagogiem, ale jego oziębły sposób bycia nie zaskarbiał mu sympatii tak uczniów, jak i innych nauczycieli. W dodatku miał istnego bzika na punkcie swojego przedmiotu i zdawało się, że postawił sobie za cel wbicie uczniom do głów każdego szczegółu z życia wszystkich władców Polski. Wiesz, co Łokietek lubił jeść na śniadanie? Nie? Szkoda, bo będzie to na dzisiejszej kartkówce! Świętego Wojciecha ścięto mieczem czy toporem? Jakiego koloru podkolanówki nosiła królowa Bona? Czarne? Bania, bo królowa Bona nosiła pończochy!

Co gorsza, to właśnie ten cierpiący na ból istnienia koleś był ich wychowawcą.

- Witam klasę - mruknął, nie odrywając wzroku od komputera. - Jutro sprawdzian, pamiętacie? Nie chcę widzieć tylu jedynek, ile ostatnio.

Nikt nie odpowiedział, na co mężczyzna westchnął z rezygnacją.

- Zgaduję, że będę musiał zamknąć oczy. Susan? - Wyciągnął z szuflady chusteczki i kiwnął głową w stronę drzwi. - Chyba wiesz, gdzie masz iść?

Dziewczyna westchnęła i podniosła się z miejsca.

- Dobrze pan wie, że jutro też tak przyjdę.

- A ty dobrze wiesz, że każę ci to zmyć. Nie wolno ci przychodzić na lekcje, kiedy wyglądasz w ten sposób.

Susan wzruszyła ramionami.

- A czy robię tym komukolwiek krzywdę? Taka jestem. Nic na to nie poradzę.

- Jeszcze nie słyszałem, żeby ktokolwiek rodził się z makijażem. Słyszałaś o czymś takim jak statut? Rozpoczynając naukę w tej szkole, zobowiązałaś się do jego przestrzegania.

- Statut nie jest nienaruszalny.

- A twój makijaż niezmywalny. No, raz-raz-raz! Na jednej nodze!

Susan niechętnie wzięła chusteczki i wyszła z klasy. Łazienka znajdowała się po drugiej stronie długiego korytarza i pachniało w niej zatęchłym mopem. Dotarłszy na miejsce, dziewczyna stanęła przed wyszczerbionymi umywalkami, które i tak były w lepszym stanie niż lustro, pokryte na całej powierzchni siateczką pęknięć. Zmyła makijaż i ruszyła z powrotem do klasy. Kruszyński kończył właśnie suszyć głowy uczniom o wyjątkowo kiepskich stopniach.

- Z żadną inną klasą nie ma takich problemów. Zabierzcie się w końcu do nauki, jeżeli nie chcecie powtarzać roku. Chyba że wolicie skończyć jak Grzegorz i Michał.

Wzrok wszystkich powędrował ku siedzącym przy oknie bliźniakom, którzy nagle się uspokoili. Bracia byli o rok starsi od reszty i powtarzali drugą klasę. Na lekcjach zwykle bujali w obłokach bądź nagrywali pranki na TikToka, o czym wiedziała już cała szkoła, w tym nauczyciele.

- Mogłoby być lepiej, ale na razie nie zanosi się, żebyście mieli znowu kiblować. - Kruszyński zamknął dziennik i odłożył go na bok, po czym sięgnął po pomięty zeszyt z Iron-Manem na okładce. - No dobrze, przejdźmy teraz do przyjemniejszych tematów. Niedługo czeka nas wycieczka do muzeum w Krakowie i zależy mi, żebyście pojechali wszyscy. Przyda wam się to do matury, a poza tym...

Susan ziewnęła i oparła brodę na dłoni. Spojrzała na Sebastiana, który położył się na ławce i najwyraźniej odsypiał noc. Poczuła, że jej również zbiera się na sen.

- A teraz zanotujcie...

Stłumiony huk rozszedł się po klasie, wyrywając Susan z otępienia. Odwróciła głowę w kierunku okna, za którym zobaczyła szaleńczo trzepoczącego skrzydłami gołębia. Zwierzę wpadło pomiędzy kolce odstraszające i panicznie usiłowało się wydostać. Nagle wykrzywiło się w konwulsjach i znieruchomiało.

- O ja! Ktoś zamawiał coś z maka? - zażartował jeden z bliźniaków. Otworzył okno i wciągnął do środka martwego gołębia. - Świeżuteńki! Komu, komu?

- Natychmiast wyrzućcie ten zezwłok! - oburzył się Kruszyński. - Woźniakowie! Dopiero co was pochwaliłem. Nie każcie mi zmieniać notatki do waszych rodziców.

Jeden z bliźniaków się roześmiał, ale posłusznie wyrzucił zwierzę na zewnątrz.

- Wylądował z telemarkiem - zauważył z szerokim uśmiechem.

Kruszyński obrzucił chłopaka zgorszonym spojrzeniem, ale nie powiedział nic więcej. Zaczął za to dyktować terminy oddania dodatkowych prac i powtarzał zagadnienia na sprawdzian. Przez dłuższą chwilę panowała pełna skupienia cisza, którą ponownie przerwał hałas zza otwartego okna. Susan odwróciła głowę i wybałuszyła oczy.

Do wnętrza klasy zaglądał obszarpany kruk, a przed nim leżał ten sam martwy gołąb. Rozległ się pisk i uczniowie siedzący w rzędzie przy oknie zerwali się z miejsc, płosząc kruka.

- O nie - jęknęła Dominika, patrząc na pozostawione na parapecie wiotkie ciałko. - Zaraz się zerzygam...

- Oddajcie go. - Kruszyński zabrał ptaka bliźniakom, którzy już powyciągali telefony, żeby zrobić mu zdjęcia, i włożył go do reklamówki. - Macie umyć ręce - rozkazał, a sam popsikał sobie dłonie środkiem odkażającym.

Susan szturchnęła Sebastiana, który szybko wykorzystał chwilę zamieszania i utkwił wzrok w trzymanej pod ławką książce.

- Widziałam już tego kruka - stwierdziła z niepokojem. - Wyciągnęłam tę czaszkę z dołka, w którym grzebał, i wydaje mi się, że od tego czasu mnie prześladuje.

- Prześladuje? - W oczach Sebastiana zapłonęło nagłe zainteresowanie. - Tak jak w Ptakach Hitchcocka?

Susan rzuciła mu zdziwione spojrzenie.

- W czym?

- To taki stary horror - wyjaśnił, powoli prostując się na swoim miejscu. - Ptaki zaczęły atakować ludzi i bohaterowie filmu starają się przed nimi ukryć. Trochę drętwy, no ale to klasyka.

Susan pokiwała głową i westchnęła. Czyżby zaczynała mieć zwidy ze zmęczenia? Po raz ostatni wyjrzała za okno i zabębniła palcami o ławkę. Wydawało jej się, że słyszy odległe krakanie.

Jak tylko wrócę do domu, pomyślała, od razu idę się zdrzemnąć.

6

- O ja! Ten to zasuwa - rzucił Michał, patrząc za Sebastianem, który wystrzelił z ławki natychmiast po dzwonku obwieszczającym koniec ostatniej lekcji. - Dokąd tak poleciał?

Susan wzruszyła ramionami. Jej przyjaciel od dłuższego czasu zachowywał się dziwnie, ale nie chciała gnębić go pytaniami. Po śmierci taty przechodził trudny czas i widocznie miał swoje powody. Włożyła książki do plecaka i wyszła z resztą klasy na korytarz. Większość osób dojeżdżała z pobliskich miejscowości, więc grupowo skierowali się na dworzec. Kiedy dotarli na miejsce, Susan wyciągnęła telefon i napisała do Sebastiana: "Wszystko w porządku?".

Znaczek przy wiadomości wskazywał, że nawet do niego nie dotarła. Dziewczyna odłożyła komórkę i przez chwilę przysłuchiwała się rozmowom znajomych, po czym zamknęła oczy i wystawiła twarz ku pierwszym w tym roku cieplejszym promieniom słońca. Nagle rozległ się pisk opon. Susan uniosła powieki dokładnie w chwili, gdy przejeżdżający autobus potrącił przebiegającego przez ulicę kota.

- O mój Boże! - jęknęła jedna z dziewczyn, odwracając wzrok. - On go rozjechał! Rozjechał go, nie mogę patrzeć...

- Biedny zwierzak...

- I tak, że próbował hamować...

Znajomi Susan komentowali cicho los kota, a ona sama patrzyła na niego ze współczuciem. Uniosła głowę, słysząc pokrakiwanie, tym razem jednak była to zwykła wrona, która czatowała na kawałki chleba rzucane przez czekających na transport.

- Jak myślicie, co mu strzeliło do głowy? - zagadnął Paweł, który jako pierwszy zbliżył się do martwego zwierzęcia.

- Może był przesądny? - zadrwiła jego siostra i zachichotała. - Zobaczył czarnego człowieka i pomyślał, że przyniesie mu pecha.

Po znajomych przeszedł stłumiony śmiech.

Susan nie zareagowała, chociaż aż ją skręcało, żeby rzucić jakąś ripostę. Wiktoria i Paweł, druga para bliźniąt w klasie, należeli do tych popularnych. Paweł był umięśnionym brunetem z wydatnym nosem i ciemniejszą cerą, u Wiktorii natomiast zwracały uwagę blond włosy, oczy barwy stali i skóra, która po kilku minutach na słońcu robiła się czerwona.

- A wiecie, co jeszcze jest czarne? - kontynuowała Wiktoria. - Msza, na której Susan go opierdzieli.

- Eee... to już było słabe. - Paweł się skrzywił.

- A czy ktoś cię pytał o zdanie? - obruszyła się dziewczyna. - We wszystko musisz się wtrącać i nic ci się nie podoba. Przestań żreć anaboliki, bo ci siadają na mózg, frajerze.

- Że co...

Pomiędzy rodzeństwem rozpętała się krótka, acz intensywna kłótnia i w końcu Wiktoria odeszła obrażona na drugi koniec przystanku, teatralnie przeglądając coś w telefonie. Susan jeszcze przez chwilę obserwowała Pawła, który śmiał się z resztą kolegów. Kłótnie pomiędzy nim a Wiktorią były na porządku dziennym, nikt więc nie przejął się tą pyskówką.

W końcu na przystanek podjechał bus jadący w stronę wioski Susan. Dziewczyna rzuciła zdawkowe "cześć", wsiadła i zajęła zwyczajowe miejsce na samym końcu. Wyciągnęła telefon, by sprawdzić, czy Sebastian coś odpisał.

Dlaczego aż tak mu się spieszyło? Wpakował się w kłopoty? A może coś złego stało się jego mamie? Na odpowiedź będzie zapewne musiała poczekać do jutra.

Przykleiła nos do szyby i znudzonym wzrokiem obserwowała dryfujące nisko deszczowe chmury. Jeździła tym busem od pierwszego dnia w szkole i jedyne, co w tym czasie uległo zmianie, to ilość rdzy na karoserii. Po półgodzinie wjechał bez spowalniania na przeoraną koleinami drogę w Kunowie. W pewnym momencie zarzuciło nim tak mocno, że Susan uderzyła czołem o siedzenie przed sobą i osunęła się na podłogę. Pojazd zatrzymał się gwałtownie.

Dziewczyna chwyciła się za głowę, a kiedy upewniła się, że nie krwawi, rozejrzała się dookoła. Inni pasażerowie byli równie zdezorientowani i przestraszeni co ona. Siedzący przed nią chłopak niemrawo podnosił się z podłogi i szukał okularów. Parę osób przeklinało, ktoś przepychał się na przód busa. Jedna ze starszych kobiet krzyczała.

- Boże drogi! Noga! Moja noga...

- Niech ktoś zadzwoni na pogotowie.

- Kierowca żyje?

Susan podniosła się z ziemi. Ktoś pomógł jej się wy­pro­stować.

- Dobrze się czujesz? - usłyszała.

Skinęła niepewnie głową i wraz z resztą pasażerów ruszyła do wyjścia. Od razu zobaczyła, co się stało. Cała przednia szyba była spękana, a na masce leżał dogorywający już jeleń. Susan zakryła dłonią usta i ostrożnie wyszła na zewnątrz.

Rozmowy toczone na poboczu zlewały się w jeden niezrozumiały bełkot. Ludzie zapinali kurtki szargane przez porywy lodowatego wiatru i rozglądali się w oszołomieniu, to dziękując Bogu za ocalenie, to przeklinając całą sytuację. Ktoś dzwonił po karetkę, ktoś inny próbował się połączyć ze strażą pożarną. Kierowca siedział na trawie, przyciskając do głowy kawałek papieru kuchennego, który z każdą chwilą robił się coraz bardziej czerwony.

Kraaa! Kraaa! Kraaa!

Susan zamarła. Na dachu busa, tym razem w towarzystwie co najmniej dziesięciu mniejszych, siedział ogromny kruk z białym okiem. Skrzeczał donośnie, kierując dziób w jej stronę, jakby zabiegał o jej uwagę.

- Wszystko w porządku? - Susan poczuła czyjąś dłoń na ramieniu. Rudowłosa kobieta patrzyła na nią z troską.

- Nie... - jęknęła słabo i spojrzała kobiecie w oczy. - Zwariowałam...

- Spokojnie, zaraz przyjadą...

Susan nie miała zamiaru czekać. Wyrwała się i pobiegła przez pola, ignorując pierwsze zimne krople spadające jej na głowę. Pędziła tak długo, aż dźwięki z ulicy zupełnie nie ucichły. W jednej chwili zwaliła się na nią istna ściana deszczu.

- To tylko zbieg okoliczności - wysapała, nie zatrzymując się nawet na moment. Ulewa nieustannie przybierała na sile i jedyne, o czym dziewczyna myślała, to jak najszybszy powrót do domu. - Zbieg okoliczności, nic więcej...

Tak. To tylko pech. Zdarzenie losowe, dziwne, ale możliwe do wytłumaczenia dzięki statystyce i odrobinie zdrowego rozsądku. Czaszki zbierała, odkąd była dzieckiem, poza tym kilka razy potajemnie spędziła noc w swoim lasku, próbując wywoływać duchy. To wystarczyło, by zyskała pewność, że jedyne, co pozostaje na tym świecie po jakiejkolwiek istocie, to mięso i kości, które nie mogą zrobić krzywdy żyjącym. Kruków w tej okolicy zawsze było pełno, przejechane zwierzęta domowe widywała regularnie, a jelenie? To również nie pierwszy raz, kiedy jeleń wskoczył komuś przed maskę.

Zwykły pech! Pech, do diabła!

Najszczelniej jak mogła otuliła się połami kurtki i szczękając zębami, przyspieszyła kroku.

7

Do wypadku doszło znacznie dalej od jej domu, niż myślała. Gdy dotarła do celu, zupełnie przemoczona, wykończona i zziębnięta, zobaczyła stojące na podjeździe policyjne audi. Zawahała się, ale tylko na chwilę. Nacisnęła klamkę i weszła do przedpokoju.

W domu, oprócz dziadków, stało dwóch policjantów.

- Coś się stało? - zapytała z niepokojem.

- Dziecko drogie! - Babcia podbiegła do niej i uściskała ją, nie zważając na przesiąknięte wodą ubranie. - Jak my się martwiliśmy! Nic ci nie jest?

Susan stłumiła jęknięcie, gdy kurtka nieprzyjemnie przykleiła się jej do pleców, i z trudem wyrwała się z uścisku.

- Nie, nie, wszystko dobrze... Czy coś się stało?

- A stało się, stało - odezwał się dziadek. - Podobno był wypadek i uciekłaś. Prawda to?

Jeden z policjantów zamachał notesem.

- Dostaliśmy zawiadomienie, że po wypadku busa jedna z pasażerek, wyglądająca jak - odchrząknął - "czarnoskóra gotka w wieku szkolnym", uciekła przez pola w bliżej nieokreślonym kierunku. - Podniósł wzrok znad kartki i utkwił go w Susan. - Zgaduję, że chodziło o ciebie?

Przestąpiła z nogi na nogę i pokiwała głową, czując narastające zażenowanie. Oto stała na środku przedpokoju w rosnącej kałuży wody i z bagnem w butach, przesłuchiwana przez policjantów. Już słyszała w głowie utyskiwania matki, wyobrażając sobie przy tym jej pełną zgorszenia minę.

No to mogę pożegnać się z nowymi słuchawkami, jęknęła w myślach.

- Dlaczego uciekłaś? - zapytał łagodnie dziadek. - Myślałem, że jesteś rozsądniejsza.

- Wystraszyłam się - odparła zgodnie z prawdą. - Poza tym nie wiedziałam, że muszę tam czekać.

- A jak się czujesz? Boli cię głowa albo coś innego? Może pojedziemy do szpitala, żeby mama mogła cię obejrzeć? - Babcia ponownie wzięła ją w objęcia.

- Nie! - zaprotestowała ostrzej, niż zamierzała. - Przecież nawet się nie poobijałam.

- I Bogu niech będą dzięki! - podsumowała staruszka i zwróciła się do mundurowych: - No, panowie milicjanty... to sprawa się chyba rozwiązała.

Policjant z notesem spojrzał na babcię w taki sposób, jakby chciał coś powiedzieć, ale tylko westchnął i schował długopis.

- Na to wygląda - oświadczył po chwili. - Mimo to zalecamy wizytę w szpitalu. Prześwietlenie czy chociażby kołnierz na pewno nie zaszkodzą. Zdarza się, że jakiś czas po wypadku dochodzi do wylewu albo krwotoku wewnętrznego. Ludzie umierają we śnie.

Susan poszarzała na tę myśl. Faktycznie uderzyła się w głowę, a ramię zaczynało jej nieprzyjemnie sztywnieć, ale nie zamierzała o tym wspominać. Nie miała ochoty ani na kilkugodzinne czekanie na przyjęcie na SOR, ani na spotkanie z pracującą tam matką, która zapewne nie wypuściłaby jej do domu, tylko zawiozła na badania do Krakowa.

- Na pewno się zgłoszę - odparła dla świętego spokoju i dodała: - Jeżeli tylko poczuję się gorzej.

Policjant spojrzał znacząco na dziadków i wzruszył ramionami.

- Czy mogę prosić o numer kontaktowy do opiekunów prawnych dziecka, w razie gdybyśmy chcieli z nimi porozmawiać?

- Oczywiście. - Babka sięgnęła po leżący na komodzie notesik, w którym zapisywała wszystkie numery telefonów.

- Proszę obserwować dziewczynę i w razie czego szybko reagować. - Mundurowy skinął głową na dziadka. - Życzę miłego dnia i na przyszłość prosimy nie uciekać w takich sytuacjach. Ułatwi nam to wszystkim życie.

Policjanci wyszli z domu i dziewczyna przez okno patrzyła, jak wsiadają do radiowozu. Samochód odpalił, ale koła buksowały w błotnistej mazi, w którą zmienił się podjazd. W końcu, bo dobrych kilkunastu sekundach, odjechali.

- Co tam się stało? - zainteresowała się babcia, chwytając Susan pod ramię, jakby ta miała się zaraz przewrócić. - Opowiadaj i zdejmij to natychmiast. Jesteś cała mokra!

- Nic takiego - odparła dziewczyna wymijająco. - Kierowca potrącił jelenia i wpadł do rowu.

- I zamiast poczekać na miejscu, to poleciałaś do domu przez pola? - Dziadek podniósł głos. - Spójrz tylko na siebie. Zawsze uważałem cię za mądrą dziewczynę, a tu próchno we łbie...

- Oj, Zbysiu. No już - rzuciła dobrotliwie babka. - To na pewno przez emocje.

- To niech się nauczy nad nimi panować. Jak będzie za każdym razem dawała się tak ponieść, to jeszcze gorszych głupot kiedyś narobi. Trzeba umieć zachować zimną krew, Zuziu. Pamiętaj, bo kiedyś napytasz sobie biedy.

Susan przygryzła wargę i pokiwała głową na znak, że rozumie. Zrobiło jej się nieprzyjemnie na myśl, że mogłaby rozczarować dziadka. Nie raz i nie dwa jako jedyny brał jej stronę.

- No już nie strasz dziewczyny - upomniała go babcia. - Chodź, Zuziu. Ugotowałam pierożków, to sobie podjesz.

- Dzięki, babciu, ale chyba nie jestem głodna.

Staruszka znów przyjrzała się jej badawczo.

- Na pewno nie trzeba jechać z tobą do szpitala?

- Na pewno, dzięki. - Wytrzymała pełne troski spojrzenie. - Jestem cała mokra, pójdę się przebrać.

Kiedy Susan znalazła się w końcu w swoim pokoju, cisnęła plecak w kąt i czym prędzej zrzuciła z siebie mokre ubrania. Nigdy nie spodziewała się, że człowiek może poczuć się tak błogo, mogąc w końcu założyć suchą koszulkę, legginsy, sweter i grube skarpety. Dopiero teraz zrozumiała, jak bardzo jest zmęczona - jej powieki zdawały się cięższe niż sprawdziany Kruszyńskiego. Westchnęła i ciągle jeszcze drżąc, usiadła przed biurkiem, na którym - całe szczęście! - czekała na nią znaleziona poprzedniego dnia czaszka.

Znów obejrzała ją dokładnie, przypatrzyła się wyrytym w niej symbolom. Nigdzie nie dostrzegła napisu świadczącego, że zrobiono ją w Chinach, ani śladów po odlaniu w formie. Jeżeli ktoś wykonał ją ręcznie, musiał być istnym mistrzem w swoim rzemiośle.

Zerknęła na telefon. Sebastian wciąż nie odczytał wiadomości. Z kim jeszcze mogłaby się skontaktować? Zapytać na forach? Ludzie w sieci zapewne stwierdziliby, że to dzieło ludzkich rąk. Pokazać któremuś z pracowników muzeum, do którego się wybierają? Wtedy ktoś mógłby przywłaszczyć sobie jej znalezisko. Czy archeologowie mieli swoje discordy albo grupy na Facebooku? A może lepiej poczekać na opinię Sebastiana?

Spojrzała w puste oczodoły czaszki i nagle poczuła, że kręci jej się w głowie, jakby ktoś uderzył ją pałką w potylicę. Spanikowała, ale nie była w stanie walczyć z otumanieniem.

- Ojej - stęknęła, osuwając się z krzesła na dywan i zupełnie wiotczejąc, straciła przytomność.

8

Susan otworzyła oczy i natychmiast zrozumiała, że znowu utknęła we śnie. Tak samo jak poprzednio, znajdowała się w centrum kręgu czaszek, tym razem jednak niebo jaśniało niczym przed wschodem słońca.

Otaczały ją dziwne, poskręcane sosny i strzeliste, monstrualne dęby, każdy o pniu, którego nie objęłoby nawet dziesięć osób. Las sprawiał wrażenie pozbawionego życia, jedynie gdzieś z daleka dobiegało posępne krakanie.

- To sen - wybełkotała, podnosząc się z kolan. - To tylko głupi sen.

Zostawiła za sobą przerwany krąg czaszek i wbiegła pomiędzy drzewa, byle jak najdalej od tego przeklętego krakania. Z każdą chwilą mgła gęstniała i gdy Susan stanęła na skraju lasu, nie mogła w niej dostrzec niczego dalej niż na wyciągnięcie dłoni.

Z mgłą było coś nie tak. Wirowała i owijała się wokół palców, jakby próbowała chwycić dłoń dziewczyny. Susan zrobiła krok do tyłu, niepewna, czy chce iść dalej.

- Nie wchodź we mgłę!

Wzdrygnęła się. Znała ten skrzekliwy głos. Utkwiła wzrok w mlecznych oparach. Nie wiedziała, co ją tam czeka, ale z pewnością nic gorszego od tego, czego doświadczyła w lesie.

- Tam kończy się ma domena! Nie będę mogła cię dosięg­nąć!

Dobrze wiedzieć, przemknęło Susan przez myśl. Chwilę później biegła po zamarzniętej ziemi, zostawiając za sobą las i pokrzykujące przeraźliwie kruki. Wkrótce dźwięki przycichły, jakby przykryte wieloma warstwami kołdry, i w końcu Susan została jedynie z odgłosami własnych kroków i oddechu.

Spowolniła. Szła naprzód, jak jej się zdawało, w jednym kierunku, ale nie była tego do końca pewna - wciąż nie mogła niczego dostrzec w białej zawiesinie. Tułała się tak przez, jak oceniała, co najmniej godzinę, nie natrafiła jednak na nic poza coraz gęstszą mgłą.

- Hej, hej! - wołała co jakiś czas, ale nie odpowiadało jej nawet echo. Zrezygnowana, zatrzymała się i oparła dłonie na kolanach. - Co ja tu robię? - Spróbowała podrapać się po nosie, lecz natrafiła na kościaną wypukłość. - A, no tak. Obudziłam się w lesie i uciekłam przed krukami.

Zmarszczyła czoło. Nie potrafiła przypomnieć sobie dokładnie, co było wcześniej.

- Miałam wypadek! - Dreszcz przeszył ją całą, aż do stóp. - Miałam wypadek samochodowy i umarłam!

Rozejrzała się po raz nie wiedzieć który. Czy tak wyglądały zaświaty? Lasek, czarne ptaszyska i ocean mgły? A może leżała w szpitalu, pogrążona w śpiączce? Kiedy była mała, usłyszała w telewizji historię dziewczyny, która obudziła się ze śpiączki dopiero po kilku latach. Podobno wydawało jej się przez ten czas, że unosi się pod ­powierzchnią wody, otoczona przez inne osoby pogrążone w półśnie.

- Chwila... - Zastanowiła się. - Miałam wypadek, tak, ale go przeżyłam i pobiegłam do domu. Przyjechała nawet w mojej sprawie policja. Potem poszłam do siebie, siadłam przed komputerem i...

Zemdlała. To była ostatnia rzecz, jaką pamiętała. Przyglądała się czaszce, a później zemdlała i pewnie w tej właśnie chwili umierała na swoim dywanie!

Coś zimnego przesunęło się jej po plecach. Susan zerwała się do biegu, nie oglądając się za siebie. Kiedy w końcu odważyła się odwrócić, nie dostrzegła niczego poza kłębami sunącej w jednostajnym tempie mgły.

- Do diaska, Zuza! Weź się w garść! - skarciła się. - Jeżeli możesz myśleć, to znaczy, że żyjesz i pewnie tylko śpisz. A skoro jesteś we śnie, to możesz się obudzić.

Uszczypnęła się kilkakrotnie w przedramię, a gdy to nie pomogło, z rosnącą paniką zaczęła walić pięścią o udo, aż zesztywniała jej noga. Jej wzrok padł na kij leżący u jej stóp. Obejrzała go z kilku stron i wzruszyła ramionami.

- W sumie co mi szkodzi?

Rozległo się głuche stuknięcie, po nim drugie i trzecie. Jęknęła, gdy ostry ból rozszedł się po jej czaszce, ale nie przestała. Zacisnęła zęby i zamachnęła się jeszcze mocniej.

Za wszelką cenę musiała się obudzić.

- Czy długo zamierzasz tak robić?

Susan struchlała, gotowa rzucić się do ucieczki. Obróciła się w stronę stojącej obok postaci i odetchnęła, gdy okazało się, że nie jest to ani kobieta-kruk, ani chcący ją zaciągnąć do piekła diabeł. Obok niej stał chłopak, najpewniej w jej wieku, co wywnioskowała z jego postury i głosu. Na jego twarzy również znajdowała się maska, była jednak mniejsza od kruczej i bardziej...

No właśnie, jaka? Susan nie umiała określić, co dokładnie widzi. Maska co jakiś czas zmieniała kształt, z rzadka ukazując wąską szczelinę, która przebiegała na ukos od czoła aż do kości policzkowej po lewej stronie twarzy.

- Zgubiłaś się? - zapytał nieznajomy. - Ja także. Sowa często się gubi - dodał ze smutkiem. - Czy zechcesz mu towarzyszyć w jego tułaczce?

- Bardzo bym chciała, ale... tak naprawdę to szukam sposobu, żeby opuścić to miejsce.

Chłopak poruszył głową i skinął dłonią na Susan.

- Sowa zna sposób. Chodź za nim.

Nie zaprotestowała. Nie wiedziała, czy może zaufać nieznajomemu, ale gdy tylko jego sylwetka zaczęła rozpływać się we mgle, nie miała wątpliwości, że woli pójść z nim niż zostać samej na tym zasnutym mgłą pustkowiu.

- Jak się nazywasz? - zagadnęła.

Nieznajomy podrapał się po głowie i przez dłuższą chwilę nie odpowiadał. Susan nie była pewna, czy jej nie usłyszał, czy postanowił zignorować. Już miała ponowić pytanie, kiedy padła pełna niepewności odpowiedź:

- Sowa zwie się... Sowa...

- Sowa? Przecież to nie jest prawdziwe imię.

- Nie? - Chłopak zatrzymał się gwałtownie. Jego zdziwienie niemal doprowadziło Susan do śmiechu, który natychmiast przeszedł w niepokój, gdy w pęknięciu maski zadrżał pojedynczy punkt światła. - Możliwe, że masz rację - zgodził się - ale Sowa nie pamięta innego.

- A jak się tu znalazłeś? - Nie dawała za wygraną. - Skąd jesteś? Jak stąd wyjść i dokąd w ogóle idziemy?

- Aby być w pełni szczerym, Sowa musi przyznać, że nie ma co do tego pewności. Na swoją obronę powie tylko, że tutaj niczego nie można być pewnym. Nieznajoma powiedziała Sowie, że chciała odejść "stamtąd", więc Sowa zabrał ją "tutaj".

- Nieznajoma? - Susan usiadła na ziemi, czując dziwną pustkę w głowie. - Ach... to ja...

Coś tu nie grało. Pamiętała, że znalazła się w lesie i szła przez mgłę. Uciekała przed czymś, ale nie była pewna, przed czym. Później spotkała Sowę, który z jakiegoś powodu wydał jej się starym znajomym, chociaż jednocześnie nic o nim nie wiedziała. Jak długo szli przez mgłę?

- Susan...

- O co chodzi? - Powiodła spojrzeniem w miejsce, w którym stał chłopak, nie dostrzegła jednak nic poza wiru­jącymi kłębami mgły. Krzyknęła, rozglądając się w oszołomieniu. - Sowo? Sowo!!!

- Susan... Musisz wyjść z mgły...

Znała ten skrzekliwy głos. Na nowo ogarnęło ją przerażenie. Zaczęła biec poprzez gęste opary, a wokół niej zapadał coraz głębszy mrok. Mgła kłębiła się niczym rwana przez wiatr, chociaż powietrze wydawało się nieporuszone, wręcz ciężkie, zatęchłe. Wkrótce dziewczyna przestała cokolwiek widzieć, lecz biegła dalej, na oślep.

- Susan, obudź się!

Zatrzymała się zdezorientowana. Ziemia pod jej stopami zdawała się coraz mniej rzeczywista. Dziewczyna czuła, że się w niej zapada, ale... nie była pewna, czy to źle. Nie była też pewna, co tu robi ani dlaczego przed chwilą biegła. Na pewno biegła z kimś, choć teraz była sama.

- Jak on się nazywał? - zapytała samą siebie, ignorując natarczywe pokrakiwanie tuż nad głową. Po chwili zrozumiała, że nie potrafi przypomnieć sobie nawet własnego imienia.

Ale czy kiedykolwiek je miała?

- Musisz się obudzić!

Usiadła na ziemi. Zapadała się w niej coraz głębiej i głębiej. We mgle, tuż przy jej twarzy, przesunęło się coś ogromnego, lecz nie zwróciła na to uwagi. Spojrzała na swoje dłonie, które stały się przezroczyste, widziała przez nie własne kości. Ten widok nieco ją uspokoił. W dłoni przecież powinny być kości, prawda?

Mijał czas. Z ziemi wystawała już tylko jej głowa. To również zdało jej się zupełnie normalne - nigdzie się przecież nie wybierała, a w zasadzie była tu zawsze.

Naraz coś spadło na nią z góry. Czarny ptak o białym oku skakał wokół niej, drąc się niemiłosiernie. Wskoczył jej na głowę i zaczął uderzać dziobem o twarz, drąc pazurami po kościanej masce, szarpiąc i skrzecząc głosem przypominającym ludzki. Zaśmiała się, bezmyślnie, głupawo.

Przestawała pojmować, co się z nią dzieje. Nie rozumiała, gdzie ani kim jest.

Stuk... Stuk... Stuk...

Co to w ogóle znaczy: być?

Stuk... Stuk...

Stuk...

Czy ona też kiedyś "była"?

Stuk...

Stuk...

Nim zupełnie zapadła się w ziemię, kruk dopiął swego. Maska opadła jej z twarzy i...

STUK!

9

Rzeczywistość uderzyła w nią niczym lawina. Susan czuła wszystko, widziała wszystko i słyszała wszystko w jednym momencie. Świadomość, że istnieje, wdzierała się przez skórę, drażniła nerwy, przyprawiała o mdłości. Dziewczyna zachłysnęła się gorącym powietrzem, które napełniło jej płuca. Łomot serca, szum krwi w uszach, a później...

Zapadła głucha cisza.

Susan siedziała na podłodze przy swoim biurku, zlana potem. Tył głowy nieprzyjemnie pulsował, jakby faktycznie się uderzyła. Spojrzała na przedmiot, który zaciskała w dłoniach. Czerep spoglądał na nią oskarżycielsko. Odrzuciła go na bok, niemal z obrzydzeniem.

Stuk. Stuk. Stuk.

Odwróciła się w stronę dźwięku, który zdawał się dobiegać od strony okna. Za szybą poruszyło się coś wielkiego, rozległo się łopotanie skrzydeł. Susan patrzyła jeszcze przez chwilę w ciemność, po czym opadła ciężko na dywan i zamknęła oczy.

Zmęczenie i strach przytłaczały ją i obezwładniały. Spojrzała na swoją dłoń, teraz ani trochę nieprzezroczystą, i uważnie obracała ją przed oczami. Czuła się rozbudzona, ale wciąż miała wrażenie, że rzeczywistość przepływa gdzieś obok, a ona tkwi na kamieniu pośrodku rwącej rzeki.

Z podwórka dobiegł ją warkot silnika, za oknem błysnęły reflektory. Po chwili silnik ucichł i rozległo się ciche trzaśnięcie drzwiami. Susan wstała i na drżących nogach skierowała się w dół po schodach. Kurczowo chwyciła się barierki. Potrzebowała rozmowy.

Do domu wchodziła właśnie matka i jej widok napełnił Susan spokojem. Kobieta założyła za ucho kosmyki opadające na twarz i przetarła podkrążone oczy.

- Czemu nie śpisz? Trzecia jest.

- Miałam koszmary... - odparła dziewczyna, siadając przy tym na schodach. Znów poczuła lekki zawrót głowy.

- Słyszałam o wypadku. Przywieźli do nas kobietę ze złamaną nogą i kierowcę.

- Coś poważnego?

Matka zmrużyła oczy.

- Raczej nie. A dlaczego ty nie przyjechałaś? Mówiłam dziadkowi, że ma cię przywieźć. - W jej głosie pobrzmiewały zarówno wyrzut, jak i niepokój.

- Nie chciałam... a zresztą byłam zmęczona i poszłam spać.

- Susan... nie możesz tak lekceważyć swojego zdrowia. Wiesz, że wskutek takich wypadków ludzie umierają czasem dopiero po paru godzinach? - Chwyciła córkę za ramiona i dokładnie się jej przyjrzała. - Na pewno dobrze się czujesz?

Dziewczyna przytaknęła, ale wzdrygnęła się na myśl o swoim śnie i utracie przytomności. Jeżeli tak wyglądało umieranie, to zrobi wszystko, by żyć jak najdłużej. Weszła za matką do kuchni, gdzie przemyła twarz i nalała sobie szklankę wody. Smakowała jak ambrozja.

- Chcesz coś zjeść? - zapytała mama, podsuwając Susan kanapkę wyjętą z lodówki, czym wywołała u niej nawrót mdłości. - Ja przekąsiłam coś w szpitalu, nie jestem głodna.

- Nie, dzięki, mamo.

- Blada jesteś - orzekła matka, znów przyglądając się dziewczynie. - Może jednak pojedziemy do szpitala?

- Po prostu źle spałam, bo coś tłukło się za oknem. Jakieś kruki czy coś takiego.

Matka spojrzała na nią ze zdziwieniem i zrobiła dłonią szybki znak krzyża.

- Pewnie zlatują się do jakiejś padliny. Chyba jakaś zaraza się panoszy, bo widziałam mnóstwo zezwłoków przy drodze, jak jechałam do pracy.

Susan utkwiła w niej wzrok. A więc nie przywidziało jej się! Mama również zauważyła, że dzieje się coś niepokojącego. Dziwne sny, martwe zwierzęta. Wszystko zaczęło się przedwczoraj, gdy przyniosła z lasu tę dziwną czaszkę.

- Mamo... - zaczęła niepewnie. - Czy będziesz zła, jeżeli... - Urwała, czekając, aż matka zwróci na nią uwagę.

Kobieta uniosła wzrok. Susan widziała, jak mięśnie na jej twarzy spinają się pod skórą. Nie, nie mogła jej o tym wszystkim powiedzieć...

- Czy będziesz zła, jeżeli poproszę cię o pieniądze na wycieczkę?

Kobieta westchnęła z wyraźną ulgą.

- Pomyślę nad tym - odparła po chwili. - Mamy teraz dużo wydatków.

- Rozumiem. To tylko do muzeum, więc nic się nie stanie, jak nie pojadę.

- Nie martw się. Coś wymyślę - wymamrotała mama, przecierając oczy, i ziewnęła. - Ale na razie idę spać. Tobie radzę to samo. Gdybyś dalej miała koszmary albo coś cię bolało, to mnie obudź.

Susan potaknęła i nasłuchiwała, jak matka wchodzi do swojego pokoju i zamyka za sobą poskrzypujące drzwi. W końcu westchnęła ciężko i wyjęła z szafki opakowanie soli do przetworów. Wiedziała, że nie zmruży oka, póki nie zrobi tego, co konieczne.

W pokoju podniosła z ziemi swoje znalezisko, wyrzuciła na dywan zawartość jednej z głębszych szuflad komody, po czym ułożyła w niej czaszkę, a wokół usypała gruby krąg z soli. Nauczyła się tego od babki, która zrobiła to samo ze zdjęciem swojej zmarłej przyjaciółki, gdy ta rzekomo zaczęła nawiedzać ją we śnie. Susan nigdy jednak nie dowiedziała się, czy metoda zadziałała.

Gdy skończyła, zamknęła szufladę na klucz, położyła się do łóżka i sięgnęła po telefon, by posłuchać muzyki.

Who's there knocking at my window? The Owl and the Dead Boy. This night whispers my name...

Tej nocy bała się już zasnąć.

10

- A gdzie masz bilet? - Młody mężczyzna wpatrywał się w Susan, która zdążyła już zająć miejsce w busie. - W Afryce jeździcie bez?

Dziewczyna rzuciła zastępczemu kierowcy zdziwione spojrzenie. Zignorowała uszczypliwy komentarz i zaczęła grzebać w plecaku. Z każdą mijającą sekundą widziała, jak twarz mężczyzny tężeje.

- Jak nie masz biletu, to płać albo wysiadaj.

- Ale przecież mam! - zaprotestowała.

- To pokaż, bo nie mam całego dnia.

Susan wysypała w końcu zawartość plecaka na siedzenie, wyciągnęła bilet i podsunęła go kierowcy przed nos. Facet mruknął coś niezrozumiałego o marnowaniu jego czasu, po czym ruszył, wciskając pedał gazu do samej podłogi. Pojazdem szarpnęło, aż Susan ledwo zdołała utrzymać równowagę.

Przynajmniej nie zapytał, czy go ukradłam, pomyślała, moszcząc się na fotelu. Takie sytuacje, chociaż sporadyczne, boleśnie przypominały jej, że choć urodziła się w Polsce, najprawdopodobniej zawsze będzie traktowana tu jak obca.

Ciekawe jak wyglądałoby jej życie, gdyby ojciec żył?

Odtrąciła tę myśl. Nie było sensu rozdrapywać starych ran. Jedyne, co mogło z tego wyniknąć, to złe samopoczucie i smutek, który towarzyszyłby jej przez resztę dnia i zostawił po sobie nieznośne uczucie pustki.

Przetarła oczy i ziewnęła. Zaczęła przysypiać i gdyby nie pasażer, który trącił ją przez przypadek torbą przy wysiadaniu, nie zauważyłaby, że bus dojechał na dworzec. W drodze do szkoły kupiła obwarzanka i zjadła go, zanim dotarła przed bramę liceum. Na miejscu dołączyła do grupki osób, które tłoczyły się przy wejściu, aby zdezynfekować dłonie, po czym przepchnęła się pod swoją klasę.

- O ja! - zawołał do niej Grzesiek, na co reszta znajomych spojrzała w jej stronę. - Nie wierzę! Już nie będziesz wojowała z Kruszyńskim?

- Co? O co ci chodzi? - Rzuciła rudzielcowi zdezorientowane spojrzenie.

- No o twoją twarz...

Wiktoria podniosła oczy znad telefonu i głośno cmoknęła.

- Nie sądziłam, że to powiem, ale bez makijażu jest ci jeszcze gorzej, wiesz? Usta masz jak opony. Myślałam, że tylko je tak malujesz. - Zaczepnie uniosła brew, czekając na odpowiedź.

Susan poczuła uderzenie irytacji, ale nieprzespana noc ponownie zaczęła dawać o sobie znać. Czy ten dzień mógł być jeszcze gorszy?

- O co ci chodzi? - zapytała do reszty zrezygnowanym głosem.

- O nic, o nic - odparła dziewczyna. - Glonojad - dodała szeptem na tyle głośnym, by dało się go usłyszeć.

Susan zazgrzytała zębami, ale zignorowała docinki i przeszła na drugi koniec korytarza, gdzie znalazła opartego o ścianę Sebastiana.

- Wszystko w porządku? - zapytała, chwytając go za ramię. Wyglądał, jakby zaraz miał się przewrócić.

Chłopak zamrugał kilkukrotnie, po czym przetarł oczy.

- Taaa... Późno poszedłem spać i padam na pysk.

- To co ty robisz po nocach, że nie możesz się wyspać?

- Pytanie powinno brzmieć, czego nie robię. - Uśmiechnął się, ale jego spojrzenie pozostało smętne. - Nie miej mi tego za złe, ale też nie wyglądasz najlepiej.

Susan westchnęła przeciągle.

- Dopadła mnie klątwa Bukowic i miałam wypadek. Kierowca mojego busa wjechał w jelenia.

- Że co? - Oczy Sebastiana nagle się rozszerzyły. - I nic ci nie jest?

- Trochę się poobijałam, ale to nic takiego - odparła wymijająco i usiadła na podłodze wyłożonej lastrykiem. - W nocy miałam jakieś koszmary i jestem trochę zmęczona, to wszystko. Lepiej powiedz, czy szukałeś czegoś o tej czaszce. Ja nic nie mogłam znaleźć.

Chłopak osunął się po ścianie i przycupnął koło Susan.

- No, szukałem, ale wiesz, jak to u mnie z internetem. Generalnie nie dziwię się, że słabo śpisz, skoro trzymasz takie coś w domu. Na twoim miejscu bym to po prostu wyrzucił.

- Co? - zapytała ostro Susan, nie dowierzając temu, co usłyszała. - Kim jesteś i co zrobiłeś z Sebastianem? Przecież to może być nowe odkrycie! Jeszcze nigdy nie widziałam czegoś takiego...

- Bo takich czaszek nie ma. Spójrz. - Wskazał palcem na dziób. - W naszych stronach nie ma i nie było takich stworów.

- No a te... diatrymy?

- Masz na myśli gastornisy? Nigdy nie żyły w Polsce, a poza tym to mi wygląda na czaszkę kruka. Tylko wiesz... nie ma takich dużych kruków. Myślałem o argentawisie, ale ten z kolei był kondorem i miał znacznie większy dziób, no i pochodził z Ameryki.

- Jesteś żywą encyklopedią - zadrwiła, ale w jej głosie pobrzmiewało uznanie. - No a co z tymi znakami?

- Z tym ci już nie pomogę. Wiem tylko, że pochodzą w zasadzie z całego świata, jakby ktoś wygrawerował na kości wszystkie symbole, które znalazł w internecie. Sorry, Susan, ale to na pewno gadżet do zabawy w satanistów. Widziałem tam nawet jakieś chińskie znaczki, więc to na pewno jakieś czajnizium za dwie dychy.

Rozległ się dzwonek. Gadżet? Susan otworzyła z niedowierzaniem usta.

- No a...

- Słuchaj, uważam, że powinnaś to wywalić. - Sebastian podniósł się z ziemi i zarzucił plecak na ramię. - Sama mówisz, że masz koszmary, a to do ciebie niepodobne. Wywal ją albo zakop tam, gdzie ją znalazłaś, z serca ci radzę.

Susan siedziała jeszcze przez moment, zaskoczona, aż w końcu też dźwignęła się z podłogi. Jeszcze niedawno jej przyjaciel zapewne rzuciłby wszystkie obowiązki, byle tylko obejrzeć znalezisko. Tak właśnie zaczęła się ich przyjaźń: chłopak postanowił odwiedzić jej leśny zakątek, akurat gdy rozwieszała w nim nowe czaszki. Oglądał wtedy i oceniał każdą zdobycz, w końcu przyznał, że Susan ma ciekawe hobby jak na dziewczynę, a nawet podarował jej mocno pogruchotaną czaszkę konia, którą znalazł w swoim ogródku. To wystarczyło, by Susan odwzajemniła jego sympatię. Od tamtej pory trzymali się razem i wydawało się, że nic nie osłabi ich przyjaźni. A potem zmarł ojciec Sebastiana. W przeciągu kilku miesięcy chłopak zmienił się nie do poznania, schudł i zgarbił się, jakby usechł. Stał się markotny i niedostępny.

Gdy weszła do klasy, Kruszyński czekał już z kartkami w dłoni i rozsadzał uczniów, dbając, by nie siedzieli zbyt blisko siebie. Susan poczuła, jak wiotczeją jej nogi.

- Pospiesz się, Wolska, zaraz rozdaję sprawdziany.

Sprawdziany? Zaklęła w myślach tak siarczyście, że babka zapewne kazałaby jej za to iść do spowiedzi. Wychowawca posłał jej znaczące spojrzenie.

- Co? Zapomniałaś się pouczyć?

Uśmiechnęła się niezręcznie, ale nie odpowiedziała. Zamknęła drzwi i zajęła ostatnią wolną ławkę, na środku sali. Kruszyński rozdzielił jeszcze Grzegorza i Michała, którzy przepychali się do miejsca przy oknie, po czym zaczął rozdawać kartki.

- Od razu mówię, że jak przyłapię kogoś na ściąganiu, to wstawiam jedynkę bez możliwości poprawy.

Dziewczyna z niepokojem odebrała kartkę i wpisała swoje imię, nazwisko oraz numer klasy, po czym złapała się za głowę, patrząc na pierwsze polecenie. Kruszyński wymagał opisania dziejów króla Kraka z kroniki Wincentego Kadłubka. Kolejne wcale nie były łatwiejsze. Biali Chorwaci? Wiślanie? Założenie Krakowa? Susan spojrzała w kierunku swojej torby. Gdyby tylko udało się jej zajrzeć do zeszytu...

- Co masz pod biurkiem?

Susan podskoczyła, ale nauczyciel nie mówił do niej, tylko do Dominiki, siedzącej w pierwszej ławce.

- Nic... - Dziewczyna mięła nerwowo w dłoniach końcówki włosów.

- Wstań.

- Ale dlaczego?

- Po prostu wstań.

- Przecież tylko piszę spra...

- Dominiko! - Kruszyński przerwał jej uderzeniem w blat. - Znam sztuczkę z zapasowym telefonem, a dokładnie widziałem, że trzymasz coś w rękawie. Jeśli twierdzisz, że to nic, to w czym problem? Tylko ręce nad ławkę podnieś, bardzo proszę.

Dziewczyna przygryzła wargę. Przygarbiła się, a dłonie zaczęły jej drżeć, ale w końcu wstała. W tym samym momencie telefon upadł na podłogę z nieprzyjemnym trzaskiem.

Nauczyciel pokręcił głową i wskazał palcem na swoje biurko.

- Odłóż kartkę.

Nie protestowała. Zrobiła krok naprzód i ze złością pacnęła testem o blat. Podniosła z ziemi telefon i usiadła obrażona na swoim miejscu.

- Na co patrzycie? - odezwał się Kruszyński. - Za dużo czasu macie? Krzysiek? Martyna? Paweł? Pytania wam nie pasują? Lepiej nie kombinujcie, chyba że chcecie się na mnie pogniewać, tak jak koleżanka.

Wszyscy niechętnie wrócili do pisania. Spokój jednak nie trwał długo. Już po kilku minutach Kruszyński wstał i podszedł do Wiktorii. Blondynka rzuciła mu niewinne spojrzenie. Susan uśmiechnęła się pod nosem. No, to teraz dostaniesz za tego "glonojada", pomyślała.

- Mogłabyś pokazać mi swoje dłonie?

Wiki wykonała polecenie. Kruszyński pokiwał głową i wskazał na jej piórnik.

- Co tam masz?

- Nic - odparła, ostentacyjnie pokazując jego wnętrze. - Ja nie ściągam.

Wychowawca nie dawał jednak za wygraną. Podniósł sprawdzian, który obejrzał ze wszystkich stron. Następnie zrobił to samo z długopisem dziewczyny, posuwając się nawet do jego rozkręcenia.

- Siadaj obok Tomka. - Wskazał na krzesło w pierwszym rzędzie. - Rzeczy zostaw tutaj.

Wiktoria bez sprzeciwu wykonała polecenie. Kruszyński oddał jej sprawdzian i długopis, po czym zajął miejsce za biurkiem, a zawiedziona Susan wróciła do własnego testu. Pisała ogólnikowo, wściekając się na siebie, że nawet nie zajrzała do podręcznika.

Jej udrękę zakończył dzwonek. Wszyscy dopisywali pospiesznie ostatnie zdania, kiedy po sali rozszedł się dźwięk uderzenia o szybę.

- O ja! Znowu! - krzyknął Michał, który wygrał z bratem bitwę o miejsce przy oknie. - Ktoś tu zaklina gołębie czy coś?

- Pewnie Susan. - Wiktoria obróciła się na swoim miejscu. - Rzuca uroki na zwierzęta na swoich czarnych mszach.

Tego było już na dziś za wiele.

- Wal się - odwarknęła dziewczyna na tyle cicho, aby nie usłyszał jej wychowawca, który właśnie stał po drugiej stronie klasy i wkładał dogorywającego ptaka do torebki. - Nie odprawiam żadnych mszy.

- To po co ci trupy z jezdni? Słyszałam, że je zdrapujesz szpachelką. Ej, Susan? A tak w ogóle to sataniści jedzą tylko koty, czy to zależy od osobistych preferencji i gołębie też szamiecie?

Siedzący za nią Paweł przewrócił oczami.

- Co ty masz z tym zjadaniem martwych zwierząt?

- A jakie miałabym jeść? - prychnęła. - Żywe?

Po klasie rozniósł się śmiech, który szybko stłumił Kruszyński.

- Dość już! Oddajecie kartki! - Podszedł do Wiktorii i zabrał od niej sprawdzian. Przejrzał go pospiesznie, po czym rzucił dziewczynie podejrzliwe spojrzenie. - Wiem, że ściągałaś.

Wiktoria uśmiechnęła się nonszalancko i podniosła się z ławki.

- Gdzieżbym śmiała.

- Jeżeli z twoich ust mają padać kłamstwa, to lepiej niech zostaną zamknięte.

Susan poczekała, aż Wiktoria opuści salę, po czym oddała swoją kartkę i wraz z Sebastianem skierowali się do wyjścia. Jak większość osób z ich klasy poszli na dziedziniec i przysiedli na ławce, by złapać pierwsze ciepłe promienie wiosennego słońca.

- Kruszyński przesadza z tymi testami - oburzyła się Dominika, przyglądając się telefonowi. - Mógł mi dać pisać dalej. Nawet nie zdążyłam nic sprawdzić. I jeszcze szybka mi pękła... Ej, Wiki. - Szturchnęła dziewczynę, która usiadła obok niej z otwartym jogurtem. - Jak ty ściągasz, że jeszcze cię nie złapał?

- Normalnie. - Blondynka zachichotała, mieszając łyżeczką w kubku. - Wszystko trzymam w takiej niewidzialnej kieszonce, która nazywa się mózgiem. Nawet nie wiecie, ile przydatnych rzeczy można w nią wsadzić.

- Jaaasne... - mruknął Paweł. - W domu ani razu nie widziałem, jak się uczysz.

- No właśnie, Wiki! - podchwyciła Krysia, błyskając aparatem ortodontycznym. - Podziel się wiedzą tajemną, to nie fair. Myślałam, że się przyjaźnimy.

- Bo przyjaźnimy - odparła Wiktoria. - Gdybym miała jakiś niezawodny sposób na ściąganie, już byście wiedzieli, ale Kruszyński wyczaił nawet te długopisy z kolorowym plastikiem, pamiętacie? Gdybym tylko spróbowała ściągać, już dawno by mnie na tym przyłapał. Nie widzicie, że się na mnie uwziął? Ciągle na mnie patrzy.

- Może się zakochał - zaśmiał się Paweł. Z satysfakcją obserwował, jak siostra krzywi się z niesmakiem.

- Obrzydliwy jesteś - fuknęła i wbiła wzrok w telefon.

Dominika natomiast wymamrotała coś pod nosem, ale najwidoczniej nie miała zamiaru drążyć sprawy. Temat rozmowy szybko zboczył na grupę zamaskowanych przestępców, którzy od jakiegoś czasu pojawiali się w różnych częściach kraju. Ot, miejska legenda o gangsterach zakładających maski zwierząt i okradających muzea - historia w sam raz na niskobudżetowy film z mało znanymi aktorami.

Susan postukała Sebastiana po ramieniu, a chłopak drgnął, jakby na chwilę przysnął.

- Słyszałeś, żeby zwierzęta popełniały samobójstwa? - zapytała wprost.

Chłopak zamyślił się, skupiając wzrok na pobliskim drzewie, i zakasłał.

- Znam historie o waleniach, które wypływają na plaże, ale to raczej problemy z echolokacją. Psy czasami odmawiają jedzenia po śmierci właścicieli, a dziadek opowiadał mi kiedyś, że miał konia, który rozbił sobie głowę z bólu. Jeśli chodzi ci o te gołębie, to powinnaś wiedzieć, że ptaki dość często wpadają na okna. Nie są w stanie ich zobaczyć.

- Wiem - odparła zrezygnowana. - Ale to takie dziwne...

- Może powinniśmy zaproponować dyrektorce, żeby naklejono czarne kropki na szybach? Wiesz, tak jak na estakadach czy ekranach wzdłuż autostrad.

- Może... - Susan spojrzała na korony drzew, gdzie kłębiła się chmara kruków, a Sebastian podążył za jej wzrokiem.

- Strasznie ich ostatnio dużo, co nie?

Pokiwała głową.

- Za dużo.

11

Hamulce zaskrzypiały niczym potarte o siebie kawałki styropianu i bus zatrzymał się na przystanku w Kunowie. Nowy kierowca nie spuszczał wzroku z Susan, dopóki dziewczyna nie wyszła z pojazdu.

Jakby się bał, że go okradnę, pomyślała, patrząc, jak rusza z iście komiczną brawurą.

Zdjęła z twarzy maseczkę, schowała słuchawki i jak każdego dnia ruszyła w stronę domu, uważnie rozglądając się dookoła. Po chwili odetchnęła z ulgą. Nigdzie nie widziała martwych zwierząt ani prześladujących ją nawet we śnie kruków.

Szła przez pola, co jakiś czas przeskakując nad kałużami. Przez chwilę rozważała, czy nie zahaczyć o kryjówkę, uznała jednak, że zajrzy tam jutro. Teraz była tak zmęczona, że marzyła wyłącznie o długim prysznicu i ciepłym łóżku. Jej myśli znów odpłynęły w stronę fantazji o nowych słuchawkach, na które żadną miarą nie było jej stać.

Nagle zatrzymała się i zaniemówiła.

Płot okalający podwórko przed domem, pobliskie drzewa, linie energetyczne i dach obsiadły kruki. Do tego wciąż zlatywały się następne.

- Co to jest? - wyszeptała, nie mogąc oderwać wzroku od ptaków.

- A sio! A sio! - usłyszała znajomy głos.

Na podwórko wypadli jej matka i dziadkowie, którzy podobnie jak ona przystanęli w osłupieniu i przyglądali się zjawisku.

- No wynocha! Sio! - krzyczał dziadek. Rzucił garść żwiru w stronę ptaków siedzących na płocie. Zwierzęta zerwały się do lotu, zaraz jednak wróciły, pokrakując z oburzeniem. Mężczyzna zaklął siarczyście, po czym dostrzegł wnuczkę i uśmiechnął się na jej widok. - Jeszcze tego nam brakowało, prawda?

Susan pokiwała głową i niepewnie weszła na podwórko. Matka wymachiwała kijem, ale ptaki nie okazywały jej krzty zainteresowania.

- Boże, czemu ich tutaj tyle jest? Cały dach zasrają, tato...

Mężczyzna wzruszył ramionami.

- A co ja na to poradzę? Pieluchy mam im założyć? - zapytał z irytacją. - Jakaś zaraza się panoszy, mówię wam. Cztery kury mi wczoraj zdechły, ale już je zakopałem, a dzisiaj wyniosłem dwie kolejne.

Wzrok matki padł na Susan.

- Może ty czegoś naniosłaś?

- Dlaczego wszystko ja? - oburzyła się dziewczyna. - Obiecałam, że nic nie przyniosę do domu, i dotrzymuję słowa.

- To może przez to całe pięć-gie? - wtrąciła babka.

- A pięć sre, pięć sre - zadrwił z niej dziadek. - Może zaraz powiesz, że to przez masonistów?

Susan rozejrzała się dookoła. Miała wrażenie, że znalazła się na planie filmu apokaliptycznego albo starego horroru. Kruki siedziały niemal bez ruchu i nie wydawały z siebie żadnych dźwięków. Dało się słyszeć jedynie szum skrzydeł kolejnych nadlatujących ptaków.

Tego było już za wiele. Dziadek Susan podreptał chwilę w miejscu i ruszył w stronę szopy. Wrócił po kilku minutach, trzymając swoją myśliwską dubeltówkę. Matka dziewczyny wytrzeszczyła oczy.

- Będziesz do nich strzelał?

- Zwariowałaś? - żachnął się. - Pod ochroną są i byśmy takie kary musieli płacić, że byśmy się nie pozbierali. W powietrze strzelę, to odlecą.

Rozległ się ogłuszający huk i czarna chmara uniosła się ku niebu, z wrzaskiem umykając we wszystkich kierunkach. Zaraz jednak na powrót połączyła się w potężne stado, które znów zaczęło opadać na podwórko.

- Do diaska - zaklął dziadek. Włożył do strzelby drugi nabój i wycelował na bok. - A żeby was szlag trafił!

Kolejny strzał poskutkował. Ptaki zatoczyły jeszcze chao­tyczne kółko i rozpierzchły się, wzlatując coraz wyżej.

- To wszystko Bozia na nas zsyła - odezwała się babka, gdy harmider w końcu ustał. - Bozia nasz dom karze za grzechy i żąda pokuty.

- Mamo, znowu zaczynasz?! - zawołała matka Susan. - Już o tym sto razy rozmawiałyśmy, jeszcze zanim wyjechałam.

- Nie krzycz, bo jakieś kolejne nieszczęście na nas ściąg­niesz. No i masz... masz, co chciałaś...

- Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek prag­nęła mieć stado wron na podwórku.

Babka już nie słuchała. Weszła do domu, mrucząc coś o kulcie Szatana, wodzie święconej i życiu w grzechu.

Dziadek tylko pokręcił głową i poszedł schować broń do szopy. Dziewczyna jeszcze przez chwilę obserwowała odlatujące kruki, po czym weszła do domu, aby nie prowokować babki do kolejnych złorzeczeń.

Z drugiej strony rozumiała jej frustrację i obawy. To, co się działo, nie było normalne. Martwe zwierzęta i chmary czarnych ptaków - wypisz wymaluj jedno z pól apokaliptycznego bingo. Weszła do przedpokoju, zostawiła tam wierzchnie ubrania i szybkim krokiem ruszyła do kuchni. Bez zbędnych ceregieli zabrała z lodówki zimnego pieroga.

- Może chociaż sobie przygrzejesz? - zapytała zmartwiona matka. - I tylko jednego? Weź więcej.

- Tyle mi starczy.

- Odchudza się pewnie. - Dziadek posłał jej szelmowski uśmieszek. - Nooo... to już taki wiek.

Speszona Susan czym prędzej pobiegła na górę. Zamknęła za sobą drzwi do pokoju i dopiero wtedy odetchnęła z ulgą. Nareszcie sama.

Czy aby na pewno? Upewniła się, że nikt za nią nie poszedł, po czym zamknęła drzwi na klucz i otworzyła komodę. Natychmiast przywitał ją oskarżycielski wzrok kościanego behemota, z którym zaczęła bitwę na spojrzenia. Tak jak można się było tego spodziewać, czaszka wygrała.

- Duchu nieczysty! - zaczęła, dotykając smolistej końcówki dzioba. - Jeżeli tam jesteś, rozkazuję ci się odezwać!

Cisza.

Może powinnam to zrobić jakoś inaczej? Rozejrzała się po pokoju i sięgnęła po świeczkę zapachową na parapecie. Zapaliła ją. Znów zaczęła wpatrywać się w czaszkę, próbując wywołać czające się w niej zło.

- Demonie! Duchu! Diable! Pokażcie się! - wzywała kolejne byty. - Azarocie, Samaelu... uch... Nathanielu! Sefirocie! Martwykocie! Odezwi...

- Susan!

Dziewczyna podskoczyła ze strachu i zerwała się na równe nogi. Świeczka wypadła jej z dłoni wprost na dywan, który natychmiast spił ciepły, pachnący pomarańczami wosk.

- C-co...

- Susan! - zawołała powtórnie matka. - Chcesz pierogów? Bo przysmażyłam te z kapustą...

Susan obróciła się w stronę drzwi, czując, że serce wyrywa się jej z piersi przez gardło, a sądząc po dudnieniu w uszach, zaraz przeciśnie się na zewnątrz właśnie tą drogą.

- Nie, dzięki! - odkrzyknęła. - Naprawdę nie jestem głodna!

Drżącymi rękami zamknęła komodę, nie zauważając nawet, że nagłym ruchem rozsypała krąg z soli po całej szufladzie. Przekręciła kluczyk wiekowego mebla i położyła go na biurku, obok laptopa. Jej wzrok powędrował ku zastygającemu woskowi na dywanie. Miała kupę szczęścia, że świeczka zgasła w locie.

- Szlag by to trafił - zaklęła po dziadkowemu i ze zrezygnowaniem zaczęła wydłubywać spomiędzy długich nitek resztki świeczki. Szybko się zniechęciła, podniosła więc dywan i wsunęła zabrudzoną część pod łóżko w nadziei, że w najbliższym czasie matka nie zechce tam zajrzeć.

Resztę dnia spędziła na bezproduktywnym przeglądaniu sieci, słuchaniu muzyki i nieco bardziej tylko produktywnej nauce matematyki. Była zmęczona, owszem, ale nie na tyle zmęczona, by od razu położyć się spać. Raz na jakiś czas można przecież posiedzieć dłużej, prawda? Kiedy w końcu poczuła, że kleją się jej powieki, poszła się umyć i czym prędzej wskoczyła pod ciepłą kołdrę.

Próżno jednak liczyła na odpoczynek. Gdy tylko zgasiła światło, coś urządziło sobie spacer po dachu, drapiąc pazurami po blasze. Po godzinie bezowocnych prób zaśnięcia Susan otworzyła oczy i rozejrzała się po pokoju. I zamarła, gdy zobaczyła stojący w rogu cień o ludzkich kształtach. Dopiero po dłuższej chwili zrozumiała, że to zawieszona na krześle bluza. Westchnęła i zapaliła lampę, karcąc się przy tym za zbyt bujną wyobraźnię. Lecz szuranie na dachu nie ustało. Przez jakiś czas kręciła się jeszcze w łóżku, wreszcie postanowiła raz jeszcze przyjrzeć się czaszce.

Zwlokła się z łóżka, a wstając, dostrzegła kilka ulotnych smużek dymu, które niknęły w powietrzu tuż nad podłogą. Pociągnęła nosem. Nie poczuła woni spalenizny, ale na wszelki wypadek zajrzała jeszcze pod łóżko i dokładnie zbadała ręką miejsce, gdzie wcześniej upadła świeczka. Tak jak podejrzewała - wyczuła tylko kilka zimnych i twardych grudek wosku. Nieco uspokojona, podeszła do komputera, ale ku swojemu zaskoczeniu nie znalazła przy nim klucza. Ten jak gdyby nigdy nic tkwił sobie w zamku komody.

- Dziwne - mruknęła, zbliżając się ostrożnie do szafki. Pociągnęła za uchwyt szuflady i ze zgrozą stwierdziła, że jest odblokowana. Powoli otwarła ją i znów napotkała to samo oskarżycielskie spojrzenie. - I na co się gniewasz? - zadrwiła, podnosząc czaszkę za masywny dziób, biały u nasady, a na czubku przechodzący w obsydianową czerń.

Czaszka jednocześnie przyciągała wzrok i budziła niezrozumiały niepokój. Susan nadal odpychała od siebie myśl, że znalezisko jest w jakikolwiek sposób przeklęte, ale nie mogła zaprzeczyć faktom: dziwne zdarzenia zaczęły się zaraz po tym, gdy przyniosła ją do domu. Obróciła czerep i przysunęła sobie do twarzy, spojrzała poprzez puste oczodoły. I nagle...

Zamarła. W rogu pokoju stała postać, spoglądając na nią ogromnymi czarnymi oczami.

Susan jęknęła ze strachu i upuściła czaszkę na ziemię, a sama przeczołgała się po dywanie i ukryła za łóżkiem.

Omamy! Mam po prostu omamy ze zmęczenia.

Ostrożnie wyjrzała zza materaca. Czająca się postać zniknęła.

Dziewczyna odetchnęła i spojrzała w stronę czaszki. Nie, to nie mógł być przypadek. W ułamku sekundy podjęła decyzję: wrzuci przeklęte znalezisko do pieca i spali na wiór! Właśnie tak!

Włożyła czaszkę do worka i zeszła po schodach. W spowijającej dom ciszy rozbrzmiewało tylko donośne chrapanie dziadka, w dziwny sposób dodające otuchy, bo przypominające jej, że nie jest w domu sama, a to, co się dzieje, to nie kolejny sen.

Dziewczyna weszła do kotłowni i otworzyła piec. Jęknęła zrezygnowana - ogień zupełnie wygasł.

Zacisnęła spocone dłonie na worku. A zatem musi zakopać czaszkę. Nie mogła jednak zrobić tego na podwórku. Oglądała wystarczająco dużo horrorów, by wiedzieć, czym to grozi. Jeszcze tego brakowało, żeby cały dom znalazł się pod panowaniem jakiegoś mściwego demona albo innej złej mocy.

Włożyła kurtkę i buty, zarzuciła sobie worek na plecy, po czym poszła do szopy po szpadel. Przytroczyła go do roweru i ruszyła do lasu przy akompaniamencie cichego szumu. Nie minęło wiele czasu, nim zrozumiała, że nie był on wiatrem, a biciem ptasich skrzydeł.

Niezależnie od tego, gdzie skierowała lampę rowerową, widziała sunące w powietrzu ptaki, które były niczym ciągnąca się za nią chmura burzowa. Oto ósma plaga egipska nawiedziła świat - spóźniona kilka tysięcy lat i tyleż samo kilometrów, postanowiła zawitać do małopolskiego trójkąta bermudzkiego.

Kiedy tylko Susan znalazła się pod lasem, nawet nie wbiegła na polanę. Położyła rower na ziemi i zaczęła kopać dół. Kruki kołowały nad nią coraz niżej i niżej.

Susan machała łopatą jak oszalała. Szło jej opornie, gdyż w ziemi było pełno kamieni. Zaklęła, natrafiwszy na kolejny, uklękła i zaczęła wyciągać je dłońmi, po czym ciskała nimi w najbardziej nachalne ptaszyska. Otarła pot z czoła. Dołek nie był głęboki, ale nie miała już siły. Umieściła w nim czaszkę i przysypała ją ziemią i solą. Nim jednak dokończyła dzieła, wylądował przed nią kruk z bielmem na oku. Rozpostarł skrzydła i sycząc, ruszył w jej stronę.

- Wynoś się! - Głos dziewczyny przeszedł w pisk. Cisnęła w intruza resztką soli. - Przepadnij!

Kruk jednak nie zamierzał odpuścić. Zabił skrzydłami i doskoczył do jej twarzy. Susan otworzyła usta, ale krzyk uwiązł jej w gardle, gdy opadła na nią reszta ptaków. Dziobiały ją po głowie, szarpały za ubranie i włosy. Zasłoniła się dłońmi, ale uderzenia twardych dziobów i ostrych jak gwoździe pazurów powodowały rozdzierający ból.

- Zostawcie mnie! - jęknęła, wymachując rękami, ale rozjuszone ptaki zdawały się tylko zajadlej sięgać ku jej oczom.

Na oślep rzuciła się do ucieczki przez gęstniejącą nawałę czarnych skrzydeł, co chwila potykała się o nierówności terenu i własne nogi. W końcu straciła równowagę, upadła i przywarła ciałem do mokrej ziemi.

Zginę, przeszło jej przez myśl. To dzień, w którym umrę, rozdziobana żywcem przez kruki i wrony, jak w jakimś kiczowatym horrorze z czasów, których nie pamiętają już nawet dziadkowie.

Zamknęła oczy i zacisnęła zęby, gotowa na dalszy atak, ten jednak nie nastąpił. Przez kilkanaście sekund leżała w bezruchu, słysząc dudnienie serca i własny oddech.

Dlaczego nie atakują? Na co czekają?

Powoli podniosła głowę, starając się przebić wzrokiem ciemność. Nie widziała ptaków, ale wiedziała, że ciągle tam są. Słyszała je. Czuła powiew ich niewidocznych skrzydeł na swojej skórze. Zbyt przerażona, by myśleć trzeźwo, przeczołgała się kilkanaście metrów po błotnistej ziemi i kiedy w końcu odważyła się podnieść, natychmiast wyrwała w stronę domu, ani na moment nie odwracając się za siebie.

Nawet chłód nie zdołał przywrócić Susan zdrowego rozsądku. Czuła, że w jej głowie wywraca się na drugą stronę wszystko, w co wierzyła do tej pory. Postanowiła, że pierwszy raz, odkąd przyjęła bierzmowanie, porządnie się pomodli.