Szelest leśnej Duszy
Drogi Czytelniku,
Trzymasz w swych dłoniach książkę wyjątkową. Razem z nią pragnę porwać Cię na magiczną wędrówkę po tajemniczym świecie ojczystej przyrody. W podróż do sedna dzikości, a niekiedy i głębiej... Podążymy boso po mchu, jak najciszej, aby nie przeszkadzać mieszkańcom leśnych ostępów. Zatopimy swoje istnienie w głuszy na wielogodzinnym czuwaniu, wsłuchując się w jej szmery, szelesty i pradawne odgłosy. Spróbujemy jak duchy, niewidoczni podpatrzeć jej sekrety. Posiedzimy razem przy księżycowej pełni na łąkach i wśród pól, aby w oparach srebrnego blasku podejrzeć dziki, sarny, lisy, jelenie, łosie przemierzające swój świat ku nieznanemu przeznaczeniu. Nie straszne nam też będą czarne jesienne noce upstrzone migotami gwiezdnych iskier, ani też deszcze, ulewy, wicher i mróz. Niezwykła to wyprawa będzie o tyle, że natura w swym przejawieniu dla mnie okazała się być osobistą drogą do poznania siebie i odkrycia daru duszy, który w dalszych słowach zapisał się w opowieściach. Za każdą z nich bowiem kryje się osobista przygoda, noc spędzona na czuwaniu lub marszu w kniei, zmagania z chłodem, deszczem, śniegiem, błotem, wyżyny cierpliwości, czasem i lęki oraz osobiste sprawy. Las wołał mnie od dziecka - spędzałem w jego okolicach niemal każdą wolną chwilę, podpatrując zarówno sekretne życie różnych gatunków zwierząt, jak i delektując się wszystkimi zdarzeniami objawianymi przez przyrodę. Nie policzę już ile dni i nocy dane było mi tak spędzić. Obcowanie z naturą i pośród niej stało się moją miłością, którą właśnie pragnę z Tobą podzielić. Świat natury pełen żywych, kolorowych, czujących istot jawi się także jako pełen energii, czarownych zjawisk, których nie sposób dostrzec codziennym wzrokiem. I te cuda też pragnę przed Tobą objawić. Przemówią tu nie tylko zwierzęta ze swymi historiami, ale też zaszumią prastare Drzewa Mocy z dawnymi gawędami. My posłuchamy o czym prawią. Świat, który ujrzysz i przeczytasz na tych kartach może i czasem różnić się od tego, do jakiego na co dzień przywykłeś. Moim marzeniem jest abyś po lekturze tego tomu także otworzył swego ducha na podobne doświadczenia. One czynią nasze życie usłane tymi promieniami, które gdzieś w codzienności uległy zapomnieniu. Wierzę bowiem, że przy odrobinie czujnej uwagi najzwyklejszy spacer stać się może niezapomnianą wyprawą po krainie baśni. Powierzam zatem Twojemu sercu mój najdroższy skarb - szepty leśnej duszy, wspomniane i zapisane w tym oto pamiętniku.
Lisie Misterium
Ośnieżone pola otulone białą kołderką delikatnego puchu szepczą swą chłodną pieśń echem dalekiej pustki. Mroźne połacie wabią ku sobie czarem lodowej przestrzeni zaklętej w biel. Wiatr hula, woła, wyje osypując śnieżne drobiny wśród bruzd. Oziębłe psoty dziadka mroza. Pani Zima lodowatą dłonią odkrywa swe tajemnice i urok tym, którym aura nie straszna. Jak pradawna wiedźma, stara niczym sam czas, snuje iskrzące baśnie roztaczając wśród gwiaździstej nocy swe bezlitosne ramiona. Drzewa skrzypią boleśnie smagane kąsającymi powiewami, jakby skarżyły się na porę roku, a oblodzone gałązki trzeszczą im do wtóru kołysząc się chwiejnym rytmem i siejąc wokół niewidoczne lodowe kruszyny.
W takie właśnie noce nie mogę zbytnio zasnąć tęskniąc za szczypaniem mrozu, nocnym widokiem bieli no i wrażeniami, jakie tylko zima dać może. Pomimo srogiej pogody postanowiłem wybrać się na nocno - poranny spacer. Mamy przecież końcówkę stycznia, a to czas kiedy lisy harcują po polach i lasach rywalizując ze sobą i szukając partnerek. Tu i tam, wśród zaprószonych poletek niosą się stłumione poszczekiwania, skomlenia, odległe wycia.
Lisi bal. To ich czas.
Nie spodziewając się wiele z uwagi na pogodę (delikatny śnieg, a pod spodem chrupiący lód, hałasujący jak diabli) po spakowaniu i ubraniu ruszam na wędrówkę. Celem moim są rozległe trzcinowiska na zamarzniętych bagnach, otoczone polami, małymi fragmentami lasów, i zadrzewieniami. Przebijam się przez skute lodem i śniegiem pola. Wiatr się uciszył. Po drodze dostrzegam jeszcze dwa zające siedzące na śniegu. Szaraki już dawno mnie usłyszały, a teraz podnoszą się czujnie oczekując. Omijam je łukiem, a one odskakują nieco ku pobliskiej łące.
Dalej idę już ostrożniej, z jednej strony mając las, z drugiej trzciny. Co jakiś czas nasłuchuję. Panuje tu cisza. Jeszcze grubo przed godziną 6:00 docieram na miejsce i siadam na wydeptanej przez dzicze i sarnie przemarsze trawie. Za plecami mam pole, przed sobą rozległe trzcinowiska, za nimi las. Ze zdziwieniem słyszę świst kaczych skrzydeł, których stadko przeleciało gdzieś niedaleko mnie. Trwa oczekiwanie i słuchanie zimowych pieśni kniei... W pewnym momencie dobiega mnie dalekie, stłumione poszczekiwanie. Omamiony rzekomą odległością ignoruję je. Czas jakby spowolnił. Zimno nie kąsa. Rozgrzany po marszu, odpowiednio ubrany mam sporo czasu zanim chłód zacznie się dobierać. Delikatnie prószy śnieg. Nagle do świadomości przebija się pospieszne, acz stanowcze stąpanie. Przed sobą nie widzę nic, za sobą... odwracam głowę i... jest! Poznaję od razu. Lis sznuruje z nosem przy ziemi i to w moim kierunku. W pewnym momencie skręca nieco, podążając za niewidocznym dla mnie tropem. Piszczy przy tym zupełnie jak mały psiak - pierwsza myśl- ranny, chory? Nie, porusza się normalnie. To godowe podniecenie, podąża tropem liszki. Mija mnie dosłownie w odległości może dziesięciu metrów nie zauważając i oddala się popiskując rozkosznie. Cóż za radość w sercu! Nie wiem jeszcze, że to nie koniec wrażeń na dzisiaj.
Mijają kolejne minuty. I następne. Coś subtelnie stąpa głęboko w trzcinach, nie chcąc jeszcze się ujawnić. Delikatne trzaski. Tknięty dziwnym uczuciem wstaję bezgłośnie, aby się rozejrzeć. Nic. Mija trochę czasu, gdy tak stoję nie marznąc. W pewnym momencie skupiam wzrok na jednym miejscu dostrzegając niepozorny ruch. Chwila wyczekiwania, i tak - znowu lis! Widzę wyraźnie, że jest większy od poprzednika. Jest też sprytniejszy - używając mniej ośnieżonych fragmentów pola kukurydzy podszedł mnie całkiem blisko. Ale jeszcze nie rozeznał "kto zacz". Przypatruję mu się niemal na bezdechu. On węszy, bada, sprawdza. Śnieg opada na powieki i topnieje wolno. Za mną narasta hałas. To dziki, które zdążyły wrócić po nocnym żerowaniu od drugiej strony, układają się w barłogach i gramolą po trzcinach posapując i rechając po swojemu. Nieświadomie odwracają uwagę mojego wdzięcznego obiektu obserwacji uświetniając mi chwilę i słuchowisko. Odgłosy te zdają się uspokajać mikitę. Zna je chyba dobrze. W pewnym momencie lisiur daje lekki skok w tył, i oddala się kilka susów. Nie ucieka jednak, tylko łukiem obchodzi moje stanowisko. Żegnam się z nim ciepło w duszy, życząc mu w myślach jak najlepiej i dziękując za wspaniałe wrażenia. Lisiak znika mi z pola widzenia gdzieś w rowie podążając za swoimi sprawami. Siadam ponownie i jakiś czas słucham dziczego koncertu. Łamanie trzcin, trzaski, jakieś skrobanie po lodzie i pękające grudy - oto oprawa tego słuchowiska. Trochę mija zanim się uciszą. Powoli podejmuję jak najcichszy powrót, nie chcąc przeszkadzać mieszkańcom tej ostoi. Przypomina mi się, jak kiedyś w tamtym miejscu podczas srogiej zimy znalazłem dzika wbitego zadem w lód do połowy ciała. Był oczywiście zamarznięty. Wiosną nie było już po nim śladu poza kilkoma rozwleczonymi kośćmi. Podczas drogi powrotnej mijam jeszcze jednego lisa, który "sznuruje" w kierunku lasu. I ten nie jest zbyt płochliwy, po dotarciu na skraj siada chwilę przypatrując mi się, po czym czmycha w gąszcze. Kawałek dalej zziębnięte bażanty drapią skostniałą darń w poszukiwaniu okruchów żeru. Samotny świerk wytrwale rozstawia zielone chojary okryte szubą ziarnistej śnieżyny. Chroni od wiatru bażancie plemię. Wszyscy czekają wiosny... Powoli zaczynają majaczyć się światła osiedli i świat do którego nie mam wcale ochoty wracać...
Z pamiętnika Wędrowca: Zimowy zmierzch nad jeziorem
Grudniowe słońce ostatnim tchnieniem wieczornego blasku roztoczyło pomarańczowe echo swej letniej potęgi na pomarszczonej tafli leśnego jeziora. Jakby chciało tym promieniem, cudem przepuszczonym przez tabun burych chmur pożegnać się ze światem. I tak stworzyło... nowy zachwyt. Niebiosa wylały swój splendor roztaczając ulotną kaskadę promienistych psot. Ukołysana woda, pieszczona gasnącą iskrą tuliła się do snu u stóp czerniejącej na horyzoncie ściany boru. Szczyty starych sosen zagarniał pod panowanie mrok.
Jeszcze słychać było kacze wycieczki z sitowia w toń. Tam spędzały noc. Cóż je gnało w sam środek mokrej jeziornej pustki?
Czarodziejski spektakl dogasał. Za chwilę tlący ogień zniknie pogrążając uroczysko we władaniu ciemności. I tak powoli roztacza nade mną ogrom swej otchłani czarna, zimowa noc.
Ostatnia podróż łosia
A on wędrował w kniei sam. Towarzyszył mu tylko szmer osypującej się za potężnym cielskiem zimowej okiści. Pękały z trzaskiem gałązki pod racicami olbrzyma. Śnieg grał, skrzypiąc. Sunął niczym dawna zjawa, z leśnych głębin prabytu. Tu, w głębi puszczy wicher i zimno wytłumione połaciami drzew nie dokuczały tak bardzo. Ostęp stawał się coraz dzikszy. Prawdziwy chram natury. Drapieżne plątaniny jeżyn co i raz chwytały boleśnie jego zmarznięte badyle. Ciemne, poważne oczy zwierza badały z uwagą otoczenie. Rozdęte, wilgotne chrapy węszyły zdając się pytać, szukać, myśleć. Ranna noga drętwiała co jakiś czas. W końcu przystanął i wyprostował się w całej potędze. Prawdziwe bożyszcze leśne... Podjął nowy kierunek. Otulony mrozem, z echem wilczego koncertu, łoś mozolnie dążył ku bagniskom w poszukiwaniu upragnionego żeru. Szare widmo z wolna pochłonęły gąszcze. I znów zapanowała srebrna cisza... W zimnych resztkach iskier słońca chłodnego dnia pląsały już taneczne cienie...
Umęczony zwierz nagle drgnął panicznie. Załopotał cień grozy. Mignęły wypełnione głodem i groźbą ślepia burych napastników. Wilki ustawiły się pod wiatr na szlaku przemarszów łosich. Kilka z nich już od popołudnia tropiło w oddaleniu rannego olbrzyma. Korzystając z otępienia zwierzęcia cichcem podkradły się bliżej. Węch ich nie omamił. Na tylnym badylu zwierza jątrzyła się zmarznięta, oblepiona śniegiem rana. Łoś szarpnął się w tył. Za rosochy złośliwie chwyciły spętane pędy chmielu i gęstwiny młodych drzew. Drapieżniki jak gdyby czekały na ten ruch. Potężny czarny basior doskoczył za cofającym się w przestrachu zwierzem. Rozdarł mu tylną szynkę i zanurkował w zaspie o milimetry unikając przelatującej nad łbem racicy. Łoś chrapnął gniewnie. Pułapka była zamknięta.
Osłabiony wędrówką i rozdrażniony raną, obrócił się tyłem do gęstwin nastawiając w obronie królewskie rosochy. Mądre oczy starego pojedynka oceniały szanse. Ileż to razy w latach swej potęgi i krzepy zgubił pogoń wilczą w odmętach bagien, ile razy dał do wiwatu młodym niedoświadczonym pomiotom drapieżców. Zazwyczaj schodziły mu z drogi woląc szukać łatwiejszej zdobyczy wśród łań jelenich, saren i tegorocznych cieląt. Teraz wyczuwały jego słabość. Nie jadł już od wielu godzin. Marsz go wymęczył. Dokuczały rany. Oddychał ciężko.
Wilki zdawały się postępować według precyzyjnego schematu. Okrążały ''zdobycz'' trzymając się na wierzchu zamarzniętych zasp. Szerokie poduszki łap ułatwiały zadanie. Stary łopatacz tkwił głęboko w śniegu utrudniając manewr. Z każdym ruchem burego przeciwnika, bacząc ostrożnie wodził rogatym łbem w jego kierunku. Trwał śmiertelny taniec sił... Próba cierpliwości i wytrwałości.
Wygłodniałe drapieżniki charcząc złowrogo podchodziły coraz bliżej. Prowodyr nie dawał jednak jeszcze znaku do ataku. Znał grozę sytuacji. Dawno, dawno temu podobny dramat pozbawił życia Szarą Waderę, która wyrzucona podczas ataku porożem łosim, złamała kręgosłup nadziewając się na ostrą ułamaną gałąź leciwego dębu. Basior pamięta dobrze tamtą lekcję. Wolał wziąć ofiarę na zmęczenie, niż narażać swoich pobratymców.
...Długa zimowa noc ciągnęła się w nieskończoność. Gwiazdy migotały wesoło iskrami świateł niepomne na puszczańskie tragedie. Nie wiadomo kiedy przyszło wyczerpanie. Zdrętwiałe badyle zwierza powoli przestały reagować na kolejne podchody. Zmęczony łeb opadał cicho coraz niżej. Chrapliwy oddech buchał parą z nozdrzy łosiego olbrzyma rozrywając ciszę ostępu. Na śniegu zalegały roztarte strugi krwi. Głodna złaja przestawała panować nad dyscypliną. Wyczuwały czas. Zapach potu, krwi i głód doprowadzał drapieżniki do szału. Łoś upadł na kolana. Jeden z wilków odruchowo rzucił się do ataku od frontu. Już, już wydawało się, że rozedrze kłami umięśnioną szyję ofiary. Głupi młodzian! Łoś podźwignął się w ostatniej chwili, szeroko rozstawił badyle. Bystre jeszcze oko zadziałało wraz z ciałem. Zwiesił łeb niżej, jakby w ubytku sił. Wilk tuż tuż. Błysk ślepi obu przeciwników. Nie!
Działo się wtedy błyskawicznie.
Ciszę zimową rozdziera bolesny skowyt. Nabity na rosochę wilk leci w powietrzu wyrzucony gasnącą mocą Księcia Puszczy. Głuche uderzenie o pień, pękają z trzaskiem żebra. Młodzik opada w śnieg dysząc szybko. Próbuje się ruszyć. Bura sfora nie dba teraz od niego. Naciera. Olbrzym upada, podnosi się. Chrapliwy oddech bożyszcza lasu przerywa. Z pyska skapuje krwawa piana. Ból wpija się w cielsko z każdym szarpnięciem wilczych paszczęk. Cały bok rozdarty, zwierz opada. Łosi jęk boleści przeszywa grozą kryształową ciszę wraz z warknięciami wilczych rozbójników. Bure cielska napastników zlewają się w szare plamy. Dźwięki dobiegające jakby zza grubej zasłony. Dotkliwy uścisk na szyi, jeszcze jeden. Strach uleciał w przestrzeń. Gasnące ślepia przesłania mgła. Już... Głodna wataha powarkując na siebie, napełnia z dzikością puste żołądki. Pora nagrody za trud. Prawo Kniei mówi: Jesteś głodny, możesz jeść! Możesz zabijać. Przetrwaj! Ranek zaczął się radością i dostatkiem dla wielu Puszczańskich istot. Lis słyszał już nocą odgłosy wilczego starcia z łosiem. Zaległ nieopodal w norze u korzennych stóp starego grabu. O świcie, kierowany węchem spryciula ruszył na pobojowisko. Nie był tu pierwszym biesiadnikiem. Na padlinie siedziały już hardo kruki, a wśród wielkich żeber uwijały się żwawo sikory. Leśne ptaszęta korzystały często i gęsto z tej dzikiej "słoniny". Nos poinformował mikitę, że zdążył się tu pożywić też Tumak - niedościgniona Kuna Leśna. Czarne kruki ani myślały ustąpić miejsca, trzeba je było solidnie postraszyć. Szykował się syty dzień uczty... Rudzielec wiedział już, że przez wiele dni nie opuści tego miejsca. Jeszcze przez kilka nocy będą tutaj ściągać licznie myszy i nornice, na które zapoluje podstępem. Skorzystają też śmigłe kuny i łasice. W promieniach wschodzącego słońca, w potędze kąsającego chłodu knieja z nadzieją witała krótki zimowy dzień. Co też dziś przyniesie? Komu śmierć, a komu życie? Odpowiedź kołacze gdzieś wśród drzew.
Z pamiętnika Wędrowca: Czarna zjawa
W okolicy pojawił się nowy zwierz. Wielki, stary i ogromny odyniec. Spotykałem duże odciski na polach i w błocie - wielkością dorównywały niemal końskim kopytom. Mocarny dzik. Potęga tych racic budzi respekt. Bałbym się go spotkać nocą. Tropię kilometrami i nigdzie nie mogę trafić jego kryjówki. Zwierz przemieszcza się jak duch, mimo swej potęgi, stale czujny i niewidoczny. Musi mieć ogromne doświadczenie. Nie trzyma się stałych ścieżek, napotykam jego ślady w najbardziej zapomnianych miejscach. Na tropie, cały drżę z fascynacji. Wyobrażam sobie jak kłusuje tęgo podczas pełni księżyca, a jego srogi grzbiet niknie w oparach mgieł. Niełatwo będzie nań trafić..
Gawędy Żubrze
Zimowe słońce pieściło delikatnie zmarznięte grzbiety przebijając się przez plątaninę ogołoconych koron drzew. Żubrze stado maszerowało z wolna, potężnie cielska łamały bezlitośnie ustępujące gąszcze, trzaski niosły się daleko echem w mrocznej ciszy dnia Puszczy. W tych srogich odgłosach znać było bijące tętno pradawnej kniei szepczącej tu przez wieki. Co jakiś czas powietrze przeszywały ostre wabienia sikor i alarmujące głosy dzięciołów. Barwne czeredy drobnych ptaszyn czyniły spustoszenie wśród zimujących owadów. Zwinne dzioby podważały ostającą korę, wciskały się w drzewne szczeliny, rozgarniały próchno, przegarniały zmarznięte pączki. Uśmiechem losu, a tragedią innych darzyła knieja czasem resztkami po biesiadzie wilczej. Przez wiele dni taka ofiara służyła pożywieniem gromadom ptaków, myszy i pomniejszych padlinożerców. Trwał pogodny, krótki puszczański dzień. Opanowane mrozem powietrze dziś jakby trwało nieruchomo. Na niebie królował radosny błękit. Chłód potężniał z każdą godziną. Nie dokuczał jednak ogromnym zwierzętom, które natura wyposażyła w grube, zimowe futro.
Żubry docierały do celu wędrówki. Śnieg skrzypiał tęgo pod potężnymi racicami olbrzymów. Na skraju lasu zwierzęta przystanęły krótką chwilę ocząc i węsząc dookoła. Z nozdrzy buchała para. Zlepki śnieżnej zmarzliny wisiały na futrzanych brodach. Nie było powodu do niepokoju. One zresztą nie musiały obawiać się niczego. Wokół stogów siana panowała pustka. Ciszę przerywały tylko szmery nornic i leśnych myszy harcujących w czeluściach brogu. Znać było już ślady ucztowania innych pobratymców. Zwierzęta w majestacie wystąpiły na polanę gromadą otaczając stopniowo życiodajny stóg. Te bardziej strudzone ułożyły się wypoczywając, reszta z apetytem dobrała się do suchej trawy. Z lubością przeżuwały pokarm, powoli napełniając przepastne kałduny. Rozległy się mlaskania i posapywania. Zgrzane marszem cielska miarowo ogarniało rozkoszne lenistwo. Zostaną tu dłużej... Wprawne ucho nadal wyłapywało kolejne trzaski, odgłosy, stuknięcia, szmery co jakiś czas dobiegające głucho z głębin lasu. Puszcza tętniła życiem a każdy dzik, jeleń czy sarna trudziły się zaprzątając tylko jednym - najeść się i przetrwać! Nie dać się zaskoczyć drapieżnikom.
Stogi dawały schronienie, ciepło i jedzenie nie tylko roślinożercom. Za mysim plemieniem ciągnęły lisy, kuny, tchórze czy sowy. Zimową nocą, pod całunem gwiazd, w sercu czaru tego zapomnianego w chłodzie zakątka działy się małe i duże sukcesy, tragedie i dramaty leśnych mieszkańców. Jeśliś cierpliwy i uważny, cichy i opanowany, tutaj puszcza obdaruje Cię spełnieniem kolejnej tajemnicy.
Pamiętnik Wędrowca: Kuropatwy
Zziębnięte puchate kulki przywarowały na miedzy. Mróz był ich kompanem. Sute upierzenie ratowało zahartowane ptaki. Dziarsko rozgrzebywały ośnieżoną darń drapiąc w poszukiwaniu zagubionych nasion. I tak mijał krótki, zimowy dzień... Wieczorem zapadały pośród przysypanych traw, tuląc się wzajemnie i ogrzewając. Tak ptasia rodzina potrafiła przetrwać nawet srogie, siarczyste mrozy. Bywało, że w ciągu nocy przykrywał je sypiący śnieg. Rankiem wytykały się spod chłodnej kołdry, skrzydłami wzniecając kaskady srebrzystego pyłu.
Lisie dary
Jedne z najpiękniejszych chwil jakie mi się przytrafiają podczas spotkań ze zwierzętami to te, w trakcie których nie boimy się. Znamy. On / Ona / Ono nie ucieka. Ufa. Spotkanie trwa kilka chwil lub minut po czym sarna, dzik, lis lub ptak niefrasobliwie oddala się w kierunku swoich spraw. Jak to możliwe? Podobne spotkania nazbyt często zapisały się w mojej pamięci. Jakby zwierzęta uczyły się - kto jest w porządku i nie stanowi zagrożenia, a kogo lepiej unikać. Coś takiego przydarzyło mi się właśnie dzisiaj. Po trzech godzinach nocnej zasiadki pośród przybierającego księżyca i mgieł czułem się wręcz wtopiony w stertę polnych kamieni, które posłużyły mi za przystań obserwacyjną. Wtem wyławiam lekki szmer. Nie wiem skąd. Ale coś skłania mnie, by delikatnie odwrócić głowę.
- Coś dziwna ta bruzda, myślę. Czy była tu wcześniej?
- Yyy, rusza się!
W szarej pełznącej sylwetce rozpoznaję lisa. Zwierzak skrada się - wyraźnie w moim kierunku. Coraz bardziej odwracam głowę. Zaszeleściło. Musi to słyszeć!
Tym razem jakoś tętno nie przyspieszyło, nie pojawiła się adrenalina. Zamiast tego wlał się spokój i błogość. Lis nic nie robił sobie z moich delikatnych szelestów. Usiadł przyglądając się. Podszedł bliżej - kuka głową w tę i we w tę starając się rozeznać co też za dziwne ''straszydło'' tam się usadziło. Majaczy mi w mroku jego białe podgardle. Lis przygląda się, węszy. Jest jakieś kilka metrów ode mnie. Ani myśli uciekać. W końcu kiedy załapał zapach, jakby wyraźnie uspokojony odwraca się i kontynuuje swoje skradanie w kierunku czegoś tam. Jeszcze dwa razy się ogląda i powoli sunąc znika we mgle. Kierunek z którego nadszedł pozwala mi przypuszczać, że przyszedł po moim tropie aż do mojego stanowiska. Tak bardzo chciał sprawdzić? Takich spotkań z lisami mam w sercu i pamięci już ileś. Czyżbyśmy się z tym lisem już znali? Zapamiętał mnie i rozpoznał? Podobno zwierzaki uczą się zapachu poszczególnych ludzi i odróżniają ich w terenie. Podobno też, człowiek który nie je mięsa wydziela zapach, który dla zwierząt nie stanowi groźby. Może i coś w tym jest. Gdyby mógł wyrazić swą myśl, pewnie powiedziałby:
- A, to znowu ten szary włóczęga. Nie masz co robić? Po co tu tkwisz, skoro nie polujesz ani nie żerujesz?
- Ehh, gdyby ten dziwoląg umiał mówić. No ale nic, nie pogadam sobie, ani go nie zjem. Lecę dalej łowić myszy, dobranoc! A ty tu sobie siedź i marznij.
Lisie stworzenie w swym zdziwieniu pewnie nigdy nie zrozumie moich motywów. Pozdrowiłem go w myślach, życzyłem bezpiecznego szlaku i udanych łowów. Podziękowałem za to spotkanie. A w środku - aż dygotałem ze szczęścia i wzruszenia. Ta pełnia zaczęła się wspaniale. Pamiętam jeszcze inne spotkanie, z jesieni. Wtedy też ucieszyłem się niemało.
Z pamiętnika Wędrowca: Kontemplacja mijanych Drzew
Wierzba sercem próchniejącym już zagląda do innego świata... Ciekawe co tam robi, wstępując do wymiarów? O czym też gwarzy z innymi wierzbowymi pramatkami, które odchodziły przez wieki. Na swą drogę spogląda jak wyrzeźbionym okienkiem Miłości. W ziemi swoje wypełniła za życia. Szumiała długo na grobli, i bobrom się oparła, a murszejąc i gnijąc dudkowi jednemu na uciechę jeszcze starczyło, puszczając w świat piskląt kolorowych, czubatych, czeredy. Bywało i szerszeń srogi z pomrukiem zajrzał w szczeliny z ciekawości. Wierzby to prawdziwi twardziele o miękkim wnętrzu. Jakby człowiek pogubiony nie uciął - tak odbije pędem zielonym zawsze. Tak jak żyją dziesiątki lat, tak drugie tyle odchodząc powoli, mają szansę zachować swą świadomość. Próchnienie, choć nie zapomnienie. Proces... Taka kłoda długo jeszcze pełnić będzie kołyskę i schronienie dla ptactwa i larw wszelakich. Przez cały swój czas będąc żywą czy martwą, Wierzbowa Baba przyjmuje i chroni wyjątkowych gości. Trociniarką Czerwicą jedną z nich nazywają uczeni, a motylisko to nocne o rozpiętości skrzydeł zbliżonej do małego ptaka. Gdy się pojawi, z szeptu cieniem, robi wrażenie.
Stare baśnie prawią o Chochołach i Skrzatach, co też w wierzbowych dziuplach mieszkające, ogarami lampionów błędnych iskrząc, straszyć miały zagubionych wędrowców. Drzewo owiane zapomnianymi legendami, pomost między żywiołami, Opiekuna Szamanów Wody... W zmurszałym wnętrzu kołacze niejedna tajemnica.
Nocni Strażnicy
Zza okna spogląda na mnie przybierający w złotym blasku księżyc, domownicy coś narzekają na mróz...
- Mróz???
Chyba nie ma lepszej aury do wyprawy. Zawsze czekam nań z utęsknieniem. Podczas ujemnych temperatur maszeruje się wygodniej, organizm rozgrzewa się - czuję się zdrowiej. Błotniste obszary i nieprzebyte kałużyska ścinają się chłodem, otwierając swobodny trakt dla dotychczas niedostępnych miejsc. Szybka decyzja, kompletowanie ubioru, zamyślenie czy wszystko jest. Jest. No to w drogę!
W dolinie pośród pól, rowów, łąk i zadrzewień wita mnie gęsta otulina mgły. No tak: ''Mleko się rozlało''. Na niżej położonym terenie kumuluje się na potęgę, skrywając wszystko całunem powłóczystej tajemnicy. I straszno i pięknie. Wstępuję w kłęby i ruszam dalej. W środku widać całkiem nieźle. Z daleka wyglądało to gorzej. Choć znam drogę na pamięć, cieszę się, że jednak widoczność jest bardzo przyzwoita. Pod stopami niestety chrzęszczą marznące grudy. Na trawie jest jeszcze gorzej. Na szczęście jest wcześnie - tuż przed 20, a więc zwierzęta na dobrą sprawę nie buszują tu tak swobodnie. Z oddali dobiegają cały czas odgłosy żyjącej wsi. One czekają na ciszę.
Moim celem jest śródpolne kamienisko, które upatrzyłem sobie spacerując w ciągu dnia. Miejsce wysokie, bezpieczne, zapewniające mi dobrą widoczność z każdej strony. Teren - bajka, obok płynący strumyczek, kawałek dalej rów i bobrowa tama. Woda pluska kojąco. Z jednego boku mam widok na kukurydzisko, z drugiego łąka na której lubią żerować sarny i buchtować dziki. W strumieniu znajduje się bród - przejście zwierzątek, którym przeprawiają się z pola na łąkę i odwrotnie. A dalej dzicze bagno i lasy....Na szczycie napotykam dwa idealnie płaskie kamienie, jakby specjalnie ułożone do siedzenia. Duże, bardzo wygodne. I już wiem dlaczego Dusza, i że to właśnie ona wybrała mi to miejsce. Z radością zasiadam na widowisko i słuchowisko jakie może mnie czekać.
Nocni strażnicy. O kim mowa? Co i raz dobiega mnie zirytowane kwękanie oburzonych kaczek.
- Kreeech, kweeeek, kreeech
- niesie się narzekanie kaczorów. Dolatuje co i raz z różnych stron ze zmienną intensywnością. Nasłuchuję tego z uwagą. To dla mnie sygnał: ''wiedz, że coś się dzieje''. I już nie muszę z czujnością nasłuchiwać innych zwierząt - wystarczy mi kacze echo. Tak dają wyraz swojemu przestrachowi lub złości, kiedy jakiś dzik przeprawia się lub hałasuje w trzcinach psując im noclegowisko. Może szuwary penetruje lis? Tego nie wiem, ale przy odrobinie cierpliwości i szczęścia dowiem się w swoim czasie. A gdyby kaczki z trzepotem odleciały wtedy trzeba mieć się na baczności. Znaczy - zbliża się drugi człowiek. Pożegna mnie wtedy smutny poświst skrzydeł... Na razie jednak paplają, nie zamierzając się ruszać. Nie pomyliłem się - po jakimś czasie słyszę niedaleko ''kaszlące'' i bulgocące dziki. Ależ gromko dziś chrypią! Nie chcą jednak się pokazać, harcując w zaroślach. Kaczuchy co i raz obwieszczają nowe zdarzenia z kolejnych miejsc. I cichną. I tak ciągle... Niezły gwar, jak na końcówkę listopada. Wzmaga się mróz, ale nowa taktyka ubioru sprawdza się znakomicie i bez trudu wysiaduję już drugą godzinę.
Trochę się uciszyło. Mgła jeszcze zgęstniała. Mokra wata. Co jakiś czas rozglądam się wokół - mimo mrozu, zwierzęta potrafią przemieszczać się subtelnie, i można coś przegapić. Podczas jednego z takich przeglądów dostrzegam koczujące przez opary sylwetki. Dziki? No wreszcie! Nie... Te są ogromne. Wyższe jakieś. Jelenie? Ale co tu u licha robią jelenie?
Zszokowany staram się nieco wytłumaczyć racjonalnie. Co też mogło je tu przygnać? Dwa byki. To dopiero niespodzianka. Niedaleko osiedla, ogrodzenia, trasy ruchu, a do większego kompleksu leśnego jakieś trzy kilometry. Nie mogę się nadziwić, a głowa szuka wyjaśnienia. No dobrze - na resztki kukurydzy. Tylko, że tam miały ją wszędzie po drodze. Aby tutaj dotrzeć musiały nawet przeprawić się przez linię kolejową... Nie znajduję wytłumaczenia. A one, niepomne na wścibskiego podglądacza, zatopiły swoje cielska z powrotem w szarych kłębach zmierzając w sobie tylko znanym kierunku. No nic - takie psikusy się zdarzają. Bywało i spotkać dziki niemal pod samym domem, przy powrocie z całonocnego czuwania, na którym nie widziało się niczego.
W ogóle nie ma dziś saren. Trochę mnie to dziwi, bo od śladów gęsto. Nawet kozły nie szczekają. Choć co jakiś czas słyszę pluśnięcia kopytek w strumyku i wiem że sobie tam przechodzą nie pokazując mi się. Jak można zanurzać się w tak lodowatej wodzie! Brrrr....Mija trzecia godzina. A może dłużej. Czuję się już lekko, błogo i radośnie, zjednoczony w ciszy z tym wszystkim co wokół mnie wędruje, żeruje i śpi. Z letargu wyrywa mnie powtarzające się pluskanie. Coś przechodzi przez bród? Chlupie - pewnie dzik. Po chwili kotłuje się w krzakach, szura w zeschłej trawie, łoskot, chrzęst i nie wiadomo co jeszcze. Jakiś dziczy gbur, zupełnie bez szacunku wobec innych zwierząt, które mogłyby się wystraszyć. Jest niedaleko mnie, kilka metrów. Nadal nic nie widzę. Już wstrzymuję oddech, a oczy pewnie świecą się jak u żbika. Szmery przycichają, przechodząc w dziwne skrobanie. Za parę chwil już tylko skrobanie i gryzienie. Czuję się oszukany... No bo teraz, kto, bóbr? Dziesięć minut - szurr, szurr po drewnie. I niewielki pęd wierzby przewraca się z łoskotem. ''Bober'' hałasuje nie gorzej niż dzik, a ja staram się go wypatrzyć. Nic z tego.... Za to kątem oka dostrzegam inny ruch.
Wraca lis! Od strony pola. Być może to on straszył kaczki na noclegowisku. Sądząc po tym jak znajomo pełznie to ten sam przyjaciel ze spotkania wcześniej. Nie zwraca uwagi na moją górkę. Nasłuchuje bobrowych harców. Cały skupiony, z nastawieniem szpiczastych uszek zbliża się do miejsca bobrzej pracy. Stara się podejść do samego rowu nieco dalej. Wiem dlaczego. Bobra upolować nie jest łatwo - wystarczy że pluśnie do wody i tyleś go widział. Tam już schroni się w niedostępnej norze, w razie co wystawiając na dobry wieczór oślizgłe, ostre, żółte zębiska. Tam gdzie nie mogą jeszcze wybudować żeremi, kopią tunele. A woda zimna....Lisi przyjaciel wie chyba wszystko to samo co ja. A może nawet i więcej. Dlatego stara się zajść od drugiej strony. Bobrzysko hałasuje tak, że poza pędami które ogryza, chyba świata nie widzi. Trochę mi go szkoda, bo zaraz....
Do widowiska wkracza mi niespodzianie trzeci aktor. A raczej aktorka. Wpatrując się w lisa, zza gałęzi dostrzegam solidną czarną plamę. Poprzedzone regularnym chrzęstem, na który zaabsorbowany nie zwróciłem uwagi. Przez łąkę wesoło i pogodnie toczy się dzik, a raczej spasiona locha, którą widziałem tutaj już podczas ostatniej pełni. Wtedy dosłownie wpadliśmy na siebie w gęstej mgle, a świnia wcale niechętnie salwowała się z łąki pofukując gniewnie. I sądząc po tempie w jakim to czyniła, nie była do tego wcale taka chętna. Przeprosiłem ją w myślach. I dlatego dziś wybrałem się dużo wcześniej, wiedząc o jakiej godzinie można ją spotkać na łące. Żeby przypadkiem jej nie zakłócić niczego. Ale teraz, mało tego! Z trwożnym kwikiem podlatuje do niej jakaś nieznana mi sowa, forsując pozorowany atak. Co to ma być? Co te zwierzęta dzisiaj? Świnka wygląda jak beczułka, ale może będzie miała młode. Dzikuska niefrasobliwie pruje przed siebie, co i raz przystając i próbując buchtować zmarzniętą darń. W jednym miejscu zatrzymuje się dłużej - prawie naprzeciw mnie. Podziwiam z jaką zawziętością rozwala glebę. Jest taka śmieszna na tych krótkich nóżkach. Taki pączek. Prawie jak ja. Dobiega mnie zapach mokrej, rozrytej ziemi. Ona krąży tak sobie cały czas w ciągu nocy podjadając co znajdzie. Widać na kukurydzę nie może już patrzeć, skoro przybrodziła na wpół zalaną łąkę. Bóbr ścichł. Lisa już nie ma. Pora chyba wracać. Patrzę na księżyc. Spowija go pierścienna otoczka, a mgła przybrała w potędze do niemożliwości. I już wiem, że w ciągu godziny utworzą się chmury. Gwiazdy znikły. Na gałązkach polśniewa szron. W słabnącym świetle księżyca iskierki mrozu tlą się migającym tu i tam blaskiem, mamiąc oczy. Ma się wrażenie, że to błyskają ślepia zwierząt. I tak to właśnie jest w tym leśno - polnym świecie. Nigdy nie wiadomo co się zdarzy. Jakiego cudu doświadczysz i jaką tajemnicę podejrzysz. Komu szczęście, a komu pech?
Z pamiętnika Wędrowca: Wigilia w lesie Pochmurny wieczór przemija w szarudze cieni, nie trwa to długo. Kłęby chmur rzedną, odsłaniając iskry odległych gwiazd. Miliony ich. Świat się okrył peleryną czerni tajemnic, trwa nów. Czas sów. Puszczyk - ''Dobrodziej'' nawołuje mrocznie, kawałek dalej piskliwym skrzekiem odpowiada mu samica. W oddali odzywa się jeszcze jeden nieśmiały samiec. Sowy jakby komentowały pojawienie się ludzi w lesie. Ciemna ściana gąszczy wzywa ku sobie głębią - jakże inaczej niż przy księżycowej pełni. Kilka kroków w ten świat, i już nie wiadomo gdzie jesteśmy, pochłania nas niepamięć w odmętach ciemnicy. Nie wiadomo dokąd iść. Zagubienie. Gaszę latarkę i wypatruję prześwitów między drzewami, to najlepszy drogowskaz do polanki. Rzeka pluszcze sennie, piaszczyste zbocze osypało się lawiną zamazanych tropów. Tu zwierzęta przeprawiają się przez płytki bród. Postój robimy na powalonej przez wiatry brzozie. Opowiadam historię niezwykłego drzewa.. To takie...''dziwne.'' Uczestniczyć w ich pełnym zdarzeń życiu, wypadkach, przygodach. A ona wciąż żyje. To już drugi rok, gdy leżąc wzdłuż wypuszcza na gałęziach zielone liście. Stało się tak nagle. Rzucony obok burzą dąb poddał się wcześniej. Na kłodach wygodnie położyć się można, usiąść i wyczekiwać wyjścia zwierząt na łąkę. Słuchać jak zbliżają się przez las. Księżycowa, nocna lornetka sprawdza się i w takiej ciemnicy. Dziś nie używam jej wcale, oddając do dyspozycji Paulinie, która z niesłabnącą ciekawością przeczesuje w napięciu horyzonty spowitych ciemnością pól. Czas nam rozpocząć nocne czatowanie. Gdzieś w dalekich gąszczach ochryple, diabelsko, odzywa się kozioł sarny. Nie wiemy czy wrzeszczy na nas, a może ogłasza przeprawę mocarnych dzików. Zwierzęta ''ludzkim głosem'' przemawiają nieustannie. Wiedzieć tylko i znać o czym prawią... O tym opowiada knieja. One świętują codziennie. Tu każdy dzień czy noc są takie zwyczajne i wyjątkowe zarazem. Za korowodem rozległych pól ulatują w niebo z pieśnią odgłosy ludzkiej pasterki.
Pełnia Zaskoczenia
Lisi księżyc rozświetlił się w zimowej chwale. Nad polami roztoczył swe panowanie srebrny blask odwiecznej latarni. One same drzemały już smacznie pod białym kocykiem śnieżnej ponowy. Czas to był zwierzęcego święta, pradawnego misterium gonitw, podchodów, tropienia, a wreszcie - do chwili rozkosznego spełnienia w futrzastym wdzięku rudych towarzyszek. Te umykały frywolnie, przed zapędami nieposkromionych zalotników. I tak wśród zawiei i z mrozem szczypiącym równie zadziornie, działy się psoty lisiego tańca odrodzenia.
Ale nie one były dziś celem mojej obserwacji. Zanim przyszły mrozy, szare deszcze napełniły okoliczne rowki i strugi nurtami burego bulgotu. Ucieszyłem się bardzo, bo miesiącami tkwiły suche. Jest szansa, że wrócą bobry. Nawet podczas zimy pracowite stworki poprawiają, chroboczą i nadbudowują swoje konstrukcje jeśli woda nie zamarza. A przy bobrowych przepływach i ''wodospadach'' wcale nie tak łatwo o to. Zwierzęta spiętrzając wodę dbają o to, aby ich żywioł pozostał im w posłudze. I przyjemnie jest siedząc sobie w mrozku, posłuchać jak harcują. Brnę przez polną, ciemną drogę, która normalnie byłaby oceanem jednego błota. Ale mróz uczynił swoje, skuwając czarne bruzdy w zwodnicze progi i pułapki. Trzeba iść ostrożnie. Aura jednak sprzyja. Kiedy jest biało, zimową nocą widać zwierzęta z bardzo dużej odległości. Daje to szansę do niepowtarzalnych i jedynych obserwacji. Śnieg skrzypi pod raciczkami, kopytkami i łapkami zwierzęcych wędrowców, sprawiając delikatną osłonę dźwiękową. Można wypatrzywszy grupę zwierząt z dala, przyczaić się gdzieś obok drzewa i poczekać aż przejdą obok nas. No i przede wszystkim przepuścić je lub wyminąć zawczasu, aby nie przeszkadzać w sprawach życia i śmierci, jakim jest codzienny byt w walce o przetrwanie na własne kopytko. Pierwszą grupę saren napotykam w tym miejscu co zwykle. Od lat, odkąd pamiętam, zawsze tutaj. Zauważywszy je z daleka, nadkładam trochę drogi aby nie zbliżać się zbytnio i nie przeszkadzać w żerowaniu. Śnieg skrzypi jak licho, a one co i raz podnoszą anteny czujnych głów. Nie podejmują ucieczki. Ja kieruję się przez łąkę do polnego kamieniska, które służy mi za punkt obserwacyjny. Nie jest tam może najcieplej, ale lokalizacja dobra. Z tyłu płynie bobrowa struga otoczona zaroślami wierzbowymi, a z przodu mam widok na całą łąkę i tym samym wszelkie zwierzęta, które muszą tędy przechodzić. Tu zatrzymują mnie krępe, czarne sylwetki, poruszające się niemrawo jak głazy. W zjawach rozpoznaję dziki. Trzeba czekać. Nie pójdę przecież z hałasem na przełaj, aby i ich nie straszyć. Mijają nieruchome minuty zimna. Delikatne szuranie po prawej odwraca moją uwagę od czarnego zwierza razem z głową. Kica zając. Podążam wzrokiem za szarakiem i jego szmerami aż i on znika w mroku. Kiedy ponownie zerkam w stronę dziczego biesiadła, nie ma już nikogo. Poszły równie cicho co zając. Wreszcie mogę wdrapać się nie niemal 3 metrową górę kamieni. Ślisko. A na szczycie bardziej dmucha. Teraz czas na test - cierpliwości i wytrwałości. Jakże wiele razy już zaliczony.
Nie czekam aż tak długo. Wnet zauważam kolejną ciemną sylwetkę zmierzającą do mego stanowiska. Dzik, a może pies? Podążające z szyją u dołu sarny, potrafią zmylić. Bo właśnie sarna okazuje się być nocnym gościem łąki. Ale dlaczego jest sama? Dziwny widok. Teraz zazwyczaj przemieszczają się w grupach. W stadzie łatwiej dodrapać się do strawy, jest bezpieczniej i weselej. Dziwne tym bardziej, że obok krążą dwie inne grupy jej sióstr, które napotkałem zmierzając tutaj. Sarni wyrzutek? A może po prostu ''Outsider''? Cieszę się, że sarna ze mną tu jest. Zbliża się i oddala, balansując stale w granicach 30-40 metrów od mego stanowiska. Słyszę lekkie szuranie, kiedy rozgarnia kopytkiem śnieg, aby dobrać się do zamrożonej trawy. Ciekawiej robi się kiedy zbliża się do miejsca przez które przechodziłem. Widzę smugę własnego tropu ciągnącą się na przełaj przez całą łąkę. Spłoszy się? Zwierzę schyla głowę, badając węchem mój niedawny ślad. Węszy niemal jak pies, schylając się ciekawsko, jakby chciała dogłębnie rozeznać kto też razem z nią dziś się tu włóczy. Pierwsze zaskoczenie. Podąża tropem kawałek w tył, badając kierunek z którego przyszedłem. Po czym obrót, i teraz drepta już w moją stronę. Nie dziwi mnie aż tak jej zachowanie - podobne widywałem już wielokrotnie. Wtem zwierz robi coś, czego zupełnie się nie spodziewam. Sarnia psotnica jakby nigdy nic, kładzie się bokiem tuż obok mojego śladu. I leży. No tak, pojadła, to trzeba strawić. I cieszę się tym widokiem. Zwykle większość ludzi widzi sarny jak uciekają w podskokach, a spotkałem się z mylnymi opiniami, jakoby wcale się nie kładły.
- No pięknie, myślę. Bo wiem, że potrafią tak długo. Pamiętam jak jedna z saren zasnęła mi o świcie latem pod czatownią - na około dwie godziny. Teraz też się zapowiada... Godziny mijające z echem plusku niedalekiej strugi nastrajają kojąco i łagodnie. Wiercę się coraz bardziej, bo zaczyna dokuczać ziąb. Ale nie sarnie. Jak leżała, tak spoczywa. Czasem się trochę poruszy. Wiem, że nic jej nie jest. Momentami po białej przestrzeni żeglują ciemne fale. Robi się tajemniczo. Widok przyćmiewa się na momenty, aby za chwilę rozbłysnąć księżycem w pełni złota. To cienie mknących chmur. Wyglądają pięknie i złowrogo. W życiu czegoś takiego nie widziałem, albo nie dostrzegałem dotąd. Kiedy przemykają przez sarnie ciałko, ona na momenty niemal znika. Zachwycam się tym spektaklem. I ratuję herbatą z termosu, bo zastój dał się we znaki z chłodem. Tak to już jest. Zima to nie pora na zasiadki. Sprawdza się inny system - wędrówka z punktu do punktu i około godzinne przestoje. Albo ile wytrzymasz. Głowię się co tu zrobić... Bo przecież nie ruszę z impetem przez łąkę strasząc niewinnego zwierzaka. To jej świat, a gościem jestem ja. W gościnie trzeba się zachować według zasad gospodarza. Wpadam na pewien pomysł.
Po cichutku zbieram leżące rzeczy i zapinam plecak. Powoli, próbuję zsunąć się z kamieni. Ślizg! Zjeżdżam z impetem na dół, zahaczając z hałasem o jakiś śmieć. Sarna wzdryga się czujnie, ale o dziwo jeszcze nie wstaje, a ja wydaję z siebie dość donośne, jedyne co przychodzi mi do głowy,
- Chrrrr, Chrrrmmmmm!
Poleciało w powietrze ostre chrząknięcie. Sarna wstrząsa łebkiem, ale o dziwo uspokaja się. W końcu znany jej dźwięk. A patent był taki, że pamiętam, iż leży tu i tam nieco śmieci. Dziki przedzierając się przez nie, czynią podobny hałas. Nieraz słyszałem. Sarnie jak widać też dobrze znany. Siedzę na gołej ziemi zastanawiając się co dalej. Uratowałem sytuację, ale nadal nie mogę się ruszyć. Zaczynam skrobać ręką w ziarnistym śniegu, dogrzebując się do skostniałej trawy. To szuranie również nie robi na niej wrażenia. Podobny dźwięk rozlega się na polach często, kiedy sarny próbują dodrapać się do różnych ozimin. Co teraz? Jeśli ruszę pieszo nawet w drugą stronę rozpozna odgłos kroków człowieka i umknie przestraszona. A gdyby tak... spróbować odejść jako... dzik? W końcu one potrafią hałasować jak sami książęta ciemności. Nie spróbuję to się nie dowiem... Tak! To dobry plan. Wycofam się tyłem przez strugę i obejdę sarnią sypialnię polem, szerokim łukiem. A ona zostanie tu spokojna... Uda się.
Moje kolejne gromkie, gardłowe chrząk - chrumknięcia, nie budzą czujności zwierzęcia. Choć odwraca głowę, nie podnosi się. Zna dziki. Ja chcę tylko zagłuszyć te kilka kroków które mam do zrobienia po ziemi i śniegu. Za rowkiem będzie już lepiej. Z początku idę na czworakach. Potem kilka szybkich, lekkich susów z bulgotem dziczym w gardle i już stoję nad strugą, gdzie wartko zasuwa szara spiętrzona woda. Rowek nie jest duży. Wystarczy, wydaje się, ot większy krok do przodu, lub mały skok. Kiedy obracam się za plecy, sarna nadal leży. Podstęp się udał. Teraz tylko małe hop. Cyt! Jestem na drugim brzegu. Delikatnie ślisko. But wpada. Ale to kalosz, więc luz. Nadal stoję i próbuję wspiąć się po zboczu porośniętym przez wygładzone języki traw. Nie ułatwiają zadania. Chwytam pędów wierzby, i teraz wystarczy tylko ciut się podźwignąć...
Zamiast do przodu, plecy jednak lecą w tył. Nie! W odruchu próbuję chwycić wierzb, ale te śliskie od mrozu wymykają się z rąk. Czuję jak kalosze wypełniają się lodowatą wodą, a ja cały opadam niżej, by z pluśnięciem wyłożyć się z plecami w kaskadzie małego żywiołu... Wpadam po pas. Kto by pomyślał że to takie głębokie. Pierwsza myśl, telefon! Był w kieszeni polaru. Z rozpaczą prześwietlam czołówką zasuwając nurt sinej strugi. Nic tu nie znajdę. Czuję, że wpadam niżej w jakieś błoto, trzeba wychodzić. Obracam się do brzegu, gdzie z ulgą dostrzegam smartfon leżący na zboczu w pokrowcu. Impet mojego upadku wyrzucił go aż tutaj. Uff!! Super. To nic takiego. Przygoda normalna, wpisana w ''ryzyko zawodowe''. Taki tam rowek, phi... Bywało dużo gorzej i weselej. Wracam pamięcią do takich momentów jak przed laty, kiedy to wpadłem do ''normalnej'' dużo większej rzeki, podczas przechodzenia na drugą stronę po powalonym drzewie. Albo kiedy przypadkiem wszedłem na śpiącego dzika w barłogu i w adrenalinie zacząłem biec na oślep przez nie końca zmarznięte bagno, zapadając się lodzie i błocie. Lub gdy skakałem z rozbiegu na drugi brzeg ogromnego rowu w zaspach, a ta zapadła się spychając mnie w wodę, razem z małą lawiną śniegu... To były wpadki. Całkiem cicho wydobywam się na brzeg. 5 warstw namokniętego ubrania niemiło ciąży na ciele kłując szpilkami złowrogiego chłodu. Dopiero teraz sarna raczyła się podnieść i gapi się zdumiona, w miejsce mojego plusku. Zaczyna znów jeść. Wybucham w środku śmiechem - musiałem plusnąć jak rasowy dzik forsujący rów. Wiem, że tak potrafią i robią to wielce niechlujnie, z małym zachowaniem jakiejkolwiek ciszy. Teraz nie mam wyboru, muszę po prostu gnać szybko. Tu się nie przebiorę ani nie wysuszę. I wiem jak zadziała organizm - po pierwszym szoku od zimna, zalewa ciało falą błogiego gorąca. W takiej sytuacji trzeba to wykorzystać i utrzymać jak najdłużej poprzez ruch. Bo nie potrwa długo. Byle się nie wychłodzić. Maszeruję przeto jak najszybciej okrężną drogą przedzierając się do roweru. Smartfon jednak nie działa. Bardzo przykro. Nowiutki był, z przeznaczeniem głównym robienia zdjęć na szeptową stronę. Staram się o tym nie myśleć, może da się uratować. Do domu mam jeszcze około 2 kilometrów rowerem, które pokonuję w iście olimpijskim tempie. Jakoś niczego się nie obawiam. Kiedy za młodu wpadłem zimą do tej prawdziwej rzeki, też maszerowałem ileś kilometrów lasem. Nic mi nie było.
Starość nie radość. Mimo szybkiej przebiórki, co chwilę chcę siusiu w dużych ilościach. Trwa to do rana. Tym razem nie potrafię się naturalnie rozgrzać i po raz pierwszy od lat używam do snu koca. Poza tym pozostaję zdrów. Takie tam nieplanowane morsowanie. Smartfon okazuje się nie działać - dziwne, przecież nie wylądował w wodzie. Ale widać za obiektywem kamery parę. Może zawilgocił się od mrozu. Najważniejsze, że sarna się nie wystraszyła. A ja wróciłem bogatszy o nową przygodę i leśne sposoby łagodnego wycofywania się z niespodzianych zdarzeń.
Z pamiętnika Wędrowca: Bobrowa Struga
Nurt płynie wartko, w chwilach ulewy wyrywając zaborczo kęsy podmytej ziemi. Ta osuwa się, tworząc imponujące zapadliska. Wiele drzew straciło na tym odcinku swoje podparcie i siłami czepnych korzeni stara się ofiarować sobie jeszcze nieco czasu w istnieniu. Szum wygłusza odgłosy zwierząt, ale wycisza i Ciebie dla nich. Można ruszyć się swobodniej. Lecz nie o to tu chodzi. Parę godzin nocnych przy księżycu, spędzonych w takim koncercie żywiołu, robi z Ciałem i Duszą coś nieuchwytnego. Jesteś tylko Ty i Ona. Płyniecie w tym dźwięku, stając się jednią ciszy. Bo uśpiony umysł wreszcie odpuszcza swoje ""blablanie"", wieczne analizy, gonitwę chaosu. Tu gdy masz świadomość, że to wszystko przepływa od dziesiątek lat. Niezmienne, a tak różne i bogate w niespodzianki. Ulokuj się wygodnie na jednej z krępych wierzb, i posłuchaj o czym szumi woda...
Dołem człapią czasami bobrowi budowniczy. Przepływają niechlujnie. Muszą pokonać ten kawałek, jeśli chcą dostać się do spokojnego miejsca. Księżycowe złoto odbija się w promieniem w bystrze spienionej topieli, igrając wzrok migotami błędnych, chwiejnych iskier. Czasem zaburzą je cień jakiejś smugi. Może ryba lub kawałek drewna? Znowu bóbr? Skraj polnego rowu, to dla zwierząt coś jak nasza autostrada. Trasa po której mogą poruszać się pewnie i bezpiecznie, bo przecież człowiek tu nie zagląda. Ścieżki błotnistych tropów krzyżują się przy bardziej łagodnych zejściach do wodopoju, objawiając sylwetki saren, dzików, a czasem i jeleni. I niech nie straszy Cię głośniejszy plusk lub chlapnięcie, przerywające jak wykrzyknik monotonię rześkiego pluskotu. Właśnie któryś ze zwierzęcych wędrowców źle obliczył skok, lub zdradziła kopytka śliska ziemia. Lodowata kąpiel nocna. Mały cień nieuchwytnej zjawy, znikający jak duch w głębinie... Czy to może rzęsorek rzeczek, ''szczur wodny'', jadowity pogromca plemienia rybiego? Spieniona struga szemrze swą odwieczną pieśń, zapisując w maleńkich falach dziejące się historie tego zakątka. Pola wokół zasnuwają się z mgłami, pozostawiając Cię sam na sam z igraszkami strumienia. Kamień rozmawia z wodą. Wierzba z wiatrem. A ona płynie... kaskadą niesie te wszystkie wspomnienia ku niżej położonym, drzemiącym bagniskom. Tam już zaczyna się inny świat. Każdy piękny, przebogaty, obfity w szeleszczące przygody.
Zimowy Pielgrzym. Starcie z żywiołem zamieci
Gdy wiatr zaczyna wyczyniać dzikie hulańce a wirujące płatki mokrego śniegu w szalonym pędzie chłostają mroźnym policzkiem wszystko na swej drodze, wtedy... Czas do ciekawej wędrówki nastał. Odkąd pamiętam, uwielbiałem mierzyć się z ekstremami pogody. Jeśli zimą nie było księżyca, do wyprawy najbardziej nadawały się takie oto aury - gwiezdne niebo i diamentowa cisza mrozu, albo... furia zimowej zamieci...
Opatulony jak bałwan. Chłoszczące smagnięcia wiatru ziębią nogi, mimo solidnego ubioru. Tu sprawdzi się coś nieprzemakalnego. Brnę z niemałym wysiłkiem zapadając się w czapach nowo powstających zasp. Porywy wichru tamują oddech. Oczy trzeba przymykać - bolą atakowane pędzącymi płatkami śnieżnego impetu. Nieprzyjemne kłucie. Czasem nadlatuje pasmami uderzających w ciało fali. Chwieję się wtedy. Ale uparcie zmierzam dalej, oczarowany potęgą mocy śniegowej jędzy. Najgorzej, gdy śnieg jest sypki i jest go dużo. Tak ponad kolana. Wtedy każdy kilometr przeprawy przez puchowy dywan, odczuwa się jak pięć. Ogromny wysiłek, szybko wyczerpuje. Czy starczy mi sił? Świat wydaje się być jedną zimową pustką. W takich warunkach szczególnie podziwiam go z perspektywy pradawnej dzikości. Zwierzęta nie mają jednak taryfy ulgowej. Jeśli sztormowa aura przedłuża się, trzeba starymi szlakami podążyć na żer, mając naprzeciw żywiołu tylko własny spryt, sprawne racice i zimową szatę sierści. Przy takim wietrze wystarczy niewielki mróz, aby odczuwalna dla skóry ujemna temperatura powiększyła się do kilkunastu stopni. Taka pogoda daje mi jednak pewną przewagę. Choć ślady szybko zostają zasypane, widoczność nadal pozostaje lepsza niż w przypadku braku śniegu. Szalejąca wichura rozprasza zapachy, a trzeszczące drzewa robią echem za tło, w którym zatracają się wszelkie niespodziane odgłosy. Mogę ustawiając się pod wiatr niewidoczny, niewyczuwalny, zaczaić się na jedyne takie zimowe widowisko...
Baśniowe otumanione śniegiem pola, na których śpiewa wicher w tańcu z kawałkami wszechobecnej śnieżyny. W oddali tego bezkresu, wzrok rozróżnia nieokreślone, czarne plamy. Suną niemrawo, powoli. Jeszcze gapię się i mrugam starając upewnić czy mi się nie wydaje. Nie. To zwierzęta. Zbliżają się wolno, bo im również pół metra śniegowej pokrywy daje się we znaki. Czasem któreś z nich wybija się lekko w górę, jakby w geście buntu wobec śnieżnego zdobywcy. Zapadają się w nim z powrotem. Musi minąć trochę czasu zanim sarny, dziki i jelenie, wypiszą w białym pamiętniku utarte ścieżki swoich tropów, żeby swobodniej się poruszać. Nie jest im łatwo. Są już na tyle bliżej, że wiem. Dziki! Jest ich około 10. Dwa największe prą naprzód, biorąc na siebie cały trud tej awanturniczej przeprawy. Wydrążonym korytarzem posuwa się reszta, choć taki jeden mniejszy, co i raz wyskakuje na bok nurkując w zaspach. Dobrze się bawi. Beztroska młodość ma swoje prawa. Wiatr atakuje ostro wdzierając się lodem w płuca, a ja mam wrażenie, że wyczuwam zapach spoconych dzikich świń. Stoję frontem do nich, oparty o drzewo. Czarne, włochate stwory kierują się nieco na ukos ode mnie. Tam jest przejście w rowku. A przynajmniej było, dopóki nie zawaliły go zaspy. Jestem ciekaw jak pokonają taką stromiznę. Stłumione kwiki i chrząknięcia watahy docierają do słuchu mimo czapki i kaptura. Teraz ani drgnąć. Pień olbrzymiej wierzby pochłania mnie w siebie, i odtąd mam poczucie, że wytrwam jak to drzewo, ile będzie trzeba.
I znowu zaskoczenie. Nie próbują sforsować rowu. Kontynuują marsz wzdłuż niego, nieopodal moich przysypanych już śladów. Spryciarze! Tak, wierzchem zmarzniętych starych zasp idzie się wygodniej, choć nie wiem czy dzikowi też. Gromadka przetasowuje się z hałasem I dostrzegam jak miejsce dwóch przodowników zajmują inni. Tu teren jest nieco lżejszy. Rosnące po drugiej stronie rowku tarniny i głogi zatrzymały nieco śniegu. Cóż za solidarność w chłodzie! Teraz prowodyr stada wypocznie nieco i nabierze sił przed dalszą wędrówką. Z zachwytu chwili wyrwa mnie obraz zjeżdżającej plamy, lądującej z kwikiem na dnie oblodzonego rowku. Opętany ślizg! Coś delikatnie pęka z chrzęstem. Pewnie kawałek lodu... Grupa zatrzymuje się na to zamieszanie i już słyszę zdziwione, zaniepokojone odgłosy. Największy staje na krawędzi i jakby zerkał w dół. Stąd nie widzę gapcia, który wpadł. Zaspy ogromne, wysuwające się ''daszkami'' pokrywy nad rowek. Stadko nie niepokoi się zbytnio, całkowicie są pochłonięte wydarzoną sytuacją i towarzyszem w dole. Pewnie próbuje wyleźć. Jaka szkoda, że nie mogę się ruszyć by zerknąć co tam się dzieje. Wymiana pogłosów między dołem a górą. Zaczynam już się martwić o tego pechowca. Wiem jak ciężko jest wydostać się po takiej stromiźnie przez zaspy, zwłaszcza gdy jest się ciężkim, niezgrabnym zwierzęciem bez rąk do dyspozycji. I wtedy dzieje się coś, co na długo odciska się w pamięci piętnem wzruszenia. Momentami bura sylwetka zwierza niknie w podmuchach bladej zasłony żywiołu. Mam wrażenie, że spoglądam na jakiegoś pradawnego ducha. Mądrego i dostojnego. Czarna Zjawa. Książę tutejszych pól. A on po prostu.. jak stał, tak podskoczył na tylnych biegach, przednimi wbijając się w krawędź zaspy. Olbrzymie cielsko traci równowagę i pociesznie bokiem zjeżdża na sam dół. Do niego. Pociąga za sobą małą lawinę. Ale.. przetarł mu szlak. Po chwili wynurzają się oboje, witani również mieszanymi głosami pobratymców. Tak - dziki to bardzo rodzinne i inteligentne zwierzęta. Wiadomo nie od dziś. Może i dlatego tak je pokochałem poświęcając lata, nie bacząc na pogodowe sztormy, aby po prostu być z nimi jak najbliżej. Grupa czarnych wędrowców oddala się ze srebrnym szmerem, a ja pozostaję znów w towarzystwie wyjącego wichru i atakujących nieosłonięte fragmenty twarzy śnieżycy. Jakby chciała mnie ocucić. Odeszły, choć zostawiły za to coś cennego. Bo czuję, jak w sercu wyryte dziczą racicą spisało się kolejne z najpiękniejszych wspomnień... i mroźne przesłanie srogiego Ducha Zamieci.
Pamiętnik Wędrowca: Styczeń
Wieczór pogrążył się w misterium kolorów. Różowa pastel rozlała swój splendor w bezkresie niebios. Czerwień zapłonęła nad lasem. Wędrowny Człowiek zobaczył. Przystanął, zamyślił się, pozdrowił gasnące słońce. Cienie malutkich sikorek przemykały po gałęziach, te w pośpiechu szukały miejsca na nocleg. Ostatni akt spektaklu w teatrze barw.
Armada perlistych łabędzi sunie w przestworzy z pogłosem trąb dyszących krtani. Zmierzają ku jeziorom. Myśl poszybowała z ciekawością. Gdzieś tam, w ciemnej ścianie boru senne oczy otwierają mroczne puszczyki. Zwierz niejeden dopiero budzi się do żywota. Chabrowa modraszka nurkuje w pomponie jemioły na starej wierzbie, woła szczebiotem sen. Ptasie skrzaty znikają i cichną. Złocista połówka młodego księżyca zapanowała nad polną pustką - za chwilę zmierzy się z ciemnościami nocy. Ziąb narasta i przenika. Nadchodzi. Srogi styczeń dźwiga na plecach ciężki bagaż Dziadka Mroza - w poświacie, Starcy Świata ruszają na swoją wędrówkę. Krok włochatej stopy, skuwa, zamraża i gasi życie w ostatnim przytuleniu.
Ciemność.
Na dziczym szlaku: Pułapki Żywiołów
Wędrując po trzcinowym królestwie masz prawo poruszać się z duszą na ramieniu. Bagna zamarzają bardzo trudno, jedynie przy dużych mrozach utrzymujących się jakiś czas. I choć różne ptasie strachy odleciały do ciepłych krajów, tu nadal straszy. Nocą bobry chroboczą tęgo, zwierzyna skrobie po lodzie, aby dostać się do wody. Śnieg paradoksalnie nie gasi pragnienia, działa wręcz odwrotnie. Zwierzęta to wiedzą. U stóp szuwarów przemykają jak cienie ptasie zjawy - może kurka wodna lub kropiatka? Widma są tak zwinne, że nie udaje mi się tego ustalić. Ktoś jednak został tu na zimę. Na cienkich gałązkach wierzb w oddali kołyszą się remizowe gniazda. Wyglądają jak wielkie puchate kapcie. Mijam poszarpane cielska wierzbowych bab. Nadgryzione bynajmniej nie zębem czasu, roztaczają dziarskie korony niczym proporce. Są w swoim żywiole. Mimo okaleczenia przez bobrowych drwali. Moczary potrafią wypłatać figla i skryć swoje niedostępne na co dzień tajemnice, nawet zimą. Skute lodem szlaki, głuche odwieczne ścieżki na te kilka dni w roku otwierają wrota swoich sekretów. Ale uważaj! Gdzieniegdzie napotkasz parujące, nietypowe kręgi. Siwo, jakby dym leciał. Czarcie kotły? Prawią wierzbowe słuchy, że tam właśnie miesza swoje niespodzianki stary bagienny diabeł Rokita. Oparzeliska... miejsca te nie zamarzają niemal nigdy, chyba, że naprawdę przymrozi. Ale i wtedy warstwa lodu w takich miejscach jest dużo cieńsza. Omijać z daleka. Procesy gnilne jakie zachodzą gdzieś w dnie, systematycznie podgrzewają wodę w jednym miejscu. I morza trzcin, wzburzone, że śmiesz naruszyć świętą zwierzą przestrzeń, pałają niejedną przygodą. W miejscach przy łodygach gromadzi się powietrze. I o ile na toni wodnej panuje lity lód, tak przy szuwarach obłamuje się często aż po kolana. Jeśli ze szczęściem, pod spodem jest druga warstwa lodu. Jeśli nie, chlup, i można wracać do domu...
Lodowi i wodzie też nie wszędzie można zaufać. Są miejsca, w których nie wiadomo skąd toczy się cieplejszy, podwodny nurt. Nie ma miejsca na gapiostwo. Zdjęta czapka i uszy w pogotowiu, na każdy podejrzany dźwięk. Otacza mnie łan zgniłożółtych, sterczących łodyg. Są jak osobny las. Hałasują jak diabli. Słychać dzięki nim najmniejszy podmuch wiatru. Dusza na ramieniu. A to dlatego, że w każdej chwili możesz wejść na śpiącego dzika. Wiem od lat, że mają tu barłogi. I mimo, że nie zapuszczam się w boczne ścieżki, z nimi nigdy nie wiadomo. A potrafią spać twardo. Razu jednego dosłownie wszedłem na takiego śpiocha. Myślicie, że było go widać? Dzicza sypialnia to osobny kunszt. Pamiętam jak ze zdziwieniem przypatrywałem się kiedyś pierwszemu w życiu barłogowi. Trzcina była pocięta równo na kawałki, jakby ktoś zrobił to nożyczkami. Zwierz użył zębów, aby sobie dogodzić. Potrafią też przykryć się od góry (nie wiem jak) i wtedy widzisz taki jakby ''snopek siana'' w głębi bagna. Dawne to były czasy, jednak zdarzenie zapamiętane. O, co tu robi taka kupa trzcin? Jakby szałas ktoś ułożył. Wejdę, zobaczę...
'Szałas'' podskakuje do góry, a z niego wylatuje ogromny dzik. Frontem do mnie, chybił o jakieś 10 centymetrów. Takiego skoku w życiu nie widziałem, ale po sekundach kamiennego przerażenia rzucam się do ucieczki po prostu przed siebie. On już gna w drugą stronę. Słyszę jak szeleści i zastanawiam się czy pędzi za mną. Lód nie wytrzymuje tej niespodzianej galopady. Chwyta mnie zimna woda, studząc moją panikę. Wyczłapuję się i docieram do nieco rzadszego porostu. Dlatego dziś mogę napisać, że przy trzcinach są puste przestrzenie. Słyszę go, jak w oddali się kręci. Wiem, że olbrzym jest bardziej przerażony niż ja. No jakbyście się czuli, gdyby Wam nocą dzik przyszedł do łóżka? To nie pierwsze moje spotkanie, ale nigdy tak bliskie. Miałem wtedy może 16 lat i zupełnie inne podejście do zwierzęcych spraw niż obecnie. Wtedy pragnąłem mocnych przeżyć i adrenaliny, bez zważania na komfort zwierząt. A tą zapewniały nocne wyprawy ''na dziki''. Odgłosy zbudzonej poirytowanej watahy, kręcącej się z szelestem wokół, też nie należą do przyjemnych, zwłaszcza, gdy nie masz pojęcia, gdzie tak naprawdę są.
O każdej innej porze roku-dopóki nie nadejdą długie, ostre mrozy, miejsce jest swoistą fortecą obwarowaną błotem, mułem, szlamem i roślinnością. Zwierzęta mimo to, jakoś potrafią się tam poruszać. Latem i dopóki jest ciepło, dostępu broni dodatkowo armia komarów i meszek. Szerokie ścieżki wyznaczają pradawne przesmyki ciężkiego zwierza. Przez niego na wskroś znane i przewędrowane. Na szlaku do wodopoju krzyżują się ścieżki tropów zwierzęcych wędrowców. Szepty Kniei spisują swe opowieści w śniegowym pamiętniku. I tak powinno pozostać. Pewne sekrety zachowują swoją magię, kiedy spaja je zew wiecznej tajemnicy.
Z pamiętnika Wędrowca: Marsz saren
Jeden z tych pogodnych, zimowych, a niebieskich dni, kiedy górują wyże. O poranku jestem w niewielkich olszynach, miejscu przyrodniczo tak bogatym, że za każdym razem zdumiewa. Wielkości może ponad połowy boiska piłkarskiego, z otuliną podmokłych szuwarów, rowków i trzcinowisk. Dziś wszystko zmrożone. Podążam zwierzęcą ścieżką. Przysłuchuję się nawoływaniom bogatek i podziwiam ptasi gwar ornitologicznego bogactwa. Jest modraszka, kosy, dzięcioł pstry, a gdzieś dalej skrzeczą kwiczoły. Sójki i kruki. Prześwity na przestrzał wśród nagich drzew, umożliwiają wygodną obserwację. I wtedy je dostrzegam. Grupa kilkunastu saren, kieruje się do olszyn, w których właśnie jestem. Wyszły nagle z pobliskiego zadrzewienia, i prują przez gąszcz swobodnie, pewne swojej tutaj samotności. Co robić? Błyskawicznie rozglądam się wokół z nadzieją szybkiego odnalezienia miejsca, gdzie mógłbym cicho przycupnąć i przeczekać ich przejście. Nie ma. Wszędzie gęsty podszyt i krzaki, jeśli zrobię krok i zaszeleszczę, usłyszą mnie, uciekną. A one tuż. Właśnie wchodzą do ostoi. Nie mam gdzie czmychnąć. Robię jedyne co w tamtym momencie mogę - przywieram plecami mocno do pnia najbliższej olchy i czekam napięty.
Pochód prowadzi jedna z kóz. Idą ścieżką, którą ja miałem przed chwilą podążyć. Oh... Tak mi niestosownie, że znalazłem się tutaj o niewłaściwym czasie.
Zamieram w oddechu spajając się w kamień, kiedy mija mnie przewodniczka. Nic. Za nią, druga, trzecia. Czarne ślepka błyszczą. Z sympatycznych nozdrzy bucha para wydechów. Mam wrażenie, że tylko nieco przyspieszyły kroku. I kolejna, następna. Dlaczego się nie boją? Czyżbym aż tak się zakamuflował? Spoglądając z tak bliska dostrzegam nieznaczne różnice w ich wyglądzie. Nie są takie same, choć z daleka każda taką się wydaje. Śliczne. Są na wyciągnięcie ręki, każdej mógłbym dotknąć. I gdy mija mnie ostatnia maruderka, płonę szczęściem. Udało się! Tylko jak? Widocznie nie spodziewały się tutaj nikogo, a mój stopiony ubiór, przesiąknięty świeżością lasu, dopomógł. W życiu nie widziałem ich z tak bliska. Tamten zapamiętany obraz długo wraca do mnie w snach, chwilę przeżywam wciąż na nowo.
Lisie Marzenie
Mróz kąsa zadziornie, jakby chciał wygnać ciekawskiego wędrowca ku domostwu ciepłemu. Pogoda znów rządzi się swoimi kaprysami. Miał być czerwony zachód słońca, gwiezdne niebo i księżycowe srebro czarujące ośnieżone pola wspomnieniem magii pradawnych zim. Tymczasem gapię się na skłębione chmury i siłuję na cierpliwość z lodowatymi podmuchami żywiołu. Nie tak miało być... Drzewa szemrają sennie, im aura obojętna. Mijają dwie godziny młodej nocy w czatowni, przerywane ratunkiem w postaci parującej herbaty z cytryną, kiedy dostrzegam szarą smugę prującą w pędzie białe połacie polnej pustki. No wreszcie jesteś! Tak się przed momentem zastanawiałem, gdzie się podziały lisy. I jeden oto gna. Mimo braku księżyca widać doskonale. Ich czas, lisi bal godowy. Zwierz raptem przystaje w pędzie osadzając się na ''siad''. Co u licha leśnego, jemu?
- Hauuuuu!! Auuuuuuu... Hauuu....!
Nadlatuje zew z tęsknym akcentem. Kończy frazę ostrym szczeknięciem. Jakże idealnie to samotne lisie wycie wpasowuje się w biały krajobraz wszechobecnego chłodu. Pieśń rudzielca czaruje duszę, stawiając kropkę baśniowego zakończenia tego czuwania. I nie mogę wyjść ze wzruszenia. Taka niespodzianka! Po tylu latach obserwacji. Bo jeszcze nie zdarzyło się, aby lis odezwał mi się widoku, z tak bliska. Zwykle, słyszałem ich pieśń, gdzieś kołaczącą echem w oddali. Teraz przeniknęła do serca, w pełnym majestacie zwierzęcego sekretu. Mroźny cud. A on biegnie dalej. Może za tropem liszki... Po chwili znika mi z oczu.
W lesie coś szura po liściach. Rozwiązanie pokazuje się niebawem, w postaci czterech saren wylegających z leśnego skraju na pole. Poruszają się swobodnie, ufnie. Zupełnie inaczej niż większość ludzi zazwyczaj ma okazję oglądać. Jedna jest ciut mniejsza od pozostałych, pewnie tegoroczny koziołek. On wybiega momentami na boki i nie trzyma szyku. Reszta podąża zgodnie. Widać, że maszerowały ''na pewniaka'' i nie zatrzymają się tutaj. Choć schylają co i raz głowy do ziemi, jakby chciały wybadać, czy może jednak jest tu coś do zjedzenia. Rodzinna grupka. Jest bardzo wcześnie - dopiero siedemnasta. Jeśli zasadzicie się kiedyś na nockę pod lasem, to właśnie sarny wyjdą jako pierwsze. A spora szansa, że będą już na polach przed zmierzchem. Niezbyt dobrze radzą sobie z większym mrozem. Dlatego jako pierwsze ruszają na żerowiska. Dziwię się tylko, że wybierają przedzieranie się przez zaśnieżone pola, mimo pełnych paśników nieopodal. Na jelenie i dziki trzeba trochę zaczekać, a często nie pojawiają się wcale. Kiedy ich czarne sylwetki gasną na dalekim horyzoncie, z lasu wychodzą trzy kolejne. Czyżby aż tak rozproszona grupa? Te obwąchują świeże ślady poprzedniczek i raźnie podążają tą samą ścieżką. Mam przeczucie, że już na oziminie połączą się w jedną grupę. I kiedy ich czarne, nieco ''psie'' sylwetki gasną na horyzoncie, decyduję się na powrót. Zimno daje w kość i choć wytrzymałbym jeszcze... Te chmury. Nie będę jednak dziś czekał na dziki. Choć widok brnącej w śniegu watahy to nie lada gratka. Lis jednak bardzo wzruszył i zamyślił. Zastanawiam się, tak naprawdę, jak mało jeszcze widziałem. Wracam szczęśliwy, spełniony i wdzięczny, oczarowany ciągle echem lisiego zewu, który rozbrzmiewa ze wspomnieniem mocą, jakby nigdy nie ucichł.
Pamiętnik Wędrowca: Odpoczynek
Lodowa oaza przywitała go chłodem. Widok rozciągał się na nieprzenikniony okiem chaos gęstwin. Nieuchwytna aura tajemnic drzemała tu jeszcze przykryta śniegiem. Czas na moment zatrzymał się, skrzętnie notując w zimowym pamiętniku nocne wspomnienia topieli. Tu najlepiej było zespolić się z Ciszą. Po drodze napił się wiatru. Przytulił z mrozem. Zatańczył z Brzozą. Ukochał Dęby. A echo świata odpowiadało. Pokazywało coraz więcej i niemało. Olchowe Strażniczki nuciły skrzypiącą pieśń, wyśpiewując wspomnienia dawnych zdarzeń tego zakątka. Jęki, gawędy, skargi złowrogie, śmiechy... On słuchał. Cierpliwie, wszystko o czym chciały powiedzieć. Rozejrzał się wokół i dostrzegł ślady swoich zwierzęcych braci. Byli tu przed nim. Przybyli nocą, tłumnie. Lis, sarna, dziki, jeleń, kuna... W głębi Duszy tęsknił, że nie może być teraz blisko z nimi. Złociste refleksy południowego słońca mizdrzyły się w lustrze zamarzniętej sadzawki. Bór oddychał jeszcze pamięcią zimy. Z głębin ciągnął ziąb, chwytając za dłonie, jakby chciał poprowadzić w ten marsz ostatni. Stamtąd dolatywały dzięciole werble. Chwilę potem żółta magia sfrunęła na skrzydłach czyżyków. Olchowe wierzchołki wypełniły się odwiecznym gwarem ptasio - drzewnej przyjaźni. Najpierw usłyszał tło szmeru. A potem objął go deszcz olchowych nasionek, strącanych niechcący przez pracowite ptaszki. Pod błękitnym dachem zaczarowanego świata... Nieśmiała Sarna wyjrzała spomiędzy buków, udając że tylko przypadkiem się tu znalazła. Spoglądała zdziwiona, czujnie. Najwięcej magii las odsłaniał w bezruchu. Pędzący człowiek potrzebuje się zatrzymać, aby doświadczyć. Coś zatrzeszczało w oddali, obwieszczając nadejście kolejnego zwierzęcego wędrowca. Modraszka zawisła na gałęzi - lazurowy klejnocik przyglądał się ciekawie w podnieceniu strosząc buńczuczny łepek. A on nadal stał... Teraz, ani śmiał się ruszyć. Choć czuł się tak swobodnie. Istnienie przytuliło się w odczuwanym zjednoczeniu. Dziękował. Uśmiechnął się szeroko do śladów pod stopami, drzew, wody, ptaków, słońca...
Miał już wszystko.
Pogoda obudziła się w kapryśnej aurze. Wokół panowała mgła. Wilgotny kożuszek utkany z drobnicy miniaturowych kropel otulał szarą pustkę. Biały opar wypełniał głucho każdy milimetr dostępnej przestrzeni. Mokre gałęzie chwytały złowieszczo w mroku nocnego wędrowca jakby wzburzone, że śmie naruszać bezwładną ciszę. Czas spowolnił do rytmu kropelek, które ześlizgując się z koniuszków gałązek, uderzały miękko o niewidoczną ściółkę. Dźwięk się pochłaniał, zatracał w kłębach mlecznej otuliny. Mozolnie, z trudem przebijając się przez siwy całun, nadchodził poranek... Ten jakby nie chciał dziś zaszczycić swym splendorem świata, wybierając błogie snu majaki.
Otchłań z wolna ustępowała miejsca narastającej światłem szarości. Słabe promienie ostatniego letniego słońca, nie potrafią już przeniknąć ponurej zasłony. Pierwszy powiew smętnej jesieni. Ostre wrzaski przebudzonych sójek drą ciszę na strzępy.
Kap, kap... Kroplisty zegar odmierza tętno tego zagubionego świata. Z głębin mokradeł dobiega stłumione larum żurawich strażników. Zwiastun świtu. Cichy plusk. Niesforna rybia psota... W szmeru chrobotach jakiś senny dzik znaczy swój szlak do przytulnego barłogu. Muskane parą trzciny dziś sterczą nieruchomo. W pożółkłych łodygach widnieje jeszcze echo słomianej suchoty. Z tchnieniem wiatru sennego, szybują gęstniejąc pląsy białawych podmuchów. Ulotne były i cudowne niczym marzenie samego Boga. Na uśmiechniętej buzi przycupnęły z chłodną przekorą drobinki czułej wilgoci.
Mokre trawy wzruszenie dziś przywdziały jako strój. Chłodne opary otaczają zewsząd zamyślone lustro wody. Siąpi mżawka. Niefrasobliwe kaczki prują dziarsko przez taflę, co i raz otrzepując ze skrzydeł fontannę perlistej mgławicy.
Z twarzą zwróconą ku niebu, zanurzam się w deszczowym raju, jestem tu, słucham, doświadczam... A świat się okrył dymną zasłoną nieprzeniknionej tajemnicy. Z niej odzywają się słowa.
Rankiem przytul mgłę,
Choć jej nie usłyszysz,
Nieme prawo świata:
Słuchać trzeba w ciszy
Złap zasłonę czasu,
Przysiada na Twej dłoni
Pradawna magia lasu,
Tak wnet się odsłoni
Poczuj tętno rosy,
Przyjmij białe czary
W odmętach tajemnicy,
Spełniają się zamiary
Wierzby snują swe baśnie,
Otwierając wrota wymiarów,
Odkrywają przed Tobą właśnie,
Kolejne arkana czarów
Pośród głębin mokradeł,
Duch ptasi cicho gwarzy,
Wróży Tobie wieszcząc,
Wszystko co się wydarzy
Deszczyk w powodzi kropel,
Wspomina, że pora już w końcu,
Swe panowanie nad światem
Zwrócić hojnemu słońcu
Podejdź ufnie bliżej,
Moczarom stań na progu,
Słyszysz chrobot dzika,
Spieszącego, już do barłogów
Szuwary szemrają w zdziwieniu,
Łodygi wznosząc do nieba
Dopomagają duszy w spełnieniu,
Wszystkiego, czego jej trzeba
Las Cię tu dziś wezwał,
Swoje miał przyczyny,
Gwarzą o tym echem
Czujnej szelesty zwierzyny
Sen nadchodzi z marzeniem,
Nastrój tego świata,
Zasypia jesieni westchnieniem,
Dopełnienie późnego lata
Z pamiętnika Wędrowca: Wrześniowy zmierzch
Wieczór iskrzył jeszcze, rozlany w szkarłacie zwiastującego nadejście chłodu. Zmierzwiony horyzont obwieszcza kroki nadchodzącego mroku. Na plecach czuję gasnący oddech zasypiających sosen. Ich rdzawa kora odbija resztki przemijających promieni - z daleka wyglądają jak olbrzymie ognisko. W lesie przyczaiły się i harcują jakieś szelesty. Wszelki zwierz już czeka w gąszczu, by polem ruszyć na dostatnie kukurydziska, albo pobuszować na zalegających obficie owocach przydrożnych skarbów. Lekko gnijący aromat tych specjałów dopada zewsząd. Noc nadchodzi powoli. Kroczy okryta szmerem własnego cienia. Ostatnie widoczne obłoki żeglują po niebiosach, spiesznie ustępując miejsca migotom jarzących nieśmiało gwiazd. Odpływają ku nieznanemu przeznaczeniu...
Ptasie plemię cichnie równie szybko. To nie czas już zachwycających koncertów i solowych popisów. W uszach wibrują ostro namolne świerszcze. Ostatnie refleksy odchodzącego światła przecinają pląsające popisy nietoperzy. Łopocące dzieci mroku, wykorzystują ciepłe jeszcze dni września, w polowaniu na owadzią drobnicę. Bór uparcie milczy, uderzając co jakiś czas łoskotem opadających żołędzi. Nasienny, dostatni to rok. Dębowy naród, z ufnością powierza ziemi zadanie pomnożenia swego ludu. Pora jeszcze zaczekać kilkanaście dni, nim las rozegra się subtelną orgią wszechopadających liści. To będą bajeczne noce, spędzone pod znakiem mocy jesieni. Kolory poszły spać. Świat zanurzył się w niepamięci nocy.
Rykowisko
Noce nastały chłodne, gwiaździste, umalowane czerwienią wcześnie już gasnącej zorzy. Zimno dotyka ''sprawdzająco'' skóry wędrowca, jakby zapytać chciało, czyś już gotów na jesień? W lesie widać już zakończenie pewnej epoki. Wiewiórki są niespokojne, coś nad wyraz aktywne. Rozglądają się za miejscem na zimowe gniazdo. Ptasia młodzież barw nieokreślonych psikusy płata niewprawnym obserwatorom. Z kęp krzewów rozrzuconych tu i ówdzie czerwieni się dostatek głogów, róży dzikiej i jarzębin. Opatula zapach jątrzącej zgnilizny, kiedy owoce porzuconych jabłonek pracują na rzecz zjednoczenia z macierzą, z której powstały. Nieśmiałe mgły próbują pląsy pierwszych baletów. Od początku września siedzę w chłodzie i nasłuchuję. Jestem niemal pewien. Tego księżyca zaryczą! I kiedy jedni szykują się do zimowego przetrwania, u innych odwieczny zew daje sygnał płowego święta Miłości... Najpiękniejsze przyrodnicze misterium naszych lasów wybrzmiewa rykiem samczej mocy, gdy byki jelenia szlachetnego ogłaszają ciemności rozgwieżdżonej swoje na miesiąc panowanie. Rykowisko! W jakichż słowach Ciebie opisać? Czar Twój opiewają z dawien wieszczowie. Spieszą na ten spektakl wszyscy z przyrodą ludzie związani, miłośnicy, odkrywcy, ornitolodzy, przyrodnicy, gawędziarze... Nieznana siła jak magnes przyciąga ku sobie rzesze obserwatorów i słuchaczy. Może to ciekawość zwykła ich gna, a może intuicyjne pragnienie zapisania w sercu najpiękniejszych leśnych wspomnień...
I Ciebie podróżniku - czytelniku, wędrowcze na to święto zapraszam. Raz jeden w roku. Usiądziemy w którejś z opuszczonych czatowni, albo skryci w łodygach dojrzałej kukurydzy. Zabierzemy koc, ciepłe ubrania, gorącą herbatę w termosie, szacunek i pokorę wobec naszej Natury - Matki. W podziękowaniu uczestniczyć będziemy, celebrując gromkie słuchowisko. Wokół nas, a może z dala rozbrzmieją prastare ryki, kipiących testosteronem mocarzy lasu. Wibracja srogiego dźwięku przenika tkanki w drganiu, na strunach serca grając, tęsknotą cichą układając melodie. Nie sposób się oderwać, przestać zachwycać. Im chłodniej tym lepiej. Spadek temperatury zagrzewa byki do odzewu. Szatańsko kotłują się gąszcze w łoskotach donośnych, gdy samce napotykają się w pojedynku. W krysztale nocnej ciszy, masz wrażenie jakby to ziemia zatrzęsła się z hukiem pod racicami olbrzymów.
Wytrwaj tu do świtu, a kolejne cuda ujrzysz. Byk zmęczony, a powłóczący z wyczerpania walką, wracający do haremu łań, co we mgłach anteny czujnych głów na niego podnoszą. Stadnik, władca, zwycięzca, ten niepokonany co z dumą w koronie stado żeńskie zagania, niepodzielne prawo ogłaszając do swej na dzisiaj władzy. Korona rosochatego poroża pruje fale mgliste, odcinając się na tle złota pierwszych słonecznych promieni...
Czy jesteś gotów doświadczyć?
Duchy w kukurydzy
Zżęto zboża i zaorano spracowaną, zmęczoną ziemię. Słomiane królestwa wśród ściernisk przestały istnieć. Mokra gleba z głębin jątrzy nozdrza paletą zapachów na potęgę. Aromat dostatku i życia. Czy to już jesień? Dopiero teraz w echach ostatnich upałów dojrzewać będą resztki plonów. Na ogromnych połaciach rozkołysało się falą morze sztywnych zielonych łanów. To kukurydziska.
Znacie ten odgłos, kiedy wśród ogromnych łodyg i gęstwy sterczących zielonych liści narasta groźny poszum? Zbliża się, oddala, by czasami rozegrać się z pełną mocą piekielnego hałasu. Po chwili wszystko cichnie, ale często na moment. Wnet rozlegają się dziwne chrupania, skrobania, pogłosy łamanych łodyg i ciamkania. Tak buszują prastare ''duchy'' kukurydzy.
Jelenie, dziki, sarny, a gdzieniegdzie nawet łosie wędrują pod osłoną kukurydzianych gęstwin, aby skorzystać darmowej, kalorycznej i co najważniejsze smacznej stołówki ludzkiej. Tutaj są bezpieczne. I spędzają ostatki dostatnich dni w obfitości żeru oraz schronienia. W dzieciństwie zawsze bałem się tych odgłosów. Dorośli straszyli opowieściami o duchach mieszkających w kukurydzy, i żeby tam nie chodzić. Z czasem jednak zapragnąłem poznać te zjawy lepiej.
To dłuższa, choć nie najlepsza pora do obserwacji, za to do słuchowiska już tak. Trzeba tylko wyzbyć się strachu. Gdyż odgłosy jakie możemy posłyszeć, to nie tylko gromkie szelesty, sapania, prychnięcia, mlaskania ale czasem i rozpaczliwy ostatni jęk schwytanego królika czy zająca. Noc taka przypomina czasem bal demonów słowiańskich, jeśli usadzimy się w dobrym miejscu. Zależnie od tego, czy wypadnie spędzić nam ją przy lesie, obok sadu, lub po prostu w pustce pól, tak czekać nas będą inne atrakcje. Otacza mnie miękki, przyjemny aromat przejrzałych mirabelek. Rosną niedaleko i właśnie wraz z podmuchami wiatru oddają ziemi i trawom kwaśny owoc. Przysmak dzików, myszy i os. Od lasu powietrze zalatuje grzybami. Trwa rykowisko... Chyba najpiękniejsze misterium natury, jakiego doznać można w naszych lasach. Tam gdzie macierz przyrody zatraciła swą dzikość, jelenie zamiast na łąki i polany wychodzą chmarami na pola, aby mimo to wypełnić doroczny cykl odrodzenia. Rankiem natkniemy się na stratowane tropy, dające blady ogląd tego jak przebiegały jelenie harce. Dziki praktycznie nie wychodzą, chyba, że do picia. Nie muszą, mają w kukurydzach wszystko: schronienie, jedzenie i spokój. Warto więc wybrać sobie miejsce gdzieś na szlaku do zbiornika wodnego jeśli jest taka możliwość. Noce są już dłuższe i chłodniejsze. Choć to jeszcze nie czas lecących liści i muzyki szmerów. Z łoskotem, obijając się o sękate konary, straszą ucho żołędzie, kiedy dębowe plemię z ufnością powierza matce ziemi zadanie pomnożenia swojego ludu.
Siedzę na szczycie kopy siana, jaką los ofiarował mi dziś szczodrze do zasiadki. Z niej widok doskonały na pogrążającą się w nadchodzącym mroku łąkę, i kawały przeoranych pól. Obok łan kukurydzianego oceanu. Dopóki jest widno, zobaczę każde poruszenie łodygi trąconej, przez podążającego skrycie zwierza. Za plecami las szeleści już zwykłym wieczornym gwarem. Długo nic się nie dzieje. Coś tam delikatnie kąsa słuch niedalekim skrobaniem, ale nie zwracam nań uwagi. Tłumek wirujących komarów, pojawia się nie wiadomo skąd. Gasnące niebo czerwieni się jeszcze purpurą, obwieszczając niedawny zachód słońca. Nieśmiały sierp młodego księżyca, dawnym czarem udekorował niebiosa. Nie pobędzie ze mną długo. Zastąpi go granat naznaczony białymi iskrami gwiezdnej pamięci światła. Tuż nad głową przemyka mi z poświstem kilka kaczek. Chwila iście magiczna. Widoczność szybko pogarsza się, gasną kolory. Zamierzam powoli wracać. Do domu daleko, a nie uśmiecha mi przedzierać się przez chaszcze wśród pająków, wyższych ode mnie krzaków, no i możliwych wyskoków dziczych przed nosem o zupełnym ciemku. Zaczynam zbierać rzeczy, gdy wtem słyszę znany odgłos ostrożnie stąpającego zwierzęcia... Jest i musi być duże... Mimo starań nie potrafi zachować ciszy. Sztywne liście kukurydzy zaczynają łopotać coraz bliżej pod naporem masywnego cielska. Jest tuż tuż... I nagle, cisza! Wyczekuję w bezruchu kilka minut. No co się mogło stać? Wyczuło mnie? Czekam jeszcze. I knieja nagradza cierpliwość... Z szarej ściany kukurydzianego łanu wynurza się On... Rozpoznaję dostojnego jelenia. Koronny wieniec odcina się wyraźnie w ostatnich promieniach czerwonego blasku. Zwierz węszy chwilę, po czym rusza przed siebie otwartym polem. Na brązowym tle zaoranej ziemi miesza mi się jego sylwetka, choć cały czas widzę królewskie poroże sunące na tle nieba. Co za szczęście! Byk wtacza się w zarośla śródpolnego zadrzewienia, i tam hałasuje kolejne pół godziny. Nie ma mowy..Zostaję!
Jest już dużo zimniej. Komary odpuściły. W najniżej położonych miejscach na szuwarach widać ślady pierwszego przymrozku. Dobrze, że wziąłem kurtkę w plecak. Księżyca brak. Wokół otacza mnie otchłań czerni. Ciemnica. Mimo to, widzę cokolwiek. Straszą chroboty buszujących orzesznic, popielic, i kto wie czego jeszcze... Kiedy temperatura spada, porykiwania nabierają mocy, wśród gwiaździstej nocy...
- Beuuuuuchh!!! Niesie się grzmot na oparach szybujących mgieł. Jakiś młodziak daje znak, że ma smaka na łanię.
- Uuueeeee buuech, bueech bueeech... Ani się waż! - Odpowiada gromko jakiś olbrzym z głębin lasu kończąc frazę niskim charczeniem. Brr, aż ciarki przechodzą. Każdy byk odzywa się inaczej, zależnie od wieku, swojej hierarchii no i umiejętności. Taki pojedynek na głosy. Wyzwanie, zaczepka. Czasem diabelsko zakotłują się łamane gąszcze. Samce rozpiera energia i buzują hormony. Wyładowują jej nadmiar na boru ducha winnych drzewach, albo i bywało na balotach słomy. Są dużo mniej ostrożne, i ciekawskie. Łanie natomiast zachowują normalną, jeśli nie większą czujność. Co ciekawe, to gatunek pierwotnie stepowy, który wyparty przekształceniami człowieka, niechętnie wcale odnalazł bezpieczniejszą ostoję w borach i puszczach. Stadny byk, ten najsilniejszy, gromadzi wokół siebie harem łań. Mniej mocarni amatorzy jelenich rozkoszy, próbują wtedy porykiwaniami odciągnąć jego uwagę, a bywa i rzucają rzeczywiste wyzwanie o ''władzę'' nad płowymi kobietkami. Wtedy to ścierają się z łoskotem w nocnej ciszy, a silniejszy i sprawniejszy przejmuje harem we władanie. Słyszałem już takie zwarcie. Myślałem, że las cały zapada się pod ziemię, pochłaniając drzewa, zwierzęta wraz z ich oszałamiających łoskotem. Byki sapały dysząc. ''Dziewczyny'' natomiast zdają się zupełnie nie zwracać uwagi na samcze swary. Ma się wrażenie, że zrezygnowane i z politowaniem znoszą dopust losu i wyskoki męskiego gatunku.
Ciemna, czarna, granatowa, z niebem utkanym srebrnym bogactwem mrugających gwiazd. Tak mija mi noc. Przy wtórze pieśni pradawnej kniei, z dziczymi szelestami wędrujących do kukurydzy odyńców. Czarne zjawy buszują w potędze chrobotów. Ucieszona dusza nabiera mocy, kiedy wokół hałasują pradawne duchy kukurydzy. Nie sposób zasnąć. Czar spływa wraz z łoskocącymi odgłosami wojujących byków. Nadchodzi świt. Zaspane niebo przeciera wschodzące oczy, nieśmiałym blaskiem witając arkana porannych zdarzeń. Zaczynają wabić sikory. To już nie czas wesołych śpiewów i mozolnego wykarmiania ptasiego potomstwa. Bór zatopiony we mgłach i rosie cudowny jest jak baśń. Mimo przemoczonych butów i skarpet nie chce mi się wracać. Po wschodzie słońca śpiewają pierwiosnki. Żegnają las przed odlotem na wiele miesięcy. W drodze powrotnej zbieram w sosnowym młodniku trochę maślaków. Wysypały się po wczorajszym deszczu. Będzie na sos z kaszą, a resztę usmażę z cebulką. Całą swą istotą jestem wdzięczny wszechświatowi, że mogłem w tym misterium uczestniczyć i sobą go doświadczyć.
Zamknij oczy i duchem przenieś się w mroczną czerń dawnych czasów stojąc pod ścianą żyjącego lasu. Zaufaj gwiazd migotom, które z uśmiechem posyłają wesołe iskry z nad koron drzew. Ujrzyj mgły roztańczone w pląsach dalekiego świtu. Chłodny powiew poczuj oparów porywających duszę w radosny balet. Wtedy... będziesz wiedział.
Bliskie spotkanie z wilkami. Kampinos
Księżyc wędruje już poza swą pełnią, ale oświetla jeszcze mocno. Dotąd zastanawiam się, jak potoczyły się wypadki tamtego wieczoru. Po północy świta myśl, aby jednak ruszyć do lasu w kierunku polanki. Nic ciekawszego dziś do robienia sobie nie wynajdę. A tutaj można spotkać łosie. U siebie i tak bym ''szalał'' pewnie parę nocy. Co szkodzi się przejść, spróbować? Dziś jest dość ciepło. Nie muszę ubierać się tak grubo, aby długo wysiedzieć. Natrafiłem ostatnio na łosie i sarnie tropy. Coś tam jednak się dzieje, mimo że okolica ogólnie w zwierza uboga. Tak, dokładnie pamiętam jakie myśli towarzyszyły mi, kiedy wnurzyłem się w leśny gąszcz. I odczucia. Tym bardziej zaskoczył ten spacer. Pierwsze... Strach, lęk lekki. Nie poznaję siebie. Dlaczego? Żebym to ja bał się w lesie? Zastanawiam się czemu i po chwili wiem. Bo tutaj nie znam dokładnie tych miejsc. I nie wiem jak zachowują się łosie podczas nagłego nocnego spotkania face to face. Dlatego używam latarki czołowej, aby w porę ujrzeć błyszczące ślepia każdego zwierzaka. Świetny to wynalazek, dzięki któremu dostrzegam, jak wiele dotąd z obserwacji mi umykało. Bo na przykład ''u mnie'' takie lisy i sarny, kiedy znajdą się w zasięgu światła, po prostu przykucają i czekają aż przejdę. Albo zwyczajnie się gapią. Jelenie to samo - przyglądają się tymi błyszczącymi świecami z gęstwiny i chyba są przekonane, że ich nie widać. Dziki z kolei nie zwracają na mnie uwagi, dopóty niemal nie wpadną na mnie ryjem. Jednak dzisiejszy lęk jest irracjonalny. Wiem, że tutaj nie ma praktycznie jeleni, dzików i saren, które mogłyby nagle skoczyć i napędzić stracha. Dwa razy nawet waham się, czy nie pokręciłem aby drogi. Pojawia się też żal i tęsknota. ''Bo tutaj nic nie ma'', a w mej okolicy właśnie teraz za pewne ryczą jelenie, pasą się sarny, biegają dziki i polują lisy. Dzieje się tyle, bogato, oraz są wygodne miejsca do siedzenia i czuwania. Mam też zaprzyjaźnione Drzewa Mocy, które zawsze mogę odwiedzić. A tutaj...
Osiki, sosny, brzozy i dęby nie zgadzają się chyba z moimi rozważaniami, szumiąc dosadnie, jakby chciały rzec: Zobacz, jesteśmy wszędzie! Gdzieś u góry załopotała jakaś sowa. Las zdaje się być całkowicie pusty. Nic nie szmera, nie szura, nie trzeszczy. ''W porównaniu z tym co u mnie'' - zaczyna umysł. Człowiek to już taka istota, że mało co go ostatecznie zadowoli. Dlatego warto uczyć się odczuwać szczęście niezależnie od tego co się przytrafia.
Zwracam też uwagę na zachowanie psa. Husky idzie beztrosko, zainteresowany jedynie wąchaniem i sikaniem. Gdyby cokolwiek się tu kręciło, z pewnością dałby jakoś znać. Mam zamiar posiedzieć dwie godziny na suchej polance przy modrzewiach i posłuchać rzadkich tutaj szmerów wędrujących zwierząt. Księżycowe cienie krzepkich jałowców snują się wszędzie jak duchy. Ich majaczące sylwetki układają się w ludzi, zjawy, stwory... U mnie nie ma jałowców. Muszę się przyzwyczaić. Srebrne refleksy przecinają piaszczystą dróżkę, dodając zachwytu szczyptą magii.
Mijamy takie ciekawe miejsce, w którym drzewa zawsze o każdej porze doby i niezależnie od aury dziwacznie skrzypią, pękają, stękają. Brzmią upiornie, ale i uroczo. Mi się podoba. Co i raz oglądam się na boki, aby nie przegapić ewentualnego łosia, stojącego sobie w gąszczu. One tutaj nie uciekają, przyzwyczajone są do ludzi. Ostatnio natrafiłem na ślady jednego tuż przy czyimiś płocie, kilka domów obok. I podczas jednego z takich rozglądań wokół, coś niżej w krzakach mi błyska. Przystaję natychmiast. Ooo, sarny? Ciekawe. Nie spodziewałbym się ich tutaj. Praktycznie nie ma dla nich co jeść. Przyglądam się baczniej świecącym ślepiom, kiedy kawałek dalej ''zapalają się drugie''. Coś mi tu nie gra.
TO NIE SARNA! Krzyczy już umysł. ZOBACZ RÓŻNICĘ. Ma rację, bo przecież wiem, jak wyglądają ich oczy w świetle diody. Te są niżej. Inny zupełnie rozstaw. Wznoszą się troszkę wyżej, niż mierzy mój przyboczny wilk - husky.
WILK...
Natychmiast wszystko łączy się w całość. Teraz sztorm myśli. Co robić? W sumie wiem. Naczytałem się tyle o nich i jak się w takiej sytuacji zachować. One teraz chyba nie są świadome mej obecności, albo jeszcze nie doleciał je zapach, który nie jest tak oczywisty, jako że nie jestem ani wykąpany, ani spocony, a ubranie przesiąknięte mam lasem. Pies zaś cuchnie sążniście, jak to on. Jego muszą czuć i on swym głośniejszym poruszaniem przykuł ich uwagę. Z powodów, które znam... Ani drgnę. One badają nas wzrokiem. To ciekawskie zwierzęta, podobnie jak większość innych. Obserwuję swoją reakcję. Nie boję się, większa adrenalina bywała przy dużych dzikach. Pies, nie wie o co chodzi, jeszcze ich nie wyczuł. Rozglądam się delikatnie na bok, patrząc na drzewa... Znam trzy możliwe scenariusze tego spotkania i póki co, zdaje mi się, że mam kontrolę nad sytuacją. Jestem zafascynowany. Czekam co zrobią. Ten większy zmienia pozycję, zbliża się. Nic nie zaszeleści. I szły bezgłośnie zupełnie, zdaję sobie sprawę, że gdyby nie czołówka, nie dostrzegłbym ich. Drugi drgnął, ogląda się, też ruszył. Oba. Po świecących oczach widzę dokładnie gdzie są. Teraz pies usłyszał. Tamten podchodzi. Były od nas jakieś 10 metrów, raptem zostało kilka. Mimo to nadal jestem spokojny, choć wiem, o co im chodzi... Pies. Śmiertelny wróg wilczy, zabijany przez nie przy każdej sposobności. Łatwa zdobycz. Eliminowany ''na wszelki wypadek'',jako konkurent pokarmowy. I bywało, że ofiarami wilków padają nawet psy na łańcuchach przy gospodarstwach. I nie piszę tego by straszyć, to najzupełniej normalna natura w świecie tych dzikich zwierząt. I nie ma co tego w żaden sposób interpretować, gdyż jest to tak naturalne i normalne zachowanie jak to, że sarna skubie trawę i zioła. Wilk nie przepuści psu.
A on już je poczuł, zapach. Zesztywniał cały jak metal, mam wrażenie, że jego ciało zastygło w kamienny posąg. Ogon, sterczący zawsze, opuścił nisko. Ani zadrży. Mięśnie skostniały w napiętym oczekiwaniu. W postawie widzę totalną uległość i rezygnację. Jakbym słyszał rozmowę ich instynktów, które doskonale wiedzą jak może się to rozegrać w tylko jeden sposób. Tamten już bliziutko. Ze trzy metry. Jakie są ciche! I mimo, że upajam się magią tej wytęsknionej chwili, w głowie alarm. Ostatnia szansa, aby nie kusić losu.
- A idźcie Wy swoją drogą! Wszystkiego co najlepsze.
Mówię to spokojnie, bez krzyku, jednak na tyle głośno aby rozpoznały głos człowieka. Większy robi susem zwrot, jakby go piorun raził. Drugi błyska ślepiami kawałek dalej. I już ciemno. Nie ma niczego. Zniknęły. Nie trzasła ani jedna gałązka, nie zaszeleścił żaden listek. Podziwiam kunszt. Dla pewności robię jeszcze szelest kurtką. Loki piszczy i trzęsie się. Ogląda się na mnie. Ciało uwalnia napięcie. Jego normalna beztroska gdzieś wyparowała. Do końca spaceru pozostaje niesamowicie czujny. Reakcja wilcza nie powinna dziwić. Człowiek to z kolei ich śmiertelny wróg i przez lata prześladowań nabrały panicznego strachu przed naszym gatunkiem. Dziwi natomiast miejsce. Ubogi las głównie sosnowy, z nasadzeń porolnych, pocięty chyba co 200 - 500 metrów dróżkami i szlakami rowerowymi. Często uczęszczany weekendowo. Czego one mogły tu szukać? Tylko łosie - rzadka ich zdobycz. Ale trzeba pamiętać, że drapieżniki też wędrują patrolując, lub po prostu poszukują nowych rewirów. Wtedy można właśnie spotkać je w niespodzianych miejscach. Ileż zdarzeń musiało dziś się spleść w czasie, bym trafił tu właśnie o tej porze? Gdybym wyszedł o północy jak planowałem... Ale zmarudziłem nieco i ruszyliśmy przed pierwszą. Na polance umysł nie wypoczywa, choć dusza się cieszy jak to tylko ona potrafi. Trochę płaczę z tej radości, bo przecież spotkanie wilków było jednym z życiowych moich marzeń. Na liście pozostały jeszcze niedźwiedź, ryś, kozica i żbik. Też jestem tu dziś bardzo czujny i z niejakim respektem wsłuchuję się delikatne szmery, które dotąd niefrasobliwie ignorowałem. Ale psikus! Wybraliśmy się ''na łosie'', a tymczasem wszechświat obdarzył niespodzianie spełnieniem kolejnego marzenia. I już się przyzwyczaiłem, że tak jest. Najpiękniejsze wydarza się znienacka. Wypełnia mnie wdzięczność. Kiedy w nocy z 1 na 2 stycznia tego roku znalazłem się nagle pośród buchtującej w śniegu watahy dzików bardzo blisko, wiedziałem, że to będzie rok bogatych przyrodniczych wrażeń. I tak się stało. W tej radości dostrzegam przelatujący z błyskiem meteor. Wszechświat iskrą potwierdza swój podarunek. Ja wypowiadam na głos moje najważniejsze marzenie, ufając, że i ono jest już blisko. W oddali coś chodzi, a my nie potrafimy puścić tych odgłosów mimo uszu. Zwracamy się w kierunku wszelkich szelestów. Pies pozostaje w napiętej uwadze. Po około dwóch godzinach ruszamy na obchód polanki, bo coś mi się zdaje, że nasze wilki musiały tędy akurat przejść. Daję mu swobodnie węszyć, a jego niespokojne, piszczące zachowanie potwierdza mi tylko, że to wszystko nie było snem...
Pamiętnik Wędrowca: Celtycka Uzdrowicielka
Ciało jest jak świadoma mapa, która wie i pamięta... wszystko Ci wypomni. Każde zaniedbanie. Gdy już nie daje rady. Choć przyznać muszę, jak ciała zdumiewająco są odporne, a mechanizmy wszystko robią jak długo się da, by umożliwić Ci funkcjonowanie. W bolących punktach kumulują się kłęby poszarpanych emocji, często trudnych i wypartych. Moje lokowały się głównie w plecach. Sprytnie sobie wybrały miejscówkę, bo tam mogły ''zamrozić się'' w hibernację, zbytnio w codziennym życiu nie przeszkadzając. Odzywały się tylko co jakiś czas, bólem tępym, upartym, gniewnym... Bolało też kolano. Te zrzuciłem na trudy wędrówek, skoki przez rowy, wspinaczki na stogi, i ogólnie przemaszerowane kilometry. Opóźniało mnie to kolano, czasem też ustępowało, gdy optymistycznym akcentem rzekłem z intencją, ''a to się w marszu rozejdzie''. Bo przecież nic takiego. Jednak wracało. I co się okazało...
Wtedy opiekuńczy Brat Wszechświat przysyła do mnie Joasię, fizjoterapeutkę, masażystkę, holistyczną uzdrowicielkę, która takie terapie prowadzi jakich nazw nawet nie umiem wymówić. Osteopatia kraniosacralna i wisceralna, polarity terapia, technika Bowena, to tylko niektóre z nich. Gabinet swój ma w Inowrocławiu, dokąd można w potrzebie się udać. Ona potrzebuje relaksu i zapomnienia w przyrodzie i energiach leśnych, ja pomocy... Umawiamy się więc na masowanie za wędrowanie i drzew poznawanie. A u mnie... Przemieszczenie miednicy i noga krótsza o jakieś parę mm. Dlatego bolała. A ja uparcie tak chodziłem. Bo w sumie odporny ze mnie Krasnal. Po wstawieniu już drugiego dnia wędrownego mogłem beztrosko maszerować i przewodniczyć. Uzdrowicielka dłonie przykłada, punkty bolesne z mroku nieświadomości na światło dnia wydobywa. W każdym z nich historia trudna drzemie, okopawszy się na swoich pozycjach. Trzymają mocno. ''Nie chcę, nie ruszę się stąd, dobrze mi w tym zamrożeniu!'' Zdają się wołać troski, smutki i przykre życia zdarzenia. Czego tam nie ma... nagromadzone przez lata chyba. Plecy, kark, barki, ramiona... ulżyć chcą człowiekowi, więc dźwigają. Ciało służy i pomaga jak długo może. Chrupną niekiedy kości. Wstawianie. Techniki, metody... starożytne w Mocy. Płoną prosto rzędy aromatycznych świec. Druidka łagodnością emanuje, dłonie nad punktami z opieką wznosi i pieśni pradawne kojąco nuci. Wibracją głosu zastoiny energetyczno - emocjonalne rozbija masując. Modlitwy z Duszy płynące szemra z Miłością w językach zapomnianych, po prostu uzdrawia... Kapłanka w dostojeństwie mistycznym osadzona. Uświęcenie brzmi pieśnią. Rzeki płaczu wypływają ze swoimi opowieściami, strumieniami. Wreszcie zostały uwolnione. Wysłuchane i przyjęte. I czasem tak jest. Ktoś drugi rękę podać musi, aby wspomóc tam gdzie wglądem swym nie sięgasz lub widzieć nie chcesz... Po wszystkim błogość i ulga rozlana w mięśniach, ścięgnach, stawach i duszy... Reset totalny. Jakbym otrzymał nowe ciało w podarunku. Chwilę od początku jakby uczę się chodzić. Zdziwienie zdumione. O, to tutaj może być tak lekko i nie strzykać? Tak swobodnie? Na słońce wybiegam i ramiona ku niebu rozkładam. Joannie Szczygłowskiej
Kiedy jelenie psocą, lis harcuje
Poranek objawił się w podmuchach zimnej wichury. Jakby chciał ocucić leniwe puchate życia drzemiące jeszcze w zakamarkach gałęzi, dziuplach sędziwych i resztkach wiszących gniazd dających już niewiele schronienia. Choć świt budził nieprzyjemnym chłodem, w zwierzęcym świecie nie ma leniuchowania. Z brzaskiem trzeba zadbać o podstawowe sprawy - jedne spieszą do legowisk i barłogów po nocnych ucztach, inne korzystają jeszcze z niemrawości świata, zapychając żołądki przed dziennym spoczynkiem. Noc minęła przyjemniej. Ubywający księżyc, przebijający się przez zasłonę kłębiastych chmur mlecznym rozbłyskiem, co i raz posrebrzał polną pustkę. Wiatr tańcował. Siedziałem właśnie pod opieką samotnego klonu, w oczekiwaniu na daleki przemarsz wędrujących tutaj zwierząt. Drzewo szemra wręcz szalenie, raz po raz sypiąc kaskadami liści. Jesień wyśpiewuje swój zaczarowany sonet. Mimo, że księżyc raz po raz znika, widoczność jest dobra. Decyduję się ruszyć, zanim całkowicie zamarznę. Tylko kawałeczek, ale zawsze się człowiek rozgrzeje. Wędruję w kierunku olchowego zadrzewienia, jakie majaczy się na horyzoncie. Tam, pod opieką wierzb i jesionów, w takiej mieszanej ''olszynce'' lubią zatrzymywać się na postój różne zwierzaki. Zwłaszcza, że w środku jest bagienko.
Po drodze mijam ogrom tropów. Odcisnęły się pięknie w napuchniętej ziemi po całonocnych deszczach. Lisy, zając, sarny, jelenie, dziki. Kogóż tu nie było! Aż mi nieswojo lekko, bo mam świadomość, że o tej porze to ich czas i ich świat. A przeszkadzać im nie chcę. Przemieszczam się tylko dlatego, że siedząc tam właśnie będę osłonięty od wiatru i będzie jakoś znośniej. Tymczasem...
Coś dostrzegam.
Kawałek za olszynami fikają jakieś sylwetki. Nie uciekają. Tylko... jakoś tak dziwnie się zachowują. Wypatrzeć na polu zwierzę podczas nocnego spaceru nie jest wcale trudno, jeśli mamy księżyc, nawet gdy kryje się w chmurach. I tak rozjaśnia. Najlepiej patrzeć cały czas na horyzont, wtedy jest spora szansa, że dostrzeżesz z daleka sarnę, jelenia lub dzika, zanim one usłyszą Ciebie. I tak też właśnie teraz się dzieje. Przykucam natychmiast. Po to, aby widzieć wyraźniej - od spodu i na tle nieba. Szybko rozpoznaję kilka jeleni. Ale co one do wszystkich bobrów tam wyprawiają? Biegają pod zagajnikiem, jakby dostały kręćka. Mam szczęście. Dostrzegłem je, zanim zostałem usłyszany. Cichutko kładę się na ziemi, aby obserwować nietypowe zjawisko...
Zabawa. A one gonią się... z liśćmi. Pewnie pierwsza jesień w życiu niektórych z nich. I dziecięce psoty. Po najedzeniu, w pełnym oswojeniu już ze zjawiskiem, tegoroczne cielęta wzięło na brykanie. Choć widzę, że większe też sobie używają. Jeden tylko stoi nieruchomo. Pewnie czuwa nad resztą. Klony osiadłe na skraju zagajnika sypią co i raz salwami burych listków. Wyobrażam sobie szelest, choć z tej odległości nie słyszę. Wtedy zaczynają się ganiać. Zupełnie jak pieski. Bryk, skok, kawałek szalonego galopu, zwrot! Jeden znika mi z oczu raptem. Gamoń wyłożył się plackiem na śliskiej ziemi, z tego całego rozpędu. Jestem zachwycony i oczarowany, ale nie do końca zdziwiony. Jakie to cudowne. Takie wybryki i radość życia widziałem już u saren i bażantów i właśnie im też wtedy towarzyszyły liście. Kogut trzepotał skrzydłami, a kurki biegały tu i tam, jakby zacieszały się powodowanym w ten sposób szelestem. Tym tu widać pogoda nie dokucza tak jak mnie. Póki co, nie pójdę pod zagajnik. Kładę plecak pod brodę i czekam...
Ledwo dostrzegam, jak z olszyn w pole wypełza jeszcze coś. Niewielka smuga. Lis! Idzie prosto na nie. Z jednej strony nie rozumiem manewru - chce je wkurzyć? Albo jest tak ufny w śmigłość swych łap i znajomość terenu. Nieopodal zakrzaczony rów. Bariera bezpieczeństwa. Jeden z jeleni ni to z gruchy, rusza z brawurą na sznurującego przy ziemi mikitę. Dzika szarża. A sio! Pognał! A lisury już nie widzę. Pojawienie się lisiego płomienia wytrąca całe towarzystwo z harcującego nastroju. Teraz stoją. Podjadły rzepaku i cóż... czuję, że wreszcie ich pora. Dochodzi 5 rano. Nie mylę się. Koczujące sylwetki powoli zmierzają w kierunku rozległego lasu. I sam nie wiesz, czy to może sen? Płowe zjawy, zachwyt cichego wędrowca... W ciemności kwili nieznany mi odgłos. Przypomina ptaka. Musiały go spłoszyć.
Świt dziś nie ozłocił majestatu w promieniach bladego słońca. Czas to jeszcze burych wichur i wybuchających znienacka deszczów. Sikorzy lud pierwszy wita zawołaniami kolejny dzień swoich zmagań. Sarny łączą się w pierwsze zimowe grupy. Na razie po kilka sztuk. Momentami drą ciszę na strzępy ochrypłe wrzaski czupurnych sójek. Cudaczne bażanty, dziarskimi okrzykami dają zew swojego istnienia. Wiewiórki z uporem dopieszczają kunszt skrytych gniazd i czynią ostatnie zapasy przed zimowym lenistwem. Na skrzydłach nieujarzmionego wiatru, w tańcu z magią kolorowych liści, w cieple serca układa się on. Czuję jak rozpływa się wewnątrz i przenika swą radością, mimo dojmującego zimna. Jesienny oddech Leśnej Mocy.
Z pamiętnika Wędrowca: Płowe święto miłości
Jesteśmy. Nasłuchujemy. Czuwamy. Przepatrujemy posrebrzone horyzonty i skraje pól kukurydzianych. Obserwujemy. Doświadczamy. Tej nuty pradawnej dzikości, zatopionej w ciemnościach. Intymnie z Naturą. We wszystkim zanurzeni, czym ona jest. Jest i Zimnica. Nadeszła łagodnie. Wymościła się wygodnie wokół i zostanie tu już do rana. Co dłonią poruszy, a wydobywa smugi mgieł wędrujących i sennych. Nieustannie sprawdza wytrwałość. Temperatura spadła o jakieś 15 stopni w porównaniu z dniem. Gotowość była w plecaku, błogość w termosie.
Nocka wietrzna, cały czas przygrywa szmerem na liściach. Nie za dobry czas do rykowiska. Przed północą hen daleko odzywa się jeden. Ich odgłosy potrafią nieść się kilometrami. Jeszcze kilka dni i powinny rozegrać się wokół w szalonym amoku. Na łące pasą się cienie sarnich duchów. W szkłach księżycowej nocnej lornetki wyglądają... Nieustanny szelest harcujących myszy za plecami. Można się przyzwyczaić. Mysie istoty szmerem kamuflują odgłosy podchodów większych zwierząt. Jak lokomotywa stara, nawołuje gdzieś puszczyk. Skryta samiczka odpowiada mu piskliwie ''kuwikaniem''. Sowy śledzą wędrowców. Gdy podążamy ciemnią lasu, mijane drzewa pękają gromko, zrzucając z łoskotem jakiś balast. Zapraszają do gawędy. Przystajemy w czci skupionej, z dreszczem podziwu ekscytacji. I one celebrują będące tuż tuż Księżycowe Święto.
Misterium. Już Czas.
Żadna siła nie jest w stanie mnie stąd ruszyć.
Leśne upominki. Dzik
Dni nastały krótkie, pędzące na skrzydłach chłodu ku zimowej ciemności mrocznej. Kiedy popołudniem zyskuję chwilę aby wybrać się w las, mam już niewiele czasu. Około dwóch godzin, zanim zupełnie się ściemni. Polna dróżka, którą zachciało mi się brnąć jako ''skrótem'', przypomina raczej błotnisty tor przeszkód. Nic tu po rowerze. Zostawiam go pod opieką rozłożystej mirabelki i dalej ruszam już polem, będącym łanem jednej zieleni. Ocean oziminy wita mnie gęstymi tropami przeróżnych zwierząt, zostawionymi po nocnych buszowaniach. Tu dziki, całkiem spora grupka z kimś większym na czele, tam jeleń, również musiał być spory sądząc po odciskach, kawałek dalej plątanina sarnich kopytek. Coś drapało zawzięcie w ziemi. Nie sposób odróżnić. Ukosem mijam polną oazę - cel wędrówek i miejsce postoju większości zwierząt przemieszczających się po swoim świecie. Tutaj kierują swoje kroki, dla bezpieczeństwa i chwili oddechu podczas podróży z żerowisk ku miejscom ukrycia i wypoczynku. Mimo, że olszynka jest gęsta, wypełniona trzcinami z wodą, z zasady nie zatrzymują się jesienią tutaj na dzienny wypoczynek. Powód jest prosty - mała powierzchnia i otwarty dostęp z każdej strony. W razie nadejścia człowieka trzeba by uciekać długo na widoku. Co innego latem, kiedy ostoję otacza gęsty łan kukurydzy lub rzepaku. Zwierzęta jakby były wtedy świadome, że mało komu chciałoby się tam przedzierać. Dlatego mijam zadrzewienie śmiało, bez obawy, że kogoś tam wypłoszę. Teraz tropy informują mnie, że eskapady mają miejsce głównie nocą i o świcie. A ta jest już wystarczająco długa. Dla zwierząt z jednej strony to nieco lepiej - mają więcej czasu do żerowania pod osłoną ciemności. Olszynka mieni się złotem, skąpana w promieniach odchodzącego słońca. Na chwilę przystaję zachwycając się tym widokiem. Z lewej na horyzoncie lądują kruki. Pewnie mają jakąś padlinę. Daleko, na granicy widzialności ruszają się jakieś ogromne zwierzęta i rozsądek wyklucza sarny z tej odległości, a logika jelenie na otwartym terenie, przy takim świetle, niedaleko osad ludzkich. Chociaż, kto je tam wie?
Od strony cienia ziemia jest twarda i zmarznięta. Niesamowity przeskok, po kilometrze ciągłego zapadania się w rozmiękłości. Docieram do leśnej dróżki na skraju Dębowego Szlaku. Choć rosną tu też jesiony, akacje, klony i świerki ta nazwa objawiła się najpełniej. Ale dawno mnie tu nie było. Droga ta prowadzi do zejścia nad bagno, gdzie w szuwarach kryją się torfowe ''oczka wodne'', stawy i grząskie tereny bagienne. Dzicze kąpieliska i barłogi. Środek przecina rzeka, jakby arteria życia tutejszych ostoi. Przed wiekami z jej nurtem zawitały tu zimorodki, rybitwy, bobry.. Uwagę i wzrok przechwytuje mi kłębuszek czerwieni uwijający się na jesionie. Gil! Jeden z piękniejszych ptaszków. I wcale nie tak łatwo je spotkać. Na ogołoconym drzewie, wyglądają jak rumiane, puchate jabłka.
Akacjowa robinia rosnąca na skrzyżowaniu dróg leśnych, przykuwa od razu do siebie. Choć może i ''głupio'' mówić, nigdy nie rozmawiałem z nimi dłużej. A ona, odkryta z nagim pniem, który odsłoniła uschnięta roślinność zielna, jakby zapraszała do kontaktu ze swoją energią. Wyrzucam sobie lekko, jak mogłem przez tyle czasu jej nie zauważyć? Jest niezwykła. Lekko zgięty pień, kończący się koroną w górze, przypomina mi szyję żyrafy. Co za zbieżne podobieństwo. Bo przecież w innych zakątkach świata, właśnie żyrafy żywią się akacjowymi liśćmi. Czuję się znużony. Mało spałem. Przykładam czoło i dłonie do spękanego pnia. Potrzebuję chwilki skupienia i odprężenia, starając się ją poczuć. I jest co! Odbieram delikatne ciepełko, sunące w górę z rytem szczelin w korze. Zupełnie jak u dębu. To ciepło dotyka mnie bardziej i stara się przeniknąć, objąć. Wiem, że mnie bada. Nie bronię się. Zajrzyj, zobacz wszystko co chcesz. To najlepszy i najszybszy sposób poznania się z drzewem. Zamiast długich rozmów, które nie zawsze są łatwe i oczywiste - daj mu się poczuć. Słów wtedy nie trzeba. Ono wtedy wie z czym przychodzisz, co w sobie nosisz, albo - co zechcesz ukryć... Ogarnia mnie lekkie odprężenie. Czarny dzięcioł łupie brzozę obok, aż wióry lecą. Świata poza nią nie widzi. Przybywają sójki, leśni strażnicy z wrzaskiem, z daleka, alarmujący o czymś, czego stąd nie dostrzegam. Dzięcioli "drwal" olewa ich alarm. A one, jak to sójki, na chybcika zlatują pojedynczo niżej, aby podpatrzeć nietypowy widok w ich świecie. Człowiek głową dotykający pnia drzewa. Kto to widział? Na drzewie można posiedzieć, zrobić gniazdo, spać, znaleźć w nim coś do jedzenia. Ale żeby tak? Ta konsternacja ptasia bawi mnie lekko. I choć wyczuwam akacjowe otwarcie i przyjaźń, obiecuję jej wrócić niedługo. Chcę posiedzieć chwilę nad bagnem. To takie moje Miejsce Mocy, któremu zawdzięczam wiele dobrych zmian w życiu. Po drodze mijam najbardziej gruby dąb na tym szlaku. Niższy, choć potężny i krępy. Gromiec. Wspominam chwilę, kiedy przywołał mnie, aby pokazać sekret swojej dziupli - gniazdo sikory modraszki, z gromadką młodych. Jakże mnie wtedy ucieszył, i zaskoczył. Kłaniam mu się z podziękowaniem dla tamtego momentu. Starzec odpowiada dygotami ostatków suchych liści, ja ruszam dalej.
Z brzozowego zagajnika podnoszą się dwie sarny i leniwie odchodzą dalej w gąszcz. Przystaję, aby ich dodatkowo nie straszyć. Latem zawsze o świcie napotykałem tu łanię jelenia. Ta też pierwsze dwa razy cofnęła się w trzciny, a potem już przyzwyczaiła do odwiedzin. Od tamtej pory mogliśmy kontemplować magię bagiennego świata razem. Choć ona, z szyją u dołu bardziej zainteresowana była 'kontemplacją'' soczystych traw i ziół. Ja podziwiałem mgły i zasłuchiwałem się ptasich graniach. Nie przeszkadzaliśmy sobie, choć czasem podnosiła czujną głowę, aby zerknąć czy nadal siedzę. Teraz jest tu niemal cicho. Niemal, bo na olchach uwijają się czyżyki. Do lotu zrywa się niewidoczny dotąd, olbrzymi myszołów. Zapach mokrych traw, wzruszonej przez dziki ziemi i ten charakterystyczny aromat bagienno - torfowej wody, dopełnia pieszczoty zmysłów. Widok zrobił się inny, bo i drzewa pogubiły całe tabuny złotych liści. Ledwo myszołów znika mi z oczu, z okrzykiem startuje bażant, który w oddali przysiadł gdzieś pod kępą sitowia. Zawsze się zastanawiam, jak tak wielkie, hałaśliwe i powolne ptaki utrzymują się w środowisku naturalnym. Wróć. Środowisko może jest tu jeszcze naturalne, one nie. Bo pierwotnie nie występowały w Polsce. Większość jest wypuszczana celowo z hodowli. Mimo to, zawsze wydają mi się takie swojskie. Dzikie koguty polne. Lubię je obserwować. Grupka szczygłów przelatuje z wesołym szczebiotem, w poszukiwaniu albo noclegu, albo kolejnego łanu łopianów i ostów do ''opędzlowania''. Za nimi w pogoń odrywa się z gąszczy bura strzała. Stadko nurkuje ku trzcinom. Kobuz chybia... Normalny dzień jak co dzień, w ptasiej rzeczywistości..
Tu nabieram pełnego spokoju, wewnętrznej ciszy i ukojenia. I choć nie mam ochoty się stąd ruszać, przypominam sobie o Akacji ze szlaku. Czuję, że już mnie woła. Za dużo czasu nie zostało do mroku. Jest około 15:40.
Siadam pod spękanym pniem, zasłuchując się w gwarze leśnego wieczoru. Ostro alarmują kosy. Słońce już zaszło, ale jeszcze jest widno. W niektórych miejscach budzą się do życia, nieruchome wręcz, grube słupy chłodnych mgieł. Te wyglądają jak prawdziwe duchy. Akacja rzeczywiście jest ciepła, i choć mocno wybrużdżony pień nie jest zbyt wygodny do oparcia, tętni w plecy jakimś swoim ciepłem. Zamykam oczy, starając się zasłuchać w otaczających mnie dźwiękach najbardziej jak tylko się da. Wtedy natychmiast się pokazują. Znowu. Świetliste konary i pnie rosnących widmowych drzew. Ale one są żywe. Powiększają się narastają, jakby w przyspieszonym filmie. Świetliste cuda. Zastanawiam się dlaczego się pokazują. To już trzeci lub czwarty raz. Co chcą przekazać? To jest takie niezwykłe. Dzisiaj jestem trochę w wątpliwościach, a od drzew płyną bardzo wspierające zdania. I osobiste. I jak się potem okazało na drugi dzień, znów otrzymałem potwierdzenia działania magii lasu. Tylko wierzyć i ufać. Nie pozostaje nic innego. A Drzewa proszą, aby niczego nie pomijać w pisaniu. Ani tego co się pokazuje, tego co rzeczywiście się dzieje i własnych odczuć i przemyśleń.
- Szepty Kniei. Powierzamy Ci swe sekrety, a Ty pomijasz. Chcesz poznawać, a się wstydzisz? Lękasz oceny innych. A to jest właśnie las, i nasz świat. Tak tu się wszystko dzieje. Nie ma przypadków.
Napełniają mnie takim zaufaniem, że postanawiam odtąd żadnego pomijania nie będzie w opowieściach. Świetliste gałęzie falują, zbliżając się i rozrastając wokół, a umysł jakże chciałby wiedzieć... Może to po prostu kolejne potwierdzenie? Z zamysłu wyrywa mnie delikatnie zbliżający się szmer. Szurrr - szurrr - wędruje coraz głośniej. Cóż to być może? Przecież niedawno, chwilę temu tutaj szedłem. Zwierząt nie powinno być. Otwieram oczy w czujnym oczekiwaniu, a wzrok pada na wcale nie starego jesiona rosnącego przede mną. Tymczasem wraz z cichuteńkim szuraniem, z dróżki wyłania się tuptający lis. Jest jasnorudy i taki puchaty. Już w zimowym futerku. Idzie sobie tą drogą, jakby był u siebie. Przecież jest. Wnet spostrzega mnie i zerka ''spode łba'', zdziwiony wielce. Rusza łebkiem w lewo, jakby chciał się bardziej przyjrzeć. Jest wyraźnie niepocieszony. Ruda mina mówi '' no i musisz tu siedzieć? O tej porze? '' Mógłby mnie wyminąć na spokojnie, ale nie obdarza aż takim zaufaniem. Zamiast tego robi łagodną pętlę naprzeciw mnie, ogląda się z tym lisim wyrzutem, i drepta powoli z powrotem. Zero strachu i paniki. Dla mnie szczęście i ogromna radość. Cichy pogłos szurających niegłośnie łapek, niknie w głębi dębowego szlaku. Pojawienie się lisa odbieram jako fenomen, bo przecież posłuchałem akacjowego impulsu kiedy wezwała. Gdybym ruszył tylko 2 minuty później, nasze ścieżki przecięłyby się podczas marszu, i spłoszyłbym go może mocniej. Wszystko wydarza się idealnie. Spoglądam na jesionowego młodzieńca i kojarzę coś jeszcze. Nie mam wątpliwości, że to jego czary! Najpierw pokazujące się świetliste odgałęzienia, tak samo było przecież kiedy wybrałem się na spotkanie z Orzechem. Jesiony, świetliste fantomy i spokojny lis - posłaniec ziemi. Tamten usiadł wtedy obok mnie, i towarzyszył chwilę. Coś chcą mi przekazać...
Natarczywe, powtarzające się Giiiik, giiiik!, obwieszcza mi obecność grubodzioba. Ptaszek kryje się jednak poza zasięgiem mojego wzroku, podobnie jak kosy. Nie sposób nie lubić tego gwaru zimowego, leśnego wieczora. Choć nie do końca jest on taki, jakie pamiętam. Teraz z szumem przelatuje nade mną stado gęsi, albo w wędrówce, albo również szukają miejsca na nocleg. Trochę anomalia o tej porze roku. Tak samo jak żurawie krzyczące w czeluściach bagna na pożegnanie słońca. Hejnaliści otrąbili ostateczne nadejście wieczoru. Dla mnie to znak, że pora się ruszyć. Wobec łagodnych zim, ptaki jednak powoli odpuszczają regularne wędrówki i próbują zimować na miejscu. Często się to udaje, o ile tęgie mrozy nie dopiszą. Narastający chłód ponagla. Wrota Dębowego Szlaku mienią się pastelą różu i purpury, wskazując kierunek powrotu do ludzkiego świata pól. Tunel zachwytu... podążam nim.
Po kilkunastu krokach zmuszony jestem przystanąć. Coś odzywa się tak ''sążniście'', że nie sposób ignorować dłużej. Wsłuchuję się w znajome już pufnięcia, ''kaszle'' i straszne nieco bulgoty gromady dzików. Co one tu o tej porze? Zaskoczyły mnie. Jest jeszcze ciut jasno, a wiem, że ruszają za żerem zazwyczaj kiedy zupełnie się ściemni. No nic. Widocznie ostatnio spokój w lesie, skoro zrobiły się tak beztroskie. Pękają łamane gałązki, tratowane wagą czarnych cielsk. Nie widzę ich, choć muszą być zupełnie blisko. Stoję w bezruchu, wiem jak doskonały słuch posiadają. Mam nadzieję, że przejdą z którejś strony przez drogę.
- Fuuchhh, buchhhh! Jest coraz bliżej. Widzę! Ścieżką podąża młoda loszka. Idzie prosto do miejsca, na którym stoję. Instynktownie rozglądam się... za jakimś drzewem. Pojawia się lekka adrenalina. Serce wali w rytm dzwon - młot. Zwykle moje spotkania z dzikami mają charakter nocny, a teraz jeszcze w blasku zorzy zachodu rozróżniam kunszt jej umaszczenia. Od spodu srebrno szara, z bardziej ciemno brązowym ku górze. Taka piękna. Reszty stadka nie widzę, ale wraz z jej pojawieniem się na widoku przestaję je słyszeć. Czyżby sama robiła tyle hałasu? Buchtuje łagodnie, prując mokre liście siłą ryja, przy którym widnieje jaśniejsza łatka. Oddycham płytko, szybko. Jest jakieś 2 metry ode mnie i zachowuje się jakbym nie istniał. Ale dziki takie właśnie są. Nieco gapciowate, pogrążone w swoim świecie zwłaszcza podczas jedzenia. Słyszę jak chrupią żołędzie w pyszczku. Wtem drga lekko i spogląda na mnie. Czujne uszy rozkładają się wachlarzem jak u słonia... Dostrzegam odcinające się pędzelki sierści jeszcze. Napięta, iście szczęśliwa chwila i decyzja ułamków sekund - spłoszy się czy nie? Wygrywa mój spokój i bezruch, bardzo już opanowany w takich momentach. Ubrany jestem na moro i szaro. W narastającym mroku nie różnię się od otoczenia. Ale zapach. Widać żołędzie i ziemia pachną jej mocniej. Wbija ryj w dół i wywraca z finezją opadłe liście. Mnie ogarnia spokój. Jeszcze krok... jest wielkości dorosłego owczarka niemieckiego. Może ciut mniejsza. Kawałek przede mną robi mały skręt i tupta ścieżką w kierunku starych dębów, do kolejnych ławic obfitości gorzkawych żołędzi. Taki prezent na koniec spaceru! Dawno dość nie widziałem dzika tak wyraźnie i z takiego bliska. Uff! Dziękuję jej za pojawienie się na mym szlaku. Dębowym szlaku tajemnic, życia i szczodrych Drzew.
Aktywność dzików, to dla mnie znak, że nie ma tu już coś zostawać dłużej. I nie dlatego, że się ich boję. Swoje zobaczyłem, i z uśmiechem przeżyłem. Tyle mi wystarczy. W ciemności i tak za wiele bym nie zobaczył. Wzajemny szacunek. Ja swój wyrażam im poprzez pozostawienie ich pory aktywności w spokoju leśnego świata. Każdy ma tutaj swoją właściwą chwilę.
Kiedy staję po zachodzie słońca na polu pod lasem, horyzont oświetla mi różowo - żółta poświata. Zwrócony twarzą do leśnych braci, dziękuję im za wszystkie cuda, jakie podczas krótkiego przecież wypadu zaistniały między mną a nimi. I już się wzruszam. Czym sobie zasłużyłem na takie dary? Ten bliski lis to już bogactwo, a jeszcze to i tamto... Kłaniam się do ziemi, w podziękowaniu za przeżyte chwile i bogate widoki ofiarowane. Drzewa wiedzą i czują, co we mnie. I za każdym razem mam wrażenie, że dzieje się więcej i głębiej. Smukłe sosny odpowiadają widocznym jeszcze drżeniem zielonych wierzchołków. Jakby machały na pożegnanie. Ja pozostaję już po raz któryś w błogim zdumieniu, a w duszy zapisały się kolejne najpiękniejsze chwile z doświadczeń tego wcielenia.
W posrebrzystym blasku, zaległo tchnienie kryształowej ciszy.
Zwiewna Dusza Mgieł, jak co wieczoru rozpostarła majaczące ramiona nad lustrem szarej strugi
Wiatr i poszepty zwiewne dawno zgasły. A ona... gęstniała, nabierała w bezwładzie ulotnej mocy. Jej to czas był.
W pomrocznej ciszy otchłani rozpoczęła subtelne panowanie.
Niesforne igliki szuwarów, co i raz rozdzierały falujące ciało. Otoczyła miękko samotną sosnę. Na szpilkach zamigotały zwierciadła kropel.
Sunęła i czyniła świat głuchym, stłumionym, bladym, niewidocznym. Już nie krzywdziły jej gałęzie. Otulone mlecznym kożuchem, spały cicho.
Mokre cienie, gwarzyły rytmem kropel. Dusza mgieł skryła gwiazdy. Zniknęły migocące ich białe iskry.
Dumna, spiesznie urządzała swe delikatne królestwo zaklętym w powłóczysty opar.
Senny wiatr uśmiechnął się. Leniwym tchnieniem, porwał Duszę w pląsy taneczne.
Ona nie chciała...
Wnet rozwiało się marzenie. Misternie utkany złudzeniem świat, odszedł w zapomnienie.