PROLOG
Cień z lustra
Szepty trwały.
Niepewnym krokiem przemierzałem rozjaśniony porankiem las. Chłód, który zagościł tu w nocy, teraz ustępował miejsca przyjemnemu ciepłu promieni wschodzącego słońca, skrzących się w kroplach rosy na mchu i pajęczynach. I słyszałem je, te ciche szepty, jak delikatny szum liści dotykanych przez wiatr.
Nie byłem pewien, jak długo już tak szedłem. Czas jakby przestał istnieć i nie miał żadnego znaczenia. Nie tutaj, nie teraz. Ten ranek zdawał się trwać od zawsze i nigdy nie kończyć.
Przez głowę przemknęła mi myśl, że śnię, ale szybko ją odrzuciłem. Dlaczego miałbym tak myśleć?
Wiedziałem dokąd idę, znałem tę drogę. Ten las towarzyszył mi od zawsze. Znałem dotyk szorstkiej kory drzew, melodyjne ćwierkanie ptaków, choć nigdy żadnego tu nie widziałem. Zapach wilgoci, mokrego runa i natury wypełniał nozdrza i trafiał wprost do płuc. Pomiędzy nimi radośnie biło serce, przepełnione szczęściem. Uwielbiało, gdy odwiedzałem to miejsce. Czuło się spokojne i bez trosk. A czułem to też i ja.
Dotarłem do polany usłanej kwiatami, która zdawała się idealnym okręgiem w samym centrum lasu. Tutaj słońce docierało w pełni i ogrzewało moją skórę. Musiałem zmrużyć oczy. Na łące dostrzegłem kogoś jeszcze i przyłożyłem dłoń do czoła, by rażące promienie nie oślepiały mnie aż tak.
Wśród kwiatów siedziała Emma. Straciłem na chwilę oddech, gdy serce podskoczyło. Wyglądała jak nimfa, boginka, rusałka, wróżka... Wspaniała istota nie z tego świata. Miała na sobie letnią, błękitną sukienkę, bardzo lekką i odsłaniającą jej bladą skórę pokrytą piegami. Otaczała ją mistyczna aureola.
Ruszyłem w jej stronę, pozwalając sobie zerwać stokrotkę po drodze. Emma uniosła wzrok znad książki, którą czytała i uśmiechnęła się niczym anioł. Opadłem przy niej na kolana, wbijając się nagą skórą w trawę. Odgarnąłem rudy kosmyk włosów z twarzy Emmy i ofiarowałem jej stokrotkę. Przyjęła ją i zamknęła książkę.
- Dziękuję - powiedziała cicho i wsunęła kwiatek za ucho.
W odpowiedzi pocałowałem jej usta. Smakowały malinami.
Położyliśmy się, patrząc na siebie i niebo. Emma wróciła do czytania, a ja po prostu ją obserwowałem. Jej oczy chłonęły tekst a wiatr bawił się jej włosami. Mógłbym jej wybudować kościół, wystawić pomniki i stworzyć całą religię wokół niej. Chciałem przyjmować komunię z jej dłoni i czcić jej wspaniałość na mszach, kłaniać się w uwielbieniu i chwale. Jak to możliwe, że w drugim człowieku objawia się boskość?
- Kocham cię - szepnąłem do niej, zamykając oczy. Delektowałem się jej obecnością, jej przyjemnym oddechem.
Gdy uchyliłem powieki, nikogo obok mnie nie było. Zaniepokojony usiadłem i rozejrzałem się po łące. Po Emmie nie było nawet śladu. Niepewnie i powoli dźwignąłem się na nogi, a moje serce wypełnił niepokój. Szepty wciąż grały w mej głowie, ale teraz wyczułem jeden konkretny, nawołujący mnie rytm.
Ruszyłem z powrotem do lasu, który stracił czar. Podobnie jak w moim sercu, wyczuwałem w nim panikę. Wydarzyło się coś niedobrego, ale jeszcze nie wiedziałem co. Szepty jednak mnie prowadziły.
I wtedy odnalazłem najdziwniejszą rzecz, jaką kiedykolwiek widziałem w lesie. Zaczynała się normalnie, bo od wielkiego i grubego drzewa, które musiało mieć już kilka wieków. W ciągu tego czasu wypuściło wokół siebie potężne korzenie, a te zdawały się nie mieć końca. Łączyły się z korzeniami innych drzew i przeplotły się z nimi w ciągu kilkusetletniego tańca.
Rozłożysta korona prawie całkowicie zasłaniała dostęp do nieba, pozwalając jedynie kilku intensywniejszym pasmom świetlistych promieni przecisnąć się przez liściasty baldachim.
W pniu drzewa znajdowała się dziupla, wysoka prawie jak ja, szeroka na wyciągnięcie ramion, okrągła. Nie zionęła jednak ciemnością, tylko wypełniona była... szkłem?
Nie.
Lustrem.
Wtopionym w korę drzewa, wciśniętym jak w plastelinę. Przyglądałem się mu przez jakiś czas, próbując dociec, jak się tam znalazło. Ktoś je wstawił? Wymierzył idealnie dziuplę i wsunął delikatne szkło? Nie. Prędzej uwierzyłbym, że lustro stało tu pierwsze, a drzewo, rosnąc, otoczyło je swoją ramą.
Lustro musiało być równie stare, jak okalające je drzewo, a jednak nie miało żadnych rys, uszczerbków ani choćby krztyny brudu. Zbliżałem się do niego ostrożnie, nie będąc pewien, czemu szepty prowadziły mnie właśnie tu. W końcu zobaczyłem swoje odbicie. Niepewny ja podchodziłem do zwierciadła, przyglądając się sobie. Szepty kontynuowały nawoływanie.
Zatrzymałem się i jedynie wyciągnięcie ręki dzieliło mnie od tafli.
Odbicie było wyraźne, jakby stała tam druga osoba. Uniosłem dłoń, a lustrzany Jan zrobił to samo. Uśmiechnąłem się, lecz ku mojemu zdziwieniu, odbicie pozostało poważne. Drgnąłem, zaskoczony. Teraz, gdy się mu przyjrzałem, choć wyglądał jak ja, przypominał raczej wrak człowieka. Odbicie było wychudzone, blade, z fioletowymi sińcami pod oczami i w obszarpanym ubraniu.
Żałosny Jan w lustrze spojrzał w bok, jakby się wstydził swego wyglądu. Podrapał się nerwowo po dłoni, siląc się na uśmiech. A jednak dostrzegłem w jego oczach skrywany ból i strach.
- Kim jesteś? - zapytałem. - Słyszysz mnie? - dodałem, gdy odbicie nawet nie uniosło głowy. - Mogę ci jakoś pomóc?
I wtedy złapało się za twarz i krzyknęło przeraźliwie, jakby ktoś zadał mu niewyobrażalny ból. Również krzyknąłem, widząc, jak moją twarz rozdziera grymas cierpienia. Z oczu popłynęły łzy, gdy Lustrzany Jan złapał się za włosy, jakby próbował je wyrwać. Szamotał się i bełkotał jakieś słowa bez sensu.
Aż w pewnym momencie zamachnął się i uderzył w lustro, które pękło, jakby było cienkie, niespełna milimetrowe. Kawałki szkła poleciały w moim kierunku i osłoniłem przed nimi twarz w ostatniej chwili. Słyszałem trzask tłuczonego szkła gdy rozsypało się wokół mnie po korzeniach i glebie. A potem zapadła cisza.
Rozejrzałem się. Stałem wśród tysięcy drobnych odłamków, a każdy z nich odbijał niebo i drzewa. Żaden z nich, o dziwo, nie zranił mnie. Odłamki po prostu mnie ominęły. Stojąc w kałuży szkła i odbić, zachwyciłem się pięknem tego obrazu zniszczenia. Potłuczone fragmenty lśniły i dekorowały las, rozpraszając światło.
Gdy spojrzałem ponownie na miejsce, w którym przed chwilą znajdowało się lustro, drzewo zionęło wielką, ciemną wyrwą w swoim wnętrzu. Przez moment nic się nie działo, aż z ciemności wysunęła się równie czarna dłoń, w której płonął fioletowy ogień. Wraz z nią, o dziwo, nadciągnął chłód, który wiał z wnętrza wprost na mnie. Z krzykiem wycofałem się spod drzewa, w którym teraz dostrzegłem jarzące się, jak dwie płonące okrągłe monety, oczy.
Krzyknąłem.
ROZDZIAŁ PIERWSZY
Przebudzenia
14 maja, wtorek
Jan Głos uchylił powieki, czując delikatnie szczypanie w oczach, jakby zbierało mu się na płacz. Zdezorientowany tym uczuciem, pozwolił sobie na kilka minut leżenia w łóżku i wpatrywania się w sufit. Powoli docierały do niego dźwięki rzeczywistości: trzeszczenie desek w drewnianym domu, ujadanie psa po drugiej stronie ulicy, bzyczenie namolnej muchy gdzieś przy szybie oraz zraszacze do trawy, włączane automatycznie u sąsiadów.
Powietrze wlewające się przez otwarte okno było chłodne i rześkie. Niebo przechodziło z granatu i fioletu w róż i złoto. Ptaki rozśpiewały się w najlepsze, a ich głośne, przenikliwe trele dzwoniły w uszach. Ktoś chodził po kuchni i właśnie zdejmował gwiżdżący czajnik z palnika. Możliwe, że któraś z ciotek już wstała i miała ochotę na bardzo wczesne śniadanie. Jan obstawił ciocię Agnieszkę, dla której nadarzyłaby się również okazja, aby się wymknąć i zapalić papierosa bez osądzającego spojrzenia sióstr. A może to jednak babcia? Zaliczała się do rannych ptaszków. Czasami ruszała na poranną mszę, o ile czuła się dobrze.
Jan przeciągnął się i odrzucił kołdrę. Wiedział, że już nie zaśnie, usiadł więc na łóżku, którego sprężyny zatrzeszczały głośno pod wpływem ruchu. Przez chwilę pozwolił sobie na rozmyślanie o tym, co mu się śniło. Miał nieodparte wrażenie, że to było coś istotnego, ale nie potrafił złożyć obrazów w jeden sensowny ciąg. Gdy już się pojawiał, brakowało słów, by go opisać, a potem wszystko znikało jak za mgłą. Sen ulatywał wraz z poranną świadomością.
Wychodząc z łóżka, Jan przeciągnął się ponownie. Usłyszał przy tym, jak strzykają mu kości. Przez głowę przemknęła mu wizja porannej gimnastyki, ale szybko zbył tę myśl śmiechem.
Poszedł za to do otwartego na oścież okna i wyjrzał przez nie, pozwalając się rozbudzić chłodnym powiewom wiatru. Pod nim rozciągał się rodzinny ogród Dąb-Głosów, w którym hodowano warzywa, zioła, a także jabłonie, grusze, śliwy, czereśnie i wiśnie. Ich mały sad. Najdorodniejsza była jabłoń, która już zdążyła zakwitnąć, w żarze słonecznych promieni. Noce jednak nadal były zimne, ale Jan wykorzystywał to, aby wywietrzyć pokój, który za dnia wypełniała duchota.
Dalej, za ogrodem aż do lasu, rozciągała się łąka. Należała do jednego z sąsiadów rodziny Głosów, który nie miał nic przeciwko temu, aby inni mieszkańcy Księżyna wykorzystywali ją jako przejście na skróty do innej części wsi lub czasem po prostu zbierali na niej ładne kwiaty do domu. Gdy byli młodsi, Jan ze starszą siostrą Mają, chodzili na łąkę i łapali koniki polne lub bawili się w chowanego, kryjąc się w wysokiej trawie i kwiatach.
Chłopak usłyszał ciche trzaśnięcie, które wyrwało go ze wspomnień.
Czując przyjemny chłód, schylił się, by sięgnąć do wielkiego kufra stojącego pod parapetem. Otworzył go i przełożył kilka zimowych swetrów (wydziergała je babcia), a następnie wyciągnął srebrną pozytywkę.
Grające pudełko ozdobiono wizerunkami drobnych liści i gałęzi, wyglądających, jakby wiatr strącił je z drzew i ktoś postanowił to uwiecznić. Urządzenie samo w sobie wydawało się niegroźne, ale tak naprawdę mechaniczna pozytywka połączona była z demonem - Lichem. Ten demon nieszczęścia mógłby odzyskać wszystkie swoje moce, gdyby Jan nie nakręcał urządzenia.
Jan dopiero po otrząśnięciu się z pierwszego szoku związanego z pozytywką, zrozumiał, że maszyna działała kompletnie na odwrót niż wszystkie mu znane. Nakręcona, nie grała, co może wcale nie było aż tak dziwne, skoro urządzenie powiązane zostało z demonem.
Młody szeptun nasłuchiwał, trzymając pudełko w dłoniach. Przeważnie, gdy wyjmował je z kufra, Licho pojawiało się, by rzucić kilka ciekawych uwag, opowiedzieć, jak minął mu dzień oraz przypomnieć o konsekwencjach, jakie wiązały się brakiem przestrzegania zasad pozytywki. Za każdym razem Jana przechodził dreszcz, gdy przypominał sobie, iż Licho mogłoby bez problemów spalić jego dom, gdyby tylko odzyskało wszystkie moce.
Dziś jednak Licho się nie pojawiło. Z mieszaniną ulgi i niepewności Jan nakręcił mechanizm i schował pozytywkę ponownie pod swetry.
Nim opuścił pokój, wsunął bose stopy w kapcie przedstawiające dwa uśmiechnięte wieloryby. Dostał je jakiś czas temu od Mai.
Zszedł po drewnianych, wytartych schodach na parter, skąd od razu udał się do kuchni. Wbrew swoim przypuszczeniom, w pomieszczeniu zastał ciocię Urszulę siedzącą smętnie nad filiżanką kawy. Uniosła wzrok, przyglądając się siostrzeńcowi.
- Dzień dobry - przywitał się z uśmiechem.
- Dzień dobry. Co tak wcześnie na nogach? Przecież jesteś już po maturach, prawda?
- Zgadza się. Ostatnią miałem w zeszły piątek - potwierdził i otworzył lodówkę. - Co za dziwna zależność... Gdy chodziłem do szkoły, ledwo mogłem wstać na ósmą, a teraz jest kilka minut przed szóstą i czuję się świeży i wypoczęty.
- Zazdroszczę - odparła ciocia. - Ja nie mogłam dziś zasnąć. Przekręcałam się z boku na bok i nic. Koło trzeciej się poddałam i sięgnęłam po książkę, ale i ona nie pomogła.
- A co czytałaś?
- Jedno z tych popularnych romansideł - wyznała. - Wilcze i zmysłowe oblicze drwala. To chyba nie jest literatura dla mnie.
Jan spojrzał na ciotkę szczerze rozbawiony.
Każda z pań w tym domu zarzekała się, że nigdy nie weźmie do ręki żadnej z powieści anonimowej autorki podpisującej się jedynie inicjałami A.B. Ostatnio zyskała niezły rozgłos, pisząc rozmaite romanse z występującymi w nich istotami ze świata nadprzyrodzonego. Lecz w domu Jan natknął się już na Kuszące i krwawiące serce Rozalii, opowiadające o miłości do wampira, Bezcielesne rozkosze Lorda von Hamelschmitz, mówiące o romansie z duchem, a także Fale namiętności Władcy Oceanów, które opisywały uczucie do trytona. Nikt tego nie lubił, wszyscy uważali je za stek głupich romansideł, a jednak jakimś cudem książki pojawiły się w domu.
- Naprawdę? Ze wszystkich książek jakie mamy w domu, sięgnęłaś po Wilczego drwala, który, jak jedynie mogę przypuszczać, traktuje o romansie z wilkołakiem?
Ciotka zarumieniła się delikatnie, ale zachowała poważny wyraz twarzy.
- Wilcze i zmysłowe oblicze drwala - poprawiła go, ignorując jego złośliwy uśmieszek. - A zresztą nieważne. I tak mi się nie podobało. Dlaczego ty nie śpisz?
- Miałem dziwny sen. - Wzruszył ramionami, przeglądając zawartość lodówki. - Nie pamiętam go, ale wiem, że był dziwny. Nie cierpię tego uczucia, gdy nie mogę sobie przypomnieć, o czym śniłem. To prawie jak próba złapania wiatru czy coś w tym stylu. Chciałem zabrzmieć poetycko - dodał wyjaśniając.
Utkwiła w nim zmęczone spojrzenie.
- Podczas mojej podróży poznałam w Katowicach czarownicę, specjalistkę od snów. Joannę Sonnenberg - dodała takim tonem, jakby była pewna, że jej siostrzeniec wie, o kim mówi. Ten jednak pokręcił głową przecząco. - Ech, twoja siostra ma rację, Jan. Powinieneś się bardziej zainteresować tym, co się dzieje na świecie. To wiedza podstawowa.
- Mówicie o czarownikach i czarownicach, jakby były jakimiś gwiazdami. Skąd mam o tym wiedzieć? Nie mamy tu Internetu, a czarodziejskie magazyny plotkarskie nie istnieją.
- Oczywiście, że istnieją.
- Istnieją?
- Och, Jan. - Pokręciła głową. - Wasza matka postawiła na to, abyście otrzymali szkolenie wyłącznie w dziedzinie bycia szeptuchami.
- Jest mniej nowoczesna niż ty - przyznał. Wygrzebał twarożek i sięgnął po kromki chleba. W drodze do stołu włączył czajnik, by zagotować wodę na herbatę. - Ale była naprawdę dobrą nauczycielką. Ona, babcia i ciocie. Naprawdę się starały.
- Tak, wiem. Nie można im niczego zarzucić. Tyle, że świat jest znacznie większy niż Księżyno - powiedziała spokojnym tonem.
- Nie mam nic przeciwko siedzeniu tutaj. Nawet nie jestem fanem poznawania nowych osób albo uczestniczenia w wielkich wydarzeniach.
- A Czarodzielnica? - zapytała podstępnie.
Na początku maja w Puszczy Białowieskiej odbyła się Czarodzielnica - wielkie święto powitania wiosny i ciepła. Cała rodzina Dębów i Głosów wzięła w nim udział, a towarzyszyła im dwójka przyjaciół Jana, Emma i Arnold. Szeptun musiał przyznać sam przed sobą, że wiele lat czekał na możliwość wzięcia udziału w obrzędzie, ale głównie ze względu na rangę wydarzenia, a nie chęć do tańców lub zabawy. Trudno jednak było nie poddać się skocznej melodii bębnów i harfy. W efekcie następnego dnia Jana bolały nogi od tańca.
Od tańca oraz od tego, że w pewnym momencie impreza została przerwana przez gęstą mgłę, która wypłynęła z lasu, pochłaniając wszystkich bawiących się pomimo ich prób ucieczki. Jan doskonale pamiętał, jak ta cicha anomalia zawłaszczała kolejne metry, rozpychając się między drzewami.
Gdy mgła złapała również i Jana, szukał rodziny, ale w pewnym momencie...
Właśnie. Co, w pewnym momencie?
Jan wiele razy się nad tym zastanawiał i próbował odszukać wspomnienia, ale widział jedynie biel, jakby kawałek jego historii został wyrwany z głowy. Uczucie irytacji, jakie wywoływała ta plama bieli, można było porównać do złości na widok brakującego elementu w puzzlach.
- Nie tylko ty cierpisz na drobne zaniki pamięci. - Ciocia wyrwała Jana z zamyślenia. Przyglądała mu się uważnie, odgadując, co chodzi jej siostrzeńcowi po głowie. - Pamiętam tylko mgłę. I tyle. Potem szukaliśmy was w lesie, gdzie uśpionych przyniosły was białe, magiczne zwierzęta z Solitudincor. Dobrze to wymawiam?
- Tak.
- Skąd znasz tę nazwę?
- Emma mi ją powtórzyła. A mi wydawała się znajoma, więc... Musiałem ją gdzieś usłyszeć. Emma twierdzi, że to z łaciny lub francuskiego albo włoskiego. Samotne Serce.
Ciocia zamyśliła się, a Jan zabrał się za jedzenie śniadania - twarożku polanego miodem. Delektował się połączeniem kwaśnego i słodkiego smaku, a Urszula wyglądała na coraz bardziej skonsternowaną.
- Cokolwiek się wydarzyło, zapomnieliśmy o tym. Może to i lepiej? - zasugerowała niepewnie, głównie po to, by odciągnąć myśli Jana od potencjalnej chęci wpakowania się w tarapaty. - Młody człowiek mnie słyszał? - zapytała. - Może. To. I. Lepiej.
- Rozumiem, rozumiem. Załapałem. - Uniósł kciuk i wcisnął całą kanapkę z twarożkiem do ust.
?
Oczy Licha drgnęły i medalion ześlizgnął się z jednej z powiek.
Ktoś, kto obserwowałby demona z boku, uznałby, że właśnie wybudzał się z drzemki, ale prawda wyglądała inaczej: Licho nigdy nie spało. Nie miało takiej potrzeby, a sen był zbyt ludzki i nieosiągalny dla demonów. Wszak nie mogły one mieć marzeń, więc nie potrafiły śnić uwięzione w świecie ludzi.
Licho wyprostowało się na wygodnym fotelu. Rozejrzało ponuro po księgach, leżących przed nim. W domu Róży Lutnik znajdowało się dużo ciekawych tomów, ale nie tych, których poszukiwało, a czytanie ich bez końca nie uśmiechało się demonowi. Tym bardziej, że część zapisków wiedźmy zniknęła i nie wiadomo, co się z nimi stało. Nawet nowe moce, pozyskane ostatnio przez Licho, nie pomogły. Pobawiło się chwilę trójkątnym medalionem, które przyczepiło do ucha, tworząc swoisty kolczyk na długim łańcuszku.
Nie, tutaj nie znajdzie odpowiedzi, których szuka. Splunęło na blat, poprzestawiało kilka ksiąg, aby nie były ułożone alfabetycznie i opuściło bibliotekę.
?
Emma Cygner nie spała już od godziny i poświęciła ten czas na zbędne rozczesywanie rudych włosów (nigdy nie udało jej się ich ładnie ułożyć) oraz poranną toaletę. Nie wiedziała, co zrobić z myślami, które zdawały się bardziej pokręcone niż jej włosy po kilku godzinach niepewnego snu. Była też zła na siebie, że nie pamiętała o czym śniła. I nie był to pierwszy taki przypadek. Po prostu myśl jej uciekała, gdy tylko miała ją złapać.
Denerwowało ją również to, że obudziła się tak wcześnie, a bardzo lubiła sobie pospać, zwłaszcza że jej szkoła znajdowała się pięć minut piechotą od mieszkania, w którym żyła jedynie ze swoim dziadkiem. Ostatnio byli w dość napiętych stosunkach, bo odkąd Emma poznała się bliżej z rodziną szeptuch oraz samym Janem, coraz częściej wpadała w kłopoty lub znikała na całe dni bez słowa. Tylko bystry umysł i zdolności negocjatorskie pomogły jej uniknąć znacznie większego szlabanu, niż by to było wskazane. Nie lubiła wykorzystywać słabości dziadka do jedynego żyjącego członka jego najbliższej rodziny, ale nie chciała też zostać uziemiona do osiemnastych urodzin.
O dziwo, dziadek Władek nie był na nią aż tak zły, jakby mogła się tego spodziewać. Wszystko wskazywało na to, że powstrzymuje się od złości, a Emma nie potrafiła rozgryźć dlaczego. Kochał ją, to pewne, ale potrafił okazać surowe oblicze. A gdy chodziło o rodzinę Jana, nie umiał, nie chciał lub nie mógł być tak stanowczy, jakby tego chciał. Temat szeptuch zawsze ucinał, co Emma uważała za podejrzane, gdyż to właśnie Jan, szeptun z krwi i kości, pomógł przegonić z jej pokoju nawiedzającego ich demona.
Jej wzrok padł na ubrudzoną farbą ścianę a wspomnienia z tym związane były raczej nieciekawe - nawiedzający demon nie dawał jej spać, co doprowadziło ją do skrajnego wyczerpania, omamów i prawie śmierci. W amoku rzuciła fiolką z farbą i rozbiła ją o ścianę, a wtedy pomógł jej Jan i przepędził potwora, który ją nękał. Nie potrafił powiedzieć jakim rodzajem demona był, ale liczyło się to, że mogła spokojnie spać. Jan zapewniał, że to pomniejszy, nieszkodliwy upiór, z którym nawet on mógł sobie poradzić za pomocą ziół.
To było naprawdę dziwne, ale miała wrażenie, jakby znała Jana od dawna i nie było to ich pierwsze spotkanie. Mogła być absolutnie sobą, uaktywniając swoje dziwne zdolności, a on obserwował to zafascynowany i nakłaniał ją, aby owe umiejętności rozwijała. I chociaż znali się zaledwie kilka tygodni, ich znajomość szybko rozkwitała. Pocałunek w ogrodzie był... naprawdę czymś normalnym, jakby już od dawna wiedziała, że nastąpi. Trochę ją to zaskoczyło, bo nigdy nie uważała siebie za otwartą i przystępną osobę.
Czy Jan Głos mógł być jej bratnią duszą?
Rozległo się pukanie do drzwi. Emma narzuciła szlafrok na piżamę i zaprosiła pukającego do środka. Dziadek Władek jedynie wsunął głowę.
- Już nie śpisz? - zapytał, szczerze zdziwiony. Na jego twarzy pogłębiły się zmarszczki, gdy próbował sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz widział Emmę na nogach przed siódmą rano.
- Nie mogłam spać - odpowiedziała szczerze. - Zrobię nam śniadanie, dobrze?
- No, dobrze - powiedział powoli. - Na pewno dobrze się czujesz?
- Wszystko w porządku - zapewniła.
Mieszkanie znajdowało się tuż nad ich sklepem plastycznym Aplatinta, do którego prowadziły drewniane schody. Minęła je i dotarła do dużej kuchni, urządzonej w stylu żywcem wziętym z czasów komunistycznych, ale nie polityka tu grała rolę, a raczej sentyment jej dziadka do starych rzeczy. Bo to babcia Emmy decydowała o wystroju pomieszczenia.
Emma pamiętała, że gdy była młodsza, babcia zawsze budziła ją zapachem naleśników, które upodobała sobie na śniadanie. Uwielbiała dżemy, a jej ulubionym był truskawkowy.
Od śmierci babci nauczyła się sama gotować, bo wymagała tego sytuacja. Dziadek zajmował się sklepem, czyli ich utrzymaniem, a Emma zajęła się domem. Po krótkim czasie jej obowiązki również przeniosły się na sklep, ale sama tego chciała. Zauważyła, że praca odciąga ją od złych myśli, więc na niej się skupiła. Szkoła, opieka nad domem, pomoc w sklepie. Dzień w dzień. W wolnych momentach pozwalała sobie malować na płótnie, a wszystkich materiałów miała pod dostatkiem. Jej pokój powoli przerodził się w pracownię, przez co odnosiła wrażenie, że prawie nigdy nie wychodzi z pracy.
Taki układ jak najbardziej jej odpowiadał. Lubiła mieć wypełniony czas i bardzo nie lubiła go tracić. Nauczyła się już, że życie jest krótkie i kruche.
Jeżeli jednak miała wolne, delektowała się wykupionym pakietem seriali w Internecie, przeżywając losy bohaterów i komentując pod nosem ich działania. Głównie skupiała się jednak na scenografii i zdjęciach, bo to robiło na niej największe wrażenie i inspirowało jej artystyczną duszę. Możliwe, że właśnie przez oglądanie seriali się nie wysypiała, ale dwa sezony same się przecież nie obejrzą.
Emma zabrała się za przygotowywanie śniadania. Sięgnęła po starą patelnię, wyciągnęła z lodówki potrzebne składniki, w tym również wielki słoik dżemu. Często miała nieodpartą ochotę na coś słodkiego. Czasem piekła też ciasta, ale nie było to jej ulubione zajęcie. Desery nigdy nie były jej mocną stroną i podziwiała tych, którzy potrafili zrobić tort. Robiła za to wyborne zupy, a ostatnio zabrała się nawet za kuchnię arabską, która na szczęście zasmakowała dziadkowi.
Niestety, ostatnie upalne dni nie sprzyjały przygotowywaniu ciepłych dań, a stanie nad garami w dusznej kuchni nie było najprzyjemniejsze. Dzisiaj zresztą miała i tak pojechać po szkole do Jana, a w lodówce znajdowały się jeszcze resztki z wczorajszego obiadu, więc dziadek nie będzie głodny.
Właśnie wszedł do kuchni już ubrany i odświeżony. Resztka białych włosów była mokra i elegancko zaczesana grzebieniem. Dziadek zasiadł przy stole i obserwował uważnie wnuczkę.
- Naprawdę nic mi nie jest - zapewniła, gdy to dostrzegła. - Nie musisz się martwić.
- Ach, pozwól staremu człowiekowi trochę się o ciebie pomartwić.
- Dobrze, ale tylko wtedy, gdy sytuacja tego wymaga - poprosiła. - Robienie naleśników to nie jest sytuacja kryzysowa.
- A jak się sparzysz? - zapytał.
Posłała mu rozbawione spojrzenie.
- Zmieniasz się w babcię?
Zachichotali cicho. Babcia Emmy, Genowefa, była okropną panikarą i było to często przedmiotem żartów. Wtedy cmokała głośno i kręciła głową. Powtarzała często: "Zobaczycie, jak się coś stanie".
- Masz jakieś plany na dzisiaj? - Dziadek zmienił temat, gdy tylko ciepły naleśnik wylądował na jego talerzu.
- Po szkole pojadę do Głosów - powiedziała. - Pracujemy dalej z Janem nad Wielką księgą flory i fauny słowiańskiej.
Dziadek żuł naleśnik i nie skomentował pomysłu wnuczki na spędzenie popołudnia.
- O której wrócisz?
- Pod wieczór - odpowiedziała. - Obiecuję nie zniknąć.
- Po prostu... Uważaj na siebie, dobrze?
Ujęła jego pomarszczoną dłoń i uśmiechnęła się szeroko.
- Zawsze na siebie uważam. - Nachyliła się, aby pocałować go w czoło. - Kocham cię, dziadziusiu.
- Ja ciebie też, Emmo. Ja ciebie też.
?
Niedługo po tym, gdy Jan zjadł śniadanie, wrócił do pokoju, zamykając za sobą ostrożnie drzwi. Zasiadł przy małym biurku, na którym przeważnie kładł wszystkie szkolne podręczniki, teraz już niepotrzebne. Miał zamiar sprzedać je w antykwariacie.
Sięgnął po zużyty kołonotatnik, który dotychczas służył mu jako zeszyt do bezużytecznego przedmiotu, jakim były podstawy przedsiębiorczości. Przez cały rok zapisał zaledwie kilka kartek, bo nauczycielka z wielką radością olewała swoje obowiązki, traktując lekcje jako prywatną przerwę. Jan nie był pewien, czy chociażby pokusiła się o wytłumaczenie takich pojęć jak VAT albo podatek dochodowy, a zaliczenie przedmiotu polegało na rozwiązaniu krzyżówki z kilkunastoma hasłami. Dla ułatwienia uczniowie mogli mieć otwarte podręczniki, więc Jan i reszta uczniów ukończyli przedmiot z najlepszym wynikiem, nie znając różnic między popytem i podażą.
Może i Jan ubolewałby nad jakością tych zajęć, ale na szczęście ciocia Iza pracowała w księgowości i tłumaczyła mu wszelkie zagadnienia ekonomiczne.
Mniej więcej od początku maja, gdy tylko wrócił z Solitudincor i rozpoczęła się jego walka z niepamięcią, postanowił prowadzić dziennik snów. Odkrył bowiem, że najwięcej wspomnień wraca do niego tuż po przebudzeniu, choć nie zawsze. Niemniej od jakiegoś czasu poranki zaczął spędzać na zapisywaniu tego, co ze swoich snów pamiętał, a następnie, z pożyczonym od cioci Agnieszki sennikiem, próbował zrozumieć ich znaczenie.
Zadanie okazało się trudniejsze, niż mógł przypuszczać, ale wynotował już, że często śni o wodzie w różnej postaci: o jeziorach, morzu, rzekach, deszczu. Co więcej, w głowie utkwiła mu melodia, której nie potrafił sobie przypomnieć, jakby jego pamięć grała ją właśnie w snach.
Oraz litera "K". Przewijała się w snach równie często jak woda. Choć nie potrafił jej z nikim oraz z niczym utożsamić, wiele razy wybiegał o poranku z łóżka, by zanotować w notesie coś, co zaczynało się na "K", aby po chwili kompletnie o tym zapomnieć.
Notes powoli przybierał formę pamiętnika.
?
Nikt nie wiedział, dlaczego chłopiec o tak obiecującej przyszłości skoczył z dziesiątego piętra nieopodal popularnego technikum w Białymstoku. Stało się to głośnym tematem uczniowskiego życia, jak i lokalnych mediów, które równolegle z policją przeprowadzały śledztwo. Na początku dopadły wychowawczynię klasy, która zalana łzami zapewniała, że z Klaudiuszem było wszystko w porządku. Nie dość, że uchodził za najzdolniejszego ucznia, to na dodatek nigdy nie narzekał na brak znajomych. Przeciwnie, otaczał się sporą grupą przyjaciół, co potęgowało jeszcze zagadkę, czemu zdecydował się na taki właśnie drastyczny krok.
Oczywiście w takich momentach pojawia się wiele spekulacji. Uczniowie debatowali na temat źródła myśli samobójczej. Co odważniejsi mówili, że to nie było samobójstwo, a starannie zaplanowane morderstwo. Ale nawet jeżeli tak było, kto był wrogiem przyjacielskiego, serdecznego i przystojnego młodego człowieka?
Dlaczego ktoś chciałby zabić uśmiechniętego nastolatka?
Policja nie potrzebowała dużo czasu, aby ostatecznie stwierdzić samobójstwo, a tym samym rodzina i znajomi musieli się zderzyć z ponurą rzeczywistością - ich ukochany syn, wierny przyjaciel, zdolny uczeń, postanowił się zabić, nie zostawiając żadnego słowa ani wskazówki, dlaczego postanowił zakończyć tak swoje życie.
Natychmiast podniosła się dyskusja o stanie psychicznym nastolatków oraz o systemie edukacji, który nie miał tu nic do rzeczy, ale niektórzy byli pewni, że stres związany z maturami doprowadził chłopaka do depresji. Rzekomo znana pani psycholog, która była wątpliwej jakości ekspertem, oznajmiła w wywiadzie, że to oczywiście wina nauczycieli oraz rodziców, którzy spędzając najwięcej czasu z Klaudiuszem, nie dostrzegli u niego myśli samobójczych. Istniało jednak pytanie: jak dostrzec myśl? Usłyszawszy pytanie reportera, pani psycholog sprostowała, że miała na myśli tendencje.
Ostatecznie najbardziej poruszeni śmiercią chłopaka byli uczniowie w szkole, którzy odcięli się od głupich dyskusji dorosłych i przeżywali ból najszczerzej, jak tylko potrafili. Nie winili nikogo, poza sobą. Przyjaciele z kółka chemicznego byli najbardziej przybici, bo z Klaudiuszem spędzali najwięcej czasu poza lekcjami, a łączyła ich wszystkich pasja dotycząca nauki, eksperymentów i reakcji chemicznych. Klaudiusz po prostu kochał chemię. Bez problemów pomagał w niej każdemu, kto o to poprosił.
Dzień po tym okropnym wydarzeniu uczniowie zbierali się i ustawiali znicze w miejscu, gdzie jeszcze wczoraj leżało ciało Klaudiusza.
Według relacji starszej pani, która mieszkała na parterze tego bloku, najpierw rozległ się krzyk, a potem głuche uderzenie o ziemię. Ponieważ z natury należała do ciekawskich osób, podeszła do okna, aby sprawdzić, co się wydarzyło. Nim mogła powtórzyć policji, co zobaczyła, minęło kilkadziesiąt minut, bo nawet podane leki nie pomogły jej się szybko uspokoić. Choć roztrzęsiona rozwlekała swoją relację, wszystko sprowadzało się do tego, że na chodniku przed blokiem zobaczyła ludzkie ciało, nienaturalnie wygięte, nieruchome, powoli tonące we krwi.
Funkcjonariusze znaleźli otwarte okno na dziesiątym półpiętrze, a zaraz obok plecak z podręcznikami do przedmiotów, które Klaudiusz miał tego dnia w szkole. Biologia, chemia, matematyka, dwie godziny języka angielskiego i dwie godziny wychowania fizycznego. A potem jeszcze dodatkowe zajęcia z francuskiego, ale już poza szkołą. Marzył o studiach w Paryżu, planował tam pojechać po liceum. Jako jeden z nielicznych chciał zdawać ten język na maturze.
Chociaż książki przewertowano i zajrzano do każdej kieszeni plecaka, nie znaleziono listu pożegnalnego. Toteż nie zdołano odtworzyć przebiegu wypadków. Przepytano całą klasę i każdego w szkole, kto miał styczność z Klaudiuszem, gdy fatalnego dnia opuszczał budynek. Szkolna sprzątaczka przyznała, że widziała jak, nieco spóźniony na dodatkowe lekcje francuskiego wybiega przez główne drzwi. Zarejestrowały to również kamery i nie było nic nadzwyczajnego w pośpiechu nastolatka. Nawet gdy potknął się o stopień schodów, roześmiał się tylko, kręcąc głową nad własną niezdarnością.
Stąd pojawiało się pytanie, dlaczego dwadzieścia minut później chłopak leżał martwy na chodniku, jeden blok za szkołą. Wieści o samobójstwie dobrego kolegi dotarły do reszty uczniów dopiero następnego, bezczelnie słonecznego, drwiącego z ich nastrojów dnia. Wszyscy sposępnieli, a na korytarzach było jakby ciszej i spokojniej. Odwołano prawie wszystkie lekcje, bo atmosfera nie sprzyjała nauce i nie pomogła nawet tym, których dzięki decyzji dyrektora ominął trudny sprawdzian z fizyki.
Nim jednak uczniowie opuścili szkołę, zgromadzili się na specjalnym apelu, podczas którego dyrektor wygłosił krótką przemowę. Był to człowiek w podeszłym wieku, niektórzy wróżyli mu już rychłą emeryturę. Zawsze chodził w szarych marynarkach i pod krawatem, nawet w tak upalny dzień jak ten. Dziś miał czarny garnitur, na znak osobistej żałoby po stracie ucznia.
- Moi drodzy uczniowie - rozpoczął, zwracając się do swoich podopiecznych ze sceny audytorium. - Zapewne już wszyscy słyszeliście o wczorajszym wydarzeniu. Nasz dobry przyjaciel postanowił odebrać sobie życie - mówił głosem spokojnym, ale przepełnionym smutkiem. - Nie potrafię wyrazić słowami, jak jest mi przykro z tego powodu. Śmierć zawsze jest przygnębiającym momentem, który wciska w nasze głowy pytanie: dlaczego? Niestety nie cofniemy już czasu i nie uratujemy Klaudiusza, jednak możemy zrobić coś innego. Uratować siebie. - Popatrzył po zasmuconych obliczach uczniów. - Proszę was, jeżeli wśród was jest ktokolwiek, kto ma podobne myśli, niech się zgłosi do mnie lub kogokolwiek z nauczycieli. W takich momentach, pamiętajcie, nie istnieje między nami granica nauczyciel - uczeń. - Pedagodzy zgodnie pokiwali głowami. Wychowawczyni Klaudiusza wydmuchała cicho nos. - Wiem, że czasem złościcie się na nas, gdy dokładnie testujemy waszą wiedzę, podczas gdy moglibyście robić tysiąc innych rzeczy, ale taka jest nasza misja. Dziś, proszę was wszystkich, nie jako dyrektor, ale jak człowiek człowieka - na moment przerwał i wziął głębszy wdech. - jeżeli macie jakiś problem, przyjdźcie do nas, a pomożemy wam go rozwiązać. Dziękuję, to tyle - zakończył. - Możecie iść do domu. Pomyślcie dziś o Klaudiuszu. Wspominajcie go dobrze.
Emma szybkim krokiem ruszyła do wyjścia, nie oglądając się na rówieśników, a następnie dotarła do czerwonego Volvo zaparkowanego przed szkołą. Rzuciła na tylne siedzenie plecak ozdobiony przypinkami typu: "Kobiety Siłą Narodu", "To wszystko kiedyś runie" lub "Wierzę w magię". Zatrzasnęła drzwi i przetarła oczy, wiedząc, że nie powinna tak reagować. Musiała być silna i twarda. Przecież już miała do czynienia ze śmiercią, na Boga. Była na pogrzebie własnych rodziców, czy mogło być coś gorszego?
Może dlatego, że Klaudiusz chodził do jej klasy? Może dlatego, że jeszcze wczoraj pożyczał od niej długopis, uśmiechając się niepewnie? Może dlatego, że w zeszłym tygodniu pomógł jej na chemii rozwiązać wyjątkowo trudne zadanie dotyczące alkanów? Może dlatego, że wcale nie tak dawno był u niej i pożyczał zeszyt z notatkami z historii? Stał u niej w pokoju, realny, ciepły i żywy. Nawet został, aby zjeść obiad.
Może dlatego, że miał dopiero osiemnaście lat?
Rozpłakała się w samochodzie. Potrzebowała kilku minut dla siebie, aby przetrawić ból. Może to miało przynieść jej ulgę.
Odgarnęła włosy, otarła oczy i pomyślała o jedynej osobie, która teraz mogła jej pomóc. Odpaliła auto, włączyła radio, w którym zabrzmiała Björk, śpiewająca All is full of Love.
I ruszyła do Księżyna.