Szepty jeziora - Grażyna Mączkowska

Kup ebooka

46.90 zł
38.93 zł (39,87 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ 1

Każ­dego roku schy­łek lata mo­ty­wo­wał Sa­binę do więk­szej ak­tyw­no­ści na świe­żym po­wie­trzu. Paź­dzier­nik po­trafi być ka­pry­śny i by­wało już tak, że nie kon­ty­nu­ował pięk­nej wrze­śnio­wej aury, dla­tego za­nim na­sta­nie nie­przy­jemna je­sienna słota, ko­bieta wsia­dała na ro­wer nie tylko w dni wolne od pracy. Nie lu­biła jazdy w chło­dzie czy wie­trze, więc po­goda mu­siała być dla niej od­po­wied­nia. Z apli­ka­cją w te­le­fo­nie po­ko­ny­wała kil­ka­na­ście ki­lo­me­trów ścieżki ro­we­ro­wej, ale jeź­dziła rów­nież mniej ru­chli­wymi ulicz­kami i alej­kami par­ko­wymi. W nie­wiel­kim mie­ście miała swoje ulu­bione trasy.

Pierw­szy raz uj­rzała ją na ławce bli­sko miej­skiej plaży. Ko­bieta, z nieco zsu­nię­tymi na nos oku­la­rami w ró­żo­wych opraw­kach, była głę­boko za­czy­tana i na­wet na se­kundę nie unio­sła wzroku. Prze­jeż­dża­jąc obok, Sa­bina zwol­niła, po­nie­waż wi­dok osoby sku­pio­nej na lek­tu­rze za­wsze przy­ku­wał jej uwagę, nie tyle z po­wodu sa­mego czy­ta­nia, ile cie­ka­wo­ści ty­tułu. Nie udało się jej jed­nak go do­strzec, po­nie­waż książka, jak to zwy­kle bywa pod­czas czy­ta­nia, była za bar­dzo na­chy­lona w dół.

Sa­bina każ­dego roku po­chła­niała sporo po­wie­ści, dla­tego osoby czy­ta­jące w po­ciągu, na par­ko­wej ławce czy w in­nych miej­scach pu­blicz­nych nie­zmien­nie wzbu­dzały w niej za­in­te­re­so­wa­nie okładką. Czuła z nimi więź nie­wy­tłu­ma­czalną, bo prze­cież to byli obcy lu­dzie, o któ­rych nic nie wie­działa.

Okrą­żyła przy­je­ziorny park miej­ski i wró­ciła na ścieżkę ro­we­rową bie­gnącą rów­no­le­gle do brzegu je­ziora, my­śląc o za­czy­ta­nej ko­bie­cie. Nie­stety, już jej nie za­stała. Ławkę za­jęli trzej chłopcy w wieku szkol­nym, wszy­scy na­chy­leni nad te­le­fo­nem jed­nego z nich. Prze­krzy­ku­jąc się w ko­men­to­wa­niu, wy­bu­chali śmie­chem okra­szo­nym prze­kleń­stwami.

Wolno ru­szyła w stronę alejki bie­gną­cej pod oka­za­łymi drze­wami. Ogromne kasz­ta­nowce ob­fi­cie syp­nęły wo­kół sie­bie lśnią­cymi w słońcu kasz­ta­nami. Prze­je­chała tuż obok mło­dej ko­biety sto­ją­cej przy dzie­cię­cym wózku, wpa­trzo­nej w te­le­fon i prze­su­wa­ją­cej pal­cem po jego ekra­nie. Tym­cza­sem chło­piec, wy­glą­da­jący na dwu­latka, zbie­rał brą­zowe kulki, a każde zna­le­zione w tra­wie cudo z eu­fo­rią po­ka­zy­wał swo­jej ma­mie lub niani. Ta, bez spoj­rze­nia na malca, od nie­chce­nia wy­da­wała beł­ko­tliwy od­głos za­chwytu, wciąż za­ab­sor­bo­wana tre­ściami w te­le­fo­nie. Chło­piec naj­pierw zno­sił kasz­tany do spa­ce­rówki, a na­stęp­nie cier­pli­wie two­rzył z nich kop­czyk na traw­niku. Sa­bina zwol­niła i uśmiech­nęła się do dziecka.

- Piękne - z we­so­ło­ścią za­gad­nęła, prze­jeż­dża­jąc, a ono w ge­ście po­twier­dze­nia wy­cią­gnęło w jej kie­runku rączkę z kasz­ta­nem, wy­da­jąc ma­towy nie­ar­ty­ku­ło­wany dźwięk przez nos.

Tego lata Woj­tek prze­by­wał w sa­na­to­rium. Trzy­ty­go­dniowa roz­łąka smu­ciła Sa­binę, lecz jed­no­cze­śnie cie­szył ją jego wy­jazd, był prze­cież dla pod­re­pe­ro­wa­nia zdro­wia. W końcu to ważne dla nich obojga.

Po dłu­gich roz­mo­wach te­le­fo­nicz­nych z mę­żem i jego pre­zen­ta­cji przez ka­merkę pięk­nych za­kąt­ków uzdro­wi­ska obie­cali so­bie, że na­stęp­nym ra­zem już we dwoje po­jadą do zdro­jów. Pierw­szy raz w ży­ciu do­znali tak dłu­giej roz­łąki, dla­tego czas wolny od pracy spę­dzała na ro­we­rze, by nie sie­dzieć sa­mot­nie w domu, tym bar­dziej że cie­płe i sło­neczne po­po­łu­dnia za­chę­cały do ak­tyw­nego spę­dza­nia czasu.

W so­botę już z da­leka po­now­nie uj­rzała ko­bietę z książką. Sie­działa w tym sa­mym miej­scu co przed­tem i była tak samo za­czy­tana, jakby wo­kół niej ist­niał tylko świat z po­wie­ści, a nie ten re­alny. Sa­bina, przy­spie­sza­jąc, skrę­ciła w ścieżkę bie­gnącą obok ławki. I tym ra­zem prze­jeż­dża­jąca ro­we­rzystka nie za­in­te­re­so­wała za­czy­ta­nej nie­zna­jo­mej. Ta zer­k­nęła na otwartą książkę oraz ko­lo­rową za­kładkę le­żącą obok czar­nej to­rebki z krót­kimi rącz­kami i nie­spiesz­nie po­je­chała da­lej.

Na klom­bach i ob­wód­kach ale­jek kwi­tły róż­no­barwne ro­śliny, a gdzie­nie­gdzie wzno­siły się rzędy lub grupy wy­so­kich pió­ro­pu­szy ozdob­nych traw. Sa­bina lu­biła wolno prze­jeż­dżać po­mię­dzy roz­kwie­co­nymi po­ła­ciami parku. Wtedy spe­cjal­nie zwal­niała, by na­cie­szyć oczy przy­jem­nym kra­jo­bra­zem i wyż­szymi ro­śli­nami, le­ni­wie ko­ły­sa­nymi cie­płym po­wie­wem let­niego wia­tru. Czer­pała ogromną ra­dość z tego wi­doku, dla­tego przez park za­wsze prze­jeż­dżała ze spon­ta­nicz­nym uśmie­chem. Jej po­godę du­cha jesz­cze bar­dziej po­tę­go­wała myśl, że już na­stęp­nej je­sieni, jako eme­rytka, bę­dzie wolna od wcze­snego wsta­wa­nia oraz na­tręt­nego bu­dzika w ko­mórce. Wpraw­dzie me­lo­dię po­budki wy­brała so­bie naj­mil­szą dla ucha, za­czy­na­jącą się de­li­kat­nym plu­skiem pły­ną­cego stru­myka i sub­tel­nym śpie­wem pta­ków, ale te ko­jące od­głosy na­tury bar­dzo szybko na­bie­rały na­tę­że­nia i wcale nie były przy­jemne dla jej nie­roz­bu­dzo­nego jesz­cze słu­chu.

Nie­zna­jomą ko­bietę wi­dy­wała na ławce pra­wie każ­dego po­po­łu­dnia, jak zwy­kle z książką. Jej syl­wetka, ko­lor wło­sów i twarz tak bar­dzo utkwiły w gło­wie Sa­biny, że po­zna­łaby ją za­wsze i wszę­dzie. Za­pa­mię­tała na­wet kol­czyki, dla­tego od razu za­uwa­żyła, gdy któ­re­goś dnia z jej uszu zwi­sały inne - dłuż­sze i nie­zwy­kle ko­lo­rowe. Mo­gły być z tka­niny lub utkane z ni­tek, bo przed­sta­wiały żółte sło­necz­niki na tle nie­bie­skim jak po­godne niebo, a wszystko było oto­czone - być może - de­li­kat­nym dru­ci­kiem albo grubą srebrną nitką. Sa­binę tak bar­dzo urze­kły oso­bliwe cacka w uszach nie­zna­jo­mej, że w cza­sie każ­dego ko­lej­nego prze­jazdu obok ko­biety zwal­niała mak­sy­mal­nie, aby się przyj­rzeć, czy jej uszu nie zdo­bią nowe cuda. Nie­zna­joma z książką za­wsze była ubrana ar­ty­stycz­nie. Tak uznała ro­we­rzystka. Jej ob­fi­cie ufał­do­wana spód­nica w po­ło­wie za­kry­wała łydki. Na no­gach miała czer­wone te­ni­sówki z kwia­to­wym mo­ty­wem po bo­kach. Swe­terki lub bluzki no­siła tak nie­spo­ty­kane, że nie­moż­li­wym było ich kupno w ja­kim­kol­wiek skle­pie odzie­żo­wym w jej mie­ście. Sa­bina do­szła do wnio­sku, że ko­bieta za­opa­truje się w tak zwa­nych se­cond han­dach albo ko­rzy­sta z usług kraw­co­wej lub też sama so­bie szyje te pięk­nie i wy­myślne stroje. Jej bluzki za­zwy­czaj ozda­biały ha­fty, ko­ronki czy dra­po­wa­nia, a spodnie, w któ­rych ją spo­tkała in­nym ra­zem, były zwiewne i nie­zwy­kle ko­lo­rowe, z sze­ro­kimi nie­ob­szy­tymi no­gaw­kami. Czarna tka­ni­nowa to­rebka bar­dziej przy­po­mi­nała ple­cak z ma­leń­kimi kie­szon­kami. Oso­bliwy styl ko­biety od razu ujął Sa­binę, choć cie­ka­wiła ją rów­nież czy­tana lek­tura. Ładna twarz nie­zna­jo­mej wy­glą­dała nie­zwy­kle po­god­nie. Nie­ska­zi­telna, bez żad­nego piega, je­dy­nie od­po­wied­nio po­trak­to­wana cza­sem. Sa­bina do­my­ślała się, że mo­gły być w jed­na­ko­wym wieku. Włosy ko­biety w du­żej mie­rze opa­no­wało na­tu­ralne sre­bro, a Sa­bi­nie przez głowę prze­biegł po­mysł, by i ona po­zwo­liła już na do­bre roz­go­ścić się si­wiź­nie. Prze­cież Sa­bina do­bie­gała wieku eme­ry­tal­nego, czyli sześć­dzie­siątki, a siwe pa­sma są ta­kie oczy­wi­ste i nie­unik­nione na­wet dużo wcze­śniej, po pięć­dzie­siątce.

W so­botę Sa­bina do­stała spra­woz­daw­czy te­le­fon od Wojtka o cie­płych i przy­jem­nych bo­ro­wi­no­wych okła­dach, róż­no­rod­nych te­ra­piach oraz kom­plek­sie ba­se­no­wym z przy­jemną wodą ter­malną. Póź­niej zja­dła lekki obiad w po­staci wa­rzyw z pa­telni z brą­zo­wym ry­żem, przy­sia­dła, czy­ta­jąc kilka krót­kich roz­dzia­łów książki, i o zwy­cza­jo­wej po­rze wy­brała się na ro­wer. Ja­kiś we­wnętrzny im­puls po­kie­ro­wał ją naj­pierw nad je­zioro, a nie, jak za­zwy­czaj, na któ­rąś ścieżkę ro­we­rową pro­wa­dzącą da­leko za mia­sto. Ku jej ra­do­ści ko­bieta sie­działa i jak zwy­kle czy­tała. Uj­rzała ją już z da­leka. Znów sta­no­wiła ona barwną plamą na tle sto­no­wa­nych pia­sko­wych ale­jek uatrak­cyj­nio­nych przez klomby wrze­śnio­wego kwie­cia, wśród któ­rego do­mi­no­wał fio­let won­nej la­wendy. Tym ra­zem była w sze­ro­kiej wie­lo­barw­nej spód­nicy midi, choć wcale nie­ja­skra­wej. Wy­sta­wały spod niej nie­równe de­li­katne ząbki czar­nej ko­ronki. Na bia­łej płó­cien­nej bluzce ko­szu­lo­wej ład­nie pre­zen­to­wały się sznury drob­nych ko­ra­li­ków. Sa­bina na­gle - bo wcale tego nie pla­no­wała - wy­ha­mo­wała na wprost ławki i ze­szła z ro­weru.

- Dzień do­bry. Mogę się przy­siąść? - za­py­tała z uśmie­chem. - Ka­myk mi wpadł do buta.

- Oczy­wi­ście.

Nie­zna­joma pod­su­nęła czarną to­rebkę bli­żej sie­bie, cho­ciaż i bez tego zmie­ści­łyby się jesz­cze trzy tak szczu­płe osoby, i ge­stem za­chę­ciła, by ro­we­rzystka przy­sia­dła. Sa­bina do­piero z bli­ska za­uwa­żyła de­li­katne srebrne nitki wple­cione w tka­ninę to­rebki, co czy­niło ją ele­gancką.

Spoj­rzały so­bie w oczy, po czym Sa­bina na­tych­miast zer­k­nęła na okładkę za­mknię­tej książki. Spo­częła ona na ko­la­nach ko­biety z pal­cem za­tknię­tym w miej­scu czy­ta­nia. Ja­kąż ogromną po­czuła ra­dość, gdy się oka­zało, że znała tę po­wieść i na­wet do­sko­nale pa­mię­tała fa­bułę, bo prze­czy­tała ją mniej wię­cej dwa, trzy mie­siące wcze­śniej.

- Jest świetna. - Wska­zała na okładkę, gdy już po­now­nie za­ło­żyła i za­sznu­ro­wała spor­towy but. - Czy­ta­łam cał­kiem nie­dawno i mocno utkwiła mi w pa­mięci.

- O, to bar­dzo miłe, bo mówi się, a ra­czej wy­czy­tuje ze sta­ty­styk, że u nas czy­tel­nic­two stoi mar­nie. A tu pro­szę, przy­siada się do mnie nie­zna­joma ro­we­rzystka i się oka­zuje, że oczy­tana - od­po­wie­działa z uśmie­chem ko­bieta. Miała przy­jemny, sub­telny głos, który Sa­bina bez za­wa­ha­nia przy­pi­sała oso­bie in­te­li­gent­nej.

- Książki to moja mi­łość - kon­ty­nu­owała te­mat Sa­bina. - Nie wy­obra­żam so­bie, że mo­gła­bym się zna­leźć w miej­scu, gdzie ich nie ma. Książki i ro­wer.

- To tak jak ja, czy­ta­nie wprost ko­cham - przy­znała ko­bieta, po czym za­brała książkę z ko­lan i wró­ciła do lek­tury.

Sa­bina się po­że­gnała i ru­szyła w kie­runku cen­trum, a stam­tąd do po­bli­skiej wsi, po­łą­czo­nej z mia­stem ści­słą za­bu­dową. Gdyby nie znaki z na­zwami miej­sco­wo­ści, by­łoby trudno okre­ślić, w któ­rym miej­scu prze­biega gra­nica mię­dzy nimi. Do wio­ski pro­wa­dziła nie­dawno od­dana ścieżka ro­we­rowa. Ko­bieta bar­dzo lu­biła ją po­ko­ny­wać z po­wodu pięk­nych przy­do­mo­wych ogro­dów oraz nie­wiel­kiego ru­chu dro­go­wego.

W domu spraw­dziła w ko­mórce mapkę z prze­je­chaną trasą i z za­do­wo­le­niem stwier­dziła, że już dawno nie wy­ko­nała ro­we­rem ta­kich wy­wi­ja­sów. Wie­czo­rem długo roz­ma­wiała z Wojt­kiem, który za­pew­niał ją o ogrom­nej mi­ło­ści i tę­sk­no­cie. Na za­koń­cze­nie roz­mowy znów obie­cał żo­nie, że już ni­gdy ni­g­dzie sam nie wy­je­dzie. Wpraw­dzie miał mi­łego ku­ra­cju­sza na są­sied­nim łóżku, ale zde­cy­do­wa­nie wo­lałby z nią dzie­lić po­kój.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki