Spis treści
Rozdział 65
Rozdział 66
Rozdział 67
Rozdział 68
Rozdział 69
Rozdział 70
Rozdział 71
Rozdział 72
Rozdział 73
Rozdział 74
Rozdział 75
Rozdział 76
Rozdział 77
Rozdział 78
Rozdział 79
Rozdział 80
Rozdział 81
Rozdział 82
Rozdział 83
Rozdział 84
Rozdział 85
Rozdział 86
Rozdział 87
Rozdział 88
Rozdział 89
Rozdział 90
Rozdział 91
Rozdział 92
Rozdział 93
Rozdział 94
Rozdział 95
Rozdział 96
Rozdział 97
Rozdział 98
Rozdział 99
Rozdział 100
Rozdział 101
Rozdział 102
Rozdział 103
Rozdział 104
Rozdział 105
Rozdział 106
Rozdział 107
Rozdział 108
Rozdział 109
Rozdział 110
Rozdział 111
Rozdział 112
Rozdział 113
Rozdział 114
Rozdział 115
Rozdział 116
Rozdział 117
Rozdział 118
Rozdział 119
Rozdział 120
Rozdział 121
Rozdział 122
Rozdział 123
Rozdział 124
Rozdział 125
Rozdział 126
Rozdział 127
Rozdział 128
Rozdział 129
Rozdział 130
Rozdział 131
Rozdział 132
Rozdział 133
Rozdział 134
Rozdział 135
Rozdział 65
– No, nareszcie dałaś się wyciągnąć z tej twojej jamy – powiedziała z westchnieniem Pola Durand, opadając na kawiarniane krzesełko. – Oczywiście wojna zrobiła swoje, ale zobacz, Alice, jakie miasto jest teraz ożywione. Mieliśmy wreszcie prawdziwe Boże Narodzenie, a nadal tyle światełek i lampionów na ulicach. I tylu ludzi. Paryż huczy życiem jak przed wojną, a nawet bardziej. W dodatku tylu żołnierzy kręci się jeszcze po ulicach. Mówcie, co chcecie, dziewczyny, ale mundury mają swój urok. Alice, siedzisz na okrągło w domu i nawet nie wiesz, że Solange poznała pewnego przystojnego Jankesa.
– No wiesz. – Solange skrzywiła się. – Mówisz tak bez pardonu. A poza tym Alice to nic a nic nie obchodzi.
– Nie szkodzi. – Pola wzruszyła ramionami, wyciągnęła z torebki papierosa i go zapaliła. – Uważam za ogromny sukces, że udało nam się wyciągnąć Alę do miasta. Wprawdzie, jak to mówią, kropla drąży skałę, ale w przypadku Alice ta metoda mogłaby poskutkować dopiero za kilkadziesiąt lat. A tak, wpadłyśmy i przemocą wyciągnęłyśmy ją na zewnątrz. Dziewczyno, ten twój dom przyśni mi się w nocy jak najgorszy koszmar o duchach! Muszę wlać w siebie morze alkoholu, aby o tym zapomnieć. Siedziałaś tam sama jak w grobie. A przed wojną było to takie przyjemne miejsce. Najwyborniejsze zabawy odbywały się właśnie u ciebie.
Ala odpowiedziała coś niewyraźnie, gdyż nadal czuła się nieswojo. Odkąd Nicole razem z Sylwią wyjechały do Awinionu, siedziała w domu w całkowitej samotności i dobrze jej z tym było. Niczego innego nie oczekiwała, zwłaszcza odkąd wreszcie nawiązała kontakt listowny z rodziną i dowiedziała się, że wszyscy przeżyli. Dowiedziała się też o Janku, ale nie do końca jeszcze do niej dotarło, co go spotkało. Chciała to sobie przemyśleć, zastanowić się, co dalej, tym bardziej że Basia i Marta usilnie namawiały ją na przyjazd. Tymczasem tego wieczoru wpadły do niej jak huragan dwie bliskie znajome sprzed wojny i nie zdołała się od nich odpędzić. Od listopada, odkąd obie wróciły do Paryża, nie dawały jej spokoju, namawiając na wspólne wyjście "jak za dawnych lat". Zawsze się jakoś wykręciła, dziś jej się nie udało. W końcu uznała, że ustąpi, to może później na jakiś czas odpuszczą. Nie czuła się pewnie w kawiarni pełnej roześmianych ludzi. Nie wiedziała, jak ma się zachować, ona, dla której niegdyś takie wyjścia były chlebem powszednim. Wtedy była jednak młodą, beztroską, nieliczącą się z nikim i niczym dziewczyną. Teraz...
– Zima zapowiada się wspaniale – paplała dalej Pola. – Pełno Jankesów, mundurów. Paryż aż kipi. Wojna skończyła się prawie dwa miesiące temu i trzeba się cieszyć. Odnowimy nasze przyjaźnie i poczujemy się nie tylko jak przed wojną, ale nawet jak dziesięć lat wcześniej.
– Myślę, że tego nie uda się już zrobić – mruknęła Solange, wyjmując za przykładem Poli papierosa z torebki. – Już nigdy nie będzie tak jak wtedy. Tamten świat, nasz piękny, beztroski świat już nie powróci.
– Do diabła, Solange, nie mów, jakbyś była staruszką – oburzyła się Pola. – Oczywiście, że tamto już nie wróci. Nowe czasy będą jednak weselsze. Już mamy więcej swobody i wolności jako kobiety.
– Z czego to niby wnosisz?
– Choćby z tego, że zrzuciłyśmy gorsety, te niepraktyczne długie kiecki, ścięłyśmy włosy... – odparła prowokacyjnie Pola. – Lecz nie tylko o to chodzi, i ty dobrze o tym wiesz.
– Akurat my trzy i inne nasze przyjaciółki nie przejmowałyśmy się i wówczas konwenansami.
– I srodze za to obrywałyśmy. Wszyscy wokół bez przerwy nas obgadywali, miałyśmy reputację kobiet upadłych. Mówcie, co chcecie, ale teraz to się zmienia. Stare, zmurszałe poglądy runęły wraz ze starym porządkiem. To, co powiem, zabrzmi strasznie, zwłaszcza dla Ali, lecz wojna przyniosła nam wolność. My miałyśmy odwagę żyć tak i wtedy, ale nasze siostry dawały się pokornie traktować jak niepełnoletnie dzieci, i to przez całe życie. Bez urazy, Alice, nie miałam na myśli twojej tragedii.
– Nie gniewam się – odparła Ala spokojnie, choć serce jej się ścisnęło. – Wiem i rozumiem, co masz na myśli. Ja jednak myślę tak jak Solange. Tamten świat, nawet z jego ciasnymi regułami, był dla mnie zrozumiały. To była nasza kultura. Teraz jest chaos, w którym się gubię. Tamte zasady obowiązywały od zawsze. Teraz nie wiemy, co dalej.
– Ja wiem – odparowała Pola. – Tobie rzeczywiście dobrze się wtedy wiodło. Byłaś doceniana jako artystka, a potem wyszłaś szczęśliwie za mąż. Solange też nie mogła narzekać ani na brak męskiego towarzystwa, ani na problemy finansowe. Ja ze wszystkim miałam pod górkę. Starałam się tworzyć i pisać, ale niewiele z tego miałam. Tyle, by nie zdechnąć z głodu. Czasami też otrzymywałam propozycje liaison w zamian za wydrukowanie jakiegoś opowiadania. Myślę, że teraz będzie lepiej.
– Zginęły miliony młodych mężczyzn. Jak może być lepiej? – spytała Ala drżącym głosem. – Będą miliony samotnych kobiet, o wiele więcej niż przed wojną.
Zapadła cisza. Szczęśliwie do ich stolika podszedł kelner i zapytał, co zamawiają. Tak jak dawniej policzyły pieniądze i zamówiły trzy kawy oraz butelkę wina.
– Polecam paniom potrawkę z kurczaka – zaproponował kelner, puszczając do nich szelmowsko oko. Dawniej byłoby to nie do pomyślenia. – Zapewniam, że jest wyśmienita i pobudza... apetyt
– Niech będzie – odpowiedziała ze śmiechem Pola. Potem nagle spoważniała i zwróciła się do Ali: – Nie powinnaś przesiadywać sama w domu – rzekła z powagą. – Naprawdę nie żartuję. I zapalaj tam światła, już nie trzeba tak oszczędzać. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego Nicole wyjechała teraz z Paryża. Nie powinna cię zostawiać samej.
– Mieszkałyśmy razem przez całą wojnę – odparła Ala. – Zresztą nie brałyśmy ze sobą ślubu, aby razem spędzać życie.
– Brawo – roześmiała się Pola. – Widzę, ze zachowałaś rezon, a twój język jest tak samo cięty jak kiedyś. Mimo to na miejscu Nicole nie wyjeżdżałabym teraz z Paryża. Wściekłabym się z nudów na prowincji. No, ale ja i Nicole zawsze stanowiłyśmy dwa przeciwległe bieguny.
– Nicole nie była w swoim domu ponad cztery lata – wyjaśniła Ala. – Ma tam daleką rodzinę... – "To tak naprawdę rodzina Waltera" – przemknęło jej przez myśl, ale nie miała ochoty teraz tego wyjaśniać. – A poza tym – kontynuowała – powinna załatwić pewne formalności związane z tym domem. Być może go sprzeda i przeniesie się do Paryża. Chce jednak mieszkać tu osobno, wynająć jakieś mieszkanie, a musi zdobyć na to środki. Jesteśmy sobie bliskie, ale nie będziemy dłużej prowadzić wspólnego gospodarstwa.
– Bardzo słusznie. – Solange skinęła głową z aprobatą. – Macie prawo do osobnego życia, zwłaszcza ty. I tak cię podziwiałam, gdy dowiedziałam się, że dzieliłaś z nią dom przez cztery lata. Nicole jest raczej trudnym towarzystwem, a w dodatku teraz... ma dziecko.
– Zapominasz, że to moja szwagierka – odparła zimno Ala. – Zapominasz też, że już dziesięć lat temu dzieliłyśmy dom. Dzięki temu zresztą miałam możliwość poznać Waltera.
– Wybacz – szepnęła zdenerwowana Solange. – Rzeczywiście, nie pomyślałam.
– Poza tym – kontynuowała już spokojniej Ala – Nicole bardzo mi pomogła. Bez jej wsparcia i opieki nie przeżyłabym po śmierci męża.
Nie podjęła tematu dotyczącego dziecka Nicole, choć wiedziała, że obie jej koleżanki aż skręcało z ciekawości, aby czegoś się w tej sprawie dowiedzieć. Teraz, przestraszone jej zdecydowanym tonem, nie śmiały o to pytać. Ala stopniowo uspokajała się i nawet poczuła wyrzuty sumienia, że zanadto się uniosła. Ostatecznie lubiła obie siedzące tu z nią kobiety. Miały dobre intencje, chciały wyrwać ją z domu i rozweselić. Dawno temu, jeszcze zanim wyjechała do Zaborowa na ślub Barbary i Olafa, Solange i Pola niemal codziennie jej towarzyszyły. Były wtedy wszystkie trzy takie młode, tak uroczo lekkomyślne i samolubne.
Ala pojednawczo ujęła ich dłonie, a one z ulgą odpowiedziały tym samym.
– Niewiele nas zostało – szepnęła ze smutkiem Solange. – Większość chłopców z naszego kółka towarzyskiego zginęła. René wprawdzie wrócił, ale do niczego się nie nadaje. Dominique boi się zostawiać go samego w domu, jakby był małym dzieckiem.
– Byłam u nich – potwierdziła Ala. – Na szczęście mnie poznał, a więc nie ma uszkodzenia mózgu. Nie był zresztą ranny, ale to wszystko nie musi wynikać z odniesionej rany. Rozmawiał ze mną o śmierci. Mówił, że wszędzie ją widzi i słyszy. Nie zwraca prawie zupełnie uwagi na dzieci.
– Był niegdyś duszą naszego towarzystwa.
– Następnym razem spróbujemy ich zaprosić – zawyrokowała Pola. – Powiedz, Alice, czy miałaś wreszcie jakieś wieści od rodziny.
– Tak – odparła Ala, zadowolona ze zmiany tematu. – Wszyscy żyją, chociaż mój brat Janek niemal otarł się o śmierć. Stracił oko... – Jej głos na chwilę się załamał. Nadal nie potrafiła sobie tego wyobrazić.
– Także Marta przez długi czas chorowała, więc wszystko było na głowie Basi. Lecz ona potrafi wziąć się w garść, jeśli musi. Tak została wychowana. Zresztą kobiety w Polsce często z powodu wojen, powstań i różnych innych nieszczęść musiały radzić sobie same. Zawsze były bardziej samodzielne niż tutejsze.
– Tam też dużo się teraz dzieje – zauważyła Pola. – Coś czytałam.
– Z chaosu powstaje państwo – odparła Ala i lekko się uśmiechnęła na wspomnienie listu bratowej.
Czy potrafisz to sobie wyobrazić, Alu? Własne państwo, własne symbole, polskie wojsko, polscy policjanci, polska poczta. Na razie chaos, niepewny rząd, niepewne granice. Lecz to nic wobec takiej radości. Czekało na to tyle pokoleń, nasze doczekało się...
– Wypijmy zatem za nowe życie, za twój rodzinny kraj, za to, że nareszcie teraz nawet kobiety mają prawo się upić – zawyrokowała wesoło Pola. – Sprawdzimy, jak silne mamy głowy po latach posuchy.
– Ja nigdy nie miałam mocnej – westchnęła Ala. – Obawiam się, że teraz będę musiała uważać bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.
Drzwi kawiarni otworzyły się i weszło dwóch rozbawionych żołnierzy amerykańskich. Solange zerknęła na nich, lecz nie dostrzegła wśród nich swojego Jankesa, więc ponownie zwróciła się ku koleżankom.
– Spójrz, Alice, to autentyczni mężczyźni – mruknęła Pola. – O cholera, idą do nas.
Rzeczywiście, nie tylko podeszli, ale w dodatku przystawili sobie krzesełka do ich stolika. Nie pytali o pozwolenie, widocznie szkoda im było czasu, a może ani razu nie spotkali się z odmową. Pozdrowili je po angielsku.
– Też coś – Solange, przynajmniej pozornie, była oburzona. – Powinni mówić do nas po francusku. Nie wierzę, by nie uczyli się go w szkole. Ostatecznie jesteśmy we Francji, a nie w Ameryce.
– No proszę! – Pola uśmiechnęła się drwiąco. – W jaki sposób zatem rozmawiasz z tym swoim?
– On trochę mówi po francusku – odparła wyniośle Solange.
– Ach tak? Powiedz raczej, że niewiele rozmawiacie. Znacie inne sposoby porozumiewania się i kontaktowania. No, nie obrażaj się. Nikt się już nie gorszy. Mówiłam, że czasy się zmieniły – powiedziała Pola i nie zwracając już uwagi na oburzoną Solange, zwróciła się do Ali:
– Nie ma rady, Alice. Musisz tłumaczyć. Wiem, że znasz angielski. Spotykałaś się kiedyś z amerykańskim chłopakiem i rozmawiałaś z nim w jego języku.
– To było wieki temu – broniła się Ala. – Nie wiem, czy coś jeszcze pamiętam.
– Na pewno więcej niż ja. Potrafię się tylko przedstawić.
– Więc się przedstaw – mruknęła Ala.
Nie chciała jednak robić przykrości Poli, Solange, i nawet tym amerykańskim chłopcom. Wyglądali sympatycznie, byli żołnierzami, jak Walter. Amerykanie pomogli Koalicji wygrać wojnę i ginęli tak daleko od swojego kraju. Sięgnęła zatem do pokładów pamięci i podjęła się tłumaczenia. Nie było to trudne, bo rozmowa dotyczyła spraw banalnych. Nie ulegało zresztą wątpliwości, że nie tylko o rozmowę chodziło. Żołnierze pytali, czy są z kimś związane, czy mają rodziny. Sami na ten temat odpowiadali wymijająco. Ala, orientując się, dokąd to wszystko zmierza, nie angażowała się w rozmowę i wzięła na siebie jedynie rolę tłumacza. Czuła się jednak coraz bardziej niepewnie i zaczęła zastanawiać się, jak by tu opuścić towarzystwo w miarę grzecznie i dyskretnie.
W pewnym momencie jeden z żołnierzy zaproponował im drinka, tak to ujął, Pola i Solange skorzystały z zaproszenia i podeszły z tym chłopakiem do baru. Ala i drugi żołnierz zostali przy stoliku sami.
Już się miała pożegnać i wstać, ale nie zdążyła.
– Mam na imię George – odezwał się.
– Wiem – odparła. – Przedstawiał się pan.
– Tak, ale myślałem, że nie zwróciłaś na to uwagi, że w ogóle nie uczestniczysz w naszej rozmowie.
Ala, zaskoczona jego bezpośredniością i bezceremonialnością, milczała.
– Pochodzę z Południa, ze stanu Georgia – mówił dalej, niezrażony jej milczeniem. – Nie wiem, czy coś ci to mówi.
– Tak – odparła, zanim zdążyła to przemyśleć. – Znałam kiedyś kogoś ze stanu Georgia.
Spojrzał na nią uważnie.
– Mężczyzna? – spytał. – Twój? Zabili go na wojnie?
– Nie wiem, czy brał udział w wojnie – odpowiedziała w zamyśleniu. – Nic już o nim nie wiem. To stare dzieje.
– Powiedz mi jego nazwisko. Może go znam.
– Nie – odparła. – To już nieistotne.
– To dobrze – odparł, po czym przysunął się bliżej i niespodziewanie położył dłoń na jej dłoni. Nie zdążyła w porę zareagować, zauważyła jednak spojrzenie kelnera. Nie o kelnera jej jednak chodziło.
– Nie zrozumiałeś mnie – rzekła cicho do George'a. – Na wojnie zginął mój mąż, a on akurat był francuskim żołnierzem.
– Przykro mi – odparł, lecz nie cofnął dłoni. – I jesteś teraz sama?
– Nie mam dzieci, jeśli o to ci chodzi – wyjaśniła, próbując wysunąć dłoń z jego, już silnego, uścisku. Daremnie. – Powinnam już iść do domu – dodała, usiłując zachować spokój. – Musimy się pożegnać.
– Odprowadzę cię – zaproponował.
– Nie ma takiej potrzeby. Poradzę sobie sama.
– Wszystko będzie dobrze, nie bój się mnie – odparł i uśmiechnął się do niej, ale jego wzrok nie pozostawiał wątpliwości, o co mu chodzi.
Znała już takie spojrzenia, chociaż ten chłopak był najmłodszy z tych, którzy kiedykolwiek tak na nią patrzyli. Pomyślała, że prawdopodobnie zaciągniecie się do wojska było dla niego formą ucieczki przed surową dyscypliną w rodzicielskim domu. Teraz zaś, po zakończeniu wojny, chciał jeszcze zażyć wszelkich przyjemności życia przed powrotem do kraju. Dobrze, że w ogóle przeżył.
– Słuchaj, George, to bardzo miło z twojej strony, ale nie interesuje mnie teraz towarzystwo – mówiła łagodnie.
– Na pewno ci źle samej w domu – mówił, jakby wcale nie przejął się jej odmową. – Nic złego nie zrobimy. Przecież twój mąż już nie żyje.
– Żyje – odparła cicho i wskazała na serce. – Tutaj żyje.
Wtedy ujął też i tę rękę, którą położyła na moment na piersi. Cofnęła się instynktownie razem z krzesłem.
– Możesz go nadal kochać – odparł George. – To w niczym nie przeszkadza. Potem przekonasz się, że ze mną jest ci dobrze. Pójdziemy teraz do twojego domu, a potem zabiorę cię do Ameryki.
– Skąd ci to przyszło do głowy? – prawie krzyknęła ze zdumienia. Miała też nadzieję, że zwróci na siebie uwagę przyjaciółek, ale one w dalszym ciągu stały z tym drugim żołnierzem przy barze. Ciekawe, jak sobie radziły bez znajomości angielskiego?
– Od razu zwróciłem na ciebie uwagę – odparł z prostotą. – Myślę, że ty i ja... Że moglibyśmy...
Wiedziała, że wreszcie musi to skończyć. Jednak w jaki sposób? Był taki młody i naiwny. Nadal nie chciała być niemiła i wszczynać awantury na cały lokal.
– Posłuchaj – starała się przybrać niemal nauczycielski ton – pomyliłeś się. Nie mam zamiaru wracać do domu z tobą ani z nikim innym. Jestem w żałobie, nie mam nastroju i mam swoje zasady, chociaż słyszałam, że zasady już nie istnieją. Poza tym wszystkim jestem od ciebie dobre kilka lat starsza, więc posłuchaj mojej rady i znajdź sobie młodą, śliczną dziewczynę w swoim wieku. Zapewniam cię, że znajdziesz teraz niejedną. I niejedna chętnie pojedzie z tobą do Ameryki.
– Ty jesteś taką dziewczyną – powiedział, bo nie dawał za wygraną.
– Nie – odparła i zdecydowanym ruchem głowy, ponieważ obie jej ręce wciąż trzymał w swoich George, dała znak Poli, aby podeszła ze swoim towarzystwem.
To pomogło, tym bardziej że zbliżył się również kelner, aby przyjąć kolejne zamówienie. George wyraźnie przygasł i posmutniał, ale po pewnym czasie przysunął się do Solange. Ta, chichocząc, chętnie przyjęła jego awanse. Ala uznała wreszcie, że może już odejść i zostawić dwie, już wyraźnie zaprzyjaźnione, pary.
– Pójdę już – rzekła. – Dziękuję za miły wieczór.
– Nie powinnaś wracać sama – zauważyła Pola. – Tak naprawdę wieczorami i nocą nie jest teraz bezpiecznie. W dodatku zrobiło się bardzo późno.
– Proponowałem jej – wtrącił George, odwracając się na chwilę od rozanielonej Solange.
– Poczekaj jeszcze. Wyjdziemy wszyscy razem i odprowadzimy cię.
– Nie róbcie sobie kłopotu. – Ala już zapinała płaszcz. – Przez całą wojnę wracałam sama do domu ze szpitala, bywało, że w środku nocy. Naprawdę niczego się nie obawiam. Nie będę już dłużej czekać, jestem zmęczona. Bawcie się dobrze.
Skinęła im głową i wyszła. Wyglądało na to, że jako tłumaczka też już nie będzie potrzebna i dalej poradzą sobie bez niej. Rzeczywiście, powojenny świat stawiał wszystko na głowie. Nie była specjalnie pruderyjna, a jednak to, czego doświadczyła dzisiejszego wieczoru, nadal nie mogło pomieścić się w jej głowie. Jak się miało okazać, nie był to bynajmniej koniec niespodzianek.
Wracała szybkim krokiem, nie nawiązując z mijanymi osobami kontaktu wzrokowego. Rozmyślała nad listem Basi i nad ewentualnością wyjazdu do Polski. Tęskniła za nimi wszystkimi, ale czy miała siły, by ruszać się z domu? Z domu, w którym nadal odczuwała obecność Waltera i czasem jeszcze próbowała z nim rozmawiać. Wizyta w Polsce może znowu potrwać tygodnie albo miesiące. Czy po powrocie do Paryża nadal będzie tu mogła usłyszeć swojego męża?
Zwolniła trochę kroku, bo chodnik okazał się śliski, nadal jednak nie zwracała uwagi na otoczenie. Drgnęła nerwowo, gdy poczuła, że czyjeś ramię ciasno ją obejmuje.
– Taka samotna, w taką noc? – usłyszała. Tym razem był to żołnierz francuski. – Chodźmy, napijmy się. Chyba nie odmówisz, młoda damo, dzielnemu bohaterowi walczącemu za ojczyznę?
Ostatnie słowa wymówił z ironią i roześmiał się.
– Proszę odejść i zostawić mnie w spokoju. – Ala szarpnęła się, lecz zupełnie bez skutku.
Ubawiło to tylko szczerze żołnierza.
– Co? Nie podobam ci się? To po jaką cholerę włóczysz się sama po nocy?
– Nie włóczę się, tylko usiłuję wrócić do domu – warknęła. – Bardzo proszę o umożliwienie mi tego.
– Dobra, nie złość się. Będzie wedle życzenia. Pójdziemy tam razem.
Zaczynała ją ogarniać panika. Człowiek, który obejmował ją z całej siły, nie był naiwnym amerykańskim chłopcem, spragnionym kobiecego towarzystwa. Nie znajdowała się teraz w kawiarni pełnej ludzi, lecz na odludnej uliczce. Nogi się pod nią ugięły, gdy podszedł do nich drugi żołnierz, tym razem w mundurze amerykańskim.
– Daj jej spokój, Maxim – odezwał się łamaną francuszczyzną. – Nie chce, to nie. Niech idzie. W dodatku nie wygląda na dziwkę. Po co nam kłopoty?
– Chyba żartujesz, Tony – odpowiedział ze śmiechem ten, który trzymał coraz bardziej zdenerwowaną Alę. – Spójrz tylko na nią! Sam zwróciłeś uwagę, jak się poruszała, jak kręciła biodrami.
– Proszę... – Ala bezradnie zwróciła się do Amerykanina.
– Chodźmy już, Maxim. – Tony ujął Francuza za ramię. – Znajdziemy coś lepszego. – A ty nie włócz się sama po nocach – odezwał się do Ali. – Przyzwoite kobiety tego nie robią. Jeśli robią, to mogą mieć potem pretensje do siebie. Znasz starą zasadę wojny? Kobieta jest nagrodą dla wojownika. – Roześmiał się.
– Dobrze powiedziane – zawtórował mu Maxim. – Wobec tego bierzemy naszą nagrodę.
Nagle w Alę wstąpił gniew tak wielki, że natychmiast wróciły jej siły. Z furią wyrwała się z rąk Maxima, ale nie uciekała. Mniejsza z tym, czy pozwolą jej odejść, czy nie. Mniejsza z tym, co jej zrobią. To już nie miało znaczenia. Czuła taką nienawiść i upokorzenie, że pragnęła najpierw je wykrzyczeć. Nie krzyczała jednak.
– Przez całą wojnę tak się nie bałam, jak tego wieczoru – mówiła zduszonym głosem. – Pracowałam przy rannych żołnierzach w szpitalu i bardzo często wracałam późną nocą do domu. Nigdy nie spotkało mnie coś takiego. A nagrodą byłam tylko dla mojego męża. – Teraz słyszała w swoim głosie łzy, i oni obaj też je usłyszeli. – Niestety, mój mąż nie miał tyle szczęścia co wy i już do mnie nie wróci. Kobiety, które traktujecie jak nagrodę, modliły się za was przez całą wojnę... nie po to, by teraz bać się wychodzić wieczorem na ulice.
Zapadło milczenie. Patrzyła im wyzywająco w oczy, zadowolona, że to powiedziała. Teraz było jej już wszystko jedno.
– Niech pani już idzie – odezwał się Amerykanin. – Mimo wszystko proszę uważać na siebie.
Patrzyła jeszcze na Maxima, ale on odwrócił od niej wzrok. Chciała, aby odeszli pierwsi. Nadal im nie ufała.
"Pomóż mi, Walterze" – powtarzała w myślach. "Pomóż mi wrócić do naszego domu".
I wtedy niespodziewanie usłyszała, że ktoś wymawia jej imię.
– Alice? To naprawdę ty?
Natychmiast poznała ten głos, bo rozpoznałaby go wszędzie i w najmroczniejszych ciemnościach. Jednak nie był to Walter. Taki cud się nie zdarzył. Zdarzył się za to inny, także niespodziewany.
W świetle latarni zamajaczyła postać innego żołnierza w amerykańskim mundurze, a ona znowu poczuła, że odpływają z niej wszystkie siły. Niewiele by brakowało, a usiadłaby na chodniku.
– Raul – szepnęła – ty... tutaj?
Tymczasem Raul podszedł do nich i niby roztargnionym spojrzeniem objął całą sytuację.
– Jakieś problemy? – spytał spokojnie.
– Dziewczyna zgubiła drogę. Pomyśleliśmy, że ją odprowadzimy – Maxim próbował powtórnie się roześmiać – lecz skoro się znacie...
– To miło z waszej strony – odparł pozornie niedbałym głosem Raul – lecz ta pani jest moją przyjaciółką i sam się nią zajmę.
– Jasne, przyjacielu – odparł Tony, patrząc na amerykański mundur Raula. – Skoro już się zaprzyjaźniliście...
Machnęli obaj rękami w geście pozdrowienia, a Maxim, porozumiewawczo patrząc na Raula, przy okazji wykonał jeszcze jeden gest, wskazując na Alę. Zauważyła to, ale nie reagowała. Raul też nie.
Stali teraz naprzeciw siebie i milczeli.
"Boże, ja przecież prawie zapomniałam, że on istnieje. Kiedy widzieliśmy się po raz ostatni? Na moim ślubie i weselu. Kiedy odezwaliśmy się do siebie po raz ostatni? Gdy napisałam mu, że spodziewam się dziecka, a potem o narodzinach Melanie, a on mi odpisał. Potem zapadła między nami cisza. Wycofałeś się, przyjacielu, bo nie chciałeś wchodzić między mnie i Waltera. A ja na to pozwoliłam, bo obchodził mnie tylko on. Nawet nie zawiadomiłam cię, że moje dziecko umarło. I nagle teraz zjawiasz się z tej krainy niebytu i zapomnienia, jak zwykle wtedy, gdy jesteś mi potrzebny".
Podeszła do niego i machinalnie pogłaskała rękaw jego żołnierskiego munduru.
– Wstąpiłeś do amerykańskiej armii – rzekła cicho. – Nawet nie wiedziałam, że walczysz na froncie i możesz zginąć w każdej chwili.
Nagle objął ją gorącym, silnym uściskiem i po tym geście rozpoznała, że nie był to wyłącznie odruch brata i przyjaciela. Zrobił to już raz przed swoim wyjazdem do Ameryki, ale tamto wspomnienie wyparła z pamięci. Teraz wróciło i zrozumiała, że to był główny powód, dla którego przestał się z nią kontaktować, a ona pogodziła się z jego decyzją.
Odsunęła się teraz delikatnie i patrzyła w jego zawsze wesołe, łobuzerskie oczy. "Oczy rasowego hazardzisty" – jak mawiała kiedyś pani Maurion, jej gospodyni. Pani Maurion zawsze podejrzewała Raula o nieczyste zamiary wobec Ali, bo taką zdobył reputację w towarzystwie. O to samo podejrzewała go cała jej rodzina, z wyjątkiem Janka, którego to zresztą bawiło. Ala jednak zawsze wiedziała, że Raul nigdy nie miał wobec niej takich planów. Dla niej był zawsze jak trzeci brat, i tak już miało pozostać. Dlaczego zatem teraz...
Przestała się nad tym zastanawiać, gdy Raul, jak gdyby nigdy nic, wesoło zapytał:
– A właściwie to dlaczego włóczysz się, dziewczyno, sama po nocy, i to w takich zaułkach? Szukasz wrażeń? Prowokujesz jak dawniej? To nie są grzeczni chłopcy, jakich pamiętasz. Zbyt wiele przeszli, byli w piekle, a teraz chcą odzyskać życie.
– Wiem, zakomunikowali mi, że kobieta jest nagrodą dla wojownika.
Uśmiechnęła się jednak, bo sposób mówienia Raula zawsze ją rozbrajał. Groza całej nocnej przygody minęła. Raul znowu zachowywał się jak dawniej, jak dobry przyjaciel. Była bezpieczna.
– Alice nagrodą dla wojownika! To mi się nawet podoba – powiedział, po czym roześmiał się, tak jak dawniej, a ona, już całkiem spokojna, wzięła go pod ramię, jak kiedyś, dawno temu.
Wszyscy zawsze plotkowali na ich temat, bo ta ich przyjaźń wymykała się wszelkiemu rozumieniu. Oni jednak nigdy tym się nie przejmowali. Przeciwnie, bawiło ich to wyśmienicie.
– Nawet nie przypuszczałam, że w ciągu jednego wieczoru będę miała trzech chętnych do dotrzymania mi towarzystwa w moim domu – rzekła z sarkazmem w głosie. – Raz jeden dałam się namówić Poli i Solange na wyjście do miasta i od razu takie rozrywki...
– Mnie jednak wpuścisz do domu? – zapytał wesoło.
– Ciebie tak, i nawet możesz zostać do rana – zażartowała, bo tak niegdyś potrafili ze sobą rozmawiać i na rozmowach zawsze się kończyło.
Nagle przystanęła i poczuła znajomy ból. Czy Raul już wiedział? Dlaczego nie zastanowiło go, że jest sama na ulicy?
– Wiesz, co się stało? – spytała cicho drżącym głosem. – Wiesz, że nie mam do kogo wracać?
– Wiem, Alice – odparł z powagą i współczująco uścisnął jej rękę.
– Kto ci powiedział?
– Przyszedłem do was. Do ciebie... – poprawił się – dziś wieczorem. Dom był zamknięty, ale twoja sąsiadka powiedziała mi, że wyszłaś gdzieś z przyjaciółkami. Przy okazji powiedziała mi też o twoim mężu i o dziecku.
Ala ponownie ujęła go pod ramię i ruszyli z miejsca. Chciała koniecznie przerwać tę ciszę, która zapanowała między nimi, ciszę, która teraz stała się nieznośna. Wiedziała, że Raul przez szacunek dla jej bólu nie zacznie znowu żartować i nie zacznie pierwszy mówić, a ona zapragnęła tych jego żartów i słów. Zapragnęła rozmowy o tym wszystkim, co się stało. Dawniej sądziła, że potrzebuje do tego braci i Basi. Teraz dotarło do niej, że to może być Raul. To musi być Raul. Najlepiej, aby to był Raul. Należało tylko przerwać ciszę.
– Pani Barton musiała cię rozpoznać, skoro tyle ci o mnie powiedziała – odezwała się cicho, ale spokojnie.
– Istotnie, poznała mnie. Ja też ją rozpoznałem i nawet wygłosiłem górnolotny komplement na temat jej znakomitego wyglądu, który przez tyle lat nie uległ zmianie. To ją do reszty rozbroiło i wszystko mi opowiedziała. Sąsiedzi mówią o tobie same dobre rzeczy. Niewiarygodne, że kiedyś te same kobiety wieszały na tobie psy.
– Z ich punktu widzenia byłam kiedyś niemal skandalistką. Teraz jestem porządną francuską kobietą, którą dotknęło nieszczęście, której mąż zginął w obronie ojczyzny. Zapewniam cię, że jest to szacunek obwarowany wyśrubowanymi warunkami. Lubią mnie za moją żałobę. Byliby radzi, gdybym żyła tak do końca. W przeciwnym razie czeka mnie surowy ostracyzm.
– Nie sądzę, Alice. Obyczaje się zmieniają. Odniosłem wrażenie, że twoja sąsiadka była rada z powodu tego, że wyszłaś w końcu z przyjaciółkami, aby się rozerwać.
Dotarli na miejsce i weszli do domu. Ala zapaliła lampę w kuchni i w salonie, a potem wyjrzała za okno.
– Pozornie wszyscy wokół już grzecznie śpią – rzekła – a tak naprawdę w jednym z tych ciemnych okien stoi ktoś, kto obserwuje, co dzieje się wokół, także u mnie. Moje mieszkanie nadal wzbudza zainteresowanie, zwłaszcza odkąd Nicole urodziła dziecko. Dla mieszkających tu samotnych starszych kobiet to, co się u mnie działo, zawsze było formą rozrywki w ich monotonnym życiu.
– Nicole ma dziecko? – spytał zdumiony Raul.
Ala na chwilę znieruchomiała, jednak potem wzruszyła ramionami.
– Pani Barton nie powiedziała ci tego? Widocznie wszyscy już przywykli. Tak, Nicole ma dziecko. Od razu mówię, że nie wyszła za mąż. Sama ci o tym pewnie opowie, gdy wróci z Awinionu. Poznała kogoś, nie mogła się z nim związać na stałe. Tak wyszło. Od siebie tyle ci mogę powiedzieć – poinformowała go, po czym szybko zmieniła temat. – Na pewno jesteś głodny. Zaraz coś przygotuję. Rozgość się.
– Nie rób sobie kłopotu. Niczego mi nie trzeba. Jeśli można, to poproszę jedynie o kawę.
Gdy już usiedli, Ala impulsywnie położyła rękę na jego ramieniu, jakby nie była jeszcze pewna, że to dzieje się naprawdę, że Raul naprawdę tu jest. Jak to możliwe, że przez kilka lat był nieobecny w jej myślach i wspomnieniach? Nawet miłość do Waltera i jego śmierć, nawet kataklizm wojny nie mogły tego wytłumaczyć ani usprawiedliwić.
– Nie mogę uwierzyć, że cię widzę – szepnęła. – A jeśli to kolejny realistyczny sen?
– Było ci samej ciężko... – Nie było to pytanie, lecz stwierdzenie.
– Nie byłam sama. Przez całą wojnę mieszkała tu Nicole. Tu urodziła się jej córka. Przychodzili nasi przyjaciele a raczej przyjaciółki, które zdecydowały się nie opuszczać Paryża. Przychodziła Dominique, ona najczęściej. Przyprowadzała swoje dzieci. Pracowałam na okrągło w szpitalu. Wokoło stale byli ludzie, pełno ludzi. Nie byłam sama.
Zapatrzyła się na kominek, w którym teraz nie płonął ogień. Nie czuła jednak chłodu, pomimo zimy za oknem. Wojna ją zahartowała.
– Jego jednak nie było – mówiła dalej. – Przyjechał raz, na urlop, w grudniu w 1916 roku, równo dwa lata temu. Od tamtej pory już go nie widziałam. Został zabity pod Chemin des Dames na początku maja następnego roku. Gdyby nie koszmarny upór Nivelle'a, Walter mógłby żyć dalej.
– Nie wiadomo, Alice, nie wiadomo, co by było – upomniał ją łagodnie Raul. – Późniejsze ofensywy były już uzasadnione, a ludzie nadal ginęli. Nie dręcz się tym, co by było, gdyby... Ja nauczyłem się wierzyć w przeznaczenie.
– Pamiętam, jaki byłeś zszokowany, gdy dowiedziałeś się, że wychodzę za mąż za kogoś, kogo tak krótko znam – mówiła w zamyśleniu. – Nie byłeś zresztą wyjątkiem. Prawie cała moja rodzina była zdumiona. Chyba nikt nie wierzył, że potrafię żyć w małżeństwie, mieć rodzinę. Taka wtedy byłam, wiem o tym. Nie kochałam Waltera, gdy za niego wychodziłam, a przynajmniej nie tak, jak na to zasługiwał. To przyszło dopiero później, stopniowo. Potem już nie wyobrażałam sobie życia bez niego. Czasem myślę, że żyłam tylko przez te lata, gdy byliśmy razem. Boję się tej pustki, która otworzyła się przede mną. Ile jeszcze czasu mam czekać, aby znowu się z nim spotkać?
Raul nie patrzył już na nią i schylił głowę. Szczerze mówiąc, chciała, aby się odezwał, aby powiedział cokolwiek. Czekała.
– Przynajmniej przez kilka lat żyłaś z człowiekiem tak bardzo ci bliskim – odezwał się wreszcie. – Większość ludzi może o tym tylko pomarzyć. Nie potrafię cię pocieszyć. Przykro mi, że tak cierpisz. Nie zawsze to będzie tak bolało.
– Chcę, aby bolało. Czy ty wiesz, że jeszcze nie odwiedziłam jego grobu? Dostałam już zawiadomienie, gdzie jest, i mogłam tam pojechać, ale...
– Dlaczego, Alice? Przyznam, że tego nie rozumiem.
– Nicole mnie namawiała, ale w końcu pojechała sama. Boję się, że jeśli wybiorę się tam, to będzie koniec. To już będzie zamknięte.
– Co będzie zamknięte?
Dostrzegła w jego oczach ten sam niepokój, co w oczach innych, którym starała się początkowo to wyjaśnić. Dawno już przestała dzielić się z kimkolwiek tymi myślami, ale teraz postanowiła spróbować. Zaryzykować. Zdawała sobie przecież sprawę, że także Raul zacznie ją podejrzewać o problemy z psychiką. Ona jednak wiedziała, na pewno... Nie traciła zmysłów.
– Boję się, że gdy stanę nad jego mogiłą, on już ostatecznie odejdzie. Już go nie usłyszę, nie zobaczę go we śnie. A za jakiś czas zapomnę jego twarz. Nie pomoże żadna fotografia. Wszystkie zresztą są takie niedoskonałe.
Nadal nie płakała, oczy wciąż miała suche. Raul delikatnie dotknął jej twarzy.
– Musisz pozwolić mu odejść – powiedział cicho. – Dopiero wtedy oboje zaznacie spokoju.
– Wiem.
Przynajmniej nie uznał jej za wariatkę. Lecz nie rozumiał, nie rozumiał. Nawet on. Czuła, że nie powinna tak myśleć, ale nie potrafiła pogodzić się ze śmiercią Waltera, więc jak mogła pozwolić mu odejść, jak mogła zamknąć ten rozdział, odwiedzając jego grób? Mimo to tak bardzo pragnęła, by był blisko. Czuła, że to sprzeczne uczucia, ale nic nie mogła na nie poradzić. Bała się odwiedzić jego grób i jednocześnie tęskniła za jego fizyczną bliskością, chciała przychodzić do swoich najbliższych, spoczywających tuż obok siebie.
"Nie będę już o tym z nikim rozmawiać. Sama też sobie z tym nie poradzę, ale trudno. Obojętnie, ile lat będę jeszcze żyć, nie pogodzę się z jego śmiercią. Nie będę już jednak o tym rozmawiać" – powzięła wewnętrzne postanowienie, a Raulowi chciała powiedzieć o jeszcze jednej sprawie. Mając nadzieję, że weźmie to za dobrą monetę i uwierzy w to, że ją przekonał, zaczęła:
– Wspominałam już o tym Nicole, ale nie mam jeszcze sił ani pomysłu, jak to przeprowadzić. Ekshumacja... – Zabrakło jej tchu i pospiesznie napiła się wody.
Nie mogła mówić dalej.
– To jest do zrobienia – rzekł Raul i pomyślał, że to faktycznie może przynieść jej ulgę. – Wiele rodzin tak robi. Amerykanie chcą sprowadzić ciała swoich chłopców do kraju, do ojczyzny. Zastanów się jednak. Walter jest pochowany w swoim kraju, nie za morzem, wśród swoich towarzyszy. Są tam razem.
– Tu jednak będzie bliżej nas. Mogę pochować go obok córki. Nicole pytała księdza i jest taka możliwość. Skoro są razem w niebie, mogą też spoczywać obok siebie. A kiedyś... ja do nich dołączę.
Zgodnie ze swoim postanowieniem nie dodała, że dzięki temu Walter nadal będzie blisko, nadal będzie go słyszała i z nim rozmawiała. Tutaj, w Paryżu nawet jego grób nie będzie już oznaczał całkowitego ziemskiego rozstania. Wierzyła w to lub tylko chciała wierzyć.
Raul patrzył na nią z troską i bólem, tak jakby jej ostatnie słowa szczególnie go zraniły.
– Zrobisz, jak zechcesz – powiedział w końcu. – Jeśli zdecydujesz się z tym jeszcze poczekać, pomogę ci.
– Dziękuję. – Ala liczyła na te słowa i spojrzała na niego z wdzięcznością.
Dopiero teraz zauważyła, że prawie się nie zmienił. Wciąż był taki sam jak sześć lat temu, gdy ostatni raz się widzieli: pełen wigoru, życia i energii.
"Mój Boże, przecież przypłynął z Amerykanami do Europy, aby wziąć udział w wojnie. Mógł w każdej chwili zginąć, a ja nawet nie dowiedziałabym się o tym. Zapomniałam o nim. Czy ktokolwiek inny by się dowiedział?" – pomyślała i dotarło do niej, że Raul nie miał przecież rodziny. Chyba że jakaś kolejna kobieta... Poczuła wyrzuty sumienia, że do tej pory mówiła tylko o sobie i żaliła się wyłącznie nad sobą. Czy Raul nie zasłużył choćby na minimum jej zainteresowania?
– Wybacz mi – odezwała się już innym, pewniejszym i bardziej rzeczowym tonem – że tylko płaczę nad sobą, chociaż nic nie mogę już zmienić. Powiedz, co u ciebie. Jak ci się wiodło przez te lata? Czy wydarzyło się coś nowego w twoim życiu?
W odpowiedzi sięgnął do wewnętrznej kieszeni munduru i wyjął fotografię. Ala była pewna, że chodzi o następną kobietę w jego życiu, której nie miała okazji poznać, gdyż kobieta owa mieszkała w Ameryce. Może wreszcie był to ktoś dla niego ważny? Życzyła mu tego z całego serca.
– Poznaj moich synów – powiedział i podał jej zdjęcie.
Jej ręka, wyciągnięta już ponad stołem, znieruchomiała. Ala w jednej chwili przestała myśleć o swoich sprawach i swojej żałobie. Siedziała jak osłupiała, niemal jak żona Lota.
– Udało się. Niemal cię zastrzeliłem – zażartował Raul.
– Masz dzieci? Ożeniłeś się? – wykrztusiła wreszcie po kilku wcześniejszych, nieudanych próbach.
– Mam dzieci – odparł, patrząc na nią rozbawiony.
Wreszcie wzięła fotografię do ręki. Ze zdjęcia patrzyły na nią dziecięce buzie małych chłopców.
– Alan i Ralf, mają po sześć lat. No, nie patrz tak, Alice, zawsze lubiłem dzieci.
– Lecz do tej pory nigdy ich nie miałeś, o ile mi wiadomo. Może zresztą ty sam o tym nie wiesz.
– Wspaniale, Alice, wracasz, widzę, do formy, skoro po staremu mnie atakujesz!
– Dlaczego nie ożeniłeś się z ich matką? – odezwała się z surową naganą w głosie.
Raul przestał się śmiać i oparł się wygodniej o kanapę.
– Moja żona, Rebeka, umarła przy porodzie – odparł cicho.
Ala poczuła wtedy, że w saloniku zrobiło się jednak zimno, i podeszła do kominka. Leżało tam parę przygotowanych wcześniej drewienek. Raul podszedł do niej i wyjął podpałkę z jej rąk. Potem oboje patrzyli w milczeniu na niewielkie, lecz wesołe, języki ognia.
– Pamiętasz, gdy przyjechałem do Francji sześć lat temu i dowiedziałem się, że wychodzisz za mąż? Chciałem ci wtedy opowiedzieć o Rebece, o Alanie i Ralfie. Chłopcy mieli wówczas pół roku, a ich matka już nie żyła.
– Dlaczego mi wobec tego nie powiedziałeś? – spytała, nadal zupełnie zdezorientowana. – Cały czas widziałam, że coś leży ci na sercu.
Popatrzył na nią przez chwilę i wzruszył ramionami.
– Jak miałem ci to powiedzieć? Byłaś podekscytowana, cieszyłaś się ślubem. Nie chciałem tego psuć.
– Byłam pewna, że masz dla mnie jakąś propozycję.
Twarz mu pociemniała i przez moment milczał.
– Tak, miałem dla ciebie propozycję, ale ty wychodziłaś za mąż.
– Mówiłeś, że podróżowałeś po Ameryce i dlatego moje zawiadomienie o ślubie do ciebie nie dotarło.
– Naprawdę podróżowałem, choć nie cały czas. To było już po śmierci Rebeki, a ja myślałem, jak zorganizować życie na nowo, także moim synom. Wprawdzie krewni Rebeki chcieli się nimi zająć na stałe, przejąć nad nimi opiekę. Tłumaczyli, że ja sporo podróżuję, prowadzę czasochłonne interesy i lepiej będzie, jeśli oni wezmą dzieci, niż ma się tym zająć jakaś wynajęta opiekunka, ale nie mogłem się zgodzić. Rebeka nie chciałaby, aby dzieci przejęli jej bardzo purytańscy, surowi i rygorystyczni krewni. Sama niemal od nich uciekła.
– Nie miałam pojęcia, że straciłeś żonę. Musiało ci być ciężko. Przyszedłeś do mnie, aby o tym powiedzieć, a ja... Żartowaliście ze mnie obaj z Jankiem. Było tak wesoło. Nie miałam pojęcia, że jesteś w żałobie, że przeżywasz taki dramat. Powinieneś był mi to powiedzieć, a nie zastanawiać się, czy mi to nie zepsuje humoru.
– Spokojnie, Alice. Niestety, rozczaruję cię trochę co do mojej osoby, ale nigdy cię nie oszukiwałem. Nie kochałem Rebeki. Od dawna była mi zupełnie obojętna. Ożeniłem się z nią, bo spodziewała się mojego dziecka, a pochodziła, jak już mówiłem, z bardzo purytańskiej rodziny. Wprawdzie uciekła od nich i od ich zasad, próbowała szczęścia w artystycznym światku, ale oni nigdy nie odpuścili. Ciężka byłaby jej dola, gdyby odkryli, że jest w ciąży, a nie ma męża. Poza tym czułem się zobowiązany wobec dziecka. Potem okazało się, że to dwoje dzieci. Taki jestem staroświecki, że uważam, iż dziecko powinno się urodzić w małżeńskim związku, obojętnie, czy jego rodzice nadal coś do siebie czują, czy też im się odwidziało. Rebeka jednak umarła, a przed śmiercią błagała mnie, abym nie zostawiał chłopców. Myślałem nawet, czy nie wrócić z nimi do Francji. Dlatego wtedy przyjechałem. Nie sądzisz chyba, Alice, że odbyłem podróż przez Atlantyk tylko po to, aby ci opowiedzieć łzawe koleje mego życia w Ameryce. Alan i Ralf, wraz z oddaną im bezgranicznie nianią, zostali wtedy u moich przyjaciół. Byli zbyt mali na taką podróż, a poza tym chciałem zrobić we Francji rozpoznanie. Czy jest tu do czego wracać? Czy jest do kogo wracać... Ty jednak wychodziłaś właśnie za mąż. Gdyby twoje zawiadomienie o ślubie zastało mnie w moim nowojorskim domu, z pewnością nie ruszałbym się stamtąd.
Ala patrzyła na niego jak ogłuszona.
– Chodziło ci wtedy o mnie? Chciałeś się ze mną związać?
– Od pewnego czasu... Jednak nie było łatwo za tobą nadążyć. Stale się gdzieś wymykałaś, a odkąd wyjechałaś do Zaborowa na ślub tej twojej kuzynki, zupełnie straciłem z tobą kontakt. Wracałaś i wyjeżdżałaś, zmieniłaś się, muzyka przestała cię obchodzić. Jakim cudem Walterowi Salangerowi udało się pochwycić cię i zatrzymać? W dodatku tak skutecznie.
Ala na powrót usiadła na kanapie i ukryła twarz w dłoniach.
– Wybacz mi – powiedziała. – Nie miałam o niczym pojęcia.
– Oczywiście, przyjaciółko... – Raul usiadł przy niej i objął ją swoim zwykłym przyjacielskim gestem, bez żadnych podtekstów. – Skąd mogłaś wiedzieć? Tak dobrze grałem rolę troskliwego, starszego brata albo miłego kolegi. Nie ma czego wybaczać. To nie twoja wina. A Walter Salanger był tym, na kogo zasłużyłaś. Nauczyłaś się przy nim żyć i kochać. Nie bój się, Alice, jeśli o mnie chodzi, to już przeszłość. Wolę naszą starą przyjaźń niż nic, dlatego być może wrócę w końcu na stałe do Paryża. A poza tym chcę trzymać moich chłopaków z dala od rodziny Rebeki. Wiem, że ci ludzie mają do nich jakieś prawa, ale na razie bałbym się ich obecności w życiu moich dzieci. Może kiedyś, gdy dorosną, będą na tyle silni, by spotkać się z rodziną ich matki i dać sobie z tym radę.
– Dlaczego wstąpiłeś do wojska i wyjechałeś na wojnę? – spytała, przetrawiwszy jego słowa. – Mogłeś zginąć i co wtedy stałoby się z twoimi dziećmi?
– Zrobiłem to, co miliony innych ojców. Dzieci są finansowo zabezpieczone, a na wszelki wypadek wyznaczyłem im opiekunów prawnych. To rodzina mojego amerykańskiego wspólnika. Nie mogłem inaczej, Alice, nie mogłem nie wstąpić do armii. Taka była atmosfera. Jak by to wyglądało? Amerykanie płynęli bić się za Francję, a Francuz miał wtedy zostać przy ciepłym piecu?
– Dobrze, że chcesz wrócić – rzekła szczerze, czując prawdziwą radość. – Cieszę się, że poznam twoje dzieci.
Kiedy ostatnio tak bardzo się cieszyła? Przecież wiedziała. To było w grudniu 1916 roku, podczas urlopu Waltera.
– Zajmie to trochę czasu. Spodziewam się, że wrócę do Nowego Jorku w styczniu. Muszę zająć się procedurą przeniesienia firmy do Paryża jako filii amerykańskiej spółki. Nadal będę współpracował z moim amerykańskim partnerem. Nawet gdy na dobre tu wrócę, od czasu do czasu będę zobowiązany odbywać podróże do Ameryki. Chłopcy jednak będą wychowywać się tutaj. W sumie cała przeprowadzka zajmie mi czas do lata. Ja też się cieszę, że wracam – powiedział, a po chwili dodał: – Brakowało mi przyjaciół.
"Brakowało mi ciebie" – chciał tak naprawdę powiedzieć, ale powstrzymał się.
– Kilku zginęło – odparła ze smutkiem Ala. – W tym większość z tych najbliższych.
– Wiem, słyszałem. Zawsze pozostanie po nich przerażająca pustka. Jak leje na froncie. Ludzi jednak nie zabraknie, a żyć dalej trzeba.
"Będzie mi o wiele łatwiej, gdy wrócisz" – przemknęło Ali przez myśl i nagle zapragnęła zadać mu dwa pytania, dwa dość dziwne pytania.
– Masz prawo mi nie odpowiadać, ale... czy wróciłbyś do Paryża, gdyby... Walter przeżył wojnę?
Głos jej drgnął, pomimo że tak się starała zachować spokój. Pożałowała też, że zapytała. Właściwie czemu miało służyć to pytanie? Jaki sens było ranić ich oboje?
Raul jednak odpowiedział, jak gdyby to nie miało już dla niego żadnego znaczenia.
– Tak, Alice. Zresztą zakładałem, że twój mąż nadal żyje. Przyszedłem dzisiaj odwiedzić was oboje. O jego śmierci dowiedziałem się przez przypadek. Wróciłbym do Paryża w bliżej nieokreślonej przyszłości, ale zasady naszej przyjaźni musiałyby wtedy ulec zmianie. Mogliśmy kiedyś intrygować tym i denerwować wszystkich dookoła, nawet twojego ojca, jednak nie twojego męża. To nie mogło dotyczyć jego. Nie musiałby tego zrozumieć.
"Zrozumiałby" – pomyślała w nagłym przebłysku świadomości i już nie mogła powtrzymać się przed drugim pytaniem.
– Dlaczego dziś w nocy szedłeś akurat tamtą, ciemną ulicą? Tam, gdzie zaczepili mnie ci dwaj? Co tam właściwie robiłeś?
Raul uśmiechnął się i wzruszył ramionami.
– Nie wiem, Alice, to zwykły zbieg okoliczności. Nie zastałem cię w domu, więc poszedłem się napić do bistro. Pogadałem z paroma chłopakami w mundurach i ruszyłem przed siebie. Naprawdę nie analizowałem. Szedłem raczej bezmyślnie, ty zresztą też. Nie spodziewałem się ciebie o tej porze na tak odludnej uliczce. Miałaś paskudny pomysł, aby iść tamtędy.
– Chciałam skrócić sobie drogę – wyjaśniła machinalnie, myśląc już o czymś innym. – W czasie wojny często wracałam ze szpitala jeszcze później i przez bardziej odludne zaułki.
"Walterze, pomóż mi..." – cały czas pamiętała swoją własną, niewypowiedzianą wtedy głośno prośbę. I wtedy pojawił się Raul. Nie ulegało wątpliwości. Walter zrozumiałby przyjaźń jej i Raula. A przecież ledwo się znali.
Rozmawiali do rana o wszystkim, jak dwoje starych przyjaciół, którzy nie widzieli się dobrych parę lat. Oczywiście, że oboje nie byli starzy. Oczywiście, że od ich ostatniego spotkania nie minęło sto, lecz sześć lat. Jednak stanowiły one całą epokę. W tym czasie wybuchła i szalała Wielka Wojna, w tym czasie przez życie każdego z nich przetoczyły się wielkie zmiany. W tym czasie pojawili się inni ludzie, małżeństwa, dzieci. Także śmierć. A oni oboje dopiero teraz odkrywali przed sobą, co się wydarzyło w tym okresie milczenia.
– Ale to już przeszłość, Alice, to już bez znaczenia – zapewniał Raul. – Teraz nie obawiam się już powrotu do kraju. Nie martw się.
Mówił o Rebece i ich przypadkowym spotkaniu, o tym, że była urocza, ale nie miała dość talentu, by odnieść sukces na scenie, a w dodatku zaszła w ciążę. Gdyby nie ten fakt, rozstałby się z nią tak, jak to zwykle robił – w zgodzie i bez pretensji.
Mówił o chłopcach, którzy są wprawdzie bliźniakami, ale nie ma między nimi większego podobieństwa.
– Są dowodem na sprawiedliwość natury, Alice. Jeden przypomina Rebekę, a drugi to skóra zdarta ze mnie.
Mówił też o wojnie, o tym, jak Wilson przygotowywał Amerykanów do jej wypowiedzenia, o nastrojach po zatopieniu Lusitanii i innych statków amerykańskich, o decyzji Kongresu, o atmosferze, jaka towarzyszyła zaciąganiu się do wojska. Mówił też o walce, o ofensywach, w których brał udział w 1918 roku.
– Przeżyłem, bo widocznie tak chciał los. To wszystko kwestia przeznaczenia – skwitował.
Ona też opowiadała. O Melanie, o Walterze, o tym, co jej mąż myślał o wojnie, o zabijaniu. Mówiła o René i o śmierci ich wspólnych przyjaciół, o tym, co wszyscy bezpowrotnie stracili.
– Naszą młodość, Raulu, straciliśmy naszą młodość. Mam dwadzieścia osiem lat, lecz w środku jestem starą kobietą.
– Zbyt często patrzysz w przeszłość, Alice, to dlatego – odparł, klepiąc ją krzepiąco po ręce. – Pomyśl o teraźniejszości i trochę o przyszłości.
"Myślę tylko o przeszłości" – skonstatowała ponuro. "Teraźniejszość mnie nie obchodzi, a przyszłości może nie będzie".
Nie chciała jednak wypowiadać swych myśli na głos i zepsuć tego spotkania. Raul planował przyszłość i miał dla kogo żyć.
– Masz jednak rację co do przeznaczenia – powiedziała cicho. – Rzeczywiście, istnieje coś takiego. Walter i ja... Szkoda, że nie zdążyliście się bliżej poznać.
– Nie poznalibyśmy się bliżej, nawet gdyby on żył. Mówiłem ci przecież – przypomniał jej łagodnie.
Pokiwała zatem głową, jakby na znak zgody, chociaż miała na ten temat inne zdanie. Walter by zrozumiał. Jednak przekonywanie Raula o tym, a nawet samo wspominanie tego, nie miało już znaczenia. Może kiedyś mu to powie, na pewno nie dzisiaj.
Zapytał ją o jej rodzinę, więc opowiedziała mu o listach od bratowej, a nawet przeczytała niektóre fragmenty.
– Robert przez całą wojnę służył jako lekarz przyfrontowy, a potem przeniósł się do tworzonej od lata 1917 roku polskiej armii we Francji. Wkrótce zapewne będzie mógł wrócić do żony i dzieci. Janek był ciężko ranny na froncie wschodnim.
Nie miała siły po raz kolejny tej nocy opowiadać, że brat stracił oko i jeszcze w pełni nie odzyskał zdrowia, chociaż bardzo pomagał bratowej i macosze w Zaborowie. Kiedyś i o tym opowie Raulowi, ale nie dziś.
Raul przezornie nie pytał o jej własne plany, o to, co ona zamierzała dalej robić. Zapewne obawiał się usłyszeć kolejne, pełne bólu słowa świadczące o całkowitym braku nadziei i chęci do życia.
"Nie obawiaj się, przyjacielu. Nie będzie kolejnej żałobnej mowy. Zachowam to dla siebie. Nie będę już sobą męczyć ani ciebie, ani nikogo więcej. Tylko z Basią, i może z Martą, jeszcze sobie na to pozwolę. Lecz one to już zupełnie inna bajka".
– Uważaj na grypę, panuje jakaś wyjątkowo paskudna odmiana – powiedział Raul przy pożegnaniu. – Chociaż podobno samo uważanie niewiele pomaga.
– Jak to po wojnie. – Ala wzruszyła ramionami. – Zawsze tak było: przemarsz wojsk, a potem dżuma. A myśleliśmy, że ludzkość już zmądrzała na tyle, aby nie odświeżać takich rzeczy.
– Nigdy nie wierzyłem pod tym względem w ludzkość – odparł Raul, zapinając swój wojskowy płaszcz. – Ludzkość od czasu do czasu potrzebuje wojny.
– Jest elementem ładu Bożego. Bez niej świat popadłby w stagnację, a ludzkość pogrążyłaby się w materializmie. – Ala niespodziewanie przypomniała sobie słowa von Moltkego i zadrżała.
Raul uspokajająco położył rękę na jej ramieniu i otworzył drzwi. Do środka wpadło lodowate powietrze grudniowego poranka.
– Co za ziąb. A jeszcze cała zima przed nami – powiedziała z westchnieniem Ala.
Zauważyli, że w oknie naprzeciwko poruszyła się firanka.
– A jednak zepsułem pani opinię, pani Salanger – skomentował to wesoło Raul. – Przyjmuje pani po nocach jankeskich żołnierzy.
– I tak byłam dzisiaj skazana na któregoś z was – odparła i prawie się roześmiała. – Czuj się wyróżniony. Pojawiłeś się jako czwarty w ciągu jednego wieczoru i wybrałam ciebie.
– A więc wszystko wraca, jest po staremu – powiedział, po czym zasalutował jej żartobliwie i poszedł.
Rozdział 66
Koniec stycznia był mroźny, ale nie było to nic wyjątkowego o tej porze roku i w tej strefie klimatycznej. Czekali już jednak dość długo na pociąg, więc zimno i przejmujący wiatr dokuczały im coraz bardziej.
– Będzie cud, jeśli unikniemy grypy – zagderała Marta. – Pociąg ma już tak duże opóźnienie... Ale przecież można się było tego spodziewać. Mimo to nie rozumiem, dlaczego przybyliśmy tu na godzinę przed jego przyjazdem. Ty, jak się na coś uprzesz, to nie ma na ciebie sposobu.
– Nie musiałaś tu z nami przyjeżdżać, mamo – odparła niechętnie Basia. – Mogłaś spokojnie poczekać na nas w domu.
– A co by to dało? Uparłaś się zabrać dzieci na taki mróz, więc wolałam przyjechać z wami.
– Uznałaś, że ja nie dam rady ciepło ich ubrać i ochronić przed zimnem? A może sądziłaś, że sama twoja obecność sprawi, że mróz ucieknie gdzie pieprz rośnie?
– Jestem przekonany, że scena kabaretowa straciła w waszych osobach wielkie talenty. – Janek, słuchając ich, wprost zataczał się ze śmiechu. – Błagam, kłóćcie się dalej. Od razu robi mi się wtedy cieplej.
– Mamo, czy tata na pewno dzisiaj przyjedzie? – spytała po raz setny Urszulka i zatupała niecierpliwie nóżkami.
– Oczywiście – odparła znużona Basia. – Przestań bez przerwy powtarzać to samo pytanie.
– Jeśli nie wróci, to się nie martw – odparła dziewczynka bez cienia żalu w głosie. – Możesz być żoną wujka Jasia.
Barbara poczuła, że łuna bije jej na twarz i ostrzegawczo szarpnęła dziewczynkę za rączkę.
Natomiast Jaś roześmiał się i nachylił do małej.
– Nic z tego – odparł wesoło. – Nie miałem szans u twojej mamy. Ona zawsze wolała waszego ojca.
– Dlaczego? – zdziwiła się szczerze dziewczynka. – Jesteś przecież ładny.
– O! Dziękuję ci, młoda damo. Daleko mi jednak do twojego ojczulka.
– Nie martw się, wujku – odparła Urszulka po chwili namysłu. – W takim razie ożenisz się ze mną.
– Dobrze, umowa stoi. – Janek śmiał się i chwycił dziecko na ręce. – Ty mała spryciaro, jak zwykle o wszystkim pomyślałaś.
Basia też się roześmiała, ale towarzyszyła temu także niewesoła refleksja. Siedmioletnia Ula zupełnie nie pamiętała Roberta. Zniknął z jej życia w momencie, gdy była bardzo małym dzieckiem. To samo dotyczyło Pawła. Tylko Karolek, już teraz prawie dziewięcioletni, nadal upierał się, że pamięta ojca i wszystkie zdarzenia z nim związane. On jeden z trójki dzieci przez cztery lata wojny i dwa powojenne miesiące mówił o Robercie. Ula i Paweł nawet słówkiem o nim nie wspomnieli. Był postacią na tyle enigmatyczną, że nawet nie odczuwali chęci rozmowy o nim. Zamiast tego bardzo przywiązali się do stryja, którego mieli na co dzień od ponad dwóch lat. Zresztą za Jasiem przepadało też potomstwo kowala, który mieszkał niedaleko pałacu w Zaborowie, a nawet dwóch stajennych chłopców – wnuki Antoniego po jego starszym synu. Imponował im, bo walczył na froncie, w polskich legionach, a w dodatku został ranny w krwawej bitwie pod Kostiuchnówką w lipcu 1916 roku. A z tej bitwy wręcz nie wypadało nie być dumnym. Wyglądało więc na to, że Janek młodszym dzieciom w zupełności wystarczał i nie potrzebowały zmian. Tylko Karolek pozostał wierny Robertowi i przekonywał wszystkich wokoło, a zwłaszcza rodzeństwo, że ich ojciec jest również wielkim bohaterem i walczył daleko, we Francji.
– A tam były bitwy ogromne, często potężniejsze od naszych – podkreślał. – Front zachodni był najważniejszy w tej wojnie.
Basię zdumiewała jego wiedza na temat wojny. Chłonął wszystkie dostępne mu informacje, z zapartym tchem słuchał opowieści stryja, a potem lokaja Jana i innych mężczyzn, którzy wrócili z frontu. Zresztą wojna stała się żywiołem także innych dzieci, i to nie tylko w Zaborowie, ale także w okolicznych ocalałych wsiach, miasteczkach i dworach. Rosły wraz z tą wojną, a spora ich część w ogóle nie przypominała sobie czasów pokoju. Poza tym przez pierwsze dwa lata działań, gdy front się zmieniał, zaborowski pałac był miejscem, gdzie od czasu do czasu stacjonowały wymiennie wojska rosyjskie i austriackie. Niezależnie od tego prawie bez przerwy szukali tu schronienia cywile, którzy stracili dach nad głową. W tych warunkach dzieci szybko dorastały, operowały też słownictwem, które było nie do pomyślenia wcześniej. Basia przyznawała sama przed sobą, że w wieku siedmiu lat nie miała nawet połowy tej wiedzy o życiu, co jej córka. W dodatku Urszulka, podobnie jak jej starszy brat, była zawsze nad wiek rozwinięta i bardzo bystra.
"Nie mają tego po mnie" – przyznawała w duchu Barbara. "Każde z nich odziedziczyło tę inteligencję po swoim ojcu... Każde po swoim ojcu. Tylko Pawełek jest taki zupełnie mój".
Z czułością przygarnęła do siebie młodszego synka i staranniej opatuliła go płaszczem. O niego bała się najbardziej. Uważała, że stale coś mu grozi. Tamtych dwoje z pewnością poradzi sobie w życiu, ale Pawełek zawsze będzie potrzebował czyjejś pomocy, Był taki delikatny, zamknięty w świecie swoich marzeń i wyobraźni, w świecie, który sobie stworzył, aby uciec przed brutalną rzeczywistością, a niekiedy przed innymi ludźmi. Szczęśliwie miał rodzeństwo, które kochało go ogromnie i chroniło przed drwinami i dokuczaniem dzieci z sąsiedztwa. Rodzeństwo to będzie mu potrzebne jeszcze przez wiele lat, a może i przez całe życie. Ona przecież nie zawsze będzie wiedziała, czy nie dzieje mu się krzywda. A najgorsze dopiero przed nim. Trzeba będzie wysłać go do szkoły. Pozostałą dwójkę zresztą także. Wiedza zdobywana w domu na niewiele się zda. Będą potrzebne świadectwa, egzaminy, dokumenty.
Jak to dobrze, że wraca Robert. Jak to dobrze, że zdejmie z niej przynajmniej część tych trosk i obowiązków, że będzie mogła mu o tym wszystkim opowiedzieć, poradzić się. Jak to dobrze, że nie będzie już ze wszystkim sama. Nie będzie już sama. Dobry, pomocny, przyjacielski Jaś nie mógł wypełnić pustki i tęsknoty, jaką czuła za mężem.
Z zamyślenia wyrwał ją odgłos nadjeżdżającego pociągu i nagle poczuła emocje tak wielkie, o jakie już nawet się nie podejrzewała. Serce tłukło w jej piersi jak oszalałe, chyba wszyscy na stacji to słyszeli. Cała drżała jak w gorączce. Nic się nie zmieniło. Znowu była młodą, zakochaną dziewczyną, która nie śmiała nawet marzyć o Robercie. Znowu była oszalałą ze szczęścia narzeczoną, której ten właśnie Robert ofiarował dalsze, wspólne już życie i uratował ją przed hańbą. Znowu była młodziutką małżonką, która osiem lat temu na tej właśnie stacji z miłością i pragnieniem witała męża powracającego z podróży do Afryki.
"To się nigdy nie zmieni" – myślała, patrząc na zatrzymujący się pociąg. "Będziemy już starzy, a ja będę za każdym razem czekać na niego jak zakochana po uszy dziewczyna. Boże, niech to się nigdy nie zmieni".
Planowane rozmowy o dzieciach, ich szkołach i przyszłości, o konieczności remontu pałacu i innych codziennych sprawach zeszły nagle na dalszy plan. Teraz liczyła się tylko miłość w swej najczystszej postaci.
A jeśli jednak nie przyjechał tym pociągiem? Jeśli nagle zmienił plany albo coś niespodziewanego go zatrzymało we Francji?
Robert jednak wysiadł z pociągu w gronie innych podróżnych i Karolek z krzykiem nieopisanej radości rzucił się ku niemu. Przylgnął do ojca z ogromną siłą, wykluczającą wszelkie próby oderwania go przez innych. Cały czas obejmował "swego tatę", podczas gdy Robert witał się już z bratem.
– No, pięknie – skwitował, patrząc na opaskę na jego prawym oku. – Wyglądasz jak podczas naszych dawnych zabaw w piratów.
Starał się mówić lekkim tonem, głos go jednak zawiódł.
– Jeszcze cię widzę drugim okiem. Wystarczy mi, aby się z tobą po dawnemu rozprawić – odparł nonszalancko Jaś i wesoło uderzył brata po ramieniu.
Potem podeszła do nich Marta, która już otwarcie się rozpłakała, a łzy były bardzo rzadkim gościem w jej oczach. W każdym razie nikt z obecnych jeszcze jej takiej nie widział.
– Na litość boską, Marto, ja nie umarłem – powiedział ze śmiechem Robert, całując z czułością ręce macochy.
– Ojciec przyjedzie pojutrze z Warszawy. Nie mógł się wczoraj wydostać. Zresztą, teraz w czasie epidemii ma pełne ręce roboty – wyjaśniała już rzeczowo Marta, która doszła do siebie po pierwszym wzruszeniu. – Mam nadzieję, że teraz wspólnymi siłami zmusimy go, aby trochę mniej pracował. W końcu nie jest już młodzieńcem i sam może się zarazić i umrzeć.
– Dziadek mówił, że ta grypa atakuje szczególnie ludzi silnych i młodych, a nie starych i słabych – odezwał się nagle Karolek, uwalniając twarz od płaszcza Roberta.
Basia z dwójką przytulonych do niej młodszych dzieci stała cały czas jak zahipnotyzowana. Patrzyła z daleka, nie była w stanie zrobić kroku. Nogi zupełnie odmówiły jej posłuszeństwa.
To Robert podszedł do niej pierwszy i wyciągnął rękę na powitanie. Nie mogła oderwać oczu od jego twarzy, poruszyła ustami, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk.
– To tak mnie witasz, droga żono? Zamieniłaś się w pomnik? – zażartował Robert, chociaż jego oczy też były wilgotne.
– Robercie... ja... To znaczy... – zaczęła się jąkać.
– Co za ludzie! Nie wytrzymam! – krzyknął Janek. – Całą noc dzisiaj beczała, jak by nie wiem jakie nieszczęście ją spotkało, a od kilku dni chodziła jak nieprzytomna. A teraz stoi i się jąka. Po co tyle ceregieli?!
Z tymi słowami objął brata i bratową i popchnął ich ku sobie. Następnie wziął pod rękę Martę, ujął Karolka za kołnierz i skierował się z nimi w stronę powozu.
Nieważne, że wokół stali ludzie. Basia puściła rączki Urszulki i Pawełka i rzuciła się z płaczem w ramiona męża. Całowała go, tuliła i nadal nie wierzyła, nie wierzyła. Nie było w tym nic oryginalnego. Tak witały swoich mężczyzn kobiety na całym świecie. Nie było żadnych wielkich słów. Nagle zniknęły w niebycie całe lata rozłąki.
– Prawie się nie zmieniłeś – mówiła i z czułością dotykała jego twarzy.
Wiedziała, że ona sama bardzo się zmieniła, spoważniała, zmizerniała. Tylko oczy pozostały takie jak dawniej – duże, niebieskie, pełne słodyczy i rozmarzenia. To nadal były oczy dziewczyny, która kochała, tęskniła, czekała.
Urszulka niecierpliwie zatupała nóżkami i to odniosło skutek. Oboje spojrzeli na dzieci.
– To nasze dzieciaki? – szepnął z zachwytem i niedowierzaniem.
– A któż by inny? – odparła, ocierając oczy.
Robert przyklęknął i wyciągnął ręce do dzieci. Chłonął ich widok, nie mógł uwierzyć własnym oczom. Urszulka miała złociste, bujne loki swojej matki, podobny do niej owalny kształt twarzy i delikatną, szczupłą figurę. Lecz regularne, rasowe rysy przypominały Roberta, po nim również odziedziczyła ciemnobrązowe oczy iskrzące sprytem i inteligencją. Już teraz zapowiadała się na piękną i interesującą kobietę. Paweł też był szczuplutki, lecz ciemnowłosy i ciemnooki. Podobny do siostry z rysów twarzy, był nieodrodnym synem swego ojca. Nie tylko zresztą z wyglądu obaj byli do siebie tak uderzająco podobni. Robert pamiętał, że w dzieciństwie i młodości także stronił od towarzystwa, zwłaszcza rówieśników. Wolał być sam, gdyż sam ze sobą nigdy się nie nudził, a w dodatku czuł się bezpieczniej.
– Witajcie, dzieciaki! – wykrzyknął, starając się, by brzmiało to wesoło. – Prawie mnie nie znacie, ale ja was doskonale pamiętam. Ależ wyrośliście!
– Nie stójcie tak. Przywitajcie waszego ojca – upomniała dzieci Barbara.
Pierwszy podszedł Pawełek. Nieśmiało podał Robertowi rękę.
– Dzień dobry, synku. – Robert z troską przygarnął go do siebie. – Nie martw się, wkrótce się zaprzyjaźnimy.
Urszulka podeszła ostrożnie i uważnie mu się przyglądała.
– A ty jesteś moją małą księżniczką – zwrócił się do niej.
Wówczas zignorowała jego wyciągniętą rękę i bez słowa rzuciła mu się na szyję.
Siedzieli wszyscy razem w jadalni do późnej nocy, nie tylko rodzina, ale także tych kilka osób ze służby, które pozostało, a także kowal ze swoją familią. Nawet dzieci nie dały się zapędzić do łóżek, ku wielkiemu niezadowoleniu kowalowej, która nie miała pojęcia, jak później ujarzmi swoich trzech chłopaków, zwłaszcza że głównym tematem rozmowy były wspomnienia z wojny.
Robert opowiadał o tym, jak było na froncie zachodnim, co działo się na co dzień we Francji i w Belgii. Reszta, zwłaszcza mężczyźni, opowiadała o walkach na wschodzie. Kobiety wspominały grozę tego, co rozgrywało się tak niedaleko od Zaborowa, i tych ludzi, którzy tutaj szukali schronienia. Dzieci, przekrzykując się nawzajem, opowiadały o żołnierzach, którzy w pewnym momencie zajmowali niemal cały pałac.
– Kiedy wreszcie przywykniemy do pokoju? – spytała retorycznie Marta. – Ja w dalszym ciągu każdego ranka po przebudzeniu muszę sama siebie przekonywać, że to naprawdę koniec koszmaru.
– Kiedy te dzieciaki nauczą się normalnie żyć i wrócą do nauki? – dodał Jaś. – One nie potrafią sobie nawet tego wyobrazić. Ciągle im w głowach tylko wojna i wojna.
– To już są dzieci wolnej Polski – szepnęła Marta. – Nie będą pamiętać innej.
– Sam nie mogę uwierzyć, że tego dożyłem – rzekł uroczyście Antoni, a po chwili dodał cicho: – Mieliśmy wybory i mamy wreszcie polski sejm. Mamy polski rząd i Naczelnika. Lepiej by jednak było, gdyby na nasze państwo mógł teraz patrzeć mój Maciek zamiast mnie.
Zapadło milczenie, a Katarzyna krzepiąco pogłaskała ramię męża.
– Zawsze będziemy pamiętać o twoim synu i o innych – powiedziała łagodnie Marta. – Będziemy pamiętać o Walterze naszej Ali...
– Widziałeś się z nią przed wyjazdem z Francji? – spytała męża Basia.
Do tej pory nie brała udziału w rozmowie, zbyt jeszcze oszołomiona jego powrotem.
– Ostatni raz widziałem ją jesienią 1917 roku – odparł z westchnieniem Robert. – Wtedy było z nią niedobrze. Przypominała bardziej zjawę niż istotę z krwi i kości. Po podpisaniu zawieszenia broni nie mieliśmy już okazji się spotkać. Wymieniliśmy tylko listy. Wygląda jednak na to, że pomału dochodzi do siebie. Albo tylko udaje.
– Musimy ją tu ściągnąć – zawyrokowała Basia. – Nie ma sensu, aby została tam sama.
– Nie jest tam sama – zaprotestował Robert. – Jest z nią przecież...
Raptownie przerwał, ale Basia jak gdyby nigdy nic dokończyła za niego:
– Masz na myśli siostrę Waltera? Obawiam się, że słaba to pociecha. Niewiele ją znam, ale odniosłam wrażenie, że raczej się nie dogadują. Pamiętacie, jak zachowała się ta... Nicole przed ślubem Ali i Waltera? Przyjechała z wielką łaską w ostatniej chwili. Ali było naprawdę przykro, sama to widziałam. Podczas wesela panna Perrier prawie z nikim nie rozmawiała, wyraźnie dawała do zrozumienia, jak bardzo jest niezadowolona z wyboru brata.
Robert drgnął, ale nie zareagował na słowa żony. Niespodziewanie natomiast włączyła się Marta.
– Ja odniosłam inne wrażenie niż ty – rzekła do córki. – Rozmawiałam z nią w czasie wesela. To miła i bardzo inteligentna dziewczyna.
– Próbowałam porozmawiać z nią przyjaźnie, gdy wreszcie raczyła przyjechać na ślub, ale była strasznie sztywna – odparowała Basia, sama dziwiąc się, dlaczego aż tak bardzo zirytowały ją słowa matki.
– Może wystąpiły w waszym przypadku problemy językowe – powiedziała Marta, uśmiechając się leciutko. – Panna Perrier, o ile wiem, mówi tylko po francusku i po angielsku. Ty zaś... – Znacząco zawiesiła głos.
Basia pobladła i z niemą furią patrzyła na matkę. Ze względu na obecność innych osób powstrzymała się, by nie wrzasnąć, że jeśli słabo zna francuski czy jakikolwiek inny język, to jest to wina wychowania, jakie odebrała. Marta zdawała się czytać w jej myślach, ale, pewna swoich racji, patrzyła na córkę spokojnie.
Wymiana zdań między dwiema dziedziczkami skłoniła jednak wszystkich obecnych do rozejścia się na nocny odpoczynek.
– Jutro czeka nas praca, jak zwykle – westchnął Antoni. – Już i tak mamy wielkie święto z okazji przyjazdu pana Roberta.
Po raz pierwszy od kilku lat Basia nie wracała do małżeńskiego pokoju sama. Na samą myśl o tym jej złość na matkę gdzieś się ulotniła. Niepotrzebne było to starcie, prawie zepsuło cały wieczór. W dodatku Basia teraz rozumiała, że sama sprowokowała całe zajście. Niepotrzebnie w ogóle zaczęła krytykować Nicole. Jak by na to nie patrzeć, panna Perrier była jednak ukochaną i jedyną siostrą Waltera, i chociażby z tego powodu rodzina Matzerów nie odetnie się od tej kobiety. Nawet w sprawie znajomości języka francuskiego matka miała rację. Barbara pamiętała, że przecież miała stworzone najlepsze warunki i dobrych nauczycieli. Co z tego, skoro nauka wyraźnie nie wchodziła jej do głowy? Skoro sama nie przykładała się do książek?
"Znowu wyszła ze mnie jędza" – myślała teraz niezadowolona. "Znowu w obecności Roberta. A przecież obiecywałam sobie..."
Weszli już do pokoju, a ona starannie zamknęła za nimi drzwi i podeszła do męża.
– Tak mi przykro z powodu tej sceny przy stole – zaczęła nieporadnie. – Nie wiem, co we mnie wstąpiło. Źle się stało, ale czasami puszczają mi nerwy.
Czułym gestem odgarnął kosmyk włosów z jej twarzy i dotknął jej gorącego policzka.
– Musiało być ci bardzo ciężko – powiedział miękko. – Jak ty w ogóle sobie z tym wszystkim poradziłaś? Mnie tu wtedy nie było...
– Nikt tego nie planował... – Basia przylgnęła do niego spragniona jego miłości. – Ważne, że już jesteś.
Spojrzała na niego tymi dziewczęcymi, niebieskimi oczami, a było w nich tyle szczęścia. I bezgranicznego oddania! Dlaczego więc nagle zobaczył tamte oczy o czarnych, żywo błyszczących źrenicach? Może dlatego, że nieopatrznie przywołano jej osobę dzisiejszego wieczoru. A właśnie dziś nie zamierzał w ogóle o niej myśleć i jej wspominać. A może dlatego, że i w tamtych oczach było wtedy takie samo szczęście i oddanie, jakie zobaczył tutaj. Co ona teraz robi? Jak sobie radzi w życiu po śmierci brata?
Basia patrzyła zdumiona na pobladłą twarz męża i przyjaźnie pogładziła go po włosach.
– To nic, mój kochany – szepnęła. – Odłożymy to. Dzisiaj odpocznij, jesteś po długiej podróży i ledwo żyjesz. Mamy teraz tyle czasu przed sobą.
Rozdział 67
– Pani Salanger?
– Tak, słucham.
– Proszę za mną, zaprowadzę panią na miejsce.
Ala odwróciła się jeszcze do Raula.
– Nie masz nic przeciwko temu, że pójdę tam sama? – spytała.
– Oczywiście, Alice. Nie musiałaś pytać.
Poszła więc sama za człowiekiem, który opiekował się cmentarzem wojskowym. Wokoło w kwaterach, jeden przy drugim stały w równym szeregu białe krzyże. Tak jak kiedyś, gdy leżący w tych mogiłach ruszyli do ataku, ramię w ramię.
– Większość z nich to polegli pod Chemin des Dames – mówił do Ali przewodnik. – Proszę, tu właśnie jest mogiła pani męża. Gdyby pani czegoś potrzebowała...
Ala w milczeniu skinęła głową i zapatrzyła się w biały krzyż. Tam, pod tym krzyżem i pod tą ziemią... Naraz zakręciło jej się w głowie i musiała przyklęknąć. Chętnie napiłaby się wody, ale nic ze sobą nie wzięła. Tego nie przewidziała. A potem przyszło jej do głowy, że może Walter przed śmiercią też potrzebował choćby kropli wody i ci inni leżący dookoła również.
"Wytrzymam" – pomyślała. "Skoro ty musiałeś przez to przejść..."
Grób był uporządkowany i zadbany. Pewnie zrobiła to Nicole, która już odwiedziła miejsce spoczynku brata. A może zrobiły to jakieś stowarzyszenia opieki nad grobami poległych? Skoro ona, żona, nie miała do tej pory odwagi i siły, aby tu przyjechać, aby wreszcie stanąć oko w oko z prawdą? Namówił ją w końcu Raul. Dlaczego jednak ktokolwiek musiał ją namawiać?!
"Tak długo na mnie czekałeś, najdroższy. Wybrałeś sobie strasznego tchórza na żonę. Umiałam być dobrą kochanką i wspólniczką przyjemnej strony życia. Zawsze jednak bałam się prawdy o sprawach trudnych. Kochałam cię z całej duszy, ale nie pozwoliłam ci na poważną rozmowę tej ostatniej nocy, gdy trapił cię niepokój i troska. Musiałeś w końcu napisać o tym do mnie w swoim ostatnim liście, a wszystko dlatego, że bałam się rozmawiać z tobą o śmierci. Tak jakby ta rozmowa miała sprowadzić na nas nieszczęście. A ono przyszło i bez tego. Gdyby można było cofnąć czas, choćby tylko do tej ostatniej nocy twojego urlopu! Wysłuchałabym cię teraz z pewnością, nawet gdybym wiedziała, że za kilka miesięcy umrzesz. Żałuję, Walterze, z całego serca żałuję, ale nic już nie zmienię. Poza tym jednym, poza tą nieprzeprowadzoną należycie rozmową, wszystko między nami było dobre. Tak jak napisałeś. Byliśmy dla siebie. Raul miał rację, gdy powiedział, że lepiej przeżyć kilka lat szczęścia w takim związku jak ja i ty, niż całe życie męczyć się z kimś zupełnie obojętnym lub wrogim, a często tak właśnie muszą żyć ludzie. Wiesz już, że Raul chce wrócić do Francji? Oczywiście, że wiesz. Sam mi go przysłałeś tamtego wieczora w grudniu, na ulicy. To mój stary przyjaciel w końcu mnie tu przywiózł. Został jednak tam, za cmentarzem. Tu jesteśmy znowu tylko we dwoje, ty i ja. I tak już zostanie, kochanie. Ty i ja, nikogo innego nie potrzebuję. Nie namawiaj mnie, kochany, na inne szczęście. To niemożliwe. Jak inaczej odnalazłabym ciebie i nasze dziecko tam, w niebie? Pociesza mnie jeszcze to, że każdy mijający dzień przyspiesza nasze ostateczne spotkanie. Mówię takie rzeczy tylko tobie, bo inni od razu patrzą na mnie podejrzliwie i z przerażeniem. Myślą wtedy, że jestem chora, i gotowi szukać dla mnie pomocy u lekarza. Lekarze zaś zamknęliby mnie w domu dla obłąkanych, tak jak kiedyś chcieli to zrobić z Nicole. Dlatego tu, we Francji, nikomu się tak nie zwierzam, jak tobie. Może powiem to w Polsce, gdy w końcu tam pojadę. Oni tam może szybciej to zrozumieją. Tam historia przez wiele lat tak się układała, że ludzie nieraz rozmawiali ze zmarłymi. Ty wiesz, że wcale nie zwariowałam. Już się nie boję śmierci i lubię o niej rozmawiać. Na razie jednak nie mam z kim. Nawet Raul tego nie rozumie, a nie chcę go martwić".
Przytuliła się do krzyża i miała wrażenie, że czuje ciepło i dotyk człowieka, który był tu pochowany. Niesamowite to było uczucie. Zamknęła oczy, by zatrzymać te chwile.
"Alice, nie martw się już o mnie. Oboje z Melanie dobrze sobie radzimy i jesteśmy przy tobie. Zacznij żyć, kochana. Bądź spokojna".
Naprawdę go usłyszała. Był teraz obok niej, tak jak powiedział. Dotykał jej i podtrzymywał, jak zawsze, gdy coś się działo – gdy wypiła za dużo wina, gdy szukała Andrzeja Krzyckiego, gdy umarła Melanie, gdy przyjechał niespodziewanie na swój jedyny, wojenny urlop.
"Jestem o was spokojna, Walterze. Wiem, że wam nic już złego nie grozi, ale tęsknię, potwornie tęsknię. To nigdy nie minie".
Opierała się o krzyż, a on ją trzymał, aby nie straciła równowagi. Tak wyraźnie go teraz czuła...
– Dobrze, że akurat tędy przechodziłyśmy razem z moją matką. Wołałyśmy do tej pani, ale chyba nas nie słyszała. Chyba była nieprzytomna.
– Zachowywała się zupełnie spokojnie, gdy ją tu przyprowadziłem. Czasami ludzie tak tu reagują, ale ta pani była taka... zrównoważona.
– Całe szczęście, że przyjechała tu z panem. Może nie należało jej jednak pozwalać, aby przyszła do grobu sama?
Ala otworzyła oczy i zobaczyła grupkę zaniepokojonych ludzi stojących wokół niej. Nie opierała się już o mały, biały krzyż. Zresztą, nie wytrzymałby on ciężaru jej bezwładnego ciała. Opierała się o ramię Raula, który obmywał jej twarz zimną wodą.
– Od razu pomyślałam, że ten pan stojący przy samochodzie za cmentarzem musiał towarzyszyć tej biedaczce – mówiła młoda dziewczyna, jedna z osób zgromadzonych przy grobie Waltera.
– Bardzo pani dziękuję – odpowiedział jej Raul i zwrócił się do dwóch mężczyzn, z których jeden zajmował się tym cmentarzem. – Proszę mi pomóc zaprowadzić panią Salanger do samochodu. Gdyby panowie byli tak mili...
Oczywiście nikt nie odmówił pomocy.
– Alice, czy będziesz mogła podnieść się i iść? – Raul zwrócił się już bezpośrednio do niej.
– Tak – odparła, choć w głowie jeszcze jej szumiało. – Wszystko już ze mną w porządku.
– Powinna pani napić się wody – poradziła starsza kobieta. – Mój Boże, też mnie to spotkało, gdy odwiedziłam grób syna po raz pierwszy. Nie jesteś wyjątkiem, moje dziecko.
Po paru minutach Ala podniosła się i, podtrzymywana przez Raula i pracownika cmentarza, ruszyła wraz z nimi do wyjścia. Pomoc trzeciego mężczyzny nie była już konieczna. Obejrzała się jeszcze na mogiłę.
"Naprawdę tu byłeś. To ciebie słyszałam".
W drodze powrotnej do Paryża przeważnie milczeli. Tylko od czasu do czasu Raul rzucał jakieś uwagi o mijanym, ponurym, lutowym krajobrazie i pogodzie, a ona odpowiadała zdawkowo. Czuła się niezręcznie po tym, co się stało na cmentarzu, że okazała się taka słaba w obecności przyjaciela. Przed samym domem Raul niespodziewanie, jakby przełamując się, rzekł:
– Przepraszam cię, Alice, że prawie cię zmusiłem do tej podróży. Czasami jestem taki cholernie pewny swoich racji. Następnym razem, gdy ty będziesz czegoś pewna, a ja będę cię przekonywał do czegoś zupełnie przeciwnego, rzuć we mnie ciężkim sprzętem. Obiecujesz?
Spojrzała na niego i uśmiechnęła się niewyraźnie.
– Miałeś rację – odparła. – Miałeś rację, że mnie tam zabrałeś. Musiałam mu coś powiedzieć, a teraz jestem spokojna.
Spojrzała w głąb ulicy i zobaczyła peron i pociąg szykujący się do odjazdu. Wokół kłębił się tłum ludzi. Wszyscy obejmowali się i płakali. Potem Walter wskoczył do odjeżdżającego pociągu, pomachał do niej swoją żołnierską czapką i zawołał:
– Do zobaczenia!
– Do zobaczenia – odpowiedziała.
– Do zobaczenia – powiedział Raul, patrząc na jej pobladłą twarz. – Mam tylko nadzieję, że możesz zostać teraz sama.
Wróciła rzeczywistość i teraźniejszość. Tamten obraz pomału rozmywał się jak w oparach odjeżdżającego pociągu, a zza tej mgły wyraźnie już widziała twarz Raula.
– A ty dokąd? – powiedziała z uśmiechem. – Na pewno konasz z głodu. Ja zresztą też. Chodźmy, przygotowałam obiad.
Rozdział 68
W marcu przyszła niespodziewana wiadomość od Ali. Spadła jak grom z jasnego nieba. Na tak zwaną hiszpańską grypę umierała ich matka, Zofia Matzer-Dobussy.
Zawiadomił mnie jej mąż. Dopiero co wrócili do Francji, do jego rodowej siedziby. Mąż naszej matki zakończył służbę w Algierii i postanowił osiąść na stare lata w ojczyźnie. Matka już w momencie przeprowadzki była chora i dlatego nie zawiadamiali mnie o powrocie. Liczyli na wyzdrowienie. Teraz jednak stan jest beznadziejny i nie ma co zwlekać. Przyjeżdżajcie, jeśli chcecie lub możecie. Nikt nie wie, jak długo ona jeszcze będzie żyła.
– Nie mam zamiaru – skomentował wreszcie Robert. – Szczerze mówiąc, zapomniałem już o istnieniu kobiety, która przez przypadek mnie urodziła.
– A jednak... to nasza matka. Jeśli już umarła, to naszym obowiązkiem jest ją pożegnać – odparł mało przekonującym tonem Janek.
– Chyba żartujesz! – prychnął Robert. – To ona pożegnała się z nami wiele lat temu i nic jej więcej nie obchodziło. Wychowaliśmy się bez matki, rozbiła naszą rodzinę, pozbawiła nas naszej siostry. W dodatku pozostawiła nas w niepewności, czy to nasza rodzona, czy przyrodnia siostra. Ja nie poczuwam się do żadnych obowiązków wobec niej. Nawet rozmawiać o tej kobiecie nie będę.
– Opamiętaj się, Ala nie może być tam teraz sama – wtrąciła przerażona Basia. – Myślę tak jak Janek. To wasza matka i musicie ją pożegnać. Może zechce wam coś powiedzieć? Nie wybaczysz umierającej?
– Jeśli już umarła, powinniśmy być na pogrzebie – perswadował Janek, ale nadal bez wielkiego przekonania.
– Wątpię, by umarła. Złego diabli nie wezmą. Zresztą osoby w jej wieku mają większą szansę z tego wyjść niż ewentualnie ja czy ty. Ala również nie powinna się przy niej kręcić.
– Jedź, kochany – przekonywała Basia. – Sama bym z tobą pojechała, bo to w końcu moja teściowa. Jednak nie możemy sobie wszyscy na taki wyjazd pozwolić. Ty musisz. Ty i Janek.
– Na litość boską, dopiero stamtąd wróciłem pod koniec stycznia. Nie jestem w stanie kręcić się po Europie z taką częstotliwością. Nie mam już ochoty na podróże.
– To nie podróż, tylko być może ostatnia posługa – odezwała się milcząca do tej pory Marta. – Nie przerażaj mnie, mój zięciu. Zrób to choćby dla twojego ojca. Umarłby ze strapienia, gdybyście teraz nie pojechali do waszej matki.
Następnego dnia przyszedł telegram z Paryża. Ala informowała, że matka zmarła nad ranem i pogrzeb odbędzie się za pięć dni. Z depeszy wynikało, że pułkownik Dobussy właśnie ze względu na spodziewany przyjazd synów swojej zmarłej żony zdecydował się tak długo czekać z pochówkiem. Joachim Matzer nawet nie dyskutował z Robertem i Jankiem. Po prostu zawiadomił ich, że kupił dla nich bilety na podróż i mają niezwłocznie wyruszyć do Paryża.
– Ja oczywiście nie jadę – oznajmił. – Nie chcę wywoływać niezdrowej sensacji, tym bardziej że Zofia od lat żyła już w innym małżeństwie. Kiedyś zresztą odwiedzę jej grób. Wy jednak to co innego. Właśnie wasza nieobecność wywołałaby niezdrową sensację.
– Jadę, bo ustępuję przed przemocą całej rodziny – oznajmił kwaśno Robert, żegnając się z żoną w dniu wyjazdu.
– Jedziesz, bo tak trzeba – odparła Basia, poprawiając mu kołnierz od płaszcza. – Gdyby nie chodziło o taką sprawę, sama bym cię nie puściła.
– Cała rodzina zrobiła się nagle wyjątkowo miłosierna. Wystarczyło, że tamta kobieta umarła, i nagle wszyscy wszystko zapomnieli. Nie lituj się nad moją matką. Nie żałowała sobie w życiu niczego. Nie mam zamiaru jej tego zapomnieć. Jedyną korzyścią z tego wyjazdu jest to, że obaj spotkamy się z naszą siostrą.
Przygarnął ją do siebie i dotknął ustami jej włosów.
– Obrzydły mi już wyjazdy, Baśka. Ta wojna odebrała mi całe zainteresowanie światem. Teraz zaszyłbym się jak ojciec w laboratorium, w szpitalu albo w gabinecie lekarskim. A potem wracałbym do tego domu, na wsi, gdzie pod pewnymi względami zatrzymał się czas. Tyle tu chciałem jeszcze zrobić! Dwór wymaga kapitalnego remontu, obie z Martą temu nie podołacie.
Westchnął. Pałac w Zaborowie, który w czasie wojny zamieszkiwany był przez żołnierzy rosyjskich, a potem austriackich, zaś w międzyczasie przez licznych cywilnych uchodźców, rzeczywiście poważnie podupadł. Zwłaszcza pokoje aż prosiły się o renowację.
– Zrobimy to po waszym powrocie. Nie sądzę, aby w tym czasie wybuchła kolejna europejska wojna, która uniemożliwi ci powrót. A poza tym sam wiesz, że lepiej, aby Janek nie podróżował zupełnie sam. Czasami w dalszym ciągu nie najlepiej się czuje.
To ostatnie nie było do końca prawdą, ale Barbara naprawdę nie była pewna, czy jej szwagier, pozbawiony prawego oka, jest na tyle sprawny, by podołać trudom tak dalekiej podróży. Jednak nie mówiła tego głośno. Janek nie cierpiał, by ktokolwiek robił aluzje do jego kalectwa.
Pojechali w końcu, a ona ponownie poczuła dojmującą samotność, jak tyle już razy w życiu. Przez ostatnie dwa lata miała przynajmniej towarzystwo Janka, teraz i jego zabrakło. Pocieszała się tylko, że niedługo wrócą. Żaden z nich nie planował dłuższego pobytu we Francji. Mieli wraz z Alą pojechać na pogrzeb do siedziby rodowej pułkownika Dobussy'ego w Normandii, a potem zatrzymać się jeszcze na tydzień lub dziesięć dni u siostry w Paryżu.
"Przynajmniej Ala nie będzie tak przeraźliwie sama" – myślała Basia, przechadzając się samotnie po starym, nieco już zaniedbanym, parku zaborowskim. "Właściwie dlaczego i ona miałaby nie przyjechać do Zaborowa? Nic jej już nie trzyma w Paryżu. Nikt".
Miała też wrażenie, że odnajdywali się oboje z Robertem, że wszystko już było na najlepszej drodze. Żyli ze sobą, jak dawniej, tyle że jej mąż popadał niekiedy w jakieś dziwne zamyślenie. Zamykał się w sobie, wracał jakby do innej rzeczywistości, do wspomnień, do których ona nie miała dostępu. Była już teraz pewna, że nie wszystko opowiedział, że musiały zdarzyć się rzeczy, które postanowił zatrzymać dla siebie. Nie naciskała, nie dopytywała o nic. Na pewno niektóre jego wspomnienia z frontu i ze szpitala polowego były zbyt straszne, by mógł o tym mówić. Tak to sobie tłumaczyła.
Najbardziej żal jej było dzieci. Przywiązały się do swego nieznanego wcześniej, lub – jak w przypadku Karolka – do wytęsknionego ojca, a on ponownie wyjechał. Tłumaczenie, że wyruszył na pogrzeb babci, niewiele pomagało, jako że owa "babcia" była dla dzieci kimś zupełnie nieznanym. Młodsze popłakiwały po kątach, a Karol zamknął się w swoim pokoju i z nikim nie chciał rozmawiać.
"Niedługo wróci, musiał pojechać" – uspokajała samą siebie, ale gdzieś w głębi serca czaił się dziwny niepokój.
Stali wokół trumny matki w kościele nieopodal Caen, gdzie Dobussy miał swój majątek i bardzo stary, majestatyczny dom. Było tu naprawdę pięknie i całe rodzeństwo Matzerów szczerze żałowało, że ich matce niedane tu było spędzić więcej czasu. Stojąc przed ołtarzem i patrząc na trumnę, żadne z nich nie czuło nic. Miłość do zmarłej była już sprawą całkiem zapomnianą, o miłości do matki nie mogło być mowy. Nie czuli już jednak żalu i nawet Robert zrozumiał, że już jej wybaczył. Trudno przecież żałować czegoś, czego prawie nigdy nie było. Obaj synowie nie pamiętali wspólnych chwil z matką, tych chwil jeszcze z czasów wspólnego życia w Warszawie. Ala pamiętała więcej, lecz również od dawna nie kontaktowała się z nią. Czy odczuwali jakikolwiek smutek? Raczej powagę chwili, wrażenie, jakie przynosi ostateczność, nieodwracalność i poczucie spełnionego wobec zmarłej obowiązku. Żal im natomiast było pułkownika Dobussy'ego, który szczerze opłakiwał żonę. Budził ich sympatię, zresztą to nie on był przyczyną, dla której matka zniszczyła ich rodzinę.
– Było nam razem dobrze, naprawdę – mówił do nich podczas obiadu, na który zostali zaproszeni po uroczystości. – Cieszyliśmy się, że na starość osiądziemy w bardziej przyjaznym nam klimacie. Zostałem sam, bo mój syn również już nie żyje. Zginął pod Verdun. Mam braci i siostrę, ale to już nie to samo. Może zostaniecie kilka dni w moim domu? Sophie byłaby z tego bardzo rada.
Wymówili się bardzo grzecznie, tłumacząc, że już wkrótce oni obaj wracają do Polski, że czeka na nich rodzina. Nie nalegał, tylko zapraszał, by odwiedzili go za każdym razem, gdy będą u matki. Obiecali mu to, dobrze jednak wiedząc, że raczej nigdy już nie zawitają w te strony, że również nigdy nie przyjedzie tu ich ojciec. Nie odczuwali żadnych emocji i dlatego z ulgą wyruszyli wreszcie w drogę powrotną do Paryża. Nie rozmawiali więcej ani o matce, ani o pogrzebie.
– Zimno tu u ciebie – zauważył Janek, gdy przestąpili wreszcie próg domu Ali. – Powinnaś lepiej ogrzewać ten dom, bo w końcu sama zachorujesz.
– Niestety, braciszku, nie ma sposobu na tę grypę. – Zamiast Ali odezwał się Robert. – Zarażenie się nią jest jak pocisk na wojnie. Nigdy nie wiadomo, w kogo trafi. Nie pomaga ani ciepło, ani zimno, ani higiena, ani różnorakie środki ostrożności. Jest pochodną wojny, jak wszystkie niemal zarazy w historii. To tylko nam, współczesnym, wydawało się do niedawna, że mamy to wszystko za sobą. Epidemia przypomina przemądrzałej ludzkości, że nie jest Wszechmogącym.
– Porozmawiajmy o czymś weselszym – zaproponowała Ala, co wprawiło obu braci w lekką konsternację. Nie byli pewni, jak z nią rozmawiać, w jakim stanie jest ich siostra. Wyglądało jednak na to, że panowała nad swoim życiem, że samotność tak jej nie doskwierała, jak wszyscy w Zaborowie sądzili.
– Tu jest mój dom – powiedziała spokojnie. – Tu mieszkałam z moim mężem i moim dzieckiem. Nigdzie się stąd na dłużej nie ruszę. To moje miejsce na ziemi.
W każdym pokoju widzieli przynajmniej jedną fotografię Waltera, co początkowo ich zaniepokoiło. Ala jednak nie zwierzała się im ze swojej żałoby, o mężu zaledwie kilka razy wspomniała. Siostra była zatem taka, jaką ją znali od zawsze: silna, panująca nad sobą, samodzielna, nieżycząca sobie opieki ze strony rodziny. Z pewnością nie była to osoba zagubiona, która nie wie, co dalej ze sobą robić, którą można tak po prostu zabrać ze sobą do Polski.
– Pojadę tam – oznajmiła – najpierw jednak muszę poukładać swoje sprawy tutaj.
Czy naprawdę była taka silna i opanowana, czy tylko tak dobrze udawała? – zastanawiali się.
Odpowiedzi, w sposób całkiem niespodziewany, udzielił im Raul. Pojawienie się starego przyjaciela Ali było dla obu jej braci ogromnym zaskoczeniem, by nie powiedzieć szokiem. Nie spodziewali się go zupełnie. Byli przekonani, że zniknął z jej życia, że przebywa w Stanach. Okazało się, że wrócił, a przynajmniej zamierzał wrócić na stałe. Ala nie była już wprawdzie młodą panną, o którą należało się bać. Była dorosłą, w dodatku owdowiałą kobietą, a jednak Robert, jak dawniej, patrzył na Raula podejrzliwie. Czyżby to on był przyczyną, dla którego siostra tak dobrze sobie radziła? Czy, jak dawniej, był jej prawą ręką? Czy nadal służył jej pomocą? Robert nie wierzył w braterskie uczucia Raula w stosunku do Ali.
– Oczywiście, że ona jest dla niego kimś więcej – potwierdził to Janek. – Wiem o tym bardzo dobrze od kilku lat. Nie zapominaj jednak, że Ala skończy niedługo dwadzieścia dziewięć lat. Przeżyła tragedię i coś jej się od życia należy. Ja osobiście czuję ulgę na myśl, że Renet zamierza wrócić tu na stałe.
– Mówisz jak głupiec. Przecież on ma dwoje dzieci, sam o tym wspomniał. Ma zatem również żonę albo jakąś kobietę, która jest ich matką. Jaką zatem rolę wyznaczył naszej siostrze?
Nagle Robert przerwał i zmieszany odwrócił twarz od brata. Zwyzywał Janka od głupców, a przecież sam nim był. Jak mógł zapomnieć, że kto jak kto, ale on nie ma prawa robić wyrzutów Raulowi, Ali ani komukolwiek, kto...
– Żona Reneta nie żyje od lat. – Usłyszał spokojne, rzeczowe wyjaśnienie brata. – Sądziłem, że o tym wiesz. Ala o tym wspominała, on sam zresztą także... A poza tym zastanów się... Widzisz wokół fotografie Waltera powystawiane niczym na ołtarzu. Naprawdę przypuszczasz, że ona jest gotowa na nowy związek? Nawet zupełnie niezobowiązujący? Wątpię, czy to kiedykolwiek nastąpi. Mogę się tylko modlić, aby tak się stało.
Tak, to brzmiało przekonująco. Jeszcze bardziej przekonał ich Raul, gdy pewnego wieczora wyszli we trzech do miasta. Raul za trzy dni wypływał do Nowego Jorku i zaprosił ich na pożegnalną kolację. Ala, która właśnie była z wizytą u Dominique i René, zamierzała do nich dołączyć za jakiś czas.
– Marzec w Paryżu to już jednak wiosenny miesiąc – zauważył Janek, rozglądając się po ożywionej ulicy. Nawet epidemia grypy nie mogła wyludnić placów, bulwarów i lokali tego miasta. – W naszych stronach leżał jeszcze śnieg, gdy wyjeżdżaliśmy. Wątpię, by w przeciągu tych kilku dni coś się tam zmieniło w kwestii pogody.
– Zabierzcie ją tam, tak szybko, jak to tylko możliwe – odezwał się niespodziewanie Raul, tak jakby ta sprawa nie dawała mu już od dawna spokoju, jakby tylko czekał, by się tym podzielić z nimi dwoma.
Patrzyli zaskoczeni. Nie spodziewali się tych słów, zwłaszcza od niego.
– Wracam do Ameryki i będę tu z powrotem dopiero za kilka miesięcy – wyjaśnił, ale słyszeli w jego głosie napięcie i niepokój. – Na samą myśl, że ona zostanie w tym sanktuarium, w tym grobowcu sama, robi mi się niedobrze.
– Dlaczego? – spytał zdumiony Janek. – Wydaje się, że znakomicie radzi sobie z żałobą. Wróciła do życia, widać to i słychać.
Raul potrząsnął jednak głową.
– Pozornie jest lepiej, niż było – odparł. – Ona jednak nie pokazuje nam całej prawdy o sobie. Może wraca do życia, ale w dalszym ciągu czeka na śmierć. Sam to widziałem, więc wiem. Rozmawia z nim, słucha go, czuła jego dotyk na cmentarzu. Z naszym przyjacielem René dobrali się jak w korcu maku. Uwielbiają wręcz rozmawiać o śmierci. Dominique mnie o tym zapewniała. Słyszała kiedyś ich rozmowę, gdy sądzili, że są sami w domu. Dominique mówiła, że do tej pory czuje zimne dreszcze w krzyżu, gdy sobie to przypomina. Alice prawie udało się nas zwieść pod tym względem. W moim przypadku jednak na krótko. Zamknęła się przed nami, odgrodziła jak warownym murem. Mówi to, na co czekamy. Zachowuje się tak, jak byśmy sobie tego życzyli. To jednak pozory. Zresztą, jeśli mi nie wierzycie, spytajcie Nicole. Ona odnosi to samo wrażenie.
– Nicole? – zdumiał się znowu Jaś, a widząc, że Robertowi jakby odjęło mowę, dodał: – Przecież Nicole wróciła do Awinionu.
– Do Awinionu? – Teraz z kolei zdziwił się Raul. – Od końca lutego Nicole mieszka już w Paryżu. Ala nie mówiła wam o tym? Dom w Awinionie został sprzedany. Podzieliły się pieniędzmi, bo dom był tak naprawdę własnością dziadków Waltera. Ala jednak przekazała większość pieniędzy szwagierce. Chodziło o to, by Nicole mogła kupić jakieś niewielkie mieszkanie w Paryżu i zapewnić utrzymanie sobie i dziecku, zanim znajdzie jakieś zatrudnienie.
– Dziecku? – Robertowi jakby wróciło mowę. – Ona ma dziecko?
– Nicole wyszła za mąż? – zainteresował się Janek.
Raul aż przystanął i spojrzał na nich zmieszany.
– O cholera – powiedział. – To siostra wam nic nie mówiła? Tego nie rozumiem, przyznaję.
– Może zapomniała... – Jaś niedbale machnął ręką, był jednak mało przekonujący.
– Tylko mnie nie wydajcie, nie wiedziałem, że to jakaś tajemnica.
– Wiesz, jakie są baby... – Tym razem lekceważący ton Jasia był już bardziej przekonujący.
– Sam za dużo nie wiem. – Raul wzruszył ramionami. – Mnie jednak Ala powiedziała, że Nicole na dziecko. Równie dobrze wy możecie wiedzieć. W sumie jesteście rodziną. Nicole ma trzyletnią córkę. Nie wyszła za mąż. Coś tam obiło mi się o uszy, jakieś skrawki informacji o narzeczonym, który jakoby miał zginąć na froncie. Nic więcej jednak nie wiem.
– Dlaczego Ala robi z tego taką tajemnicę? – zastanowił się Jaś, a po chwili po raz drugi machnął ręką. – Nie ma na to wytłumaczenia innego, jak tylko zwykłe zapomnienie. W sumie mieliśmy inne sprawy na głowie. Przyjechaliśmy na pogrzeb naszej matki. Za kilka dni wracamy do kraju. Faktycznie, nie było nawet okazji, by rozmawiać o wszystkim. No dobrze, jesteśmy już prawie na miejscu. Lada moment powinna przybyć nasza siostra.
Tak rzeczywiście było. Ala przyszła nawet wcześniej, niż się spodziewali, a wieści przyniosła nie najweselsze. Obaj synowie Dominique i René byli chorzy na grypę, toteż wizytę tam trzeba było ograniczyć do minimum. W przypadku dzieci choroba ta była wyjątkowo groźna i trzeba ją było potraktować z pełną powagą.
– Żyjemy w jakimś nierealnym świecie – stwierdziła Ala, rozglądając się po zgromadzonych w lokalu ludziach. – Cieszymy się z zakończenia wojny, a przecież wokół nas czai się śmierć. Ludzie spotykają się tam, gdzie jest najtłumniej, próbują odzyskać stracone podczas wojny lata, bawią się i tańczą, a przecież podczas epidemii takie miejsca są najbardziej niebezpieczne. Jest w tym jakiś paradoks, a może i świadome prowokowanie śmierci.
– Być może ludziom wydaje się, że najgorsze mają już za sobą – odparł Janek. – Mnie się tak wydaje. Widziałem piekło na ziemi i w pewnej chwili myślałem, że ten widok będzie ostatnim, jaki miałem okazję oglądać. W sekundę potem usłyszałem jakby wybuch we własnej głowie i niebo się nade mną zapadło. Niesamowite uczucie, zapewniam was. A jednak dostałem w darze drugie życie. Znaleźli mnie, wyciągnęli spod stosu trupów. Mogli nie zauważyć, że jeszcze oddycham, ale stał się cud. Jestem kaleką, ale żyję, a cholernie lubię żyć. Czy po tym wszystkim mam się jeszcze bać jakiejś grypy? Widziałem żołnierzy umierających na dyzenterię i tyfus. Nikt teraz nie zamknie mnie w domu z powodu grypy.
– Tak, to wszystko sprawa przeznaczenia albo głupiego przypadku – potwierdził Raul. – Trafiło w chłopaka, który biegł parę metrów ode mnie. Mnie rzuciło na ziemię, jego rozerwało na kawałki...
Przerwał i spojrzał szybko na Alę, przeklinając w myślach własną głupotę. Ona jednak nawet nie zbladła, nie zmieniła też wyrazu twarzy. Patrzyła na niego i na obu braci spokojnie, jakby analizowali jakąś sytuację polityczną albo pasjonujące zagadnienie filozoficzne.
Tylko Robert nie włączył się do wojennych wspomnień z frontu. W ogóle niewiele się odzywał, myślami krążył gdzie indziej.
– Nie chcę już do tego wracać – powiedział w końcu. – Chcę się wreszcie otrząsnąć i wrócić do normalnego życia i pracy, do tego przerwanego przez wojnę wątku. Miałem nadzieję, że tak będzie.
Ostatnie zdanie zabrzmiało jakoś dziwnie złowróżbnie i wszyscy to tak odczuli. Nikt jednak tego nie skomentował i zaraz rozpoczęła się rozmowa o konferencji pokojowej.
– To może być zmierzch Europy – mówił Raul. – Lider polityczny przybył zza oceanu i tak już zostanie. Ameryka nie wróci do doktryny Monroe.
– Skoro najsilniejsze państwo kontynentalne w Europie zostało tak sponiewierane... – Janek kiwał głową – skoro Niemcy są już niczym...
– Anglicy na to nie pozwolą. Lloyd George przyjechał tu po to, by bronić brytyjskiej polityki równowagi.
– Nie ma polityki równowagi. Potężne Niemcy zostały wykończone, a zyskała Francja.
– Z tego, co mi wiadomo, Niemcy nadal istnieją.
– Liderem jest jednak Francja.
– Zadaniem Lloyda George'a jest nie dopuścić do tego.
Robert i Ala przeważnie milczeli i spoglądali ku sobie. Nie rozumiała tych zagadkowych spojrzeń brata i jego milczenia podczas rozmowy, która tak rozpalała dwóch pozostałych biesiadników. Robert zachowywał się zagadkowo. Zapytany w końcu przez Janka o jakieś zagadnienie polityczne związane z przyszłością Turcji, wzruszył tylko obojętnie ramionami.
– Mam dość wojny i polityki. Marzyłem, aby powrócić do mojej pracy i do laboratorium, marzyłem o jednostajnym, spokojnym życiu, które tak kochałem. Marzyłem o życiu zawieszonym między Warszawą a Zaborowem...
– Nie ma już nic, co by mogło ci w tym przeszkodzić – wtrącił Jaś, który, podobnie jak cała reszta, słuchał brata zdumiony i zaniepokojony.
Robert nie odpowiedział i ponownie spojrzał siostrze prosto w oczy. Zmieszała się pod wpływem tego spojrzenia, nadal jednak nie rozumiała, o co chodzi. Nie miała już jednak wątpliwości, że chodzi o nią, że to ona jest przyczyną jego zastanawiającego zachowania. Ogarnęło ją złe przeczucie. Nie wiedzieć czemu pomyślała, że ma to związek ze śmiercią Waltera, że Robert chciał wreszcie wyjawić jej jakąś straszną prawdę. Nie mogła już jeść, tylko modliła się, aby ten wieczór wreszcie się skończył, aby mogli wrócić i porozmawiać tylko we dwoje. Nawet nie podejrzewała, z czym przyjdzie jej się zmierzyć.
W domu, gdy Raul już się pożegnał, a Janek udał się do swojego pokoju, Robert zajrzał do jej małego gabinetu i bez żadnego wstępu i ostrzeżenia zapytał o Nicole.
– Powiedz mi – zagadnął tonem niemal urzędowym – co to za historia z dzieckiem Nicole?
Nie wyjaśniał, jakim prawem w ogóle zadaje takie pytanie. Nie miało to już sensu, skoro oboje wiedzieli, jak się sprawy mają. Ala drgnęła, jakby ją ktoś uderzył. Nie była na to przygotowana. Była przygotowana wtedy, w 1917 roku, gdy oboje na krótko spotkali się w przydworcowej kawiarence. Wtedy wiedziała, co mu odpowiedzieć, gdyby zapytał. Lecz nie teraz. Właściwie nie miała pojęcia, dlaczego nie wzięła tego pod uwagę. Przecież istniało takie prawdopodobieństwo, że Robert się dowie. Przecież pewnego dnia, tak czy inaczej, dowiedziałby się. Czy jej zmysł percepcji i funkcje mózgowe aż tak bardzo się przytępiły, że o tym nie pomyślała?
Naraz jednak poczuła gniew i urazę. Dlaczego pytał jak inkwizytor? Dlaczego nie da jej spokoju? To nie były jej sprawy, nie jej tajemnice. W jej życiu nie było tajemnic, tylko wspomnienia. Jej jedyne dziecko było dzieckiem jej męża. Niech inni odpowiadają za swoje błędy.
– Co to za historia? – powtórzyła pytanie brata i dotarło do niej, że drży na całym ciele. – Zwykła historia, mój kochany bracie. Opowieść, jakich wiele tym świecie. Jest to historia zakazanego romansu dziewczyny z mężczyzną, który ma rodzinę i zobowiązania wobec własnej żony i dzieci. Zapomniał jednak o tym wszystkim, bo cóż... jest wojna. Podczas wojny wielu tak robi, gdyż życie wisi każdego dnia na włosku. I trzeba łapać chwile. Carpe diem, jak mawiano niegdyś.
Mówiła z goryczą i zaciskała nerwowo dłonie. Myślała teraz o człowieku, który zapewniał ją o swojej bezwarunkowej wierności, chociaż nigdy w to nie wątpiła. Sama także dochowała mu wiary i zamierzała w tym trwać do końca życia.
– Przestań! – Robert prawie na nią krzyknął, a ona spojrzała na niego, zupełnie oszołomiona.
– Jak mogłaś? – mówił dalej podniesionym głosem. – Pisałaś do mnie listy, spotkaliśmy się przed moim wstąpieniem do Błękitnej Armii, teraz przyjechałem tu na pewien czas, a ty... Nie wspomniałaś ani słowem. Zamierzałaś to ukrywać? Jak długo jeszcze?
Nie wierzyła własnym uszom.
– A ty? Jak mogłeś?! – odpowiedziała wzburzona, nawet nie starając się ściszyć głosu. – W Polsce została twoja żona. Wystarczyło ci kilka dni pobytu w tym domu i piękne ciało Nicole, by zapomnieć o mojej bratowej?! Dlaczego nic ci nie mówiłam? A spytałeś choć raz? Trzeba było zapytać, miałeś prawo zapytać o siostrę Waltera. Zapytałeś? Nie zataiłabym przed tobą niczego, gdybyś chociaż jednym słowem wspomniał... Choć ona sama mi zabroniła.
– Dlaczego miałaby zabronić? – Ściszył głos, wyraźnie zaskoczony gwałtownością reakcji siostry i jej słowami.
– Gdyż, szanowny bracie, w przeciwieństwie do ciebie, przynajmniej przewidziała niezawinione cierpienie twojej żony. Uznała, że tak będzie lepiej dla ciebie i twojej rodziny. A moim obowiązkiem było podporządkować się temu. Chyba że zapytałbyś...
– A ty uważasz, że takich tajemnic trzeba dochować. Jakbyś sama nie doświadczyła na własnej skórze...
– Pamiętaj, że i wobec Basi zobowiązałam się do takiej tajemnicy – wypaliła. – Zobowiązaliśmy się wszyscy, nawet ty...
– Nie mówmy o tamtej sprawie. Nie mamy na nią wpływu – przerwał jej słowa.
Umilkli oboje, jakby zmieszani pierwszą w ich życiu kłótnią. Nie spędzali dzieciństwa we wspólnej rodzinie, ominęły ich więc zwykłe konflikty między dorastającym rodzeństwem. Jako dorośli ludzie pragnęli żyć w zgodzie.
– Nie zmienię przeszłości, nie cofnę czasu – zaczął mówić dużo ciszej i w zamyśleniu. – Dlaczego tak się stało? To niezupełnie tak, jak myślisz, że zapomniałem o Baśce, bo od kilku lat nie byłem z kobietą, a nawinęła się akurat Nicole. To nie tak.
– Nie musisz mi tego wyjaśniać – odezwała się Ala, bo jego słowa zrobiły na niej przykre wrażenie. Czyżby tak się wyraziła?
– Tu nie chodziło o to, czy zapomniałem o rodzinie, czy nie. – Robert jakby jej nie słyszał i mówił dalej: – Tu chodzi o to, że nigdy nie zapomniałem Nicole. Nie widziałem jej kilka lat, a potem przyjechaliśmy oboje, niezależnie od siebie, na ślub jej brata i mojej siostry. I wtedy stało się jasne, że ona zawsze była. Te lata rozłąki niczego nie zmieniły. Zawsze była i na zawsze pozostanie.
– Nie możesz... – Ala złożyła dłonie jak do modlitwy. – Nie wolno wam teraz...
– Przecież wiem. Nie zamierzam porzucać Baśki i dzieci. Nie słuchałaś tego, co mówiłem wam dzisiaj wieczorem? Chciałem ułożyć moje życie między Warszawą a Zaborowem, między szpitalem, uczelnią i laboratorium a moją rodziną. Nicole miała mi towarzyszyć tylko we wspomnieniach. Nie jestem już młodzieńcem, a romantykiem nie byłem nigdy. Mógłbym spędzać życie jak nasz ojciec i reszta moich dni upłynęłaby mi w spokoju. Tak miało być.
– Ty chciałeś żyć jak ojciec. Czy to znaczy, że Basia miała być dla ciebie jak nasza macocha dla naszego ojca? – Ala aż zadrżała. – A nie pomyślałeś, że twoja żona inaczej to odbiera niż jej matka?
– Znowu się mylisz albo udajesz, że nie rozumiesz. – W głosie Roberta pojawiła się lekka ironia i gorycz. Jednak nie na tyle lekka, by Ala jej nie usłyszała. – Związek mój i Basi jest inny niż jej matki i naszego ojca. Ich małżeństwo zasadzało się na sile ducha, nasze... na sprawach cielesnych. Górnolotnie powiedziane, czyż nie? Staram się jednak unikać języka żołnierzy w okopach. Ojciec i Marta to starzy przyjaciele, którzy potrafią żyć na co dzień bez siebie, a gdy są razem, mogą bez końca rozmawiać albo milczeć, i jest im dobrze. Takiego duchowego pokrewieństwa nigdy nie było między mną a moją żoną. To, co nam wychodziło naprawdę dobrze, to była miłość fizyczna, chociaż i z tym bywało w pewnym momencie różnie. No, ale to nie była wina Barbary.
– Rozumiem, że żona miała ci dostarczać uciech erotycznych, gdy akurat nie zajmowałbyś się pracą i nauką. – Ala dostosowała się do jego sposobu mówienia.
Przez moment jakby rozważał, czy zaprotestować, ale w końcu dał temu spokój.
– Nie wyjaśnię ci tego dobrze – odpowiedział spokojnie. – Zawsze wyrażę się źle, nie jestem mówcą. Nie przepadałem za ludźmi i koniecznością prowadzenia konwersacji, nie lubiłem się tłumaczyć z mojego życia ani niczego wyjaśniać. To zbliżyło mnie dziesięć lat temu do Nicole. Pod tym względem byliśmy identyczni. Nie mówiąc o tym, że łączyła nas wspólnota zainteresowań i zawsze mieliśmy o czym rozmawiać. Oczywiście, o ile nie woleliśmy akurat milczeć. Nicole jednak nie chciała zakładać rodziny, więc pożegnaliśmy się. A potem ty wyszłaś za jej brata i znowu oboje stanęliśmy na jednej drodze.
– A potem wybuchła wojna, a potem byłeś ranny, a potem dochodziłeś do zdrowia w tym domu – wyliczała Ala z goryczą. – A jednak nie musieliście zostać kochankami.
– W jaki sposób dowiedziałaś się o tym? – spytał nagle Robert. – Byliśmy pewni, że niczego nie zauważyłaś. Byłaś taka, taka nieobecna, zajęta, zamyślona...
– Istotnie, niczego nie zauważyłam. Nie pomyślałam nawet o czymś takim. Pewnego dnia lekarz w szpitalu powiedział mi, że moja szwagierka jest w ciąży. Gdyby nie Sylwia, po dzień dzisiejszy nic bym nie wiedziała, może nawet na zawsze pozostałoby to waszą tajemnicą.
– Sylwia – powtórzył Robert. – Ma na imię Sylwia?
Ala na moment umilkła i tylko skinęła głową. Patrzyli na siebie w milczeniu i już wiedzieli, że nie ma odwrotu. Już nie można się wycofać. Życie pobiegnie dalej ku niepewnej przyszłości. W tej przyszłości nie będzie miejsca na spokojną pracę i nieskomplikowane sprawy rodzinne. "Miałem nadzieję na takie życie" – mówił podczas kolacji Robert, a Ala teraz zrozumiała, że brat już kilka godzin temu wiedział, że nic z tych marzeń nie będzie.
– No cóż – powiedział w końcu. – Człowiek, jak to mówią, jest kowalem swego losu. Nie chciałem przyjeżdżać na pogrzeb matki. Czułem, że może wydarzyć się coś, co sprawi, że życie stanie na głowie. A jednak uciekanie przed tym nie ma już sensu. Podaj mi adres Nicole.
– Nie, nie mogę – odparła Ala bezradnie. – Ona nie chciała...
– Ala, nie mam czasu, aby szukać ich w kilkumilionowym mieście bez adresu. Niedługo wyjeżdżam. Muszę się z nią rozmówić. Na pewno potrzebuje pieniędzy i jakiegoś wsparcia. Życie lubi płatać niespodzianki. Dziś jeszcze chadzamy po tym świecie, a jutro może nas już nie być. Dziecko w miarę możliwości potrzebuje zwrócić się do obojga rodziców. Ala, zrozum... na litość boską, jesteś przecież myślącą istotą.
Ala podniosła się, wzięła kartkę i zapisała na niej to, o co prosił.
Zanim mu ją podała, zacisnęła na moment dłonie.
– Sylwia jest śliczna i podobna jak dwie krople wody do Nicole i Waltera. Moja bratanica jest dla mnie obrazem mojej Melanie. Masz rację, życie jest niepewne. Gdyby coś złego miało spotkać Nicole, ja miałam być opiekunką jej córki. Nicole mnie do tego zobowiązała. Jednak ty masz tu większe prawa ode mnie, a i mnie duszą te tajemnice. Za dużo ich jak na jedną rodzinę. Jedź do niej i porozmawiaj. To wasze sprawy.