Szepty gwiazd - Anna Łajkowska

Kup ebooka

34.95 zł
29.01 zł (28,65 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Redakcja: Ewa Kosiba

Korekta: zespół Wydawnictwa Dragon

Opracowanie graficzne: Jarosław Hess

Konwersja do ePub i mobi: mBOOKS. marcin siwiec

Projekt okładki: Maciej Pieda

Zdjęcia na okładce: shutterstock.com ? Athiyada's, ? Foxys Forest Manufacture (front); archiwum prywatne autorki (skrzydełko)

 

Redaktorka prowadząca: Agnieszka Pietrzak

 

Wydanie I

? Copyright by Wydawnictwo Dragon Sp. z o.o.

Bielsko-Biała 2019

 

Niniejsza powieść jest fikcją literacką. Imiona, nazwiska, postacie, miejsca i wydarzenia są wytworem wyobraźni autorki i jakakolwiek zbieżność z rzeczywistymi wydarzeniami, miejscami lub osobami, żyjącymi bądź zmarłymi, jest całkowicie przypadkowa.

 

Wydawnictwo Dragon Sp. z o.o.

ul. Barlickiego 7

43-300 Bielsko-Biała

www.wydawnictwo-dragon.pl

 

ISBN 978-83-8172-291-9

 

Wyłączny dystrybutor:

TROY-DYSTRYBUCJA Sp. z o.o.

ul. Mazowiecka 11/49

00-052 Warszawa

tel./faks 22 725 78 12

 

Oddział

ul. Legionowa 2

01-343 Warszawa

 

Zapraszamy na zakupy na: www.troy.net.pl

Znajdź nas na: www.facebook.com/TROY.DYSTRYBUCJA

Grażyna Rudzińska

Szepty gwiazd przeczytałam ogromnym zainteresowaniem. Nie tylko dlatego, że znalazła się kręgu tematycznym mojej obecnej pracy na uniwersytecie ani też żeby poczytać sobie...

Wiele razy, patrząc okna na dachy miasta, którym przyszło mi żyć, znajdowałam sobie marzenie, aby stworzyć niepowtarzalną historię splatających się ze sobą losach różnych ludzi. Zwykle onieśmielał mnie fakt, że większość pisarzy właśnie to opisuje swoich znakomitych dziełach.

Szepty gwiazd uzmysłowiły mi, że ciągle jeszcze można napisać coś nowego. chociaż czytanie książek należy do moich obowiązków zawodowych, chociaż czytam dużo mam naprawdę szeroki wachlarz zainteresowań, nie spotkałam dwóch jednakowych książek. Szepty gwiazd też nie podobne do żadnej innej powieści.

Gdyby poproszono mnie napisanie wstępu do kolejnego wydania tej książki, rozpoczęłabym tak:

Jest jedno miasto. może jest ich wiele? Rozrosło się pięknie. Wszerz, wzwyż i w głąb. Dookoła starówki - odtworzonego powojennych zniszczeń śródmieścia - ludzie zbudowali sobie osiedla. Różne. wielkiej płyty - połączonych niedbale ogromnych prefabrykatów - powstały dziesięciopiętrowe wieżowce. nich dziwnie zaprojektowane mieszkania - sypialni zawsze słychać hałas windy, kuchnia jest połączona cienką ścianką maleńką ubikacją (bo trudno tu mówić oddzieleniu).

tych blokach zamieszkali kiedyś pracownicy naukowi Politechniki sąsiedztwie robotników, urzędników dziennikarzy. zimne wieczory lat osiemdziesiątych wszyscy jednakowo musieli walczyć hulającym po mieszkaniach wiatrem, bo okna były nieszczelne często otwierały się nocy, budząc całą rodzinę nagłym podmuchem hukiem spadających doniczek kwiatami. Wszyscy razem stali kolejkach do beczkowozów, gdy brakowało wody powodu powtarzających się ciągle awarii wodociągów. Kiedyś Wigilię wodę włączono dopiero po pasterce.

Po dwudziestu pięciu latach niektórzy ciągle jeszcze tam mieszkają. Jednak wielu - włączając tych, co pomarli - przeprowadziło się wygodniejsze miejsca. Powstały nowe osiedla. Najpierw domów szeregowych, potem jednorodzinnych. mnóstwo nowoczesnych małych bloczków, gdzie wszyscy mieszkańcy się znają, sadzą pod domami kwiaty mogą spędzać czas na podobnych do ogrodów balkonach-tarasach, smrodząc sobie na przemian - zależności od kierunku wiatru - dymem grilla.

Dzieci inżynierów, dziennikarzy robotników dorosłe. Same mają już dzieci zajmują mieszkania starych mrówkowcach. urzędnikami ZUS-ie, architektami pracownikami działów marketingu zagranicznych korporacjach.

progu dwudziestego pierwszego wieku do łask wróciły stare kamienice śródmieściu. Teraz naprawdę skarbem. Ale nie wszyscy mieli takie szczęście, żeby nich mieszkać, choć niektórzy odziedziczyli wyremontowali mieszkania po babciach dziadkach zaniedbanych dzielnicach. ten sposób odżyły dawne osiedla robotnicze. Całe miasto tętni życiem!

kto tego nie lubi, może sobie kupić ziemię pod lasem, pole daleko od utwardzonych nawierzchni postawić dom obok innych zapaleńców, doprowadzić sobie niemałym staraniem prąd wodę oraz zbudować na własny koszt kawałek drogi, żeby stamtąd dojeżdżać codziennie do pełnego ludzi miasta. Bo tak każdy tam właśnie musi wracać. Dowozić dzieci na balet czy na angielski raz na jakiś czas wyprawić się do kina. Jeździć autobusami tramwajami albo parkować na zatłoczonych placykach przed urzędami. Bo tam znajduje się centrum życia.

Ale jest też drugie miasto. Cmentarz na wzgórzach. Rośnie imponująco, że aż strach. Kiedyś nie był wielki - teraz to metropolia, nieprzypadkowo nazywana nekropolią. Tłumy ludzi wlewają się kilkoma bramami na jego teren. Wielu nie wraca.

Albo inaczej:

Pewnego razu całe miasto przygotowywało się do Bożego Narodzenia. Pogoda była kapryśna. Raz padał deszcz, raz śnieg. Wszyscy, chociaż mieli swoje pilne sprawy, musieli myśleć rzeczach ważniejszych niż serwetki na świąteczny stół. Jakaś tajemna siła zmuszała ich, jednego po drugim, do zatrzymania się rozejrzenia wokół siebie. A na dodatek staropolskim zwyczajem duchy zmarłych zaczęły im się błąkać po mieszkaniach.

Jedno szczęście, że w tym całym zamieszaniu nikomu nie przyszło do głowy, żeby Wigilię szukać miejsca, którym wnętrze ziemi się otworzyło ukazało ukryte nim skarby. Albo czekać, woda rzekach potokach zamieni się wino i w miód. Albo nasłuchiwać skarg zatopionych jeziorach dzwonów... Wszyscy zgromadzili się domach nikt nie wychodził, żeby przez dziurkę od klucza zobaczyć, kto ze zmarłych tym roku siedzi na pustym miejscu. Nikt też nie błąkał się, by obserwować, jak ożywające kamienie obracają się dookoła własnej osi, pszczoły odwiecznym prawem wigilijnej magii budzą się zimowego snu.

Tylko czy aby na pewno nikt?

Pierwszy tydzień grudnia

Agata, jak ty wyglądasz! - Mama była jak zwykle bez litości dla niedbałego stroju i braku makijażu u swojej trzydziestopięcioletniej córki.

A ta mogłaby to samo powiedzieć o matce, gdyby nie fakt, że mama była po prostu chora. Ubrana w kostium, bo dopiero wróciła z pracy, z nienagannie ułożonymi, wypłukanymi w gencjanie siwo-różowymi włosami wyglądałaby bardzo dobrze jak na swój wiek. Praca na pół etatu w małej firmie, w księgowości, utrzymywała ją w niezłej kondycji umysłowej. Tylko te problemy ze zdrowiem, z wątrobą czy z żołądkiem, sprawiały, że zbiedniała na twarzy, schudła, pojawiło się więcej zmarszczek. Do tego podkrążone i wyraźnie cierpiące oczy.

Agata powiesiła swój płaszcz w ciemnym przedpokoju wyłożonym sosnową boazerią, która stopniowo przez ostatnich dwadzieścia lat traciła swoją świeżość, a wraz z nią słomkowy kolor. Kiedyś, gdy wujek ją układał w słoneczne jesienne dni, była szczytem marzeń i elegancji. Zmieniła wystrój całego mieszkania. Teraz ją przydałoby się zmienić, ale rodzice mieli do niej jakiś sentyment.

Wyremontowali już całe swoje M-4. Kuchnia i łazienka zostały uwolnione od kafelków, które dwadzieścia lat temu mama przytargała z kierowcą taty z jakiegoś GS-u na długo przed odebraniem kluczy do nowego mieszkania. Nie miała nawet pojęcia, jak wyglądają. "Bierze pani różowe czy brązowe?" - usłyszała, gdy nadeszła jej kolejka. "Jedne i drugie" - odpowiedziała pewnym głosem. "Ale tylko dziesięć metrów!" - ostrzegł ją ostrym tonem mężczyzna w granatowym fartuchu. Nie było czasu na zastanawianie się, więc mama, przeczuwając, że kuchnia potrzebuje mniej kafelków niż łazienka, kupiła jednych cztery metry, a drugich sześć. Okazało się, że jej przeczucie było słuszne, ale nie miała pojęcia o proporcjach potrzeb.

Kiedy przyszli z tatą, żeby zapłacić kafelkarzowi, zobaczyli ładną ścianę brązowych flizów w kuchni nad zlewem do poziomu wiszących szafek i... malowniczy szlaczek płytek w takim samym kolorze uzupełniający niedobór różowych w łazience. Fachowiec był zadowolony z siebie, że tak dobrze wybrnął z kłopotu, jaki napotkał w trakcie pracy - nikt nie słyszał wtedy jeszcze o telefonach komórkowych, nawet o stacjonarny było trudno. Mamie zbierało się na płacz, ilekroć ktoś wspomniał o "kafelkarzu artyście". Inaczej o nim nie mówiono. Tylko tata milczał. To była ujma na jego honorze inżyniera, że nie przewidział w ogóle takiej ewentualności, jak połączenie dwóch kolorów i rodzajów płytek bez jego wiedzy i zgody.

Teraz, gdy Agata myła ręce, woda leciała z kranu o kosmicznym kształcie, który tata wynalazł gdzieś w katalogu i kupił za równie kosmiczne pieniądze. Ściany dookoła były pokryte bladozielonymi kafelkami o fakturze płótna, z wykończeniem w postaci wąskiego paska o nieco ciemniejszym odcieniu i ze złoconymi listkami. Rodzice wieszali tu tylko zielone ręczniki i kupowali kosmetyki, których opakowania pasowały do koloru łazienki. Agata i jej brat Jurek patrzyli na to z przymrużeniem oka i śmiali się, że wszystko ma związek z traumatycznymi przeżyciami sprzed lat.

- A gdzie tata? - Była już piąta i ojciec nawet jeszcze przed emeryturą o tej porze zawsze był w domu.

- W twoim pokoju, rysuje. Wiesz, kolejna fucha. - Tak nazywało się prace po godzinach, które tata od niepamiętnych czasów przynosił do domu.

Agata poszła do "swojego" pokoju, chociaż już od dziesięciu lat w nim nie mieszkała. Rodzice dopiero niedawno zerwali jej ukochaną tapetę w kwiatki i przemeblowali pomieszczenie tak, że służyło im teraz jako pracownia. Stało tam ogromne biurko, na którym tata rozkładał się ze swoimi rysunkami. Jego praca od lat polegała na przerysowywaniu projektów z jakichś fioletowych fotokopii na bielutką, przyjemnie szeleszczącą kalkę techniczną. Po co? Tego Agata nie wiedziała.

Drzwi były szeroko otwarte, ale tata chyba chciał dokończyć jakiś ważny element, bo nie ruszył się z miejsca, kiedy jego córka weszła do mieszkania, przywitała się z mamą i poszła do łazienki.

- Cześć, tato!

- Cześć, Agusiu.

Ojciec wstał nieśpiesznie od oświetlonego lampką biurka i zdjął okulary z czubka nosa. Był niski, przygarbiony, łysy, ale z kręcącymi się ciągle siwymi baczkami i resztą włosów opadających lekko na kark, wyszedł do niej na środek pokoju. Agata przytuliła się do niego, zawadzając jak zwykle o jego wystający brzuch, i pocałowała go w szorstki od zarostu policzek.

- Jak się miewasz? - Spojrzał na nią z troską. - Zmokłaś? Ciągle pada śnieg?

- Nie, teraz deszcz. Po śniegu już nie ma śladu, wszędzie chlapa i ciapa.

Tata podszedł do okna. Od dawna było już ciemno, ale on pracował przy lampie całe popołudnie i nie zwracał uwagi ani na czas, ani na pogodę.

- Odprowadziłaś Michałka na pianino?

- Nie, na angielski, dzisiaj przecież czwartek, zapomniałeś?

- Wiesz, że chyba tak. Czasem, kiedy tu siedzę, muszę się nawet przez chwilę zastanowić, jaka jest pora roku. - Ojciec stanął na nowo przy biurku.

- Tato, jest grudzień, trzy tygodnie do świąt, nie pamiętasz?

- Pamiętam, pamiętam. Twoja mama właśnie wyciągnęła mnie na zakupy. Chodziliśmy po sklepach chyba z pięć godzin. Czy ci ludzie nigdzie nie pracują? Od rana tłumy w mieście. Jakieś szaleństwo się porobiło z tą Gwiazdką. Następnym razem biorę wszystko na siebie i już od wakacji zacznę kupować prezenty.

- Tak, to bardzo dobry pomysł. Pamiętam, że wpadłeś na niego już kilka lat temu. - Agata uśmiechnęła się do opartego o biurko taty, który już zaczął szperać w pudełku ze stalówkami.

- Romku, wypijesz z nami kawę? - zapytała mama gdzieś z oddali, hałasując filiżankami i łyżeczkami.

- Tak, ale powiedz mamie, że wolę normalny kubek, a nie tę małą skorupę - odpowiedział cicho tylko do Agaty, nie odrywając głowy znad rysunku. - Dajcie mi pięć minut.

Córka poklepała ojca po ramieniu i wyszła. Mama postawiła na stole w dużym pokoju tacę z trzema filiżankami i dzbankiem pełnym pachnącej kawy. Agata wróciła do kuchni po ulubiony kubek taty i postawiła go na tacy.

- Ach, tak, rzeczywiście - westchnęła mama i nalała kawy najpierw do filiżanek. - Ale wiesz co, zaparzymy tacie fusiankę, bo inaczej nic dla nas nie zostanie na dolewkę.

- Dobrze, to ja pójdę.

Agata nalała nową porcję wody z filtra. Już od wielu lat na tym osiedlu woda z kranu była nie do zniesienia. Stanęła przy oknie i wpatrywała się w ciemną przestrzeń pomiędzy blokami. Co tydzień przychodziła tu na kawę, czekając na koniec zajęć Michała. Wiedziała, że w tym czasie mogłaby zrobić zakupy, zanieść do pralni kostiumy albo pójść do fryzjera. Wolała jednak te kawki. Po drodze zawsze kupowała w cukierni jakieś ciastka, w tym pączka i drożdżówkę dla taty. Mama wolała coś z kremem. Siadali przy stole i przez pierwsze pół godziny rozmawiali zwykle o bzdurach, o wszystkim i o niczym, starannie przygotowując się do dalszej części spotkania, która musiała prędzej czy później nadejść.

- A jak tam Michał? - Tym razem mama zaczęła wcześniej, właściwie od razu po tym, jak tata dołączył do nich przy stole.

- W szkole jak zwykle dobrze - odparła natychmiast Agata i jakby nigdy nic zaczęła zdawać relację z sukcesów syna na polu naukowym. - Zakwalifikował się do ostatniego etapu konkursu "Nasze Miasto". Wiecie, tego o nagrodę prezydenta. W zeszłym roku wygrał siedemnastolatek.

Agata zawiesiła głos, była dumna z jedynaka, wszystkim opowiadała o kolejnych konkursach, w których brał udział.

- Ale ja mam na myśli coś innego. Jak sobie radzi w ogóle?

- A, w ogóle! - westchnęła Agata. - Jest naprawdę bardzo dzielny. Często na ten temat rozmawiamy, już właściwie wszystko zrozumiał.

- Jak możesz tak w ogóle mówić! - obruszył się tata, który do tej pory mieszał swoją kawę, wsypując po parę kryształków cukru, zbierał łyżeczką fusy z brzegu kubka, znów dosypywał cukier. - Ja tego nie rozumiem, chociaż stary dziad jestem, a mama nie śpi po nocach, mimo że minęło już tyle czasu. Więc nie mów mi, że Michał się pogodził...

- Tato, dzieci odbierają to inaczej, dla nich to nie jest jeszcze żadna tragedia - zaczęła już trochę zmęczonym głosem.

- Dla dzieci może nie, ale Michał to nie jest "jakieś" dziecko! To jest nasz Michał. Sama mówiłaś, jak ostatnio dopytywał się o pewne szczegóły. Czy tak rozmawia dziecko? - Tata mówił cały czas przyciszonym głosem. Widać było, że dusił w sobie emocje, ale krzyk nie leżał w jego naturze, więc cokolwiek się działo, po prostu mówił. Albo milczał.

Agata się poddała. Wyjątkowość Michała zawsze była jej słabym punktem. Wszędzie się jej doszukiwała, a że o dowody nie było trudno, mogła o tym mówić godzinami.

- Wiecie, ostatnio, w niedzielę, poszliśmy na spacer do naszego parku. Było ładnie, więc chodziliśmy bardzo długo. I Michał sam zaczął rozmowę. Czułam się jak u psychologa. Pytał, od jak dawna to trwało, kiedy zauważyłam, że coś jest nie tak, czy próbowałam coś z tym zrobić i tak dalej. Chciałam być szczera, chociaż nie wszystko mogłam mu powiedzieć. W końcu po dłuższej chwili zapytał: "Mamo, a co ja mógłbym teraz zrobić, żeby tata do nas wrócił?".

Rodzice siedzieli dalej bez słowa. Ojciec znowu mącił łyżeczką w kubku, mama skubała rękaw ciepłego swetra, który zakładała zwykle po powrocie do domu. Przez chwilę nikt nic nie mówił. Nikt nie zapytał nawet, jaka była odpowiedź Agaty. Ona sama wiedziała, że żadna nie byłaby dobra. Ani mówienie, że nic już się nie da zrobić, ani że tatuś musi to sam przemyśleć, ani tym bardziej że to decyzja tatusia i to jego trzeba by o to spytać...

- Zaczęłam mówić, że to nie jest niczyja wina, że po prostu tak się stało i nikt nie może już niczego zmienić.

- Biedne dziecko - wyszeptała mama i Agata miała pewność, że nie mówi o swojej córce, tylko o wnuku. - Jak on musi o tym wszystkim ciągle myśleć, jak to analizuje.

Agata nagle uderzyła łyżeczką o spodek.

- A myślisz, że ja nie analizuję? Że nie zastanawiam się, jak do tego doszło? Nie ma dnia, żebym o tym nie myślała. Gdzie zawiniłam, co robiłam źle? Najpierw przez pięć lat gotowałam obiadki, wszystko było podane, posprzątane, dzieciak nakarmiony, zadbany... Jacek przychodził o różnych porach i zawsze wszystko było okej. On był dobrym tatusiem, bo wymyślał codziennie nową bajkę! A jak zaczęłam pracować, nic się nie zmieniło, on ciągle był dobrym tatusiem.

- Przecież odbierał Michała z przedszkola, a potem ze szkoły, chodził na wywiadówki... - wtrącił nieśmiało tata.

- Tak, ale tylko wtedy, gdy mu to pasowało. Na pewno nie poświęcał swoich planów zawodowych ani towarzyskich. Zawsze musiał postawić na swoim. Nawet z imieniem się nie pogodził i uparcie nazywa Michała po swojemu. Zresztą nie zaczynajmy znów tej rozmowy. - Agata wiedziała, że teraz padnie kwestia o tym, że może jej mąż po prostu lepiej organizował sobie czas. A tego by nie zniosła. Zawsze stawały jej przed oczami karteczki na lodówce z zapiskami, co zrobić i w jakiej kolejności, pisane przez nią, gdy czas zaczynał przeciekać jej przez palce. Odłożyła łyżeczkę, odsunęła filiżankę i nie pytając mamy, nalała jej nową porcję kawy. - Porozmawiajmy lepiej o świętach - zaczęła, ale to też nie był dobry pomysł. Agata obstawała przy swojej decyzji i nie dawała się przekonać, żeby wszystko zorganizować inaczej.

Poruszyła więc temat zdrowia mamy. Okazało się, że lekarz wreszcie zdecydował się na zrobienie bardziej szczegółowych badań. Wyznaczono już termin gastroskopii, a na badania wątroby wczoraj zawiózł ją tata.

- Nie było to przyjemne, wiadomo, pobieranie krwi... Najgorsze, że na wyniki muszę czekać cały tydzień. I mam do ciebie prośbę. Oddajemy z tatą samochód do warsztatu, więc czy mogłabyś w przyszły czwartek odebrać te wyniki z przychodni wojewódzkiej? Masz ją po drodze z pracy, a tam od nas taki trudny dojazd...

- Oczywiście, nie ma problemu - obiecała Agata beztrosko, ale potem pomyślała sobie, że w czwartki ma zawsze napięty grafik. - Dam radę, za tydzień o tej porze będziemy razem świętować twoje wyniki.

- Wiesz co, już wolałabym nie świętować, byle tylko wiedzieć, co mi tak naprawdę dolega. Tak się ostatnio źle czuję, że wolę mieć jakąś konkretną chorobę i po prostu zacząć ją leczyć.

Mama podchodziła do życia raczej trzeźwo. Jest problem, więc trzeba go rozwiązać. "Oby tylko się dało..." - myślała Agata, jadąc windą.