Gdy otworzył oczy, czuł się już nieco lepiej. Jednak ani myślał rezygnować z pozycji półleżącej. Niestety, sylwetki dwóch rosłych mężczyzn stojących nad nim nie dawały nadziei na dalszy odpoczynek.
- Panowie umówią się na wizytę w innym terminie - oznajmił. - Dziś już nie przyjmuję.
Osiłki bezceremonialnie chwyciły Jerzego pod ramiona i pomimo oporu wywlekły go na zewnątrz kamienicy. Silne, muskularne ręce nie dawały zbyt wielkich szans na opór, Jerzy oklapł więc i pozwolił się zapakować na tylne siedzenie białej luksusowej limuzyny. Mężczyźni zostali na zewnątrz, pilnując samochodu.
- Jerzy, prosząc cię o spotkanie, nie miałem na myśli kolejnego miesiąca. Wiesz, że cierpliwość nie jest moją największą cnotą. Jednak postanowiłeś wystawić akurat tę cnotę na próbę.
Rozmówca, choć drobnej postury, emanował aurą znacznie groźniejszą od swoich opryszków. Mimo jego powolnych, hipnotycznych ruchów dało się wyczuć, że przejście od swobodnej dyskusji do nagłej przemocy zajęłoby mu mniej niż mgnienie oka. Jerzy zawsze widział w nim rysia. Małego, ale zajadłego drapieżnika.
Przenikliwe, wręcz piękne zielone oczy Księcia na moment odciągały uwagę od zniekształconego oblicza. Twarz mężczyzny pokrywały liczne, nakładające się na siebie blizny po ciężkim oparzeniu. Trudno było znaleźć choć kawałek niezabliźnionej skóry. Przerażającą pamiątkę po iperycie Książę eksponował z nonszalancją godną prawdziwego amanta. Dobrze wiedział, jakie wrażenie robił widok piętna wypalonego przez Wielką Wojnę, i skutecznie to wykorzystywał. Lubił robić wrażenie i kochał teatralne gesty. Zapewne z tego samego powodu gustował w białych, wyjątkowo kosztownych garniturach, biało-czarnych włoskich butach z delikatnej cielęcej skóry i białych kapeluszach, sprowadzanych prosto z Paryża. Jerzy, który miał swego czasu nieprzyjemność obejrzeć z bliska jego rewolwer, bez specjalnego zdziwienia przekonał się, że zarówno okładki rękojeści, jak i kabura także były białe.
- Wasza wysokość musi mi wybaczyć, w spotkaniu przeszkodziło mi niecierpiące zwłoki... ciało. - Jerzy wiedział, że popełnia błąd, jednak nie mógł się powstrzymać. Słowa same wychodziły mu z ust. - Jednak jestem już do usług, w całej swojej pazerności.
Blizny na twarzy Księcia przybrały najróżniejsze odcienie czerwieni. Wyglądało to tak, jakby pokrył się szkarłatnymi cętkami. Jerzy z doświadczenia wiedział, że zwiastuje to wybuch potężnej wściekłości. Tym bardziej się zdziwił, gdy jego rozmówca dalej mówił spokojnie.
- Oj, Jerzyk, Jerzyk. Kiedyś się doigrasz. Jesteś ostatnią żyjącą osobą, której zdarza się ze mnie pożartować. Nie chcemy chyba, żeby to się zmieniło?
Jerzy z trudem powstrzymał ripostę. Książę nie był już tym samym drobnym sutenerem, którego poznał lata temu. Kariera drobnego warszawskiego przestępcy nabrała rozpędu, a co gorsza, jego wpływy rosły w zastraszającym tempie. W tysiąc dziewięćset dwudziestym Jerzy dokładnie sprawdził jego akta, zanim zdecydował się go zwerbować. Niegdyś dzielny żołnierz polskich Bajonów, po ich rozwiązaniu trafił do regularnych oddziałów francuskich, a potem do elitarnych grup szturmowych. Przez kolejne lata przechodził prawdziwe piekło wojny okopowej, poznając ją od najgorszej strony. Zapewne dlatego na swój sposób polubił Jerzego, walczącego w ten sam sposób, tyle że po stronie pruskiej. Porucznik Wilhelm Zborzecki dostał przezwisko Książę już w okopach. W ten sposób żartowano z jego frontowej elegancji, zawsze ogolonej, niezwykle przystojnej twarzy i daremnych prób wprowadzenia jakichkolwiek manier do grona zdeterminowanych zabójców. Zapewne stałby się ważnym filarem Błękitnej Armii, gdyby nie nieszczęsny lipiec roku siedemnastego. Kiedy kopano kolejny tunel prowadzący w stronę okopów wroga, na pozycje francuskie spadł nawał pocisków artyleryjskich. Szczęśliwie dla szturmowców przekop wytrzymał ostrzał i nie pogrzebał kopiących. Nie zaskoczył ich specjalnie obłok dymu wpełzający do wąskiego korytarza. Chlor i jemu podobne zalewały ich pozycje od dwóch lat, a każdy weteran wyposażony był w maskę przeciwgazową i doskonale wiedział, jak jej używać. Gdy gaz się ulotnił, zdziwił ich nieco odór przypominający zapach wydawany przez musztardę, ale nie wyczuli żadnego zagrożenia i wrócili do pracy. Kilka godzin później szpitale polowe wypełniały wrzaski bólu, przerywane przeraźliwym kaszlem ludzi wypluwających strzępy płuc. Z dziesięcioosobowego oddziału przeżył tylko Książę. Uratował go fakt, że kopał z przodu, w czystej ziemi. Jego towarzysze, znajdujący się w pokrytym iperytem tunelu, nie mieli takiego szczęścia. Książę, pokryty ropnymi pęcherzami, ślepy i walczący o następny oddech, tkwił w tym stanie całe miesiące. Nie poddał się jednak - nie leżało to w jego naturze. Gdy rehabilitacja dobiegła końca, zamiast przystojnego mężczyzny z lustra spoglądał potwór. Wybuch kolejnej wojny pozbawił go francuskiej opieki. Co gorsza, gdy wrócił do Paryża, dowiedział się, że cała jego rodzina, żona i dzieci zginęli w pierwszych dniach nowej ery. Nie mając gdzie się podziać, przybył do Warszawy z mizerną odprawą i spróbował na nowo ułożyć sobie życie. W tamtych czasach pośród tłumów bezdomnych, zdesperowanych uchodźców rządziło wyłącznie prawo pięści. Monstrum z ciała stało się też monstrum w umyśle. Nie wiedzieć jak, a przynajmniej w aktach nie było na ten temat żadnych informacji, Książę przejął kilka podrzędnych burdeli i zrobił z nich nowoczesne domy uciech. Na tym jednak nie poprzestał. Podczas ataku bolszewików w dwudziestym roku oddał spore zasługi Oddziałowi II Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, czyli raczkującemu kontrwywiadowi. To właśnie Jerzy pozyskał Księcia i niejednokrotnie korzystał z jego pomocy. Tylko dzięki współpracy z nim w styczniu dwudziestego pierwszego udało się rozbić silną siatkę szpiegowsko-dywersyjną składającą się z Innych. Jerzy awansował na kapitana, a Księciu darowano liczne występki. Z tego, co wiedział, przyjaźń sutenera z tak zwaną Dwójką nadal trwała i przynosiła liczne owoce.
- Dobrze, koniec żartów. Czego ode mnie potrzebujesz? - Detektyw westchnął i przestał prowokować rozmówcę. - Tylko proszę bez zbyt długich wstępów. Wczorajszy wieczór był dość intensywny i moja głowa nie zniesie za wiele.
Jerzy miał wielu wrogów, niektórych bardzo znaczących, jednak to Książę najbardziej go przerażał. Zabliźnione ciało mogłoby obdzielić determinacją cały pluton, a pokrętny umysł zdolny był do knucia najbardziej misternych intryg. Zdecydowanie nie chciał, aby ten obrócił się przeciw niemu.
- Wieczór, noc, a nawet poranek. - Książę się uśmiechnął. W tym momencie przypominał rekina. - Razem z tym twoim żydowskim przyjacielem nieźle narozrabialiście. No dobrze, przejdźmy do rzeczy. Wyglądasz, jakbyś miał zaraz zarzygać mój samochód, a wierz mi, żaden z nas by tego nie chciał.
Właściwie Jerzy czuł się już zdecydowanie lepiej, jednak skoro mógł wykorzystać domniemaną słabość, to nie zamierzał tego prostować.
- Na początek wyprowadzę cię z błędu. To, że pofatygowałem się po ciebie osobiście, nie oznacza, że rozpaczliwie potrzebuję twojej pomocy. Po prostu jesteś jedynym łatwo dostępnym Innym. Mam cię pod ręką. - Książę rozparł się wygodniej na białej skórzanej kanapie. - Poza tym jesteś mi dłużny. Ale tego nie muszę ci przypominać.
Honorowe długi zaciągnięte u Księcia miały niezwykłą moc. Im więcej się ich spłaciło, tym bardziej rosły. Jerzy z trudem powstrzymał niesforny język - nie był to odpowiedni moment na wspominanie o tym fakcie. Poza tym dobre stosunki z arystokratą półświatka Warszawy otwierały wiele zamkniętych na głucho drzwi.
- Jak zapewne się orientujesz, w mojej branży ważna jest stabilność i poczucie bezpieczeństwa - kontynuował Książę. - Dziwki zrobią wszystko i tyle samo zniosą, jeśli ich świat działa według jasnych i pewnych zasad. A tak się składa, że gwarantem tych zasad jestem ja. W pewnym sensie jestem dla nich bogiem. A one nie mogą mieć innego boga nade mną. Zwłaszcza gdy staje się nim strach.
- Ktoś atakuje twoją trzódkę? - zapytał Jerzy. - Nie słyszałem o niczym takim. Przynajmniej przez ostatni rok.
- Na przestrzeni trzech miesięcy straciłem trzy kobiety. Co gorsza, wszystkie pierwszego gatunku. Nie masz pojęcia, ile czasu i pieniędzy kosztuje zrobienie z pospolitej ulicznicy rozchwytywanej kurtyzany. Inwestycja zwraca się latami.
- Wygląda mi to na wasze porachunki. Po co ci do tego Inny?
- Gdyby to były nasze sprawy, nie potrzebowałbym cię do tego. - Książę wyraźnie się zirytował. - Nie obrażaj mojej inteligencji. Umysły wszystkich trzech zniszczył nagły i niespodziewany upadek. Nie muszę ci mówić, co to znaczy. Domyślasz się też zapewne, że chronię swoje najlepsze aktywa przed taką ewentualnością.
- To faktycznie brzmi niepokojąco. - Jerzy nie chciał, by Książę dostrzegł, że zaczyna się interesować tą sprawą.
- Co gorsza, to nie wygląda na przypadek. Ciemność zabrała każdą z nich w ostatnim tygodniu miesiąca. Przy drugiej nie mogłem jeszcze być pewny, ale trzecia to już inna sprawa.
- Mogę zerknąć w wolnej chwili, ale nic ci nie obiecuję. Mam pilne zobowiązania.
- Masz się tym zająć. Natychmiast. W zamian uznam to za spłatę wszystkich twoich długów. - Pobliźniona twarz Księcia wykrzywiła się w uśmiechu. - Zresztą niech stracę. To ja będę ci winien przysługę. Chwilowo jeszcze trzymam sprawę w tajemnicy, ale nie mam złudzeń, że to długo potrwa. Dziwki gadają, a ich alfonsi plotkują gorzej od nich. Wkrótce nawet ja nie dam rady tego wyciszyć.
- Od czego mam zacząć? - spytał detektyw. - Nie chcesz zapewne, żebym kręcił się po twoich lokalach?
- Wszystkie trzy dziewczyny pracowały w Złotej Jaskółce. W tym czasie przebywały w swoich pokojach i szykowały się na spotkanie z ważnymi klientami. Oficjalnie masz sprawdzić oświetlenie.
- To był ten sam pokój? Może jednak nie jest dość zabezpieczony?
- Pokoje były różne. Dlatego właśnie potrzebuję Innego. - Książę pokazał gestem swojej ochronie, żeby otworzyli drzwi pojazdu. - Masz to sprawdzić zarówno po swojemu, jak też jako zwykły szpicel. Będzie tam na ciebie czekał mój zaufany człowiek. Bobra kiedyś poznałeś. Wprowadzi cię w szczegóły i pomoże. A teraz bądź łaskaw opuścić mój samochód. Mam sporo ważniejszych spraw na głowie. Przy okazji, powinieneś porządnie się umyć i zmienić łachy. Śmierdzisz jak stary włóczęga.
Faktycznie, zapach nie był zbyt miły, ale Jerzy uznał, że powrót do domu zajmie mu zbyt wiele czasu. Zbliżała się pora spotkania z Salomonem, a on musiał zdążyć do sklepu jeszcze przed zamknięciem. Ulica już szykowała się na nadejście Ciemności. Paliwoda, odpłatnie uzupełniający ropę w rezerwowych generatorach zamożnych lokatorów, głośno reklamował swoje usługi. Sklepikarze ściągali towar z wystaw. Każdy wiedział, że Nocnej Policji jest jak na lekarstwo, a rzezimieszki wykorzystujące porę Ciemności do włamań tylko czyhają na potknięcia nierozważnych lub leniwych handlarzy. Strażacy światła, odziani w charakterystyczne żółte kombinezony, sprawdzali sprawność żarówek w miejskich latarniach oraz reflektorach omiatających zaułki i podwórza kamienic. Policjant świetlny uginający się pod ciężarem mierników szukał mieszkania wylosowanego do wyrywkowej kontroli. Biedacy dyskretnie ustawiali lustra kradnące życiodajny uliczny blask do wnętrz sutener. Wszyscy wiedzieli, że gdy tylko znikali kontrolerzy, najubożsi wyłączali domowe oświetlenie. Wprawdzie było to przestępstwo karane przymusowymi robotami na rządowych farmach, jednak rachunki za elektryczność rujnowały mniej zamożnych mieszkańców. System luster odbijających uliczny blask do wnętrza wspólnej sypialni pozwalał całym rodzinom, stłoczonym w niewielkim pomieszczeniu, na jakie takie przetrwanie pory Ciemności.
Sklep Moszego był niemal pusty. Ostatni klient kupował ser. Młoda, szczupła sprzedawczyni zawijała apetyczną żółtą bryłę w gazetę.
Gdyby nie duży, garbaty nos, Sara byłaby uosobieniem wschodniego piękna, ale mimo to na liczbę zalotników nie mogła narzekać. Jedyna córka majętnego ojca, do tego ładna i pracowita - czegóż więcej trzeba? Dziewczyna jednak sumiennie odrzucała zaloty wszystkich, nawet bardzo udanych kawalerów. Jerzy od pewnego czasu obawiał się, że romantyczny podlotek skrycie się w nim podkochuje, ku wielkiemu niezadowoleniu swojego rodzica.
- Saro, dziecko drogie, zawołasz ojca? - zapytał.
Zapakowany ser wypadł z dłoni sprzedawczyni i potoczył się po sklepowej podłodze. Dziewczę spłoniło się na twarzy i ruszyło w pogoń za zbiegiem, Jerzy był jednak szybszy. Chwycił zgubę i podał ją Sarze. Ta zaczerwieniła się jeszcze bardziej, choć wydawało się to niemożliwe.
- Przepraszam, panie kapitanie, już biegnę po tatusia.
- Mój ser! Sara! O czym ty myślisz, dziewucho! - krzyknęła klientka, starsza matrona, którą Jerzy kojarzył głównie z wiecznie skwaszonej miny.
- Przepraszam, pani Adelajdo, proszę o wybaczenie. Już podaję. - Dziewczyna wyraźnie chciałaby się znaleźć wszędzie, tylko nie w tym miejscu.
- Skaranie boskie z tobą, ja w twoim wieku nie myślałam o niebieskich migdałach. Młodzi nie cenią teraz tego, co mają. Zupełnie nie cenią. - Kobieta skierowała wzrok na Jerzego. - Myślą, że tylko oni mają ciężkie życie.
- Co takiego mają młodzi cenić w dzisiejszych czasach, szanowna pani? Śmierć trzech czwartych populacji Europy? Codzienny strach przed Ciemnością? Mrok, który zabija umysł i pozostawia pustą, morderczą skorupę? - Jerzy mocno się zirytował. Resztki kaca i nieprzyjemne spotkanie znalazły upust w nagłym wybuchu gniewu. - Jaką przyszłość możemy im zaoferować? Oświetlone brudne getta? Obozy-farmy pełne przymusowych robotników? Faktycznie, powinni na kolanach dziękować za te dary.
- Pan jesteś zupełny cham! I do tego pijany! - Matrona wymaszerowała ze sklepu pełna świętego oburzenia.
- Dziękuję, panie kapitanie. - Sara ukradkiem otarła łzę. - Ale nie trzeba było. Pani Adelajda to dobra kobieta, tylko miała straszne przejścia.
- Saro, dziecko, wszyscy mamy ciężko. To nie jest wytłumaczenie.
- Pan nie rozumie. Pół roku temu jej jedyny syn miał wypadek. Wracał nad ranem z nocnej zmiany i go napadli. Gdyby tylko go pobili i okradli, nie byłoby takiej tragedii. Ale oni wrzucili go nieprzytomnego do studzienki. W Ciemność. - Dziewczyna wyraźnie drżała. - Wyszedł już upadły, ale jakimś cudem dotarł do domu. Przed końcowym upadkiem zdążył jeszcze rozbić wszystkie żarówki. Potem zabił żonę, trójkę dzieci i ojca. Z rzezi ocalała tylko ona. W ostatniej chwili zdołała się ukryć.
- Przeżyła w Ciemności?
- Prawie dwie godziny, panie kapitanie. Znaleźli ją rano, schowaną w szafie. Na wpół oszalałą. Syn, jak to zwykle bywa, najpierw zabił żywych, potem zniszczył wszystko, co mógł, a na koniec roztrzaskał głowę o ścianę.
Jerzy się skrzywił. Mimo wszystkich, bardzo restrykcyjnych, środków ostrożności nadal zdarzały się takie tragedie. Krytyczny moment, gdy Ciemność pochłania umysł ofiary, a ta jeszcze rozpaczliwie się broni, był tym, w którym moc światła nie działała w pełni. Czasem było to kilka sekund, a czasem długie minuty wystarczające na zniszczenie źródeł światła. Jeśli upadły nie zdołał schronić się przed blaskiem, wpadał w stan katatonii i w końcu umierał z głodu i pragnienia. Jeśli jednak zdążył, zaczynała się rzeź.
- Złapali chociaż tych rzezimieszków? - zapytał Sarę.
- Tak. Dopiero wtedy. Mimo że od miesięcy zgłaszaliśmy ich grabieże.
Nowe czasy rozzuchwaliły licznych przestępców. Wprawdzie kara za wpędzenie kogoś w Ciemność była tylko jedna - kula w łeb - ale to nie odstraszało rzezimieszków. Gazety codziennie grzmiały o nowych ofiarach napadów, włamań i gwałtów. Policji brakowało, ludzie byli zdesperowani i pozbawieni nadziei, a potencjalne ofiary stłoczone w przepełnionych ponad miarę dzielnicach. Nic dziwnego, że zarówno prawdziwe drapieżniki, jak i zwykli padlinożercy mieli tu raj.
- Jak pan kapitan powiedział, każdy ma ciężko. Proszę chwilę zaczekać, zawołam tatę.
- Saro, zaczekaj - poprosił dziewczynę detektyw. - Wybacz staremu żołnierzowi, zawsze coś palnę, zanim pomyślę. - Wysupłał z kieszeni kilka złotych. - Czy przekazałabyś pani Adelajdzie którąś z waszych wspaniałych bombonierek? Z gorącymi przeprosinami za moje paskudne maniery? Byłbym ci bardzo zobowiązany.
- Pan kapitan to zawsze taki czaruś. Aż dziw, że jeszcze kawaler. - Dziewczyna uśmiechnęła się, na twarzy znów pojawił jej się uroczy rumieniec. - Wybiorę jakąś dobrą, na pewno będzie jej miło.
Mosze był niski, szczupły, wręcz żylasty, za to obdarzony brodą, która powinna należeć do człowieka znacznie większej postury. Sięgała mu niemal do pasa. Był z niej bardzo dumny i starannie ją pielęgnował. Uwielbiał też przeczesywać długie posiwiałe pasma podczas zażartych negocjacji z klientami.
- Jerzy, wreszcie jesteś - przywitał detektywa. - Już myślałem, że będę musiał oddać towar innemu klientowi. No chodź, co tak stoisz?
Niepozorne zaplecze sklepu skrywało w rzeczywistości ogromny magazyn, wypełniony najróżniejszymi dobrami, w zdecydowanej większości niezbyt legalnymi. Wprawdzie większość zasobów była reglamentowana, jednak tacy ludzie jak Mosze mieli swoje sposoby na obejście państwowych restrykcji.
Doskonały amerykański tytoń leżał obok indyjskiej herbaty. Brazylijska kawa przy belgijskiej czekoladzie. Szwajcarskie zegarki na skrzyniach z niemieckimi karabinami Gewehr 98. Mosze miał niemal wszystko, o czym można było pomarzyć.
- Zobacz, mam całą skrzynkę. - Żyd z trudem przytargał ładunek na wielkie, misternie rzeźbione dębowe biurko znajdujące się w centrum pomieszczenia. - Nie masz pojęcia, jak trudno było ją zdobyć. Rezerwy wojska francuskiego, jeszcze sprzed tysiąc dziewięćset piętnastego.
Jerzy otworzył ciężkie wieko skrzyni zaopatrzeniowej. Na widok ułożonych na sianie dwunastu butelek szybciej zabiło mu serce. Drżącą ręką sięgnął ku jednej z nich. Faktycznie, etykieta wskazywała na francuską produkcję, destylowaną ledwie na rok przed zakazem wytwarzania we Francji. Spodziewał się transportu z Czech, a tu taka niespodzianka.
- Ile za to chcesz? - wychrypiał przez ściśnięte z emocji gardło.
- Jerzy, przyjacielu. Pamiętasz, jak pomogłeś Sarze, gdy Ciemność już w niej była? Po śmierci mojej Irci nie dałbym rady, gdyby nasze dziecko spotkało to samo.
- Nie przesadzaj, zapłaciłeś mi za to. - Światło tańczące na szkle było strasznie rozpraszające.
- Zapłaciłem też swoim i twoim pobratymcom. Pieniądze wzięli i nic nie zrobili. Za duże ryzyko, mówili. Tylko ty potraktowałeś to poważnie. My, Żydzi, mamy dobrą pamięć. Za butelki wezmę tylko piętnaście procent więcej, niż wynoszą moje koszty. Zapłacisz mi pięćset siedemdziesiąt pięć złotych.
Jerzy zaniemówił. Dwanaście flaszek francuskiego absyntu było warte mały majątek. Kiedy podczas Wielkiej Wojny większość krajów zakazała tego trunku, został on również usunięty z zasobów francuskiego wojska. Absynt oskarżano o wywoływanie szaleństwa, rozwój chorób psychicznych i skłanianie do wszelkich deprawacji i wynaturzeń. Przez kilka lat nie stanowiło to problemu. Większość produkcji przeniosła się do Czech, choć jakość nie była już ta sama. Liczba amatorów "zielonej wróżki" systematycznie malała, pojawiły się inne, bezpieczniejsze ziołowe alkohole. Gorzki piołun powoli odchodził w zapomnienie. Dopiero wybuch Ciemnej Wojny i objawienie się Innych zmieniły tę sytuację. Pojawili się zdesperowani klienci, utworzył się nowy rynek zbytu. W niemal każdym kraju otworzyły się zamknięte wcześniej destylarnie, jednak z braku dobrych komponentów jakość trunku nie mogła się równać przedwojennej klasie.
- Mosze, głupio by mi było tak cię ograbić. Przecież to jest warte ze trzy razy tyle.
- Obecnie nawet cztery. - Żyd nerwowo przeczesywał brodę. Widać było, że dusza handlowca cierpi męki bliskie piekielnym. Jednak nic nie mogło zmienić jego postanowienia. - Bierz, jak dają. Dla ciebie to jak medykament, przecież wiem.
- Nie wiem, jak ci dziękować. - Jerzy wyciągnął kopertę z zaliczką od Maciejewskiej. Zaczął przeliczać banknoty, jednak po chwili zmienił zdanie. - Tu jest sześćset. Za resztę zabierz, proszę, córkę do restauracji. Wam też się przyda chwila dla siebie. Niech to będzie mój prezent dla starego przyjaciela.
- Zawsze musisz mieć ostatnie słowo - roześmiał się Mosze, po czym sumiennie przeliczył pieniądze. Dwukrotnie. - Bywaj w spokoju i uważaj na siebie.
Jerzy ruszył do mieszkania, mocno tuląc w ramionach drewnianą skrzynkę. Mosze się nie mylił, absynt był dla niego jak lekarstwo. Gdy nadchodził ten dzień, zwany przez Innych krótką śmiercią, tylko to mogło mu pomóc. Krótka śmierć dopadała Innych nieregularnie, bez żadnej głębszej przyczyny i powodu. Po prostu raz na kilka tygodni, a nawet miesięcy ciało paraliżował obłędny strach. Jerzy czuł wtedy, jak na długie sekundy zatrzymuje mu się serce, wrzucając go w najgłębszą ciemność przerażonego umysłu. Gdy znów ruszało, ulga była chwilowa, bo najdalej kilka minut później działo się to samo. Serce zatrzymywało się na parę sekund i znów zaczynało bić, zatrzymywało się i biło. Oczekiwanie na kolejną arytmię przypominało chińską torturę. Ponadto pocące się ponad miarę ciało prędzej czy później doznawało potwornych skurczów mięśni, sprawiających, że mężczyzna wił się w bólu na przemoczonym łóżku. Trwało to wiele godzin, nierzadko dłużej niż dobę. Jednak najgorsze było czekanie na kolejny atak. Wyniszczało ono fizycznie i psychicznie, pchało w nałogi, a nawet skłaniało do odebrania sobie życia. Każdy Inny radził sobie z tym na swój sposób. Szybko przekonywali się, że medytacje, krańcowy wysiłek fizyczny czy też zwykły alkohol nie mogą zaradzić problemowi. Niektórzy sięgali po morfinę, ale była to bardzo kosztowna droga w jedną stronę. Część korzystała z opium i haszyszu, jednak większość, jak Jerzy, odkryła kojącą moc piołunu zawartego w absyncie. Szklanka, czasem dwie wprowadzały go w dziwaczny trans pozwalający przetrwać najgorsze. Niestety, problem z czeską destylacją polegał na tym, że nie zawsze działała jak powinna. Może chodziło o niedostateczną zawartość piołunu, może sama powojenna produkcja nie była dość powtarzalna, w każdym razie ryzyko było spore. Jednak stary, francuski przepis dawał absolutną pewność. Maszerując z bezcennym łupem, detektyw czuł się niczym Galahad niosący Świętego Graala.
Schody w kamienicy były, jak zazwyczaj o tej porze, zajęte przez grupę bezdomnych, chroniących się przed Ciemnością. Półpiętra zawalono kocami i starymi, śmierdzącymi kołdrami. Wszędzie walały się tobołki, plecaki i walizki pełne najróżniejszych śmieci. Otwierano flaszki, konserwy, słoiki i szykowano się do codziennej libacji. Wprawdzie mieszkańcy od dawna usiłowali coś z tym zrobić, jednak policja ignorowała takie zgłoszenia. Jeśli w budynku nie mieszkał ważny oficjel, można było zapomnieć o interwencji. W każdej kamienicy działo się to samo. Włóczędzy byli zdesperowani, agresywni, do tego uzbrojeni w noże, rzeźnicze tasaki oraz siekiery. Policja wolała inne, łatwiejsze cele.
Tym razem niechciani goście mogli się przydać. Jerzy uważnie przyglądał się mijanym, w końcu skierował się do jednego z nich. Mężczyzna mógł przekroczyć czterdziestkę, jednak niechlujna, posiwiała broda i spięte w kucyk długie, posklejane brudem włosy dodawały mu przynajmniej dekadę.
- Dobrego światła panu kapitanowi. - Szczerbaty uśmiech bezdomnego miał wzbudzać zaufanie, jednak działał dokładnie odwrotnie. Podobnie jak ubranie składające się z na wpół przegniłego, potwornie śmierdzącego garnituru i dziurawych, sztukowanych gazetami lakierków. - Może pan kapitan wspomoże paroma groszami?
- Może nawet paroma złotymi. - Jerzy delikatnie odłożył skrzynkę na ziemię i sięgnął do kieszeni. - Powiedz mi, Śliski, co tam u was mówią o Złotej Jaskółce?
- Gdzie nam do Jaskółki? - Pięć złotych zniknęło szybciej, niż się pojawiło. - Przecież tam tylko bogaci chodzą. Kto by tam chciał nasze balbiny. Pogoniliby je z hukiem.
- Nie gadaj głupot, wiem, że wasi tam nie pracują. Ale ulica gada, a ty wiele słyszysz. Mów, a nie pożałujesz.
- Pan kapitan rozumie, teren Księcia. Lepiej za dużo nie gadać. - Na twarzy Śliskiego pojawił się strach, jednak przeplatany chciwością.
- Przecież wiesz, że właśnie dla niego teraz pracuję. - Jerzy zdecydował się zmienić taktykę. - Pomożesz, to szepnę dobre słowo tu i tam.
- Ja tam wolę, żeby pan kapitan o mnie nie gadał. Po co rzucać się w oczy? Bardziej przydałaby się jakaś mamona. - Mężczyzna wymownie zerknął na kieszeń, w której Jerzy trzymał portfel.
- Śliski, kosztujesz mnie więcej niż żona - westchnął Jerzy.
- Przecież pan kapitan nie jest żonaty?
- Właśnie przez takie pijawki jak ty. Jak ma się człowiek ustatkować, kiedy wszędzie tylko słyszy: daj i daj.
- Żonaty byłem pięć razy i powiem tylko tyle: nie warto.
Jerzy spojrzał z niedowierzaniem na wymiętoloną, śmierdzącą personę.
- Niech pan kapitan słucha - zaczął znowu bezdomny. - Kobiety są gorsze od Ciemności. Poużywają sobie, sił pozbawią, a potem zostawią na pastwę losu. Lepiej już te pieniądze wydać z przyjaciółmi.
- Dobrze, przyjacielu, masz tu jeszcze piątaka i zacznij wreszcie mówić.
- Ale żeby potem nie było, że to ja z panem kapitanem gadałem. Inaczej już po mnie. - Włóczęga schował kolejne monety i chwilę się zamyślił. - Wie pan, jest taka jedna Monia. Dobra dziewczyna. Była w Jaskółce jakiś rok temu, jak jeszcze miała wszystkie zęby i płaski brzuch. Mówiła, że tam w piwnicy coś dziwnego odchodzi. Piwnica cała na czarno, pełno tam było jakichś paskudnych rzeźb. Goście mieli fikuśne kostiumy, no, takie, co się kiedyś na bale chodziło. I jeszcze mieli maski. Było tam ze trzydziestu bogaczy i dwa razy tyle dziwek, w tym sporo męskich.
- Jakie maski? Coś zapamiętała?
- No, takie slisowane?
- Stylizowane? - domyślił się Jerzy.
- O, to, to. Stylisowane na lisy, wilki, koty i inne takie.
- Jasne. Więc co tam się takiego działo?
- Rozumie pan, kapitanie, Monia nie jest za bystra - przyznał Śliski. - Jak Bóg dawał rozum, to schowała się za cyckami. Była jakaś długa ceremonia, ale ona nic z niej nie zrozumiała. A potem kilku gości z wielką pompą, jak na jakiejś mszy, udało się do następnego pomieszczenia. Chciała zobaczyć, co tam jest, ale ją przepędzili. Za to trafiła tam taka jedna Ignasia. I ta Ignasia już nigdy nie pojawiła się na rewirze.
- Monia próbowała ją odnaleźć?
- Pytała się alfonsa, ale kazał jej zawrzeć mordę. - Śliski wyczarował skądś brudną flaszkę i podał Jerzemu. Ten odmówił ruchem głowy. Bezdomny wzruszył ramionami i wypił solidnego łyka. Wokół rozszedł się zapach wyjątkowo paskudnego bimbru. - Monia jest głupiutka, ale ma wielkie serce. Tak długo wierciła Siwemu dziurę w brzuchu, aż pękł. Powiedział, że Ignasię chwycili z fałszywymi kartkami na alkohol i wywieźli na przymusowe roboty w tych rządowych farmach. Jednak ona mówi, że to bzdura.
- Śliski, skontaktuj mnie z tą Monią - poprosił detektyw. - Niech się u mnie zjawi jak najszybciej. Potem się rozliczymy, nie pożałujesz.
Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.