Rozdział I
Podlasie
Ixodes ricinus4
- Babciu, babciu! - wrzeszczał Antek, biegnąc leśną drogą. A darł się tak, że ptaki z krzykiem ogromnym podrywały się z drzew.
Szara kotka szeptuchy, Pusia, która tego dnia była na łowach w okolicy wsi, już zawczasu ostrzegła starego Dzidka, a ten powiadomił natychmiast Wandę, że coś złego dzieje się w Studziankach.
Baba wyszła naprzeciw chłopca, stanęła na schodach, mrucząc coś do domowichy Prządki, pod której opieką miało pozostać domostwo. W ręce trzymała duży kosz z różnymi rzeczami. Gdy u skraju puszczy zobaczyła chłopca, ruszyła w jego kierunku. Chwilę trwało, zanim zmęczony biegiem i wzburzony jakimś nadzwyczajnym wydarzeniem Antek w miarę logicznie przekazał, o co chodzi...
Tymczasem w studzińskim dworze służba biegała w tę i nazad, jakby kto lał ich ukropem. Katarzyna siedziała na zydelku i trzymała bezładną dłoń męża spoczywającego w szerokim łożu.
Nieopodal stali ksiądz Tadeusz Maślak z parafii wasilkowskiej i pop Wsiewłod Stepaniuk, także z miasteczka. Obaj mruczeli modlitwy pod nosem i spoglądali na siebie spode łba. Nie przepadali za sobą, choć tolerowali się nawzajem i przy różnych okazjach widywali się w swojej miejscowości. Tymczasem obu pilnie wezwała pani z tutejszego dworu. Co prawda jakieś pogłoski do nich docierały, ale nikt nie potrafił wytłumaczyć, co się dzieje z panem Żukowskim.
Małżonek Katarzyny, ekonom Grzegorz Żukowski, od dwóch tygodni był nieprzytomny. Nieznana choroba zaatakowała jego i ich córkę Kingę, z tym że ona miała znacznie lżejsze objawy niż ojciec.
Choroba położyła dzierżawcę szybko. Potężnego chłopa niemoc ścięła z nóg zaledwie w ciągu kilku dni. Na początku były tylko gorączka i wymioty, później doszły majaczenie i brak logiki, tak w wymowie, jak w rozumowaniu. Objawy były tak mocne i tak szybko postępowały, że natychmiastowo sprowadzono najlepszego doktora z Białegostoku, a później drugiego ze stolicy. Obaj badali pacjenta i jego córkę, debatowali, podawali różne medykamenty. Kinga, choć osłabiona, zaczęła zdrowieć. U dzierżawcy dworu w Studziankach lekarze zdecydowali się zrobić flebotomię.
Z pomocą służby ułożono nieprzytomnego pacjenta w pozycji siedzącej na łożu. Jeden z lekarzy podwinął rękaw piżamy, a drugi ostrym lancetem przeciął jedną z żył na zgięciu łokcia. Krew spłynęła ciemną strugą do przygotowanej misy. Zabieg, ku radości żony ekonoma, nawet chwilowo przyniósł jakiś efekt. Drgawki ustąpiły i pacjent na krótko otworzył oczy. Jednak już wieczorem jego stan znacznie się pogorszył.
Dwóch doktorów ponownie przedyskutowało całą sytuację. Jeszcze dokładniej zbadali Żukowskiego. W wyniku badania postanowiono bardzo pilnie wysłać krew chorego do żydowskiego laboratorium w Szpitalu imienia Zabłudowskiego przy ulicy Warszawskiej w Białymstoku5. Niestety na wyniki trzeba było znów czekać kilka dni. W tym czasie obaj lekarze starali się utrzymać chorego przy życiu. Zbijano gorączkę, próbowano podawać płyny i dokarmiano niewielką ilością jakiegokolwiek jedzenia w postaci papki.
Po trzech dniach przyszła analiza ze szpitala. Obaj doktorzy ponownie zamknęli się w jednym z pokojów. Jednak tak szybko, jak tam weszli, tak szybko też wyszli.
Ich twarze zbladły po przeczytaniu tekstu, który brzmiał następująco:
Virus ignotum, probabiliter per ixodes ad homines transmissum. Morbus insanabilis. probabiliter encephalitis taigae6.
Kiedy stanęli przed żoną ekonoma, mieli spuszczone głowy, a ich miny były nietęgie. Rozłożyli ręce.
- Tu trzeba księdza wezwać - rzekł ze smutkiem doktor ze stolicy.
- My tu nie poradzim, pani - dodał medyk z Białegostoku. - Medycyna w takich przypadkach jest bezradna. Pani mąż został zarażony przez nieznanego nam wirusa.
Kobieta o mało nie zemdlała. Ciężko usiadła na stojącym nieopodal fotelu wyściełanym żakardem. Służąca natychmiast przyniosła wody, a lekarz z Białegostoku wyjął sole trzeźwiące, w razie gdyby Katarzyna omdlała.
- Ale jak to? - rzekła cicho Żukowska. - Nie ma lekarstwa? - W jej oczach pojawiły się łzy niedowierzania, niezrozumienia...
- Bardzo nam przykro, droga pani - odparł równie cicho jeden z lekarzy. - Obaj z doktorem Henrykiem - wskazał na kolegę z Warszawy - sądzimy, że w tak ciężkim stadium dzisiejsza medycyna nie jest w stanie nic zrobić. Bardzo nam przykro. To ciężki przebieg tajgowego zapalenia mózgu7.
- Pani mąż i córka - dodał Henryk - musieli zostać zainfekowani przez ixodes ricinus, tak wynika z analizy szpitalnej.
- Czy córka też... - Oczy Żukowskiej z niepokojem śledziły twarz mówiącego. - Też będzie w takim stanie? - dokończyła z trudem, a serce kołatało jej jak szalone.
- Pani córka powoli zdrowieje, a jej objawy są znacznie słabsze niż u męża. - Lekarz odetchnął z niewielką ulgą, mogąc przekazać tak drobną, ale dobrą wiadomość. - Zajmie się nią mój znakomity kolega, doktor Anatol. Ja niestety muszę wracać do Warszawy, nic tu po mnie. Tu trzeba księdza - powtórzył to, co powiedział na początku. - Czy pani mąż był wierzący? Czy może wiary prawosławnej? Boć to u was, na Podlasiu, normalnym jest. - W jego głosie dało się wyczuć zrozumienie. - Ale człowiek tutaj już nic nie pomoże. - Załamał ręce.
- To prawda - potwierdził Anatol. - Choć mamy bardzo nowoczesną medycynę, wciąż nie znamy natury i nawet w dobie takiego postępu nie jesteśmy w stanie nic zrobić. - Dotknął ramienia Katarzyny. - Proszę wezwać duchownego, przynajmniej zdąży pani ulżyć duszy chorego. - Westchnął, jakby zrzucił wielki ciężar z serca. - A córką się pani nie martwi. Ona wydobrzeje, obiecuję. Będę do was zaglądał.
Co było robić? Żal, smutek i wielka rozpacz targały sercem oraz duszą.
"Pomocy znikąd, lekarze bezradni" - myślała Katarzyna. A ksiądz? W sumie nie wiedziała, czy mąż jest wierzący. Co prawda w studzińskim dworze wisiały różne obrazy świętych, lecz były to zarówno prawosławne ikony, jak i przedstawienie katolickich świętych. Grzegorz unikał kościoła, jak mógł, i nie szczędził gorzkich słów, mówiąc o okolicznych plebanach i baciuszkach.
"Darmojady, grubasy i pijoki przebrzydłe" - tak mawiał jej Grzegorz. "Tylko patrzą, coby tłusto zjeść i Ducha Puszczy wypić, a przy tym i biednego chłopa, i bogatego ziemianina z każdego grosza okradną!"
Katarzyna poszła za radą lekarzy - wezwała i księdza, i prawosławnego popa. Wysłano furmankę do Wasilkowa i sprowadzono ich do dworu w ciągu paru godzin. Kobieta spoglądała teraz na duchownych modlących się nad łożem chorego męża.
Obaj podobnego wzrostu, obaj z potężnymi brzuchami osłoniętymi szatami. Ksiądz Maślak miał rzadkie blond włosy i nosił czarną sutannę oraz złoty krzyż wysadzany rubinami. Lubił mawiać ludziom, że ten krzyż to prezent otrzymany z rąk samego papieża Piusa XI. Na palcu serdecznym prawej ręki lśnił złoty sygnet z wizerunkiem Świętego Jerzego. Ubioru dopełniała czarna piuska z równie czarnym pomponem, którą zaraz po przyjściu odłożył na blat biurka.
Modląc się, ścierał chusteczką pot ściekający z czoła. Pucołowate policzki i mały, perkaty nos były czerwone. Usta szybko poruszały się w rytm wypowiadanej litanii, a zielone oczy smutno spoglądały na leżącego.
Drugi z przybyłych, pop Stepaniuk, był całkowicie łysy, za to jego długa, kędzierzawa broda sięgająca piersi nadrabiała brak włosów na głowie. On także nosił coś w rodzaju sutanny - szatę zwaną podriasnikiem - a na to miał narzuconą riasę. Krzyż, choć złoty, wydawał się dość skromny w porównaniu z tym spoczywającym na piersi księdza Tadeusza. Katarzyna wiedziała o popie tyle, że ma żonę Ludmiłę i syna Jaropełka.
Pop również po cichu odmawiał modlitwę, z tym że w języku całkowicie niezrozumiałym dla Żukowskiej, bo cerkiewnosłowiańskim.
Gdy duchowni przybyli, furmanka odwiozła lekarzy do Białegostoku. Zaiste, nic tu już po nich. Ksiądz Tadeusz nakazał zasłonić okna i rozpalić świece. Wsiewłod tymczasem wyjął z przywiezionej ze sobą torby kadzielnicę przypominającą kształtem kopułę. Nasypał do środka odrobinę węgla, a kiedy ten się rozpalił i pokrył szarym pyłem, duchowny dodał niewielką ilość pokrytej olejami eterycznymi żywicy olibanum wyrabianej przez mnichów na Świętej Górze Athos. Nałożył pokrywkę. Czasze złączone były złotymi łańcuszkami, na których wisiały dzwoneczki. Całość tworzyła trybularz wydzielający dym, dzwoneczki zaś miały symbolizować głos z nieba.
Wkrótce cała sypialnia wypełniła się ciężkim dymem, mocną wonią kadzidła i wosku ze świec, a także szeptem modlitw obu duchownych.
Katarzyna siedziała pogrążona w myślach. Z milczącą zgodą pozwalała duchownym na wykonywanie ich praktyk. Sztuczna ciemność spowodowana zasłonięciem ciężkimi kotarami okien, coraz bardziej duszący dym i zapach kadzidła zaczęły ją męczyć. Szukała w głowie jakiejkolwiek pomocy dla męża, którego tak bardzo kochała. Czuła się bliska omdlenia - czas choroby członków rodziny dał jej się we znaki. Była zmęczona, niewyspana i zdesperowana, by przywrócić Grzegorzowi zdrowie.
- Czy udzielić sakramentu ostatniego namaszczenia? - przerwał jej myśli ksiądz Tadeusz, pochylając się nad nią.
Spojrzała w górę, ale jakby nie dostrzegała twarzy.
- Tak - szepnęła z ogromnym bólem.
Duchowny zbliżył się do biurka, na którym stały krzyż i dwie płonące świece, a przy nich - kropidło i woda święcona w miseczce, a także olearium, w którym znajdowały się oleje do namaszczenia. Sięgnął po to ostatnie i wraz z naczyniem wrócił do łoża.
Zanurzył kciuk w świętych olejach, po czym przeniósł go na czoło leżącego.
Per istam sanctam Unctionem et suam piissimam misericordiam,
indulgeat tibi Dominus quidquid per visum,
auditum, odoratum, gustum, tactum
deliquisti. Amen8.
Wymawiając te słowa, kreślił palcem znaki krzyża na czole chorego. Namaścił także dłonie ekonoma. Kończąc, zaintonował:
O Sanctissima Virgo, Mater Misericordiae,
tibi animam meam et corpus commendo,
ut per intercessionem tuam vel gratiam sanitatis
vel patientiam tolerantiae in morbo consequar9.
- A ksiundz dło kogo, a?! - Nagle modły przerwała kobieta stojąca w drzwiach sypialni dzierżawcy. - Jeszczio nie trzieba Jezu Krysta wołać!
- Matko Bosko! - krzyknął ksiądz Tadeusz, robiąc ręką znak krzyża. - Czarownica! - Złapał za wiszący na piersi krucyfiks z wkomponowanym medalikiem Świętego Benedykta10 i skierował go w stronę baby wchodzącej do pokoju. Rewers medalionu z wygrawerowanym na nim tekstem łacińskiej modlitwy błysnął jak piorun na ciemnym niebie.
Obecni w sali zamarli. Ksiądz padł na kolana, tak że aż zadudniło, i zaintonował modlitwę na cały głos:
Crux sacra sit mihi lux,
non draco sit mihi dux.
Vade retro Satana,
numquam suade mihi vana,
sunt mala quae libas,
ipse venena bibas11.
Stojąca w drzwiach baba zmarszczyła brwi i spojrzała spode łba na plebana.
- Łot durny ty - rzekła z przekąsem. - Jak zara zdzielę w tyn durny caban, to ruski miesiac popamintosz!
Wsiewłod stał z rozdziawionymi ustami, patrząc przerażony na babę i nie mogąc wypowiedzieć słowa. Słyszał, że taka jedna do Studzianek jakiś czas temu przybyła, ale myślał, że ludzie bajki plotą.
- A ty, Wowa, cło tak gały wybałuszasz, a? - Zaśmiała się. - Oniemiał z wrażenia czy kiego giabła zobaczył.
Pop, widząc, że słowa egzorcyzmów księdza Tadeusza nic nie dają, zerwał się, jakby go co poparzyło, chwycił za torbę i trybularz, lewą dłonią podciągnął sutannę i tak szybko, jak tylko pozwalał mu podskakujący brzuch, uciekł z pomieszczenia. Wkrótce usłyszano huk zatrzaskiwanych drzwi dworu.
- A pleban to cło? Nie ucika?
Zapytany trząsł się jak osika. Wciąż kurczowo trzymał złoty krzyż i wyciągał go w kierunku przybyłej.
Ta wzruszyła ramionami i postukała się palcem w czoło.
- Tadzik, krzyż jeno dlia krwiopijców, złyk duchów i wtienczias pomaga, aleć to sriebny musi, nie złoty. Paniał? - Baba znowu zmarszczyła groźnie brwi, a jej błękitne oczy strzeliły niczym ognista błyskawica w stronę duchownego. - A kak jeszczio raz powisz, że ja cziarownica, wiedźma, i egzorcyzmem mienia budziesz straszyć, to ja dlia ciebia z żopu średniowieczno święto inkwizycje przypomnu, nu! - Pogroziła pięścią. Duchowny zerwał się na równe nogi i odskoczył w najciemniejszy kąt.
Kobieta obróciła się do gospodyni, która w wielkim zdumieniu zmieszanym ze strachem, a zarazem z jakąś niewytłumaczalną radością spowodowaną przybyciem nieznajomej patrzyła na całą tę scenę. U stóp Żukowskiej klęczała matka Antka pracująca jako pomywaczka we dworze i coś szeptała. Ta jakby powoli zaczynała rozumieć, kim jest przybyła i po co się pojawiła.
- Czy... czy... czy pani będzie w stanie pomóc?
- Kak nie giabeł, nie czary, nieludzkie uroki, tak ja dlia niego postaram si pomócz. - Baba rozejrzała się po sypialni. - Tak skażu pani, cłoby akna otwierli, powietrza wpuściły, świece ugasiły.
Katarzyna klasnęła w dłonie, a służąca natychmiast przystąpiła do robienia tego, co nakazała baba. Słońce jaskrawym snopem wlało się do pomieszczenia, świeże powietrze uderzyło w nozdrza, oszałamiając swym wiosennym zapachem i rześkością. Ptaki na zewnątrz zaświergoliły jakby na przywitanie domowników. Gospodyni mimowolnie się uśmiechnęła. W jej serce wlała się jakaś nadzieja.
Zostało do odsłonięcia jeszcze jedno okno - to, pod którym klęczał skulony ksiądz. Nagle starucha krzyknęła do służącej:
- Stoj!
Spojrzała na duchownego. Włoski na jej dłoniach stanęły dęba, a lewa ręka mimowolnie sięgnęła do prawego przedramienia i delikatnie je pomasowała. Gdzieś w tym miejscu kryła się bolesna pamiątka po przebytej dawno temu przygodzie. Błękitne oczy kobiety przeszył chłód, a spojrzenie stało się ostre niczym nóż.
Ksiądz skurczył się ze strachu jeszcze bardziej. Zdało mu się, że ta, którą nazwał czarownicą, skoczy na niego z pazurami.
- A ty tu człego? - zapytała kobieta tym razem łagodnie.
Duchowny zrozumiał, że nie jemu zadaje to pytanie, gdyż jej spojrzenie wędrowało gdzieś ponad jego głową. Obejrzał się niespokojnie, ale niczego nie zobaczył.
To samo uczynili obecni w pokoju. Patrzyli to na księdza, to na zasłonięte okno za nim, to na ścianę.
- Jeszczio nie czias na nieho - ciągnęła monolog baba.
Tylko ona jedna dostrzegała czarnowłosą piękność o białej jak śnieg twarzy. Niewidzące, blade oczy, w których trudno było się doszukiwać źrenic, odwzajemniły spojrzenie. Nie było w nich żadnych uczuć: ani gniewu, ani radości, ani nienawiści, choć zdało się starowinie, że tę istotę i ją łączy jakaś niewidzialna nić sympatii. Stojąca za klęczącym księdzem postać wykrzywiła czerwone jak krew usta. Pojawiło się na nich coś na kształt uśmiechu.
Znały się obie, lecz to było już tak dawno temu, tak dawno... A później ich drogi się rozeszły i każda służyła innemu celowi...
Ksiądz Tadeusz nagle poczuł przenikliwy chłód, który przeszył go od prawego barku do lewego. Wrażenie ustąpiło tak szybko, jak się pojawiło. Podobne uczucie zimna pojawiło się na moment u reszty zebranych.
Zasłona za księdzem - nie wiadomo, w jaki sposób - opadła na podłogę, a okno roztworzyło się na oścież.
- Do zobaczeni ponowni, przyjaciółko - szepnęła staruszka. - Draga Marzanno - dodała ze smutkiem.
Wszystko trwało kilka sekund, a jednak z pomieszczenia uciekł cały niepokój, a w jego miejsce wkroczyła nadzieja.
- Katarzyno, a weźmij Grzegorza i rozbierzta go do samych portków.
Gospodyni nie okazała zdumienia tym poleceniem. Podniosła się z fotela i zawołała do pomocy służkę. We dwie rozebrały dzierżawcę i ponownie położyły. Tymczasem wciąż wystraszony duchowny klęczał w kącie i szeptał litanię, z trwogą spoglądając na to, co robią kobiety.
- Kim pani... - zaczęła Żukowska cicho. - Kim pani jest? - dodała trochę głośniej, jakby się obawiała, że pytanie będzie nie na miejscu.
- Dlia ciebia i dlia innyk moje imię mało ważne. - Mówiąca położyła dłoń na jej ramieniu. - Przyjszła ja dlia was pomócz, szkody nie zrobię, sie nie bój sie. U was we wiosce szeptiuchą mnie nazywajo, a na imię mnie Wanda, mówio też: baba Wanda. - Zaśmiała się. - Dlia mnie nie przeszkadza, kak mówio, byle dobrze.
- Nie boję się. - Głos Katarzyny był teraz spokojny. Dotyk Wandy sprawił, że wszystkie obawy zniknęły jak ręką odjął. - Słyszałam ja o tobie, ale zapomniałam. - Strapiła się. - Lekarze nie dali rady męża wyleczyć, a ty dasz radę?
- Trza dlia ciebia wiedzieć, co doktory leczit, ale natura uzdrawia, a jeszczio nie pora na nieho. - Wskazała głową na leżącego ekonoma. - Ani go giabeł nie kce...
- Łooo Matko Bosko, Jezusie Krystusie - zajęczał ksiądz i szybko uczynił znak krzyża w powietrzu.
- ...ani tam, łu góry. - Wanda pokazała palcem na sufit. - Też go nikt nie kce. - Mocniej ścisnęła ramię gospodyni. - Budzie dobrze, ino nie ściągajta toho klechy i inkszych tako. - Wskazała głową na płaczącego duchownego. - Tak o, sie modlo pod świnto figiuro, a giabła majo za skóro! Nie trza ich, budzie dobrze. - Poklepała Katarzynę po ramieniu.
Obróciła się i podeszła do klęczącego.
- Nu idu ty, twoik modlitw tu nie trza. - Podciągnęła trzęsącego się księdza do góry. - Nu paszoł ty. Żukowski jeszczio żyw będzie. A to. - Złapała w dłoń krzyż wysadzany rubinami. - Dlia bidnyk dej, cłoby twoje grzechy Kryst odpustił.
Ksiądz wyszarpnął spomiędzy palców baby złoty łańcuch i wrzucił do torby kropidło oraz kilka innych rzeczy, które przywiózł.
- Grzesznicy! - krzyknął. - I czarownic...
- Jak cie zara bez tyn durny caban ciepn...
Szeptucha nie zdążyła dokończyć, bo ksiądz z kołyszącym się brzuchem uciekł tak szybko jak jego prawosławny kolega.
Tym razem Wanda spojrzała na chorego.
- A każ, cłoby sługi wyjszły.
Kiedy gospodyni została sama z Wandą, ta zaczęła dokładnie oglądać leżącego. Cały czas szeptała coś pod nosem, tu i ówdzie zatrzymując wzrok na ciele Żukowskiego. Wówczas jej szept przybierał na sile i dało się słyszeć jakieś pojedyncze słowa. Wśród nich powtarzały się nieznane jej imiona: Weles, Perun lub Mokosza. Katarzyna nie znała Wandy, dlatego sądziła, że to imiona bardzo starych świętych.
Trwało to dobrą chwilę. Później szeptucha wyprostowała się i rzekła:
- A kto tu jeszczio chorował? - Przenikliwy wzrok padł na twarz gospodyni. - Córka, syn, ty?
- Córka.
- Nu zawołaj ją tu dlia mnie.
Po chwili w sypiali pojawiła się Kinga. Wanda podeszła do niej, spojrzała jej w oczy i wyszeptała kilka słów, po czym dotknęła głowy dziewczyny.
- Mów - przykazała.
- Byłam z tatkiem w Dąbrówkach na przejażdżce konnej. Od tamtej pory źle się czułam - zaczęła opowiadać Kinga. - Tego samego dnia i tatko zachorował.
- A nic dlia ciebia tak o nie ugyzło, nie ukąsało? - dopytywała szeptucha. - Żadien pająk, osa, wąż?
- Tak, taki mały, czarny i płaski, coś jak ciemnobrązowa kropla.
- Kliszcz! - zdumiała się Wanda. - Nu idu, my z twoju mamą zajmiemy sie tatkiem. - Pogładziła Kingę po włosach. - Nie martw sie, budzie dobrze.
Wanda wyjęła z przyniesionego kosza niewielki słoik, parę ziół - krwawnik, wrotycz oraz jałowiec - i pękatą butelkę z zielonym płynem. Złożyła zioła w bukiecik, związała je jutowym sznurkiem i podpaliła, ale tak, by płomień zaraz zgasł, a rośliny tylko się żarzyły i wydzielały dym.
Z dymiącym bukiecikiem podeszła do łoża, zaczęła okadzać chorego i szeptem zaintonowała modlitwę:
Welesie potężny, panie magii i wiedzy,
Ty, katory władasz tajnikami życia i śmiorci,
Ty, katory znajosz korzeni każdeho zioła i moc czystoj wody.
Usłysz ty moji wołani, Welesie.
Proszu ja cibia o łasku zdarowia i odnowę sił teho czławieka.
Niek twaju pradawny blask rozproszy chorobu, a twaja mądrość paprawadzi moju dłoni ku uleczeniu jeho.
Niek moc ziemli, nad katorą czuwasz,
przenikni moju kości i kriew,
przywracając mnie jasność umysłu i moc ducha.
Przynoszu ja dla cibia moju wdzięczność i pokłon,
ufając w twoju opieku nad ścieżką toho życia.
Przy każdym wersie Wanda trzy razy kręciła bukietem, okadzając chorego w każdym miejscu, głównie w okolicach głowy, serca i podbrzusza.
Gdy skończyła, Żukowski - ku zdumieniu jego żony - otworzył oczy. Rozejrzał się i cicho wyjęczał:
- Pić.
Na to czekała szeptucha. Odkorkowała butelkę z zielonym płynem i przechyliła ją do ust chorego.
Ten łapczywie wziął potężny haust. Wtedy wybałuszył gały, poczerwieniał na całej twarzy i gwałtownie prychnął płynem w górę.
Szeptucha się zaśmiała.
- Ha, ha, miakkij ty kak kaczuszka. - Podniosła głowę ekonoma i poklepała go po plecach.
Teraz i on się zaśmiał.
- Hy... hy... - Krztusząc się jeszcze, cichutko zapytał: - Co ty mnie dała, babo?
- Duszka, mój drohi, Duszka, najlepszoho w akalicy! - Śmiała się ciągle. - Samo zdarowie. Budzie żył - zwróciła się do Katarzyny i mrugnęła okiem.
Wanda z pomocą gospodyni ułożyła Grzegorza na poduszkach, po czym kazała zrobić cienkiego rosołu z bażanta i przynieść szklany kielich z wodą oraz kurzęce jajo. Gdy ekonoma karmiono, stuknęła jajem o brzeg naczynia i wbiła je do środka. Podniosła szkło i spojrzała na jego zawartość. Z białka zwisały galaretowate sople pełne bąbelków, żółtko zaś pozostało nienaruszone.
- Hymm - dało się słyszeć. - Ty wiosz, szto twaja córka była chora?
- Wiem - wyszeptał Żukowski, siorbiąc zupę podawaną łyżką przez służącą. - Wziąłem chorobę na siebie, ona by tego nie udźwignęła...
Wanda pokiwała głową. Podeszła do Katarzyny i wzięła ją pod ramię.
- Dlia mnie znaczy sie, szto waszu radzinna więź jest tak macna, że łon, biorąc chorobu na siebie, uratował waszą córkie, o tak o!
Gdy skończyła mówić, do pokoju przez otwarte okno wleciał błękitny motyl. Wszyscy jak jeden mąż spojrzeli w jego kierunku.
- To dlia was zwiastun dobroj nowinu, spokoju i szczastia, przejścia do lepszoho życia. - Baba westchnęła. - Budzie dobrze. - Uśmiechnęła się do zebranych. - To nowyj paczątok dlia was.
4 Ixodes ricinus (łac.) - kleszcz pospolity.
5 Szpital Żydowski im. I. Zabłudowskiego przy ul. Warszawskiej 15 był przed II wojną nowoczesną, jak na tamte czasy, placówką i skupiał wielu wybitnych żydowskich lekarzy z Białegostoku. W międzywojniu jeden z jego standardów stanowiło prowadzenie laboratorium analitycznego.
6 Virus ignotum... (łac.) - Nieznany wirus, prawdopodobnie przeniesiony na człowieka przez kleszcza. Choroba nieuleczalna. Prawdopodobnie tajgowe zapalenie mózgu.
7 Przed formalnym odkryciem wirusa kleszczowego zapalenia mózgu (KZM) w 1937/1938 r. choroba ta była obserwowana i opisywana jako specyficzne zapalenie opon mózgowych występujące sezonowo w rejonach zalesionych - dlatego nazywano ją tajgowym zapaleniem mózgu.
8 Per istam sanctam... (łac.) - Przez to święte Namaszczenie i swoje najmiłościwsze miłosierdzie niech Pan ci odpuści, cokolwiek zgrzeszyłeś przez widzenie, słuch, powonienie, smak, dotyk. Amen.
9 O Sanctissima Virgo... (łac.) - O najświętsza Dziewico, Matko Miłosierdzia, polecam Ci duszę i ciało moje, abym przez Twoje pośrednictwo zyskał łaskę zdrowia lub cierpliwe zniesienie choroby.
10 Medalik lub krzyż św. Benedykta - jedno z najstarszych i najbardziej znanych katolickich sakramentaliów, uchodzące za potężną tarczę duchową. Zawiera symbole i łacińskie skróty egzorcyzmu mające chronić przed złem, pokusami i niebezpieczeństwami.
11 Crux sacra sit mihi lux... (łac.) - Krzyż święty niech mi będzie światłem, smok [szatan] niech nie będzie mi przewodnikiem. Idź precz, Szatanie, nigdy nie nakłaniaj mnie do marności [do złego], złe jest to, co proponujesz, sam pij swoją truciznę.